Człowiek niewygasłego wejrzenia / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2004 t.58 z.3-4

Dublin Core

Tytuł

Człowiek niewygasłego wejrzenia / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2004 t.58 z.3-4

Temat

Olędzki, Jacek (1933-2004)

Opis

Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2004 t.58 z.3-4 ; s.237-238

Twórca

Wasilewski, Jerzy S.

Wydawca

Instytut Sztuki PAN

Data

2004

Prawa

Licencja PIA

Relacja

oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:5433

Format

application/pdf

Język

pol

Typ

czas.

Identyfikator

oai:cyfrowaetnografia.pl:5051

PDF Text

Text

acek Olędzki- to przede wszystkim oczy. Najpierw
"oko", dar wypatrywania, kadrowania, ustawiania
w najodpowiedniejszym świetle, tak by powstała fotografia pokazująca piękno, głębię i tajemnicę tam,
gdzie inni nie umieli zobaczyć nic. Jego światłocienio­
we zdjęcia dwóch zwykłych dłoni w mongolskiej grze
zręcznościowej wyglądają jak zapis tajnego języka albo
ezoterycznych scen ze wschodniego teatru cieni. Nigdy nie byłem z nim w terenie, ale wiem, że te fotografie robił w jurcie długo w noc, bez końca przestawiając
jakieś zmajstrowane z desek konstrukcje oświetlenio­
we; było to w obecności sędziwego profesora Dynowskiego, który próbował zasnąć i bardzo się wtedy zży­
mał, ale jeszcze po latach opowiadał o tym z szacunkiem dla Jackowej zawziętości.
A potem jego "oczy" w szerszym znaczeniu - jako
sposób patrzenia na drugiego człowieka, przenikania
w głąb i kontaktu z nim. Niech lepszy ode mnie portrecista opisuje to niesamowite spojrzenie: przenikliwe, świdrujące, a przecież nie bez wilgotnej warstewki
w oczach, która dawała nadzieję, że w jego patrzeniu
spode łba jest życzliwość i ciekawość, jaki jest ten drugi. A jeśli ironia - to także ta ciepła, jeśli żart - to raczej ścichapęk, bez śmiechu.
Kiedyś trochę się tych oczu bałem. "Trochę" to
zresztą mało powiedziane. Dawno temu, jako student
czwartego roku ówczesnej etnografii, miałem wygłosić
na jego zajęciach referat na temat historycznej genezy
polskiej sztuki ludowej. Czułem się przygnieciony odpowiedzialnością za przedstawienie tak zasadniczej
kwestii wobec człowieka, który - jak sobie wyobraża­
łem - oczekiwał wypowiedzi arcymądrej i tylko na ta-

JER ZY S. WAS ILEWSKI

J

Człowiek
niewygasłego

wejrzenia

ką ostateczną prawdę zasługiwał. Pamiętam, że

przemówienie po kilku minutach - sparaliżowany
strachem, że nie przedstawiam mu nic poza akademickimi abstrakcjami.
Swoim spojrzeniem obnażał nieautentyczność.
Mój (nasz, pokoleniowy) młodzieńczy zapał w imitowaniu modnych książkowych konstrukcji (albo
i w tworzeniu własnych, "śmiałych" uogólnień i modeli) brał na sztych swego krytycyzmu, uwagi dla detalu,
ciekawości i szacunku dla prawdziwych ludzi, ich osobowości, realiów życia i kultury. Kiedy przeczytał mój
artykuł o symbolice ruchu obrotowego w Mongolii,
dał mi swoją fotografię kobiety, która zmiata śnieg
z dachu jurty, posuwając się w lewo (a więc pod słoń­
ce, czyli wbrew "mojemu" kosmologicznemu paradygmatowi); przypomniał mi w ten sposób, że w codziennej praktyce człowiek działa inaczej niż w symboliczno-rytualnej teorii.
rwałem

Z biegiem czasu i on zaadaptował do swego poznawczego światopoglądu odpowiadające mu elementy wielkich nurtów interpretacyjnych, ale zawsze po
swojemu je przetwarzał. Nie budował na ich wzór
sztywnych systemów, lecz jedynie brał z nich narzędzia
dla ulepszenia własnego wglądu w drugiego człowieka.
Kiedy zaczął przedstawiać polskie wierzenia magiczne
na temat przyrody, to głównie po to, by zilustrować
stosunek konkretnych ludzi do ich własnego otoczenia, a nie logikę czy strukturę modelu świata. Gdy gromadził mongolskie mity o pogodzie i żywiołach, to także miało to służyć lepszemu poznaniu i zrozumieniu ży­
jącego wśród nich człowieka, zakorzenionego w przyrodzie, a nie konstruowaniu abstrakcyjnego systemu
myślenia mitycznego. Ciekawiło go raczej to, z jakimi
uczuciami człowiek wykonuje działania magiczne czy
religijne, a nie to, jaki jest ich sens, możliwy do odczytania w gabinecie z pomocą uniwersalnego słownika
symboli. Mnie, zbierającemu wcześniej takie materiały, nie przyszło to nawet do głowy.
Wiadomo - Olędzki. Był zawsze sobą, osobowością, osobą, człowiekiem osobnym. Ale ten odludek
nie był nigdy mizantropem. Był badaczem terenowym
jak mało kto - wykraczając poza wymogi etnograficznej obserwacji uczestniczącej realizował wśród swoich
murzynowiaków uczestniczące uczestnictwo. Uświa­
damiam sobie teraz, nie bez zaskoczenia, że w gruncie
rzeczy musiał mieć niemało wiary w człowieka. Patrząc
na zmieniającą się wieś kurpiowską czy ginące kultury
pozaeuropejskie nie biadolił nad ich upadkiem, nie
skarżył się na zanik dawnej duchowości. Zamiast tego
podziwiał ich zdolności adaptacyjne, bez ironii opisywał nowoczesne zapożyczenia, świadczące o inteligencji i sile przetrwania, choć kogoś innego mogłaby tylko razić groteskowość takiej modernizacji.
Ostatnia książka, Ludzie wygaslego wejrzenia
(1999), jest summą wszystkich Jackowych sposobów
patrzenia, katalogiem od lat drążonych tematów, świa­
dectwem jego obsesji i idiosynkrazji. Nie miejsce tu na
jej krytyczne recenzowanie. Ze swoim rozrzutem tematycznym, obfitością wspominków i dygresji oraz zalewem kilkustronicowych cytatów, pisana jakby w proteście przeciw terrorowi wszelkich przyjętych zasad
wydawniczo-formalnych - copyrightowych, edytorskich, redakcyjnych, językowych i interpunkcyjnych zrobiła na mnie wrażenie problemowego collage'u,
książki raczej sfastrygowanej niż "dobrze zeszytej". Jej
czytanie to jak wędrówka przez trudny i uciążliwy,
a geologicznie różnorodny teren.
Ale, jak sam pisze, ujmując to w zdaniu na miarę
Koheleta, "bywa jednak, że nawet Sahara użyczy cierpliwemu swojego Tasili" (s. 145). Jego opis pracy grupy afrykańskich artystów wykonujących odlewy z brą­
zu (s. 3 70) mógłby wejść do antologii najlepszych opisów w antropologii, takich gdzie badacz relacjonuje
w zgęszczeniu istotną dla danej kultury scenę, której
był naocznym świadkiem. Podróżujący z nim czytelnik

widzi, że jest on wierny trasom i tematom swoich
pierwszych podróży: nomadzi Azji Centralnej, subsaharyjska Afryka, zwykły człowiek jako twórca. Wraca
do kwestii, które stawiał w młodości: przypominając
mocny film Jacopettiego Pieski świat, znów pyta, ile
w człowieku jest zwierzęcia; za Gabrielem Marcelem
powtarza pytanie, czy warto mieć, czy być.
Nie goni za aktualnością, nie używa takich słów
jak postmodernizm, chociaż śmiało mógłby uchodzić
za autentycznego, z bożej łaski, prekursora panowoczesnej postawy badawczej i pisarskiej. Wielkie kwestie stawia po swojemu, nie przywołuje aktualnie odmienianych nazwisk. To może dziwne, ale nie sięga
nawet do autorów, którzy mogliby mu być bliscy. Nie
cytuje filozoficznych wywodów Levinasa, nie komentuje antropologicznych wypowiedzi Kapuścińskiego on, taki znawca i miłośnik Afryki, nie powołuje się nawet na jego Heban.
Może odpowiedziałby nam przekornie, iż nigdy nie
interesowały go heban, kość słoniowa czy inne surowce "wysokie" - zbyt ostentacyjne, a do tego pozyskane
kosztem natury. Wolał "sztukę ubogą", której dzieła
robione są z tworzyw niepozornych, jak słoma, trzcina,
sznurek, gałęzie wierzby, barani łój, wosk pszczeli,
mąka do pieczenia małych ciastek ... Dlatego napisał
pochwałę zwykłego haka- wynalazku ludzkiego, wielkiego "pod względem swej niezwykle pomysłowej i zarazem praktycznej przydatności" (s. 95). Dlatego
uważnie przyglądał się - w różnych tekstach - takim
działaniom, jak wiercenie palcem dziur w cegłach
nadwiślańskich kościołów (w średniowieczu) czy
zostawianie w autobusach maleńkich "vlepek" (współ­
cześnie). Traktował je z pełną powagą- jako elementarne "znaki istnienia" owych hoi polloi, ludzi pospolitych, w historii nieznaczących, wszystkich tych "Kieł­
bików i Uklejek" (co za znakomite określenie, wyło­
wione z nadwiślańskiego terenu badań - nie zapominajmy, czyj to termin, podobnie jak owe "znaki istnienia",
"salony odnowy duchowej" i inne, którymi obiegowo
się posługujemy).

Jacek łączył w sobie i swoim pisarstwie cechy przeciwstawne. Szukam słów... może "smutny figlarz" albo
-koniecznie z dużej litery- "Przekora"? Na ponurym
obliczu, w oczach smutnego wodołaza coś się czasem
zapalało i zaczynała się oryginalna krytyka, kpiąca
ocena, zaskakujący wywód. Ten Przechera wodził nas
wtedy za nos, wyprowadzał słuchających w pole, dawał mi nauczkę. Ale była to przekora tylko wobec nas,
a za to najprawdziwsza pokora wobec Innych, wobec
Drugiego Człowieka.

238

Cytat

Wasilewski, Jerzy S., “Człowiek niewygasłego wejrzenia / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2004 t.58 z.3-4,” Cyfrowa Etnografia, Dostęp 1 lipca 2022, https://cyfrowaetnografia.pl/items/show/11410.

Formaty wyjściowe