Zapiski z gardzienickiej chaty / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2001 t.55 z.1-4

Dublin Core

Tytuł

Zapiski z gardzienickiej chaty / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2001 t.55 z.1-4

Opis

Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2001 t.55 z.1-4, s.401-406

Twórca

Gołaj, Mariusz

Wydawca

Instytut Sztuki PAN

Data

2001

Relacja

oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:3070

Format

application/pdf

Język

pol.

Identyfikator

oai:cyfrowaetnografia.pl:2874

PDF Text

Text

Mariusz Golaj • ZAPISKI Z GARDZIENICKIEJ CHATY

W

ędrowałem w swoim życiu wiele, wędrowa­
nie ożywiało moje życie, ofiarowywało mo­
jemu życiu wiele żyć.
Wędrowałem dzieckiem, z Babcią Julą za rękę, przez
polne drogi Osoli, wśród zbóż. Wędrowałem młodzień| cem, okazjami, przez Polskę lat siedemdziesiątych; od­
krywałem Europę w płaszczu ortalionowym zamiast
śpiwora - byłem włóczęgą. Zamieniałem mój Wrocław
na świat i przemierzałem go po wielekroć. Biegałem po
poligonie, w hełmie, w samotność wojennego teatru
I młodości. Trafiłem do Gardzienic.
Przy Staniewskim latami wędrowałem po „Natural­
ne środowisko teatru", zaprzęgnięty w łódź wypełnioną
muzyką, obok najbliższych m i osób. Byłem posłańcem
spraw, przy których rosłem. Paliłem mosty, deptałem
ziemię, by wejść w wiek męski. I wszedłem - Awwatum, Carmina Burana.
Z okna mego domu śledziłem zmieniające się kolory
taki i wiewiórkę, którą nazwałem Zeami. Przysypiałem
i śniłem skrzypienie stalówki mojej maszyny do pisania.
Budziłem się pobity.
Przemietzałem fakty - rekonesanse, wyprawy,
warsztaty, sympozjony, sesje, zgromadzenia, spekta­
kle. Australie, Nowe Gwinee, Indie, A m e r y k i , Ukra­
iny, Anglie, Koree, Laponie, Japonie, Brazylie. Lata.
Ludzkie konstelacje. Teatr. Sam nigdy bym tam nie
doszedł.
Wbiegając w czterdziestki, ryczące, wyruszyłem na
Wschód. Wróciłem. Dziś dniami strzelam z łuku, a no­
cą, na dwudziestą, chodzę do Domu-Teatru zajmować
się zwierzętami. Szczególnie osłem. Podtykam mu pod
pysk tóże i ryczę, i czekam przemiany.

Wrocław. Początek lat sześćdziesiątych
| W poniedziałkowe wieczory wyruszyłem z ulicy Knia[ ziewicza 11, mieszkania 8, do kościoła Św. Wojciecha,
I za fosę. Szedłem obok szewca, do którego odnosiłem
do żelowania buty, koło zakładu pani Basieńki, gdzie
biegałem z pończochami mamy, żeby „podnieść oczka",
kolo kutego, poniemieckiego parkanu i w połowie zruj­
nowanej, poniemieckiej kamienicy, gdzie mieszkał mój
kolega, z którym w poniemieckim bunkrze piłem po raz
| pierwszy wino. Poniemieckie gruzy i chłopięca wojna,
Polacy i Niemcy, nikt nie chciał być Niemcem, kamie­
nie i pierwsza krew. Małpi Gaj.
A w kościele światło witraża i misy z wodą święconą,
czaszki przy sarkofagu błogosławionego Czesława, po­
łyskujące obrazy, cienie i płonące świece.
0dziewiętnastej-służba.
W zakrystii podstrzyżeni chłopcy walili się komżami,
] potem 10 minut nakazanego skupienia, ubieranie Księdza-Ojca, mszał da ręki, trzy dzwonki, wejście. Msza...
i Spektakl.

MARIUSZ

Z

GOŁAJ

Zapiski
gardzienickiej
chaty*

Grałem jedną z głównych ról, za Księdzem-Ojcem,
organistą i N i m , dla którego to wszystko.
Przyklęknąć i przenieść mszał, wrócić na miejsce,
przygotować dzwonek, skłonić głowę, nalać wody i wi­
na, czasem tylko wina, wina, moja wina...
Ministrantura po łacinie, melodeklamacja, klęczeć
ze skłonioną głową, moja wina, wina...
Trybularze i dzwonki, ich głosy, ich wypracowanie
i szlachetność, jakże daleka od codziennej bylejakości.
Moja wina, rzeknij słowo, nie jestem godzien...
Złota patera podkładana pod usta tych zza balasków
- wywalone języki, umalowane wargi, nieogolone po­
liczki, popsute zęby. Drgająca powieka dziewczynki
o włosach z jasnymi pasemkami.
Rachunek sumienia. Diabły i Anioły. Wina. Strach.
Spowiedź.
Przebaczenie. M a m jeszcze tyle czasu...
Łzy szczęścia. Lekkość po pokucie.
Spełnienie. M a m jeszcze tyle czasu.
A k t o r e m byłem i w cywilu. Pierwsze próby.
Babcia Jula myła m i nogi w misce i czytała Powrót
taty.
Woda chlapała na podłogę w kuchni, na żywe deski,
szorowane przez rodziców w soboty, przy radiu Maty­
siaków. Pamiętam to wzruszenie i radość z zapamięta­
nego po raz pierwszy, powtórzonego przed snem, sobie
tylko, w łóżku, tekstu. A potem trajkotałem go Babci
Juli, siedząc na jej kolanach, gdy szyła, w rytm maszy­
ny do szycia „Singer", jak piosenkę.
Na imieninach stawiali mnie na krzesło. Nie zawsze
cichli od razu. Jeszcze wujek Janek stuknął kieliszkiem,
jeszcze łyżeczka sałatki dla babci Kamy, jeszcze śmiech,
jeszcze gwar. Jakąż piękną rodzinę ja miałem, te ich
zgromadzenia, te biesiady... ten teatr. Zaczynałem jak
dziecko, z opuszczoną głową, nie znałem jeszcze sztuki
początku. Potem osiągałem rytm maszyny do szycia
Babci Juli, uważałem na oddech. To było gdzieś przy
*

P i e r w o t n i e tekst

ukazał

się w miesięczniku

„Odra"

n r 9/1997. R e d a k c j i bardzo dziękujemy za zgodę n a przedruk.

401

Mariusz Gohj * ZAPISKI Z OARDZIENICKIE] CHATY

tlona ciepłym, żółtym światłem gierkowskich lamp, jak
reflektorami w teattze. Nie przypominał innych, tlą­
cych się lichymi jarzeniówkami, ociemniałych ulic. To
była Europa. „Za moim oknem, *>d skalistych brzegów,
białe żagle wciąż jeszcze wychodzą na morze. Odchodzą
w tamtą stronę, niepotargane skrzydła..." - T.S. Eliot.
Most Grunwaldzki, wiszący, „nie brookliński". Odra.
Mosty i kościoły. Apollinaire. Potem wybierałem - ko­
ło dominikanów przez Rynek i Świdnicką albo kolo i
uniwersyteckiej polonistyki, albo od razu w dół, nad toScj., na. dworzec.

Metamorfozy.

Dworzec Główny to było włocławskie „down town"
- ludzie, taksówki, ruch. Świecący zegar na wieży, mi­
gający, psujący się neon, kino nocne z huczącym wen
tylatorem i seansami o północy. Bar, kawiarnia, restau-l
racja - jedyne nocne lokale - żywe, ciepłe, dostępne,
Smak grochówki z chlebem, klopsa w pomidorach,]
ziemniaków z kapustą zasmażaną, podwójnych ziemi
niaków z tłuszczem. Wędrowcy, przechodnie, podrói
ni, nieudacznicy i poeci, milicjanci i SOK-iści, alkohol
licy, ćpuny, dziwki, taksówkarze i kelnerki, te ulubiai
ne, ulubione widoki, perspektywy, światełka, zakamar-1
ki, ławki. Dostojewski, Sattre. Wódka w pobliskie!!
melinach, bramy, klatki schodowe, drzwi - „babcie"!
„ciocie", radiowozy. Jakże te noce nie miały chuligau-fl
skie być, skoto recytując Sergiuche, jego Moskwę zaj
mieniałem na karczemny Wrocław.

Fot. archiwum O T P

słowach: „...najpierw, z początku, porwał mnie śmiech pu­
sty, a potem litość i trwoga...". T o było gdzieś t u . . . Jak
przyjeżdżała rodzina z Pruszkowa, ze strony mamy,
pierwsza była zwykle ciotka Irka - zamglenie oczu, wil­
goć rzęs, łza, pierwsza, wytarta, następne jakoś tuszowa­
ne chusteczką, grymasem. Rodzina ze strony ojca była
żywsza, rozradowana, hałaśliwa. Stanowili zagrożenie
dla mojego aktorstwa. Bzyknięcie zapałki przy zapalaniu
papierosa babki Fatimy, paliła bez przerwy, kichnięcie
wujka Pawła, szept ciotki Baśki, potwornie sceniczny,
tego już się nie dało zatrzymać, to groziło klęską.
„Kupcze, idź w miasto, ja do lasu muszę..." - bywało,
że ciotki płakały na głosy.

Wrocław. Początek lat siedemdziesiątych
Wrocław przemierzany nocą, jeszcze dziś nie odma­
wiam sobie echa tych wędrówek.
Wyruszałem spod Stadionu Olimpijskiego, gdzie wy­
najmowałem ciemny, wilgotny pokoik, z kredensem
i biurkiem, i żelaznym łóżkiem, do okna którego nocą,
spod drzewa moreli, pukali goście. Szedłem parkiem
Szczytnickim - koło rododendronów, gdzie jakiegoś
świtu czytałem komuś Rilkego: „Konno, konno, konno,
tak przez dzień, tak przez noc, konno, konno, konno..." do placu Grunwaldzkiego. T o była przystań, rozświe­

T o nie był Wrocław, to był cały świat. Te pociąg •
0 niebieskich światełkach miały mnie kiedyś wywieźl
daleko - „którejś nocy, ścigany pieśnią
rozhisteryzwĄ
nych stóp twych najdroższych, wyruszę w drogę... " -M
salem w urodzinowym wierszu. A na razie z dworca M
Ktzyki, ciągle piechotą - wiosną bzy, kasztany, butellaf
mleka z wózka, poddasze ptzyjaciela-kumpla - z napił
sanym wierszem, poematem, który „o bladym Ma
okazywał się zwykłym bełkotem". T o był mój GinsbeJ
1 „kolczasty kłąb". I powrót, „na czerwonym byty
Lao-tsy przez budzące się ulice miasta.
T o był Teatr Miejscowy, Teatr Olśniewający. Tobf
nasz Teatr Osobny. Było nas paru, zresztą życie nastał
sowało przez tych parę lat. Tadeusz, Tomek, Bronek
Monika, Hanka, Elżbieta, Jola, Jacek, Julka, Jurek, Mi|
chał, Ryszard, Magda, Irek.
Obłężenie wg Krasińskiego w Kalamburze, ŁagM
Eskuńal w Pałacyku, Majakowski na Dawida, Schuj
w Jerzmanowicach. I po pokojach, po domach, pogi
leriach na jedną noc, w mieszkaniach, na ulicach, tai
sówkami, pod czyjeś okno - wiersz, w podziemny!
przejściach dworca - idziesz z walizką, stoimy podścil
ną, stajesz, otwierasz, wchodzisz w nią, dmuchasz wśl
giel wyciągniętego prześcieradła - „nauczę cię żarlim
ści...". T e n teatr był poza teatrem. Poza Teattem Pol
skim, Współczesnym, Karnetalnym - tam się chodzi
w liceum. Poza studenckim poza Labotatot ium. ByJ

402

Mariusz Gołaj • ZAPISKI Z GARDZIENICKIEJ CHATY

to się i tam, przerzucało kładki, używało sal, staży, kon­
taktów, festiwali, świąt - byliśmy z ambitnych marzeń,
żarliwych słów, nieprzejednani, wytrwali, czuli, więc
nas wpuszczano i w lepsze towarzystwo. A l e tam już by­
ło za ciepło, więc wracaliśmy na ulice, w cień. I niektó­
rzy w cieniu pozostać woleli, do dziś.
„Nie starcza już dwudziestoletnich burz ból, trzydniowy
nie rozczula..." - pisałem w wierszu z wojska. Ślad
na piasku - na piasku, na trawie, na drodze. N a chodi niku, posadzce, parkiecie. N a betonie, na linoleach
! i lasttikach, płytkach PCV, wykładzinach, deskach czy scenicznych, czy to była scena?
| Zakłady karne, szpitale, kluby studenckie, domy
kultury. Z tobołkiem scenografii na plecach, z dwoma
reflektorami, boso. Dzień postu przed pokazem.
' zarost

Dziś widzę to jakoś napuszone, nieskromne. Zapa­
trzone w siebie, w młodzieńcze „ja", jakże dalekie od w i ­
zerunku na scenie. Osamotnione, nie skonfrontowane
! z żadną tradycją, epoką, historią, zawieszone niby
' w „tu" i „teraz", z młodzieńczą wiarą, że tylko „tu" i „te­
raz" jest, z pretensją do widza, żeby to „ja" - „tu" i „te­
raz" zaakceptował. W pełni. Bo w „pełni" niby byłem ja.
Spalone mosty, spalone przyjaźnie. Niektóre na zawsze.
Pierwsze kroki w samodzielność, w wiek męski. D o
Gardzienic.

Olga Pawluczuk ze wsi Bubel
Nad Bugiem

1

Lato. Zamglony wieczór, od łąk, od rzeki. N a drodze
szczekały psy. Patrzyłem przez szybę okna, z nocy w izbie grało radio, stół zastawiony „wszystkim". Olga
leżała ubrana na łóżku, z wyciągniętą, sztywną nogą.
Chtapała.
Zapukałem w okno. „Kto to?" - wrzeszczy. I ruch...
Biegnie, kuśtykając, otwiera drzwi, nastawia wodę,
kroi chleb, całuje, wyciera nos, gada, śmieje się, wy­
chodzi. Cebula, tuszonka, słonina - podsuwa krzesło,
wszystko na czas. Wyciera fartuchem kieliszki, wlewa
gościnną wódkę - „oj, będzie, będzie!" - woła, gdy stakany pełne. Wznosi toast. Jak ona wznosiła toasty... Te
mowy, te zaśpiewy, stuknięcia szkła, śmiechy, dotyka­
nie kieliszkiem ust, już tylko przechylić... ale odstawiła,
jeszcze jedna przyśpiewka i śmiech, i nawoływanie,
i parę ogni na twarzy, w zmarszczkach, co jak bruzdy
w ziemi. Studiowanie ludzi ze wsi, i c h pieśni, gestów,
ruchu, ich technik, ich środowiska, ich kosmosu - to
był ważny przedmiot gardzienickiej edukacji.
Wreszcie Olga w siebie wódkę wlała - wydech, gry­
mas ust, przesłonięcie twarzy, skórka chleba pod nos.
„Dobra... mocna..." - zaklęcie. I następna pieśń.
Rano zaczynało się: „A co będziesz jadł?". I już sześć
jajek kapie na słoninie, chleb z przedwczoraj i herbata,
bardzo słodka. I opowieści, już nie cywilne, ale „pod

403

magnetofon". O chórze w kościele i jak jej zabronili
śpiewać, bo wszystkich zagłuszała, o prawosławnym
krzyżu i pielgrzymce na Grabarkę, o cerkwi i domu,
0 rodzinie i świętych, i wojnie, i cierpieniu, i samotno­
ści. T o już nie była tylko Olga, to było plemię, i poko­
lenia, tradycja, niszczona, i to niszczenie też było trady­
cją, to były ruiny chat nad Bugiem i zdziczałe, po prze­
siedleniach, sady owocowe, i odbudowywane kapliczki,
1 rzeka graniczna. I ja, który tego słuchałem.
W 1993 roku, przygotowując wyprawę „Gardzienic"
na Ukrainę, odwiedziliśmy z Mariana Sadowską
w Drohobyczu ucznia Brunona Schulza. Staruszek
z żoną siedzieli na ganku, pokazywali nam fotografie.
W sadzie spadały jabłka. Pac... „Główna rzecz, ażeby
nie zapomnieć..." - pac... - „żaden Meksyk nie jest
ostateczny" - pac... - „jest on punktem przejścia, któ­
ry świat przekracza"
— pac, pac. „Za każdym Meksy­
kiem otwiera się nowy Meksyk, jeszcze jaskrawszy nadkolory i nadaromaty..."
Pac. Pac. Pac, pac...

Wędrowałem na Wschód
T o była podróż wymyślona dużo wcześniej, nigdy niegotowa, aż dziw, że się w nią udałem.
Babcia Jula kupiła m i w dzieciństwie lampę, we
Wrocławiu, na Dąbrowskiego. Lampa miała abażur, na
którym były wielbłądy i one się pod wpływem ciepła ża­
rówki poruszały, kręciły, szły, wędrowały po piasku pu­
styni na Wschód.
A potem, w młodości, w pokoiku na Olimpijskiej za­
chłystywałem się mirażami Wschodu, młodzieńczym
poszukiwaniem iluminacji, technikami przemienienia,
bycia pełnym - całą tą obowiązkową literaturą połowy
lat siedemdziesiątych, wypisz-wymaluj Dharma bums
Kerouaca.
W u j e k Janek był bratem rodzonym Babci Juli, miał
metr sześćdziesiąt wzrostu, był łysy i był kolejarzem.
Pojawiał się w moim dzieciństwie w mundurze, z po­
marańczami w prezencie, zjadał obiad i mówił: A teraz porozmawiajmy poważnie. I zasiadała rodzina,
chcąc-nie chcąc, przy herbacie i słuchała wujka Jan­
ka. W u j e k był członkiem Towarzystwa Teozoficznego, jeszcze przed wojną, znał, jak mówił, Dynowską
i kontynuował swoje studia na Jesionce pod Warsza­
wą, gdzie mieszkał w maleńkiej chałupce z kotem,
psem i pokaźną jak na warunki wiejskie biblioteką.
Ptowadził ożywioną korespondencję i był wiejskim
dziwakiem. Opowiadał o Białej Hierarchii w górach
Tybetu, o minerałach i zwierzętach, z których jeste­
śmy o wędrówce k u Dobru a ludzie go widywali jak
unosi się nocą nad borkiem W 1981 roku wujek
ogłosił nadchodzący koniec świata i wezwał rodzinę
do siebie aby tam przy zakupionym zapasie ryżu mą-

Mariusz Gokj • ZAPISKI Z GARDZIENICKIEJ CHATY

k i i soli, przetrwać. Odwiedziłem go potem, przywożąc
Króla Ducha, jak karmi! ryżem, w stanie wojennym,
wróble. A potem w D o m u Zasłużonego Kolejarza, gdy
leczył się jeszcze kolorem oranżu. A potem w Prusz­
kowie, na cmentarzu.

zwierzęta powietrza. Malowane byki, słonie, małpy, par­
szywe psy, wielbłądy. Starzec w łódce łowi ryby, orzeł
nad meczetem, sępy nad padliną.

Baul i profesor z Kalkuty wędrowali z „Gardzienicami" w roku 1979. Baul śpiewał na-wiejskich zgro­
madzeniach, a chłopaki na motorach krzyczeli: „Te, upilim Indiana". Cóż dziwnego, każdy chciał się
napić z Hindusem-Profesorem. Będąc z „Gardzienicami" w Irlandii, w Derry, mieszkałem u Jima H u ghesa. Jim miał dużo młodszą od siebie kobietę i psa,
i doświadczenia ostrych represji za swoje sympatie
polityczne. Świty, po pracy, spędzaliśmy przy szkląneczce whisky. Któregoś wieczoru usłyszałem w T V
Baula. Jim włożył kasetę i nagtał program. T o był ori
Baul z Gardzienic, był i profesor z Kalkuty; to był
Baul, którego ciągle wspominają na Kendula Mela
w Bengalu.

Błękity świtu, błękity toni, błękity życia, błękity
śmierci.

Do Indii, na Wschód, wyruszyłem, gdy rozstawa­
łem się z żoną - to doniosły okres w moim życiu, za­
iste. Po dziesięciu latach bycia razem pojawił się
okres szczególnego opętania, na swój sposób - świę­
ty. Przed domem, po łące biegało dziecko, w teatrze
odbywały się pierwsze pokazy Carmina Burana. Dużo
czytałem o Merlinie.
W takich chwilach świat śpiewa pieśń, nie ma przy­
padków, jest się jak otwarta rana, wszystko cię czyni,
i wiatr, i deszcz, i ludzie, i sen, i płacz, i śmiech. I to niedotkliwe.

Indie
Btzask i chłód budzącego się Vatanasi. Ludzie poko­
tem spali na dwotcu, kobiety budziły dzieci, by żebrać.
Riksze czekały szeregiem.
Był świt 24 grudnia 1991 roku. Wigilia.
Zszedłem nad Ganges.
Wszedłem do wody, do pasa. Wokół ludzie inkantowali słowa modlitwy. Podnosili mokre dłonie do czoła,
do piersi, na wschód. Było ich wielu, rzesze.
Odepchnąłem się od kamiennego schodka i zanurzy­
łem w Ganges. Płynąłem delfinem, na wschód, jeszcze
dla rozgrzania, prędko. I nagle, przy wynurzeniu - słoń­
ce w oczy, przy zanurzeniu - toń; słońce, woda, słońce,
woda, ciepło, zimno, ciepło, ciepło, wdech, wydech, ja­
sno, ciemno, ptak, łódź, wdech, woda w ustach. Na
krótko gorąco. Krótszy oddech - dym tytoniowy, skrę­
ty, papierosy, bidi. Woda, słońce, ciepło, jasno, szaro,
niebiesko, zielono, indygo. Chusty, narzuty, przepaski,
brokaty - wdech; suche nogi, kikuty - wydech. Broszki,
naszyjniki, kolczyki, szafiry, rubiny maharadży - wdech;
wydech - liszaje, parchy, garby, jątrzące rany, muchy,
ciała, ciała. Trąd. Zwierzęta rzeki, zwierzęta pustyni,

404

Wdech, wydech, wdech, powietrze, woda, wydech,
głębia, toń.
*

Stałem na górze, robiłem niedozwolone fotografie
Krzyczą, biegną do brzegu, niosą na bambusowych ma­
rach. Zanurzają w rzece, obmywają. Ciało. Mokre zawi-!
niątko - człowiek. Układają na stosie, 900 rupii za
drzewo, pięćdziesiąt dolarów, dla nich majątek. Prze­
chadza się boss, właściciel terenu, milioner, z siedmio­
ma gorylami, w białym garniturze. Przynoszą wiecheć
ognia, obchodzą stos, coś mówią, za daleko, z góry nie
słyszę i dym innych stosów przesłania. Sypią proszek,
drzewo sandałowe, pachnidło, dokładają trzcinę, maté-1
riał płonie, brokaty, te papierowe, tylko dla obrządku!
śmierci, tanie. Więcej drzewa, jak się dobrze rozpali, t o l
bale, a potem już nie wiem, ze dwie godziny stygłem.
Widziałem inne stosy, niedopalone szczątki, dymiło!
motyczką zgarniali popioły i wrzucali w Ganges. Niedo-I
palone bale wykradali biedniejsi, by zaoszczędzić na!
drogim drzewie na stos. Kłócili się, gonili, przeklinali!
Niżej czekały suche ciała, przykute, bo już bez siły, że­
by wyjść i żebrać na swój stos. Umierały, przyszły, byf
umierać i trafić do rzeki. A jeszcze niżej interes, strąga-i
ny, wielki interes na losie.
W świątyni konie i muzykanci w kamieniu, wszystkie!
te cuda opisywane w przewodnikach i albumach. A l u j
dzie żują betel i uwijają się przy stosach, plują, biegaj*
z marami. Psy, dzieci, krowy, świątynie dokoła, basen]
w którym kochanka Wisznu zgubiła kolczyk, kozy zja-l
dające śmiecie - wszystko prócz plastiku. Opowiadają!
cy bramin - „King of brocate", od czterech pokoleń.
Przyjął mnie w pustym pokoju na piętrze. Najpienj
pytanie - czarna herbata czy czaj? Kawa, papieros, rozj
mowa, jakieś dziesięć minut. Chłopcy wnieśli naręcza!
jedwabiów na klaśnięcie. Rozrzucał niedbale dziesiątki
zwojów materii, czarował. Płynęły pawie ogony, abażuj
ry, witraże, kolory z dzieciństwa, Szeherezady, piramidy!
wielbłądy wyruszające o świcie z oazy, kupcy, karawany,
zaczarowane lampy - i ta, kupiona z Babcią Julą na Da*
browskiego, we Wrocławiu, teraz leży na Grabiszyń-i
skiej, obok prochów jej syna, wuja Stacha, który mieszl
kał w Ameryce. Pamiętam, jak niosłem urnę przesłanaB
paczką - mała skrzyneczka zawinięta w fioletowy jej
dwab, na cmentarzu pijany grabarz, matka płakała.
A jedwabie Króla Brokatów płynęły, z jednego ko]
konu sześć gatunków, tylko te najlepsze. Potem poka­
zywał falsyfikaty, nie mogłem odróżnić. Chciał, żebym
docenił - tygodnie pracy biednych kobiet przy kro.
snach, a on i m daje żyć - te fiolety i zielenie, i wyraft
nowane wzory, i zgrzebne supełki zachwycające szorst-

Mariusz Golaj • ZAPISKI Z GARDZIENICKIEJ CHATY

kością, i te, nie do zniesienia, bogate. Powiedziałem, że
nie mam pieniędzy, chciałem uciec. W Indiach żaden
biały nie jest biedny - jeśli nie ma pieniędzy, ma amba­
sadę i bilet powrotny, i kredytową kartę. A „King of
btocate" niczego nie robi dla zysku, dla przyjaźni tylko.
Mogę więc wybrać, co chcę, i zabrać, i przysłać pienią­
dze z domu. Bo o n m i wierzy, chce tylko pokazać mnie,
człowiekowi innej kultury, bogactwo rzemiosła jego
kraju, podtrzymywane przez pokolenia, od 200 lat pokazał certyfikat; więc niech wskażę sześć. Wskaza­
łem. Zawisły natychmiast na ścianie, podświetlone.
Opowiadał o każdej sztuce, paląc bidi. Jeszcze się bro­
niłem i wtedy powiedział: - A który dałbyś matce? T o
był święty handel. Kupiłem dwie sztuki.

nóg, wymiata miotełką, zaciekle, wszystkie brudy, do
następnej stacji, do nowej karawany handlarzy i sprze­
dawców, wymiata do drzwi wagonu, otwiera, wionęło
żarem i kurzem... Czysto.
I znowu tak toto, dym tytoniowy, upał, betel, ktoś
zachrapał, przełknął ślinę, czyjeś zapatrzone oczy błysz­
czą, zakwiliło dziecko.
N a Kendula Mela w Bengalu tłok, jakżeby inaczej?
Nie, to nie tłok, tłok był w pociągu, a t u - po trzykroć,
po dziesięciokroć. I to wszystko płynie, jak rzeka, zabie­
ra ze sobą, niesie, szumi, dźwięczy, gra. Gra w kolory,
w dźwięki, w kształty, w obrazy, w epizody, w etiudy,
w sceny, w całe spektakle, w misteria, w życie. T o pły­
nie i chce płynąć, płynąć się domaga, ciągle, ciągle, na¬
wet jak śpi, to się domaga, wyciąga ręce, żebrze...
Wszędzie wyciągnięte ręce, dziecięce rączki, miseczki,
puszki, owinięte kikuty, otwarte rany, jątrzące strupy
człowieka, ludzkości. T o nie człowiek, to obrąbany ka­
dłubek z głową - wnieśli we dwóch, położyli w środku
płynącego tłumu, w poprzek, pod prąd, ustawili m i ­
seczki na jałmużnę, a kadłubek domaga się, macha k i kucikami obu rąk i nóg, krzywi się, patrzy, woła, woła,
chce... chce ode mnie, parę rupii, daję, tłum mnie uno­
si a o n dalej chce, dalej woła, podnosi głos głos mo­
duluje rzuca obelgi — ach cóż za profesjonalizm!

Spałem na półce z bagażami. Obudził mnie śpiew.
Śpiewał nieustannie, z daleka, przechodząc przez
wagony, wystukując rytm laską i miedziakami w dło­
niach.
Czy to już był Baul?
Pociągi Indii - najpierw wejść, potem jeszcze wcią­
gnąć plecak. T o jest wojna, t u nawet kolor skóry nie
pomaga.
Zakratowane okna wagonu, duszno. Toboły, ludzie,
ich zapachy, lgną do ciebie, dotykają - wilgotne koszu­
le, spocone karki, klejące ręce, bose stopy, zacieki pod
pachami. Mówią do ciebie, uśmiechają się, krzyczą.
W wagonach ścisk - na czteroosobowej ławce osób
dziewięć, a nad n i m i jeszcze cztery, na bagażowych pół­
kach, i dziecko na kolanach, i tobół między nogami,
iwotek, że stopy nie przesuniesz. I kołysze się toto tak
godzinami, tak toto, coraz bliżej siebie, odtaje, rozluź­
nia, przysypia, tak toto, przykłada głowę, tak, na ramię,
na kolano, tak, nieogolony policzek, tak toto tak, czy­
jaś warga na dłoni... Tak... Hamulec, wstrząs, paczka
I spadla, ludzie powpadali na siebie, ubiło się, powstała
szparka i . . . weszli. Jeden za drugim - ten czaj, ten dal,
| ten czapati... i słodkości, i orzeszki, i wegetariańskie
I grochy, soczewice, trawy, wodorosty, rękami do ust,
usta mielą, odpadki na ziemię, skorupki, łupiny, t u t k i
z gazet, niedopałki, paczki po bidi - pod nogi, na pod­
łogę, w ziemię. I cieszą się, i jedzą... - „czaj pie!!! czaj
pie... two rupies... czaj p i e ! ! ! " - gliniane, jednorazowe
czarki wypalane na słońcu, kruche, pod nogi, sanda­
łem, butem, bosą stopą i znowu, znowu stopy na ław­
kach, kolana pod brodą, bo i m niewygodnie siedzieć ze
spuszczonymi nogami, a w pociągu ławki, a o n i wolą
w kucki. Coraz więcej śmieci, każdy coś zjadł i wypluł,
teraz betel, czerwone zęby, języki, czerwona ślina, ciek­
nie, wszystko zalewa, rozumiem - na dworze, na powie­
trzu, tam więcej przestrzeni, tam są kozy, któte wszyst¬
ko zjedzą, wszystko oprócz plastiku... ale t u , w wago­
nie... w tymi ścisku...? Weszła koza... przy ziemi, w kuc­
ki, z miotełką, wyciągnęła rękę, zebrała po rupii
w garść i zaczęła czyścić - zamiatać, z podłogi, spod

Sztuka, muzyka, teatr - tego tam szukałem, turysta
z Europy. I miałem za swoje. Setki ludzi pod drzewem,
setki ludzi wokół obskurnej platformy, setki ludzi przy
aszramie, setki ludzi przy wzgórzu, setki ludzi przy stud­
ni. Można wędrować przez noc - od setek do setek, od
miejsca do miejsca, od sceny do sceny. Podwieszone
żarówki, chrypiące głośniki, źle zestrojone mikrofony.
Słyszę go... śpiewa. Dochodzę.
N a bosych stopach ghungur - bransolety z dzwo­
neczkami, lewa ręka na dubku - bębenek, w prawej ektara - jednostrunowy instrument. I do tego śpiewa,
i tańczy, i wiruje, i mówi - zgromadziciel, czarodziej.
N a platformę wchodzi drugi Baul, w kolorowym kaf­
tanie, czysty, z włosami upiętymi w falę. Ghungur, gabgubi - bębenek ze struną od membrany naciąganą dło­
nią, uderzaną kostką. Siada przed śpiewającym, mówi
do ludzi, śmieje się, pokrzykuje, odwraca, skręca, ko­
mentuje, daje znak, że zacznie za chwilę, znowu gada do
ludzi, próbuje różne rodzaje śmiechu, rozgrzewa rezona­
tory, ciągle do ludzi mówiąc, zajmuje ich, przyciąga, od­
ciąga od tamtego, uderza w strunę gabgubi, stopą
w podłogę, sprawdza rytmy, brzmienie ghungur. Wycią­
ga coś zza pazuchy, skręca, zapala, pyka, pyka, wdycha
powietrze, wypuszcza, do końca; z bezdechu przyssał się.
Wciąga w miechy, długo, ile może, przytrzymuje, prze*
łyka ślinę - uderzenie, wieczność w oczach - wydmu­
chuje, łagodnieje. Aktor. Jeszcze raz, i jeszcze, zachłan­
niej'oczy błyszczą ciało napięte skupione — wstaje ty­
łem do tamtego przodem do ludzi teraz już o n tylko.

405

Mariusz Gołaj * ZAPISKI Z GARDZIENICKIEJ CHATY

Pierwsze uderzenie, mistrzostwo początku, szkic możli­
wości na rozgrzewkę, parę słów do ludzi, śmiech, ktoś
daje pierwsze dziesięć rupii, wpina w kaftan, jeszcze jed­
na kolorowa łata. A potem podróż, „dźwięk mnie ude­
rzył", jego podróż w siebie, w ja, jego podróż w większe
Ja, w Ja co go przerasta i przerasta tych, co słuchają,
ptzerasta mnie, z Polski, z Polski B, ze wsi, z Gardzienic,
z teatru, z plemienia rozrzuconego po świecie, ale ple­
mienia, a paru na skrawku ziemi pod stopami, w „repu­
blice marzeń". Podróż w przeszłość i przyszłość, w wiecz­
ność. Jak wtedy, gdy szedłem do klasztoru Taschiding,
w Sikkim, przez góry, w górę i w dół, w dół, do rzeki, do
pomarańczowych gajów, w górę, w kamienie, w śnieg,
w surowość. Zmieniały się klimaty, zmieniały góry, sze­
dłem - ile gór można przejść w jeden dzień; i dojść,
w jeden dzień - mur modlitewne młynki, kamienne
ściany posągi malowane drewno Czyste powietrze
białe sztandary na wzgórzu setki wiatr unosi słowa mo­
dlitwy w wieczność Biała Hierarchia wujka Janka
Kres i Bezkres I głuchy śmiech w górach
Baul tam szedł, modlił się, śpiewał - na Kendula
Mela, w Bengalu. Szedł i to była procesja. I ja tam by­
łem, chciałem się schronić nad rzeką, przybiegli z bęb­
nami, rzeszą, jak mówiła Babcia Jula - Kompanią. Za­
garnęli mnie, zawiedli na drugi brzeg, mostem, ile nocy
już nie spałem? T a m szła inna procesja - ludzie, krowy,
zwierzęta. Muzyka, muzyka... Szpaler, szedł O n , mały
chłopiec z pomalowaną na niebiesko twarzą - Kriszna.
Szedł, ludzie klękali, bili pokłony, dotykali stóp, nie je­
chał na osiołku, szedł z pomalowaną twarzą. Z oczu
uderzyły łzy. Płakałem... Dlaczego...? Tyle ludzi woko­
ło, patrzą, a ja płaczę, zawodzę, biały turysta, przed
chłopcem o niebieskiej twarzy, płacze, zawodzi,
wstyd... T o były wszystkie moje łzy, wszystkie łzy moje­
go życia, mojego świata... O n nie mówi Powrotu taty,
chociaż był w moim wieku, jak ja, wtedy, a teraz ja pła­
czę nie ciotka Irka, nie rodzina, płaczę ja nad sobą,
nad nimi nad n i m — ile nocy już nie spałem^ — ze wsty­
du ze szczęścia z nieszczęścia wszystkich poranków
i zmierzchów moich lat
Baul się tam wspiął i wtedy zawirował. I zawirował
świat.

Podróż - ciąg dalszy
Ważne m i się teraz jawi słuchanie siebie.
I siebie praktykowanie. Dieta i rytm dnia, starannie
dobierane wyzwania. Stukot czcionek maszyny do pisa­

nia, własny trening-poruszanie, wypuszczanie strzał.
W i d o k z okna mojej chaty ptzenoszony co wieczór do
Domu-Teatru.
Pisze Zeami:
„We wszystkim, co dobre i złe, nie wolno zapominać
stanu serca u początku drogi.
W każdym nowym okresie pracy nie wolno zapomi­
nać stanu serca u początku drogi.
W starości nie wolno zapominać stanu serca u po-1
czątku drogi".
Pamięć o dawnych błędach stanowi o przyszłych za-1
letach. Zapominanie o „byciu u początku" oznacza po­
wrót do niewiedzy. Odpowiedni dla każdego okresu
pracy styl gry - „kwiat", utrzymanie w pamięci wyuczo­
nych niegdyś technik, zachowanie ich, czyni aktora
wszechstronnym i stwarza niewyczerpane możliwości, §
Życie ma swój koniec, sztuka nie zna kresu. Wielki
trud grania w starości stanowi o kolejnym „początku"
w rzemiośle aktorskim.
Mówi się w Kyudo - japońskiej sztuce strzelania
z łuku, o tzw. rifle shooting - „strzelaniu strzelby", jest
to najniższa forma wypuszczania sttzał. Dotyczy tych,
którzy raz nauczywszy się ułożenia ramion i ciała w pol
zycji pozwalającej na trafienie w cel, niczego już n i l
zmieniają. Są dokładni, ściśli, staranni, ale nie zmienia-I
jąc siebie, trwonią życie na umieszczaniu strzał w tarl
czy, w kawałku drewna i papieru.
Mówi się w Kyudo - Drodze luku: „czy tysiąc strzi,
czy dziesięć tysięcy - każda ma być pierwsza". Każda mó­
w i prawdę o tobie, jaki w chwili strzału jesteś. Konfron­
tuje nie tylko skuteczność, ale i najwyższe wartości.
Teatr. Wypuszczanie strzał, każda pierwsza. Czter­
dziesta trzecia nie uda dwudziestej czwartej. Może
więc już nie stawać na arenie, by tańczyć z bykami,
wprowadzić na nią osła, z jego świętym „hii-haa". Boi
cień nie boli mnie już, jak za czasów, gdy miałem by|
Merlinem.
Bo czeka mnie jeszcze los wiewiórki Zeamiega
o pięciu umiejętnościach. A umiejętności i nieumiejęt­
ności, których nie zaniedbuję, są tylko śladami, sztucz­
kami zwierzątka skaczącego z drzewa na drzewo, ale nil
gdy nie fruwającego jak ptak, brodzącego w wodzie, alei
nie pływającego jak ryba.
A prawdą wyzierającą z aktorstwa niech zostanie!
jak na starożytnych ikonach, wizerunek człowiek!
z głową skierowaną na Wschód, kroczącego na Za-1
chód, z energią strzały w „drodze łuku", porażająql
tych, co są w t y m teatrze obecni.

ko
na

spe
406

Cytat

Gołaj, Mariusz, “Zapiski z gardzienickiej chaty / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2001 t.55 z.1-4,” Cyfrowa Etnografia, Dostęp 1 lipca 2022, https://cyfrowaetnografia.pl/items/show/5920.

Formaty wyjściowe