d08aa5c2da81f5f7216f219d5a28f2d2.pdf

Media

Part of Recenzye i sprawozdania cz.3 / Lud, 1909, t. 15

extracted text
RECENZYE I SPRAWOZDANIA.
Rocznik slawistyczny wydawany przez Jana Łosia, Leona Mańkow­
skiego, Kazimierza Nitscha i Jana Rozwadowskiego. Kraków 1908, str.
324. Toż samo (bez imienia Leona Mańkowskiego), tom II, Kraków 1909,
str. VIII, 318. IV sprawie Rocznika Slawistycznego, Kraków 1910. str. 12.
Slawistyka wydawców krakowskich nie jest wcale slawistyką t. j.
nauką o słowiaństwie, niezbędną dla każdego polonisty; jest języko­
znawstwem słowiańskiem a więc tylko częścią slawistyki. Ich
Roczniki również nie są ro cz n i kam i, Jahrbiicher, ponieważ żadnych
prac oryginalnych nie zawierają, są tylko przewodnikiem, Anzeiger, po językoznawstwie słowiańskiem, bo zawierają wyłącznie recenzye,
dziś napisane a jutro zapomniane, i bibliografie rozpraw bułgarskich,
serbskich i t. d. o odnośnych językach. Rzecz dla nas całkiem zbyteczna,
ponieważ ci nieliczni, co się nią zajmują, mają oddawna w „Indogermanischer
Anzeiger“ sprawozdania bardzo znaczne i treściwe prof. Zubatego
(obejmujące i litewszczyznę) a świeżo i Akademia Petersburska zaczęła
wydawać bardzo obfitą bibliografię slawistyczną czyli innemi słowy
aż trzy rozmaite wydawnictwa młócą tę samą słomę. Rocznik krakowski,
jeśli nie ma być marnowaniem czasu, pracy i kosztów (a zasilają go fun­
dusze publiczne, akademickie), powinien wyrzucić bibliografię a na jej
miejsce wprowadzić artykuły oryginalne; wobec ich braku pierwsze dwa
roczniki nie przedstawiają najmniejszego interesu, nie wypełniają żadnej
luki, nie służą żadnej naszej potrzebie.
Na domiar złego nawet recenzye tomu pierwszego nie przyniosły
niczego. Właśnie po tomie pierwszym nowego wydawnictwa wymaga się
choćby jakichkolwiek ważniejszych nowości. Można się było spodzie­
wać, że nowe wydawnictwo polskie ogłosi np. jakieś artykuły zasadnicze,
programowe o słownikarstwie naszem (choćby np. o etymologiach Sło­
wnika Warszawskiego, od których można boki zrywać), albo o naszych
— 361 —

Recenzye i sprawozdania
wydawnictwach zabytków dawnych czy ludowych albo o „umiejętności“
Poradnika językowego i t. p , to byłyby rzeczy istotnie pouczające i poży­
teczne. Nic z tego; nie dziw więc, że pojawienie się Rocznika minęło zupeł­
nie niepostrzeżone; prawie nikt się u nas na nie nie odezwał. Przyno­
sił bowiem pierwszy tom całe rozprawy o dysertacyi doktorskiej, nie
dającej nic nowego, albo "wyławiał błędy drukarskie i niedokładności
z odwiecznych książeczyn o gwarze złodziejskiej, a najobszerniejsza rzecz
o 50 niemal stronicach tylko na temat jednego zagadnienia głosowni
polskiej, nie posunęła tego zagadnienia ani o krok naprzód. Zdawało się, że
redakcya zebrała chyba umyślnie rzeczy jak najobojętniejsze, całkiem
przypadkowe i luźne, bez jakiejkolwiek myśli przewodniej, Za to odzna­
czały się główne recenzye tomu pierwszego (czego w drugim już niema)
pieprzykiem złości osobistej, np. owa najobszerniejsza p. Rozwadowskiego
recenzya o książce p. Krćeka, ale nie warto mi wywlekać przed forum
publiczne arkanów redaktorskich, więc o tym ryczywole zamilczeć wolę.
I dla czytelników Ludu nie przedstawiają więc oba roczniki ża­
dnego interesu i bliżej w treść ich wchodzić byłoby zbędnem, dodam,
że słowa prawdy, nie obwiniętej w bawełnę kurtuazyi (co wobec „pie­
przyka" pierwszego Rocznika było całkiem niestosowne), obruszyły
strasznie redaktorów, więc rzucili się na piszącego te słowa w pamfleciku osobnym p. t. „W sprawie“ i t. d. Zgromadzili tam, aby mój sąd
obalić, pochlebne oceny obcych, nie znających wcale naszych stosunków
i potrzeb; grzeczne ich frazesy ^nie dowodzą też niczego. Tymczasem
przyznali się sami do winy i skruszeni obiecali poprawę, bo oto zapo­
wiadają, że od tomu trzeciego będą umieszczali i rozprawy oryginalne.
Ależ o to nam tylko chodziło: wyrzućcie bibliografię i pieprzyki a dawajcie coś niecoś oryginalnego i będzie z nami zgoda zupełna; powiedzcie
sobie o dwu dotychczasowych rocznikach, pierwsze koty za płoty, i po­
starajcie się o podwyższenie poziomu w dalszych rocznikach, abyśmy
jaknajrychlej o tych dwu pierwszych zapomnieli, a będą wam grzechy
wasze chętnie przebaczone. Życzymy więc Rocznikowi Slawistycznemu
na całkiem odmiennych torach wszelkiego powodzenia.
A. Bruckner.
Dr. Erich Berneker. Slawisches etymologisches Wörterbuch. Hei­
delberg.
Wszelkie badania etnograficzne, szczególnie jeśli dotyczą pier­
wotnych stosunków, społecznych, etnicznych i t. d., apelują, nieraz
w ostatniej instancyi, do etymologii, do znaczenia właściwego terminu
czy nazwy. Przykładów nie myślimy przytaczać, nasuwają się zewsząd;
któż np., jeśli nie etymolog, orzeknie ostatecznie o właściwem znaczeniu
„zawołań“ (herbowych, szlacheckich), dziś tak gorliwie roztrząsanych?
Pierwotnej kultury polskiej nie pojmiesz, jeśli języka, t. j. wszelkich
nazw, od pokrewieństwa aż do części pługu i warsztatu tkackiego, nie
rozpatrzysz. I tak ciągle. Słownik więc etymologiczny, obejmujący głó­
wny zrąb słownictwa dawnego, spólnego, jest niezbędną pomocą dla
ludoznawcy. Napisał taki słownik i wydał przed dwudziestu laty słynny
— 362 —

Recenzye i sprawozdania
slawista Miklosich; ale słownika tego dziś się już nie dokupić, przytem
nie odzwierciedla on dzisiejszego stanu nauki, co właśnie w ubiegłem
dwudziestuleciu słownictwem słowiańskiem, dawniej bardzo zaniedbanem,
gorliwiej się zajęła.
Temu ważnemu brakowi zaradzi dzieło, wymienione u góry; za­
częło wychodzić w ubiegłym roku; dotąd wyszły cztery zeszyty, obej­
mujące słowa od A do goleń-, całość obliczona na zeszytów 25, więc do
końca jeszcze daleko, ale energia autora, znanego dotychczas chlubnie
z najrozmaitszych dzieł, studyów i wydawnictw (np. bardzo pożyteczne
Chrestomatyi Słowiańskiej t. j. okazów z literatur dawnych i ludowych
z całej Słowiańszczyzny), ręczy nam za rychłe a dobre wykonanie całości.
Czytelnikom „Ludu“ polecamy gorąco to dzieło, acz na razie frag­
mentaryczne, poznają z niego najlepiej, co dziś o wywodach i początkach
wszelkich ważniejszych nieco, ogólniejszych słów słowiańskich uczeni
sądzą. Obfite ono i dokładniejsze niż Słownik Miklosiczów, a przedewszystkiem, usprawiedliwiając swój tytuł, daje właśnie etymologie, czego
Miklosich często wcale nie tykał; Berneker stara się każde słowo osta­
tecznie wyjaśnić, do jakiego pierwiastku czy pnia należy lub z jakiego
obcego języka powzięte (tylko ten ostatni moment uwzględniał stale
i dobrze już Miklosich). Prawda, nie ze wszystkiem godzę się na jego
wywody; wielką we mnie budzi wątpliwość, czy ogółem, należy wszelkie
słowa słowiańskie (prócz pożyczonych naturalnie), odnosić do czasów
aryjskich. Przecież spólnota aryjska (albo, jak ją fałszywie zowią, indogermańska czy indoeuropejska^), skończyła się najpóźniej około r. 2500
przed Chr. t. j. za przejścia z okresu neolitycznego w kruszcowy, dzieje
zaś języków słowiańskich zaczynają się około r. 830 po Chr., t. j. 3300
lat (co najmniej 1) później. Więc cóż ? czyliż zamarł w r. 2500, niby po
ukazie, odrazu, proces słowotwórczy ? Wiemy przecież, że nasze uzdol­
nienie językowe od owych prawieków nie zmieniło się, nie upadło,
owszem, przeciwnie, wzmogło się, więc nie mieliżby przodkowie nasi
w ciągu półczwarta tysiąca lat zdobywać się na żadne nowe słowa ?
urabiać tylko nowe przyrostkami z dawnych lub pożyczać u obcych ?
dlatego tylko, że dziś się tak dzieje, wobec zupełnie, zmienionych wa­
runków językowych ?
Nie wierzę w takie ubóstwo, w takie unieruchomienie władz
słowotwórczych czy unicestwienie ich już w prawiekach; twierdzę, że są
słowa słowiańskie nowe, oryginalne, co się ani w litewszczyźnie nie
powtarzają, nie mówiąc już o dalszem pokrewieństwie; te właśnie słowa
są dla mnie ciekawsze, niż inne wszystkie, co powtarzają bez zmian
aryjskich protoplastów, np. liczebniki, nazwy pokrewieństwa i t. p. te
słowa dopiero charakteryzują mi właściwie języki słowiańskie jako takie.
Próby więc Bernekera i innych lingwistów, by odnosić słowa nawet późne
do prawieku, odnajdywać np. w naszej dzięgnie, chorobie ust, jakieś
złożenie z dęt. (dentes, zęby) i gnić, albo inne złożenie w czeluści
i t. d., budzą we mnie z góry absolutne niedowierzanie; tłumaczę te i inne
słowa wyłącznie z elementów słowiańskich. 1 innych zakusów Bernekerowych, np. tłumaczenia każdego odstępstwa od potocznych regułek

— 363

Recenzye i sprawozdania
językowych (nazywanych szumnie „prawami głosowemi“), nie pochwalam;
wynikają z tego tylko omyłki, nieraz rażące. Nie myślę jednak gubić się
w.szczegółach: tern podwójnem ostrzeżeniem chciałem tylko przypomnąć
czytelnikowi owo konieczne przy każdem dziele ludzkiem vd</>e rai /le/iwaoamo-rew 1
Nawet układ słów nienajlepszy: po starocerkiewnem następuje
bowiem odrazu ruskie, potem małoruskie i białoruskie (z wcale zbytecznem uwzględnianiem małorusczyzny), potem dopiero południowoi zachodniosłowiańskie; ruskie pisano przytem grażdanką, ale małoruskie,
serbskie, bułgarskie łacinką! łacinką należało koniecznie wszystko pisać,
nie przełamywać zasady dla jednego ruskiego! Jak i u Miklosicha, tak
i u Bernekera polskie zastąpiono względnie najsłabiej, brak wielu cie­
kawych pozycyi — do tego umyślnego czy nieumyślnego ignorowania
polszczyzny my już chyba przywykli 1
Nie jestem więc wcale bezwzględnym chwalcą słownika Bernekerowego; zaznaczyłem wyraźnie, w czem się z nim nie zgadzam, mimo
to nie waham się uznać w całej pełni trudu, wiedzy, bystrości, dobrej
woli, wyszafowanych na ten najnowszy nabytek naszej wiedzy etymo­
logicznej. Szczególniej winni z niego korzystać nasi domorośli etymo­
logowie, dla których żadne trudności, zdaje się, nie istnieją; mogą się
z tego słownika przekonać dowodnie, jak trudną jest sztuka etymologowania, ile wymaga wiedzy i bystrości. Może to dzieło przyczyni się
do tego, aby raz kres położyć owym niezdarnym wywodom, zachwa­
szczającym tylko niwy ludoznawcze, jakich przykłady niedawno jeszcze
spotykaliśmy po różnych, zresztą nieraz bardzo cennych wydawnictwach
(np. ś. p. Mokłowskiego). Wymówek teraz w każdym razie mniej będą
mieli ci, co nas uszczęśliwiali fantazyami, dobremi w poezyi, chyba nie
przydatnemi w nauce.
A. Briickner.
Aleksander Saloni. Lud rzeszowski. Materyały etnograficzne.
W Krakowie 1908, 8°. str. 296.
Jest to odbitka z X. tomu Materyałów antropologiczno - archeolo­
gicznych i etnograficznych, wydawanych przez Akademię Umiej, w Kra­
kowie, materyałów, które już (prócz Ludu rzeszowskiego) omówiliśmy
po krotce w Ludzie (S. XV. 151 -2). P. Saloni znany już z innych cennych
zawsze prac na polu etnografii naszej. Jako materyał etnograficzny cenną
jest i ta praca, jeżeli się nie mylimy, najobszerniejsza z prac jego. Bogato
zwłaszcza przedstawia się dział zabaw (95—104), pieśni (105—178) i po­
wiastek ludowych (179—265). Są to rzeczy w znacznej mierze znane już
z innych zbiorów ale i te nienowe ważne są jako waryanty i jako stwier­
dzenie, że znane są i w tych stronach. Jakkolwiek tak obszerna, nie jestto
bynajmniej praca wyczerpująca cały materyał etnograficzny z okolic Rze­
szowa (w Galicyi). Mówimy wyraźnie z okolic Rzeszowa, nie powiatu
rzeszowskiego, gdyż autor nie ogarnął całego powiatu, a i tych kilka­
naście miejscowości, z których materyał podaje, dotkną! autor tylko po
wierzchu. Powiat rzeszowski znamy dobrze z własnej obserwacyi, więc

364 —

Recenzye i sprawozdania
możemy zaznaczyć, że jest to powiat pod względem etnograficznym bardzo
a bardzo bogaty, dotąd prawie zgoła niewyzyskany, że trzeba będzie
po p. Salonitn jeszcze wielu pracowników i wiele lat pracy, zanim
wyzyskany będzie. P. Saloniemu nie myślimy naturalnie czynić z tego
zarzutu, że nie zrobił wszystkiego, że nie daje nam wszystkiego, bo
każdy daje tylko to, co może, a gdy nadto zważymy, że do tego datku
niczem nawet innem niezobowiązany nad tę miłość rzeczy ojczystych,
która obowiązuje wszystkich, musimy mieć dla tej jego pracy, choć nie
zawiera wszystkiego, tern większe i tern rzetelniejsze uznanie. W tem,
co jest, nie brak naturalnie stron ujemnych, jak w każdej rzeczy ludzkiej,
a najgorszą z nich, to niezawodnie język ludowy, którego autor widocznie
nie zna, a w nim materyał ludowy podaje. Byłoby stokroć lepiej, gdyby
był autor podał to wszystko w języku piśmiennym, nie w gwarach, gdyż
wartość etnograficzna materyału byłaby ta sama, a nie byłoby niebez­
pieczeństwa, że pod wzlędem językowym wprowadzi się kogoś w błąd.
Mamy też pewien żal do Akademii Umiejętności, że na tę okoliczność
nie zwróciła uwagi i w takim stanie pod względem językowym pracę tę
oddała do druku. A łatwo to było skontrolować, gdyż te same miej­
scowości nie mogą przecież mazurować i niemazurować, rz wymawiać
raz jak rz, to znowu jak z i t. d. i t. d. Można było także zwrócić auto­
rowi uwagę przed drukowaniem na takie jego wyrażenia, jak rznąć str.
15, 16 i inne zamiast żąć, na taką
pisownie, jak jurzyna (tak autor
pisze 4 razy na str. 7 ludowe ¡lizyna = jnżyna), zasówa ( — zasuwa) i t. p.
Rozprawa kończy się słownikiem, ale niestety bardzo skromnym, autor
nie umieścił w nim nawet takich wyrazów, jak np. jużyna, o których
w pracy swej wspomina, a umieścił tak powszechnie znane, jak łachy,
graty, odrzwia, kądziel, dziad (żebrak), ufnal i t. d. Do najciekawszych
wyrazów należą takie cębra (cębrzyna u studni), cenda (dziwy), odbit
(odgniot na nodze), odjarzanie (orka letnia), motowez (nitka do przewią­
zywania pasemek) posmyki (inaczej włoki, na który wkłada się pług,
gdy jadą w pole orać), orazny kamień (strzałka piorunowa).
Często autor nie wie, jak wyraz brzmi w gwarze ludowej i podaje
go mylnie. Podług niego dajać = doić (Będę ci krówki dajała), a tym­
czasem ma być dajać. Mamy grat, nadołek, nawój, i t. p. a powinno być
grat, nadołek, nawój. Niekiedy objaśnienie wyrazów jest mylne albo nie­
dokładne. Kądziel, Kądziołka nie jest bynajmniej przyrządem do przę­
dzenia; powiedzieć zaś, że podkulek to część wozu, to dla nieznających
rzeczy objaśnienie za ogólne.
S. Matusiak.

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.