Letters from the Tropics=Listy z podróży do tropików / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2000 t.54 z.1-4

Dublin Core

Tytuł

Letters from the Tropics=Listy z podróży do tropików / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2000 t.54 z.1-4

Opis

Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2000 t.54 z.1-4, s.294-305

Twórca

Witkiewicz, Stanisław I.

Wydawca

Instytut Sztuki PAN

Data

2000

Relacja

oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2837

Format

application/pdf

Język

pol., ang.

Identyfikator

oai:cyfrowaetnografia.pl:2644

PDF Text

Text

Stanisław Ignacy Witkiewicz • LETTERS FROM T H E TROPICS

S T A N I S Ł A W
I G N A C Y
W I T K I E W I C Z

Letters from the
Tropics
Letters to Mother
Orient Line of Royal Mail Steamers
R.M.S "Orsova"
June 20, 1914
Dearest Mother,
We're nearing the strait of Bab'el Mandeb and are
about to cross into the Indian Ocean. The voyage
through the Mediterranean seems like a sojourn i n
subarctic regions compared with the crazy heat that
we're having now. The sun has reached the tropic of
Cancer which we're crossing at this very moment, so
the sun's rays are hitting us at right angles. One could
say that it was quite cool till we reached Suez. We
arrived in Port Said at 11 a.m. and left eatly next
morning, at 2 o'clock. Bronio and I took a walk i n the
Egyptian quartet. Marvellous faces and costumes.
Mostly blue long robes. Faces eithet wild ot languid
with delight. Men only, quite obviously. In the streets
thete are stands selling poppy cakes as well as other
sweets of a weird persuasion. A n d coffee-houses with
gentlemen sitting in them who are not of this world but
nevertheless seem to be more trustworthy than the
Italians in Naples. Even the worst rogues do not convey
the impression of a scoundrel; on the contrary: they
emanate a sort of seriousness and dignity. I n front of a
cafe, on the pavement, there may be a buffet with a lot
of brass vessels standing on it or hanging on long
strings. (This is a letter of a total moron but I feel
justified by this ctazy heat). - Just think: a rather
narrow sea between two burning-hot deserts. The
bishop of New Guinea who's been traveling with us told
us today, when we were taking tea - barely conscious
from the heat and drenched with sweat as if we'd just
come out of a bath - that back in New Guinea he'd
never experienced such pleasant coolness. Sounds like a
nice prospect for Bronio, who's planning to do some
conceptual work. The landscape along the Canal seems
awfully weird. The Canal itself is narrow, maybe 30 or
50 yards. O n one side there's Egypt - oases, palms and
strange trees with fluffy flowers and a wonderful smell
that reminds me of linden. O n the other side there's the

dreadful Arabian desert - yellow-orange sands which
begin right on the shore as little wavelets and gradually
turn into huge mountains gleaming with a pink
phosphorescent glow on the horizon. The valleys with
salty sediment at the bottom glitter with a bluish
reflection of the sky. We pass two steamers which hug
the shore to let us through. Every now and then we
come across the posts of the Ftench company that owns
the Suez Canal. Little houses among palms and ttees
with wonderful crimson flowers. Ctd. We left Port Said
at 2.30 a.m. and reached Suez only about 1 p.m. The
ship bately crawls, guided by a local pilot. It accelerates
a little when crossing salty lakes that the Canal passes
through. We stayed for half an hour in Suez. Marvellous
hues of the sea which cuts into the red and yellow sand.
Bands of emerald, tutquoise, yellow, green, celadon and
ultramarine topped with a chain of wild rocky
mountains, purple (that's a fact) in colour Then we
entered the Gulf of Suez, flanked by the rocky
mountains of Egypt on one side and the otange sandy
mountains of the Sinai Peninsula on the other. We
could see both shores late into the evening.

294

It's been two days now since we saw any land and
the heat is getting worse. I'm sitting writing a letter,
sweat streaming down my forehead. This is the Music
Room on the deck. The cabin is a real sauna. A l l night
long the ventilator keeps booming. We sleep completely
naked. A t 7 the sound of a monstrous gong wakes us up
so we can take a bath. Then breakfast (smoked meat,
fruit with rice and coffee). One can have both fish and
roasted meat. Then lying on the deck and reading
begins. Then some stupid games. Awful boredom. In
the evening we go aft and join the riffraff in the third
class to watch the stats. Last night we could see the
Alpha Centauri or the Canopus. The Cross hasn't
appeared yet. Venus is shining in the west. You and I
may be watching it simultaneously. The sea hardly
moves at all and our huge ship (123000 tons) sways
very lightly and seriously. There's nothing curious in the
Red Sea except the heat, flying fish and
phosphorescence. The fish (about 10 inches long) fly in
droves, crossing a distance of some 50 yards, throwing
silver gleams against the dark blue wave.
Phosphorescence can be seen only in the wake of the
ship, along the twin walls of foamy water churned by
the two screw propellers. (Many, many kisses for
Mother from Staś). Greenish sparks shoot from the
screws, fan out into the wan light and disappear a dozen
or so yards behind the ship.
June 21 - Today we passed 12 volcanic islands called
Zebayr. Wonderful pumice rocks, white and brown,
perforated like sponges. Two of them had distinct
volcanic cones. About 5 o'clock the island Jebel
Zukush. Coffee-coloured sky and a greenish sun. Green-

Stanisław Ignacy Witkiewicz • LISTY Z PODRÓŻY DO TROPIKÓW

Do M a t k i w Zakopanem

*
S T A N I S Ł A W
I G N A C Y
W I T K I E W I C Z

[Papier z nadrukiem:] Orient Line O f Royal Mail Ste­
amers RMS „ORSOVA"
20 V I 1914
Najdroższa Mamo: Zbliżamy się do cieśniny Bab-el-Mandeb, po której zacznie się Ocean Indyjski. Podróż
przez Morze Śródziemne wydaje się pobytem w podbiegu­
nowych okolicach wobec tego szalonego upału, który te­
raz mamy. Przejeżdżamy właśnie zwrotnik Raka, w którym
obecnie znajduje się słońce i świeci na nas kompletnie
prostopadle. Do Suezu można powiedzieć, że było chłod­
no. W Port Said staliśmy od 11-2 w nocy. Byliśmy z Bro­
nieni na spacerze w dzielnicy egipskiej. Twarze i stroje cu­
downe. Niebieskie, długie szaty przeważają. Twarze o wy­
razach dzikich albo mdlejących z rozkoszy. Tylko mężczy­
źni oczywiście. Na ulicy stragany, w których sprzedają się
słodycze i makagigi dziwnego nabożeństwa. Kawiarnie,
w których siedzą panowie nie z tego świata, ale jednak
bardziej wzbudzający zaufanie niż Włosi w Neapolu. Na­
wet u najgorszych wywłok nie czuje się kanaliowatości,
tylko jakąś powagę i dostojność. Przed kawiarnią, na trotuarze, stoi bufet obstawiony i obwieszony naczyniami
mosiężnemi na długich sznurach. (List zupełnego krety­
na, ale upał szalony usprawiedliwia.) - Proszę pomyśleć:
wąskie stosunkowo morze między dwiema rozpalonymi
pustyniami. Biskup Nowej Gwinei, który jedzie z nami,
powiedział dziś przy podwieczorku do nas, nieprzytom­
nych z upału i spoconych, jak gdybyśmy wyszli z kąpieli,
że nie pamięta takiego zimna przyjemnego na Nowej
Gwinei jak dzisiejszy dzień na statku. Wesoła perspekty­
wa dla Bronia, który ma umysłowo pracować. Pejzaż
wzdłuż Kanału strasznie dziwaczny. Kanał wąski. Może
ma 30-50 m szerokości. Z jednej strony Egipt z oazami,
palmami i jakiemiś dziwnymi drzewami o puszystych
kwiatach i cudownym zapachu przypominającym lipę.
Z drugiej straszliwa pustynia arabska, z żółto-pomarańczowemi piaskami, które od małych fal przy brzegu Kana­
łu przechodzą w ogromne góry świecące różowym fosfo­
rycznym blaskiem na horyzoncie. Doliny świecą od osa­
dzonej w nich soli niebieskawym odblaskiem nieba. Mija­
my dwa parowce, które się przytuliły do brzegu, aby nas
przepuścić. Co pewien czas stacje kompanii francuskiej,
do której Sueski Kanał należy. Domki obsadzone palma­
mi i drzewami o cudownie purpurowych kwiatach.
C D . Z Port Said wyjechaliśmy o V 3 w nocy, a w Suezie byliśmy dopiero koło 1 w południe. Okręt ledwo się
wlecze, prowadzony przez pilota miejscowego. Trochę
szybciej jedzie się przez słone jeziora, któte Kanał przeci­
na. W Suezie staliśmy '/ godziny. Cudowne kolory mo­
rza, wrzynającego się w czerwono-żółty piasek. Szmarag2

2

Listy z podróży do
tropików
dowe, turkusowe, żółte, zielone, seledynowe i ultramary­
nowe pasy. Nad tym linia gór dzikich, skalistych, fioleto­
wego (dosłownie) koloru. Potem wjechaliśmy w Zatokę
Sueską, mając po jednej stronie skaliste góry egipskie, po
drugiej pomarańczowe góry piaskowe Półwyspu Synajskiego. Do wieczora widać było brzegi oba.
Już drugi dzień bez lądu, wśród wzrastającego upału.
Siedzę spokojnie pisząc list, a pot leje się m i z czoła ciur­
kiem. To w Music Roomie na pokładzie. W kajucie ła­
źnia. Całą noc huczy wentylator. Śpimy nadzy zupełnie.
0 7 budzi nas potworny gong na kąpiel. Potem śniadanie
(wędzonka, owoce z ryżem i kawa). Można jeść i rybę,
1 pieczeń. Potem zaczyna się leżenie na pokładzie i czyta­
nie. Potem idiotyczne gry. Nuda straszna. Wieczorem
idziemy do 3 k l . na tył między baciarów i obserwujemy
gwiazdy. Wczoraj widać było albo Alfa Centauri albo Canopus. Krzyża jeszcze nie ma. Wenus świeci na zachodzie.
Może jednocześnie na nią patrzymy. Morze bardzo mało
się rusza i nasz statek duży (12300 ton) bardzo lekko i po­
ważnie się kołysze. Na Morzu Czerwonym oprócz gorąca,
ryb latających i fosforescencji nic osobliwego nie ma. Ry­
by (wielkości 30 cm) latają po jakieś 50 m całymi stada­
mi, świecąc srebrem na tle granatowej fali. Fosforescencję
widać tylko z tyłu statku wzdłuż dwóch wałów wody, spie­
nionej od ruchu dwóch śrub okrętu. Zielonawe iskry wy­
latują spod śrub i rozszerzając się w mdłe światło giną
o kilkanaście metrów za statkiem.
21 V I [1914]
Dziś przejeżdżaliśmy koto 12 wulkanicznych wysepek
Zebayr. Cudowne skały pumeksowe białe z brązowym jak
gąbki dziurawe. 2 znowu miały wyraźne stożki wulkanicz­
ne. Koło 5 wyspa Jebel Zukustr. Niebo koloru kawy i zie­
lonawe słońce. Chmury na tern tle zielononiebieskie, ja­
sne, wyglądają jak przeziory w szarem niebie. Wyspa brą­
zowa ginie w kawowej mgle. Pod nią morze z seledyno­
wym odbiciem słońca jak tafla z aluminium. Koło 10 wie­
czorem wjeżdżamy w Bab-El-Mandeb. Monsoon podobno
jeszcze nie zaczął wiać. Bardzo się tym martwię. Dotąd
morze zupełnie spokojne.

295

Stanisław Ignacy Witkiewicz • LETTERS FROM T H E TROPICS

blue, pale clouds look against this background like
openings i n the grey sky. The brown island drowns in
the coffee-coloured mist. Underneath the sea with a
celadon reflection of the sun resembles an aluminium
sheet. About 10 p.m. we're entering the Bab-ElMandeb. They say the monsoon hasn't started blowing
yet. I'm very worried. The sea has been quite calm so
far.
Trans, by M.K.
June 24, 1914
Our last day in the Red Sea and the day that we
spent i n the Gulf of Aden were both monstrously hot.
39° R (sic) i n the cabin. Even worse out there i n the
sun. Bronio's been totally lifeless. He doubts it if he can
stand New Guinea. Wheteas I've got quite used to the
conditions and have been feeling fine these days. The
day before yesterday at 10 p.m. we passed Perim, a port
in the strait of Bab-El-Mandeb. We saw nothing but the
leering eye of a lighthouse. Then we spent the entire
day traveling across the Gulf of Aden with not a trace
of land i n sight. That night we decided to sleep on the
deck because the heat was just terrible. The Alpha and
Beta Centauri can already be seen. The former is the
star nearest us. The light takes 4 years to reach here. A t
night the ship began to rock slightly and at 6 a steward
woke us up telling us to remove our stuff since the
waves wete going to start washing over the deck soon.
We were passing cape Guarda Fui at that moment (see
map). Some 4 miles away in the morning mist one
could see a vertical rock about 300 yards high and an
utterly yellow hill. About 8 o'clock, as soon as we
passed the cape and crossed into the Indian Ocean, the
monsoon started blowing and the huge waves of the
open sea grabbed us. We sat on the deck for a while,
wearing highly incomplete costumes. (The women sleep
on the left side of the deck and the men on the right).
The women started crossing over, so I went to take a
bath, but as soon as I tried to dress, I threw up quite
awfully. Horrible sinking of the floor or violent upward
movement of same. I hadn't eaten anything so I kept
throwing up bile. Bronio, as it later turned out, was
doing the very same thing on the deck. Then I fell
asleep and slept till 10 o'clock. A navy officer by the
name of Pitcher woke me up, sent down by Bronio to
my rescue. He helped me dress (meanwhile I threw up
another portion of bile) and led me up onto the deck.
A l l the symptoms ceased at once and we spent the test
of the day lying side by side, feeling sort of vomitive.
Just an orange for lunch. We only went downstairs at 7
o'clock to have dinner. But we ate just one course and
fled back onto the deck. Don't tell anyone about
Bronio's symptoms. I think he'll get used to the heat.
Another night on the deck. This morning Bronio kept

296

throwing up. I've got quite accustomed to the swaying
by now (it sounds like a risky statement since we need
another three days to reach Colombo). The waves come
at us from the side. It's a west-southerly monsoon.
Every once i n a while the whole huge ship moves
sideways climbing a wave (about 6 yards high) and then
falls into an abyss. The sun is shining. The wind makes
the air cooler and it's quite a pleasant time, really,
unless one is throwing up. The waves are just
marvellous. They rise slow as mountains and scatter
into splashes of green foam as soon as they meet
another wave which is moving forward. It'll go on like
this till we reach Colombo. The Southern Cross has
finally appeared.
[the letter ends here]
Trans, by M.K.

*
Letters to Father
R.M.S. "Orsova", June 21, 1914
Dearest Father,
We're nearing the strait of Bab-El-Mandeb and we're
going to cross it at midnight. We've just passed 12
volcanic islands called Zebayr (scattered along some 6
miles). Weird, small, uninhabited, contorted i n shape
and fotm, except fot the two that emerge from the
water as regular cones. The sky looks like coffei and
milk with little celadon-blue clouds. A t the beginning of
our journey we took them for openings i n the overcast.
The sea is calm. It's getting hotter and hotter. We're
right on the tropic and since this is summet the rays of
the sun fall quite vertically. This morning the
thermometer in my cabin read 34° R. I'm sitting in the
Music Room, wearing a shirt with sleeves rolled up.
Sweat is stteaming down my face. Frightful heat, we're
lucky that it's dry. The bishop of New Guinea, w h o '
been traveling with us, told us yesterday while we were
having tea that back in his diocese he'd never
experienced such pleasant cool days. (The paper is wet
with sweat which is literally pouring from my hands.)
The greenish sun seen against the coffee-coloured
sky reflects itself in the copper water as celadon sparks.
Droves of flying fish start from under the bow,
glittering in the sun as if they were made of metal. One
of them (10 inches long) fell through the window into
my cabin yesterday. The Mediterranean as I remember
it now seems like some subarctic country. The stars of
the southern sky begin to appear (such as the Canopus
or the Alpha Centauri). A t night green sparks of
phosphorescence explode from under the propeller
screws and get spewed through the apertures in the hull
to melt in the foam, turning into broad, pale, luminous

Stanisław Ignacy Witkiewicz • LISTY Z PODRÓŻY DO TROPIKÓW

D o Ojca w Lovranie

24 V I 1914
Ostatni dzień na Morzu Czerwonem i dzień w zatoce
Aden mieliśmy gorąco potworne. 39°R (sic) w kajucie.
Cóż dopiero w słońcu. Bronio zupełnie zdechły. Wątpi,
czy mu się uda być na Nowej Gwinei. Ja zupełnie się przy­
zwyczaiłem i te dni czułem się fizycznie zupełnie dobrze.
2awczoraj wieczorem o 10 minęliśmy port Perim w cieśni­
nie Bab-El-Mandeb. Z tego widzieliśmy tylko łypiące oko
latarni morskiej. Potem cały dzień bez kawałka lądu przez
zatokę Adenu. Tej nocy postanowiliśmy spać
na pokładzie, bo upał był straszny. Widać już
Alfa i Beta Centauri. Alfa najbliższa nam gwiazda, do
której światło idzie 4 lata. W nocy zaczęło się lekkie falo­
wanie, a o 6-tej zbudził nas steward, żebyśmy rzeczy usu­
nęli, bo fala będzie zalewać pokład. Właśnie mijaliśmy
przylądek Guardafui (obacz na mapie). W odległości ja­
kichś 7 km widać było w rannej mgle prostopadłą skałę
jakich 300 m i wzgórze zupełnie żółtego koloru. Jak tylko
minęliśmy przylądek koło 8-ej i znaleźliśmy się na Ocea­
nie Indyjskim, zadął Monsoon i chwyciły nas wielkie fale
pełnego morza. Siedzieliśmy chwilę na pokładzie w stro­
jach mocno niewykończonych. (Na lewej pokładu stronie
śpią kobiety, na prawej mężczyźni). Kobiety zaczęły prze­
łazić, więc poszedłem do kąpieli, zaledwie jednak po­
próbowałem się ubierać, rzygnąłem strasznie. Potworne
zapadanie się podłogi lub wypychanie do góry gwałtem.
Ponieważ nic nie jadłem, więc rzygałem żółcią. Bronio,
jak się okazało później, robił to samo na pokładzie. Potem
zasnąłem do 10. Obudził mnie oficet marynarki wojennej
p. Pitcher przysłany na ratunek przez Bronia. Pomógł mi
się ubrać (przy czym znowu rzygnąłem żółcią) i wywiódł
na pokład. Od razu wszystko przeszło i cały dzień przele­
żeliśmy obok siebie w półrzyglikowym usposobieniu. Na
lunch pomarańcza. Dopiero na obiad o 7 poszliśmy na
dół. Ale tylko jedno danie zjedliśmy i uciekliśmy na górę.
O symptomach Bronia nie trzeba nic nikomu mówić. My­
ślę, że się przyzwyczai do upału. Znowu noc na pokładzie.
Dziś Bronio jeszcze rzygał rano. Ja już się przyzwyczaiłem
zupełnie (boję się to mówić, bo jeszcze 3 dni do Colom­
bo). Fale mamy z boku. Monsun zachodniopołudniowy.
Co chwila cały olbrzymi statek wyjeżdża bokiem na szczyt
fali (jakieś 6 metrów wysokiej) i zapada w otchłań. Słoń­
ce świeci. Wiatr ochładza powietrze i o ile się nie rzyga,
jest dosyć przyjemnie. Fale są cudowne. Podnoszą się po­
woli jak góry i rozpryskują się w zielonej pianie, kiedy spo­
tykają falę idącą od przodu. Do Colombo ciągle to samo.
Już widać Krzyż Południowy,
[na tym list się urywa]

RMS „ORSOVA", 21 V I 1914
Najdroższy Tato:
Zbliżamy się do cieśniny Bab el-Mandeb, którą przeje­
dziemy o północy. Minęliśmy tylko co 12 (na przestrzeni
10 km) rozsianych, wulkanicznych wysp Zebayr. Dziwacz­
ne, małe bezludne, wykręcone w sylwetach i budowie,
z wyjątkiem dwóch, tworzących tegularne stożki wystają­
ce z wody. Niebo koloru kawy z mlekiem, na tle czego
chmurki seledynowoniebieskie, które z początku braliśmy
za przeziory niebieskie. Morze spokojne. Upał wzmaga się.
Jesteśmy na zwrotniku, a ponieważ jest lato, słońce świe­
ci zupełnie prostopadle. W kabinie było 34° Reaumura
rano. Siedzę w koszuli z zawiniętymi rękawami w Musie
Roomie. Pot leje się z twarzy ciurkiem. Straszliwe gorąco,
całe szczęście, że suche. Biskup Nowej Gwinej, który
z nami jedzie, oświadczył wczoraj przy podwieczorku, że
nie pamięta tak przyjemnie chłodnych dni w swojej die­
cezji. (Papier mokry od potu, który się leje z rąk.)
Na tle nieba kawowego słońce zielonkawe, odbijające
się w miedzianej wodzie seledynowymi iskrami.
Stada rybek latających wylatują spod okrętu, lśniąc
się w słońcu jak z metalu. Jedna (30 cm) wpadła do kaju­
ty wczoraj przez okno. Morze Śródziemne we wspomnie­
niu przybiera charakter kraju podbiegunowego. Pokazują
się gwiazdy południowego nieba (Canopus czy Alfa Cen­
tauri). W nocy spod śrub i tych womitujących otworów
okrętowych wylatują zielone iskry fosforescencji i roztap­
iając się w pianie na szerokie, blade plamy świecące, nik­
ną w ciemnościach.
W Port Said staliśmy od 11-2 w nocy. Udaliśmy się
z Broniem do dzielnicy egipskiej.
Domy otoczone balkonami na słupach ponad trotuarami. Zapach kóz, kawy i makakigów dziwacznej formy,
które się sprzedaje na straganach. Ludzie piekielni, o twa­
rzach dzikich albo omdlałych z rozkoszy. Tylko mężczyzn
widzi się na ulicach. Trafiliśmy na pochód weselny (tylko
mężczyźni), w powozach panowie w fezach. Furmani trzy­
mają rury, z których buchają płomienie acetylenu, i pie­
kielna, ponura, monotonna muzyka (piszczałki i bębny)
za nimi. Ubrani w długie szaty, przeważnie niebieskie.
Najgorsza hołota w Egipcie ma powagę i dostojność
wschodnią i ostatni baciarz wzbudza zaufanie.
Kanał wąski (50 m, może trochę więcej). Minęliśmy
dwa parowce, które przytulone do brzegu czekały na nasz
przejazd.
Z jednej strony Egipt pełen oaz i palm, z drugiej, stra­
szliwa, drgająca w słońcu Pustynia Arabska, płaska
u brzegu, górzysta w oddali. Pomarańczowe piaski drgają­
ce w słońcu i doliny pokryte solą, w których niebo odbija
się mdłym, szarym fioletem. Co chwila stacje francuskiej
kompanii, do której należy Suez. Domki otoczone palma-

297

Stanisław

Ignacy

Witkiewicz • L E T T E R S FROM T H E TROPICS

stains and finally disappear in the darkness.
We stopped in Port Said from 11 p.m. to 2 a.m.
Bronio and I went to the Egyptian quartet.
Houses ringed with balconies, raised on columns,
seem to hang over the pavements. Smell of goats, coffee
and strangely shaped poppy cakes sold from the stalls.
The people here are just infernal, their faces either wild
or languid with delight. Only men can be seen in the
streets. We came across a wedding pageant (men only)
composed of fezzed gentlemen riding in carriages. The
coachmen held pipes with acetylene flames blowing
from them. Infernal, morose, monotonous music (fifes
and drums) followed that whole parade. The men wore
long robes, most of them blue. The worst riffraff in
Egypt emanates eastern seriousness and dignity so that
even the lowest bum seems trustworthy.

wings and white tails add to this sombre picture.
Frightful heat. Even the bishop has been sweating a
little and got slightly red. 34° R in the cabin. Sea water
at 80° F - about 30° R. I've been tolerating the heat
quite well, the only trouble is that I'm sweating awfully,
but then everyone does. This glare, this general melting
into the brown fog, these mysterious desert islands
which disappeat in the coffee-coloured haze have
something extremely attractive and fantastic about
them. Now and again a steamer scurries past (we see
seven or nine of them daily) or there's a lighthouse on
an island, with a solitary man on a pumice rock blinking
at night. Some of these islands of white pumice look
like huge sponges.
Trans, by M.K.

*

The Canal is narrow (50 yards, maybe a little more).
We passed two steamships which hugged the shore,
waiting for us to move along.

R.M.S. "Orsova", June 24, 1914

On one bank there's Egypt full of oases and palms,
on the other - the frightful Atabian desert shimmering
in the sun, flat near the shore, mountainous in the
distance. Orange sands shimmering in the sun and
valleys covered with salt. The sky teflected in the latter
looks bland, greyish-purple. Every once in a while we
pass posts of the French company that owns Suez. Little
houses among palms, trees with crimson masses of
flowers and others, smelling like linden. It takes us till
afternoon to arrive in Suez. Marvellous hues of the sea
which cuts into the desert with narrow bands, any
colour you can name, from ultramarine through
emerald and turquoise to yellowish green in shallow
places. Topped with wild rocky mountains, purplereddish. Whirlwinds milling the sand everywhere.

The evening before last we crossed the Bab elMandeb. The only proof of that was the lighthouse in
Perim which leered at us with a greenish light. Then a
whole day of crazy heat in the Gulf of Aden. (39° R in
the cabin). We slept on the deck, on blankets. The
women on the left side, the men on the right. The
mood downstaits is just terrible. Smells like a
hairdresser's and a loo combined. It's stuffy beyond
anyone's endurance. Plus the moaning of the pump.
Hell.
A steward woke us at 6 telling us to grab our gear
because the waves were about to start jumping. We
were already swaying quite impressively, passing cape
Guardafui, the last barrier between us and the Indian
Ocean, some 4 miles away. A vertical rock about 300
yards high and a yellow hill disappearing in the morning
mist. The colours of the sky at sunrise and sunset are
pale and the sun itself is greenish-yellow. As soon as we
passed the cape, the southerly-western monsoon began
to blow and the huge ocean waves grabbed us. We will
remain in their power till Colombo where it will take us
three days to arrive without seeing a scrap of land in
the meantime. The sea is marvellous with the
whitecaps. Waves huge as mountains rise and lift us
sideways (each wave parallel to the path of our
colossus). Then we fall [into] swaying ravines. The tops
of the waves have a marvellous colour like translucent
oxide finishing. I went down to take a bath but threw
up some gall instead from my empty stomach. I slept for
two hours and couldn't go out because I kept getting
sick whenevet I tried to get up. The terrible heat in the
cabin put me in a vomitive mood. Mr. Pitcher, a navy
officer, rescued me at last, sent down by Bronio who
was puking up on the deck meanwhile. Mr. Pitcher

Then the Gulf Suez. O n one shore we see the sandy
Arabian mountains of the Sinai Peninsula, while on the
othet thete are the tocky, funnel-shaped mountains of
Egypt. The heat makes writing impossible. I lie in a
deckchair all day long and go to the bar from time to
time to have an iced drink. Even reading is difficult in
this hell. We've got acquainted with some French
people from the first class and they often drop in for a
visit. I've developed a loathing of the English. Having
seen them in close-up I've decided that they [are]
nothing but brutes lacking any emotions ot aesthetics.
About 5 p.m. we passed the island of Jebel Kuzur. Four
volcanoes joined together A deathly, sombre,
fascinating sight. Brown island against the coffeecoloured sky [dtawing in text]. Some grey-green trees
and yellow beaches on the long flat shore. The rest
(mountains about 500 yards high) is nothing but brown
lava. The bluish-green sun reflected in the slightly
wavy, bronze sea looks like a sheet of melted
aluminium. The brown seagulls with white-rimmed

298

Stanisław Ignacy Witkiewicz • LISTY Z PODRÓŻY DO TROPIKÓW

Stanisław I. Witkiewicz z ojcem Stanisławem Witkiewiczem - fotografia wykonana przy pomocy samowyzwalacza,
fot. Stanisław I. Witkiewicz, Lovrana, 1913. Ze zbioru Muzeum Tatrzańskiego w Zakopanem

Stanisław l. Witkiewicz with his father Stanisław Witkiewicz - photograph by time releaser, photo by Stanisław l. Witkiewicz,
Lovrana, 1913. The collection of the Tatra Museum, Zakopane
mi, drzewami o purpurowych masach kwiatów i inne, wy­
dające zapach podobny do lip. Dopiero po południu
w Suezie. Cudowne kolory morza wrzynającego się w pu­
stynię wąskimi pasami, od ultramaryny, przez szmaragdy
i turkusy, aż do żółtej zieloności - gdzie płyciej. Nad tym
góry floletowoczerwonawe, dzikie, skaliste. Wszędzie zry­
wają się trąby piasku.
Potem zatoka Suez. Z jednej strony, piaskowe góry
arabskie (półwyspu Synaj), z drugiej, egipskie skaliste, lej­
kowato wymodelowane. Gorąco odbiera możność pisa­
nia. Leżę cały dzień w leżaku i od czasu do czasu piję ice
drink w barze. Czytać nawet niewiele można w tym pie­
kle. Zaznajomiliśmy się z Francuzami z I kl. i ci u nas czę­
sto bywają. Do Anglików mam już wstręt. Przy bliższym
przyjrzeniu się jest [to] bydło bez żadnych uczuć i estety­
ki. Koło 5 po południu przejeżdżaliśmy koło wyspy Jebel
Kuzur. Wulkany 4 złączone. Śmiertelnie ponury i fascynu­
jący widok. Wyspa brązowa na tle nieba [tu rysunek
w tekście] kawowego. Na długim, płaskim brzegu jakieś
drzewa szarozielone i plaże żółte. Reszta (góry może z 500
) z brązowej lawy. Słońce niebieskawozielone odbija się
lekko sfalowanym morzu koloru brązu (metalu) i odbi­
m

w

cie słońca wygląda jak płyta roztopionego aluminium.
Mewy brunatne z białymi obrzeżeniami skrzydeł i białymi
ogonkami dopełniają ponurości. Upał straszliwy. Nawet
biskup się spocił trochę i sczerwieniał. 34°R w kabinie.
Woda w morzu 80° Farenheita. Kolo 30°R. Zupełnie do­
brze znoszę gorąco, tylko pocę się, jak zresztą wszyscy
w sposób straszliwy. W tym rozżarzeniu, roztopieniu
w brunatnej mgle, tych tajemniczych wyspach pustych,
znikających w kawowej srężodze jest [coś] niesłychanie
pociągającego i fantastycznego. Od czasu do czasu prze­
myka parowiec (może z 7-9 dziennie widzimy) albo na
którejś z wysp widać latarnię morską, z której w nocy
mruga jakiś samotnik na skale z pumeksu. Niektóre wy­
spy z białego pumeksu wyglądają jak olbrzymie gąbki.
*
RMS „ORSOVA", 24 V I 1914
Zawczoraj wieczorem o 10 przejechaliśmy Bab el-Mandeb. Jedynym znakiem tego była latarnia morska
w Perim, która łypała na nas zielonkawym światłem. Po­
tem cały dzień upału szalonego w zatoce Aden. (39°R

299

Stanisław

• L E T T E R S FROM T H E TROPICS

Ignacy Witkiewicz

helped me dress and took me upstairs. I got better right
away. We lay down and ate nothing till lunch, of which
we only managed to have one course. Anothet night up
on the deck. Bronio has no stomach for the heat and
the sea, whereas I've got used to them and physically
I'm quite fine. Even this morning Bronio was getting
sick. I'm quite well now and although the waves are 6
yards high I can eat whatever's offered. But even these
varied experiences are getting tiresome.
Evening. The Southern Cross can already be seen
quite clearly. The storm keeps raging with unrelenting
force. We devoured our lunch like real sea wolves.
Whole crowds of little flying fish surround the ship
just as they used to do. I wish we wete in Colombo
already. I also wish the waves got bigget and bigger,
even if I had to vomit again. Life on a ship is so
frightfully boring that a struggle with sea sickness turns
into quite an entertainment. I've been reading Lord Jim
by Conrad. A real masterpiece. Have you read it? There
is a Polish trans [lation].
Trans, by M.K.

conscience. That's not the case at all. They give the
impression of being animals. Wonderful people. In color
ranging from red chocolate to black bronze. Some with
long hair, others with a top knot and circular combs all
around their heads; the ends of these combs sparkle i n
the sun like phlox roses. The diabolical impression a
tropical garden makes. Trees with forms and colors that
are beyond belief. Bamboos, lianas, eucalyptuses, flowets
of every color with shapes out of fairy tales. Then a
Buddhist temple 150 years old. New wall paintings and
gigantic painted statues and frescoes. But everything
gaudy and exaggerated. You could tell that everything
was new. We were taken fot Jews. Six little Sinhalese
took our shoes off. Aftet lunch we went out of the city.
Little houses in the midst of palm forests. Wonderful
costumes. Pieces of chocolate and black flesh amid
purple violets. Clean-shaven priests in long yellow
garments with fans. We're in tropical outfits with pith
helmets covering our heads. Despite the sweltering heat
and dirt, and garbage in the streets, almost no
unpleasant smell whatsoever Colombo isn't any city at
all. Just little houses scattered among the palm fotests.
Every blade of grass, every stone has its own individual
character and doesn't remind us of anything we know.
Outside the city, scrubby brush amid swampland
skirting a golf course where stodgy Englishmen play golf.
If you half-shut your eyes, you might think that you
were in Lithuania. We slept for a rupee a person in a
Sinhalese hotel. Everything is so original down to the
smallest details. Mysterious, bronze monkeys wait on us
half-naked. The beds have mosquito nets. Terrific heat.
The sweat pours off a naked person lying quietly.
Colombo is full of ravens that croak hopelessly all day
and night and give a dismal cadaverous atmosphere to
everything. (We were late for the train to Kandy and
thus had to spend the night in Colombo.) In the port,
instead of seagulls, red-bronze vultures with jagged
wings fly about.

Hotel Suisse
Kandy, Ceylon
Monday, 29 June 1914
Dearest Father:
I'm in no state to describe the wonders I am seeing
here. These things are absolutely monstrous in their
beauty. We spent our last days at sea in frightful heat,
apathy, and lethatgy. The ocean was relatively calm and
we weren't at all sick to our stomachs. O n Saturday the
second-class passengets were allowed to sleep on the
first-class deck so they wouldn't get buried under the
coal while they wete refueling the ship at Colombo.
Bronio preferred to choke in his cabin. I didn't sleep
from the moment I saw the lighthouse at Colombo.
From then I waited for us to land. A t 2:30 A . M . we
dropped anchor Except for several nearby ships and
different colored signal lights, I , of course, couldn't see
anything. They woke me up at six and we packed,
sweating profusely in the forty-degree centigtade heat in
the cabin. My first impressions were unpleasant.
Sweltering heat at nine in the morning. Red houses,
streets red as the earth (terra rossa). Lush greenery. I
went to look at the ocean (the color of the Baltic plus a
beach). As soon as we passed by India, the sea changed
from blue to gteen. There I chatted on a bench with a
Sinhalese fot the first time in my life. Bronio went to
see some guy to whom he'd been given a letter of
recommendation. Then we took rickshaws (each of us
in a separate one) and went to Cinnamon Gatdens.
I had thought a ride in a rickshaw would be
something unpleasant because of having a guilty

In the morning we're on our way to Kandy. The
capital of the independent state of the Sinhalese. A rich
Sinhalese planter is going with us and he's explaining
things to us. Diabolical vistas. Meadows flooded with
water in the midst of forests. Strange olive-green
calami. In little ponds, purple-violet water lilies. The
vegetation madder and madder, and the people more
and more gaudily but wonderfully dressed (violet,
yellow and purple, sometimes emerald green), which
along with the chocolate and bronze bodies, and the
strange plants in the background, creates a diabolical
effect.
The mountains begin halfway there. Angolla Peak.
The mountains give the impression of something soft
made of peat. Everything is choked by the frenzy of
luxuriant vegetation. Trees with leaves in unheard-of

300

Stanisław Ignacy Witkiewicz • LISTY Z PODRÓŻY DO TROPIKÓW

w kajucie.) Spaliśmy na pokładzie na kocach. Po lewej
stronie kobiety, po prawej mężczyźni. Nastrój na dole
straszny. Zapaszek fryzjersko-klozetowy, 39° i duszność
nie do zniesienia. Do tego jęczący odgłos pompy. Piekło.
O 6 zbudził nas steward, żeby zabietać rzeczy, bo fala
będzie skakać. Już kołysaliśmy się porządnie. Mijaliśmy
właśnie przylądek Guardafui. Ostatnia przegroda oddziela­
jąca nas od Oceanu Indyjskiego w odległości około 7 km.
Skała prostopadła na jakie 300 m i ż ó 11 e wzgótze giną­
ce w mgle porannej. Kolory nieba o wschodzie i zachodzie
- blade, a słońce zielonkawożółte. Zaraz za przylądkiem
zadął monsun południowo-zachodni i chwyciły nas wiel­
kie fale Oceanu, i nie popuszczą aż do Colombo, dokąd
mamy trzy dni drogi bez lądu. Morze cudowne z baranka­
mi- Góry powstają i podnoszą bokiem (fala równoległa do
kierunku) naszego kolosa, po czym zapadamy [w] roz­
chwiane jamy. Cudowny kolor wierzchołków fali - oksyd
przezroczysty. Zeszedłem na kąpiel i zamiast tego rzygną­
łem żółcią będąc na czczo. Leżałem i spałem 2 godziny nie
mogąc wyjść, bo co wstałem, rzygałem. Gorąco okropne
w kajucie usposobiło do rzyglików. Wybawił mnie p. Pit­
cher, oficer marynarki wojennej, przysłany przez Bronia,
który rzygał na pokładzie. Pomógł się ubrać i wyprowa­
dził. Od razu zrobiło się lepiej. I tak na czczo przeleżeli­
śmy do obiadu, z którego tylko jedno danie zdołaliśmy
zjeść. Znowu noc na pokładzie. Bronio w ogóle źle znosi
upał i morze. Ja już się przyzwyczaiłem i do tego, i do te­
go, i fizycznie mam się zupełnie dobrze. Dziś Bronio je­
szcze chorował rano. Ja już mam się dobrze mimo fal 6-cio
metrowych i jem wszystko. Ale nawet ta rozmaitość już
się przykrzy.
W i e c z ó r . Widać już wyraźnie Krzyż Południowy.
Burza trwa z tą samą siłą. Obiad zjedliśmy zupełnie jak
wilki morskie.
W dalszym ciągu tłumy rybek latających otaczają
okręt. Marzę o dostaniu się do Colombo. Teraz chciałbym
już fal coraz większych i nawet za to zdecydowałbym się
chorować znowu. Tak strasznie nudne jest życie na stat­
ku, że walka z chorobą morską już jest rozrywką. Czytam
Lorda ]ima Conrada. Arcydzieło. Czy Tata to zna? Jest
w tłom[aczeniu] polskim.

*
Hotel Suisse, Kandy, Ceylon
Poniedziałek, 29 V I 1914
Najdroższy Tato:
Nie jestem w stanie opisać tych cudów, które tu w i ­
dzę. Są to rzeczy wprost potworne od piękności. Ostatnie
dni na morzu przeżyliśmy w straszliwym upale, bezwładzie
i zniechęceniu. Morze było z lekka sfalowane i nie rzyga­
liśmy wcale. W sobotę pozwolono spać I I kl. na pokładzie
I klasy, bo Bronio wolał dławić się w kajucie. Nie spałem

od czasu, kiedy zobaczyłem latarnię w Colombo. Potem
czekałem wylądowania. O 7, 3 w nocy zarzuciliśmy ko­
twicę. Oprócz kilku bliskich statków i różnokolorowych
sygnałów nie widziałem oczywiście nic. O 6 zbudzono
mnie i pakowaliśmy się, oblewając się potem w 40° w ka­
jucie. Pierwsze wrażenie było nieprzyjemne. Upał o 9 ra­
no. Domy czerwone, ulice czerwone od ziemi (terra rossa). Zieleń jaskrawa. Wyszedłem nad morze (kolor Bałty­
ku z plażą). Już od czasu kiedy minęliśmy Indie, morze
stało się zielone z niebieskiego. Tam rozmawiałem na ław­
ce z Syngalezem po raz pierwszy w życiu. Bronio poszedł
do jakiegoś faceta, do którego miał list polecający. Potem
wsiedliśmy w rikszas (każdy w innego) i udaliśmy się do
Cinamon Gardens.
Myślałem, że jazda rikszasem będzie czymś przykrym
ze względu na wyrzuty sumienia. Tymczasem nic. Robią
wrażenie zwierząt. Ludzie cudowni. Od koloru czerwonej
czekolady do czarnego brązu. Jedni z długimi włosami, in­
ni z węzełkami i grzebieniami okrągłymi naokoło całej
głowy, których końce świecą w słońcu jak płomykowa te
różki. Piekielne wrażenie tropikalnego ogrodu. Drzewa
0 formach i kolorach nie do uwierzenia. Bambusy, liany,
eukaliptusy, kwiaty wszystkich barw o kształtach z bajki.
Potem świątynia Buddy sprzed 150 lat. Nowe polichromie
1 olbrzymie posągi malowane i freski. Ale wszystko jaskra­
we i przesadzone. Znać, że nowe. Wzięto nas za Żydów.
Buty zdejmowało z nas 6 małych Syngalezów. Po obiedzie
(lunchu) udaliśmy się za miasto. Domki wśród lasów pal­
mowych. Cudowne stroje. Kawały mięsa czekoladowego
i czarnego wśród purpury, fioletów. Kapłani ogoleni
w długich, żółtych szatach z wachlarzami. My w ubra­
niach tropikalnych, w hełmach na głowach. Mimo upału
i brudu, i śmieci na ulicach żadnego prawie przykrego za­
pachu. W ogóle miasta Colombo nie ma. Tylko wśród
palmowych lasów rozsypane domki. Każda trawka, każdy
kamień ma swój odrębny charakter i nie przypomina nic
naszego. Za miastem zarośla nad bagnami otaczającymi
teren golfowy, na którym grają ogłupiali Anglicy. Jak
przymknąć oczy, można by myśleć, że się jest na Litwie.
Spaliśmy za 1 rupię od osoby w hotelu syngaleskim. Wszy­
stko oryginalne do ostatnich szczegółów. Usługują taje­
mnicze, brązowe małpy półnagie. Łóżka z siatkami od moskitów. Upał szalony. Z nagiego człowieka leżącego spo­
kojnie pot leje się. Całe Colombo pełne kruków, które ca­
łą noc i dzień rozpaczliwie kraczą i nadają wszystkiemu
ponurotrupi charakter. (Spóźniliśmy się na pociąg do
Kandy i dlatego musieliśmy nocować w Colombo.) W po­
rcie zamiast mew latają czerwonobrązowe sępy z wystrzę­
pionymi skrzydłami.
Rano jedziemy do Kandy. Stolica samoistnego pań­
stwa Syngalezów. Jedzie z nami bogaty plantator Syngalez, który nam udziela wyjaśnień. P i e k i e l n e w i d o k i .
Łąki wśród lasów zalane wodą. Dziwne tataraki oliwkowozielone. Na stawikach - nenufary purpurowofioletowe.

301

-s'~>-_7

wiuaeuncz

L E T T E R S FROM THE TROPICS

shapes, from huge voluminous ones to different designs
fringed with minute jagged edges. The mountains bigger
and bigger. We're going over valleys hundreds of feet
deep, in the midst of which rice fields lie drowned in
water, cut out i n strange patterns. The trees are covered
with flowers going from purple and orange vermilion to
violet and red and white... [ A page is missing.]
They cart around fruits resembling orange melons,
full of sweet juice (a quart in each one) contained
within thick, л hite walls. Green, yellow, and violet
fruits. Gum trees, breadfruit trees. Coconut and banana
palms. By the railroad-crossing gate, a group of children
going to school. Further on you can see the school
without any walls, full of children of many different
colors. Mountains in fantastic shapes. Sheer cliffs fall off
into the thick of the jungle. We were in Kandy at
eleven i n the morning. A l l along the way bushes
covered with flowers, orange bordering on vermilion.
The hotel where we're staying, on the slope of the
mountains covered with palms, lianas, and the devil
knows what, on the edge of a lake full of fish and
turtles, is an enchanted palace. (Eight rupees including
meals.) A l l this causes me the most frightful suffering
and unbearable pain, since she's no longer alive with
me. Only the worst despair and the senselessness of
seeing this beauty. She won't see this - and I'm not an
artist.
I wouldn't wish my worst enemy to go through what
I've been living through mentally on the ship and what
I'm suffering, looking at the inconceivable beauty of the
world.
A l l this is too much for me mentally and spiritually.
Everything is poison which brings close thoughts of
death. W i l l this inhuman suffering ever come to an end!
I kiss you, Dad, my dearest Dad.
I kiss Mrs. Dembowska's hand.
Staś
Bronio sends his respects.
Trans, by D.G.

Forgive me everything. Destiny has arranged our
meeting at a fatal moment: you were serene and pure,
just about to begin life, while I was broken,
disappointed and unable to create anything, descending
into death. I could never make you happy while I'm so
terribly, hopelessly and solely in love with My Lost One.
It's quite possible that I do love you, but even that
could not save me in this state of destruction I'm in.
The beauty of what I'm seeing makes a monstrous
impression on me. I knew in advance that whatever I
attempt to do would ovetwhelm me, so I shouldn't have
embatked on this journey. Well, what's done is done.
But nobody /one or more lines missing from the xerox
copy / nor my Parents should have made me suffer so
terribly with no hope and no goal. That's why I'm
asking all of you to forgive me everything. I still try to
exert myself, but whatever I think of, the one thing I
find in me is hopeless emptiness, while the world with
its beauty only makes me experience the torment of
uncreative barrenness and the terrible guilt at the
thought that She cannot enjoy this beauty any longer
and that I am to blame. Whatever Karol, that born and
professed scoundrel, has done (which I cannot hold
against him, the persistent pig that he is), aided by
Miciński, that ultra-bohemian who commits little acts
of meanness in the name of lofty ideas, my guilt has
been so enormous as to dwarf anything else by
comparison. I've been going through horrible torment.
Until now everything in my life was beautiful. Now life
has turned into ugliness. Only death can put an end to
this. Please, forgive me.
Trans, by M.K.

*
To Karol de Beaurain
[Address on the envelope] The Honourable Doctor
/Karol Beaurain/ Executive/Sanatorium in Wisła/Ustroń
post-office/Szlazk/Schlesien/Austria/Ósterreich/Europe
R.M.S. "Orsova"

To Jadwiga Zielińska

[June 1 8 - 2 8 , 1914]

[Envelope marked] Hotel Suisse/Kandy, Ceylon

Dear and Respected Doctot,

The Honourable Miss Jadwiga Zielińska ( с о . Mr &
Mrs Szyszlowski)

I did not come to you because every moment spent
in Poland was an awful blow to my ambition. It was
either death ot New Guinea for me, nothing else. Well,
easier said than done. Death and the thoughts that
push one i n its direction are just the same i n Zakopane
as i n the Red Sea. I want to make it to Colombo. Every
moment causes me unbearable pain. I'm worthless. As a
human being I've been compromised. As an artist I
have destroyed myself. Now I've decided to try and cure

47 Łobzowska Street, Cracow, Galizien/Austria,
Europe
June 18, 1914
Passing through the Suez Canal
I'm awfully unhappy and feel that the end is near

302

Stanisław Ignacy Witkiewicz • LISTY Z PODRÓŻY DO TROPIKÓW

Coraz wścieklejsza roślinność i ludzie coraz bardziej ja­
skrawo, ale cudownie ubrani (fiolet, żółć i purpura, cza­
sem zieleń szmaragdowa), co przy ciałach czekoladowych
i brązowych, na tle roślin dziwnych, robi efekt piekielny.
Od połowy drogi zaczynają się góry. Angolla Peak.
Góry robią wrażenie czegoś miękkiego zrobionego z torfu.
Wszystko dławi się od rozwścieczonej roślinności. Drzewa
o liściach form niebywałych, od olbrzymich fałdzistych do
wystrzępionych w drobne ząbki różnych kształtów. Góry
coraz większe. Jedziemy nad dolinami po kilkaset metrów,
wśród których leżą zatopione w wodzie, porysowane
w dziwne desenie pola ryżowe. Drzewa pokryte kwiatami
od purpury i minii oranżowej do fioletu i laki z białą [btak
stroniczki w tękopisie].
Roznoszą owoce jak dynia pomarańczowe, pełne soku
słodkiego (kwarta w każdym), zamkniętego w grubych,
białych ścianach. Owoce zielone, żółte i fioletowe. Drze­
wa gumowe, chlebowe. Palmy kokosowe i banany. Przy
rampie grupa dzieci idących do szkoły. Dalej widać szko­
łę bez ścian, pełną różnokolorowych dzieci. Góry o kształ­
tach fantastycznych. Skały prostopadłe spadają w gąszcza
dżungli [tu rysunek w tekście].
W Kandy byliśmy o i l tano. Wzdłuż całej drogi krza­
ki pokryte pomarańczowymi jak minia kwiatami.
Hotel, w którym mieszkamy na zboczu gór pokrytych
palmami, lianami i czort wie czym, otaczających jezioro
pełne ryb i żółwi, jest zaczarowanym pałacem. (8 rupii
z jedzeniem). Wszystko to sprawia najstraszniejsze cier­
pienie, ból nie do zniesienia, bo Jej nie ma ze mną. Tylko
rozpacz najgorsza i bezsens widzenia tej piękności. Ona
tego nie widzi - a ja nie jestem artystą.
Najgorszemu wrogowi nie życzyłbym, [aby] przeżył to,
co ja przemyślałem na okręcie i co cierpię patrząc na nie­
pojętą piękność świata.
Wszystko to się we mnie nie mieści psychicznie. Wszy­
stko trucizna, która zbliża do myśli o śmierci. Kiedyż się
skończy to nieludzkie cietpienie.
Całuję Tatę, Mój Najdroższy Tato.
Pani Dembowskiej rączki całuję.
Staś
Bronio przysyła Tacie wyrazy czci i całuje serdecznie.

Do Jadwigi Zielińskiej
[Koperta z nadrukiem:] Hotel Suisse/KANDY, Ceylon
[Adres:] Wielmożna Panna Jadwiga Zielińska (u W. R
S z y s z ł o w s k i c h / 4 7 Łobzowska / K r a k ó w / Cracow
/ Galizien Austria/Europe
18V11914Na K a n a l e

Sueskim

Jest mi strasznie źle i czuję, że koniec jest już niedługi,
i Niech Pani przebaczy mi wszystko. Los kazał się nam spo­

tkać w fatalnej chwili, kiedy Pani spokojna i czysta wstę­
powała w życie, a ja złamany, bez wiary i możności twótczości, schodziłem w śmierć. Nigdy bym Pani szczęścia nie
dał kochając tak strasznie i beznadziejnie Ją jedną. Moż­
liwe, że Panią kocham, ale to nie mogłoby mnie uratować
w tym stanie zniszczenia. Potworne wrażenie robi na mnie
piękność tego, co widzę. Wiedziałem, że wszystko, co zro­
bię, jest ponad moje siły i nie powinienem był jechać. Sta­
ło się. Ale nikt [w kserokopii ucięta jedna - ? - linijka
tekstu] ani Rodzice kazać mi się męczyć tak potwornie
bez żadnej nadziei i bez celu. Dlatego przebaczcie mi
wszystko. Jeszcze się staram robić wysiłki, ale gdziekol­
wiek myśl zwrócę, pustka beznadziejna we mnie, a świat
ze swoją pięknością daje mi tylko poznać mękę niemoż­
ności pracy twórczej i strasznego wyrzutu, że Ona już tej
piękności pojmować nie może i to z mojej winy. Cokol­
wiek zawiniła taka kanalia z przekonań i z urodzenia jak
Karol (za co nie mogę mieć pretensji, bo jest w nim kon­
sekwencja świństwa) i tak ultrakabotyn jak Miciński,
który popełnia małe świństwa w imię wzniosłych idei,
moja wina jest tak okropna, że wszystko wobec tego ma­
leje. Straszna jest moja męka. Dotąd wszystko było w mo­
im życiu piękne. Zycie teraz jest brzydotą. Tylko jedna
śmierć to skończyć może. Niech m i P a n i przebaczy.

Do Karola de Beaurain
[Na kopercie adres:] Wielmożny Pan Doktór / Karol
Beaurain / Dyrektor Zakładu Leczniczego w W i ś l e /
P o c z t a U s t r o ń / Szlązk/Schlesien/Austria/Osterreich/Europe
RMS „ORSOVA". [18-28 czerwca 1914]
Szanowny i Kochany Panie Doktotze:
Nie przyjechałem do Pana Doktora, bo każda chwila
spędzona w kraju zadawała straszliwe ciosy mojej ambicji.
Albo śmierć, albo Nowa Gwinea. Tymczasem łatwo tak
mówić. Śmierć i myśli, które do niej skłaniają, te same są
w Zakopanem, co na Morzu Czerwonym. Chcę dobrnąć
do Colombo. Każda chwila jest męką nie do zniesienia.
Jestem bez wattości. Jako człowiek zblamowałem się. Ja­
ko artysta zniszczyłem siebie. Wziąłem teraz na siebie zo­
bowiązania wyleczenia się przez podróż. Zabija mnie to do
reszty. Wszystko, co widzę pięknego, działa jak najstra­
szliwsza trucizna. Czemu Ona tego nie widzi, czemu
zmarnowałem Ją i najpiękniejszą miłość, jaka kiedykol­
wiek istniała. Nie idealizuję tego przez śmierć. Nie umia­
łem s i e b i e cenić. Bo byłem bezwartościowym. Tylko Ją
teraz kocham i tylko siebie nienawidzę. Śmierć musi
przyjść czy prędzej, czy później, bo męki tak okropnej dłu­
go znosić niepodobna.

303

1

Stanisław

' L E T T E R S FROM T U L IROP1CS

Ignacy Witkiewicz

happened. What of him. He's just an unpretentious pig.

myself with this journey. But it's been killing whatever's
still alive in me. Every beautiful thing that I see turns
into the most lethal poison. Why can't She see all this,
why did I waste Her and the most beautiful love that's
ever existed. I'm not idealising them just because they
are dead. I did not appreciate myself. Since I was
worthless. Now I only love Her and hate nobody but
myself. Death must come sooner or later because it's
impossible to suffer such terrible torment for a long
time.

She really loved me and that's why my errors have
been the worst.
Trans, by M.K.

*
From Aniela Jałowiecka to Maria Witkiewicz
(the letter defines the date of Witkiewicz's arrival in St.
Petersburg on the end of September 1914)

Farewell, then, Dear Doctor. I kiss your wife's hands
and thank both of you for all the kindnesses.
S. Witkiewicz

[St. Petersburgh,
February 13 Qanuary 30), 1915]

My self-portrait and the drawing of you will be
waiting for you to claim them.
Trans, by M.K.

To Mrs Jadwiga Janczewska (Mother)
[Envelope marked] Hotel Suisse/Kandy, Ceylon
The Honourable Mrs Jadwiga Janczewska/Leszcze
estate/Klodawa post-office/Kingdom of Poland/Kaliśka
Guberniya/Russia, Europe.
Hotel Suisse, Kandy
[June 30, 1914]
My Dear and Respected Lady,
Why isn't She with me here. What a pity I didn't
borrow some 2,000 roubles from you and we didn't
come here. I could have made a fortune painting the
beautiful things that I'm seeing here instead of being
stuck in stinking Zakopane with all that rabble.
Without Her everything is more awful than words can
say. Why cannot She, poor thing, see this. A l l this /one
or more lines missing from the xerox copy/
Had our relations been normal, had we got married
a long time ago, She'd surely have been happy with me.
I feel nothing but the terrible love I have for Her and
the awful regret. Seeing the beauties of this world and
realising that She is no more and will never be again.
It's a horrible punishment, too severe for my faults.
Forgive me and think of me sometimes as you
remember Her.
I kiss yours and Father's hands
S.Witkiewicz
Please send my works to a posthumous exhibition.
Miciński has been much to blame for what

My Dear,
I thought you'd known for a long time what had
been happening with your son. As far as we know, you
should have received his letter telling about the events
of his life in the latest months when he made the
irrevocable decision to join the Russian army and
defend Poland. He came here at the end of September,
and having conquered many obstacles got admitted into
the cadet school which he's going to leave in two
months with an officer's certificate and join the army the Polish legion, perhaps, which is being formed at this
very moment. No reasoning, nobody's influence could
persuade him to change his mind. He'd never been like
he is now. Cool, one might even say - joyful, holding
himself erect, carrying his head high, he shook 1 limself
free of that desperate apathy and inertia in which we
saw him on his arrival. He's been studying diligently for
the exams in military theory and has had no problems
accepting the discipline. His health is perfect. He looks
very handsome in his uniform; the heavy boots, the
thick coat and the sabre do not cramp his style in the
least. Believe me, I've had a really hard time before I
accepted the idea of seeing him in the army, but that
must have been God's will. His help often comes from
the most unexpected quarters and is nonetheless
effective. Towards the end of his military career your
son may regain his spiritual balance and come back to
you quite adjusted to normal life. We've sent 650
roubles to Lovrana since October. How come my
brother hasn't got any of that money? My husband has
complained at the Spanish embassy here. We'll try to
find another way of sending money. We thought Mary
and Niusia were in Florence but it seems that they are
still in Zakopane, is that so? We've known nothing at all
about Zencia's and our children's whereabouts for more
than two months. The rest of the family are fine. We
kiss all of you
Aniela
Trans, by M.K.

304

Stanisław Ignacy Witkiewicz • LISTY 'l. PODRÓŻY DO TROPIKÓW

O d Anieli Jałowieckiej do Marii Witkiewiczowej

Żegnam więc Kochanego Doktora i Pani rączki całuję
dziękuję Państwu za wszystko

(list pozwala określić datę przyjazdu Witkiewicza do

S. Witkiewicz

Petersburga na koniec września 1914 r.)

Portret mój własny i rysunek p. Doktora będą zawsze
|o odebrania.

[13 lutego (30 stycznia), Petersburg 1915

Do Jadwigi Janczewskiej (matki)
[Koperta z nadrukiem:] Hotel Suisse/KANDY, Ceylon
[Adres:] Wielmożna Pani Jadwiga Janczewska / maj.
Leszcze, poczta K ł o d a w a

/ Królestwo Polskie, Gub.

Kaliska / Russia, Europe.
Hotel Suisse, Kandy, [30 V I 1914]
Pani Szanowna i Kochana:
Czemu tu z Nią nie jestem. Co za szkoda, że nie poży­
czyłem od Państwa ze 2000 rubli i nie wyjechaliśmy tutaj.
Mógłbym zrobić majątek malując te cudowne rzeczy,
które tu widzę - zamiast siedzieć w tym parszywym Zako­
panem z tą całą hołotą. Bez Niej wszystko tak straszne, że
słów nie mam do wyrażenia tego. Czemu Ona, biedaczka,
nie widzi tego. To wszystko [w kserokopii ucięta jedna —?—
linijka tekstu]
Żeby nasze stosunki były normalne, żebyśmy wzięli
ślub dawniej, b y ł a b y n a p e w n o ze mną szczęśliwa.
Nic, tylko straszna miłość do niej i żal okropny. Straszna
męka widzenia piękności świata z tym poczuciem, że Jej
nie ma i n i g d y nie będzie. Straszna kara, za wielka na
moje winy. Niech Pani przebaczy mnie i pomyśli czasem
o mnie wspominając Ją.
Całuję ręce Pani i Ojca
S. Witkiewicz
Moje prace, prosiłbym, żeby posłali Państwo na wysta­
wę pośmiertną. Miciński bardzo winien był wszystkiemu.
Cóż tamten. Zwykła świnia bez pretensji.
Moje winy najgorsze, bo Ona mnie naprawdę kocha­
ła.

Moja Droga! Sądziłam, że od dawna już jesteś poinfor­
mowana o losie swojego syna. Według naszych obliczeń
powinnaś była dostać jego list. w którym opisuje dzieje
ostatnich swych miesięcy życia, kiedy to powziął nie­
odwołalną decyzję wstąpienia do rosyjskiej armii, aby bro­
nić Polski. Przybył on tutaj w końcu września i po licz­
nych trudnościach został przy-jęty do wojskowej szkoły
oficerskiej, skąd wyjdzie za dwa miesiące w stopniu ofice­
ra, by wstąpić do armii - być może polskich legionów,
które są właśnie w trakcie formowania. Żadne perswazje
ni niczyj wpływ nie były w stanie zmienić jego postano­
wienia. Takim, jakim jest teraz, nie był ni-gdy dotąd. Spo­
kojny, można by rzec - wesoły, trzymający się prosto, z wy­
soko podniesioną głową, otrząsnął się zupełnie z tego roz­
paczliwego stanu apatii i inercji, w jakim zobaczyliśmy go
po powrocie. Przygotowuje się znakomicie do egzaminów
teoretycznych i świetnie znosi wojskowe rygory. Zdrowie
jego jest doskonałe. W mundurze wygląda bardzo dobrze;
ani wielkie buciska. ani gruby płaszcz, ani szabla bynaj­
mniej go nie krępują. Wierz mi. że przeżyłam doprawdy .
ciężkie chwile, zanim pogodziłam się z tym. że zobaczę go
wojskowym - taka była jednak najwidoczniej wola Boga.
Pomoc Jego przychodzi niejednokrotnie z najbardziej nie­
przewidzianej strony, nie będąc przez to mniej skuteczną.
Być może u końca swojej wojskowej kariery syn Twój
odzyska równowagę duszy i powróci do Ciebie zupełnie
już przystosowany do normalnego życia. O d października
wysialiśmy do Lovrany 650 rubli, czy jest możliwe, by brat
mój nic jeszcze nie był otrzymał? Mąż zaczął reklamować
w ambasadzie hiszpańskiej - spróbujemy innej drogi dla
przesyłania pieniędzy. Sądziliśmy, że Mary i Niusia są we
Florencji, tymczasem, zdaje się, nie opuściły one Zakopa­
nego? O Żeńci i o naszych dzieciach nie wiemy zupełnie
nic od przeszło dwóch miesięcy. Reszta rodziny miewa się
dobrze. Całujemy Was wszystkie.
Aniela

305

Cytat

Witkiewicz, Stanisław I., “Letters from the Tropics=Listy z podróży do tropików / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2000 t.54 z.1-4,” Cyfrowa Etnografia, Dostęp 23 maja 2022, https://cyfrowaetnografia.pl/items/show/11492.

Formaty wyjściowe