229a69ac125572de418749d209723e48.pdf
Media
Part of Krytyka i sprawozdania, cz. 1 / Lud, 1908, t. 14
- extracted text
-
KRYTYKA I SPRAWOZDANIA.
—ocr=x>—
Dr. Michał Żmigrodzki: Lud. Polski i Rusi wśród Słowian i Aryów.
Księga I. Obrzędy weselne. Kraków, 1907.
Każdy, komu na sercu leży rozwój folkloru polskiego, z radością
weźmie do ręki książkę dra Żmigrodzkiego w nadziei, że znajdzie tam
syntezę tego, co dotychczas jest rozprószone w licznych artykułach i mo
nografiach cząstkowych, a radość jego wzrośnie, gdy na końcu pi zedmowy przeczyta, jakie to jeszcze działy autor obiecuje opracować. Do
czekamy się więc niedługo dzieła, które otworzy nowy okres w historyi
naszych badań ludoznawczych! Niestety, już przy czytaniu idącego po
przedmowie wstępu, zapał czytelnika słabnie, natomiast coraz bardziej
wzrasta uczucie zawodu i rozczarowania tak, że po przeczytaniu książ i
rodzi się żal, że autor, poświęciwszy na jej napisanie tyle pracy i dobrych
chęci, ogromnie obniżył jej wartość i to w znacznej części „z dobrawoh ,
jak lud nasz mówi. Gdyby autor, jak to sam pisze, zadowolmł się tylko
zestawieniem materyału i powstrzymał się od wszelakich uwag c ara
kteru etnologicznego mimo, że ich całe szeregi gwałtem mu się cisnę y,
a dodam też od siebie, gdyby tego zestawienia materyału dokonał syste
matycznie i porządnie, książka jego miałaby niepoślednią wartość. lymczasem widocznie autor ma słuszność, pisząc, że ogromna częśc jego
pracy stworzyła się sama bez jego woli — możnaby powiedzieć, wbrew
jego woli, co właśnie — znowu dodaję od siebie — odbiło się bardzo
niepomyślnie na samej pracy. Autor więc, zapewne wbrew woli, nie
powstrzymał się od wypowiadania uwag charakteru etnologicznego, a to
zmusza mię przedewszystkiem do oceny jego zasadniczego stanowiska
naukowego.
.
.
Według dra Żmigrodzkiego, można postawić cztery epoki poKarmowe dla starożytności etnologicznych: w pierwszej epoce swego roz
— 186 —
woju człowiek żywił się owocami, korzonkami ziół i surowem lub wpół
upieczonem mięsem. To jest pierwsza epoka surowego pokarmu. Z niej
idą najstarsze tradycye ludzkości: o Bogu, o raju, o złotym wieku, o nie
posłuszeństwie Bogu i w ogóle o grzechu, który poszedł od szatana,
przeciwnika Boga“. Jeżeli nawet pominiemy dotychczas niestwierdzone
przypuszczenia o istnieniu człowieka w okresie trzeciorzędowym i ogra
niczymy się tylko do epoki czwartorzędowej, a zestawimy to, co dr.
Żmigrodzki pisze, z obrazami odtworzonemi na podstawie licznych wy
kopalisk, uderzy nas olbrzymia różnica. Wykopaliska te nas uczą, że im
dalej cofamy się w przeszłość, tern nędzniejsze życie prowadził człowiek,
tern ciężej mu było zdobywać środki żywności, tern więcej niebezpie
czeństw zewsząd go otaczało, tern mniej był rozwinięty umysłowo; dr.
Żmigrodzki twierdzi, że ziemia była dla niego rajem, a duch ludzki
wzniósł się aż do zrozumienia jedynobóstwa i takiego ustalenia dogma
tów religijnych, iż te już nigdy nie wygasły w zupełności, lecz przecho
wane zostały w postaci tradycyj ludowych aż do dnia dzisiejszego. Ta
zasada dra Żmigrodzkiego jest jego artykułem wiary, ale nie przekona
niem, opartem na badaniach naukowych; jest to jego tezą, ale nie syn
teza; pragnie on tej tezy dowieść w szeregu prac archeologicznych
a obecnie i w tej etnologicznej, ale robi to w sposób, który w nauce
nosi miano nakręcania faktów według widzimisię badacza. Nie chcę tu
powiedzieć, aby dr. Żmigrodzki przekręcał fakty, nieraz jednak opacznie
je tłumaczy. 1 ak np. w jednej z prac archeologicznych wielkie symbo
liczne znaczenie przypisuje temu, że patryarcha Jakób, błogosławiąc
synów Józefa, przełożył na krzyż ręce, gdy tymczasem owo przełożenie
rąk musiało nastąpić z przyczyn zupełnie naturalnych: Józef, przypro
wadziwszy synów do łoża Jakóba, postawił ich tak, aby Jakób mógł
prawą rękę położyć na głowie starszego, lewą zaś na głowie młodszego;
ponieważ zaś Jakób chciał dać większe błogosławieństwo młodszemu^
musiał skrzyżować ręce, by dłoń prawą położyć na jego głowie. Podobnie
fałszywych tłumaczeń w zastosowaniu do zwyczajów i obrzędów ludo
wych znajdziemy dość i w książce niniejszej, a występują one zawsze
tam, gdzie jakiś fakt przemawia przeciwko z góry powziętemu przez
autora poglądowi.
Dopiero w drugim okresie rozwoju ludzkiego człowiek według
autora zaczyna się organizować społecznie, „wiążąc ściślejsze związki
rodzinne wokoło ogniska w namiocie, przy trosce o wspólną własność,
z myślą o potomstwie. Tu początek tradycyj rodzinnych“. Zdaje się
przeto, że autor nie uznaje i starania rodziny w okresie pierwszym;
czyżby dlatego okres ten nazywał rajskim ? Otóż w owym drugim okre
sie człowiek zaczął odbudowywać stracony raj serca, znajdując szczęście
w pracy. Był to okres hodowli zwierząt; podstawą materyalną ówcze
snego życia było mleko, masło ser - jego treścią duchową były dzieci
Następuje potem przechodnia trzecia epoka kaszy, kiedy człowiek już
się osiedlił na jednem miejscu i począł orać glebę. „Była to epoka,
w której rodzinne związki przy osiedlaniu się coraz więcej się zacieśniały,
trzeba było wyrobić jakieś stałe formy i symbole dla nich i wtedy to
dogmatyzuje się wszelki rytuał obyczajowo religijny". Autor twierdzi
— 187 —
tak na zasadzie, że „nie spotkamy niemal jednej tradycyi rodzinnej,
w rytuale której nie grałaby bardzo ważnej roli kasza“. Kasza więc jest
podstawą tej chronologii, według której rytuał nie wytwarzał się nie
ustannie od czasów najdawniejszych, symbole nie wyrosły z czynności,
pierwotnie mających nie symboliczne, ale realne znaczenie, wypływające
z praktycznych wymagań życia, lecz wszystko to zostało utworzone
umyślnie i sztucznie. Nareszcie nastaje okres Żarek i młynów, czwarta
epoka chleba, i co się dalej dzieje, posłuchajmy słów samego autora:
„Młyn również jest świadectwem, wcale już nie pierwotnych sto
sunków społecznych, młyn nie może istnieć bez okolicy, pożądającej
lepszego pieczywa. Że zaś z rozwojem stosunków społecznych głowa
pierwotna, że tak powiem, bezwiedna poezya, do dziedziny której należy
bezwarunkowo wszelka symbolika, wszelki rytuał religijny i obyczajowy,
wskutek tego możemy zaledwo tu i owdzie wskazać na jakiś obyczaj,
o którym moglibyśmy stanowczo powiedzieć, iż on był wyrobiony już
w ostatniej epoce“. Wszystkiemu więc ten nieszczęśliwy młyn był winien!
Dziwna rzecz jednak, że autor, przypisując tak wielkie znaczenie kaszy,
zapomina tu znowu o Chlebie obrzędowym, o jego przygotowywaniu,
o różnych korowajach, o których tak szeroko rozpisuje się w pierwszych
kilku rozdziałach. Ale jest jeszcze jeden najnowszy okres twórczości
ludowej: od wprowadzenia chrześcijaństwa do wieku XVI, kiedy to za
częło się rozpowszechniać użycie tytoniu! Dlaczego tytoń tu przejmuje
tę rolę, którą niegdyś miał odgrywać, tego nam autor wyraźnie nie wy
jaśnia, napomyka tylko, że przecież w starych rozwalonych młynach
djabeł tabakę miele. W końcu tego rozdziału a zarazem i książki autor
wygłasza bardzo rozumne zdanie: „Jeżeli archeolog powinien być bar
dzo ostrożnym w swej klasyfikacyi, to etnolog winien być przy swojej
pracy dziesięć razy ostrożniejszym“. Święta prawda! Szkoda tylko, że
autor doszedł do niej już post festum. Inaczej nie przyplątałby tu ty
toniu, a może natomiast powiedział by co o piwie i zwłaszcza wódce,
która podobnie jak chleb, a więcej niż tytoń, ważną odgrywa rolę nie
tylko na uczcie weselnej, ale i w samych weselnych obrzędach, szcze
gólnie na omówinach i zaręczynach.
Wracając jednak do zasadniczego stanowiska autora, musimy je
określić, jako nie licujące już zupełnie z dzisiejszym poziomem nauki.
Autor bowiem jest przekonania, że człowiek ze stanu błogosławionej
prostoty, upiększonej bezwiedną poezyą i szczęściem rajskiem, potem
wychodzi, i zamiast się doskonalić, ulega demoralizacyZ. Wracają więc
w książce dra Żmigrodzkiego marzenia utopistów wieku XVIII, wyrosłe
pod wpływem poglądów Jana Jakóba Rousseau, wracają zagrzebane
w stuletniem pyle teorye hr. Józefa de Maistre, który kiedyś z taką
samą pewnością siebie, jak dziś dr. Żmigrodzki gromił współczesnych
etnologów, że starali się uzasadniać „banalną hypotezę o stopniowym
postępie ludzkości od barbarzyństwa do cywilizacyi“. Dziś tak samo
dr. Żmigrodzki nie wierzy, aby z dziczy aryjskiej mogła się wyrodzić
łagodność obyczajów, ale raczej sądzi, że na Aryów spadły demorali
zujące wpływy dzikich ludów. Zkąd się wzięły te dzikie ludy? czy także
jakimś innym demoralizującym wpływom wcześniej od Aryów uległy, czy
— 188 —
może jednocześnie na świecie z idealnymi Aryatni prototypy dzikusów
się wytworzyły? o to autora głowa nie zaboli. On po za Aryami nic nie
widzi, nic wiedzieć nie chce, nie zapyta, skąd się ci Aryowie wzięli, czy
nie tworzyli z innymi, owymi dzikimi szczepami jakiegoś dawniejszego
pranarodu. Ostatnimi czasy wygłaszano nieraz na podstawie spostrzeżeń
lingwistycznych poglądy, że nie jest niemożliwem przypuszczenie o po
krewieństwie językowem Aryów a Semitami a nawet z Turańczykami.
Typ antropologiczny jednolity aryjski nie istnieje, lecz mamy tylko mie
szaninę najrozmaitszych typów, wobec czego antropologia, stwierdziła,
że jedność językowa, a jedność pochodzenia plemiennego, to dwie rzeczy
zupełnie różne, a dr. Żmigrodzki, o tern wszystkiem nie wiedząc, mówi
o Aryach, jako o jednym szczepie, niejako ze wspólnych prarodziców
biorącym początek.
Drugiem zadaniem charakteru etnologicznego, które autor w niniej
szej książce usiłuje wyjaśnić, jest kwestya kupowania lub porywania
żony. 1 znowu tutaj dr. Żmigrodzki nie zgadza się z powszechnie przy
jętymi dziś przez etnologów poglądami, że im dalej wstecz się cofamy,
tern mniejszą rolę w małżeństwie odgrywa dobrowolna zgoda lub nie
zgoda dziewczyny. Owszem, wydaje się, jakby dla niego wszelki przymus
do wyjścia zamąż za niekochanego był dopiero wytworem wyższej kul
tury, z naciskiem bowiem powtarza, i„ w najpierwotniejszych plemionach
czy to dziś żyjących, jak Australczycy, czy też takich, o których mamy
wiadomości historyczne, jak dawni Erewlanie, wolna wola dziewczyny
rzecz stanowczo rozstrzyga i rozstrzygała. To, co innym etnologom
w obrzędach weselnych przedstawia się jako przeżytek dawniejszych
realnych stosunków społecznych, dr. Żmigrodzki oświetla z własnego
stanowiska. Było by to wielką jego zasługą, gdyby dowiódł tego, czego
dowieść zamierzył, lub wreszcie, gdyby choć w pewnym stopniu uza
sadnił swój pogląd odrębny, aby go można było uznać za prawdopodobną
hypotezę.
Przystępując do tej sprawy, autor ani słowa nie wspomniał o ezoteryzmie i egzoteryzmie i o wielu innych zagadnieniach, wiążących się
bezpośrednio z rozpatrywanem przez niego pytaniem, lecz, jak to zaraz
zobaczymy, załatwia się z tern w sposób najprostszy i dla siebie najwy
godniejszy: zmienia zdanie, waha się, zbywa rzecz tyle czasu, aby
wreszcie wydać ostateczny wyrok o tyle bardziej stanowczy, o ile mniej
przez czytelnika spodziewany. Stosuje się to przedewszvstkiem do przy
puszczalnych tradycyj kupna, bo w sprawie porywania żon autor ma już
z góry więcej ustalone poglądy. Więc gdy swat chodzi po wsi, szukając
dziewczyny, a pytając o jałoszkę, autor mówi: „To prawda, że myśl
kupna jest tu najbliższą, ale to jeszcze nie jest tradycyą kupna“. Dalej
pisząc, że pan młody płaci, kładąc pannie młodej cztery monety: na trze
wiku, na kolanie, na ramieniu i na głowie, dr. Żmigrodzki stawia tylko
pytanie bez odpowiedzi: „Czyżby to było pozostałością handlu kobie
tami? Czy on był kiedy u nas? Płacenie pieniędzy po oczepinach jest
znowu „bardziej wyłudzaniem pieniędzy od weselników, a szczególnie
od pana młodego, który w tym dniu jest drzewem, z którego łyko daje
się drzeć, więc ludzie drą, a zawsze na rachunek panny młodej". Na-
— 189
stępnie znów czytamy: Jest jeszcze jeden ślad rzeczywistej sprzedaży
dziewczyny, i to w tym charakterze, jak to widzimy u wielu ludów pół
dzikich, gdy dziewczyna za cześć sobie uważa jej wielką cenę: dróż się,
tatulu, dróż! żądaj 100 czerwieńców, wtedy mię młodą oddasz. Pomijając
tę jedną tradycyę wyjątkową (autor już zapomniał o kładzeniu pieniędzy
na osobie panny młodej), wszystkie inne trzeba nazwać zabawami na tle
domowego gospodarstwa z myślą o bydlątku“. Wreszcie czytamy: „Sądzę,
że zestawione tu fakta świadczą jak najjawniej, że ze sprawą tradycyj
o przedawaniu panny młodej mężowi trzeba być u nas, co^ najmniej,
ostrożnym, a stanowczo zaprzeczam rodzimego im charakteru“. Po tym
wyroku, wydanym na str. 94 autor jeszcze przy sposobności wraca do
tegoż przedmiotu, pisze więc na str. 104: „W analogii ku temu (1) trzeba
również powiedzieć — kto widział starającego się, któryby przynajmniej
jabłko czy gruszkę (!) nie przyniósł rodzicom ukochanej lub też i jej
samej? Czyż każdy podarek uważać za przeżytek kupna? Więc i cała
rodzina ją kupuje, bo jej podarki dają i robią składki na nią . Nawiasem
tu trzeba zauważyć, że kupno dziewczyny nie przez zalotnika, ale przez
całą rodzinę, czy ród jego nie jest czemś niesłychanem, jak to się auto
rowi zdaje. Gdy młody na Rusi wykupuje siostrę od braci a chór wtedy
nazywa brata tatarem, który siostrę sprzedał za talar, autor dodaje: „1 u
mamy jawny dowód przyjęcia tego z obczyzny“ (str. 159). Gdy według
rytuału południowo słowiańskiego pan młody wypłaca przy weselu pie
niądze, te według autora „nie są wcale ceną kupna, lecz wprost przymu
sowym podarkiem“, ponieważ suma ołpacana jest zależną od ilości krew
nych, a przeto w każdym wypadku się zmienia. Natomiast o ile me cho
dzi o Słowian, autor łatwiej godzi się z obyczajem sprzedawania kobiety
mężowi: pisząc na str. 170 o rzymskiej formie zaślubin, zwanej Coemtio ,
gdy po uiszczeniu pewnej zapłaty ojcu prawa jego za córkę (do cor i.),
które były bezgraniczne, przechodziły na męża“ wiadomości tej me za
opatruje w żaden komentarz, choć przecież Rzymianie byli Aryjczykami .
Toż samo dotyczy Grecyi str. 273): „Dawniej był zwyczaj, że młody
płacił ojcu, lecz od Solona ten zwyczaj się zmienił i młoda dostawała
posag“, oraz w czasach nowożytnych (str. 291): „tylko w najmniej cywi
lizowanych Majnotów jest zwyczaj płacenia za narzeczoną'. Więc autor
godzi się z obyczajem kupna dziewczyny, o ile to dotyczy niesłowiań
skich plemion, Słowianie jednak, choć z temi plemionami mają wspólne
pochodzenie, takich brzydkich rzeczy nie praktykowali, dopoki od 1 a arów się tego nie nauczyli.
,
.
.
Podobne jest stanowisko autora w sprawie porywania dziewczą
po zwykłych wahaniach i zapytaniach bez odpowiedzi, „co tu rodzime,
co naleciałe“, autor zdaje się skłaniać, że Aryowie może porywali
dziewczęta, choć dodaje do tego znaczące zastrzeżenia: „Nawet muzuł
manin Arya zapytuje kobietę, czy pozwala siebie chwycić przemocą^
W tern widzę dowód, że jeżeli nasze plemię Aryow było kiedyś tak
dzikie — co wcale nie jest koniecznością — że jego stotunki płciowe
były najzupełniej zwierzęce (!) na przemocy i gwałcie oparte, to stan
ten był gdzieś tam w tak niezmiernie dalekiej pzeszłości, ze nawet obc
wpływy w tym kierunku nie mogły w duszy naszej obudzić wspomnienia
— 190 —
tego charakteru“. W innem miejscu jednak (str. 185) autor upewnia, źe
rzeczywiste porywanie mamy tylko u muzułman, południowych Słowian,
wskutek wpływu Turków. Natomiast gdy chodzi nie o Słowian, autor
zaznacza fakt, nie powołując się na wpływy obce: mówiąc o Włoszech,
uznaje, że „porywanie dziewcząt nie jest rzeczą rzadką“ (str. 276), a także
o Grecyi: „Są także ślady rabunku kobiet, jak to tłumaczą niektórzy
uczeni“ (str. 291). To negacyjne stanowisko autora wypływa widocznie
stąd, że istotnem porwaniem w jego oczach może być tylko takie, które
bez żadnej zewnętrznej przyczyny się praktykuje jako obyczaj, jako rzecz
tak sobie powszechnie przyjęta. Pisze on bowiem: „To się rozumie, że
jeżeli młodżi wzajemnie się bardzo pożądają, a rodzice nie chcą zezwo
lić, to albo on ją porywa, albo ona do niego ucieka — to wcale nie
jest przeżytkiem, to rzecz odwieczna a codzień nowa. Przed kilku laty
taka para uciekła z Paryża automobilem, a telegrafem dała znać o swo
ich zamiarach... Dziewczyna jest córką całego rodu... Dajmy na to, że
ród przeznaczył ją dla kogoś upatrzonego...“ junak odrzucony przez ród
porywa ją... jej ród zerwie się na koń, poleci za nim i t. p. (str. 186).
Zapytam teraz autora, czy nie przypuszcza, żeby stosunki takie, które
dziś do wyjątkowych należą, a nawet już w starożytności dość odległej
takiemi były (por. np. podanie o porwaniu Sabinek), nigdy i nigdzie nie
trwały przez czas dłuższy? Sam autor uznaje, że dziewczyna może na
leżeć do rodu i ten naturalnie chce ją zatrzymać dla siebie, uznaje też
że i bogowie rodowi mieli do niej prawo (str. 289) to więc co później
stało się niejako udawaniem wobec rodu a naiwnem oszustwem wobec
bogów (t. j. udawanie gwałtu), zawsze takiem tylko pozorem być miało?
Jeżeli tylko uznamy prawo rodu i bogów rodowych, musimy konse
kwentnie uznać, że początkowo ani ród dobrowolnie nie godził się nigdy
na oddanie dziewczyny ludziom cudzym z obcego rodu, ale ta musiała
być porwana gwałtem, co potem przy złagodzeniu sprzeczności rodowych
zastąpiono przez odszkodowanie czy kupno; ani bogów nie starano się
oszukać, dopóki właśnie nie utrwalił się obyczaj kupna; gdy ten nastał,
ród pocieszał się zapłatą, a bogowie zadawalniali się odgrywaną przed
nimi komedyą Taka sama ewolucya od gwału do zapłaty dokonała się
w innej dziedzinie stosunków społecznych, mianowicie w obyczaju
wróżby. Gdyby autor zechciał historyę małżeństwa badać w związku ze
stopirowem rozluźnianiem się organizacyi rodowej, znalazłby mnóstwo
dowodów, zbijających jego tezę. On wołał jednakże uciekać się do takich
ogólnikowych uwag jak następująca: „Co w fakcie rabunku jest takiego,
coby lud mógł otoczyć religijnym pietyzmem i wcielić do rytuału kulto
wego? Poco bawić się w symbolizowanie sprawy w tym wieku, w któ
rym tę.sprawę można najrealniej i najbrutalniej praktykować? (str. 285).
Tu już dr. Żmigrodzki zapomina i o potrzebie tej komedyi wobec bo
gów, i o tern także, iż wszelkie inne obrzędy z tego punktu widzenia
byłyby nieusprawiedliwione, a przecież jest miedzy nimi mnóstwo ta
kich, których ani etnolog żaden, ani sam lud nie rozumie, a mimo to
pozbywa się izh wbrew wpływom kultury kosmopolitycznej badżo powoli.
Dr. Żmigrodzki całe pół rozdziału (str. 94—104) poświęca zupełnie zby
tecznym dowodzeniom, że porwanie następuje tylko wtedy, gdy odbywa
— 191 —
się bez zgody dziewczyny, a to nigdy nie zachodzi. Najprzód bowiem
taki pogląd na porwanie jest zbyt ciasny: porwanie jest gwałtem popeł
nionym na właścicielu rzeczy porwanej; porwanie gwałci prawa rodziny,
rodu, plemienia, ale nie koniecznie prawa osoby porwanej. Powtóre autor
swojej tezy, i w tym wypadku fałszywej, broni w sposób doprawdy za
bawny. Na str. 97 czytamy: „Idźmy w lasy Australyi. Dziewczyna ucieka
w las, i to rzecz wiadoma, że gdy nie chce być złapaną, to i nie będzie.
Gdy mężczyzna ją dopędza, bije maczugą po głowie, ona pada zemdlona...
oto oświadczyny, zaręczyny i ślub. Z omdlenia budzi się mężatką i nie
wolnicą. Oto jest szereg obrazów, których główną treścią junactwo, nadmiar sił młodzieńczych, które w ten lub inny sposób muszą wykipieć“.
Powtórzę tu za drem Żmigrodzkim pytanie: Co w tej ceremonii ślubnej
podoba się dziewczynom australskim, tak, że bawią się w takie symbo
lizowanie sprawy, która może być załatwiona w sposób mniej brutalny?
Pozatem dr. Żmigrodzki niektórymi szczegółowymi poglądami
wprawia czytelnika w zdumienie: przedewszystkiem na str. 65 wzbogacił
mitologię słowiańską nowym bogiem, który nazywa się Pokuć; na str.
135 przypisuje nazwie „kniaź“ znaczenie głowy rodu, „bo Orest Miller
profesor starorosyjskiej literatury w Petersburgu wyprowadza tę nazwę
z sanskrytu (!) od rdzenia gan (!), znaczy: rodzić; (dla nielingwistow
dodaję objaśnienie, że wyraz ten jest zapożyczony z niemieckiego: kuning). Ale nietylko wyrazy słowiańskie wywodzi autor za Orestem Mille
rem z sanskrytu, lecz także i panteizm, „który jest główną zasadą mitologij wszystkich ludów naszego plemienia“ wyprowadza z Indyj, a i naszą
praaryo-europejską ojczyznę upatruje w gorących krajach Wschodu,
stwierdzając to następującą uwagą: „przypatrzmy się, ile w naszyć ponocnych rytuałach jest wspomnień ciepłego klimatu, które byłyby ziwactwem niezrozumiałem, jeżelibyśmy ich nie wzięli ze wspomnienia
starej siedziby na Wschodzie“. Przypatrywałem się tym rytuałom, ale mc
się dopatrzeć nie mogłem, natomiast wiem, jakie mnóstwo dowodow
przemawia za tern, że praojczyzną aryjczyków nie był kraj ciepły, lecz
raczej chłodny a przynajmniej umiarkowany. I pod tym więc względem
dr. Żmigrodzki pozostaje w niezgodzie z nowszemi wynikami nauki.
Do przeglądu rytuałów aryjskich autor wciąga także rytuał estoń
ski, gdyż w Estonii, jako w kraju, otoczonym przez siedliska Aryjczy
ków, zachowała się pewna ilość zapożyczonych od Słowian zwyczajów,
gzieindziej w Słowiańszczyźnie zagubionych, a co najmniej, zatartyc .
Ponieważ jednakże nie przytacza zarazem czystego rodzimego rytuału
fińskiego, przeto ani czytelnik, ani sam autor nie ma podstawy do oce
nienia, które zwyczaje estońskie, różniące się od słowiańskich, są pocho
dzenia słowiańskiego, które zaś wytworzyły się na rodzimym fińskim
gruncie. Z tej przyczyny i ten rozdział, jak i wszystko inne, o erem by a
dotychczas mowa, okazuje się zbytecznym w książce, której zadaniem
było tylko zestawienie materyału, dotyczącego ludów sławianskich i in
nych aryo-europejskich. Natomiast brak jest rytuałów: skandynawskich
z duńskim, hiszpańskiego z portugalskim, albańskiego ormiańskiego
cygańskiego, które dla pełności obrazu rytyałow aryjskich znalesc by się
tu powinny.
19Ź
Zobaczmy teraz, jak autor wywiązał się z tej części zadania, którą
wykonał dobrowolnie, a nie wbrew swojej woli. Zamierzył on dać nam
zestawienie materyału według ludów. Do pierwszych dwu iozdziałów
zebrał ten materyał bardzo pracowicie z szeregu opisów weselnych pol
skich i ruskich, ogłoszonych przez Kolberga, Glogera, Gołębiowskiego,
Federowskiego, Czubińskiego, Krakowską Akademię Umijętności, redakcyę „Wisły“ i t. d. Inne rozdziały mają przeważnie lub wyłącznie cha
rakter kompilacyjny, co jest rzeczą zupełnie naturalną i słuszną. W pierw
szych dwu rozdziałach autorowi chodziło o to, ażeby połączyć w jednym
obrazie wszystkie obrzędy weselne praktykowane w różnych miejsco
wościach według następujących po sobie stadyów wesela od zalotów aż
do końca uroczystości. Mamy tu więc opisane: zaloty, zmówiny i zarę
czyny, chleb obrzędowy, dziewiczy wieczór, wyjazd na ślub, ślub w ko
ściele, powrót od ślubu, ucztę weselną i zabawy, oczepiny, pokładziny
i przenosiny. Po każdym nawet mniejszym ustępie autor zaznacza, z któ
rych materyałów korzystał, przeto w większości wypadków można nawet
wiedzieć, w jakich poszczególnych okolicach pewne zwyczaje bywają
zachowywane. Zdawało by się przeto, że tu już nic nie znajdzie się do
zarzucenia.
I znowu muszę powiedzieć: niestety! Jakieś fatum podsuwa drowi
Żmigrodzkiemi nieszczęśliwe pomysły, które najlepiej zamierzoną pracę
psują. Właśnie rozdział pierwszy, dla nas najciekawszy, a noszący za
główek: „rytuał polski“ rozpoczyna autor zdaniem następującem: „Ten
pierwszy rozdział uważam za odnoszący się nietylko do Rusi (!) i Polski,
ale w ogółe do Słowiańszczyzny, bo duch jest jeden i ten sam wszędzie
a podobny w całem naszem plemieniu Aryów“. 1 istotnie zamiast rytuału
polskiego mamy tu mixtum compositum obrzędów polskich, najzupełniej
poplątanych z białoruskiemi i małoruskiemi. Co chwila spotykamy tu
wyraz ruski, obyczaj ruski, często wcale nie zaznaczany jako ruski, bo
przecież duch jest jeden w całej Slowiańszczyźnie! Jakaż racya wobec
tego skłoniła autora do poświęcenia osobnego rozdziału rytuałowi małoruskiemu, osobnego znów — wielkoruskiemu i innym słowiańskim?
Każdy inny, choć traktowany krócej, stanowi jednolity obraz etnogra
ficzny, jeden tylko polski wyszedł mocno zabarwiony elementem ruskim
i to tak skutecznie, że przedstawia materyał prawie zupełnie nieuży
teczny dla dalszych badań. Tu już autor samochcąc zepsuł własne
dzieło.
Gdyby dr. Żmigrodzki, zamiast przetłumaczenia tej książki na język
francuski lub niemiecki, jak to zapowiada, zechciał przerobić ten sam
pierwszy a następne napisać według tego, jak zapowiedział, t. j. zestawić
materyał systematycznie według obszarów ściśle etnograficznych, oddałby
wielkie usługi naszej nauce. W końcu jeszcze dodam, że i język autora,
jak to zresztą widać z przytoczonych przeze mnie cytat, nie odznacza się
poprawnością.
Jan Łoś.
— 193 —
Revue des Études Ethnographiques et Sociologiques, publiée
soas la directon de Arnold van Gennep. Paris, Librairie Paul Geuthner.
68 Rue Mszarine. Styczeń-Luty 1908. Stron 1—128.
Tytuł nowego pisma określa dostatecznie zamierzoną treść jego,
Prócz rozpraw REES obejmować będzie opisu przedmiotów, krótkie za
wiadomienia, korespondencye, biografię, wiadomość o osobach, instytucyach, kongresach i t. p. Program podnosi, że dopuszczone będą m. in.
prace z zakresu archeologii, prawa porównawczego, nauki o religiach,
historyi sztuki“. Śledzić będziemy - czytamy również — ile możności
dokładnie ruch naukowy w krajach słowiańskich, prace ro
syjskie, polskie, czeskie, ruskie, bułgarskie i t. d., ponieważ brak
organu francuskiego, któryby je oceniał zgodnie z ich wartością . REES
wydawane będzie w języku francuskim, ale wolno również nadsyłać arty
kuły angielskie, niemieckie i włoskie. Listy i rękopisy adresować należy.
M. A. van Gennep, 56 rue de Sevres, Clamart pres Paris, Seine (France),
książki, pisma, druki i pieniądze do księgarni Genthnera. Redakcya płaci
honorarya 1 fr. 25 za stronę, a autorzy otrzymują 25 odbitek z rozpraw,
10 zaś z krótkich zawiadomień. Prenumerata 20 fr. rocznie, a 22 fr. za
granicą. W pierwszych dwu zeszytach REES znajdujemy pracę J. G. Frazera z Cambridge p. t.“ St. George and the Parilia“, wyjętą z pozwole
niem firmy Macmillan i Sp. z III wyd. „Golden Bough“ tegoż autora: jest
to zestawienie starorzymskiego święta pasterskiego Paliliów (21 kwietnia)
z wschodnioeuropejską uroczystością św. Jura (23 kwietnia). P. Maurice
Delafosse z Wybrzeża Kości Słoniowej opisuje lud Siena albo Senufo.
P. Karol Boreux przedstawia badania swoje nad garnkami Egiptu przeddynastycznego; Andrew Lang zamieścił artykuł o egzogamii, a Gabrie
Ferrand z Sztutgardu o kalendarzu Malgaszów na Madagaskarze. Nadto
rozbiory krytyczne, bibliografia i przegląd przeglądów.
Tad. Smól.
Lud. Rocznik XIV.
13
