Pan Jacek / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2004 t.58 z.3-4

Dublin Core

Tytuł

Pan Jacek / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2004 t.58 z.3-4

Temat

Olędzki, Jacek (1933-2004)

Opis

Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2004 t.58 z.3-4 ; s.242-243

Twórca

Ciarka, Ryszard

Wydawca

Instytut Sztuki PAN

Data

2004

Prawa

Licencja PIA

Relacja

oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:5436

Format

application/pdf

Język

pol

Identyfikator

oai:cyfrowaetnografia.pl:5054

PDF Text

Text

RYSZARD CIARKA

I wtedy Jacek opowiedział mi o pomyśle, który nawtedy "kulturą wierzby". O drzewie, które
w niezwykły sposób związane jest z kulturą Mazowsza.
Opowiedział i pokazał; zasuszone i opisane listki
wszystkich gatunków wierzby występujące w Polsce.
Wymieniał prace botaników i farmakologów, etnografów i fotografików, którzy temat ten podejmowali. Ba,
zaciągnął mnie nawet na Starówkę - ale to chyba, aby
mnie pocieszyć- by tam naigrywać się z niekompetencji malarzy, którzy sprzedawali smętne mazowieckie
pejzaże z wierzbą.
Zadawał pytania, często z pozoru absurdalne i dziwaczne, ale mające zwrócić uwagę na główny problem. Kiedy pisałem i rozmyślałem na temat zabijania
zwierząt, pytał mnie, dlaczego w naszej kulturze nawet
w czasie największego głodu nie jedzono powszechnie
ani płazów, ani gadów, ani ślimaków. Albo dzwonił do
mnie, pytając, czy wiem, że żaba, kiedy odcina się jej
tylne kończyny, w celu pozyskania smakowitych udek,
i trzyma się ją głową w dół, przednie łapki ma złożone
w modlitewnym geście. Kiedy znów fascynowałem się
muzyką reggae, oburzał się, że nic nie wiem na temat
afrykańskich bębnów szczelinowych i technik klaskania Murzynów w Kongu.
To prawda, że w tym, co robił, był perfekcjonistą,
choć często to go gubiło, bo natłok i różnorodność
gromadzonego materiału przygniatała samą ideę, sam
pomysł. Pamiętam, jak oburzony twierdzeniem, że gra
w klasy ma wymiar magiczo-rytualny, sporządził niewiarygodnie wręcz wielką dokumentację fotograficzną, uzupełnioną rysunkami i rozmowami z dziećmi,
która miała tę myśl podważyć, zwracając wszak uwagę
bardziej na wartość estetyczną powstających na asfalcie dzieł w całej niemal Warszawie niż sam problem.
Gubiła go ta wrażliwość estetyczna i detal, bo był
także niezwykłym artystą fotografikiem i filmowcem.
Jednym z pierwszych Geśli nie pierwszym), chyba świa­
domym, choć wtedy nikt tego tak precyzyjnie nie określał, polskim antropologiem wizualnym. To zadziwiają­
ce i nie mogę tego pojąć do dziś - jeśli prawdą jest to,
co mi mówił - że wszystkie te filmy wymyślił, nakręcił,
zmontował i opisał sam, a przez to są Jego własną etnograficzną wypowiedzią. Parniętam jak w Murzynowie
otrzymałem od Mistrza nie tylko lekcję pokory, ale także i wiedzę na temat robienia zdjęć, a właściwie dokumentacji etnograficznej wyplatania wiklinowego kosza.
Miałem, bagatela, jednocześnie manipulować światłem
"oświetlającym" i "odcinającym", co dotąd wydaje mi
się niewykonalne ... , a jednak. Jacek opowiadał mi wtedy, jak w Mongolii miał dziesięć minut, na tyle udało
mu się zmylić czujność mongolskich "ubeków", aby
wbrew "odgórnym zaleceniom mongolskiej partii, która zawsze czuwa nieubłaganie", sfilmować wnętrze
świątyni. I wtedy, jak twierdził, sam poradził sobie ze
światłem i filmowaniem -ja mu wierzę.
Ale i nasza partia również "czuwała nieubłaganie"
i Jacek zdawał sobie z tego sprawę, że szczególnie kiezywał

Pan Jacek 1

acek nie był dobrym pedagogiem, przynajmniej
w tym sensie, że nigdy nie wypowiadał wprost swoich uwag. Nigdy też nie zniechęcał do pracy, choć
często w czasach, o których wspominam, pomysły lub
spostrzeżenia bywały bardzo nieprzemyślaną lub wprost
niekompetentną bzdurą. To sam delikwent w morderczym, rozłożonym w czasie, systematycznym ogniu pytań i dygresji, nienawidząc i Mistrza, i swojej głupoty,
podejmował decyzję, buntując się lub ulegając.
Ale jakże wspaniały był to czas, kiedy można było
wbiec na maleńkie poddasze, przypominające bardziej
łódź podwodną niż mieszkanie, i gadać godzinami
w małej kajucie o szalonych pomysłach i spostrzeże­
niach. O etnografii życia codziennego. O wielkiej
i małej kulturze. O etnografii "zaokiennej", bo zawsze
był jakiś temat.
Pamiętam, jak kiedyś wpadłem do Mistrza z pomysłem badań układu i doboru drzew wokół chłopskich
domostw, zakładając, że oprócz jakichś tradycyjnie etnograficznych (tzn. magicznych czy praktycznych)
wątków jest jeszcze i pewna myśl przestrzenno-czasowa. Drzewo rośnie długo - jak słusznie zakładałem,
tak więc twórca tak zagospodarowanej przestrzeni
mógł tylko przypuszczać, wyobrażać sobie jej przyszły
kształt. Jak jednak- dowiedziałem się o tym kilka dni
później - badacz może zabierać się do pracy, skoro nie
odróżnia liścia klonu od jesionu, grabu od buka
i w ogóle nie ma zielonego pojęcia o dendrologii. Tak
więc pewnego dnia w perypatetycznej wędrówce po
parku Krasińskich zatrzymywaliśmy się przy każdym
niemal drzewie, a ja upokorzony i zły wiedziałem już
wściekły na cały świat, że nic nie wiem.

J

1 Trudno to wytłumaczyć ale zwykle zwracaliśmy się do siebie per
Pan. Wiąże się to po części z anegdotą, a po części z moim uporem.
Jacek zaproponował mi przejście na Ty w bardzo dziwacznych okolicznościach. Oto ja sponiewierany i strofowany, okpiony i wystawiony na najbardziej stresujące próby w Murzynowie, godne najbardziej
wymyślnych praktyk inicjacyjnych, o których nie będę tu wspominał. Człapiąc po jakiejś błotnistej ścieżce, Jacek nagle zaproponował
mi przejście na TY, a ja wściekły na niego i na siebie powiedziałem,
że możemy co najwyżej przejść na drugą, mniej błotnistą stronę
ścieżki. A mój upór z rym Pan wiązał się też z szacunkiem dla Mistrza
i niezwykłą, więzią, jaka z tego wynikała. Umowa obowiązywała, ale
w chwilach zapalczywych dyskusji, poważnych rozmów o życiu Ty
stawało się bardziej naturalne i obopólnie akceptowane.

242

Ryszard Ciarka • PAN JACEK

Wywiad z Masajem

dyśmy się najintensywniej spotykali (w pierwszej poło­
wie lat osiemdziesiątych) pewne zmory przeszłości bę­
dą go mocniej bodły, a podjęte wtedy działania będą
szukały usprawiedliwień. Nie lubiłem tego, ale musiałem słuchać, tym bardziej że przeważały usprawiedliwienia, a czasami fobie i konfabulacje. Któż zresztą
z nas nie przeżył w czasie stanu wojennego stresu, mając świadomość telefonicznych "rozmów kontrolowanych". Oto pewnego dnia przychodzę do Jacka, nie
mogąc się do niego dodzwonić, a ten wyjawia mi
w najgłębszej tajemnicy, że dzwoniła do niego cztery
razy "ubecja", ale nie odbierał.
Zawdzięczam Mu wiele, bo wiem, jak nie być "etnolodżistem", jak zwykł mówić o tych, którzy jego zdaniem zbyt powierzchownie i teoretycznie podchodzą
do tematów. Choć wiem, że to, co proponowal Jacek,
to dziś nieco siermiężna, staroświecka i mało efektowna etnografia. Ale etnografia ciekawa, bardziej do
przegadania i rozmyślania niż do szybkiego wylania na
papier. Bardziej gawędziarska i przekorna niż ta mocno naznaczona konkretem teorii.
Jackowi zawdzięczam wiele, ale zwykle tak jest, że
osoba, którą takim brzemieniem obarczamy, nie musi
wcale być o tym przekonana. Czasami sami dokładnie

nie wiemy, jak to jest, skoro tam na poddaszu przy placu Krasińskich wciąż pali się lampka i Ktoś w tej kajucie czuwa, i można do Niego przyjść i pogadać. Można
Go spotkać na Miodowej lub w parku, przypadkiem
lub na umówionej perypatetycznej przechadzce. Ale
teraz już wiem, bo coraz bardziej to do mnie dociera,
że Jacka już nie ma. I choć gapiłem się wtedy bezmyśl­
nie na bezchmurne, sierpniowe niebo, podziwiając rój
meteorytów, nie przypuszczałem, że rano zadzwoni do
mnie Wojtek Marchlewski i powie mi o Jacku, że zderzą się wtedy we mnie te dwa wydarzenia i pierwszym
skojarzeniem będzie ciemne okno na poddaszu, znak,
że Go niema.

Cytat

Ciarka, Ryszard, “Pan Jacek / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2004 t.58 z.3-4,” Cyfrowa Etnografia, Dostęp 30 czerwca 2022, https://cyfrowaetnografia.pl/items/show/11415.

Formaty wyjściowe