O symbolicznym dotykaniu rzeczywistości / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1994 t.48 z.1-2

Dublin Core

Tytuł

O symbolicznym dotykaniu rzeczywistości / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1994 t.48 z.1-2

Opis

Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1994 t.48 z.1-2, s.82-84

Twórca

Michera, Wojciech

Wydawca

Instytut Sztuki PAN

Data

1994

Relacja

oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2457

Format

application/pdf

Język

pol.

Identyfikator

oai:cyfrowaetnografia.pl:2281

PDF Text

Text

O symbolicznym dotykaniu
rzeczywistości
Wojciech Michera

R z e c z y w i s t o ś ć muzealna najczęściej jest p r ó b ą odtworze­
nia i zaprezentowania czegoś, co istniało wcześniej, lub gdzie
indziej. P r ó b a ta przybiera charakter platońskiej m i m e s i s, jest chęcią zbliżenia się do ideału. Jest to jednak p r ó b a
zawsze mniej lub bardziej nieudana. P o s z c z e g ó l n e elementy
stworzonej sytuacji muzealnej są wprawdzie oryginalne, ale
w całości jest ona tylko k o p i ą . Jej w a r t o ś ć to s t o p i e ń
p o d o b i e ń s t w a do o r y g i n a ł u ; w istocie w a ż n y jest tylko on.
W muzeum t a k i m nigdy nie opuszcza nas ś w i a d o m o ś ć , że
m a m y do czynienia ze swoistą fikcja i iluzją. Nawet jeśli
wystrój zrekonstruowanej chaty jest oryginalny, a w przenie­
sionym do muzeum grobie leży prawdziwy nieboszczyk,
p a m i ę t a m y , że nie przyszliśmy t u ani w odwiedziny do
przyjaciół, ani po to, by złożyć k w i a t y na mogile.
Ujęcie to umieszcza widza wyłącznie w k o n t e k ś c i e orygi­
n a ł u , usiłuje przenieść go w t a m t ą rzeczywistość; kontekst
aktualny, z w i ą z a n y ze ś w i a t e m widza, nie jest istotny,
a nawet w p r ó b i e tej przeszkadza.
I n n ą s t r o n ą tak rozumianego muzeum jest jego instrukt a ż o w o ś ć i swoista depersonalizacja: zabytek, wystawa, jest
zawsze p r z y k ł a d e m c z e g o ś : tak mieszkano, tak lepiono
garnki, takie robiono wycinanki - przy czym nie przypad­
k o w o z o s t a ł a t u użyta forma bezosobowa. W gruncie rzeczy
bowiem w t a k i m muzeum nie jest w a ż n y t e n garnek, t a
chata, t e n t w ó r c a ludowy: to t y l k o p r z y k ł a d y . I c h znaczenie
polega wyłącznie na wskazywaniu w z o r c ó w , na idealizacji.
Zawsze m o ż n a je z a s t ą p i ć , jeden cep d r u g i m , nawet jednego
t w ó r c ę ludowego i n n y m , bo w a ż n a jest t y l k o c e p o w o ś ć
i l u d o w o ś ć j a k o pewna funkcja. Z tego p u n k t u widze­
nia nie liczy się więc „ p r z e s z ł o ś ć " , lecz tylko aktualny,
dydaktyczny p o ż y t e k . Oba zatem plany - „ m i n i o n y " i „ d z i ­
siejszy" - są rozdzielone i nie p r z e n i k a j ą się.
Lecz muzeum r o z u m i e ć m o ż n a inaczej, nie po „ p l a t o ń sku", ale po „ a r y s t o t e l e s o w s k u " . W koncepcji wywiedzionej
z p o g l ą d ó w Arystotelesa mimesis staje się nie o d t w o ­
r z e n i e m minionej ("idealnej") rzeczywistości, mniej lub
bardziej u d o l n y m k o p i o w a n i e m wzorca (działanie paradygmatyczne), lecz kreacją nowej, d z i a ł a n i e m konfiguracyjnym
(syntagmatycznym). Wtedy muzeum staje się przestrzenią
t w ó r c z ą , przestrzenią aktywnej penetracji rzeczywistości.
Nie p r ó b u j e m y w ó w c z a s r y w a l i z o w a ć - beznadziejnie
przecież - w stopniu osiągniętej realności z d o m n i e m a n ą ,
n i e o g a r n i o n ą sytuacją w z o r c o w ą . Pełnię i ciągłość ż y c i a
(nie dającą się nigdy o d t w o r z y ć w najwspanialszej nawet
ekspozycji) zastępujemy c z ą s t k o w o ś c i ą i d y s k r e t n o ś c i ą na­
szej konfiguracji. Jest to zarazem rezygnacja z pretensji do
quasi-magicznego przenoszenia się „ t a m " , w kontekst tam­
tej rzeczywistości. N i e zrywamy k o n t a k t u z „ t u " , z horyzon­
tem naszego życia, z n a s z ą współczesnością. W tak rozumia­
n y m zdarzeniu muzealnym ulega on jednak poszerzeniu,
musi o t w o r z y ć się na obcy kontekst zjawiska, k t ó r e napot­
kał. Jest to jedyny s p o s ó b zachowania g ł ę b o k o rozumianego
autentyzmu całego przedsięwzięcia.

Eksponat muzealny rozumiany j a k o symbol jest ź r ó d ł e m
poznania, ale nie ma charakteru dydaktycznego: nie t y l k o
informuje, ale i angażuje, ma w y m i a r egzystencjalny.
„ M u z e u m m o ż e b y ć miejscem wtajemniczenia."
*

*

*

W sali muzeum b i s k u p i ń s k i e g o , w szklanych gablotach,
znajdują się dwa groby szkieletowe. Pierwszy, p o c h o d z ą c y
z epoki neolitu, zawiera szczątki trzydziestoletniej kobiety.
Pochowano j ą na p r a w y m b o k u , z silnie p o d k u r c z o n y m i
nogami, co jest zapewne ś l a d e m myśli o powrocie do ł o n a
m a t k i i nadziei na odrodzenie. W d r u g i m grobie, m ł o d s z y m
o prawie 3 tysiące lat, spoczywa uzbrojony w o j o w n i k
celtycki. Jego ciało p o ł o ż o n e z o s t a ł o na plecach.
G d y wiele lat temu pierwszy raz przyjechałem do Biskupi­
na, o d c z u ł e m natychmiast swoistą n i e s t o s o w n o ś ć umieszcza­
nia g r o b ó w w zwykłej muzealnej sali. R o z u m i e j ą c dydak­
tyczny sens tej p r a k t y k i , t r u d n o m i b y ł o p o g o d z i ć się
z w y k a z y w a n y m przez a r c h e o l o g ó w brakiem d e l i k a t n o ś c i ,
l e k c e w a ż e n i e m g o d n o ś c i z m a r ł e g o , k t ó r e j przecież nie zawie­
sza ani u p ł y w czasu, ani naukowy imperatyw poznawczy.
Z m a r l i przeniesieni ze swych cmentarzy do muzealnych
gablot - statusem swym z r ó w n a n i ze wszystkimi i n n y m i
przedmiotami wystawianymi na widok publiczny: garnkami,
f o r m a m i odlewniczymi, ozdobami, n a r z ę d z i a m i - stawali się
z w y k ł y m i eksponatami. Licznie p r z y b y w a j ą c y do Biskupina
turyści - od p r z e d s z k o l a k ó w do e m e r y t ó w - p r z y g l ą d a j ą i m
się teraz z bliska, b a d a j ą z zaciekawieniem, k o m e n t u j ą c na
p r z y k ł a d stan u z ę b i e n i a człowieka epoki kamienia, l e k k ą
ekscytację u s p r a w i e d l i w i a j ą c p o ż y t k i e m poznawczym. G d y
b y ł e m w Biskupinie przewodnikiem, z d u ż y m trudem uda­
w a ł o m i się u ś w i a d o m i ć zwiedzającym wycieczkom swoistą
d e l i k a t n o ś ć sytuacji.

2

82

*

*

*

W i e ś Czarne w Beskidzie N i s k i m j u ż nie istnieje. Wszyscy
dawni jej m i e s z k a ń c y , kiedyś z niej wygnani - Ł e m k o w i e
- albo nie żyją, albo mieszkają gdzieś daleko. N i e p r z e t r w a ł y
też b u d y n k i - p r ó c z d w ó c h czy trzech d o m ó w i mocno
zniszczonej cerkwi. N i e jest to więc etnograficzny skansen
- brakuje t u przecież „ e k s p o n a t ó w " . M i m o to jest to miejsce
niezwykłe, bo w z a r o ś n i ę t y c h k r z a k a m i drogach, regular­
nych zarysach nie istniejących j u ż d o m ó w , samotnych ka­
miennych kapliczkach, opuszczonym cmentarzu zachowana
jest p a m i ę ć żyjących t u niegdyś ludzi.
*

*

*

Symbol nie ma nigdy charakteru p o g l ą d o w e g o ; c h o ć służy
poznaniu, nie jest poznawczym n a r z ę d z i e m . Jest raczej
p r o w o k a c j ą , z m u s z a j ą c ą do z a a n g a ż o w a n i a , o k r e ś l e n i a się

wobec zaistniałej sytuacji. Właściwością dobrego n a r z ę d z i a
jest jego p o r ę c z n o ś ć - t y m większa, i m mniej odczuwamy
jego istnienie. Symbol przeciwnie - nie pozwala, by o k r e ś l a ł o
nas wobec niego przyzwyczajenie.
P o g l ą d o w y charakter, j a k i nadajemy muzealnym eks­
p o n a t o m , redukowanie ich sensu do funkcji n a r z ę d z i a
dydaktycznego, p r z e w a ż n i e u n i e m o ż l i w i a nam włączenie się
w s y m b o l i c z n ą rzeczywistość muzeum. Dlatego celem dzia­
ł a ń , jakie podjęliśmy w Biskupinie i w Czarnym, b y ł o
nadanie o b u miejscom charakteru symbolicznego, czyli
niejako - „ o d z w y c z a j e n i e s i ę " od nich, uznanie ich za
p r o w o k a c j ę wobec naszej egzystencji.
*

*

*

W Biskupinie p r a g n ę l i ś m y p r z y w r ó c i ć d w ó m eksponatom
status prawdziwych g r o b ó w , a całej przestrzeni muzeum
n a d a ć symboliczny charakter cmentarza.
Wieczorna pora pozwala u n i k n ą ć spotkania z turystami
- m o g ł o b y ono s p o w o d o w a ć , że podjęte d z i a ł a n i a s t a n ą się
niezamierzonym happeningiem. Z a p a d a j ą c y zmrok, podob­
nie j a k stroje p r z y w o ł u j ą c e skojarzenia z m o n a s t y c z n ą
m o d l i t w ą , to t a k ż e pomoc w stworzeniu odpowiedniego
nastroju. Wszystko trwa o k . 20-30 m i n u t , w y p e ł n i o n y c h
przede wszystkim śpiewem. K i l k u n a s t u u c z e s t n i k ó w zdarze­
nia o k r ą ż a salę, o g a r n i a j ą c j ą i wypełniając d ź w i ę k a m i
o k r e ś l a j ą c y m i p o c z ą t e k owego czasu skupienia. P ó ź n i e j ,
przy k a ż d y m z g r o b ó w , śpiew, w s p o m a g a j ą c y milczenie
d ź w i ę k fletu, cichy znak dzwonka oraz k w i a t y materializują
niejako p a m i ę ć o z m a r ł y c h .
N a l e ż y t u p o w i e d z i e ć , że n a s t r ó j , o k t ó r y m m o w a , w ma­
ł y m stopniu dotyczy - w t ó r n e j tutaj - strony widowiskowej
przedsięwzięcia. Dlatego t y p o w o muzealny wystrój sali,
m a ł o sprzyjający „ o b r z ę d o w e m u " nastrojowi, nie był prze­
s z k o d ą , przeciwnie - o to właśnie przecież c h o d z i ł o , by c h o ć
na k r ó t k i czas przekształcić charakter tego miejsca.
Podstawowym elementem tego swoistego „ o b r z ę d u " jest
śpiew. T w o r z ą go albo k r ó t k i e , d w u g ł o s o w e , „ g o t y c k i e "
w nastroju „ z a ś p i e w y " , bez słów l u b z tekstem s u g e r u j ą c y m
sens ceremonii (пр.: „ I n paradiso perducant te angeli"), albo
w i e l o g ł o s o w a , częściowo i m p r o w i z o w a n a konstrukcja
dźwiękowa.
*

*

*

P o m o c ą w przygotowaniu D z i a d ó w , k t ó r e „ o d p r a w i l i ­
ś m y " w opuszczonej cerkwi w Czarnym, był tekst Dziadów
Mickiewicza, cz. I i П . I tutaj jednak, podobnie j a k w Bis­
kupinie, nie c h o d z i ł o n a m o wystawienie sztuki teatralnej
albo zrealizowanie spektaklu - nie uczestniczyli w n i m
przecież ż a d n i widzowie. N i e z a m i e r z a l i ś m y też - co chcę
zdecydowanie p o d k r e ś l i ć - w y w o ł y w a ć d u c h ó w . Poszukiwa­
nie symbolicznego w y m i a r u rzeczywistości kłóci się radykal­
nie z wszelkimi tendencjami spirytystycznymi. Dlatego na­
wet w tekście Mickiewicza z r e d u k o w a l i ś m y wszystkie sceny,
w k t ó r y c h p o j a w i a j ą się konkretne duchy. P r z y w o ł y w a n e
przez „ g u ś l a r z a " ("Czyszcowe duszeczki! - W jakiejkolwiek
świata stronie: - Czyli k t ó r a w smole płonie, - Czyli marznie
na dnie rzeczki, - Czyli dla dotkliwszej k a r y - W surowym
wszczepiona drewnie, - G d y j ą w piecu gryzą żary, - I pisz­
czy, i płacze rzewnie; - K a ż d a spieszcie do gromady!")
pojawiają się j a k o przedmiot naszej p a m i ę c i .
P o c z ą t k i e m „ o b r z ę d u " b y ł a w zasadzie j u ż p o d r ó ż - d ł u g a ,
m ę c z ą c a noc w p o c i ą g u , jazda autobusem, marsz z w i ą z a n y
z przekraczaniem wezbranych p o t o k ó w . Jego w s t ę p n ą część
s t a n o w i ł też tydzień w y p e ł n i o n y przygotowaniami: n a u k ą

śpiewu, r o z m o w a m i (ich zapisem jest w pewnej mierze ten
tekst), ćwiczeniami, a przede wszystkim samym pobytem
w miejscu całkowicie w o l n y m od zgiełku Warszawy. Ostat­
nia noc była d o p e ł n i e n i e m wszystkiego, co z d a r z y ł o się
wcześniej.
„ G u s ł a " r o z p o c z ę ł y się marszem do świątyni i przejściem
przez przycerkiewny dawny cmentarz. Był to swoisty znak
opuszczenia świata c o d z i e n n o ś c i i przejścia w sferę „realnej
p a m i ę c i " . Po przekroczeniu tej granicy weszliśmi „ c i c h o
i p o w o l i " do cerkwi - o b i e k t u pozbawionego j u ż oficjalnego
statusu świątyni i wpisanego tylko do rejestru konserwatora
zabytków.
Nie w i e m d o k ł a d n i e , j a k d ł u g o t r w a ł „ o b r z ę d " - m o ż e p ó ł
godziny, m o ż e g o d z i n ę . W y p e ł n i o n y był s ł o w a m i , gestami,
a przede wszystkim ś p i e w e m i d ł u g i m , g ł ę b o k o przez wszyst­
kich p r z e ż y t y m milczeniem. K o ń c z y ł się pouczeniem i pieś­
nią, k t ó r a swym charakterem u ł a t w i a ł a wyjście z cerkwi oraz
p o w r ó t do tego wymiaru rzeczywistości, w k t ó r y m p a m i ę ć
zdaje się w i ą z a ć wyłącznie z przeszłością.
*

*

*

Symboliczne dotykanie rzeczywistości - k t ó r e g o p r ó b ą są
nasze d z i a ł a n i a - to prowokowanie spotkania. Co znaczy
jednak „ s p o t k a n i e " , gdy jego o ś r o d k i e m jest neolityczny
g r ó b lub w y m a r ł a wioska?
Jak p o w i e d z i a ł e m , nie chodzi t u o ż a d n e spirytystyczne
w y w o ł y w a n i e d u c h ó w , j a k ą k o l w i e k ich materializację (z
podejrzeniem o takie intencje s p o t y k a l i ś m y się k i l k a razy).
Nasze śpiewy nie są też r e k o n s t r u k c j ą dawnych o b r z ę d ó w
(nie są n i ą przecież i Dziady Mickiewicza). N i e byłyby t a k ą
r e k o n s t r u k c j ą nawet wtedy, gdyby p o c h o d z i ł y „ z e p o k i " (a
są przecież całkowicie naszym p o m y s ł e m ) . Ż a d n y c h zatem
złudzeń b e z p o ś r e d n i e g o k o n t a k t u z m i n i o n ą rzeczywistością
l u d ó w dawnych epok, albo m i e s z k a j ą c y c h niegdyś w Czar­
n y m Ł e m k ó w , ż a d n y c h fantazji, że m o ż e na p r z y k ł a d „ t a k
właśnie kiedyś ś p i e w a n o " .
N i g d y b o w i e m nie da się w spotkaniu - nawet z ż y w ą
o s o b ą - u n i k n ą ć p o ś r e d n i c t w a symbolicznego. A l e p o ś r e d n i ­
ctwo takie nie musi b y ć traktowane j a k o przykre ogranicze­
nie - dzięki niemu właśnie to, co się dzieje w Biskupinie lub
na Czarnym, nie jest fikcją przenoszenia się „ g d z i e ś " , lecz
przeciwnie - poszerzaniem własnej, realnej rzeczywistości.
Nasze d z i a ł a n i a m a j ą więc charakter symboliczny, co
znaczy, że są p r ó b ą d o s t r z e ż e n i a symboliczności świata
- swoistym aktem jego interpretacji. Prowokujemy sytuacje,
w k t ó r y c h ujawnia się szczególny, nie zawsze przez wszyst­
kich dostrzegany w y m i a r rzeczywistości - poszerzonej o „ a k ­
t y w n ą p a m i ę ć " . Nie stwarzamy tego w y m i a r u , lecz ujaw­
niamy. C h o ć go nie stwarzamy, stajemy się jego częścią.
Nasz śpiew nie służy wyłącznie celom estetycznym. I c h o ć
zadaniem jego jest w y w o ł a n i e odpowiedniego nastroju, to
przecież n a s t r ó j m o ż e b y ć rozumiany nie t y l k o w kategoriach
psychologicznych - to t a k ż e s p o s ó b nadania miejscu i chwili
nowego sensu. Śpiew jest więc n a r z ę d z i e m poznania, me­
d i u m w s p i e r a j ą c y m nasze zmysły.
M o ż n a powiedzieć, że owe szczególne sytuacje, w k t ó r y c h
w ten s p o s ó b uczestniczymy, w wymiarze naszego codzien­
nego życia są - c h o ć p r o w o k o w a n y m - przypadkiem. Nagle
tak się zdarza, że j e s t e ś m y w sali muzealnej, w opuszczonej
cerkwi. T e m u zdarzeniu - jednemu z wielu w naszym życiu
- nadajemy sens, p o r z ą d k u j e m y go, „ k o n f i g u r u j e m y " . T o
d z i a ł a n i e ma charakter otwierający: u m o ż l i w i a spotkanie.
Miejscem spotkania jest zawsze j a k a ś granica, horyzont
naszego dotychczasowego świata. D o spotkania m o ż e nie
dojść: gdy wycofamy się i poprzestaniemy na obserwacji;

83

m o ż e m y też o d w a ż y ć się granicę tę p r z e k r o c z y ć , poszerzając
w ten s p o s ó b nasz świat.
W a r u n k i e m spotkania jest napotkanie. Spotkanie jest to
napotkanie,
które d o s t r z e g l i ś m y .
Natknęli­
śmy się na coś i nie przeszliśmy m i m o . D o - s t r z e g l i ś m y , s t a ł o
się dla nas w a ż n e , nie o d w r ó c i l i ś m y się. W spotkaniu
do-tykamy tego, co n a p o t k a l i ś m y . Do-strzegłszy s t r z e ­
ż e m y go j a k o „ n a s z e g o " .
S ł o w o strzec pochodzi o d greckiego stergo, co znaczy
kochać.
N a p o t k a n y i d o - s t r z e ż o n y k t o ś , lub c o ś , staje się przejś­
ciem przez g r a n i c ę . M y stajemy się s t r ó ż a m i tego przejścia.
Do-strzec i u-strzec k o g o ś lub c o ś , to - o t w o r z y ć się.
N a co d z i e ń p r z e s t r z e ń muzealna jest j a k dobrze, zbyt
dobrze znana droga. D o p ó k i c o ś jej nie zakłóci - niemal nie
u ś w i a d a m i a m y sobie jej istnienie. Staje się sprawnym n a r z ę ­
dziem.
Nasze d z i a ł a n i a - w muzeum, w opuszczonej cerkwi - są
p r ó b ą odzwyczajenia się od codziennej drogi, p r ó b ą jej
dotykania, deptania. D r o g a , na k t ó r e j spotykamy szkielet
kobiety sprzed k i l k u tysięcy lat albo p o ł e m k o w s k ą w i o s k ę ,
nie m o ż e b y ć g ł a d k a . T r a k t o w a n i e tych części naszego świata
j a k e k s p o n a t ó w muzealnych l u b turystycznych jest sposo­
bem ich w y g ł a d z e n i a - stają się p r z y s t ę p n e i p o r ę c z n e . A tak
być nie p o w i n n o .
P o r ę c z n e narzędzie w y g ł a d z a świat. G d y świat jest g ł a d k i ,
mniejsze mamy szanse d o s t r z e ż e n i a go. G d y nie dostrzegamy
świata, nie dostrzegamy też samych siebie, bo brakuje tła,
kontrastu. Szczypiemy się w policzek by s p r a w d z i ć , czy nie
śnimy, czyli - czy n a p r a w d ę istniejemy. Istnienie ręki spo­
strzegamy w c h w i l i , gdy kłujemy się d r z a z g ą . Jeśli deska jest
zbyt wyślizgana, nie spostrzegamy ani jej, ani naszej ręki.
C o znaczy takie „ d o t y k a n i e rzeczywistości"? Jest to
uznanie jej istnienia. D o t k n ą ć : to powiedzieć ( k o m u ś , cze­
m u ś ) - istniejesz. D o t k n ą ć rzeczywistość to powiedzieć: o d
tej chwili istniejesz t a k ż e dla mnie, jesteś częścią mojego
świata, m i m o że cię nie rozumiem. D o t k n ą ć , to dostrzec
i strzec - tej ulotnej i nieuchwytnej n i e - p o r ę c z n o ś c i ,
nie-zręczności, n i e - t o ż s a m o ś c i , o d m i e n n o ś c i .

PRZ
1

Koncepcję muzeum jako przestrzeni i doświadczenia symbolicznego
przedstawiłem w artykule Tajemnica butów, czyli pochwala muzeum,
„Konteksty - P S L " , nr 1 1993, s. 17-18. Próbą jej praktycznego
zastosowania były warsztaty antropologiczne, jakie odbyły się w Bis­
kupinie (wrzesień 1991, czerwiec 1992, czerwiec 1993) i w Czarnym

84

D o - t k n i ę c i e to spo-tkanie. Te dwa spokrewnione ze s o b ą
s ł o w a ( p o c h o d z ą c e od greckiego tykidzo - ciosać, podobnie
j a k t k a ć , n a p o t k a ć , t k n ą ć , n a t k n ą ć się) są metaforami, k t ó r e
w y z n a c z a j ą k r ą g egzystencjalnego z a a n g a ż o w a n i a w sym­
b o l i c z n ą rzeczywistość.
Uczy zatem antropologia, że dotykanie rzeczywistości
m o ż e m i e ć charakter symboliczny - jeśli się j ą „ d o s t r z e g a "
i jej „ s t r z e ż e " . Bywa wtedy czasem tkliwe, czasem dotkliwe,
zawsze jednak p o w i n n o b y ć - m i ł o s n e . I to jest największy
w k ł a d tej n a u k i we w s p ó ł c z e s n o ś ć .
Czerwiec 1993
PS. Z a s k a k u j ą c y komentarz do mojego tekstu na temat
zdarzenia muzealnego - komentarz r ó w n i e k o n k r e t n y j a k
nasze odprawienie „ D z i a d ó w " - d a ł w o j e w ó d z k i konser­
w a t o r z a b y t k ó w w N o w y m Sączu: latem 1993 r o k u r o z e b r a ł
znajdującą się w C z a r n y m cerkiew i zamierza przenieść j ą do
skansenu. O t o więc dwa p r z y k ł a d y praktycznych konsek­
wencji przyjęcia określonej koncepcji teoretycznej.
C z y m jest cerkiew z Czarnego? Czy t y l k o obiektem
architektury drewnianej, zapisanym w rejestrze u r z ę d n i k a ?
Obiektem, k t ó r y należy u d o s t ę p n i ć j a k największej liczbie
w i d z ó w ? C z y m jest jednak w t a k i m razie cała wioska? C z y m
jest g ó r a - święta g ó r a , na której sto lat temu wzniesiono
świątynię? A co z r o b i ć z cmentarzem, k t ó r e m u świątynia ta
t o w a r z y s z y ł a ? Przecież bez niej traci o n s w ą religijną „ s k u t e ­
c z n o ś ć " bramy wiodącej z m a r ł y c h do nieba. Jeśli nie do­
strzegamy, że zabytek istnieje t a k ż e w wymiarze ciągle
aktualnej pamięci, to nawet p r a g n ą c w y k o r z y s t a ć go w ce­
lach czysto dydaktycznych p o w i n n i ś m y p a m i ę t a ć , że stanowi
on fragment większej, logicznej całości zapisu kulturowego.
Jest to sprawa elementarnej wiedzy, zupełnie podstawowej
etnograficznej wrażliwości, k t ó r e j brak dyskwalifikuje k a ż ­
dego opiekuna l u d o w y c h z a b y t k ó w .
C h o ć myślę też sobie, że m o ż e w y s t a r c z y ł a b y t u z w y k ł a ,
ludzka w r a ż l i w o ś ć na p i ę k n o ?

W r z e s i e ń 1993

PISY
(wrzesień 1992, wrzesień 1993). Ich uczestnikami i współtwórcami byli
moi uczniowie z X V I I S L O w Warszawie. Im też chciałbym podziękować
za 4 lata wspólnej pracy.
Arystoteles, Retoryka, Poetyka, przel. H . Podbielski, Warszawa,
1988. Zob. też W. Michera, op. cit.
2

Cytat

Michera, Wojciech, “O symbolicznym dotykaniu rzeczywistości / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1994 t.48 z.1-2,” Cyfrowa Etnografia, Dostęp 1 lipca 2022, https://cyfrowaetnografia.pl/items/show/5869.

Formaty wyjściowe