Lekcje biologii / Polska Sztuka Ludowa-Konteksty 2011, t.65, z. 4

Item

Title
Lekcje biologii / Polska Sztuka Ludowa-Konteksty 2011, t.65, z. 4
Description
Polska Sztuka Ludowa-Konteksty 2011, t.65, z. 4, s. 53-62
Creator
Czaja, Dariusz
Date
2011
extracted text
09_Dariusz Czaja.ps - 1/28/2012 7:34 PM

„J

DARIUSZ CZAJA

1.
1

estem tu”. Zaimek jest domyślny, miejsce na
razie niedookreślone. Ja i świat. Inaczej może:
ja wobec świata. Albo, jak się dalej okaże: ja
n a p r z e c i w świata. Taka jest formuła inicjalna Widzeń nad Zatoką San Francisco. I z tego właśnie niezbyt wyszukanego – powie ktoś: słabo rokującego poznawczo – przeciwstawienia wyprowadza
Miłosz całą zawartą w książce antropologię.
Istotną częścią konstrukcji intelektualnej, zarysowanej w Widzeniach z tak niebywałą emfazą, jest pojęcie Natury. Słowo zresztą pisane jest najczęściej dużą
literą, jakby dla podkreślenia wagi tej kategorii w prowadzonych rozważaniach. Obojętnie, jak interpretować dzisiaj Widzenia, jak projektować ich całościowy
sens, nie może być wątpliwości, że to właśnie Natura
jest jednym z głównych przedmiotów eksploracji badawczej Miłosza. Tę nadreprezentację wypowiedzi
o Naturze dostrzegł od razu Józef Sadzik, który w tekście napisanym niedługo po wydaniu książki zanotował: „Na pierwszym miejscu światło zostaje rzucone
w stronę Natury. Powiedziałbym, że ta książka jest
traktatem o Naturze”.2
Formalnie, traktat to może nie jest – mamy do czynienia jednak z tekstem o strukturze dygresyjnej, meandrycznej, kalejdoskopowej – ale trudno zaprzeczyć,
że tym sylwicznym rozważaniom przyświeca pewien
całościowy zamiar. Temat Natury wchodzi fortissimo
już w kilku pierwszych rozdziałach, a w dalszej części
powraca ze zmienną siłą: czasem awizowany jest
wprost, a czasem występuje pod różnymi przebraniami. Jeśli ta sugestia jest trafna, to warto na początek
zrekonstruować zasadnicze konteksty, w jakich pojawia się w książce pojęcie Natury, i zobaczyć, jakie znaczenia się mu przypisuje. Jego ciemna semantyka wydaje się bowiem kluczem (jednym z najważniejszych)
do zarysowanego w książce projektu antropologii filozoficznej.

Lekcja biologii

doświadczenie Natury w jej nadmiarze, w geologicznej
ekstazie, w jakiejś gargantuicznej hipertrofii jej nieprzebranych form: „kraina pustych pagórków spiętrzonych aż do widnokręgu” [W, 9]; Crater Lake ze swoimi stromymi niedostępnymi brzegami pozbawionymi
roślinności, jak „geologiczny kaprys” [W, 15] opierający się ludzkiej pragmatyce; niebotycznie wysoki las sekwoi, w którym „figurki ludzkie maleją nawet nie wobec pni, te są poza wszelką proporcją, ale wobec tego,
co na niższym poziomie, większych od człowieka paproci i zwalonych omszałych kłód puszczających nowe
zielone pędy” [W, 15]; wyschnięte dno słonego jeziora, miejsce zwane Doliną Śmierci, gdzie cisza jest tak
intensywna, że „rozlega się w niej sypanie piasku na
diunach, albo chrzęst zastygłej soli pod stopą” [W, 16].
Postawiony wobec tak prymarnych form Natury,
odkrywa Miłosz brak elementarnych z nią powiązań,
minimalnego choćby powinowactwa. Nie ta skala, brak
wspólnego języka, i ta złowróżbna cisza, w której głos
ludzki przepada jak kamień w studni. Przyroda nieożywiona zjawia się więc w oku patrzącego jako świat
radykalnej inności, a finalnie jako obszar kamiennej
obojętności i nieprzezwyciężalnej obcości. Ostatecznie

2.
Natura zjawia się oku przybysza z dalekich stron –
(„przychodzę stamtąd, gdzie nie było samochodów, łazienek, telefonów” [W, 33]) – przede wszystkim pod
postacią wielu form przyrody nieożywionej. Kalifornia
to znakomite stanowisko jej obserwacji, miejsce szczególne ze względu na geograficzne położenie, oferujące
nadzwyczaj szerokie spektrum dziwów Natury. To kraina graniczna w podwójnym sensie: najdalszy Zachód,
za granicą którego już tylko ocean, ale także przestrzeń rozłupana pośrodku naturalną granicą, mieści
się bowiem „na fault, czyli pęknięciu, najgłębszym na
tym kontynencie” [W, 178].
Pierwszym może – i to od razu głęboko dojmującym –
doświadczeniem, jakiego dostarcza przyroda, jest wrażenie ogromu, przestrzeni boleśnie nieprzystającej do
ludzkiego wymiaru. Doświadczenie kalifornijskie to
53

09_Dariusz Czaja.ps - 1/28/2012 7:34 PM

Dariusz Czaja • LEKCJA BIOLOGII

okazuje się pozbawioną elementarnego sensu emanacją
chaosu, siedliskiem nie-rozumu. To świat, który sam
w sobie jest asemantyczną magmą form i żywiołów
i któremu rozum dopiero nadaje porządek i znaczenie.
Bez wątpienia: w tej wizji Natura nie jest opiekuńczą
i spolegliwą Matką. To raczej zła Macocha niewrażliwa
na nasze pragnienia i oczekiwania.
Jednostka ludzka, poddana ogromnemu ciśnieniu,
tak zewnętrznemu (wroga, stawiająca opór Natura),
jak i wewnętrznemu (upodlająca biologia, kulminująca
śmiercią i cielesnym rozpadem), przeżywa całą swoją
egzystencję w tym skandalicznym potrzasku. Natura
nie jest neutralnym graczem w spektaklu życia, w wielu swoich przejawach nie jest sojuszniczką gatunku
ludzkiego. Być może dlatego Miłosz jest nawet w stanie
usprawiedliwiać podboje Natury przez człowieka:
przyjmuje „niemal z wyrozumiałością: widok, jak człowiek niszczy przyrodę” [W, 137].3 Wyznanie szokujące
w ustach byłego przyrodnika, ale pozostające w zgodzie
z logiką całej jego myślowej konstrukcji. Proces podboju Natury, wpisany – jak niedwuznacznie sugeruje Miłosz – w ludzkie przeznaczenie (refleks biblijnego:
„Czyńcie sobie ziemię poddaną”, Rdz 1,28), przynosi
też skutek odwrotny: jej zemstę na agresorze. Jak gdyby po latach gwałtu brała na nim odwet za naruszenie
jej terytorium. Z jednej strony, zemsta polega na tym,
że to, co zwykliśmy nazywać ujarzmianiem Natury, doprowadziło finalnie do zbudowania na jej trupie cywilizacyjnego sobowtóra, drugiej Natury, „która jej uczestnikom przedstawia się jako Natura wyposażona we
wszystkie niemal cechy tamtej” [W, 59-60]. Ta druga,
będąca dziełem człowieka, ucywilizowana wersja Natury – zdawać by się mogło, tak inna od pierwszej – jest
człowiekowi równie nieprzyjazna i obca.4 Z drugiej
strony, zemsta Natury odsłania się jako hipertrofia cielesności w przestrzeni publicznej, połączona z potężniejąca ekspansją mitu seksualnego. Prawdziwy paradoks:
im bardziej chcemy pozbyć się naturalnego dziedzictwa, tym mocniej nas ono nawiedza, jakby na poparcie
prawdziwości psychoanalitycznego odkrycia, że wyparte powraca, i to ze zdwojoną siłą.
Nie lepiej przedstawiają się nasze, ludzkie, relacje
ze zwierzętami, z tą – żywą tym razem – emanacją Natury: „Enigmatyczność naszego stosunku do niedźwiedzia, miłosna tkliwość zmieszana z lękiem, dawne obrzędy plemienne przeprosin po jego zabiciu, pluszowe
misie dzieci. Żartobliwa sympatia do szopa pracza”
[W, 16]. Te pokrewieństwa są złudne, podkreśla Miłosz, pewnych form międzygatunkowego zbliżenia
człowieka i zwierzęcia nie należy mylić z podobieństwem, czy – horribile dictu – z istotową tożsamością.
Z całą pewnością: to nie jest n a s z świat. Rozum
kontemplujący zwierzęcą egzystencję nie potrafi dopatrzyć się w jej zdeterminowanym biologią trwaniu najmniejszych okruchów sensu. Ostentacyjny i dojmujący deficyt znaczenia, zerowy stopień semiotyczności.

Jakiś elementarny non-sens. Zwierzęcość sama w sobie
jest nam niedostępna (to retorycznie zawieszone:
„Czym jest sójkowatość?”5 [W, 20]), a wszystko, co
o niej wiemy, okazuje się ostatecznie rzutowaniem
ludzkich kategorii na nie-ludzkie stworzenia. Nic nam
do nich, ani im do nas. Gatunkowa i ontologiczna
przepaść. Inność, obcość, obojętność. Nie mamy dostępu do i c h świata, a ta zasada jest symetryczna.
Pomiędzy zwierzęciem a człowiekiem, zdaje się sugerować Miłosz, rozciąga się pancerna szyba, o którą rozbijamy się wciąż w naszych próbach zrozumienia nie-ludzkich zwierząt. W ustach niegdysiejszego
naturalisty taka konkluzja ma swój ciężar.
Mimo pewnych, mniej lub bardziej uchwytnych, filiacji z innymi zwierzętami, mimo że wyposażony
w biologiczny organizm osobnik ludzki jest w jakimś
stopniu „pobratymcem motyli i krabów” [W, 160],
człowiek jest tak naprawdę wybrykiem Natury,
a w tym wyrażeniu trzeba dostrzec coś więcej niż tylko
wytarty frazeologizm. Podobnie jak w uwagach o przyrodzie nieożywionej, także i w tym wypadku rozpoznanie jest twarde i jednoznaczne: nasza zwierzęcość, realna przecież, należy jednak do świata przypadłości,
substancjalnie natomiast wypadamy zdecydowanie
poza animalne kwalifikacje; jesteśmy więc gatunkiem
osobnym, ze swej istoty skazanym na samotność pośród innych zwierząt.
Mimo wszelkich pokrewieństw ze światem zwierzęcym natura ludzka, mówi Miłosz, jest radykalnie
odmienna, a jej imieniem – podwójność. To właśnie,
będące właściwością czysto ludzką, wewnętrzne pęknięcie, nieredukowalne rozszczepienie, wyosobnia nas
ze świata Natury. „Świadomość, rozum, światło, łaska,
miłość dobra – nie troszczę się o rozróżnienia, wystarcza mi, że jest w nas zdolność, która czyni nas obcymi,
intruzami w świecie, istotami samotnymi, nie mogącymi się porozumieć z krabem, ptakiem, zwierzęciem”
[W, 161]. I to właśnie ta zdolność (figurująca tu pod
różnymi imionami), którą Miłosz dostrzega jedynie
w człowieku, paradoksalnie przyczynia się do jego kosmicznej alienacji, totalnego wyobcowania ze świata
przyrody.
Najpierw obcy wobec drzew, skał, oceanu, teraz –
egzotyczny wobec kraba, motyla, sójki... Aforystyczna
formuła nazywająca ten stan rzeczy nie pozostawia
miejsca na wątpliwości: „pomiędzy nami i Naturą została położona nieprzyjaźń” [W, 161].
Postawiony na tle przyrody człowiek w niewielkim
stopniu przypomina postaci z obrazów Caspara Davida
Friedricha; nie jest samotnym wędrowcem elegancko
milczącym w obliczu panteistycznie postrzeganej Natury. Obraz rysowany przez Miłosza jest dużo bardziej
dramatyczny. Natura, okazuje się, jest w swej istocie
niema, absurdalna (a to może znaczyć: pozbawiona
sensu, jak i głucha, co zawiera się w łacińskim absurdus), nie-ludzka, może nawet anty-ludzka. Wszystkie
54

09_Dariusz Czaja.ps - 1/28/2012 7:34 PM

Dariusz Czaja • LEKCJA BIOLOGII

te określenia zbiera w sobie najbardziej może emblematyczna figura, która posłuży Miłoszowi do opisu istoty
Natury: obraz oceanu. W dyskusji z postawą Robinsona Jeffersa – wyniosłą wobec ludzi i cywilizacji, admirującą piękno i grozę Natury – notuje polemicznie:
„Nie umiałbym też wiecznego piękna przeciwstawiać
chaosowi ludzkości. Ocean, dla niego najpełniejsze
ucieleśnienie harmonii, mnie, wyznaję, przerażał. Zarzucałem nawet Jeffersowi, że za wiele jest u niego opisów malarza amatora ustawiającego sztalugi na wietrznym cyplu. Ocean był dla mnie przede wszystkim
otchłanią, w której bez ustanku, w niezliczonych odmianach, spełniają się koszmary umieszczane przez wyobraźnię ludzi średniowiecza w głębinach piekieł. Pokrewieństwo z bilionami potworów pożerających jedne
drugie zagrażało, przypominając, kim jestem, ich nieświadomość mnie rozgrzeszała” [W, 79].
Bo też innym imieniem Natury jest u Miłosza Otchłań. Otchłań nie oznacza tu tylko tego, co podpowiada słownik: przepastnej przestrzeni bez dna. Migocący tu przez chwilę sens religijny obecny w jednym ze
znaczeń tego słowa okaże się, jak zobaczymy za chwilę, nieodzowny w jego głębszym rozumieniu.
Ta otchłanna właściwość Natury ma jeszcze inny
wymiar. Oznacza zaborczą ekspansję naturalistycznej
wizji świata na pola zarezerwowane dotąd przez religię.
Forpocztą nowego, naturalistycznego światopoglądu
stały się współcześnie lekcje biologii, z teorią ewolucji
jako obowiązującą wykładnią rozumienia świata przyrodniczo-ludzkiego. Miłosz odnosi się do teorii ewolucji (a osobliwie do postaci Darwina) z nieskrywaną
abominacją. Widzi w niej jedno z najbardziej skutecznych narzędzi odbóstwienia świata. Znaczące są powody tej repulsji.
W swoich rozważaniach o istocie Natury w różnych jej formach i postaciach wprowadza Miłosz
w pewnym momencie silny akcent religijny. Aplikując pewne spostrzeżenia Simone Weil na temat materii, w porządku naturalnym dostrzega obszar ślepej
konieczności, siły ciążenia i bezwzględnego determinizmu. Natura jest areną permanentnej walki, nieustającym mordowaniem. To nigdy niestygnący kosmos okrucieństwa.6 Wielkie ryby pożerają małe,
zawsze ktoś staje się tu pokarmem dla kogoś innego.
Jeśli wziąć w nawias miary ludzkie, wówczas Natura
okaże się przestrzenią poza dobrem i złem. Jeśli jednak
odwołamy się do naszych, ludzkich, kategorii, wówczas świat Natury – bezosobowy, zimny, obojętny,
morderczy, poddany prawu ślepej przyczynowości –
przybierze rysy jawnie demoniczne to właśnie „wtedy
obojętny determinizm nabiera rysów diabelskich”
[W, 160]. Równie istotny, jest fakt, że ów demoniczny aspekt Natury odzywa się także w człowieku: „dosięga nas ona w tym, co najbardziej intymne” [W, 27].
Właściwa człowiekowi podwójność sprawia, że również on jedną nogą należy do królestwa konieczności.

I ta jego cecha ustawicznie ściąga go w dół, w otchłań, w abyssus.
Człowiek zachodni jest więc, wedle Miłosza, sceną
nieusuwalnego konfliktu na skalę bez mała kosmiczną:
religijnie pojętej walki Światła z Ciemnością. „Czymże
w takim razie jest światło? To, co bosko-ludzkie zwracające się przeciw ludzko-przyrodniczemu. Innymi słowy, rozum niezgadzający się na przeciwsens i dążący
do sensu, zaszczepiony na ciemności jak szlachetna latorośl na dzikim drzewie, wzmacniający się tylko
w człowieku i przez człowieka” [W, 161]. Teraz widać
to wyraźnie: wszystkie wcześniejsze uwagi Miłosza na
temat Natury wpisują się finalnie w dyskurs religijny.
To jest najszersza rama pojęciowa, w obrębie której
postrzega on Naturę. W tej osobliwej teologii, po części chrześcijańskiej, po części zdradzającej wyraźnie
gnostyckie inklinacje, Natura przestaje być pojęciem
neutralnym aksjologicznie. Jej znaczenie mieści się
wyraźnie na minusowym krańcu spektrum wartości.
Natura jest nie tylko antyludzka, jest nie tylko przeciwsensem, sygnifikuje nie tylko rozpad i śmierć, ale –
w tej religijnie zaprojektowanej konstrukcji – jest czytelną ekspresją porządku demonicznego.
Podsumujmy. Przedstawiona w Widzeniach antropologia mieści się w szerokim spektrum filozofii religijnej. Człowiek, widziany sub specie naturae, okazuje się
bytem paradoksalnym. Przynależny w jakimś stopniu
Naturze, w swym ludzkim, arcyludzkim rdzeniu radykalnie wykracza poza porządek naturalny. Obydwie te
sfery pozostają względem siebie w trwałym konflikcie.
To antropologia jawnie schizmatyczna; antropologia
permanentnego rozdarcia. Dwa wyróżnione przez Miłosza pęknięcia mają wartość stałą. Szczelina przebiegająca między człowiekiem a światem Natury, wobec
niego zewnętrznym, jest nie do zasypania. Rojenia
o „powrocie do natury” budzą rozbawienie, bo podstawiają idylliczny mit Natury w miejsce jej realnego
obrazu. Podobnie szczelina oddzielająca w nas to, co
„bosko-ludzkie” od „ludzko-przyrodniczego”, jest nieusuwalnym stygmatem. Za niemal emblematyczną
można by uznać okoliczność, że tezy swojej „pękniętej” antropologii formułował Miłosz w bezpośredniej
bliskości kalifornijskiego pęknięcia, uskoku, fault,
a słowo to – trzeba trafu – oznacza też wadę, błąd, winę, kierując nasze myślenie w stronę jakiegoś przedustawnego ciemnego fatalizmu Natury.

3.
Z czasowego oddalenia widać ostrzej, jak ważne dla
Miłosza (w planie życia i pisania) były Widzenia nad Zatoką San Francisco. To w tej właśnie książce sformułowane zostały po raz pierwszy z taką mocą tezy, które powrócić miały jeszcze wielokrotnie (w różnym kształcie
i opracowaniu) w jego późniejszej eseistyce i poezji.
A pośród nich ten najważniejszy: temat ciemnej Natury i naszych z nią kłopotów. Pora już zapytać: czy po
55

09_Dariusz Czaja.ps - 1/28/2012 7:34 PM

Dariusz Czaja • LEKCJA BIOLOGII

przez parę dni w roku” [W, 9], zabaw lwów morskich
na bazaltowej skale... Ale sporządzane są one jakby
od niechcenia, bez przekonania. Autor zaraz karci
sam siebie, świadom ich estetyzującej funkcji – „nie
są moją specjalnością pocztówkowe opisy” [W, 9].
Miłosz stara się zobaczyć Naturę poza konwencjami
narzuconymi mu przez kulturowe wzorce jej postrzegania. Bierze również w nawias dobrze mu znane symboliczne i metaforyczne figury, jakie umysł zachodni
stosował zwyczajowo do opisu i rozumienia świata
przyrody. Odnieść można wrażenie, jak gdyby –
w pełni świadom pętającego nasze spojrzenie gorsetu
kultury – próbował się go w jakimś stopniu pozbyć, po
to, by stanąć wobec Natury „twarzą w twarz”, bez pośrednictwa zaciemniającego obraz podręcznego instrumentarium konwencjonalnych klisz, asocjacji
i metafor. Jak gdyby chciał doświadczyć Natury nieprzefiltrowanej przez kulturowe okulary. Podejmuje
więc heroiczne próby zbliżenia się do niej, by schwytać ją w „nagiej” postaci, nieudrapowanej przez stereotyp. Są one oczywiście skazane z góry na niepowodzenie (o czym autor wie), ale przynajmniej czyszczą
przedpole z konsolacyjnych, sentymentalnych i estetyzujących wyobrażeń. Miłosz stosuje strategię deziluzji po to, by z tym większą siłą odsłonić przed nami
obraz Natury, niejako an Sich: nieprzyjaznej, obojętnej, wypełnionej po brzegi cierpieniem i grozą. I tu
pojawia się rysa.
Dla czytelników poezji Miłosza zarysowana z taką
siłą w Widzeniach ponura wizja niemej, bezdusznej,
amoralnej, obojętnej Natury wydać się może dość osobliwa. Jakże to? A ten epifaniczny „Moment niskich
obłoków przed wzejściem księżyca” (Wieczór)? A zachwycające kształtem i kolorem „hibiskus, alamanda,
czerwona lilia” (Rozmowa z Jeanne)? A uwodząca
„czerwień klonów, brąz dębów, na brzozach / Jeszcze
tu i tam jasnożółty liść” (Sezon)? A dostrzeżone
„W wysokim locie ociężałe głuszce” (Królestwo ptaków)? To przecież ekstatyczna pochwała świata stworzonego, laudacja na cześć jego zmysłowej powłoki.
Z fragmentów wierszy Miłosza można by ułożyć potężny hymn oddający chwałę wielokształtnym formom,
które przybiera Natura. Jej żywa i nieożywiona postać
postrzegana jest – jakże często – jako zagadkowy hieroglif, szyfr niewidzialnego.
Jak pogodzić te dwie wizje Natury? Okrutną, demoniczną i nieczułą, a jednocześnie zniewalającą
swym pięknem? Jak rozumieć tę ambiwalencję? Czy to
Miłoszowe sławienie Natury byłoby działaniem contre
coeur? Taką postawę reprezentował Werner Herzog,
manifestując jednoznacznie swoją niechęć do Natury,
obrzydzenie nią. W jednym z wywiadów mówił o niej
z iście gnostycką furią: „Natura jest podła i okrutna.
Nie widzę w tym nic erotycznego. Widzę za to cudzołóstwo, duszenie, walkę o przetrwanie, dojrzewanie
i gnicie. Oczywiście jest w niej pełno udręki i cierpienia,

ponad czterdziestu latach od wydania, książka Miłosza
budzi dziś jeszcze czytelniczy rezonans?7 Czy czas działa
na jej niekorzyść, czy wręcz przeciwnie? A zwłaszcza: czy
wizja Natury w niej przedstawiona ma już tyko wartość
historyczną, czy wciąż może angażować intelektualnie?
Jak zatem czytać dzisiaj Widzenia? Dotychczasowe
lektury i rozbiory szły, najogólniej rzecz biorąc, trzema
drogami. Najczęściej czytano książkę przez klucz biograficzny (podkreślając rolę doświadczenia w formowaniu się poglądów Miłosza na Naturę), bibliograficzny
(pokazując, w jaki sposób „naturalistyczne” wątki przenikające książkę odzywały się w późniejszej jego twórczości) i ideowy (odsłaniając parantele i powinowactwa jego wizji z historycznymi systemami myślowymi –
z kluczem gnostyckim na czele). Wydaje się, że moc
wyjaśniająca tych strategii nieco się już wyczerpała. Tymi językami nie da się chyba już niczego nowego powiedzieć. Trzeba szukać innych możliwości odczytania,
by przynajmniej próbować zobaczyć ten tekst na nowo.
W związku z tym chciałbym zaproponować nieco
inną lekturę tej książki. Polegałaby ona na wpisaniu
wyłożonej w niej filozoficzno-religijnej koncepcji Natury w nowe konteksty, w przestrzenie myśli współczesnej. Na kontrastowym tle znacznie lepiej widać jakość analizowanej próby. W tym zderzeniu tekstów
chodziłoby też o uwyraźnienie milczących założeń,
które fundują całą tę konstrukcję intelektualną, słabiej może czytelnych przy lekturze „wewnętrznej”.
Rozważania ograniczam tylko do kilku wątków, które
ściśle wiążą się z wypunktowanymi wcześniej w Widzeniach tezami o Naturze: Natura i piękno, relacja ludzkie/zwierzęce i teoria ewolucji – te trzy wystarczą. Pomówmy o nich po kolei.
Natura i piękno. W Widzeniach od czasu do czasu
pojawiają się opisy świata naturalnego: urwiska eukaliptusów, pagórków „ze skłonnością do różu i fioletu

56

09_Dariusz Czaja.ps - 1/28/2012 7:34 PM

Dariusz Czaja • LEKCJA BIOLOGII

ale to samo cierpienie jest wszędzie wokół nas. Drzewa cierpią i ptaki cierpią. Wątpię, żeby śpiewały, one
tylko wyją z bólu. (...) Przyjrzenie się z bliska temu, co
nas otacza, daje poczucie harmonii. To harmonia
wszechogarniającego i zbiorowego morderstwa. (...)
Nie ma harmonii we wszechświecie. Musimy się pogodzić ze świadomością, że nie istnieje harmonia, którą
wymyśliliśmy. Lecz gdy to mówię, mówię z pełnym
uwielbieniem dla dżungli. Nie chodzi o to, że jej nienawidzę. Bardzo ją kocham. Ale kocham ją wbrew sobie”.8
Obydwaj w swoim pojmowaniu Natury podejmują
schopenhauerowski refren natura devorans, natura devorata, obaj stoją po stronie antynatury, nawet ich
okrutna wizja oceanicznego życia jest podobna.9 Swój
skomplikowany stosunek do Natury oddaje Herzog
przez paradoksalną formułę: miłości w nienawiści (czy
też odwrotnie). Deklaratywnie jej nie cierpi, ale jego
filmy (niektóre fabuły, zwłaszcza może dokumenty)
kontrapunktują ten jednoznaczny sąd wizjami, do opisania których może najlepiej przylegałaby kategoria
wzniosłości. W najbardziej przejmujących scenach
narracji Herzoga Natura odsłania się jako żywioł potężny, nieprzenikniony, wszechwładny, a jej uroczysty
majestat podkreślany jest jeszcze liturgiczną muzyką
(finał Encounters at the End of the World).
U Miłosza jest nieco inaczej. Zakochany w młodości w Naturze (a uczucie to ma jawnie erotyczny
podtekst10), dość szybko wyzwala się z tej namiętności: „Kochałem cię, Naturo, aż zrozumiałem kim jesteś” (Do Natury). Kim? Brutalny w swym weryzmie
portret odrzuconej przynoszą Widzenia. Tu już nie
ma miejsca na żadną miłość do Natury. Jest za to
świadomość istnienia pozbawionego sensu i celu
monstrualnego łańcucha narodzin i śmierci oraz niepojętego okrucieństwa wpisanego trwale w jej istotę.
Wizja Natury, którą znamy z wierszy, ta rozpisana na
wersy czuła fenomenologia barw i form, skupia się na
jej zewnętrznym kształcie. Tu najczęściej emanuje
ona tajemniczym pięknem. Ale wyraźnie jest to tylko
zasłona. Bo piękno Natury jest u Miłosza jedynie woalem jej esencjalnego zła. Mamy tu wyraźną dysjunkcję piękna i prawdy. Można to rozumieć na dwa sposoby. Albo tak, że cudowność powłoki jest zasłoną
bezrozumnej i okrutnej maszynerii, że istnieje taka
postać Natury, która zewnętrznie jest czystą emanacją piękna, ale która skrywa w sobie nieprzebrane pokłady okrucieństwa.11 Albo tak, że to wiersz destyluje w kunsztownej formie piękno Natury, a „cała
prawda” o niej pozostała w świecie rzeczywistym.
I nie jest to prawda, która wyzwala, ale prawda, która dołuje. Piękno byłoby więc nie po stronie Natury,
ale po stronie języka („Wszystko było rytmem/Przesuwających się drzew, ptaka w locie”, To jedno), który jej kształt w słowie utrwala. W tej niepewności pozostańmy.

Zwierzęta. Widzenia, czytane pod kątem obecności zwierząt, a szczególnie ich relacji z żywiołem
ludzkim, odznaczają się dwiema dającymi do myślenia cechami. Po pierwsze: czytając tekst, można odnieść wrażenie, że ludzie i zwierzęta praktycznie nie
mają ze sobą żadnego kontaktu; wygląda to tak, jak
gdyby te gatunki były doskonale odrębne, żyły osobno, całkowicie obok siebie, nie wchodząc ze sobą
w bliskie interakcje. Rosiczka zasadza się na owada,
lwy morskie bezmyślnie wylegują się na bazaltowej
skale, jastrząb przecina niebo, anegdotycznie pojawiają się niedźwiedź i szop pracz, a sójka po prostu
jest i nic nie wie o swojej niepojętej sójkowatości.
Zwierzęta mordują się w poszukiwaniu pożywienia
i krzywdzą siebie nawzajem, człowiek ogląda je z dystansu przez lornetkę. Ogląda, dziwi się, oburza, rzadziej zachwyca.
Po drugie: w tekście eksponowana jest bardzo
wyraźnie tylko pewna kategoria zwierząt. Dzikie ssaki, ptaki, owady. Jak refren powraca kilka razy sugestia o naszym śladowym podobieństwie do krabów
i motyli. Mowa jest też o pływającym w basenie żuku [W, 68-69] – niedalekim kuzynie gombrowiczowskich żuczków z argentyńskiej plaży – a w pewnym momencie wspomniana jest przecinana nożem
osa z podejrzeniem, że cierpienie zostało jej odjęte:
„Wobec Natury nie jestem «ja», noszę piętno mojej
cywilizacji i jak ona mam poczucie zagrożenia, odrazy do nieosobowego, wpisanego w strukturę kosmosu okrucieństwa. Podejrzewam co prawda, że uczłowieczając ból, tzn. rozciągając ból, taki, jakiego
doznaje człowiek na wszystko, co żyje, popełnia się
błąd, inny niż wtedy, gdy zwierzęta uważano za żywe
maszyny, ale przez to niewiele lepszy. Być może tam,
gdzie nie wkracza świadomość, nie ma cierpienia
w naszym sensie, a poza tym nigdy chyba nie potrafimy odtworzyć doznań istot o mniej rozwiniętym
systemie nerwowym: przecięta nożem osa, czy raczej
jej część oddzielona od tułowia, dalej pije miód, żuk,
który stracił właśnie nogę równie energicznie jak
przedtem biegnie ścieżką” [W, 23-24]. To domniemanie nie zostanie jednak rozwinięte. Wobec
krabów, motyli, niecierpiących os i żuków, jesteśmy
całkowicie odrębnymi stworzeniami, a nasze podobieństwo zachodzi tylko w odniesieniu do sfery organicznej.
Taki obraz zwierząt zawarty w książce nie jest, jak
sądzę, przypadkowy. Obydwa wspomniane elementy
tekstu nie są okolicznościami neutralnymi i pozbawionymi znaczenia. Przeciwnie: nie tylko mają znaczenie,
ale są też silnie perswazyjne. Z jednej strony mają potwierdzić tezę o trwałym okrucieństwie świata zwierzęcego, z drugiej – wspomóc wyrażane w książce przekonanie o całkowitej odrębności ludzi i zwierząt.
Kraby, motyle, osy. A dlaczego nie – koty, psy, konie.12 A świnie? Czyżby ich obecność tak bardzo
57

09_Dariusz Czaja.ps - 1/28/2012 7:34 PM

Dariusz Czaja • LEKCJA BIOLOGII

brudziła przejrzyste przesłanie tekstu? A gdzie obecność ferm hodowlanych? A ogrody zoologiczne?
A Kentucky Fried Chicken? Jesteśmy przecież
w Ameryce... Gdzie drobna choćby wzmianka o milionach zwierząt zarzynanych co roku na potrzeby masowego żywienia? Odpowiedź jest prosta. Nie ma jej, bo
wówczas trzeba by wprowadzić do tej karuzeli okrucieństwa, jakie fundują sobie na co dzień zwierzęta,
również gatunek ludzki. A to nadwerężałoby nieco logikę całej konstrukcji.
Rzeczywiście, zrozumienie jestestwa osy zapewne
nam się wymyka, podobnie jak i umysłu egzemplarycznego nietoperza z klasycznego już tekstu Nagela.13 W istocie nie wiemy what is it like to be a bat i nie
wygląda na to, żebyśmy się mieli tego szybko dowiedzieć. Ale krowa, pies, koń? O bliskich nam genetycznie szympansach już nie wspominam, by nie wzywać
imienia Darwina bez potrzeby. Być może wiedza na
temat zachowań emocjonalnych wspomnianych zwierząt to też w jakimś stopniu ludzkie projekcje,14 ale
w takich przypadkach nie mamy poczucia, że dramatycznie błądzimy. Nagromadzone latami obserwacje
nie kłamią. Antropomorfizm w odniesieniu do niektórych zwierząt nie jest umysłową brednią, ale
świadczy o ważnej dyspozycji umysłu ludzkiego.15
Zmierzam do tego, że tak zwana zwierzęca Natura to
tak naprawdę bogate spektrum cech, świat różnorodnych stworzeń układających się gradacyjnie na skali
podobieństwa do gatunku ludzkiego (zwłaszcza wyposażenia w świadomość, w tym świadomość własnego
cierpienia).16
U Miłosza natomiast jest twarda i nieprzekraczalna międzygatunkowa przepaść. Powód zdaje się prosty. Poeta chce – mimo wszystko – ratować wyróżniony status ludzi pośród ziemskich stworzeń,
deklaruje to wprost (choć z pewną ironią), że jest po
ich stronie „w braku czegoś lepszego” [W, 158]. Emblematem tego wyróżnienia jest rozum, z czym trudno dyskutować. Gorzej, kiedy Miłosz ten nie-ludzki
pierwiastek w organicznej maszynerii otacza sakrą
doskonałości. Nie bardzo zresztą wiadomo z jakiego
powodu. A kiedy tłumaczy, że „nie rozum ponosi odpowiedzialność za nasze nieszczęścia, ale rozum nieoświecony” [W, 163], to wygląda to na sofistyczny
wykręt. Oświecony czy nie, ale – rozum. Cała zresztą
ta koncepcja ludzkiej wyjątkowości, która ma być
wyraźną przeciwwagą dla przyrodniczych symplifikacji i tendencji do naturalizacji człowieka, opiera się
na nieporozumieniu. Z faktu, że człowiek jest
t a k ż e zwierzęciem, nie sposób wnosić, że tylko do
tego statusu można go sprowadzić. Z faktu, że jest
efektem wielu zmian ewolucyjnych, że pochodzi od
wspólnego innym naczelnym przodka, nie wynika, że
jest jego prostą repliką. Z faktu, że rozum ma biologiczną historię, nie da się wyprowadzić wniosku, że tylko
w terminach biologicznych można go wyjaśnić. Itd.

Jest dokładnie na odwrót: to ewolucjonizm, odsłaniając zwierzęce pochodzenie gatunku ludzkiego, lepiej wyeksponował naszą – w istocie – osobność (pytanie jeszcze, jak ją bliżej określić), nie odrywając jej
wszakże od biologicznej genezy. Nie wiadomo skądinąd, na czym by miało polegać to hańbiące piętno
poczucia naszej wspólnoty z resztą świata ożywionego. Jeśli Darwin jest za coś odpowiedzialny, to nie za
urojoną detronizację człowieka z miejsca wcześniej
przezeń zajmowanego, ale raczej za uwolnienie go od
pychy, w którą wtrąciła go imperialna egzegeza biblijnej frazy o „czynieniu sobie ziemi poddaną”. I to jest
triumf ludzkiego rozumu. Ostatecznie to Darwin jest
twórcą teorii ewolucji, a nie żadna – nawet najbardziej inteligentna – małpa.
To dość symptomatyczne: w tej teologicznej konstrukcji wyraźnie brak miejsca na cień empatii wobec
zwierząt. Miłosz, świadomie czy nie, przyjmuje tu tradycyjnie chrześcijański punkt widzenia, ze wszystkimi tego gestu konsekwencjami. Człowiek jest pośród
Natury bytem wyjątkowym, wyposażony w rozum pozostaje koroną stworzenia, pozbawione świadomości
zwierzęta nie cierpią, człowiek nie ma wobec nich
żadnych moralnych obowiązków, zabijanie zwierząt
jest moralnie obojętne. Miłosz jakby nie dostrzegał
(nie chciał dostrzec?) nic osobliwego w takiej konkluzji. Opisuje i co rusz podkreśla grozę morderczego
urządzenia Natury, ale jakby nie rozumie, że pewne
praktyki ludzkie wobec zwierząt ten demonizm konserwują, wzmacniają i intensyfikują. Należy do nich
na przykład zabijanie zwierząt dla rozrywki. To zachowanie nie jest prostą kalką zwierzęcego okrucieństwa. Jak pisał z przenikliwą trzeźwością teolog anglikański Andrew Linzey, negliżując dość powszechne
przekonanie podzielane przez entuzjastów polowań:
„Myśliwi nie «imitują» okrucieństw zwierząt, oni je
tworzą”.17
W kwestii zasadniczej różnicy między człowiekiem i zwierzęciem Miłosz, jak się zdaje, poglądów
nie zmienił. W późnym wierszu Żółw (czyżby dyskretne nawiązanie do Galapagos i żółwi Darwina?) raz
jeszcze pisze o niedostępności dla nas zwierzęcego jestestwa: „Wspólnota żywych, ale niezupełna”.18
Twardy pancerz żółwia chroni go przed drapieżnikami, ale w tym kontekście może być też czytany w porządku metaforycznym, jako figura poznawczej niedostępności. Nie ma prostego przejścia od ludzkiego
do zwierzęcego. Nieco inaczej pisał o tym Różewicz,
świnię biorąc na świadka wspólnego losu: „biedne
świnie / jakże te niewinne stworzenia / cierpią
w przeczuciu śmierci”.19 U Różewicza świnie mają
emocje, czują, cierpią. A to znaczy, że przepaść między zwierzęciem a człowiekiem może zostać częściowo zasypana, że świnia – jakkolwiek niedobrze by to
brzmiało – może stać się w jakimś sensie, w jakimś
stopniu, częścią ludzkiego świata.
58

09_Dariusz Czaja.ps - 1/28/2012 7:34 PM

Dariusz Czaja • LEKCJA BIOLOGII

W Roku myśliwego pod datą 13 IX 1987 widnieje
krótki zapis: „Po dniu spędzonym na dorocznym Pig
Roast, czyli pieczeniu wieprza, które Allan urządza
w letnim domu swojej rodziny koło Big Sur. Pomiędzy
stromymi górami przeważnie sprażonymi słońcem na
żółty brąz, parów strumienia, bujne trawy, drzewa
(przeważnie olchy i sekwoje), cień, powoje, ławy rzeżuchy przy wodzie, prawie ta czarodziejska zieleń, nagle pośród suchości jak w wąwozie koło starego klasztoru w Nonza na Korsyce. Cały wieprz rozpostarty nad
paleniskiem piekł się od szóstej rano do czwartej po
południu”.20 Obrazek martwej natury. Sprawozdawcza
notka, pozbawiona emocji.
Jest pięknie. Strumień płynie w ciszy, liście się
złocą, świnia na rożnie się obraca. Taki jest porządek
świata. Doskonała obojętność przyrody, ale i tego,
który na tę scenę patrzy i opisuje. Chwila refleksji
uprzytamnia, że w tym przypadku to nie konieczność
dziejowa ani ślepy instynkt, ale upodobania kulinarne i przyjemność podniebienia sprowadziły tę świnię
na kalifornijski ruszt. Rozum, wola, ludzkie w człowieku. Arcyludzkie! Czy nieczułość mieści się tylko
po stronie Natury? Czy „płacz rozdzieranego zająca”,
„żuk napoczęty przez ptaka, zraniona jaszczurka”21 to
jedyne formy okrucieństwa w kosmosie? A jeśli zwierzęta niewinne, bo nieświadome („to tylko my mówimy: okrucieństwo”22), to może wina po stronie tych,
co w świadomość wyposażeni? Te pytania zostawiam
otwarte.

powiedzieć, że jego odraza do teorii ewolucji jeszcze się
wzmogła. Zwłaszcza gdy chodzi o jej destrukcyjny
wpływ na światopogląd religijny. W jednym z późnych
esejów pisał: „Nie bardzo rozumiem, jak Watykan
mógł uznać teorię ewolucji, skoro nauki biologiczne są
ukoronowaniem oświecenia i stwarzają najokropniejsze trudności, zacierając linię oddzielającą człowieka
od innych istot żywych”.25 Oświecenie, przypomnijmy,
to jeszcze inne z inkryminowanych haseł z Miłoszowej
listy.
Poetę uwiera w ewolucji, rzecz jasna, nie sam fakt
jej istnienia (choć czasem ma się wrażenie, że chętnie
by wymazał odkrycie jej mechanizmów z historii nauki), ale to, że darwinowski schemat powstawania gatunków uwzględnia też człowieka, co wedle niego
skutkuje negatywnymi konsekwencjami w rozumieniu
antropologii. Zgoda na ewolucyjny model powstania
życia i jego rozwoju owocuje bowiem zgodą na obraz
świata jako bezrozumnego przemieszczania się „znikąd
donikąd”, a sens życia ludzkiego przedstawia jako bezcelową grę przypadku. Doktryny ewolucjonistyczne
budzą w nim obrzydzenie, bo w mniej lub bardziej zawoalowany sposób promują odrażającą wizję ludzkiego
(i nie-ludzkiego) świata jako monstrualnego spektaklu
walki wszystkich ze wszystkimi o przeżycie. W takiej
perspektywie wyrażenie: „wyścig szczurów” traci swą
metaforyczną siłę i staje się po prostu opisem realności. A co, w perspektywie Miłosza, jeszcze istotniejsze:
promowanie koncepcji ewolucjonistycznej prowadzi
prostą drogą do wyjałowienia wyobraźni, prokurując
obraz świata odczarowanego, wyzutego z sensu i pozbawionego metafizycznej podstawy. Mówiąc krótko:
świata, w którym nie ma miejsca na boskie tchnienie.
Oczywiście, w tego rodzaju poglądzie nie ma nic
nagannego (z sądami oceniającymi dyskutować trudno), problem w tym, że obraz procesu ewolucji i teorii
ewolucji, szczególnie jej rujnujących konsekwencji dla
postrzegania człowieka, prezentowany w Widzeniach
i późniejszych esejach jest uproszczony, jednostronny,
a czasem bałamutny.26 Obraz nakreślony przez Miłosza
jest impresywny, ale czy prawdziwy? Nie takie to
wszystko proste. Z czym w istocie rzeczy polemizuje poeta? Można odnieść wrażenie, że nie odróżniał on mocno ewolucji jako przyrodniczego faktu, potwierdzonego
setkami dowodów, od mniej lub bardziej radykalnych
teorii ewolucjonistycznych (jest spora różnica między
biologią ewolucyjną a darwinizmem społecznym czy socjobiologią). Miłosz czasami łagodzi swoje stanowisko,
mówiąc, że jego krytyka dotyczy głównie zwulgaryzowanej wersji ewolucjonizmu dla mas, ale nie ma wątpliwości, że całą tę biologizującą narrację o człowieku
odrzuca en bloc. Ciekawe, że przy swojej zasadniczej rezerwie wobec „naukowego obrazu świata” ciepłe słowa
kieruje w stronę nowej fizyki (jako tej, która wzbogaca
wyobraźnię i otwiera na transcendentny wymiar), przy
jednoczesnej dyskredytacji osiągnięć biologii.27

Ewolucja. Ogromnie ważną rolę w całej konstrukcji myślowej zawartej w Widzeniach odgrywa obraz
świata przekazywany i utrwalany społecznie przez nauki biologiczne. „O skutkach nauk przyrodniczych”
traktuje cały rozdział, tak właśnie zatytułowany. Ewolucja z pewnością nie jest neutralnym hasłem w słowniku Miłosza. To raczej grymas, epitet, obelga. Emocje
towarzyszące formułowanym przezeń tezom o Naturze
rozgrzewają się niemal do białości, kiedy zaczyna mówić o teorii ewolucji i jej zgubnym wpływie na współczesne myślenie, szczególnie na wyobraźnię religijną.
„Pragnienie cudowności jest wystawione na ciężkie
próby przez tak zwany porządek naturalny”,23 powie
ćwierć wieku później w Świadectwie poezji, w rozdziale
zatytułowanym Lekcja biologii. Sprawa jest pierwszej
wagi, albowiem, jak utrzymuje, to Darwin (podobnie
jak Marks i Freud), kieruje wciąż z tylnego fotela wyobraźnią współczesną. Tę myśl powtórzy Miłosz później po wielokroć.24
Jego niezgoda z założeniami ewolucjonizmu,
a szczególnie z jego kulturowymi konsekwencjami, jest
twarda i nieprzejednana. Teoria ewolucji to prawdziwa bête noir w nakreślonym przez niego pesymistycznym obrazie świata zachodniego. Podobnie jak inne
tezy z Naturą związane, również i ta nie uległa od czasów Widzeń zasadniczym retuszom. Można nawet
59

09_Dariusz Czaja.ps - 1/28/2012 7:34 PM

Dariusz Czaja • LEKCJA BIOLOGII

Skupmy się na jednej tylko, ale bodaj najistotniejszej dla Miłosza kwestii: biologia a religia. Wielokrotnie sugerował on, że sprzeczność między antropologiami, które za nimi stoją, jest nie do pogodzenia.
O pochodzeniu gatunków wyklucza Księgę Rodzaju:
„Odruch gniewu, urażonej godności, kiedy dowiedziano się, że człowiek należy do łańcucha powszechnych
przemian, czyli od małpy pochodzi. Odruch usprawiedliwiony, bo to było dotkliwe” [W, 22].
Rzeczywiście, trudno zaprzeczać, że doktryna ewolucjonistyczna (a więc nie nauka!28) miała przez długi
czas wpływ na świadomość potoczną i – jak sądzono –
w sposób istotny osłabiała światopogląd religijny. Ale
czy dzisiaj, po 150 latach od ogłoszenia dzieła Darwina, można jednoznacznie powiedzieć, że świat przyrody poddany jest wypranemu z cudowności mechanizmowi doboru naturalnego, a biologia nie otwiera
umysłu na – delikatnie mówiąc – duchowy wymiar doświadczenia?
Dwa przykłady, w których dochodzi do fascynującego styku biologicznego z duchowym. Pierwszy z obszaru literatury, drugi z przestrzeni nauki.
Nie mamy na stanie miłoszowego kraba, ale motyla już tak. Vladimir Nabokov, oprócz pisania,
trudnił się, jak wiemy, również łowieniem motyli.
Był zawodowym entomologiem, miał na koncie odkrycia nowych gatunków, jeden z nich nazwano jego imieniem. Był uważnym obserwatorem i miał doskonałą orientację w biologii łuskoskrzydłych.
Fragment jego zapisu z Pamięci, przemów daje do myślenia, bo wprawia w konfuzję zdeklarowanych
piewców biologicznego determinizmu: „Kiedy pewna ćma przypomina kształtem i kolorem pewną osę,
to również chodzi i rusza czułkami jak osa, w sposób
nieznany ćmom. Kiedy jakiś motyl ma wyglądać jak
liść, to nie tylko wszystkie, pięknie oddane, szczegóły liścia, lecz również dorzucone szczodrze cętki udające dziurki wyżarte przez robaki. «Dobór naturalny» w ujęciu Darwina nie zdołał wyjaśnić cudownej
zbieżności cech i zachowań naśladowczych; nie można się też było odwołać do teorii «walki o przetrwanie», kiedy środki obrony osiągały stopień subtelności mimetycznej, bogactwa, zbytku stanowczo
przekraczających możliwości docenienia przez drapieżnika. W przyrodzie odkryłem bezużyteczne rozkosze, których szukałem w sztuce. Oba światy stanowiły odmianę magii, oba były zawiłą grą czaru
i ułudy”.29 Uwagi Nabokova nie zmniejszają ani na
jotę spektaklu okrucieństwa dziejącego się w świecie
przyrody, pokazują natomiast, że fundamentalne
prawa ewolucji czasem zawodzą i że również w świecie przyrody znaleźć można enklawy cudowności wykraczającej poza pragmatyczną celowość; że i biologię stać na wytwory tak bardzo przypominające
dzieła sztuki. Przywracają też wiarę w możliwość powrotu do mysterium fascinans Natury, nie w jej este-

tycznym wymiarze, ale w najściślej: biologicznym.
Możliwość ta, jak sugerował Miłosz w Widzeniach
[W, 21], jest już bezpowrotnie stracona.
Drugi przykład dotyczy trudnej i niebezpiecznej
granicy nauki i wiary, biologii i teologii. Największym
bodaj punktem oporu dla wierzących jest przypadkowy charakter procesu ewolucyjnego. Czy rzeczywiście
losowa natura ewolucji nie da się w żaden sposób pogodzić z celowym aktem stworzenia, którego obraz
przynoszą nam pierwsze wersety Genesis? Czy przyjęcie
perspektywy ewolucyjnej sprawia, że nieodwołalnie
w gruzach musi lec zakorzeniony w chrześcijańskim
świecie biblijny pogląd, wedle którego ludzie zostali
stworzeni „na obraz Boży” (Rdz. 1,27)? Czy naprawdę
w koncepcji zwolenników ewolucjonizmu nie ma
miejsca na boską kreację? Niekoniecznie.
Jeśli nie traktować Księgi Rodzaju jak fragmentu
podręcznika biologii, astronomii czy antropologii, jeśli
stosować w jej lekturze przyjęte standardy hermeneutyki biblijnej, jeśli nie postrzegać Stwórcy w sposób
naiwnie antropomorficzny, to pewne rozwiązanie się
rysuje na horyzoncie. Wskazał je znakomity biolog
Francis S. Collins.30 Jego hipoteza ewolucji teistycznej
(zwanej: BioLogosem) jest przy okazji dowodem na to,
że ewolucjonistyczny punkt widzenia niekoniecznie
prowadzi do dogmatycznego ateizmu (nieuleczalny,
jak się zdaje, przypadek Dawkinsa). Komentując możliwy udział Stwórcy w sekwensie wydarzeń „tak przypadkowym, nieczułym i mało wydajnym”31, jak proces
ewolucji, Collins pisze:
„Jaki jednak był udział Boga w tych przypadkowych zdarzeniach? Jeżeli ewolucja ma charakter losowy, to jakże mógłby on za cokolwiek odpowiadać i jak
mógłby być pewien, że w końcu kiedyś w ogóle pojawi
się inteligentna istota?
Rozwiązanie tych kwestii staje się proste, kiedy
tylko uwolnimy Boga od ograniczeń właściwych człowiekowi. Jeżeli Bóg pozostaje poza światem przyrody,
to jest również poza czasem i przestrzenią. A wtedy
mógłby w momencie stworzenia Wszechświata wiedzieć wszystko na temat przyszłości, czyli to, że uformują się gwiazdy, planety i galaktyki, a także każdy
szczegół dotyczący praw fizyki, geologii i biologii,
dzięki którym doszło do pojawienia się życia na Ziemi oraz do ewolucji prowadzącej do powstania człowieka (...). W tym tylko sensie ewolucja wydawałaby
się nam procesem dokonującym się w wyniku zdarzeń losowych, ale z perspektywy Boga jej wynik
byłby ściśle określony. Bóg zatem byłby całkowicie
i nierozłącznie związany ze stworzeniem wszystkich
gatunków, chociaż z perspektywy nas, ludzi, pozostających we władaniu czasu linearnego, sprawiałoby to
wrażenie nieukierunkowanego procesu o charakterze
losowym”.32
Nie przytaczam tego fragmentu w celach apologetycznych, próbuję jedynie pokazać, że przyjęcie stanowiska
60

09_Dariusz Czaja.ps - 1/28/2012 7:34 PM

Dariusz Czaja • LEKCJA BIOLOGII

ewolucjonistycznego nie musi kłócić się z jakąś formą
duchowości. Tak pojęty ewolucjonizm, respektujący
fakty i otwarty na intuicje religijne, kwestionuje też
zasadność pewnej sugestii Miłosza, wedle której przyjmując punkt widzenia wierzącego, konieczne jest pogłębianie konfliktu między religijnym i naukowym obrazem świata.33 Rację ma raczej genetyk Jerry A.
Coyne, który stwierdza: „Przyjęcie ewolucji nie musi
oznaczać beznadziei nihilizmu ani odarcia naszego życia z celu i sensu. (...) Ewolucja nie oznacza też bezwarunkowego ateizmu, gdyż religia w światłej postaci zawsze potrafiła dostosować się do postępów nauki.
W rzeczywistości zrozumienie ewolucji może pogłębić
i wzbogacić nasz zachwyt nad światem ożywionym
i docenić miejsce, które w nim zajmujemy”.34 Ewolucjonizmów jest dziś wiele, nieopartych, jak w czasach
Darwina, na porządku mechanistycznym, a świadoma
swych granic nauka porzuciła dawno pozytywistyczny
dogmatyzm. Diatryby Miłosza przeciw teorii ewolucji
mentalnie tkwią jeszcze w wieku XIX.
Mówiąc w skrócie: motyl nie musi być tępym narzędziem w rękach ślepej ewolucji, a ewolucjonistyczna wizja pochodzenia gatunków niekoniecznie musi
się zamykać na transcendentny wymiar. Może w ogóle skomplikowaną i niejednoznaczną relację między
biologią a teologią trzeba dziś pomyśleć na nowo. Może na początek trzeba by powrócić do Bergsona (na
przykład) i zapytać o właściwy sens terminu l’évolution
créatrice35? Pytanie, czy jest możliwa metafizyczna interpretacja ewolucji, pozostawiam w zawieszeniu.

eseisty dostrzeżemy nietrafne i mocno dziś anachroniczne przy-widzenia, czy może raczej trafiające
w punkt, wciąż aktualne błyski jasno-widzenia. Bo
wprawdzie to my czytamy książkę Miłosza, ale i ona
nas czyta.

Przypisy
1

2

3

4

5

6

4.
„Jestem tu. Dwa te słowa zawierają wszystko, co
można powiedzieć, od nich się zaczyna, do nich się
wraca. Tu – to znaczy na tej ziemi, na tym a nie innym
kontynencie, w tym a nie innym mieście, w tej epoce,
którą nazywam moją, w tym stuleciu, w tym roku”
[W, 5].
Od tych zdań rozpoczynają się Widzenia nad Zatoką San Francisco. Wracamy do nich po ponad czterdziestu latach od ich napisania. Jestem tu. Nie Miłosz,
nie w Kalifornii. Ale pytania, przed którymi kiedyś postawiła czytelników jego książka, angażują mnie i dzisiaj. Innych może udzielam odpowiedzi, ale przecież
wciąż na nowo staję przed elementarnymi pytaniami
i wątpliwościami o status natury i zależny od jej rozumienia kształt antropologii. To prawda, brak obecnie
w tej materii jednoznacznych i zniewalających poznawczo odpowiedzi, a te, których z niezmąconą pewnością dziś udzielamy, jutro mogą okazać się przebrzmiałe. Niemniej ta kalifornijska lekcja biologii
wciąż trwa.
Nasze lektury nigdy nie są poznawczo niewinne.
Zawsze są jakoś zapośredniczone biograficznie, filozoficznie, światopoglądowo. To od nas zależy, jak podchodzimy do tytułowych w i d z e ń. Czy w uwagach

7

8

9

10

61

Cz. Miłosz, Widzenia nad Zatoką San Francisco, Kraków
1989, s. 5; dalej w tekście jako W wraz z numerem strony.
J. Sadzik, Między Światłością i Ciemnością, „Recogito” nr
30 (wrzesień-październik) 2004, s. 1 (pismo internetowe
prowincji oo. Pallotynów, http://www.recogito.pologne.net/recogito_30/obserwatorium1_1.htm). Tekst ten
zamieszczamy w bieżącym numerze na poprzednich stronach.
Choć, jakby dla równowagi, w dalszym fragmencie lamentuje Miłosz nad rabunkową wycinką kalifornijskiego
krasnoboru: „Miłośnik lasów odwracam oczy od ohydnych potrzaskanych rumowisk na tych górskich stokach,
którędy przeszła piła. Zburzona ekologiczna równowaga,
ten las nigdy już nie odrośnie. Czy to też ma być koszt?”
[W, 137].
„Samo ciało człowieka, czy jest uczony, czy nieuczony,
wzdryga się przed zimną, połyskliwą, doskonale zwartą
taflą z metalu, ze szkła, z betonu, z syntetycznych materii, nie do objęcia wzrokiem ani dotykiem, i przed potęgą rezydującą za tym pancerzem” [W, 58].
Jakby repetycja po latach sławnego: „Czymże jest sroczość?”, Cz. Miłosz, Sroczość, [w:] tegoż, Wiersze wszystkie, Kraków 2011, s. 466
„Kwiat rosiczki zamyka się nad schwytanym owadem,
żmija prześlizguje się wśród kwiatów, jastrząb rozdziera
jastrzębia: konieczne, nieodwracalne, i któż tu będzie
marzyć o komunikowaniu się z Naturą inaczej niż przez
podbój, współzawodnictwo, wygraną silnych i przegraną
słabych?” [W, 26].
Jeśli wierzyć świadectwu Józefa Sadzika, publikacja Widzeń pod koniec lat 60. spotkała się z mizernym responsem krytycznym. Filozof daje wyraz swemu rozczarowaniu i sugeruje, dość eufemistycznie, że czytelnicy
najwyraźniej nie dorośli do jej skali i poziomu: „Wyczekiwałem dyskusji pasjonującej, odezwania się całego grona
umysłów subtelnych a odmiennych (...) jednakże, sądząc
po znakach zewnętrznych, Miłosz przebywa w regionach,
które przez wielu z nas nie są jeszcze ani przeczute, ani
tym mniej doświadczone”, Sadzik, dz. cyt., s. 1
Herzog on Herzog, red. P. Cronin, Londyn 2002, s. 163-164, cyt. za: Herzog. Przewodnik Krytyki Politycznej,
Warszawa 2010, s. 119-120
W sławnej Deklaracji z Minnesoty czytamy: „Życie w głębi
oceanu musi być prawdziwym piekłem. Rozległym, bezlitosnym piekłem nieustannego i bezpośredniego zagrożenia.
Piekłem tak strasznym, że w toku ewolucji niektóre gatunki, w tym człowiek, wypełzły z wody i schroniły się na stałym lądzie – niewielkich kontynentach, gdzie lekcje ciemności trwają do dziś”, W. Herzog, Deklaracja z Minnesoty.
Prawda i fakt w kinie dokumentalnym, [w:] Herzog..., dz. cyt.,
s. 113
O kobiecości natury i kobiecie „jako przedstawicielce
Natury” jest w Widzeniach osobny rozdział [W, 25-27].

09_Dariusz Czaja.ps - 1/28/2012 7:34 PM

Dariusz Czaja • LEKCJA BIOLOGII

11

12

13

14

15

16

17

18
19

20
21

22

23

24

25

26

27

To chyba stąd bierze się histeryczna reakcja Miłosza wobec oświatowych programów o przyrodzie. Zalicza je do
obscenów, bo wedle niego twórcy filmowi pokazują –
często w pięknej formie, fotogenicznie i beznamiętnie –
spektakl polowania silniejszych na słabszych i wzajemnego pożerania się. „Opowieść przez nich w obrazach podawana jest ruchomymi ilustracjami do teorii ewolucji,
doboru naturalnego, i tak dalej”, Cz. Miłosz, Rok myśliwego, Kraków 1991, s. 59
W pewnym miejscu pojawia się krowa [W, 99], ale jako
synonim przeżuwającej bezmyślności.
T. Nagel, What Is It Like To Be a Bat, „The Philosophical Review”, t. 83, nr. 4. (październik, 1974), s. 435-450
O kłopotach z antropomorfizmem, o wielu jego rodzajach, o zagrożeniach i zaletach tej postawy pisze znakomicie L. Daston, Intelligences: Angelic, Animal, Human,
[w:] L. Daston, G. Mitman, The How and Why of Thinking with Animals, [w:] Thinking with Animals. New Perspectives on Anthropomorphism, New York, 2005, s. 37-58
[tłumaczenie tekstu L. Daston opublikowały „Konteksty” – nr 1/2011].
„Kiedy ludzie wyobrażają sobie zwierzęta, muszą z konieczności wyobrażać sobie samych siebie, tak więc te
zdarzenia odsłaniają wiele z tego, co rozumiemy pod pojęciem człowiek – anthropos tego antropomorfizmu”,
L. Daston, G. Mitman, The How and Why of Thinking
with Animals, [w:] Thinking..., s. 6; por. też J. Serpell,
W towarzystwie zwierząt. Analiza związków ludzie-zwierzęta, przeł. A. Alichniewicz, A. Szczęsna, Warszawa
1999, s. 258-259
W tej kwestii jeden, za to instruktywny, przykład: „Przed
blisko dziesięcioma laty mój przyjaciel Klaudiusz przeprowadzał razem z grupą zoologów i psychologów eksperymenty nad rezusami na uniwersytecie w Stony Brook.
Były to dla rezusów eksperymenty bardzo bolesne. Do
ich maleńkich móżdżków wprowadzano elektrody. Któregoś dnia późnym wieczorem Klaudiusz zajrzał do swoich rezusów. Klatki ze zwierzętami, jedne obok drugich,
umieszczone były wzdłuż długiego korytarza. Rezusy
przycupnięte w klatkach podawały sobie przez kraty kurczowo zaciśnięte łapki. Ten sznur z łapek rezusich ciągnął się nieprzerwanie od jednego do drugiego końca
korytarza w uniwersyteckim zakładzie zoopsychologii.
Od wieczora do świtu”, J. Kott, Powiastki dla wnuczek,
Warszawa 2002, s. 15
A. Linzey, Animal Theology, Urbana – Chicago 1995,
s. 124
Cz. Miłosz, Żółw, [w:] Wiersze..., s. 1321
T. Różewicz, Świniobicie, [w:] tegoż, Płaskorzeźba, Wrocław 1991, s. 93
Cz. Miłosz, Rok myśliwego, Kraków 1991, s. 50-51
Cz. Miłosz, Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada, [w:] tegoż, Wiersze..., s. 638
Cz. Miłosz, Do Pani Profesor w obronie honoru kota i nie
tylko, [w:] tegoż, Wiersze..., s. 1095
Cz. Miłosz, Świadectwo poezji. Sześć wykładów o dotkliwościach naszego wieku, Warszawa 1987, s. 52
Por. Cz. Miłosz, O erozji, [w:] tegoż, O podróżach w czasie, Kraków 2010, s. 36-37
Cz. Miłosz, Polskie zżymania, [w:] tegoż, O podróżach...,
s. 41
O roli negatywnych stereotypów i wyobrażeń w percepcji teorii ewolucji pisał S.J. Gould, Trzy oblicza ewolucji,
[w:] Jak to jest? Naukowy przewodnik po Wszechświecie,
red. J. Brockman, K. Matson, Warszawa 1997, s. 100

28

29

30

31

32
33

34

35

„Ostatecznie żyjemy nadal w świecie Darwina. I powiedziałbym, że istnieje pewna rozbieżność między naukami
biologicznymi a fizyką. Świat fizyki kwantowej jest inny
niż świat Darwina”, Millenium, apokalipsa, koniec wieku,
[w:] Cz. Miłosz, Rozmowy polskie 1999-2004, Kraków
2010, s. 155
Miłosz zupełnie nie czyni rozróżnienia między nauką, badającą fakty i związki między nimi, a doktryną naukową,
która poza te ustalenia wykracza. Jak pisał znakomity
mikrobiolog W.J.H. Kunicki-Goldfinger: „Biologia nie
interesuje się sensem świata lub celami ludzkiego życia;
nie jest nawet zainteresowana sensem życia jako zjawiska przyrodniczego. Bada ona tylko mechanizmy życia
i jego rozwój”, W.J.H. Kunicki-Goldfinger, Znikąd donikąd, Warszawa 1993, s. 71
V. Nabokov, Pamięci, przemów. Autobiografia raz jeszcze,
przeł. A. Kołyszko, posłowie L. Engelking, Warszawa
2004, s. 110-111
Collins jest jednym z najwybitniejszych żyjących genetyków, szefował zespołowi opracowującemu Human Genom Project; jest biologiem ewolucyjnym, a przy tym
wierzącym chrześcijaninem. Jego stanowisko to fascynująca próba myślenia, w której porządek wiedzy i wiary
zachowują rozłączność, a biologia nie jest wrogiem teologii, ale jej sojusznikiem. Jego hipoteza to dzieło nadzwyczajnej wyobraźni; ta ostatnia okoliczność mogłaby
służyć jako mocny kontrargument wobec powtarzanej
wciąż mantry Miłosza, że ewolucjonizm niszczy źródła
wyobraźni. W przeciwieństwie do koncepcji Intelligent
Design, BioLogos nie jest teorią naukową, ale światopoglądem teistycznym, nieunikającym wszakże konfrontacji z nauką. Nie służy więc do łatania Bogiem dziur w aktualnym stanie wiedzy, jak czynią to entuzjaści ID.
F.C. Collins, Język Boga. Kod życia – nauka potwierdza
wiarę, przeł. M. Yamazaki, Warszawa 2008, s. 167
Tamże, s. 167-168
„Ktokolwiek traktuje religię poważnie, powinien starać
się jak najbardziej zaostrzyć jej konflikt z obrazem świata narzuconym przez zwycięską naukę i technologię, zamiast łatać pęknięcia i utrzymywać na zewnętrzny, a nawet wewnętrzny użytek, że nie są one niebezpieczne”,
Cz. Miłosz, O erozji, [w:] dz. cyt., s. 30
J.A. Coyne, Ewolucja jest faktem, przeł. M. Ryszkiewicz,
W. Studencki, Warszawa 2009, s. 18
Oto jak zamysł Bergsona widzą historycy filozofii, wedle
których bergsonowska ewolucja „to historia ciągłego wysiłku inwencji, która na początku jedyna w swoim rodzaju (podkr. DC), rozprasza się następnie w królestwie
roślin i zwierząt, gdzie odgałęzia się z jednej strony w kierunku owadów, zaś z drugiej postępuje drogą kręgowców, osiągając szczyt w człowieku. Rozwiązanie, które
reprezentują błonkoskrzydłe, jest rozwiązaniem instynktu. Rozwiązanie kręgowców jest rozwiązaniem inteligencji, ale w obu przypadkach znalazł je ten sam wyjściowy popęd czy impuls, który jest podstawową energią
działającą w historii świata”, por. E. Gilson, T. Langan,
A.A. Maurer, Historia filozofii współczesnej, Warszawa
1977, s. 285

Fot. Andrzej Kramarz, z cyklu
Widzenia nad Zatoką San Francisco, fotografie.

62

Item sets
Konteksty 2

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.