A Journey to the Tropics=Z podróży do Tropików / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2000 t.54 z.1-4

Dublin Core

Tytuł

A Journey to the Tropics=Z podróży do Tropików / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2000 t.54 z.1-4

Opis

Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2000 t.54 z.1-4, s.226-235

Twórca

Witkiewicz, Stanisław I.

Wydawca

Instytut Sztuki PAN

Data

2000

Relacja

oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2834

Format

application/pdf

Język

pol., ang.

Identyfikator

oai:cyfrowaetnografia.pl:2641

PDF Text

Text

Stanisław I. Witkiewicz • A JOURNEY T O T H E TROPICS

STANISŁAW

I.

W I T K I E W I C Z

A Journey
to the Tropics
i

I

n the June heat, when the sun nears the Tropic
of Cancer, the Red Sea turns into an indescribable
hell.
Leaving behind us yellow and orange sands cleaved
by gulfs shimmering with all possible shades of green
and blue - from light willow green and turquoise to
navy blue and dark violet - we immerse ourselves in
a water desert, on both sides of which two deserts of
rock and sand spew out a terrible, dry heat like two
enormous furnaces.
Shortly after the last, tooth-like peaks of the Sinai
Peninsula's mountains - looking as if made from
transparent amethyst - disappear behind the horizon
the sky changes its hue, turning from blue to the colour
of milky coffee. This is most probably caused by the
huge clouds of dust raised from both deserts by the
southern winds which blow at this time of year. The sun
turns silvery-green, its reflection a cold, metallic glow in
the lightly wrinkled sea, making it resemble a twisted,
red-hot copper ovenplate. The excruciating heat
reaches its zenith. Even at night the temperatures do
not fall below 40 degrees on the Reamut scale.
We leave behind us the deserted volcanic island of
Jebel Sukur, built of black and white rock. Its tangled
and twisted form leads one to think that it must have
been heaved from the seabed in some kind of terrible
convulsion. Small, blue-coloured clouds cling to the
clifftops, looking like blue fog-eyes against the mass of
coffee-coloured cumulus filling out the peaceful sky.
In the night we pass Perim, a seaport on the Arab
shore, whose lighthouse chases us with its restless
flashing for a long time, the light cutting through the
black, stifling darkness. Because of the heat we spend
the nights on deck - the left side reserved for the men,
the right side for the women.
In the morning a "steward" chases the passengers off
the deck with a warning that waves may soon start to
roll over it. We are indeed approaching an area
dominated in the summer months by a wind blowing
from the south-west called the South-West Monsoon. I n
the morning mist we see the hazy features of the cape of
Guardafua: several hundred metres of rock, behind

226

which to the right rises a bright-yellow-coloured hill.
Because of the fog it is impossible to determine what
gave the rising its colour. The ocean, restless up to
somewhere around Madagascar, now becomes
increasingly unruly, although the wind is tathet weak.
As soon as we pass the cape screening us from the
southern horizon the South-West Monsoon begins to
blow and we are grasped by the huge waves of the
Indian Ocean.
We proceed along the shores of the island of
Sokotra, its outline hazily visible through the foggy air.
Ragged clouds rush across the pale-blue sky. Snowwhite, dazzling foam crests the waves. The hissing of
the foam and the roar of the waves as they clash with
the wave produced by our ship mingle with the howling
of the wind in the mast riggings and the ship's upper
parts - off limits to second-class passengers - where
funnels spew out black, thick smoke and huge
ventilators gape like open jaws.
Every now and then swarms of flying fish rise from
the tops of the waves and disappear again into the
watery abyss. The waves attack us from the starboard
side - five, six-metre-high mountains made up of masses
of smaller hillocks. Our 12-ton giant starts rising and
falling and simultaneously rocking to the left and right.
This state, called rolling, is the worst kind of rocking when a ship starts rolling it is practically impossible to
find a relatively calm piece of water for it to quieten
down. After some time the rolling makes it difficult for
us to admire the storm - for obvious reasons. Our faces
become pale, our eyes mist over and aftet a short battle
with the inevitable we all completely succumb to our
fate.
After two days of this - with dark beer as our only
salvation from utter dejection - the wind weakens
a little and we can once mote admire the sea without
having to pay it a painful tribute.
As we pass India, hidden behind the horizon, the
ocean turns from blue to dark green and the air fills
with the iodine-tinted smell of algae - a sign that land
is near. Around noon on the fifth night following our
passage through the Bab el Mandeb strait the darkness
is torn apart by the flash of a lighthouse light signalling
out current destination - Ceylon's capital Colombo.
We can see nothing beyond the multi-coloured
signal lights of the ships berthed closest to us and a row
of lanterns on the shore. We wish we could pierce the
darkness with out eyes and finally take a look at this
unknown tropical landscape. My unsatisfied curiosity
doesn't let me fall asleep, and when I do I dream
disquieting visions.
The first impression is painfully unpleasant. Despite
the early morning hours the heat is simply infernal and
made still worse by the highly humid air. Through

Stanisław 1. Witkiewicz • Z PODRÓŻY DO TROPIKÓW-

S T A N I S Ł A W
orze Czerwone w czasie czerwcowych upałów, kie­
dy słońce dochodzi do zwrotnika Raka, staje się
piekłem nie do opisania.
Minąwszy żółte i pomarańczowe piaski, poprzerzynane
zatokami mieniącymi się wszystkimi odcieniami zieleni i błę­
kitu, od tonów jasnoseledynowych i turkusowych aż do gra­
natów i ciemnych fioletów, zagłębiliśmy się w pustynię wod­
ną, z obu stron której dwie pustynie skał i piasków zioną, jak
dwa olbtzymie piece, potwornym suchym żarem.
Wkrótce po zniknięciu za horyzontem ostatnich zębów
gór półwyspu Synaj, gót zrobionych jakby z przeźroczystego
ametystu, niebo zmienia swą barwę i z błękitnego przechodzi
w kolor białej kawy. Przyczynia się do tego ptawdopodobnie
wielka ilość pyłu, który z dwu pustyń podnoszą wiejące
w tym czasie południowe wichry. Słońce staje się zielonkawosrebrne i odbija się zimnym, metalicznym blaskiem w lek­
ko sfalowanym morzu, przypominającym powyginaną, rozża­
rzoną miedzianą blachę. Upał sttaszliwy dosięga szczytu. Na­
wet w nocy tempetatura nie spada niżej niżej 40° Reaumura.
Zostaje za nami samotna, wulkaniczna wyspa Dżebel Sukur, złożona z czarnych i białych skał. Budowa jej, splątana
i wyktęcona, robi wrażenie, że jakieś straszne konwulsje wydźwignęły ją z dna morza. Szczytów skał czepiają się chmur­
ki błękitnego koloru, które na tle kawowej batwy wyglądają
jak błękitne przeziory w jednolitej masie obłoków, jaką się
zdaje pogodne niebo.
W nocy mijamy Perim, port na btzegu atabskim, którego
latarnia ściga nas jeszcze dłuższy czas niespokojnymi błyska­
mi, przeszywającymi czarne, jakby rozpalone ciemności.
Z powodu upału noc spędza się na pokładzie. Lewa strona
zarezerwowana dla mężczyzn, prawa dla kobiet.
Nad ranem „stewatd" spędza podróżnych z pokładu,
oświadczając, że za chwilę fala może zacząć go zalewać. Zbli­
żamy się bowiem do sfery wichru wiejącego w lecie z południo-zachodu, tzw. South-West Monsoonu. W porannej
mgle widać niewyraźne zarysy przylądka Guardafui: skała
kilkusetmetrowa, poza któtą na prawo wznosi się wzgórze jaskrawożółtego koloru. Z powodu oporu nie można rozpo­
znać, co jest powodem tego zabatwienia. Ocean rozhuśtany,
gdzieś aż do Madagaskaru, faluje coraz bardziej, mimo że
wiatr jest stosunkowo dość słaby. Zaledwie jednak minęliśmy
ptzylądek, zasłaniający horyzont od południa, zadął Monso­
on i chwyciły nas wielkie fale Oceanu Indyjskiego.
Posuwamy się wzdłuż wyspy Sokotra, której sylweta ma­
jaczy w zamglonym powietrzu. Na tle bladobłękitnego nieba
pędzą poszarpane obłoki. Grzbiety fal pokrywają się śnieżną,
oślepiająco błyszczącą pianą. Syk piany i huk fali, spotykają­
cej się z falą odbitą przez okręt, łączy się z wyciem wichru
w linkowaniu masztów i wśród niedostępnych dla pasażerów
II klasy górnych częściach statku, gdzie stoją buchające kłę­
bami czarnego, gęstego dymu kominy i szczerzą się olbrzymie
paszcze wentylatorów.

I. W I T K I E W I C Z

Z podróży
do Tropików
Co chwila z grzbietów fal unoszą się tłumy latających ry­
bek i zapadają znowu w wodne otchłanie. Fale uderzają
z prawego boku. Najmniej pięcio-sześciometrowe góry złożo­
ne z całej masy drobnych wzgórz. Nasz dwunastotonowy
olbrzym zaczyna wspinać się na góry i zapadać w doliny,
chwiejąc się przy tym to na lewo, to na prawo: najgorszy ga­
tunek kołysania, tzw. rolling, który uniemożliwia znalezienie
jakiegoś choćby względnie spokojniejszego miejsca. Po chwi­
li czyni to zachwyt nad wzburzonym morzem prawie niemoż­
liwym z powodów łatwo zrozumiałych. Twarze stają się bla­
de, wzrok błędny i po któtkiej walce następuje zupełne pod­
danie się przeznaczeniu.
Po dwóch dniach takiej jazdy, podczas któtej ratuje od
ostatecznej rozpaczy jedynie czarne piwo, wiatr słabnie tro­
chę i motze daje się znowu podziwiać, nie wymagając ofiar
zbyt ciężkich.
Kiedy mijamy ukryte za horyzontem Indie, ocean z nie­
bieskiego staje się ciemnozielony, a w powiettzu rozchodzi
się jodowy zapach alg, oznaczający bliskość lądu. Piątej nocy
od przepłynięcia cieśniny Bab el-Mandeb, około dwunastej
rozdziera ciemność błysk latami morskiej zwiastujące kies
najbliższy podróży: stolicę Cejlonu, Colombo.
Oprócz różnokolorowych, sygnałowych świateł okrętów
bliżej stojących i szeregu nadbrzeżnych latarni nie można nic
więcej zobaczyć. Chciałoby się wzrokiem przebić ciemności
i ujrzeć nareszcie nieznany, tropikalny krajobraz. Nie zaspo­
kojona ciekawość nie daje zasnąć i we śnie nawet męczy nie­
pokojącymi wizjami.
Pierwsze wrażenie nad wyraz przykre. Mimo wczesnego
ranka żar wprost piekielny, spotęgowany przesyceniem po­
wietrza wilgocią. Przez rozedrgany w słońcu opar widać brzeg
niski, pokryty palmami i czerwonawe domy wśród nieprzyje­
mnie jadowitej zieleni. A n i śladu tropikalnego uroku. Obcość
przykra, a nie dziwaczna: jakby jakiś nudny, a złowrogi sen.
Na pokładzie roi się od ludzi. Wśród europejskich białych
lub koloru „khaki" strojów widać już tropikalne hełmy, chro­
niące od słonecznego udaru. Widok ten zdaje się powiększać
jeszcze potworne gorąco. Są też i krajowcy: Syngalezi, prze­
ważnie hotelowi portierzy i tragarze. Słychać gwar nieznanej
* Pierwodruk artykułu ukazał się w „Echu Tatrzańskim" we
wrześniu i październiku 1919

(nry: 15,

16, 17, 18). Następnie

w „Literaturze Ludowej" 1974, nr 3 i w S.I. Witkiewicz, Bez kom­
promisu. Pisma krytyczne i publicystyczne.
Warszawa 1976

227

Zehtal i opr. J. Degler, PIW,

Stanisław I. Witkiewicz • A JOURNEY T O T H E TROPICS

a shimmering, hot mist we can see a low shoreline with
palm trees and reddish houses surrounded by
unpleasant, poisonous-green foliage. There is no trace
of tropical beauty, only a strangeness that is more
unpleasant than exotic - like a boring but sinister
dream.
The deck is crowded with people. Tropical helmets protection against sunstroke - appear amidst Europeanstyle whites and khakis. The sight seems to enhance the
already excruciating heat. Singhalese locals appear, most
of them hotel porters and bearers. We can hear the
sounds of an unknown language which at times
resembles Italy's Naples dialect. Naked bodies of all
colours - from black-brown to reddish-chocolate glisten in the sun. The latter hue is disquieting to look
at: the bodies seem to be suffering inhuman torment
and the skin looks as if ready to scorch you with
a hideous heat if touched.
There is a multitude of boats next to the ship, their
owners haggling for passengers as if possessed.

move their thin, brown shanks with such ease and pull
their little carts with such nonchalance (throwing their
arms upwards in the process) that we soon regard them
as something quite ordinary.
We travel down broad streets and amidst scattered
houses hidden behind small palm groves and thick,
flower-covered bushes. Each garden is surrounded by
a low wall covered with colourful fungae.
O n our way we encounter a Muslim funeral. The
coffin is covered with rags of sundry colours, the
mourners are dressed in bright robes of all possible hues.
A t the head of the procession walks the bereaved, his
face twisted by sorrow. A l l are singing some kind of
song without a beginning or end in high, wailing voices.
The red-hot sun is blinding. Swarms of ravens fly
about everywhere, crowing madly. They aren't hunted
here thanks to their social usefulness as devourers of
waste and leftovers.
Victoria Park is our first encounter with real tropical
flora. The impression is terrifying. The over-abundance
of life, the chaos of form and colour produce
a depressive effect. The feeling is one of senselessness,
excess and wastefulness, disquieting strength and
passion bordering on madness. One senses one's own
weakness, and a kind of awkwardness that is strangely
unpleasant. This is enhanced by the overpowering heat
and stifling humidity: the wet, scorching air burns your
nose as you breathe i n like steam in a Roman bath.

II
Facing the debarkation ramp is a small square with
a statue of Queen Victoria surrounded by hideous,
reddish-orange houses built in an Indian-bungalowtropical-depot-stationhouse style.
A l l around us are "rikshas" - Singhalese pulling
small, two-wheeled carts with room for one passenger,
horse-drawn carriages with servants and drivers in red
or white turbans pass us. The less wealthy use small,
two-wheeled carriages drawn by little, hump-backed
oxen which look like prematurely adult, degenerate
calves.
O n the other side of the cape on which the port lies
is a large beach separated from the road running along
the shoreline by a brick wall without railings. The
yellowish, monsoon-torn sea breaks on the red sand
with an ominous hiss.
Further along the shoreline a silvery-green, wind­
blown, feathery palm forest stands immersed in clouds
of seafoam.
In the shade of a small hut sits a frightening figure
with gentle eyes and an acne-riddled face: a Singhalese
studying his own religion from an English-language text.
The unpleasant dream doesn't want to end. Is this
really a tropical paradise?
My disenchantment is, of course, senseless. Having
expected exotic wonders, however, I find that my first
impressions stand in striking contrast to what I'd
imagined.
We hire several "rikshas" to take us to the distant
Victoria Park. Seeing a man perform the work of
a harness animal is unpleasant at first but the rikshas

The sun, a rare occurrence in our latitudes and
therefore seen as a beneficial deity, changes here into
a terrible, murderous monster lying in wait to vanquish
us, its victims from the North.
The blinding glare of the grass is reminiscent of the
April snows at home. The shadows - black, bottomless
pits - exude a terrible heat. The general impression on
this bright, tropical day is one of gloom and
ominousness. It is all like an exhausting, feverish dream
in which everything becomes extra large, terrifyingly
beautiful and threatening - and too overwhelming for
one poor, sick man. Dark-green bushes sprouting huge,
purple flowers with long, yellow-orange anthers;
gigantic trees covered with white bark and as if
entwined by lianas sporting broad, shovel-shaped
leaves; clusters of thick, several-metre-high bamboo
stems giving out a strange crackling and screeching
sound as they rub against each other in the wind.
The monsoon is blowing at no more than about 8-9
metres per second but the impression is of a huge
bellows pressing out air from inside an enormous
furnace. The scorched earth burns from underneath like
a hot tin plate. Young bamboo shoots, thick like
telegraph poles and closely covered with scaly leaves
push out from the ground in some kind of menacing
trance. Each leaf thins out into a thorn and is

228

Stanisław I . Witkiewicz • Z PODRÓŻY 1X3 TROPIKÓW

mowy, przypominającej chwilami wioski, neapolitański dia­
lekt. Błyszczą w słońcu nagie ciała wszystkich kolorów, od
czarnego brązu do czerwonej czekolady. Ten ostatni kolot ro­
bi przykre wrażenie: zdaje się, że ciało to cietpi w nieludzki
sposób, a przy dotknięciu palić musi jakimś obrzydliwym ża­
rem.
Mnóstwo łódek tłoczy się naokoło okrętu, a wioślarze ry­
czą jak wściekli o pasażerów.

II
Na wprost debarkadetu mały placyk z pomnikiem królo­
wej Wiktorii otoczony potwornymi, czerwono-pomarańczowymi domami w stylu indyjsko-bungalowowo-tropikalnomagazynowo-stacyjnym.
Uwija się mnóstwo „fikszów", tj. Syngalezów ciągnących
małe, jednoosobowe powoziki na dwóch kołach. Przejeżdża­
ją ekwipaże z lokajami i woźnicami w czerwonych lub bia­
łych turbanach. Uboższa ludność jeździ małymi, dwukolnymi bryczkami, zaprzęgniętymi w garbate, małe woły, które
robią wrażenie przedwcześnie dojrzałych, zdegenerowanych
cieląt.
Na dtugiej stronie przylądka, przy którym leży port, roz­
ciąga się wielka plaża, odgrodzona murem bez poręczy od
drogi biegnącej wzdłuż morza. Żółto zabatwione, wzburzone
przez Monsoon morze rozbija się z ponurym sykiem na czer­
wonym piasku.
Dalej ciągną się nadbrzeżne lasy palmowe, srebrzystozielonkawe, o sylwecie rozwianej, pierzastej, zatopione w opa­
rze rozpylonej piany morskiej.
W cieniu malej budki siedzi potworna postać o łagod­

nych oczach i twarzy pokrytej wysypką: Syngalez studiujący
swoją własną religię w angielskim przekładzie.
Dalszy ciąg nieprzyjemnego snu przedłuża się. Więc to
jest ów wymatzony tropik?
Rozczarowanie to jest oczywiście nierozsądne, ale po
oczekiwaniu jakichś niepojętych cudów pierwsze wrażenia
stoją z wyobraźnią w rażącej sprzeczności.
Bierzemy „rikszów" w celu zwiedzenia odległego parku
Victoria. Z początku używanie człowieka jako zwierzęcia po­
ciągowego sprawia pewną przykrość. Ale „rikszowie" z taką
lekkością wymachują cienkimi, btązowymi łydkami i z taką
nonszalancją ciągną swoje bidki, wyrzucając przy tym ramio­
na w górę, że po chwili uważa się to za rzecz całkiem natu­
ralną.
Jedziemy rozległymi ulicami, wśród rozrzuconych dom­
ków, ukrytych w laskach palm i gąszczu kwiecistych krze­
wów. Każdy ogród otoczony niewielkim murem, pokrytym
przeważnie różnokolorowymi pleśniami.
Spotykamy muzułmański pogrzeb. Trumna pokryta kolo­
rowymi szmatami, uczestnicy w szatach jaskrawych wszyst­
kich możliwych kolorów. Na czele idzie poszkodowany z twa­
rzą wykrzywioną bólem. Wszyscy zawodzą jęczącymi glosami
jakąś ciągnącą się pieśń bez początku i końca.
Słońce rozżarzone oślepia; wszędzie unoszą się stada klu­
ków zapamiętale kraczących. Nie tępią ich tu z powodu ich
działalności publicznej, jako zbieraczy odpadków i śmieci.
W parku Victoria następuje pierwsze zetknięcie się
z prawdziwą tropikalną roślinnością. Wrażenie wprost stra­
szne. Ten nadmiar życia, rozwydrzenie form i kolorów działa
przygnębiająco. Jest w tym jakiś dziki bezsens, zbytek i roz­
rzutność, niepokojąca siła i namiętność granicząca z szałem.

229

Stanisluw I . Witkiewicz • A JOURNEY T O T H E T R O r i C S

overgrown with criss-cross patterns of small hairs. The
leaves, in hues from violet to yellow-green ochre, form
a separate decorative motif.
Every little plant and every grass shoot is different
than at home. The grass consists of small white-green,
tooth-ridged leaves, around which fly huge, bird-sized
butterflies, mostly black and navy blue with touches of
willow-green, and the golden-green, matchbox-sized
beetles that Singhalese children hunt and peddle as
lucky charms.
O n our way back we visit a small, relatively new
Buddhist temple. Our guide is a monk with a shaved
head dressed in a faded yellow robe.
Inside the temple stands a several-metre-high statue
of Buddha, painted yellow. The prophet's lips are
crimson-coloured, his face twisted into a foolishly
contemplative, sensuous smile. The entrance is guarded
by reliefs of lions standing on their hind paws, their tails
raised. Their glass eyes give out a phosphorescent light.

traditional haircuts, the hair curly and negro-like.
Usually only old men wear turbans. Most walk about
with bare heads and one wonders how their shaved
scalps manage to stand temperatures that would kill
a European within minutes if he dared to take his cork
helmet off.
Some are half-naked, others wear colourful shawls
draped around their shoulders. Almost everybody wears
colourfully hued skirts. The colours of the clothes vary
greatly - from blue to orange and from crimson to
emerald green.
Yellow is reserved for the uppet classes and worn
rarely. Some of the women wear navy blue robes laced
with a broad, yellow strip. The men have very soft,
feminine movements and as their hairstyles don't differ
much from the women's it is sometimes hard to tell
them apart. Ladies of more distinction wear short,
white, low-necked bodices with short sleeves and lace
decorations.

The frescoes inside the temple are not exactly
primitive, but hastily drawn in bright, disharmonious
colours and showing traces of cheap, European styling.
The native districts are crowded with small, mostly
single-storey houses at first glance resembling Jewish
shleth. Only the people are as if taken from a wicked
dream. There are very few women on the streets - only
occasionally do you get to see a young and pretty face,
its features slightly reminiscent of the girls in
Poland's Podole region. But the male part of the
population is simply terrifying: old men with yellow or
saffran-coloured eyes, their faces full of cruelty and
criminal intent. Possibly they are the world's kindest
creatures but the distinctness of their features and
colour influence the imagination in such a way that we
suspect them of possessing an exceptionally menacing
mentality.

The beggars usually lie on street corners covered up
to their heads with grey-coloured pieces of canvas, from
under which they stick out greedy, thin black hands
holding jugs or bowls for money. From under the canvas
come stifled wails and moans.

The strange and unknown always carries an element
of danger, especially if coupled with ominousness. The
faces of the young people are sly or sad - but repulsive
even in sadness. There is something insincere, servile
and deceitful in every one of them. One rarely sees an
honest, sincerely happy face or one showing strength
and determination. I n all, the general impression is
gloomy and irritating.
Hairstyles differ greatly. The priests, dressed in long,
yellow robes made of a single piece of cloth, have
closely-shaven heads. The men sport their hair in
a variety of ways. Most wear it long which, together
with their moustaches and beards, gives them
a repulsive look. Some tie it into a knot on the back of
their heads and decorate it with round, yellow combs
whose sharp teeth stick out to the fore like little,
flaming horns in the sunlight. Some have shaved scalps
with wisps of hair left at the back, others wear

The bells of the rikshas and the impatient, seemingly
indignant shouts of the ox-drivers as they urge on their
animals, slowly dragging carts topped with semi-circular
boxes made of palm leaves, can be heard against the
incessant crowing of the countless crows and the rabble
of conversation. A l l around one hears shouts of, "Ahh!
A h h ! " , as if someone's tooth had just been pulled too
suddenly.
The main street ends with the Kelani river, a stream
about two hundred steps wide. Like everywhere in
Ceylon, the murky, dirty-yellow water seems to be
standing still, its lazy weirs reflecting a huge cloud, rosered in the setting sun.
O n the opposite bank stands a palm forest,
concealed among the trees are houses in whose
windows lights appear as soon as the sun sets. A thin
afterglow hangs low over the horizon for no more than
a minute or two, darkness falls quickly and suddenly,
pitch-black after the just-disappeared daytime glare. We
take a ferry across the river together with a crowd of
Singhalese, baskets of fruit and other goods.
The road winds among tall palm trees, their plumes
swaying in the evening breeze. Near the river bank
crowds of people are bathing in the muddy water. Their
black, thin silhouettes look strange against the quickly
dying evening sky. The first stars, Alpha and Beta
Centauri, appear high above. A t this time of year they
and the famous Southern Cross are the only stars visible
in the early morning hours in this part of the southern
sky. Huge Canopus, the biggest star on both

230

Stanisław 1. Witkiewicz • Z PODRÓŻY DO TROPIKÓW

Doznaje się poczucia własnej słabości i jakby niedołęstwa
w jakiś dziwnie nieprzyjemny sposób. Potęguje to wrażenie
obezwładniający upał i wilgotna duszność: powietrze mokre
i rozpalone szczypie w nos ptzy oddychaniu, jak para w łaźni
rzymskiej.
Słońce, któte u nas rzadko się ukazując i łagodnie grze­
jąc zdaje się dobroczynnym bóstwem, tu zmienia się w stra­
szliwego, morderczego potwota, który czyha na zgubę swoich
ofiar z północy.
Oślepiający blask trawy ptzypomina blask kwietniowego
śniegu u nas, podczas gdy cienie, czarne jak bezdenne
otchłanie, zieją straszliwym upałem. Ogólne wrażenie jasne­
go tropikalnego dnia jest ponure i groźne. Zdaje się, że to ja­
kiś męczący, gorączkowy koszmar, w którym wszystko staje
się olbtzymie, piękne w swej potworności i złowrogie i przy­
tłacza nieszczęsnego, chorego człowieka. Ciemnozielone
krzewy pokryte ogromnymi purpurowymi kwiatami z długi­
mi, żółto-pomarańczowymi pylnikami: drzewa olbrzymie
o pniach białych, jakby oplecione lianami o szerokich lopatkowatych liściach, kępy potężnych, kilkunastometrowych
bambusów, dziwnie ttzaskających i skrzeczących przez ocie­
ranie się pni za podmuchem wiatru.
Monsoon dmie z siłą może 8-9 m na sekundę, ale robi to
wrażenie, że z olbtzymiego pieca dmą jakieś potworne mie­
chy. Zar od rozpalonej ziemi pali od dołu, jak od rozżarzonej
blachy. Pędy młodych bambusów, grube jak telegraficzne słu­
py, wydzierają się z ziemi z jakimś złowrogim zapamiętaniem;
pokryte przylegającymi liśćmi jak łuską; każdy liść zakończo­
ny kolcem i porysowany małymi włoskami w dziwne desenie

stanowi oddzielną dekoracyjną kompozycję w kolorach od
fioletu aż do żółto-zielonej ochry.
Każde źdźbło, każda ttawka inna niż u nas. Trawa składa
się z białawozielonych, wycinanych w ząbki listków. Unoszą
się motyle ogromne, jak ptaszki, przeważnie w czarno-granatowych kolorach z seledynowymi deseniami. Latają duże jak
pudełka zapałek żuki o złoto-zielonych pokrywach, które ła­
pią mali Syngalezi i sprzedają jako talizmany.
Wracając zwiedzamy małą, niezbyt starą świątynię bud­
dyjską. Oprowadza nas kapłan z ogoloną głową, ubtany
w żółtą, wypłowiałą szatę.
W głębi świątyni leży kilkumetrowy Budda, wylakierowany na żółto, o ustach purpurowych i głupkowato zamyślo­
nym, zmysłowym wytazie twarzy. Wejścia bronią wypukło
rzeźbione lwy, stojące na dwóch łapach, z podniesionymi
ogonami, a oczy ich ze szklanych gałek świecą jakby fosfo­
rycznie.
Freski nie prymitywne, ale niedbale rysowane, w kolo­
rach jaskrawych i nieharmonijnych, przetrząśnięte ogólno­
europejskim tandetnym stylem.
W dzielnicach ktajowców małe domki przeważnie parte­
rowe, stoją gęsto. Na pozór robi to wrażenie małego żydow­
skiego miasteczka. Tylko ludzie jak z jakiegoś potwornego
snu. Kobiet batdzo mało na ulicach. Czasem przewinie się ja­
kaś twatz młoda i ładna, trochę w typie naszych dziewcząt
z Podola. Ale mężczyźni wprost okropni. Starcy o białkach
ócz żółtych lub szafranowych, o twarzach pełnych okrucień­
stwa i zbrodniczych chęci. Być może, że są to najlepsi ludzie,
ale odtębność rysów i koloru działa na fantazję w ten sposób,

231

Stanisław l. Witkiewicz • A JOURNEY T O T H E TROPICS

hemispheres after Sirius, will appear much later. The
Big Dipper lies close above the horizon, pointing the
way to the North Star. The equatorial starbelt with
Arcturus, Spica and Antares moves across the
sky's zenith.

Ill
We make our way back to the port late at night.
Underway we suddenly hear the sounds of devilish
music with no beginning or end and no discernible
melody. Pipes scream breathlessly, against them a drum
produces quaint, off-beat rhythms. A wedding ceremony
in a rich Tamil home.
The musicians are sitting on the hallway floor,
passers-by stop to gape at the mysterious wedding rites
through the open door. A t a distance a Brahmin temple
in which evening services are held stands in strange
contrast to the chatter of the wedding guests. We are
not allowed inside although we pledge to take our shoes
off. Standing in the doorway, we are deeply moved by
the ceremonious atmosphere inside. Hanging lamps
shaped like glass bowls bum in ornamented brass
settings. Further inside, at the end of a small corridor,
stands an altar with a statue of Vishnu. O n a table lit by
candles held by human figures moulded from brass or
gold stand several vessels. A priest chants some kind of
prayer or incantation over them and offers one of the
faithful drink and food. Everyone in the temple goes
through the same rites. Somewhere from inside the
temple comes a monotonously-chanted prayer which

sounds faintly like the May services in the Catholic
Church. Moved by our pious behaviour, the priest gives
us white flowers strung on a piece of thread and
exuding a mixed scent of jasmine and tuberose. We
depart from the temple leaving a small offering.
The temple's front is covered with stylised reliefs of
elephants and fantastic monsters. The roof, melting into
the darkness above, boasts an array of larger and
smaller figures. A l l this nevertheless displays a strange
measure of stylistic maturity, seasoned over the ages and
avoiding ornateness despite the diversity of the many
figures. Amidst the alien bustle of the streets the temple
seems like a peaceful oasis, with even racial differences
lost in the face of the great Secret of Life that all
religions express.
The night, spent in a Singhalese hotel, is not too
pleasant. There are mosquito screens over the beds but
the insects manage to find invisible holes in them and
sting us mercilessly. A t four in the morning thousands
of crows start their terrible cawing. Lacking sleep and
tired, we depart from the Maradana station at seven,
our destination Kandy, the former capital city under
Ceylon's independent rulers.

232

A t first the train taking us to Kandy crosses flatlands
covered with palm trees and mixed forests - the socalled "wet" or "high" jungle - cut by bright yellowgreen rice fields falling in terraces towards the tracks.
As we move deeper into the mainland the flora
becomes more diverse in form and colour.
After leaving the station at Polgahavella the train
begins a laborious climb upwards, the track serpentining

Stanisław l. Witkiewicz • Z PODRÓŻY DO TROPIKÓW

że psychikę ich wyobrażać sobie trzeba na podstawie tych
danych w szczególnie okropny sposób.
Dziwne i nieznane działa zawsze z współczynnikiem gro­
zy; cóż dopiero dziwność potworna. Młodzi ludzie o wyra­
zach chytrych lub smutnych, ale nawet w smutku wstręt­
nych. Coś nieszczerego, psio-uległego i podstępnego jest we
wszystkich twarzach. Rzadko widzi się twarz poczciwą albo
szczerze wesołą, rzadko też wyraz siły i zawziętości. Na ogół
wrażenie ponure i męczące.
Uczesania najróżnorodniejsze. Kapłani ubrani w długie,
żółte szaty z jednej sztuki noszą głowy golone zupełnie. Męż­
czyźni cywilni mają wszystkie możliwe stopnie uwłosienia
głowy. Przeważnie noszą długie włosy albo rozpuszczone, co
przy brodzie i wąsach wygląda obrzydliwie, albo zawiązane
w węzeł z tyłu głowy. We włosy zaś mają wpięty okrągły, żół­
ty grzebień, któtego ostro zakończone końce sterczą z przo­
du i w słońcu robią wrażenie płomykowatych rożków. Nie­
którzy ogoleni zupełnie zachowują w środku głowy mały
„osełedec"; inni mają zwykłe, tylko z murzyńska kędzierzawe
czupryny. Przeważnie tylko starcy chodzą w turbanach.
Większa część mężczyzn ma głowy gołe i podziwiać trzeba
tych, co ogoleni chodzą bez nakrycia w upale, który w parę
minut zabija Europejczyka, mającego odwagę zdjąć korkowy
hełm z głowy.
Niektórzy do połowy nadzy, inni w kolorowych, przewie­
szonych przez plecy szalach; wszyscy prawie w kolorowych
spódniczkach. Barwy ubrań najróżniejsze: od niebieskich do
pomarańczowych, od purpurowych do zielonoszmaragdowych.
Żółty kolor, zarezerwowany wyłącznie dla bonzów, spoty­
ka się dość rzadko. Niektóre kobiety noszą szaty granatowe,
obramowane szerokim, żółtym szlakiem. Mężczyźni mają ru­
chy tak miękkie i kobiece, że wskutek braku wielkich różnic
w uczesaniu trudno ich czasem od kobiet odróżnić. Bardziej
dystyngowane damy noszą krótkie, białe staniczki, obszyte
koronkami, z dużym dekoltem i krótkimi rękawami.
Żebracy leżą przeważnie na rogach ulic, przykryci z gło­
wami szarymi płachtami, wystawiając jedynie spod nich dra­
pieżne, chude, czarne łapy z dzbankami lub miseczkami na
pieniądze i wydając spod płacht stłumione ryki i jęki.
Na tle bezustannego krakania niezliczonych kruków
i gwaru rozmów słychać dzwonki „rikszów" i niecierpliwe,
jakby pełne oburzenia nawoływania woźniców na woły, cią­
gnące powoli bidy, pokryte półokrągłymi, plecionymi z liści
palmowych budami. Aa! Aa! rozlega się wszędzie i zdaje się
co chwila, jakby gdzieś komuś ząb znienacka wyrywano.
Główna ulica wychodzi nad
dwieście kroków szeroką. Mętne,
dzie zresztą na Cejlonie, zdają się
ją w leniwych wirach olbrzymi,
słońca obłok.

nacka, zdając się jeszcze czarniejszym wobec tylko co znikłe­
go, rażącego blasku dnia. Przeprawiamy się na drugi brzeg
promem, pełnym Syngalezów, koszów z owocami i innych to­
warów.
Droga idzie wśród palm wysokich, potrząsających pióro­
puszami w powiewie wieczornym. Blisko brzegu kąpie się
w błotnistej wodzie mnóstwo ludzi. Dziwnie wyglądają ich
czarne, chude sylwety na tle szybko gasnącego, wieczornego
nieba. Pokazują się pierwsze gwiazdy: a i В Centauri, które
z nad miarę osławionym Krzyżem Południowym stanowią je­
dyną ozdobę południowego nieba w tej porze roku o wcze­
snych godzinach. Dużo później dopiero wstaje olbrzymi Canopus, największa gwiazda po Syriuszu na obu półkulach.
Wielki Wóz, wywrócony tuż nad horyzontem, wskazuje na
niewidzialną we mgle Gwiazdę Polarną. Pas równikowy
z Arkturem, Spicą i Antaresem przesuwa się przez sam zenit.

III
Wracamy późnym wieczorem w kierunku portu. Słychać
dźwięki piekielnej muzyki bez początku i końca, bez żadnego
określonego tematu. Piszczałki dmą bez tchu; na tym tle bę­
ben wyprawia dziwne, nieregularne skoki. To wesele w boga­
tym domu tamilskim.
Muzykanci siedzą na ziemi w przedpokoju, a przechodnie
z ulicy obserwują przez otwarte drzwi tajemnicze praktyki
ślubne. Dalej świątynia btahmańska, w której odbywa się
wieczorne nabożeństwo, stanowi dziwny kontrast z gwarem
tamilskiego wesela. Nie wpuszczają nas do środka, mimo
obietnicy zdjęcia pantofli. Stoimy we drzwiach, przejęci do
głębi tajemniczym nastrojem wnętrza. Palą się lampy wiszą­
ce w kształcie mis szklanych, umocowanych w mosiężnych,
rzeźbionych oprawach. W głębi, na końcu małego korytarzy­
ka ołtarz z posągiem Wisznu. Na stole oświetlonym kaganka­
mi, trzymanymi przez rzeźbione mosiężne czy złote postacie,
stoją naczynia. Kapłan odprawia nad nimi modlitwy czy za­
klęcia i daje coś do wypicia czy zjedzenia jednemu z wier­
nych. Po kolei przechodzą przez tę praktykę wszyscy obecni.
Z głębi słychać monotonnie śpiewane modlitwy, trochę przy­
pominające katolickie majowe nabożeństwo. Wzruszony na­
szym pobożnym zachowaniem się kapłan daje nam białe
kwiaty o zmieszanym zapachu jaśminu i tuberozy, nanizane
na nitkę. Składamy drobną ofiarę i opuszczamy świątynię.

rzekę Kelani, może jakie
burożółte wody, jak wszę­
nie płynąć wcale i odbija­
różowy od zachodzącego

Na drugim brzegu las palmowy i ukryte w nim domki,
w których zaczynają się ukazywać zaraz po zachodzie światła
w oknach. Wąska, tuż nad horyzontem trzymająca się zorza
trwa minutę lub dwie zaledwie i mrok zapada szybko i znie­

233

Fronton jej pokryty wypukłymi rzeźbami, przedstawiają­
cymi stylizowane słonie i fantastyczne potwory. Na dachu gi­
nącym w ciemności roi się od mnóstwa większych i mniej­
szych pomieszanych ze sobą postaci. Mimo to panuje w tym
wszystkim dziwna miara stylu dojtzałego przez wieki i wielość
postaci nie sprawia wrażenia przeładowania. Wśród obcości
ulicznego życia świątynia ta robi wrażenie jakiejś spokojnej
oazy. Wobec wielkiej Tajemnicy Istnienia wyrażonej we
wszystkich religiach zatraca się nawet odległość rasowa.
Noc w syngaleskim hotelu niezbyt przyjemna. Na łóż­
kach moskitiery, pomimo których moskity dostawszy się
przez jakąś niedostrzegalną dziurkę tną bez litości. Od g.

Stanisław l. Witkiewicz ' A JOURNEY T O T H E T R O I 4 C S

over deep chasms. Visible on the horizon are
mountains, among them the rocky massif of Angalla
Peak, shaped like an enormous sugar loaf, and another,
its top cut off horizontally to form a fortress-shaped
crag. The highest peaks are lost in a grey-violet mist
from which grey curtains of rain pour down every now
and then onto the hills which lie at the foot of the
mountains like huge clumps of moss. Both the closer
and more distant peaks are covered with an abundance
of flora, which gives them a feathery look, as if they
were made of a soft, fluffy fabric.
The fantastically-shaped trees of the roadside jungle
contrast with the dark-blue horizon. Palms, huge, with
fan-shaped leaves and sprouting enormous, orangecoloured fruit or small, thick and spread out like
bouquets of flowers. Some are thin, tall and topped with
small clumps of leaves with something resembling
a large birdnest below the spot from which the leaves
sprout. Others have huge, glistening, dark-green leaves
notched like oak leaves and bright green, round fruit.
There are trees with light-green leaves resembling huge
frayed carpet-beatets and clusters of fruit hanging down
like the segmented tentacles of gigantic squids, trees
with small leaves covered with cup-shaped, orange
flowers and bushes topped by tight clusters of blindingly
pink-violet blossoms. Near the ground grow mint bushes
whose little flowers go through all colours from violetpurple to bright orange as they blossom. Othets, still
smallet, have bright-violet flowers growing halfway up
their snakelike, twisted stems.
Every now and then the track takes a turn,
disclosing a view of mountaintops and craggy precipices,
at the bottom of which lie ricefields criss-crossed by
strangely-patterned terraces used to preserve water. O n
the bare earth, mostly the colour of deep-red brick, are
plantations of small, round, dark-green tea trees and tall
gum trees, their off-white bark marked by oblique,
spiral-like cuts, underneath which hang little bowls
made from coconut shells to gather the white, fresh
gum-juice. O n the hillsides are abandoned coffee
plantations overgrown with tall, bright-green grass that
ripples in the wind.

234

O n the stations we see crowds of people, their
clothes crazy with colour. The colours of the clothes
are, so to speak, kept in line by the black-brown of the
natives' skins, unchanging against the diversity of hues.
Even a local Catholic bishop is dressed to fit in with the
wild colours of the surrounding nature and the local
garb: violet stockings, a white robe, bright-green tassels
on his hat and a similarly-coloured rope tied around his
waist.
The heat incteases and we begin to feel thirst. One
of our travelling companions, a civilised Singhalese
planter dressed in European style, suggests we buy the
orange-coloured fruit of a certain palm variety, which
we do at the next stop. The boy vendor selling the fruit,
who looks like a little Satan, cuts out a square-shaped
opening in the fruit's narrow end with a knife. Out of
the bluish-white gash comes a watery juice. We try to
drink it. The juice tastes like warm, sweet water,
reminding us of freshly-cut willow branches. Every time
we ask out planter friend for the names of the trees we
see on our way he answers derisively, "those are wild
trees". But his eyes light up when he gets a chance to
provide information about any utility plants we
encounter - which he does competently.
Through the valley runs a river, its yellow-brown
currents winding amidst huge, round, water-smoothed
rocks. Through the trees we catch glimpses of a temple
topped by a cone-shaped dome and natives bathing
sacred elephants, the animals spilling water over their
bodies from their trunks.
Brick-coloured streams flow down from the
mountainsides, near-naked natives covered to their
waists with muddy eatth are ploughing ricefields with
the help of grey-coloured oxen. A valley opens up
among the jungle-covered hills. In the valley, on the
shores of a huge lake, lies the city of Kandy, with
Ceylon's most famous pagoda, the so-called Temple of
the Holy Tooth.
July 19, 1914
Translated by Maciej

Bańkowski

Stanisław I. Witkiewicz * 1 PODRÓŻY DO TROPIKÓW

czwartej z rana zaś zaczyna się straszliwy wrzask tysięcy klu­
ków. Niewyspani i zmęczeni wyjeżdżamy o g. siódmej rano ze
stacji Maradana w kierunku Kandy, dawnej stolicy niezależ­
nych któlów Cejlonu.
Kolej żelazna do Kandy idzie z początku wśród płaszczyzn
porosłych palmowym i mieszanym lasem, tak zwaną mokrą,
czyli wysoką „dżunglą", przerywaną przez jaskrawo żółto-zielone, tarasami spadające ku torowi, pola ryżowe. W miarę
posuwania się w głąb kraju roślinność staje się coraz bardziej
rozmaita w formach i kolorach.
Od stacji Polgahavella pociąg zaczyna z ttudem piąć się
pod gótę po serpentynach wiszących nad głębokimi przepa­
ściami. Na horyzoncie ukazują się skaliste szczyty: Angalla
Peak w kształcie olbtzymiej głowy cukru i inny stanowiący
poziomo u góry ściętą w kształcie fortecy krzesanicę. Naj­
większe toną w mgłach szarofioletowych, z których na odle­
głe, u stóp ich położone wzgótza, podobne do olbtzymich
kęp mchu, zaciąga się co chwila szata zasłona ulewnego de­
szczu. Niższe i bliższe szczyty wskutek doszczętnego pokrycia
ich wybujałą roślinnością mają sylwety pietzaste i zdają się
być zrobione z jakiejś miękkiej, puszystej materii.
Na tle granatowej dali rysują się niebywałe kształty drzew
przydrożnej dżungli. Palmy olbrzymie z wachlarzowatymi li­
śćmi i gronami pomarańczowych, ogromnych owoców albo
małe, krępe, rozłożone jak bukiety. Inne cienkie, wysokie
z małą kępką liści na szczycie i jakby ogromnym ptasim gnia­
zdem pod miejscem, skąd wychodzą liście. Dtzewa o kolosal­
nych, lśniących, ciemnozielonych liściach, karbowanych jak
liście dębu i jasnozielonych, kulistych owocach. Inne szaro­
zielone, podobne do olbrzymich wysttzępionych ttzepaczek
z gronami owoców zwieszających się w postaci ogtomnych
ośmiornic o członkowanych ramionach. Drzewa o małych li­
stkach, pokryte pomarańczowymi kielichami kwiatów, krze­
wy, których szczyty stanowi zbita masa kit oślepiająco tóżowo-fioletowych. U spodu krzaki mięty, pokryte kwiateczkami ptzechodzącymi w swym rozwoju od pączka do kwiatu
wszystkie kolory, od fioletowej purpury do jaskrawego oranżu. Inne mniejsze, z jasnofioletowym kwiatem, przyczepio­
nym w połowie wężowato skręconej łodygi.

wody. Naga ziemia przeważnie koloru ciemnoczerwonej ce­
gły. Na niej plantacje małych, oktągłych, ciemnozielonych
drzewek herbaty albo wysmukłych, o białawej korze drzew
gumowych z ukośnymi spiralnymi nacięciami i przywiązany­
mi do nich miseczkami z kokosowych orzechów, do których
ścieka biały sok świeżej gumy. Na wzgórzach opuszczone
plantacje kawy, zarosłe olbrzymią, jasnozieloną, falującą na
wietrze trawą.
Na stacjach tłum w ubraniach różnokolorowych aż do
obłędu. Wszystkie barwy trzymane jakby w ramach jedno­
stajnym w stosunku do ich różnorodności czarno-brązowym
kolorem nagich ciał krajowców. Nawet biskup katolicki
ubrany odpowiednio do rozszalałych barw natury i strojów:
ma fioletowe pończochy, białą szatę i jaskrawozielone po­
mpony na kapeluszu i sznury opasujące go w połowie ciała.
Upał wzmaga się i zaczyna nam dokuczać pragnienie. Ja­
dący z nami cywilizowany i po europejsku ubrany plantator
Syngalez radzi nam kupić pomarańczowy owoc pewnej
odmiany palmy kokosowej. Kupujemy na najbliższej stacji.
Sprzedający chłopiec, wyglądający na małego diabełka, wy­
cina nożem kwadrat w węższym końcu owocu. Spomiędzy
niebieskawobiałych ścian wytryska sok wodnisty. Próbujemy
pić, ale jest to ciepła woda o słodkim smaku, przypominającym świeżo złamaną gałązkę wierzby. Na wszystkie pytania
co do nazw dtzew spotykanych plantator odpowiada z pogar­
dą: „to są dzikie drzewa", a oczy mu płoną i udziela facho­
wych informacji na widok jakichkolwiek roślin użytkowych.
Doliną płynie tzeka żółtobrązowego koloru wśród olbrzy­
mich, okrągłych, utoczonych przez wodę głazów. Wśród
drzew miga szczyt świątyni, zakończonej stożkowatą „dagobą" i widać, jak krajowcy kąpią święte słonie, któte polewa­
ją się wodą ptzy pomocy swych trąb.
Ze stoków gór spadają potoki o wodzie ceglastego kolo­
ru, a na przygotowanych pod uprawę ryżu polach orzą w sza­
re woły, stapiani po pas w bagnistej ziemi, prawie całkiem
nadzy krajowcy. Roztwieta się dolina wśród wzgórz pokry­
tych „dżunglą". W dolinie nad ogromnym jeziorem roztacza
się miasto Kandy z najsławniejszą pagodą na Cejlonie, tzw.
Świątynią Świętego Zęba.

Co chwila na zakrętach widok odsłania się na szczyty
i ptzepaście skalne, na dnie których leżą pola ryżowe poryso­
wane w dziwne desenie tarasami służącymi do utrzymania

235

19 lipca 1914

Cytat

Witkiewicz, Stanisław I., “A Journey to the Tropics=Z podróży do Tropików / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2000 t.54 z.1-4,” Cyfrowa Etnografia, Dostęp 6 października 2022, https://cyfrowaetnografia.pl/items/show/11493.

Formaty wyjściowe