01_Dariusz Czaja.pdf

Media

Part of Antropologia, literatura, Miłosz / Polska Sztuka Ludowa-Konteksty 2011, t.65, z. 4

extracted text
01_Dariusz Czaja.ps - 1/28/2012 7:05 PM

W

DARIUSZ CZAJA

1.

iele lat minęło odkąd Clifford Geertz ogłosił
z rozbrajającą szczerością w sławnym bon mocie („Co robi etnograf? – on pisze”1), że antropologia mówi prozą, choć niekoniecznie o tym wie; że –
innymi słowy – czymkolwiek zajmowałby się antropolog
w terenie, to i tak finalnym produktem jego działań jest
tekst, książka, zapis, pismo. Fikcja. Dokładniej: poważna

fikcja. Bowiem fictio rozumie Geertz źródłowo – nie na
oznaczenie czegoś fałszywego czy wymyślonego, ale czegoś skonstruowanego, ukształtowanego, wytworzonego.
W opatrzeniu tekstów etnograficznych mianem fikcjonalnych chodziło mu – najogólniej – o krytykę podzielanej przez licznych wówczas badaczy tezy, że prawdziwą
etnografię uprawia się w terenie („tam”), dopiero później, w domu („tutaj”), własne obserwacje po prostu spisuje się, po czym niekonfliktowo opracowuje i redaguje.
Geertz uderzył w naiwność owego „po prostu”, pokazując, że tekst etnograficzny nie jest niewinną transkrypcją
nagich faktów w obiektywne analizy. Zasugerował, że
wbrew pretensjom antropologów do pisania prawdy
(i tylko prawdy) o egzotycznych światach, ich teksty niepokojąco upodobniają się do literackich fikcji.
W późniejszym dziele, Works and Lives: the Anthropologist as Author (1988), książce przełomowej dla uwyraźnienia literackiego charakteru tekstów etnograficznych,
zademonstrował na przykładach pism eminentnych antropologów, że narracje etnograficzne są w istocie rodzajem pisarstwa: posługują się językiem figuralnym, odnoszą się do rozmaitych modeli narracyjnych, używają
środków retorycznych do celów perswazyjnych. W jego
książce, obok nazwisk luminarzy dyscypliny: Lévi-Straussa, Malinowskiego, Evans-Pritcharda, Benedict
(by o pomniejszych zmilczeć), mówi się także o d’Annunziu, Balzaku, Baudelairze, Bowlesie, Cervantesie,
Conradzie, Dantem, Dickensie, Dostojewskim, Durrellu, Flaubercie, Genecie, Joysie (by na literze J poprzestać...). Ta nadreprezentacja pisarzy w studium antropologicznym nie była tylko retorycznym ornamentem
wywodu. Oznaczała (w zależności od nastawienia: aż, albo zaledwie) zmianę w podejściu do etnograficznego
tekstu. Wbrew jednak nadziejom pierwszych, a obawom
drugich, Geertz wcale nie sugerował, że antropologia to
po prostu literatura, w żadnym miejscu nie stawiał między nimi znaku równości. Nie twierdził też, że odtąd
antropologię (realne badania empiryczne) powinna zastąpić metakrytyczna sprawność wyżywająca się w deszyfrowaniu istniejących już tekstów. Stwierdzał tylko, że
ów komponent literacki (fikcjonalny, retoryczny) – podoba nam się to czy nie – jest trwałą właściwością pisarstwa antropologicznego, więcej: jest nie do uniknięcia.
Konstatacja ta nie miała wszakże prowadzić, jak sugerowali krytycy, do osłabienia autorytetu antropologii („to
tylko słowa, stylistyka, retoryka”), a jedynie do poważniejszego namysłu nad tym, że opisy i interpretacje są
przez antropologów „konstruowane”, a strategie reto-

Antropologia,
literatura, Miłosz

ryczne należą do ich zwyczajowego instrumentarium.
Inaczej mówiąc, zapraszał Geertz do uczciwego wyciągnięcia wniosków z faktu, że wiek niewinności jest już za
nami. Czy (i jak) z tego skorzystaliśmy, to inna historia.

2.
Dobrze więc: etnograf/antropolog pisze. A zapytajmy znienacka: czy ta relacja może być zwrotna? Czy
pisarz/poeta uprawia antropologię? Czy zdarzyć się
może, że literatura jest jakąś formą antropologii? I co
by to miało bliżej znaczyć? Te kwestie są uszczegółowieniem szerszego zagadnienia: po co antropologii literatura? Tak sformułowane pytanie pada wciąż z ust
niektórych antropologów. Zwłaszcza tych, co to zęby
na „prawdziwej” antropologii zjedli. Wbrew pozorom
hasło „po co nam literatura?” nie jest pytaniem niewinnym. Może nawet w ogóle nie jest pytaniem. To
raczej coś jak grymas, sarkazm albo zaczepka. Tak naprawdę pobrzmiewa w nim fundamentalna nieufność,
co do sensowności i pożytków płynących z flirtu antropologii z literaturą. Podszyte jest mocnym domniemaniem (rzadko formułowanym otwarcie), zgodnie z którym antropolog zbliżając się – w ten czy inny sposób –
do literatury, sprzeniewierza się własnej profesji. Porzuca więc świat (rzeczywistość, kulturę, empirię, to-co-naprawdę-jest) na rzecz zajmowania się materią
języka, tworami wyobraźni, bytami fikcjonalnymi, nierzeczywistością. Ten, od którego oczekiwano rzetelnych świadectw, solidnych deskrypcji i analiz zjawisk
kulturowych, pogrąża się w napowietrznych rewirach
światów wyobrażonych. Podkreślmy: wyobrażonych –
a nie rzeczywistych! Niepokalaną świętość badań terenowych zamienia na pozbawione życia gabinetowe
lektury. Oddaje się czytaniu prozy (a w wariancie bardziej obskuranckim: poezji!). Zaiste: horror, horror...
Ironizuję, ale problem nie jest ani wymyślony, ani
drugorzędny. Antropologia kultury nie była i nie jest
monolitem. Istnieją więc entuzjaści mariażu antropologii i literatury (te łamy gościły ich nie raz), ale są
także jego liczni kontestatorzy. Nie bez przyczyny
wspominam o tej konfuzji już na wstępie. Trudno bowiem, by w związku z głównym bohaterem niniejszego
3

01_Dariusz Czaja.ps - 1/28/2012 7:05 PM

Dariusz Czaja • ANTROPOLOGIA, LITERATURA, MIŁOSZ

właściwie jest, oraz udzielania sobie odpowiedzi, które
brzmią bardziej jak ogólny światopogląd lub wyznanie
wiary niż jak opis «dziedziny nauki lub wiedzy»”.2
W wykładni Geertza widać, że nie bardzo wiadomo, czym w gruncie rzeczy jest ta cholerna antropologia. Właściwie wszystkim i niczym. Jakimś bytem pogranicznym, który można opisać przy użyciu kategorii
właściwych fuzzy logic. Dyscypliną wciąż kontestującą
własne założenia. Antropologia – czyli brak wyraźnej
fizjonomii, rozchwiana tożsamość, ciągła niepewność
co do własnej natury. Jakby właśnie sposobem jej istnienia były niekończące się problemy ze sporządzeniem jej porządnej definicji. Nieuchwytna, zwiewna,
adogmatyczna, otwarta, wciąż w drodze...
Teraz literatura – czym ona w istocie jest? W rozmowie z Derekiem Attridgem na to beznadziejne pytanie
próbował odpowiedzieć Jacques Derrida. Już sam jej tytuł – Ta dziwna instytucja zwana literaturą3 – powinien
wzmóc czujność (i sympatię) antropologa. Dziwność
należy bowiem, jak się zdaje, do mistycznego eidos naszej dyscypliny. Dość podobnie do strategii Geertza,
Derrida unika esencjalistycznej definicji literatury
i z punktu uwydatnia jej niepochwytną, proteuszową
tożsamość. Wskazuje na historyczne korzenie pojawienia się „instytucji zwanej literaturą”. Podkreśla, że nie
istnieją jakieś ponadhistoryczne, inherentne cechy,
które sprawiają, że tekst można zakwalifikować jako literacki. Literackość nie jest przyrodzoną istotą tekstu.
Nie cała literatura jest „fikcją”, chociaż zawsze w jej
przypadku mamy do czynienia z fikcjonalnością. Wedle
sławnego określenia: literatura „umożliwia każdemu
powiedzenie wszystkiego w dowolny
s p o s ó b”.4 Punktując ów literacki wszystkoizm (jakże
przypominający formalne zróżnicowanie i tematyczną
zachłanność antropologii!), dorzuca Derrida jeszcze
jedną uwagę, szczególnie interesującą z naszego punktu
widzenia: „Będąc ni mniej ni więcej tylko doświadczeniem Bycia na krawędzi metafizyki, literatura staje, być
może, nieomal poza wszystkim, łącznie z samą sobą. To
rzecz najbardziej interesująca na całym świecie, być może bardziej interesująca od całego świata, i dlatego właśnie, jeśli nie ma ona definicji – to tego, co zostaje zapowiedziane i odrzucone pod nazwą literatury, nie
można utożsamić z jakimkolwiek innym typem wypowiedzi. Ani naukowym, ani filozoficznym, ani potocznym. Jeśli jednak nie otwierałoby się na te wszystkie wypowiedzi, jeśli nie otwierałoby się na którekolwiek
z nich, to także nie byłoby to literaturą. Literatura nie
istnieje bez odniesienia z a w i e s z o n e g o do znaczenia lub referencji. Z a w i e s z o n e g o, ale też
z a w i s ł e g o, uwarunkowanego”.5 Literatura wychodzi od nie-ludzkiej rzeczywistości, ale też nigdy nie dosięga jej ostateczne nazwanie. Ów „defekt” jest być może właśnie warunkiem literatury.
Nie ma powodu (ani potrzeby), by traktować to
zestawienie nazbyt doktrynersko: a zatem, by sugerować,

numeru nie zadać sobie paru prostych pytań: co robi
twórczość Czesława Miłosza w antropologicznym piśmie? Do czego teksty Miłosza potrzebne są antropologii? Do czego antropologia potrzebna jest dziełu Miłosza? Jak w tym konkretnym kontekście rozumieć bliżej
antropologiczność literatury? Oto kilka niezobowiązujących sugestii, uwag, propozycji do przemyślenia, sformułowanych przy okazji miłoszowego numeru.

3.
Tak więc raz jeszcze: antropologia i literatura. Antropologia – czyli co? Literatura – czyli co? Zauważmy
rzecz osobliwą: otóż zarówno ci, którzy mówią o podobieństwie obu praktyk językowych (sugerując ich wzajemne zbliżenie), jak i ci, którzy to podobieństwo kontestują (ostrzegając, by nie mylić porządków), zdają się
mieć całkowitą pewność co do treści i zakresu obydwu
nazw. Sugerują mianowicie, że dobrze wiedzą, o czym
rozprawiają. Stojąc zdecydowanie po stronie okołoliterackiego wymiaru antropologii (w jej wersji hybrydalnej: stopu nauki i sztuki), a jednocześnie podkreślając
antropologiczny wymiar literatury (nie każdej przecież!), chciałbym wskazać na pewien słabo chyba dostrzegany fakt w niekończących się dyskusjach o wzajemnym uwikłaniu antropologii i literatury. Otóż,
chociaż nie bardzo i nie do końca wiemy czym jest jedna i druga, to chyba nieźle orientujemy się w tym j a k
o n e i s t n i e j ą. Jeśli tak pomyśleć tę kwestię, jeśli
więc przenieść ciężar sporu z poszukiwania domniemanej istoty obydwu na sposób ich realnego istnienia, to
podobieństwa narzucają się nieomal same.
Najpierw antropologia. Geertz raz jeszcze, tym razem w roli doświadczonego naukowca, przenikliwego
teoretyka i nestora antropologii. Wbrew badaczom,
przywiązanych do mniej lub bardziej klasycznych definicji dyscypliny, Geertz podkreśla właśnie elementarne trudności w jej uczciwym zdefiniowaniu. W swojej
inteligentnej, ironicznej, pozbawionej akademickiego
zadęcia autobiografii Po fakcie (dwuznaczność tytułu
zamierzona), kładzie nacisk na nieustające kłopoty
z bliższym dookreśleniem uprawianej przez siebie dyscypliny: „Mglisty wizerunek tej dziedziny jest jak najbardziej zasłużony: istotnie, daje się odczuć brak wyraźnych granic i określonego celu naszych poczynań,
niezależnie od tego, jak bardzo niektórzy staraliby się
to ukryć. Być może jest to skandal, a może to właśnie
mocny punkt antropologii. Tak czy inaczej jednak taki stan rzeczy sprawia, że wszelkie próby dokonania
ogólnej charakterystyki tej dziedziny przypominają coś
w rodzaju intensywnych ćwiczeń w powoływaniu się
na poszczególne okoliczności. Nie przeszkadza to wcale temu, że nieustannie podejmuje się tego rodzaju
próby, do których zachęca zresztą sam mglisty charakter tych zagadnień. Spośród wszystkich nauk humanistycznych to właśnie antropologia jest bodaj najbardziej skłonna do zadawania samej sobie pytań, czym
4

01_Dariusz Czaja.ps - 1/28/2012 7:05 PM

Dariusz Czaja • ANTROPOLOGIA, LITERATURA, MIŁOSZ

że antropologia i literatura to po prostu to samo, że
dekonstrukcja jest obligatoryjnym językiem antropologii, że Geertz i Derrida mówią dokładnie tym samym głosem. Ani jedno, ani drugie, ani trzecie. Ale
że coś istotnego jest na rzeczy, zaprzeczyć trudno.
Antropologia z literaturą dzielą pospołu trudności
w zdefiniowaniu własnej natury, przypominają bliskie sobie dyscypliny (języki), ale do nich się nie
sprowadzają, chcą zinterpretować (wypowiedzieć,
opisać) „wszystko”, całą jaskrawość świata doświadczenia, mają mocną świadomość językowego zapośredniczenia własnych działań, próbują przyszpilić to,
co w doświadczeniu istotne, nazwać, zrozumieć...
Tylko tyle, albo aż tyle. W każdym razie to dobry
punkt wyjścia do dalszych rozmyślań.

je naprawdę jesteśmy na antypodach poznania antropologicznego? Czy rozpoznania w nich poczynione nie
dotykają w ten czy inny sposób rzeczy, świata, doświadczenia? Mniemam, że to pytania retoryczne. Czy
ustalenia w nich poczynione wystarczą, by Miłosza
przeflancować na antropologa, to już osobny temat.
Idąc tym tropem, myślę, że Miłosz zgodziłby się bez
trudu z rozumieniem literatury, jakie zaproponował
w mowie noblowskiej Mario Vargas Llosa, szczególnie ze
zdaniem, w którym dochodzi do głosu poznawczy (przy
okazji: także konsolacyjny) wymiar literatury i awizowane wcześniej osobliwe współistnienie w niej prawdy
i zmyślenia: „Literatura opacznie przedstawia życie,
a jednak pozwala lepiej je zrozumieć, połapać się w labiryncie, w którym się rodzimy, błąkamy i umieramy. Daje nam zadośćuczynienie po niepowodzeniach, jakich
przysparza nam życie, dzięki niej częściowo przynajmniej
odczytujemy hieroglify, jakim jest istnienie dla ogromnej
większości istot ludzkich, przynajmniej dla tych z nas,
którzy mamy więcej wątpliwości niż pewników i przyznajemy się do zagubienia wobec transcendencji, losu, jednostki i zbiorowości, duszy, sensu lub bezsensu historii,
tej i tamtej strony racjonalnego poznania”.9
Jeśli tak, to może nie miałby także kłopotów z przyswojeniem charakterystyki antropologii, jaką proponuje Geertz w finale swojej książki. Wedle niego, antropologia „nie niesie ze sobą nadmiernej pewności ani nie
wydaje się zamkniętą całością; trudno mówić o przekonaniu, iż dokładnie wiemy, za czym się tak naprawdę
uganiamy w ramach swoich tak niesprecyzowanych poszukiwań, pośród tak różnych ludzi, w tak odmiennych
czasach. Niemniej pogoń taka to wyśmienity pomysł na
życie – interesujący, przerażający, pożyteczny i zabawny”.10 Pogoń za rzeczywistym jako punkt wspólny antropologii i literatury! To daje do myślenia.

4.
A teraz Miłosz – czyli kto? Poeta, prozaik, eseista,
krytyk, antologista. Samiec alfa polskiej literatury, klasyk, noblista, wieszcz, trup. Wszystko po trochu. Ale
z antropologicznej perspektywy nas tu zajmującej dwie
cechy jego twórczości może szczególnie rzucają się
w oczy: uznanie poznawczej funkcji literatury i ustawiczne poszukiwanie nowych form literackiego wyrazu.
Miłosz to może nade wszystko entuzjastyczny poszukiwacz rzeczywistości w wielości jej form: „Czym
jest ten zagadkowy impuls, który nie pozwala zadomowić się w tym, co dokonane, skończone? Myślę, że jest
to poszukiwanie rzeczywistości. Słowu temu nadaję
znaczenie naiwne i dostojne, nie mające nic wspólnego z filozoficznymi sporami ostatnich stuleci. Jest to
Ziemia widziana przez Nilsa z grzbietu gąsiora i przez
autora łacińskiej ody z grzbietu Pegaza. Niewątpliwie
ta Ziemia j e s t i bogactw jej żaden opis nie potrafi
wyczerpać”.6 To „namiętna pogoń za Rzeczywistością”7 (myśliwska bez mała, jeśli pamiętać młodość poety), pościg za różnymi przejawami rzeczywistego, to
wciąż ponawiane próby ich pochwycenia. To wreszcie
hermeneutycznie rozumiany realizm: poszukiwanie
znaków (również tych, zdawać by się mogło, mało znaczących) otwierających wgląd w głębsze warstwy rzeczywistości.8 Miłosz to także twórca wypowiadający się
w różnych językach, eksperymentator, wynalazca formy sylwicznej o rozpoznawalnej sygnaturze („Zawsze
tęskniłem do formy bardziej pojemnej, / która nie byłaby zanadto poezją ani zanadto prozą”, Ars poetica?).
Jak zaklasyfikować precyzyjnie jego teksty poetyckie:
Nie więcej czy Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada?
Czym jest proza Ziemi Ulro albo Widzeń nad Zatoką
San Francisco? Rzecz nie tylko w aptekarskiej genologii. Te formy pojemne rozrywają gatunkowe wzorce:
jest w nich nie tylko obecne autorskie „ja”, biograficzne podszycie, ale w warstwie najistotniejszej są to teksty o ambicjach poznawczych. Nie tylko ewokują, ale
także nazywają, problematyzują. Nie dość podkreślać
rewelatorskiej roli form i języka u Miłosza. Czy czytając

Przypisy
1

2

3

4
5
6

7

8
9

10

5

C. Geertz, Opis gęsty: w poszukiwaniu interpretatywnej
teorii kultury, [w:] tegoż, Interpretacja kultur. Wybrane
eseje, przeł. M.M. Piechaczek, Kraków 2005, s. 35
C. Geertz, Po fakcie. Dwa kraje, cztery dekady, jeden antropolog, przeł. T. Tesznar, Kraków 2010, s. 104
Ta dziwna instytucja zwana literaturą. Z Jacques’em Derridą
rozmawia Derek Attridge, [w:] Dekonstrukcja w badaniach
literackich, przeł. M.P. Markowski, Gdańsk 2000, s. 17-73
Tamże, s. 20-21
Tamże, s. 36-37
Cz. Miłosz, Królewska Akademia Szwedzka. Sztokholm,
grudzień 1980, [w:] tenże, Zaczynając od moich ulic,
Wrocław 1990, s. 376
Cz. Miłosz, Świadectwo poezji. Sześć wykładów o dotkliwościach naszego wieku, Warszawa 1987, s. 25
Tamże, s. 72-73
M. Vargas Llosa, Pochwała czytania i fikcji literackiej. Mowa noblowska, przeł. M. Stasiński, „Gazeta Wyborcza”,
13.12.2010
Geertz, Po fakcie, s. 171

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.