"Bania Karmelicka albo antropologia współczesności / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2004 t.58 z.3-4

Dublin Core

Tytuł

"Bania Karmelicka albo antropologia współczesności / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2004 t.58 z.3-4

Opis

Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2004 t.58 z.3-4 ; s.239-240

Twórca

Zowczak, Magdalena

Wydawca

Instytut Sztuki PAN

Data

2004

Prawa

Licencja PIA

Relacja

oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:5434

Format

application/pdf

Język

pol

Identyfikator

oai:cyfrowaetnografia.pl:5052

PDF Text

Text

iedy przywołuję obraz Jacka pogodnego, widzę
Go w Murzynowie, w początkach lat osiemdziesiątych, w środku lata; Jacek zasiada w cieniu rozłożystego klonu przed swoim muzeum i, obserwując mnie, nuci figlarnie: Szła baba z łąk, ugryzł ją
bąk ... Kilka razy prowadziłam badania w tej Jackowej
ziemi wybranej i z Jego inspiracji, z pierwszą moją grupą laboratoryjną, a potem zbierając materiały do mojej książki. Murzynowo, przedmieście naftowej metropolii, nie należało do tzw. dobrych terenów badawczych: ogólnie rzecz biorąc niegościnne, niechętne,
nieprzystępne, jak zresztą w ogóle Mazowsze. W dodatku kontakt z ludźmi obciążony był działaniami geografów, którzy utworzyli stację-obserwatorium w budynku byłej szkoły. Ponieważ moje wyjazdy badawcze
koncentrowały się na wschodzie Polski, odczuwałam
rażący kontrast w atmosferze rozmów na niekorzyść
Murzynowa. Dopiero później zdałam sobie sprawę, że
Jacek potrzebował opornej, niewdzięcznej rzeczywistości, żeby chronić się przed fałszywymi pozorami ła­
twych kontaktów; nie traktował bowiem etnografii jako ucieczki od rzeczywistości, ale przeciwnie, jako
sztukę przyjmowania jej w postaci spotęgowanej aż do
granic wytrzymałości. N ie można opisać, kim byłJacek
dla mnie i moich kolegów, bez wzmianki o prowadzonej przez niego grupie laboratoryjnej (zwanej wówczas, w połowie lat siedemdziesiątych, proseminarium), w której uzyskaliśmy formację duchową i warsztatową. Bez względu na to, czyim pomysłem była ta
formuła zajęć, to Jacek potrafił nadać jej duszę. Stał
się dla nas pierwszym autorytetem i nieraz na ślepo
angażowaliśmy się w realizację jego pomysłów. Był autorem kwestionariusza na temat zdarzeń cudownych,
którego nauczyłam się na pamięć, zanim poszłam na

K

moją pierwszą etnograficzną rozmowę. Wprowadził

surowy standard dokumentacji: jako pierwszy (i przez
długi czas jedyny) wśród wykładowców domagał się od
początkujących studentów posługiwania się magnetofonem i opracowywania materiałów w maszynopisie,
a zarazem naciskał na odrzucenie atrybutów tajnego
agenta. Marzyliśmy o napisaniu wspólnej książki. Był
to rodzaj inicjacji w etnografię jako praktykę życiową,
której towarzyszyła cicha rywalizacja pomiędzy naszą
grupą i grupą Ludwika Stommy, jako że obie koncentrowały się na religijności ludowej. Różniły się jednak
pod każdym innym względem, a więc typem więzi mię­
dzy prowadzącym i uczestnikami, sposobem traktowania rozmówców i atmosferą badań terenowych. Kiedy
Jacek wyjeżdżał do Afryki, uznał, że bezpieczniej bę­
dzie pozostawić nas pod opieką Zbyszka Benedyktowicza. Może dlatego postrzegałam wówczas ową rywalizację na planie teoretycznym: fenomenologia przeciw
strukturalizmowi, który zresztą był dla nas także niezwykle atrakcyjny. Jacek był jednak zawsze antyteoretyczny, nieufny wobec metodologicznych kanonów.
Praktykował postawę egzystencjalną, inspirowaną filozofią Gabriela Marcela. Celem jego studiów były im-

MAGDALENA ZOWCZAK

Bania Karmelicka
albo antropologia
niezwykłości

ponderabilia, esencja tego, co w kulturze elementarne
i najtrudniej uchwytne: związki kategorii etycznych
i estetycznych, typy religjności. Służyła temu obserwacja wychodząca od szczegółu: mimiki, gestu, specyficznych wyrażeń językowych, a jednocześnie wgląd
w ekspresję materialną, usytuowaną jednak z reguły
w takiej przestrzeni, która z perspektywy tzw. kultury
wysokiej traktowana była z pogardą jako nieistotny
margines albo wręcz śmietnik. Tu pomysły Jacka kontynuują tradycję studiów Jana Stanisława Bystronia,
chociaż przewyższają je pod względem znajomości tzw.
praxis, dostępnej tylko w bezpośrednim doświadcze­
niu. Analizowane w Jackowych rozważaniach ludowe
wota i feretrony, jamki modlitewne, znaki kreślone
przez niepiśmiennych chłopów, detale konstrukcji
drewnianych i metalowych i ich zdobienia, nomenklatura kości głowy szczupaka, lalka z turzycy, wiejskie
przybory toaletowe nabierają charakteru "znaków istnienia", stają się dokumentami fascynujących zachowań kulturowych. Jacek, wytrawny esteta, potrafił je
eksponować i fotografować, wydobywając ich ukrytą
urodę. Niezwykłe wrażenie wywierały na mnie zawsze
Jego czarno-białe fotografie, na których figurki wotywne z ciasta i wosku czy pieczywo obrzędowe wyglą­
dają jak monumentalne rzeźby. Byłam kiedyś świad­
kiem zabawnego wydarzenia w Jackowym muzeum,
gdzie zacierały się granice między życiem i ekspozycją,
składającą się w znacznej mierze z przedmiotów codziennego użytku. Pewna pani, która przybyła zwiedzić
muzeum, dostrzegła ułożone misternie na blasze kuchennej skorupki od jajek uzbierane z kilku dni. Przyglądała im się niepewnie przez dłuższą chwilę, jakby
widziała takie eksponaty po raz pierwszy w życiu, po
czym spytała, co mają przedstawiać.
Jacek, jak chyba żaden ze znanych mi badaczy, potrafił budować refleksję w oparciu o wszystkie możliwe
typy źródeł, od dziecięcych rysunków po archiwalne
metryki. Było to jednak ciągle jeszcze za mało na potrzeby jego etnologii, więc posługiwał się eksperymentem, inicjowanym jego własnym działaniem. Ta gra,
mająca cechy teatru, dawała niekiedy efekty surrealistyczne, jak w przypadku afrykańskich muszli, przechowywanych- według Jego komentarza- w niektó-

rych domach Murzynowa i wykreowanych w monografii tej wsi jako symboliczny akcent, znak losu, łączą­
cy Autora afrykanistę z Jego ziemią wybraną.
Pewnego razu umówiliśmy się telefonicznie
w Ogrodzie Saskim nieopodal jego domu. Odnalazłam
go leżącego na wznak na środku asfaltowej ścieżki.
Konwersował życzliwie z parą młodych ludzi, którzy
w przeciwieństwie do innych przechodniów nie ominęli go szerokim łukiem, lecz podeszli i zagadnęli, czy
nie trzeba mu w czymś pomóc. Eksperymentował
w ten sposób ze sobą i ze wszystkimi, bez wyjątków czy
strefy ochronnej. Spotkania z nim były poruszające,
uruchamiały emocje, otwierały drogę do samopoznania, ale też - zależnie od kondycji obu stron - bywały
czasami nie do zniesienia i budziły odruch obronny.
Niełatwo było sprostać jego pomysłom.
Jacek był wspaniałym gawędziarzem, snującym
wielogodzinne narracje nasycone szczegółowymi ob-

240

serwacjami, ale też konfabulacją, która nadawała jego
opowiadaniom potoczystość, barwy i wdzięk Paskowych pamiętników. Obdarzony takimi talentami, nie
zawsze potrafił wypowiadać się równie atrakcyjnie
w tekstach, które chyba też z reguły nie miały szczęścia
do redaktorów. Wymagają więc od otwartego czytelnika wysiłku i niekiedy żmudnej rekonstrukcji, a do nieprzygotowanego mogą zupełnie nie trafiać. Niezależ­
nie od syntezy dokonanej przez samego Jacka w Ludziach wygaslego wejrzenia, warto byłoby wydać zbiór
jego najlepszych tekstów rozproszonych (a jest w czym
wybierać) wraz z wyborem zdjęć, w jednolitej redakcji.
Myślę, że taki collage, popularyzujący na szerszym forum nieprawdopodobne bogactwo jego studiów, mógł­
by nosić tytuł wymyślony przez samego autora dla projektowanego przez niego periodyku (cytuję z jego listu): "Bania Karmelicka. Antropologia niezwykłości
(cuda, ale nie tylko)".

Cytat

Zowczak, Magdalena, “"Bania Karmelicka albo antropologia współczesności / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2004 t.58 z.3-4,” Cyfrowa Etnografia, Dostęp 4 grudnia 2022, https://cyfrowaetnografia.pl/items/show/11409.

Formaty wyjściowe