-
Title
-
Osobliwe lata siedemdziesiąte. Wesołego Alleluja, Polsko Ludowa! / Polska Sztuka Ludowa-Konteksty 2011, t. 65, nr 1
-
Description
-
Polska Sztuka Ludowa-Konteksty 2011, t. 65, nr 1, s. 103-111
-
Creator
-
Kroh, Antoni
-
Date
-
2011
-
Subject
-
PRL
-
extracted text
-
16B_Antoni Kroh.ps - 8/1/2011 8:37 AM
Osobliwe lata siedemdziesiąte
ANTONI KROH
Wesołego alleluja,
Polsko Ludowa!
1949 roku proklamowano w Polsce realizm
socjalistyczny jako obowiązujący, jedynie
słuszny program dla wszystkich dziedzin
kultury. Cel był jasny: gruntowna przebudowa społeczeństwa w nowym duchu.
Przed sztuką ludową postawiono gigantyczne zadanie: oto miała, propagując nowe treści w tradycyjnej
formie, wpłynąć na zmianę mentalności chłopów, czyli
ponad połowy mieszkańców kraju. Winna była również
upowszechnić się w miastach oraz reprezentować kulturę polską za granicą. Trzeba więc było uratować ją od
zaniku i przekształcić, dostosowując do nowej roli.
Przekonanie, jakoby procesy zaplanowane i świadomie kierowane były z samej swej istoty lepsze od
procesów spontanicznych, okazało się jednym z największych złudzeń XX wieku, w skali makro i mikro.
Polski realizm socjalistyczny wywodził się bezpośrednio z socrealizmu radzieckiego, który – o czym pisano dopiero później – brał pełnymi garściami
z ideologii i sztuki Trzeciej Rzeszy, ta zaś z kolei nawiązywała do włoskiego faszyzmu głoszącego ideę odbudowy imperium rzymskiego. Oto, pokrótce, rodowód
„antycznych” pilastrów i gzymsów Marszałkowskiej
Dzielnicy Mieszkaniowej, akweduktu wkomponowanego w gmach Ministerstwa Rolnictwa, kolumn
uwznioślających fasady bloków przy ulicy Nowotki
(czyli Andersa), i rzecz jasna Pałacu Kultury – by
ograniczyć się do Warszawy. Wyroby kamieniarskie
z Radkowa na Dolnym Śląsku przed wojną jechały do
Berlina, między innymi na budowę Reichstagu, zaś to,
czego Niemcy nie zdążyli wykorzystać, w latach 40.
i 50. ogromnie przydało się w Warszawie. Kanony estetyczne nazizmu i komunizmu były bardzo zbliżone.
To jedna prawda, a druga, że w latach 50. budowano
piękne mieszkania: większe pokoje, wysokie stropy,
prawdziwe parkiety, cegła. Mieszkańcy komórek z betonu, wznoszonych później, mogą tylko westchnąć.
Włodzimierz Sokorski, później znany jako marny
prozaik i cieszący się życiem erotoman-prelegent, w założeniach programowych nowego kursu wyznaczył kulturze ludowej poczesne miejsce. Dobitnie to uzasadnił:
„Sztuka ludowa i sztuka naszej rzeczywistości wią-
W
żą się z sobą w sile bezpośrednich doznań, w sile wyrazu sztuki głęboko narodowej i jednocześnie głęboko
ludzkiej, sztuki będącej bezpośrednim wyrazem człowieczych trosk, radości, szczęścia, pracy, trudu, walki
i triumfu zwycięstwa. Zbieżność pieśni ludowych i pieśni masowych proletariatu to nie zbieżność formalna
i nawet nie zbieżność tematyczna. To zbieżność sztuki
tętniącej życiem dni naszych, uczuć naszych i walki
naszej. To zbieżność dynamiki naszych czasów. (...)
Winna nam przyświecać zasada wierności i prawdziwości tła oraz świadomy proces ukształtowania postępowego, żywego nurtu twórczości ludowej. (...)
Na wiecznie żywe, nieskończenie piękne tło sztuki
ludowej musimy rzucić twórczą myśl naszych czasów,
wskazując kierunek i metodę rozwiązywania zagadnień.
To są elementy naszej walki o przyszłe oblicze socjalistycznej kultury ludowej Polski i to są drogi naszego zwycięstwa. I po tych drogach wytrwale i zdecydowanie do naszego celu pójdziemy.
Po szczęście człowieka i piękno jego życia.
Po szczęście narodu i wielkość jego kultury1.
Zarówno socrealizm radziecki, jak nazizm, każdy
na swój sposób, także próbowały osadzić się w tradycji
ludowej i do niej się odwoływać.
Zaś w Polsce po 1949 roku zderzyły się i splątały
dwa nurty. Z jednej strony socrealizm, z drugiej przebogata, sięgająca co najmniej oświecenia, tradycja
„podnoszenia” wiejskiej kultury artystycznej i wykorzystywania jej do celów politycznych, propagandowych, estetycznych, narodowych, czy używając dzisiejszego języka – promocyjnych. Chłopska sukmana
Kościuszki, Cud mniemany czyli Krakowiacy i Górale
Wojciecha Bogusławskiego i Karola Kurpińskiego,
ballady Adama Mickiewicza, motywy malarskie, literackie, muzyczne, stylizacje gwarowe, stopniowe odkrywanie wciąż nowych dziedzin kultury ludowej
i „dźwiganie ich na wyżyny” – wielki szmat kultury
polskiej.
Mało znanym prekursorem tego nurtu był Mateusz
Butrymowicz, zarządca otwartego w 1783 Kanału Królewskiego, łączącego dorzecze Wisły i Dniepru. Wyprawił łodziami do Warszawy Poleszuków w strojach
ludowych, by zaprosili króla Stanisława Augusta do
Pińska. Monarcha przyjął zaproszenie, na jego cześć
urządzono jarmark z poleskimi produktami regionalnymi. Od tamtych czasów aż do wielkich prezydenckich dożynek w Spale w latach 30. XX wieku umacniano wiarę w wielkie wartości kultury ludowej,
przede wszystkim stroju, ale także plastyki, uwydatniając jej rodzime pochodzenie i wynikającą stąd rolę
państwowotwórczą. Kolejne generacje inteligentów
przyswajały oczywistą prawdę: ludowe, czyli piękne
i nasze, rodzime. Nasze, więc piękne, bo ludowe, rodzime.
112
16B_Antoni Kroh.ps - 8/1/2011 8:37 AM
Antoni Kroh • WESOŁEGO ALLELUJA, POLSKO LUDOWA!
Jędrzej Wawro, świątkarz z Gorzenia Górnego koło
Wadowic, przed wojną rozsławiony wierszami Emila
Zegadłowicza, zaś po wojnie książką Tadeusza Seweryna,2 w 1935 roku dostał zamówienie na figurę Chrystusa Frasobliwego, która miała stanąć na ołtarzu podczas
uroczystości w Spale. „Niezadowolony ze zbyt wielkich
rozmiarów figury, wysokiej na metr, a zatem wyższej niż
którakolwiek z dotychczas wykonanych – rzeźbił, ale
z musu, nazywając tę robotę «na wassermater». Aczkolwiek wystrugany przez niego świątek podobał się zamawiającym, Wawro żywił jednak skrupuły, czy wypada dać prezydentowi rzecz tak niewydarzoną”.3 Rzeźba
Chrystusa Frasobliwego, niby zwyczajna, z przydrożnej
kapliczki, ale powiększona stosownie do funkcji, nabrała nowego sensu. Stała się symbolem religijnym,
państwowym i klasowym równocześnie. Po to ją zamawiano i dlatego wybrano akurat ten typ ikonograficzny,
wszechobecny w wiejskim pejzażu. Mniej więcej wtedy
utrwaliła się zbitka słowna „Chrystus Frasobliwy”, która wyparła wiele określeń gwarowych, niektórych wielkiej urody, jak na przykład Święta Turbacyja (Krakowskie), Starośliwy (Śląsk), Płaczebóg (Kaszuby),
Miłosierdzie (Łowickie).
Po wojnie inaczej. Sztuka ludowa – narodowa
w formie, socjalistyczna w treści, choć przecież pradawna, wkroczyła szerokim frontem w życie codzienne
mas. Ze szczególnym uwzględnieniem inteligencji pracującej. Cepelia, zespoły pieśni i tańca z Mazowszem
na czele, festyny, dożynki, lokale biurowe i mieszkania
dekorowane pasiakami, siwakami, wycinankami – widomy znak sojuszu robotniczo-chłopskiego, ale niekiedy były to wyroby świetne pod względem artystycznym.
Chrystus Frasobliwy stał się wyrazicielem przedwojennej krzywdy chłopskiej, która minęła i nigdy nie wróci,
względnie symbolem codziennego trudu.
Socrealizm zakładał, że współczesna twórczość ludowa o nowych treściach i motywach (szlaczek z sierpów i młotów, kilim „X lat PRL”, pisanka z hasłem
„Wesołego Alleluja Polsko Ludowa”, wycinanka
przedstawiająca chłopa w łowickich portkach siedzącego za kierownicą dymiącego traktora, a nad nim
w zwieńczeniu gołąbki pokoju i pięcioramienna gwiazda, przyśpiewki w rodzaju: „nie chodź na zbój Wojtek,
Maciek, lepiej robić w kombinacie”), przyśpieszy proces zmian stosunków społecznych na wsi.
Lecz powojennej opiece nad sztuką ludową nadawała kształt stara kadra plastyków, muzyków, etnografów, regionalistów, często wybitnych fachowców. Ludzi zaangażowanych całym sercem, czerpiących
z tradycji Sztuki Podhalańskiej, Polskiej Sztuki Stosowanej, stylu zakopiańskiego, Bronowic, Warsztatów
Krakowskich, Ładu, Komitetu Popierania Przemysłu
Ludowego (powołanego uchwałą Sejmu w 1924 roku), Towarzystw Popierania Przemysłu Ludowego (było ich osiem), Katedry Etnografii Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie, Centrali Bazarów Wileńskich,
Państwowego Instytutu Sztuk Plastycznych we Lwowie – długo by wymieniać. Nawet podczas wojny ukazał się artykuł teoretyczny o zasadach opieki nad sztuką ludową w przyszłej wolnej Polsce.4 Temat był więc
żywy przez kilkadziesiąt lat.
Można podsumować, używając ówczesnego żargonu, że na przełomie lat 40. i 50. sztuka ludowa stała się
zarazem odgórna i oddolna.
Socrealizm w sztuce ludowej był czymś zupełnie innym niż w prozie, poezji, dramacie, plastyce, filmie czy
architekturze. Stare formy i techniki, nasycone nowymi „społecznymi” treściami – to kurioza, co prawda
nagradzane i wystawiane, lecz zarazem obśmiewane
i rychło lądujące w ciemnicach muzealnych magazynów. Na początku lat 60. etnografka z Muzeum w Toruniu opowiadała nam, studentom, o rzeźbiarzu Janie
Centkowskim z Nieszawy. Z dumą zademonstrował
swą najnowszą pracę – mężczyznę na koniu (w proporcjach, jakby dosiadł jamnika). Artysta właśnie wrócił
z Centralnej Narady Twórców Ludowych, bardzo się
przejął tym, co usłyszał, i natychmiast wziął się do
dzieła, albowiem był człowiekiem pełnym najlepszej
woli. – Co to? – Jak to, nie poznaje pani? – Przecie
marszałek Rokossowski przyjmuje defiladę. – Panie
Centkowski, a widział pan kiedy marszałka Rokossowskiego? – A jakże, służyłem przed wojną w ułanach,
defilowaliśmy przed nim, siedział na Kasztance i salutował… Takich anegdot opowiadano dziesiątki, socrealizm nie budził w etnografach agresji, lecz rozbawienie. Z takim samym rozbawieniem oglądałem
niedługo potem masowe przerabianie niechodliwych
Koperników (bo właśnie skończył się rok kopernikowski) na Mojżeszów, zaś po 1989 roku przeróbkę popiersia generała Świerczewskiego na generała Andersa.
Ale niektóre prace, powstałe na skrzyżowaniu socrealizmu i sztuki ludowej, naprawdę się podobały. Bar
mleczny Złota Kurka na Marszałkowskiej miał oryginalny wystrój ścian, dzieło wiejskich malarek, bardzo
pochlebnie wyrażano się o tym pomyśle. Wieś Zalipie
koło Tarnowa zasłynęła niedługo po wojnie. Zalipianki malowały w kwiaty nie tylko swoje obejścia, ale także kawiarnię w Krakowie i wnętrza statku pasażerskiego. W 1950 roku przy Wydziale Sztuki Ludowej
Ministerstwa Kultury i Sztuki powstała pierwsza w historii Polski kolekcja współczesnej wytwórczości ludowej. Gdy w końcu lat 50. przekazywano ją do warszawskiego Muzeum Etnograficznego, liczyła ponad
siedemnaście tysięcy eksponatów. W ciągu pierwszego
piętnastolecia PRL zorganizowano ponad sto konkursów zakończonych wystawami. Cepelia, przecież instytucja o socrealistycznym rodowodzie, animowała
ośrodki koronkarstwa w Koniakowie i Bobowej czy
wycinankarstwa w Łowiczu, by ograniczyć się tylko do
tych przykładów. Przy cepeliowskich spółdzielniach
działało kilkadziesiąt zespołów pieśni i tańca; w Bukowinie Tatrzańskiej chłopcy kończyli taniec zbójnicki
113
16B_Antoni Kroh.ps - 8/1/2011 8:37 AM
Antoni Kroh • WESOŁEGO ALLELUJA, POLSKO LUDOWA!
uniesieniem ciupag i okrzykiem „Pokój!”. Dziś pewnie
mało kto o tym pamięta, ale folklor bukowiański,
w który wpompowano niemało państwowych pieniędzy, przetrwał i wciąż jest podziwiany, choć wcale tak
być nie musiało. Państwo organizacyjnie i materialnie
wspomagało sztukę ludową i neoludową w skali, o jakiej przed wojną można było tylko marzyć – stwierdzam to bez ironii.
Wyroby Cepelii świetnie trafiały w inteligencki
gust, stały się modne, rozchwytywane. Mazowsze śpiewało „jadą maszyny, na nich dziewczyny” oraz „tarabam, tarabam, wróg nie wydrze pieśni nam”, lecz inne
piosenki tego zespołu były uwielbiane, śpiewał je cały
kraj (zwłaszcza że radio nadawało je od rana do nocy),
a także diaspora. Opowiadano w Londynie, że tamtejsza rodzina polska, wyjeżdżając na wakacje, zostawiła
znajomym Anglikom pod opieką psa, a kiedy ten z tęsknoty przestał jeść, Anglicy wzięli się na sposób: puszczali psu godzinami płytę Mazowsza i wyciągnęli zwierzę z depresji. Sklepy Cepelii w Brukseli i Nowym
Jorku pracowały na pełnych obrotach, Spółdzielnia
Przemysłu Ludowego i Artystycznego „Koronka”
w Bobowej jak rok długi gościła zagranicznych kontrahentów.
Pani w szkole podstawowej tłumaczyła nam, że
sztukę ludową, realizm socjalistyczny i w ogóle naszą
epokę wyśnił sobie Mickiewicz:
nitur władzy. Nowa generacja aparatczyków, tak zwane pokolenie ZMP, to byli wówczas ludzie między
czterdziestym a pięćdziesiątym rokiem życia. Dojrzewali intelektualnie w latach stalinowskich, na zetempowskich zebraniach i szkoleniach partyjnych. Tam
ich nauczono, że sztuka ludowa, rozwijana wedle
wskazań realizmu socjalistycznego, winna stanowić
podstawę kultury narodowej, umacniając jedność moralno-polityczną. Przyznawali się do niej, gdyż miała
jeszcze jedną wielką zaletę: była powszechnie zrozumiała, akceptowana i można ją było bezpiecznie chwalić bez obawy ośmieszenia.
A tymczasem siłą tradycji sztuka ludowa wciąż
jeszcze była lubiana w środowisku inteligentów – ludzi, którym znajomi księgarze sprzedawali spod lady
książki, normalnie nie do zdobycia, chociaż wydawane
w ogromnych nakładach, jeśli je przyrównać do obecnych. Ludzi bywających w teatrach, na koncertach,
zdecydowanych stać całą noc na mrozie po karnet na
Konfrontacje Filmowe. Stałych klientów targów staroci.
Sztuka ludowa była lubiana, budziła chęć posiadania. Lata 60. i początek 70. to szaleństwo ogałacania
kapliczek z rzeźb. Śpiewał o tym Kazimierz Grześkowiak5 w piosence Salonowy świątek:
Ten pan zgłupioł chyba z wszyćkim
Łaps! i wyjął mnie z kapliczki
A na koniec tej sromoty
gdzieś do miasta wywiózł potem.
Rzekła tego pana żona:
Świątka mamy do salona.
A tam u nas jesień cicha (...).
Od powietrza morowego
No i od wszelkiego złego
Salon nieźle jest chroniony
W kącie wiszą dwie ikony
Budda się w czystości nurza
Pani nowy ma odkurzacz.
A tam u nas jesień cicha (...).
Świątkowałem rok już któryś
Byle do emerytury
Teraz gości brzmią zachwyty,
Jaki ze mnie jest prymityw
Ogłaszają wszystkie stany:
Ten to grubo jest ciosany.
A tam u nas jesień cicha (...).
O gdybym kiedy dożył tej pociechy
Żeby te księgi zbłądziły pod strzechy.
Wieszcz co prawda nie dożył, ale my tak, więc realizujmy jego przesłanie. W kapitalizmie byłoby to niemożliwe. Wielkość Chopina tkwi w tym, że wzorował
się na muzyce ludowej i nieustannie do niej nawiązywał, czerpał z niej siłę. Dies Irae Kasprowicza to obraz
walki proletariatu z burżuazją. I tak dalej.
Socrealizm przestał oficjalnie obowiązywać po kilku latach, jednak nie umarł. Był wyszydzany, lecz nie
odwołano go równie zdecydowanie, jak przedtem proklamowano. Od czasu do czasu przypominał o sobie.
Jego główny apologeta w 1956 roku przestał być ministrem kultury, ale został prezesem Radia i Telewizji.
Wielu pretorianów tego ruchu zachowało wysokie stanowiska i wpływy.
Po grudniu 1970 roku nastały dla sztuki ludowej
czasy osobliwe.
Po latach zgrzebnej gomułkowszczyzny, zakończonej krwawymi wydarzeniami na Wybrzeżu, władza
musiała coś ludziom dać. Coca-colę, Zamek Królewski
w Warszawie, małe fiaty, budownictwo mieszkaniowe
z wielkiej płyty, zagraniczne papierosy i słodycze, możliwości wyjazdów na Zachód. Popieranie sztuki ludowej pasowało do tego jak ulał. Stało się więc sprawą
wagi państwowej, częścią polityki kulturalnej.
Aby uspokoić nastroje społeczne, wymieniono gar-
Powiatowy laryngolog wypełnił cały pokój starymi
chłopskimi rzeźbami z kapliczek. – Zbieram, lubię. – Jeździł po terenie, lubił, zbierał. Zdumiałby się i obraził,
gdyby mu ktoś zarzucił złodziejstwo i ranienie ludzkich
uczuć. Człowiek wyrobiony zawsze ma na podorędziu
wytłumaczenie swych podłych postępków: jeśli ja nie
wezmę, zabierze kto inny, i tak niedługo zgnije, ludzie na
wsi na tym się nie znają, wyszło z mody, nie szanują te-
114
16B_Antoni Kroh.ps - 8/1/2011 8:37 AM
Antoni Kroh • WESOŁEGO ALLELUJA, POLSKO LUDOWA!
go, trzeba fachowo zakonserwować… Nietrudno wymyślić coś w tym rodzaju. Zresztą – pan doktor nie wszystko ukradł. Pacjenci wiedzieli, że zbiera, przynosili. Wolał rzeźby od kopert i koniaków. To go uwznioślało.
Koleżanka ze studiów, niech jej będzie Małgosia,
mieszkała w eleganckiej willi ze swym tatą, mama się
wyprowadziła. Miejsca było pełno, chodziliśmy do niej
kuć przed egzaminami. Tam też było pełno świątków,
a nawet całych kapliczek. Siedzimy w salonie, kiwamy
się na henrykowskich krzesłach, drzwi się otwierają,
staje w nich zniewalająco piękna dziewczyna, jakby zeszła z obrazu Botticellego. – Pamela jestem. – Później
Małgosia opowiadała, że Pamela to także wiejskie znalezisko taty. Zobaczył ją na drodze, zatrzymał syrenkę.
– Ile masz lat?
– Osiemnaście skończone.
– Masz dowód?
– Mam.
– To idź do domu po dowód, zabieram cię do Warszawy.
Przybiegła po niedługiej chwili, nie mówiąc ani słowa rodzicom.
Tato Małgosi ją obkupił, zaprowadził do fryzjera,
pokazał drogę do spożywczaka, nauczył korzystać z łazienki, kuchni gazowej. Dużo podróżował służbowo za
granicę, chciał, żeby w domu czekała kobieta. Poza
tym Pamela nie miała żadnych obowiązków. Istniała
w willi jak te świątki. Łaziła z kąta w kąt albo całymi
godzinami gapiła się przez okno, Warszawa jej nie nęciła. Gdy widziałem ją po raz ostatni, wyglądała jak
kandydatka do Tworek.
Nie bywałem w eleganckim świecie, ale i tak w latach 50. i 60. oglądałem kilkanaście mieszkań umajonych rzeźbami z kapliczek.
Sztuka ludowa to był również chodliwy i bezpieczny temat dziennikarski – dobrze widziany przez decydentów, cieszący się życzliwym zainteresowaniem, łatwy w obróbce. Również towar eksportowy,
rozchwytywany przez polską diasporę i cudzoziemców
spragnionych egzotyki.
Na początku lat 70. wiejskie kapliczki były już prawie doszczętnie ogołocone, ale ponieważ ludziom zaczęło się trochę lepiej powodzić, a aspiracje rosły, trzeba to
było jakoś zamanifestować; popyt na świątki gwałtownie wzrósł. Rynek oryginałów prawie nie istniał, ruszyła
więc produkcja surogatów, zwanych współczesną twórczością ludową. Tradycja, neosocrealizm, moda, polityka kulturalna, prawa ekonomiczne splotły się, współtworząc szczególne zjawisko. Wokół sztuki ludowej
skupiło się towarzystwo mocno mieszane i tym samym
ogromnie interesujące. Składali się na nie:
– intelektualiści, artyści, także wybitni. Na początku dekady zaświtała dla nich nadzieja godniejszego życia, a władze wierzyły, że ludzie kultury ochoczo włączyli się w budowę drugiej Polski i umacnianie
jedności moralno-politycznej narodu;
– drobni kolekcjonerzy, często lekarze, którym do
szczęścia potrzebne było strojenie się w piórka znawców i mecenasów;
– coraz liczniejsi cudzoziemcy, życzliwie zainteresowani kulturą polską od Grotowskiego i Hasa po świątki;
– aparatczycy „robiący w kulturze” albo „mający
kulturę pod sobą”, aspirujący do miana ludzi artystycznie wyrobionych;
– władze powiatowe i gminne chcące się wykazać;
– organizacje-instytucje, np. Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze, Związek Młodzieży Wiejskiej
i Bóg wie jakie jeszcze;
– dziennikarze, wyspecjalizowani i przypadkowi;
– muzealnicy, zwłaszcza etnografowie;
– pracownicy Cepelii uważający się za właścicieli
sztuki ludowej, częstokroć zasadnie;
– regionaliści, czyli tzw. działacze, inaczej czynniki
społeczne;
– rozmaite ciotki entuzjastki;
– twórcy ludowi, od natchnionych wiejskich biedaków chwytających ochłapy uznania, poprzez ludzi
przekonanych o swym geniuszu (niemal każdy inteligent szczodrze sypał pochwałami, uważając się przy
tym za upoważnionego do udzielania wskazówek, rad
i pouczeń), po ewidentnych hochsztaplerów;
– cwaniacy wietrzący zysk, nie tylko finansowy.
Było co podziwiać. I jest co wspominać.
Miałem wtedy niecałe trzydzieści lat. Po starcie
zawodowym w Muzeum Tatrzańskim, zakończonym
klęską i rejteradą do Warszawy, wylądowałem w biurze, nad papierkami. W gwarze wileńskiej o takim
człowieku mówi się: „a ty siadłszy płacz”, w slangu
więziennym: „zmulony”. Czyli otępiały od beznadziei.
Wyrwał mnie z tego stanu Aleksander Jackowski,
redaktor kwartalnika „Polska Sztuka Ludowa”. Poznałem go, gdy przyjmował do druku mój światoburczy
kawałek o zbójnikach w kulturze polskiej, pisany jeszcze w Zakopanem. Zadzwonił, żebym wpadł. Jeśli mogę, to już.
U Jackowskiego poznałem Tadeusza Szczepanka,
kierownika Muzeum w Nowym Sączu, który zaproponował mi przygotowanie konkursu współczesnej rzeźby ludowej Karpat Polskich. Jackowski za mnie poręczył (później żartobliwie napomknął, że miał obawy),
a Szczepanek bez wahania przyjął mnie do pracy, widząc po raz pierwszy w życiu. Obiecał przyzwoite honorarium, plik delegacji in blanco (młodzieży wyjaśniam, że słowo „delegacja” w ówczesnej mowie
znaczyło najczęściej „druk polecenia wyjazdu służbowego”), samochód z kierowcą, a jak nie, to zaliczkę na
taksówki. Mam objechać górskie i podgórskie powiaty
od Cieszyna po Przemyśl, odnaleźć rzeźbiarzy ludowych, zrobić z nimi wywiady, zwieźć eksponaty, za-
115
16B_Antoni Kroh.ps - 8/1/2011 8:37 AM
Antoni Kroh • WESOŁEGO ALLELUJA, POLSKO LUDOWA!
aranżować wystawę, opracować katalog, zainteresować dziennikarzy. Konkurs miał być głośny, jeden
z największych w Polsce. Jak dowiedziałem się po latach, pewien pan o długich rękach doniósł gdzie trzeba na Szczepanka, bo zły był na niego w zupełnie innej sprawie, że sądeckie muzeum nie zajmuje się
sztuką ludową, lecz jedynie ikonami i Nikiforem – to
był wówczas ciężki zarzut, można było ponieść konsekwencje, w najlepszym razie długo wyjaśniać, że nie
jest się wielbłądem. Więc przystąpiono do kontrataku.
No i się załapałem.
Jackowski, dla przyjaciół Jacek, sprawił, że umieszczono moje badania terenowe – tak to się nazywało –
w planie naukowym Instytutu Sztuki PAN, zamówił
wywiady z rzeźbiarzami i książkę. Wracałem do domu
na miękkich nogach.
Nie wiem i nie jestem ciekawy, co by się ze mną
stało, gdyby nie ci dwaj panowie. Szczepanek miał
rzadką cechę – ufał podwładnym i nie przeszkadzał im
w pracy. Mniej więcej po dwóch miesiącach od podpisania umowy zainteresował się nieśmiało, czy cokolwiek robię.
W latach 70. prowadziłem trzy konkursy rzeźby i jeden kowalstwa Karpat polskich, prócz tego konkurs
wszystkich dziedzin plastyki ludowej Podhala, Orawy,
Spisza i Pienin. Kochałem tę robotę. Regularnie pisywałem do „Polskiej Sztuki Ludowej” i nie tylko tam,
współtworzyłem filmy dokumentalne, urządzałem wystawy, wydałem książkę. Mogę więc uważać się za weterana tego ruchu. Ale (czemuż miałbym sobie teraz
nie pochlebić?) zachowałem przecież nieco zdrowego
rozsądku – byłem enfant terrible trwającej całą dekadę
naukowej dyskusji, której celem było nieodwołalne
zdefiniowanie, kto jest twórcą, kto odtwórcą, kto ludowy, kto amator, kto naiwny, kto prymitywny, kto nieprofesjonalny, kto „inny”, co autentyczne, a co artystycznie opracowane (względnie przetworzone),
zgodne z tradycją, nawiązujące do tradycji albo wcale
nie, od kiedy liczy się autentyk, od kiedy zaś – naleciałość. (Szczytowe osiągnięcie owej debaty: pani profesor
Maria Znamierowska-Prüfferowa w ferworze dyskusji
tak określiła kiedyś „innych”: „no, państwo wiedzą, ci
wariaci od pana Jackowskiego”). To było wówczas niezwykle ważne – nie tylko dla znawców, którzy swoje
kategoryczne sądy próbowali jakoś uporządkować, by
dostosować do nich rzeczywistość, lecz i dla zainteresowanych, gdyż przekładało się na bezpośrednie skutki
praktyczne: prestiż, pieniądze. A tymczasem na wsi
kończył się definitywnie wiek XIX.
Znawca sztuki ludowej – to było coś. Dzięki pozycji w tej branży miałem ludzki szacunek i odrobinę
więcej pieniędzy, niż potrzebowałem na niezbędne wydatki, a nawet dostałem mieszkanie. Zawoziłem, odwoziłem, rozmawiałem, fotografowałem, kupowałem
eksponaty do powstającego skansenu w Nowym Sączu, a co się napatrzyłem i nasłuchałem… Dzięki
świątkom mogłem przyglądać się z bliska zarówno inteligenckim nadziejom i fumom lat wczesnego Gierka,
jak ogólnej destrukcji końca dekady. Panie urzędniczki z Wydziału Kultury w Krakowie mówiły o mnie dobrotliwie, acz protekcjonalnie „kapitan Czechowicz”
(oficer wywiadu, wkręcił się do Wolnej Europy, wrócił
do kraju rok przed moim pierwszym konkursem rzeźby. Trąbiono, że wykradł największe tajemnice rozgłośni i niebawem nastąpi fala aresztowań, ale skończyło
się klapą i pośmiewiskiem. W mowie potocznej kapitan Czechowicz występował jako kapitan Klops, a studenci śpiewali o nim „Glory, glory ale szuja”).
Skoro więc z łaski losu stałem się specjalistą, należało
możliwie szybko poznać temat, choćby ogólnie, a w następnej kolejności wyuczyć się fachu. Przygotowując eksponaty przed obradami jury, typowałem nagrody wedle
własnego rozeznania, aby moje sądy porównać z oficjalnymi wynikami. Za pierwszym razem miałem osiemdziesiąt procent nietrafnych (jeżeli przyjąć, że oceny jury były trafne). W ostatnim już tylko trzydzieści. Robiłem więc
postępy, a gdybym nadal drążył, a czas się zatrzymał
i przemiany współczesnej sztuki ludowej nie postępowały
w takim tempie, mógłbym zostać wybitnym autorytetem,
może nawet zawodowym jurorem. Ale przyszło lato roku
1980 – zarówno miłośnicy, jak decydenci, a nawet niektórzy twórcy z dnia na dzień porzucili świątki i zajęli się
zupełnie, ale to zupełnie czym innym.
Ludoznawcy przedwojennego chowu na ogół uważali tradycyjną kulturę ludową jakiegoś regionu za koherentną całość, gdzie wszystko jest ze sobą powiązane, jedno zjawisko bezpośrednio wypływa z drugiego,
a dzieła sztuki pozostają w ścisłym związku z całą resztą życia społeczności lokalnej. Relikty owego sposobu
myślenia można było obserwować jeszcze w latach 70.,
choć rzeczywistość zmieniła się gruntownie; za moich
czasów rzeźbiarzy z ich środowiskiem łączyło jedynie
miejsce zamieszkania, więzi rodzinne i sąsiedzkie, nie
twórczość – ani pod względem artystycznym, ani ekonomicznym, ani ideowym. Artyści ludowi byli podporządkowani swym odbiorcom (oceniające i zarazem
wyceniające komisje cepeliowskie, inni kupcy, muzea,
kolekcjonerzy, animatorzy, kiermasze, urzędnicy od
kultury). To miastowi dyktowali, co jest, a co nie jest
ludowe – czyli piękne, czyli autentyczne i korygowali
zjawiska niepasujące do ich wizji, uważając się za
uprawnionych, ponieważ płacili. To głównie oni utrzymywali przy życiu sztukę ludową lat 70. Stąd ówczesna
kariera „autentyczności” traktowanej jako wymóg.
Każdy twórca winien być autentyczny, jego dzieło autentyczne. „Czy on jest autentyczny?” – pytano mnie
wielekroć. Nie wiedziałem, co to dokładnie znaczy, ale
na wszelki wypadek odpowiadałem, że absolutnie tak.
Po co twórcom psuć interes, a inteligentom wsadzać
palec do zupy.
Zresztą i przed pierwszą wojną światową rzeźba ludowa nie była ściśle powiązana ze swoim regionem,
116
16B_Antoni Kroh.ps - 8/1/2011 8:37 AM
Antoni Kroh • WESOŁEGO ALLELUJA, POLSKO LUDOWA!
nie tak zróżnicowana jak choćby strój, muzyka czy budownictwo. Wyjątek stanowiły figurki powstające wokół sanktuariów maryjnych (Gidle, Skępe, Kalwaria
Zebrzydowska), roznoszone przez pielgrzymów czasem
na setki kilometrów. Chrystusa Frasobliwego z Beskidów można umieścić w kapliczce na Suwalszczyźnie –
nikt nie zauważy różnicy, bo jej nie ma. Pokazano mi
kiedyś album sztuki ludowej Meksyku; niektóre świątki wyglądały jak wyjęte z polskich kapliczek. Karpaty
Polskie ślą pozdrowienia na drugą półkulę! Parokrotnie proszono mnie o zakup rzeźby, gdy znajomy znajomego kupił dom nad jeziorem i musiał go dopasować
do swego ideału piękna, czyli urządzić à la rustique.
Uludowić. Dzisiaj, jeśli zobaczymy na wiejskiej chałupie tradycyjną kapliczkę z Chrystusem Frasobliwym
albo Matką Boską, możemy być prawie pewni, że stoimy przed rezydencją człowieka miastowego. Nowi
właściciele zapewne sądzą, że składają w ten sposób
ukłon chłopskiej tradycji, dla mnie jest to współczesna
wersja Arkadii pod Łowiczem (Zofiówki, Powązek,
Puław, Morysinka), istniejącej, by księżna pani miała
gdzie się przechadzać, prowadząc na łańcuszku wykąpaną i uperfumowaną owieczkę ze złotym dzwoneczkiem u szyi.
Skoro miejsce tradycyjnej kultury ludowej w sercach inteligentów zajęła wytwórczość współczesna, etnografowie siłą rzeczy musieli ją intensywnie animować. Dawni ludoznawcy badali rzeczywistość zastaną,
istniejącą niezależnie od nich; moje pokolenie
w znacznej mierze zajmowało się tym, co samo powoływało do życia. Ja także się przykładałem, były to dla
mnie pod względem zawodowym lata bardzo owocne.
Pomogłem wielu starym, biednym, zahukanym ludziom. Uśmiechali się, widząc mnie na progu.
Ale zjawisko miało już w sobie symptomy upadku,
z każdym rokiem coraz widoczniejsze.
Jak dziś Polska szeroka
Jak szeroka i długa
Wszędzie twórcy ludowi
Każden dłubie i struga.
Bo dziś rzeźbiarz się ceni
Niezły z tego ma dochód
Za Chrystusa – Madonny
Kupił sobie samochód.
Albo garncarz – przed wojną
Nieraz z głodu przymierał
Dziś za swoje garnuszki
Na Wartburga uzbierał.
Albo tkaczka-artystka
Tka dywany na krosnach
Wille sobie buduje
Bo w pióreczka obrosła.
Albo taki poeta
Też ludowy artysta
Za wierszówki z czasopism
Jest zagrycha i czysta.
I tak Polska szeroka
Jak szeroka i długa
Każden chce być artystą
Każden pisze i struga.
Bo dziś takie już czasy
Takie to już dziś lata
Jak nie struga coś w drzewie
To przynajmniej wariata.
Napisał ten wierszyk Bronisław Pietrak,7 kowal
z Lubelszczyzny, przez jakiś czas prezes Stowarzyszenia
Twórców Ludowych. A ja dziwowałem się, jak ta Maryś. Na własne oczy oglądałem resztki socrealizmu,
wymieszane z pokłosiem, a częściej z otrębami sentymentalizmu, klasycyzmu, romantyzmu, pozytywizmu,
Młodej Polski i artystycznych prądów dwudziestolecia.
Dwukrotnie (pod Nowym Sączem i pod Myślenicami)
przestąpiłem próg zamieszkanej kurnej chałupy. Ile razy pchły mnie oblazły, nie zliczę. A czego się nasłuchałem, ilu poznałem fascynujących ludzi. Jakże się nie
wzruszać, nie wspominać? Przecież to były moje najlepsze lata.
Nie tylko moje. Pewien ludowy artysta, kowal ze
Szczawnicy, westchnął niedawno:
– Najlepiej to było za Gierka i za Kroha.
Przypisy
1
2
3
4
5
6
117
Włodzimierz Sokorski, O właściwy stosunek do sztuki ludowej. Referat wygłoszony dnia 28 maja 1949 roku na
konferencji w Muzeum Narodowym poświęconej omówieniu wyników Festiwalu Muzyki Ludowej. „Polska
Sztuka Ludowa”. Rok III, nr 5, maj 1949
Książka ma formę dialogu świątkarza z narratorem.
W środowisku etnografów krążyła uporczywa plotka, że
cały ów dialog to, jeśli wolno się tak wyrazić, licentia ethnografica Seweryna, który znał Wawrę jedynie przelotnie, widział go w ogóle raz czy dwa razy, a że miał duszę
artysty i dogłębną wiedzę o regionie, więc pięknie zanotował to, czego nigdy nie słyszał.
Tadeusz Seweryn, Świątkarz powsinoga, Wydawnictwo
PAX, Warszawa 1963
Halina Sosnowska [Ewa Pohoska], Sztuka pod ochroną.
W trosce o kulturę przyszłej Polski. „Droga” 1943, nr 1. Za:
Marek Arpad Kowalski, Śladami świątków. LSW, Warszawa 1971
www.grzeskowiak.art.pl
Bronisław Pietrak, Twórcy ludowi. „Polska Sztuka Ludowa” XXXIII, 1979 nr 2
16B_Antoni Kroh.ps - 8/1/2011 8:37 AM
1
2
3
1. Leonid Breżniew i Edward Gierek. Fot. Jan Morek, Warszawa
2. Konferencja wyborcza Komitetu Wojewódzkiego PZPR, na mównicy Władysław Gomułka
Fot. Jarosław Tarań, Warszawa 7 lutego 1969. Archiwum Fundacji Ośrodka KARTA
3. Kadr z filmu dokumentalnego Grudniowe taśmy. Fot. Wojciech Jankowski, Gdańsk, grudzień 1970.
4. W kuchni. Fot. Jarosław Tarań, Reszki, 4 listopada 1970
5. Kobieta zamiatająca przejście dla pieszych. Fot. Jarosław Tarań, Warszawa, marzec 1970
6. Pasażer pociągu podmiejskiego. Fot. Piotr Borowicz, Warszawa 1978
7. Nabożeństwo majowe. Fot Maciej Osiecki, Podlasie 1980
8. Świniobicie. Fot. nieznany, wieś Młynarze n. Bugiem, lata 80.
9. Skrzyżowanie ulic Okopowej, Hucisko, Wałów Jagiellońskich. Fot. prawdop. Sławomir Fiebig, Gdańsk 15 grudnia 1970
Wszystkie fotografie pochodzą z katalogu wystawy: „Cudowne lata” Muzyka. Poezja. Malarstwo. lata 70., 80.
Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza, Warszawa 2009.
16B_Antoni Kroh.ps - 8/1/2011 8:37 AM
4
5
6
8
7
9