"13 grudnia" albo "Co Autor chciał powiedzieć?" / ETNOGRAFIA POLSKA 1993 t.37 z.1

Dublin Core

Tytuł

"13 grudnia" albo "Co Autor chciał powiedzieć?" / ETNOGRAFIA POLSKA 1993 t.37 z.1

Opis

ETNOGRAFIA POLSKA 1993 t.37 z.1, s.167-180

Twórca

Lebeuf, Arnold;
Ziółkowski, Mariusz S.
Sadowski, Robert M.

Wydawca

Instytut Archeologii i Etnologii PAN, Instytut Historii Kultury Materialnej PAN

Data

1993

Relacja

oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:1529

Format

application/pdf
application/pdf

Język

pol.

Identyfikator

oai:cyfrowaetnografia.pl:1415

PDF Text

Text

„Etnografia Polska", t. XXXVII: 1993, z. 1
PL ISSN 0071-1861

A R N O L D L E B E U F , M A R I U S Z S. ZIÓŁKOWSKI,
ROBERT M. SADOWSKI
(Zakład Antropologii Historycznej
Instytutu Archeologii UW, Warszawa)

„13 G R U D N I A " A L B O „ C O A U T O R C H C I A Ł P O W I E D Z I E Ć ? "
Motto: ,,(...) badaczy wmawiających kulturze ludowej totalną
nieznajomość astronomii określił van Gennep jako ,,uważających
chłopów europejskich za głupszych niż są, niż kiedykolwiek byli".
Można się obawiać, czy złośliwe to określenie nie pasuje chwilami
do J.S. Bystronia. Nie tylko zresztą do niego."
[Stomma 1976:120]

W ostatnim tomie „ L u d u " (t. 75) ukazał się tekst autorstwa Pana
dr hab. Ludwika Stommy pt. „Odpowiedź na artykuł z „Etnografii Polskiej"
t. 35, 1991, z. 1" będący odpowiedzią (?) na nasz tekst „13 grudnia czyli
rzecz o Słońcu, Skordiowie i Ludwiku Stommie". Nieco wcześniej, na
łamach Polskiej Sztuki Ludowej wypowiadali się w tej sprawie Państwo
Krystyna i Krzysztof Piątkowscy w artykule pt. „Czy słońce rodzi się
13 grudnia? - czyli rzecz o pewnej „polemice""; ich argumentacja, choć
obszerna jeśli chodzi o objętość, w kwestii meritum sprawy jest niezwykle
bliska wywodowi L . Stommy, przeto z przyczyn oczywistych skoncentrujemy
się na odpowiedzi tego ostatniego.
Tekst naszego Szanownego Oponenta jest znakomitym przykładem pole­
miki z gatunku: „Dziad mówi „owies", baba rzecze „hreczka"...", albowiem
zasadnicze materii pomieszanie dotyczy kwestii całkiem podstawowych, a to:
- Jakie były nasze zasadnicze zar2;uty, przedstawione w wymienionym
wyżej artykule polemicznym, dotyczącym, przypomnijmy, rozprawy doktor­
skiej L . Stommy (oraz jej wersji książkowej) i , co za tym idzie, jakiego
rodzaju argumentów i dowodów oczekiwaliśmy od naszego Znakomitego
Kolegi dla rozwiania tychże wątpliwości i zastrzeżeń?
W zasadzie cała merytoryczna (?) część kontrargumentami L . Stommy
streszcza się w następującym jego stwierdzeniu: „Znane we wszystkich
językach
europejskich przysłowie
„Św. Łuca dnia przyrzuca"
pozostaje
w oczywistej sprzeczności z ustaleniami naukowej astronomii. Pytany, co sądzi

168

ARNOLD LEBEUF, MARIUSZ S. ZIÓŁKOWSKI, ROBERT M . SADOWSKI

o tym paradoksie, odpowiadał zawsze profesor Włodzimierz Zonn: czym innym
jest astronomia wzorami zobiektywizowana, czym innym zupełnie świadectwo
naszych zmysłów. Któż nie widział Słońca, które tańczy, mruga, zatrzymuje się
nad horyzontem, a przecież matematyka tego nie potwierdza... Tak więc
punktem wyjścia było dla mnie pytanie, czy mogli chłopi widzieć na niebie
astronomię nieastronomiczną.
W odpowiedzi poleca mi trio udanie się do
świątyni abstrakcji astro-matematycznej, jaką jest planetarium. Czyż trzeba
lepszego dowodu niezrozumienia, o co w ogóle w mojej pracy chodziło?
(Stomma 1992:224).
Cytowany fragment wyraźnie wskazuje, że Pan Profesor L . Stomma nie
bardzo już sobie przypomina swoje młodzieńcze prace tudzież poglądy.
Skoro jednak zdecydował się zabrać w tej sprawie głos, tedy nie od rzeczy
będzie przypomnienie mu po raz wtóry zasadniczych tez jego własnej roz­
prawy doktorskiej. Aby nie być posądzonymi o przeinaczenia, posłużymy się
dość obficie cytatami ze wspomnianej Rozprawy tudzież jej wersji książ­
kowej. Mamy nadzieję, że Czytelnicy zechcą nam wybaczyć tę nieco uciąż­
liwą procedurę, jednakże ewolucja poglądów naszego Znakomitego Kolegi
na sens i cel jego własnych poczynań badawczych zaszła tak daleko, że tylko
bezpośrednie odwołanie się do jego tekstów daje jakiś w miarę wymierny
punkt orientacyjny. Cóż, pamięć ludzka jest zawodna, na szczęście choć
„ verb a volant", to ,,scripta manent".
Czego więc chciał L . Stomma dowieść, podejmując rozprawę na temat:
„Ceremonie kalendarzowe cyklu dorocznego..."? Tego, że: „Polska kultura
ludowa dokonała spośród świąt chrześcijańskich doboru tych, które zgodne były
z solarnym kalendarzem azymutowym, a więc ludową obserwacją Słońca
(miejsc wschodów i zachodów) i jej interpretacją. (Stomma, 1976:112-113,
1981:77-78).
Jako się rzekło, pogląd to nie nowy, ba, powszechnie akceptowany
(w tym przez piszących te słowa); cała oryginalność tezy Stommy polegała
na tym, że przesuwał On okres tej „solaryzacji świąt chrześcijańskich" (lub
„chrystianizacji pogańskich świąt solamych") o co najmniej 2 wieki, na
przełom X V I i X V I I wieku, czyli po wprowadzeniu tzw. reformy gregoriań­
skiej kalendarza chrześcijańskiego. Zdaniem L . Stommy rytuał pogański był
jeszcze wówczas wystarczająco silny dla spowodowania takiej zmiany świąt,
a „obserwacja ludowa" była bardzo precyzyjna, przeto kultura ludowa
natychmiast zareagowała na przesunięcie w kalendarzu ważnych zjawisk
astronomicznych o pełne 10 dni (Stomma, 1976:92-148, 1981:64 i n.;
83 i n). Rzecz jasna, udowodnienie tak postawionej tezy miałoby kolosalne
wprost znaczenie dla historii kultury średniowiecznej i nowożytnej, historii
Kościoła w Polsce itd.
Wywód swój rozpoczął L . Stomma od ostrej krytyki poglądów J.S. Bystronia i innych badaczy, zdaniem których proces „solaryzacji" mi al istotnie
miejsce na ziemiach polskich, z tym że przebiegł o kilka wieków wcześniej:
„A poza tym, to badaczy wmawiających kulturze ludowej totalną nieznajomość

„13 GRUDNIA" ALBO „CO AUTOR CHCIAŁ POWIEDZIEĆ"

169

astronomii określił van Gennep jako „uważających chłopów europejskich za
głupszych niż są, niż kiedykolwiek byli." Można się obawiać, czy złośliwe to
określenie nie pasuje chwilami do J.S. By stronia. Nie tylko zresztą do niego.
Popularne wśród badaczy jest wszakże również uznawanie przysłów od­
noszących się do dnia 13.XII za przeżytek kalendarza juliańskiego.
Według
tego rozumowania wszystkie rzeczone przysłowia powstać by musiały w latach
1286-1415, kiedy to kalendarz juliański wyprzedził rzeczywisty kalendarz
słoneczny o 7,5-8,5 dnia, a więc data 13.XII odpowiadała astronomicznemu
terminowi zimowego przesilenia dnia z nocą. Przez następne natomiast
6-7 wieków tępa inercja chłopów kazała im powtarzać powiedzonko, nie
weryfikując go nigdy empirycznie." (Stomma 1976:121). Tu pojawia się więc
Święta Łucja, której święto (13 grudnia) zbiegało się w X I V wieku
(z grubsza rzecz biorąc) z przesileniem zimowym. Ale takie wytłumaczenie
związku tego i innych świąt chrześcijańskich z ruchem Słońca cofało znów
całą sprawę „solaryzacji świąt" głęboko w Średniowiecze, było więc
L . Stommie na nic. Dla udowodnienia swej tezy pragnął on bowiem
dowieść, że dzień „Świętej Lucy" odpowiadał jakiejś szczególnej pozycji
Słońca nie gdzieś w X I V wieku, lecz ponad 200 lat później, w nowym
kalendarzu gregoriańskim, w którym astronomiczne przesilenie wypadało
już nie 13, a 21 grudnia. Co więcej, musiałaby to być taka „sytuacja
słoneczna", która uzasadniałaby trwałość porzekadeł w rodzaju tylekroć
cytowanego „Święta Łuca dnia przyrzuca" . I właśnie w poszukiwaniu
takich argumentów L . Stomma sięgnął do astronomii. Obecnie zaś twierdzi,
że „nie o to w mojej pracy chodziło" (Stomma 1992:224). No więc o co?
Mamy chyba prawo zapytać, dlaczego nasz Szanowny Kolega, tak zdecydo­
wanie manifestujący dziś swą niechęć do wszelkiej „abstrakcji matematycz­
nej", w swej Rozprawie (i książce) odsyłał Czytelników właśnie do suchych
tabel astronomicznych zamiast mówić im o własnych obserwaqach Słońca
„tańczącego" na tle złocistych łanów (lub ośnieżonych pól, zależnie od pory
roku), pisał bowiem: „Niestety, nie mamy możliwości zaproszenia cię,
Czytelniku, do wspólnej obserwacji w terenie. Spróbujmy więc odtworzyć
wyniki, jakie taka obserwacja musiałaby przynieść, analizując tabele zmian
terminów wschodów i zachodów Słońca. Oto np. dane dla miasta stołecznego
Warszawy z przełomu grudnia i stycznia 1928..." (Stomma 1981:68-72).
Po czym na poparcie swych wywodów zamieścił w Rozprawie 10 tabel
(tak: dziesięć) astronomicznych, z których reprodukujemy jedną, tytułem
przykładu (rye. 1).
1

1

Data 13 grudnia oraz szereg innych, np 2/3 luty, ma zresztą inne, poza słonecznymi,
astronomiczne asocjacje, a mianowicie z obserwacją ruchu Księżyca w wieloletnim cyklu. To
min, te związki (obok solarnych) zadecydowały o przetrwaniu wątków „astronomicznych"
w tradycjach ludowych (i nie tylko ludowych) związanych ze Świętą Łucją czy Matką Boską
Gromniczną. Jeden z piszących te słowa poświęcił temu tematowi kilka artykułów i obszerną
monografię (Lebeuf, 1987, 1990).

170

ARNOLD LEBEUF, MARIUSZ S. ZIÓŁKOWSKI, ROBERT M . SADOWSKI
TABELA XIII

dzień
LXII.
2.XII.
3.XII.
4.XII.
5JCII.
6.XII.
7.XIL
8.XII.
9.XII.
10.XIL
ll.XII.
12.XII.
13.XIL
14.XII.
15.XII.
16.XII.
17.XIL
18JKII.
19.XII.
20.XII.
21.XII.
22JUI.
23JCII.
24.XII.
25.XII.
26.xn.
27.xn.
28.XII.
29.XII.
30.XII.
3 LXII.
LI.
2.1.
3.1.
4.1.
5.1.
6.1.

wschód
(godz.)
721
?

23

zachód
(godz.)
28

1 5

15

27

wschód
(różnica)

zachód
(różnica)

łącznie
różnica

-1
—2

-1
-1
-1
-1
0
-1
0
0
0
0
0
0
0
0
0
0
0
0
0
+ 1
0
0
+ 1
+1
0
+1
+1
0
+ 1
+ 1
+1
+ 1
+1
+ 1
+ 2
+1
+1

-2
-3
-2
-2
-2
-2
-1
-2
-1
-1
-1
-1
-1
-1
-1
-1
-1
-1
0
0
-1
0
0
+1
0
0
+1
0
+1
+1
+1
+1
+1
+1
+2
+ 1
+2

?

24

1 5

26

__1

7

25

1 5

25

7

27

1 5

2S

7

28

-1
—2
-1
-1
—2
-1
-1
-1
-1

729
7

31

7

32

7

33

734
735
736
737
738
739
74O
74I
7

41

743
743
743
744
744
744
745
74S

15
15

24

24

24

1 5

15
15
15
15
15
15
15
15
15
15
15
15
15
15
15
15
15
15
15

24

22

24

24

24

_1

24

_ 1

24

-1
-1
-1

24

24

24

25

25

26

24

28

29

1 29
1530

745

15
15
15

5

31

32

33

745

I534

74S

15
15
15

745
74S
744

-1

26

745

745

-1
-1

25

745

745

_1

24

35

37

38

1539

-1
0
0
0
0
0
0
0
0
0
0
+ 1

Ryc. 1. Jedna z tabel w rozprawie doktorskiej L . Stommy wraz z fragmentem komentarza
„Analizując tabelę XIII i opierając konsekwentnie jedynie przesłanki opartymi na obserwacji (sposób 2) uznać
musimy istnienie dwóch (empirycznych) momentów przesileń: 1) wschodu i 2) zachodu Słońca, których dopiero
rezultatem jest całkowite „zwycięstwo dnia nad nocą". „Przesilenie" to wypada wtedy, gdy punkt wschodu
i odpowiednio zachodu Słońca znajdzie się w najbardziej na południe wysuniętym miejscu horyzontu (w tabeli
XIII odpowiadają im środkowe punkty okresów wyznaczonych serią zer, zawartych między ostatnią różnicą
ujemną, a pierwszą dodatnią)." (Stomma, 1976:99-100)

Jeśli „astronomia matematyczna" nie miała żadnego związku z rzeczy­
wistością badaną przez L . Stommę, nie bardzo rozumiemy, dlaczego zadał
on sobie daremny trud poświęcenia 2 z 5 rozdziałów swej Rozprawy spekula-

„13 GRUDNIA" ALBO „CO AUTOR CHCIAŁ POWIEDZIEĆ"

171

q"om astronomicznym na temat „kalendarza azymutowego" (rozdziały I V
i V), opartym na analizie wspomnianych tabel, licznym odwołaniom do
wzorów na refrakcję, azymut, tablice Snellena itp., w rodzaju takiego choćby
ładnego passusu: „Długość cienia rzucanego przez gnomon w południe danego
dnia zależna jest od wysokości /Z/ Słońca w tym momencie. Zależność ta
opisywalna jest / nie uwzględniając oczywiście rozmiarów kątowych
Słoń­
ca I najprostszym wzorem: X—a.ctg Z , gdzie a = wysokość gnomonu, zaś
X = długość rzucanego przezeń cienia. Wysokość Z obliczyć możemy z kolei
znając szerokość geograficzną miejsca obserwacji /V/ i wartość deklinacji
Słońca danego dnia /Y/. Wówczas Z=
90°-V
Podsumowując uzyskamy równanie:
X=a-ctg
(90°-V+Y)
Przy proponowanym pomiarze różnica długości cienia dla kolejnych dni
czerwcowych wynosiłaby jednak przeciętnie
ok. 1 mm, a dla okresu
14.VI-2.VII.
ok. 0,5mm." (Stomma 1976:95). I tak przez dwa rozdziały.
Skoro było to merytorycznie bez znaczenia dla wywodu należy domniemy­
wać, że Autor zamieścił inkryminowane partie dla celów dekoracyjnych lub
magicznych, jak bowiem wiadomo, szczególną siłę mają zaklęcia wypowia­
dane w możliwie niezrozumiałym dla Wiernych języku.
Szanowny Panie Kolego, litości! Skoro dla Pana obecnie nawet planeta­
rium, do którego uczęszczają uczniowie szkoły podstawowej, jest „Świątynią
abstrakcji astro-matematycznef\ to po co epatował Pan Czytelników takimi
choćby wypowiedziami?:" Wzór/vide rozdział IV, s. 99/
cos m = —sin Y: cos V
obarczony jest otóż oczywistym warunkiem cos^l,
z którego wynika:
cos V^sin Y. Maksymalna wartość kąta deklinacji wynieść może + / — 23°27'/
sin = 0,397949/, a więc kąta V/ cosinus o tejże wartości/: 65°33' (tak w tekście
- uwaga Cytujących). Innymi słowy szerokość geograficzna 66°33' czyli koła
podbiegunowe, wyznaczają
teoretyczną granicę stosowalności
obserwacji
wschodów i zachodów Słońca. Prócz granicy teoretycznej istnieje również
granica praktyczna, wyznaczona możliwościami oka ludzkiego. Średnia dzien­
na zmiana azymutu winna, - by proces stał się powszechnie i dokładnie
obserwowalny bez użycia przyrządów optycznych, - przekraczać 18'20", przy
czym optymalne warunki obserwacji zapewnione są, gdy sięga ona 25'30"/vide:
rozdział IV, gdzie wielkości te podano w zaokrągleniu/" (Stomma 1976:132).
Rzeczywiście, robi to wrażenie bo chyba to miał Autor na myśli mówiąc
o „astronomii wrażeniowej". I szalenie to wszystko odkrywcze, szkoda tylko
że, jak Pan sam twierdzi, zupełnie niepotrzebne (akurat w tym przy­
padku całkowicie się z Panem zgadzamy).
Po lekturze Rozprawy nie mamy żadnej wątpliwości, że się Pan na
astronomii zupełnie nie zna (zainteresowanych odsyłamy do szczegółowej
analizy tej części wywodu L . Stommy w naszym poprzednim artykule), ale
w takim razie nie trzeba było sięgać po argumenty z dyscypliny Panu obcej
(a może po prostu wybrać sobie inny temat na Doktorat?). To nie my

172

ARNOLD L E B E U F , MARIUSZ S. ZIÓŁKOWSKI, ROBERT M. SADOWSKI

zaatakowaliśmy Pana znienacka na obcym Panu gruncie astronomii, to Pan
sam, z dużym rozpędem i tupetem na pole to wszedł. Teraz zaś, poza
uporczywym powoływaniem się na osobistą znajomość ze śp. prof. Włodzimie­
rzem Zonnem, nie znajdujemy w Odpowiedzi najmniejszej nawet próby obalenia
naszych argumentów, w których wykazaliśmy całkowitą błędność wspomnia­
nych wyżej astronomicznych spekulacji, rozpisanych na ok. 25% całości
rozprawy. Bardzo dobrze rozumiemy tę sytuację. Nie mogąc w żaden sposób
podważyć naszej krytyki w tej materii, nasz szanowny Oponent zastosował
procedurę opisaną w Argumencie 35 „Erystyki" A . Schopenhauera. Z jednej
strony próbuje On pomniejszyć znaczenie tej partii swego wywodu, która jest
ewidentnie błędna („to nie o to chodziło"), co jest jednak nieco karkołomne
przy wspomnianych wyżej proporcjach, więc przy okazji, przez ciągłe odwoły­
wanie się do znajomości z Prof. Zonnem, usiłuje on zasiać u mniej zorientowa­
nych w sprawie Czytelników wątpliwość co do zasadności naszych zarzutów.
Nie wątpiliśmy ani przez chwilę w twierdzenie L . Stommy, który powiada
,,(...) rodzina moja blisko była z Zonnami związana, co umożliwiało mi stały
i nieskrępowany do profesora dostęp (...)" (Stomma 1992:223). Pozwalamy sobie
atoli wątpić w to, żeby nawet student I roku astronomii opowiedzieć mógł
ówczesnemu mgr. L . Stommie tego rodzaju, mówiąc dosadnie, bzdury, jakie
zawarte są we wzmiankowanych astronomicznych rozdziałach Rozprawy; jest
to raczej efekt nieuważnej lektury przez samego L . Stommę popularnych
podręczników „Astronomia dla geografów" oraz „Orientaqa terenowa - podrę­
cznik harcerski", wielokroć w Rozprawie cytowanych (np. Stomma, 1976:96
i nn). Ponadto nie jesteśmy specjalnie przekonani co do możliwości pośmiertne­
go konsultowania przez Profesora Włodzimierza Zonna (zmarłego 28 lutego
1975 r.) błędnych obliczeń dotyczących „obserwatorium w Skordiowie",
odkrytego jakoby, wg relacji samego L . Stommy, w maju 1975, ani też
całkowicie błędnej argumentacji astronomicznej zawartej w ostatecznej wersji
doktoratu, obronionego w czerwcu 1976 r., czyli w 16 miesięcy po śmierci
Profesora Zonna. Wobec tego stwierdzenia Autora: „Chciałbym w tym miejscu
złożyć najgłębszy hołd pamięci ś.p. prof Włodzimierza Zonna, który był łaskaw
służyć mi swoją pomocą, konsultując astronomiczne partie niniejszej pracy."
(Stomma 1981:64), uznać należy za pewną „nadinterpretację faktów". Przynaj­
mniej tak sądzą piszący te słowa, z których jeden (R.S.) miał zaszczyt być tegoż
Profesora Zonna studentem.
Ówczesny mgr L . Stomma, w swej Rozprawie wykpiwał m.in. J. Bystronia, M . Gładyszowa i K . Moszyńskiego, zarzucając i m niedocenianie
ścisłości ludowej wiedzy astronomicznej, a teraz Profesor Stomma reaguje
alergicznie na wszelką wzmiankę o astronomii. Wtedy Doktorant z wielką
swadą interpretował wzory i tabele astronomiczne, zaś teraz twierdzi, że nie
miały one żadnego znaczenia dla jego rozprawy. Każdemu wolno zmienić
poglądy, na tym polega między innymi przecież uprawianie nauki. Ale nie
polega ono na uporczywym przekonywaniu wszystkich o własnej nieomylno­
ści, przez chowanie się za plecy zmarłych Autorytetów.

13 GRUDNIA" ALBO „CO AUTOR CHCIAŁ POWIEDZIEĆ'

173

Przejdźmy teraz do kwestii sławetnego „obserwatorium z palików
w Skordiowie", które w całym wywodzie L . Stommy zajmuje bardzo poczes­
ne miejsce. Jak bowiem sam pisze: „(...) łatwo było zamarzyć o czymś więcej,
0 czymś namacalnie dosłownym, o kropce nad i. A gdyby tak udało się odnaleźć
kogoś, kto prowadzi jeszcze obserwacje miejsc zachodów i wschodów, lub
choćby o kimś takim bezpośrednią i wiarygodną relację... (Stomma 1981:93).
No i „szczęście uśmiechnęło się wreszcie w Skordiowie" gdzie to, w maju
1975 r., L . Stomma miał spotkać informatora, p. Stefana Kostrzanowskiego,
który miał jeszcze „od przed wojny" takie właśnie „obserwatorium z kij­
k ó w " (Stomma 1976:136-137; 1981:96~99)
W naszym tekście polemicznym ustaliliśmy, co następuje:
1. Opis w Rozprawie nie odpowiada sytuacji terenowej gospodarstwa
S. Kostrzanowskiego, albowiem przy podanych przez L . Stommę (jakoby
przez niego samego pomierzonych) odległościach, tworzące obserwatorium
paliki musiałyby znajdować się na gruntach sąsiedniej wsi Michałówka,
należących do innego gospodarza.
2. Odnaleziony przez nas informator L . Stommy, Stefan Kostrzanowski
1 jego Rodzina (syn i synowa), stanowczo zaprzeczyli istnieniu takiego
„obserwatorium z palików".
3. Mieszkający w Skordiowie gospodarze., m.in. Józef Zoruk, u którego
kwaterowała część grupy terenowej L . Stommy, dobrze pamiętają same
2

2

L . Stomma pisze: „Tak się też składa, iż w rozlicznych przypadkach pretendują chłopi, iż
kalendarzowa ich wiedza wysnuta jest z obserwacji miejsc wschodów i zachodów słońca na
horyzoncie. Szanowne trio przyznało, że wspomina o tym Moszyński, co świadczy jedynie o braku
znajomości bibliografii, gdyż informacji podobnych z terenu całej Europy jest bardzo wiele i nie
stanowią dla nikogo ani sensacji ani zaskoczenia. W każdym razie twierdzi trio że w Skordjowie
nie mogło się to zdarzyć." (Stomma, 1992:224). Szanowny Panie, „kpi Pan czy o drogę pyta?"
Pisaliśmy przecież wyraźnie: „teza o istnieniu podłoża pogańskiego w niektórych świętach chrześ­
cijańskich (...) jest nienowa, a jej uzasadnienia szukać można choćby w samej praktyce na­
wracania. (...) tematowi temu poświęcona jest obszerna literatura..." (Lebeuf, Ziółkowski,
Sadowski 1991 :194). Kilka wybranych pozycji zacytowaliśmy tamże (przyp. 2 i Bibliografía),
tytułem przykładu. Ale to przecież Pan sam, w odniesieniu do obserwacji Słońca na horyzoncie,
przytacza (dla obszarów sąsiadujących z Polską) jako jedyny poświadczony przykład, ten
właśnie znany K . Moszyńskiemu z informacji z „drugiej ręki", a dotyczący „Karpat Ruskich"
w końcu X I X w.! Do tego Informatorka Moszyńskiego podała niezbyt precyzyjny opis a, co
najważniejsze, bez dat dziennych! Pisze Pan dalej: „Mogła J. Cieszyńska (Informatorka
K . Moszyńskiego - przypomnienie Cytujących) odnaleźć „kalendarz z kijów", a my - czyż mamy
być gorsi?" (Stomma, 1981:96). Oznacza to, że odwołuje się Pan właśnie do tego konkretnego
przykładu sprzed ok. 80 lat, a nie żadnego nowszego świadectwa znanego Panu z literatury.
Mimo to napisaliśmy, że odkrycie podobnego kalendarza było „teoretycznie możliwe" (Lebeuf
et al., loc. dt). Każdy badacz terenowy zgodzi się jednak, że odkrycie po 80 latach od ostatniej
poświadczonej wzmianki (do tego nieprecyzyjnej i „z drugiej ręki") dowolnego wytworu
kulturowego (a już szczególnie takiego, który bezpośrednio zahacza o kwestię trwałości pogań­
skich elementów w kulturze duchowej) byłoby sensacją wymagającą ze strony Odkrywcy
niezwykle starannego opisu i dokumentacji. Jeśli zaś ktoś tu jest niezbyt zorientowany w lite­
raturze przedmiotu, to raczej nie my.

174

ARNOLD L E B E U F , MARIUSZ S. ZIÓŁKOWSKI, ROBERT M. SADOWSKI

badania, ale absolutnie nie przypominają sobie istnienia takiego „zespołu
palików" ani tym bardziej ich odkrycia przez L . Stommę.
4. Brak jakiejkolwiek dokumentacji terenowej dotyczącej tego sensacyj­
nego przecież znaleziska. Poza wymiarami podanymi w cytowanym fragmen­
cie Rozprawy, L . Stomma nie podał ani planu (choćby szkicowego), ani
zdjęcia, ani nawet tekstów wywiadów z S. Kostrzanowskim. Nasze poszuki­
wania, w tym również zwrócenie się do Autora o udostępnienie danych
terenowych, spełzły na niczym.
5. Gdyby nawet ten zespół palików istniał, to przy podanych przez
L . Stommę wymiarach nie mógłby on spełniać sugerowanej przez niego
funkcji obserwacji Słońca w okresie przesilenia grudniowego.
D o zarzutu podanego w p. 5., dotyczącego, przypomnijmy, tego że przy
odległościach rzekomo osobiście przez Doktoranta pomierzonych w terenie
tzw. „Palik A " znajdowałby się 15 metrów za daleko, żeby m ó c wskazywać
jakąkolwiek pozycję Słońca na horyzoncie, L . Stomma nie ustosunkowuje się
w ogóle, wychodząc ze słusznego jak się zdaje założenia, że o tabliczce
mnożenia, twierdzeniu Euklidesa i innych ponurych „abstrakcyjno - mate­
matycznych" kwestiach część humanistycznie zorientowanych osób woli raz
na zawsze zapomnieć z chwilą otrzymania dyplomu maturalnego (a często
znacznie wcześniej...). Przy takim założeniu można zasadnie domniemywać,
że mało kto zwróci uwagę na taki drobiazg jak 15-metrową niezgodność
w pomiarach przy deklarowanej przez Autora pięcio-centymetrowej dokład­
ności tychże (sic! - Stomma 1976:136-137). L . Stomma poświęca za to nieco
uwagi kluczowej kwestii Informatora, p. Stefana Kostrzanowskiego oraz
niezgodności sytuacji parceli z opisem zawartym w Rozprawie: „Dwa są na
to dowody: primo topografia odtwarzana po piętnastu latach, kiedy zmienił się
nawet układ zabudowy wsi, nie mówiąc już o krzewach, zielskach (...)
(Stomma 1992:224). A skąd to Pan Profesor Stomma wie, jak dalece zmienił
się układ wsi? Porównanie sytuacji terenowej parceli nr 253 i jej otoczenia
(co zrobiliśmy w 1989 i 1991 r.) z planem katastracyjnym oraz m a p ą w skali
1:10000, sporządzonymi w początku lat 70-tych, dowodzą rzeczy wręcz
przeciwnej, a mianowicie braku zmian, poza faktem o którym pisaliśmy, że
dom pp. Kostrzanowskich jest w ruinie. Natomiast nie zmienił się najważ­
niejszy element: granica między wsiami Skordiów i Michałówka (patrz p. 1),
a więc gdyby Obserwatorium rzeczywiście istniało, to paliki musiałyby
znajdować się u sąsiada p. Kostrzanowskiego. Parafrazując jedno z celniejszych stwierdzeń naszego Szanownego Oponenta: „Pokażcie mi chłopa pol­
skiego, który, gdy mu sąsiad paliki na polu wbija, bliżej się nie zainteresuje
i ani kłonicą pogoni..." Oj, przydałaby się Panu Profesorowi może nawet nie
praktyka terenowa, do której odbycia nas zachęca, ale choćby obejrzenie
filmu „Sami swoi"...
O sprawie wywiadu z p. Kostrzanowskim L . Stomma wypowiada się
z nieco szczególnym poczuciem humoru: „W komisariacie policji okłada
policjant pałką mumię egipskiego faraona. - No i jak tam? - pyta go posterun-

„13 GRUDNIA" ALBO „CO AUTOR CHCIAŁ POWIEDZIEĆ"

175

kowy. — Wszystko w porządku — przyznał się. (...) wywiad z 85-letnim
wieśniakiem, który nie przypomina sobie, co mówił szesnaście lat temu. Ale
oczywiście, mumia faraona też się przyznała."
(Stomma 1992:223-224). Jeśli
właściwie pojęliśmy sens użytej przez Pana Profesora metafory, to należy
rozumieć, że podaje Pan w wątpliwość:
1 - aktualny stan władz umysłowych Informatora, których osłabienie
miałoby nastąpić z powodu naturalnych procesów, wynikających z nieu­
błaganego upływu czasu.
2 - użytą przez nas procedurę badawczą, którą był Pan łaskaw porów­
nać do „okładania pałką".
Jak się odbył wywiad z Rodziną Kostrzanowskich, o tym każdy zainte­
resowany może się sam przekonać, albowiem poza opublikowanym przez
nas streszczeniem istnieje pełne nagranie, zdeponowane w Katedrze Etnolo­
gii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Warszawskiego (dokładne refe­
rencje podaliśmy w naszym artykule polemicznym).
Warto jednak może uściślić jedno: p. Kostrzanowski nie twierdzi, że
nie pamięta, on wręcz stanowczo zaprzecza istnieniu na terenie swej dawnej
posiadłości obserwatorium, którego opis figuruje w Rozprawie L . Stommy.
Jeśli przeczenie to wynika, jak sugeruje L . Stomma, ze starczej amnezji,
to należałoby jeszcze wytłumaczyć, dlaczego dotknięty jest nią 40-letni,
urodzony w Skordiowie, syn p. Stefana, Mieczysław Kostrzanowski? Zwła­
szcza że, jak pisze L . Stomma, chodziłoby tu nie o kilka wbitych naprędce
palików, lecz o relikt istniejący od „przed wojny" (Stomma 1976:136).
Dlaczego nie pamiętają o tym sąsiedzi Kostrzanowskich ze Skordiowa,
przypominający sobie za to znakomicie inne, w tym i dość pikantne,
szczegóły pobytu w 1975 r. grupy badawczej kierowanej przez L . Stommę?
Czyżby w Skordiowie zapanowała epidemia amnezji, i to na dodatek
ukierunkowana na jeden tylko temat ?
W dalszej odpowiedzi na nasze wątpliwości L . Stomma odwołuje się do
„zdrowego rozsądku" Czytelników, przedstawiając taki oto wywód: „gdy­
bym rzeczywiście premedytował naukowy hold-up, czy robiłbym to aż tak
nieskończenie głupio? Bo pomyślcie Państwo tylko: podaję nazwiska i dokładne
namiary informatorów, do czego bynajmniej nie byłem zobowiązany (sic!!!
- podkreślenie Cytujących); przeprowadzam badania wspólnie z kilkunastoma
studentami — potencjalnymi świadkami przestępstwa; opisuję wszystko w popu­
larnej książce dostępnej astronomom i wszelkim innym zainteresowanym; refe­
ruję wielokrotnie rzecz poza granicami kraju i to w obecności cytowanych przez
trio autorytetów, (...) badania w Skordiowie prowadzone były w ramach prac
tzw. grup ćwiczeniowo-laboratoryjnych,
których uczestnicy musieli złożyć ory­
ginały wywiadów w Katedrze, bo inaczej nie zaliczono by im po prostu roku,
etc, etc." (Stomma 1992:223-224). Poza dość nowatorskim stwierdzeniem,
3

3

Swoją drogą tego rodzaju stwierdzenia i porównania, których w tekście Pana Profesora
jest więcej, dużo mówią o Jego stosunku do ludzi, wśród których pracował...

176

ARNOLD LEBEUF, MARIUSZ S. ZIÓŁKOWSKI, ROBERT M . SADOWSKI

że badacz terenowy nie jest zobowiązany do podawania źródeł swych infor­
macji , reszta wywodu brzmi z pozoru przekonująco, ale może po kolei:
- Interesuje nas nie cała działalność grupy laboratoryjnej L . Stommy
w chełmskiem, której głównym przedmiotem badań była zresztą wcale nie
astronomia, lecz obrzędy rodzinne, ale tylko te wywiady, które dotyczą
bezpośrednio „Obserwatorium z palików" w Skordiowie.
- Z cytowanej wypowiedzi L . Stommy wynikałoby, że wywiady te ro­
bili studenci, którzy powinni byli złożyć je do archiwum Katedry. Ale
przecież w swej pracy doktorskiej L . Stomma opatruje całą część dotyczącą
p. Kostrzanowskiego sygnaturą M W „Materiały Własne", oddzielając je
wyraźnie od materiałów sygnowanych K E (Katedra Etnografii), złożonych
do archiwum Katedry. Więc kto w końcu odkrył „Obserwatorium z pa­
lików": L . Stomma czy jego studenci? I gdzie są materiały z prac te­
renowych, skoro nie ma ich L . Stomma, mimo że sam twierdził inaczej
w swym doktoracie?
Jak wspominaliśmy, parokrotnie przeszukiwaliśmy Archiwum Katedry
Etnologii i Antropologii Kulturowej U W , korzystając z pomocy pracow­
ników Katedry, zwracaliśmy się też osobiście ( M Z ) do L . Stommy o udostęp­
nienie materiałów skordiowskich. Wszystko bez rezultatu. Teraz, aby rzecz
całą wyświetlić ostatecznie, zwróciliśmy się oficjalnie, drogą pisemną, do
Dyrekcji Katedry z prośbą o ustalenie stanu faktycznego zasobów Archi­
wum. Otrzymaliśmy również pisemną odpowiedź, którą reprodukujemy in
extenso w Aneksie za zgodą nadawcy, Kierownika Katedry, p. prof. dr hab.
Zofii Sokolewicz. W piśmie tym czytamy m.in.: „pragniemy uprzejmie poin­
formować, że materiały z badań prowadzonych przez Ludwika Stommę w Sko­
rdiowie w maju 1975 nie zostały przez niego złożone w archiwum Katedry
Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Warszawskiego'' (ibid).
Informator zaprzecza, materiałów nie ma, pozostaje więc tylko sprawa
domniemanych „świadkówprzestępstwa",
czyli kilkunastu studentów, uczes­
tniczących w badaniach terenowych. Zastanowiło nas już kilka lat temu, że
poza L . Stommą nie mogliśmy zlokalizować nikogo, kto widziałby wspo­
mniane „Obserwatorium z palików" w terenie tj. w Skordiowie, kto poma­
gałby L . Stommie np. w pomiarach taśmą metryczną znaleziska, kto uczest­
niczyłby w wywiadzie ze Stefanem Kostrzanowskim. itp. Wszystkie zapytane
przez nas o to osoby przypominały sobie prezentaqe tego sensacyjnego
przecież odkrycia(?) z referatów L . Stommy w Warszawie, w kilka miesięcy
po badaniach terenowych. Po ukazaniu się ponad półtora roku temu naszego
tekstu polemicznego oczekiwaliśmy, że odezwie się ktoś, kto znałby sprawę
4

4

Panu Profesorowi pomyliły sie chyba pewne podstawowe kategorie informacji: otóż o ile
rzeczywiście w niektórych ankietach na tzw. „tematy światopoglądowe" można nie publikować
danych Respondenta, to zasada ta nie dotyczy ustalania istnienia lub nieistnienia obiektów
materialnych, w tym przypadku „obserwatorium z kijków". Czy gdyby Pan Profesor znalazł
np. chałupę z X V I I wieku, to też „nie byłby zobowiązany" do podania jej lokalizacji?

„13 GRUDNIA" ALBO „CO AUTOR CHCIAŁ POWIEDZIEĆ"

177

z autopsji terenowej. Nie zgłosił się nikt, co było tym dziwniejsze, że część
ówczesnych studentów pracuje obecnie w zawodzie, z tego niektórzy na
Uniwersytecie Warszawskim, a o naszych poszukiwaniach było, przynajm­
niej od 1988 roku, dość głośno. N o cóż, w myśl porzekadła „Nie chce G ó r a
do Mahometa, musi Mahomet do G ó r y " , sami zabraliśmy się do poszuki­
wań uczestników badań terenowych w Skordiowie. Dysponowaliśmy od­
nalezioną w Archiwum Katedry listą imienną osób, które brały w nich
udział. Udało nam się skontaktować z 7 osobami . Z przeprowadzonych
rozmów wyłania się następujący obraz:
- Grupa laboratoryjna pracująca w Skordiowie w maju 1975 (w dwóch
turach) liczyła co prawda 20 osób, ale znakomita większość prowadziła
badania nad obrzędowością rodzinną, szukając m.in. reliktów tradycji „ius
primae noctis" (w ramach obrzędów weselnych). Natomiast „astronomią",
czyli poszukiwaniem śladów „kalendarza azymutowego" zajmowały się, po­
za samym L . Stommą, 2-3 osoby (jedna zrezygnowała z tego tematu w trak­
cie badań).
- O postępie w pracach „podzespołu astronomicznego" Rozmówcy nasi
nie byli w trakcie pobytu w Skordiowie informowani. Dwoje spośród nich
podało, że L . Stomma uznał badania w tej materii za zbyt trudne, aby mogła
je prowadzić cała grupa.
- Jeden z naszych Rozmówców uczestniczył w pracach tegoż podzespołu.
Podkreślił, że badania nad tematem „astronomicznym" szły bardzo opornie,
ilość uzyskiwanych (przynajmniej przez niego) informacji była niewielka.
- Żadna z zapytanych osób (w tym członek „podzespołu astronomicznego")
nie była świadkiem odkrycia „Skordiowskiego Obserwatorium" ani też nie
potrafi wskazać nikogo, kto twierdziłby, że był tego faktu naocznym świadkiem.
- Informację o odkryciu „Obserwatorium" otrzymały po zakończeniu
badań, w Warszawie, na jesieni 1975 r. lub w początkach 1976 r., na tzw.
„podsumowaniu grup laboratoryjnych". Jedyną osobą, która odkrycie to
referowała, był sam L . Stomma.
Tak w rzeczywistości wygląda sprawa rzekomych „kilkunastu naocznych
świadków" skordiowskiego Odkrycia...
W swej odpowiedzi Pan dr hab. L . Stomma oburza się: ,,(...) gdybym
rzeczywiście premedytowal naukowy hold-up, czy robiłbym to aż tak nie­
skończenie głupio?" (loc. cit.) Nasz znakomity Kolega jest stanowczo zbyt
skromny: to było przecież całkiem zręcznie pomyślane. Zwracaliśmy np.
uwagę na zastanawiającą zbieżność daty „odkrycia obserwatorium" w po­
siadłości Pana Stefana Kostrzanowskiego (maj 1975) ze sprzedażą gospo­
darstwa i przeprowadzką tegoż S. Kostrzanowskiego ze Skordiowa pod
5

5

Lista uczestników wspomnianych badań w Skordiowie oraz spisane teksty rozmów
z Osobami, z którymi się skontaktowaliśmy, do wglądu w Archiwum Katedry Etnologii
i Antropologii Kulturowej UW, sygn. M-22, oraz w Archiwum Zakładu Antropologii H i ­
storycznej Instytutu Archeologii UW.

178

ARNOLD LEBEUF, MARIUSZ S. ZIÓŁKOWSKI, ROBERT M . SADOWSKI

Nowogard Szczeciński (lipiec 1975). Przypadek? Jeśli tak, to trudno przypu­
szczać, aby L . Stomma, prowadzący badania w maju, na ok. półtora miesią­
ca przed przeprowadzką, nie był zorientowany w tak zasadniczych planach
życiowych Rodziny Kostrzanowskich, skoro wiedzieli o tym nawet jego
studenci! . Przeprowadzka oznaczała przecież w sposób oczywisty zniszcze­
nie wszelkich materialnych śladów po „obserwatorium" i zarazem wyjazd na
drugi kraniec Polski wiekowego już wówczas (66 lat) Informatora. I to do
tego jedynego, w kwestii tak fundamentalnej jak „obserwatorium z pali­
ków", które było, wg. słów samego L . Stommy, „kropką nad i " całego
wywodu zaprezentowanego w Rozprawie. Przecież gdyby nie przypadek
(patrz nasz poprzedni tekst) i parę zastanawiających niekonsekwenqi w opi­
sie terenowym, pewnie nigdy nie pojechalibyśmy do Skordiowa, a wtedy, co
warto podkreślić, za lat kilkadziesiąt opis „Obserwatorium z palików"
wszedłby do kanonu szacownych dokumentów terenowych o równie niepod­
ważalnej wiarygodności, jak np. dane K . Moszyńskiego! Samo wykazanie
całkowitej błędności astronomicznej części wywodu L . Stommy czy sprzecz­
ności w rzekomych pomiarach (patrz 15-metrowy „błąd") niewiele by dało.
Alergia na matematykę jest u znacznej części humanistów zbyt silna, o czym
Profesor Stomma doskonale wie, sądząc po zastosowanej w Odpowiedzi
praktyce, którą Francuzi określają eleganckim mianem „Noyer le poisson",
a która to ma nieco bardziej dosadny polski odpowiednik w porzekadle
o „odwracaniu kota ogonem"
Dowodem na skuteczność przyjętej przez naszego Kolegę taktyki jest to,
że, jak słusznie sam zauważa, trzeba było aż 16 lat, aby dociec prawdy. No
cóż, udowodnienie fałszerstwa w sprawie sławetnego „Człowieka z Piltdown" zajęło ponad pół wieku... Obawiamy się, że może teraz minąć sporo
czasu, nim skądinąd bardzo obiecujące badania archeo- i etnoastronomiczne
odzyskają w polskim środowisku naukowym wiarygodność.
L . Stomma zarzuca nam, że sugerujemy, iż w badaniach w Skordiowie
„wyssał on wszystko z palca". A czy mógłby nam wskazać jeden choćby fakt,
który by do takiej konkluzji nie prowadził?
Pisze również: „po co by mi to było, skoro i bez części astronomicznej nie
traciła praca na wartości, a już w każdym razie wypełniała wszelkie warunki
stawiane przewodom doktorskim (...) " (Stomma 1992; 223).
„Wypełniała wszelkie warunki" przy błędności 1/4 wywodu, wynika­
jącemu stąd brakowi dowodu na główną postawioną w Rozprawie tezę
i , oględnie mówiąc, mało wiarygodnych badaniach terenowych? Nie nam
zresztą w materii przyznawania stopni naukowych wyrokować, w każdym
razie u nas, z astronomii i pracy terenowej, miałby ówczesny Pan Magister
dwóję.
Problem zresztą nie w czyimś tytule naukowym, i nie zajęliśmy się tą
sprawą po to, aby go kwestionować (jako się rzekło, nie nasza to sprawa)
6

6

Informację tę uzyskaliśmy od dwóch naszych Rozmówców, patrz przypis 5.

„13 GRUDNIA" ALBO „CO AUTOR CHCIAŁ POWIEDZIEĆ'

179

ani też z podpuszczenia „określonych kół i sił", jako to przejrzyście zasuge­
rowali Państwo Piątkowscy (swoją drogą, skąd my znamy to ładne posądze­
nie?). Sprawa jest poważniejsza niż czyjś, nawet profesorski, „amour
propre" i „image". Jak wiadomo, etno i archeoastronomia należą do
najprężniej rozwijających się gałęzi nauk antropologicznych, czego dowodzi
liczba publikacji czy odbywających się coraz częściej, w tym również
w Europie środkowej i południowej, konferencji naukowych. Nie sięgnę­
liśmy do pracy L . Stommy z zamiarem, że użyjemy potocznego wyrażenia,
„przyłożenia m u " z takich czy innych powodów, lecz traktując j ą jako
najbardziej aktualne kompendium wiedzy na temat podobnej klasy badań
na obszarze Polski. Nawet po ustaleniu błędności astronomicznej części
wywodu wierzyliśmy w rzetelność opisu badań terenowych, a stwierdzoną
niekonsekwenqę w układzie palików traktowaliśmy początkowo na korzyść
Autora, zakładając że po prostu przez niedopatrzenie przeoczył on wprost
sensacyjną konsekwencję swego odkrycia: mianowicie przetrwanie w pol­
skiej kulturze ludowej reliktów tradycji skomplikowanych obserwacji Księ­
życa o genezie sięgającej być może czasów tzw. „kultur megalitycznych".
Inną możliwością, jaką zakładaliśmy, to ta, że mógł on trafić na efekty
działalności lokalnego miłośnika astronomii (Lebeuf, Ziółkowski, Sadowski
1991:207-208). Dopiero konfrontacja z sytuacją w Skordiowie rozwiała
nasze złudzenia, w tym i to dotyczące wiary w rzetelność pracy terenowej
niektórych Kolegów oraz ich stosunek do tak zwanej „etyki zawodowej".
Utrata złudzeń zawsze napawa smutkiem. Przynajmniej tych, którzy działal­
ność naukową traktują nie tylko w kategoriach mniej lub bardziej błyskot­
liwego felietonu... Skoro o publicystyce mowa, na zakończenie jeszcze jedna
kwestia. Pisze L . Stomma: „O ukazaniu się „polemiki" trójki Panów dowie­
działem się przez przypadek, dzięki warszawskim przyjaciołom.
Przedtem
zanieśli już oni tekst do redakcji codziennych gazet. W trosce o dobro nauki
oczywiście..." (Stomma 1992:225). Nie wiedzieliśmy, że redakcja „ E t n o ­
grafii Polskiej" zaliczana jest przez Pana Stommę do „codziennych gazet",
a jako żywo nikt inny tekstu od nas nie otrzymał. Jeśli zaś jakieś czasopis­
mo wykorzystało opublikowany przez „Etnografię" nasz artykuł, dowodzi
to tylko tego, że środowisko naukowe nie funkcjonuje w izolacji, do czego
sam L . Stomma, felietonista poczytnego tygodnika „Polityka", niewątpliwie
się przyczynił. A że nie przysporzył sobie tym widać samych przyjaciół, to
już nie nasz problem ani wina...

LITE RATURA
L e b e u f A.
1987
Des évêques et des ourses, w: „Ethnologia Polona", vol. 13 : 257-274.
1990
„Les yeux de Sainte Lucie: une allégorie astronomique dans la cathédrale de Saint
Lizàer de Couserans", Thèse de doctorat, Ecole des Hautes Etudes en Sciences
Sociales, Paris (Lille- microfiches 0742/11170/91).

180

ARNOLD L E B E U F , MARIUSZ S. ZIÓŁKOWSKI, ROBERT M. SADOWSKI

L e b e u f A . , Z i ó ł k o w s k i M., S a d o w s k i R.
1991
13 Grudnia, czyli rzecz o Słońcu, Skordiowie i Ludwiku Stommie, „Etnografia
Polska", t. X X X V , z. 1:193-216.
P i ą t k o w s k a K., P i ą t k o w s k i K.
1993
Czy słońce rodzi się 13 grudnia? - czyli rzecz o pewnej «polemice», „Polska Sztuka
Ludowa", R. X L V I I , nr 1 (220): 77-79.
Stomma L.
1976
„Ceremonie kalendarzowe cyklu dorocznego", rozprawa doktorska, Katedra
Etnografii Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa, (maszynopis).
1981
Słońce rodzi się 13 grudnia, LSW, Warszawa.
1992
Odpowiedź
na artykuł z „Etnografii
Polskiej" t. 35, 1991, z / , „Lud",
t. 75:223-225.

ANEKS
(pismo Kierownika Katedry Etnologii i Antropologii Kulturowej UW)

Dr Mariusz Ziółkowski
ZAKŁAD ANTROPOLOGII HISTORYCZNEJ
W odpowiedzi na Pańskie pismo z dnia 30 kwietnia 1993 roku pragniemy uprzejmie
poinformować, że materiały z badań prowadzonych przez Ludwika Stommę w Skordiowie
w maju 1975 roku nie zostały przez niego złożone w Archiwum Katedry Etnologii i Antro­
pologii Kulturowej Uniwersytytetu Warszawskiego.
W maszynopisie jego pracy doktorskiej wspomniane wyżej materiały sygnowane są
znakiem „MW" - materiały własne autora. W publikacji książkowej natomiast nie ma
żadnego odniesienia do archiwum Katedry Etnologii i Antropologii Kultury Uniwersytetu
Warszawskiego.
Pragniemy także dodać, że w spisie informatorów z badań prowadzonych w tym okresie
przez Pana Stommę (maj 1975) znajdującego się w posiadaniu archiwum Katedry Etnologii
i Antropologii Kultury U W nie występuje nazwisko K O S T R Z A N O W S K I .
Kierownik
Katedry Etnologii i Antropologii Kulturowej
prof. dr hab. Zofia Sokolewicz

Cytat

Lebeuf, Arnold;, Ziółkowski, Mariusz S. i Sadowski, Robert M., “"13 grudnia" albo "Co Autor chciał powiedzieć?" / ETNOGRAFIA POLSKA 1993 t.37 z.1,” Cyfrowa Etnografia, Dostęp 4 grudnia 2022, https://cyfrowaetnografia.pl/items/show/5884.

Formaty wyjściowe