29e095a2e4367464796862db22b212eb.pdf

Media

Part of Początki własności intelektualnej / Lud, 1911, t. 17

extracted text
LUDWIK KRZYWICKI.

Początki własności indywidualnej.
Pojęcie własności wspólnej a niczyjej. Sposoby użytkowania z obszaru
plemiennego zaczynają się różniczkować już w okresie myśliwskim. Indywidualizacya użytkowania jest zwiastunką własności prywatnej. Jak
zrąb ustroju osiadłego wyrasta z okresu myśliwskiego.

W zasadzie, obszar plemienny, oraz wszystko co na nim
rośnie i żyje, jest w okresie pierwotnym otwartą dla wszystkich
skarbnicą, z której w miarę potrzeb swoich każdy czerpie i czer­
pać może, a skarbnica ta pozostaje w niektórych swoich czę­
ściach składowych takiem dobrem wspólnem nawet w później­
szych, wyższych fazach rozwoju. Z tego powodu zwykle mówią,
iż w okresie pierwotnym ziemia i jej płody były własnością
wspólną (res commuais), ale w ostatnich czasach usiłowano te
stosunki okresu pierwotnego oświetlić nieco z innego stanowi­
ska. Znaleźli się badacze, którzy występują przeciw oświetleniu
tego stosunku człowieka do ziemi jako własności zbiorowej,
wspólnej, przeciwstawiając pojęciu powyższemu inne — wła­
sności niczyjej1) (res aulliuś). W istocie rzeczy jednak, o ile
’) N. p. R. Hildebrand w pracy swojej „Recht und Sitte auf den
verschiedenen wirthschaftlichen Kulturstufen“ (Jena 1896), ale nadewszystko
Fustel de Coulanges i Denman Ross.

— 1 —

Ludwik Krzywicki

nie wykraczamy poza ustrój pierwotny, chodzi w tym sporze
raczej o wyrazy niż o treść. Z jednej strony, stosunki właściwe
temu okresowi nie doczekały się wśród swoich przedstawicieli
sformułowania za pomocą wyraźnych definicyi prawnych, i ka­
żdy z plemieńców, korzystających z tej skarbnicy wspólnej,
gdyby wezwano go do rozstrzygnięcia owego sporu, nie umiałby
dać na to odpowiedzi i nawet nie rozumiałby doniosłości jego,
ani wymaganej przez prawników naszych ścisłości określeń.
W wielu razach może odrzekłby, że zwierzyna tułająca się po
obszarze plemiennym, owoce tam rosnące, wreszcie sama zie­
mia są niczyje. Z drugiej strony, udzieliwszy takiej odpowiedzi,
każdego obcoplemieńca będzie on jak i dawniej uważał za
przestępcę, gdy ten będzie polował na tym »niczyim« obszarze
plemiennym, i ukarze go prawdopodobnie śmiercią.
Niekiedy może nie tyle człowiek pierwotny, ile pisarze
źródłowi zawinili, wprowadzając pojęcia sprzeczne a niewątpli­
wie obce duchowi plemiennemu. N. p. Heckewelder pisze, że
według czerwonoskórych wielki duch stworzył ziemię i wszystko,
co ona zawiera ku powszechnemu dobru całej ludzkości. »Je­
żeli kraj zaludnił obficie zwierzyną, uczynił to dla korzyści
wszystkich, nie zaś niewielu. Wszystko dał pospołu synom
ludzkim. Cokolwiek żyje na ziemi lub wyrasta z jej łona, co­
kolwiek przebywa w rzekach i wodach, wszystko to dał dla
wszystkich pospołu, i każdy ma prawo do części swojej« '). Ale
ten sam pisarz wykazuje, iż biada śmiałkowi z plemienia ob­
cego, który wkroczy na obszary sąsiadów...
Obszar plemienny jest więc skarbnicą dóbr, z których tylko
plemieniec ma prawo użytkowania. W tym to zakresie, t. j.
tylko wewnątrz grupy plemiennej, może być mowa o tern, iż
płody ziemi są własnością niczyją, t. j. są dostępne dla wszyst­
kich, gdy w stosunku do innego plemienia rzecz jest wyraźnie
postawiona, iż noga obca nie będzie nawet po tej skarbnicy stąpała.
Poczucie to — jednakowego prawa plemieńców do skarbnicy ple­
miennej — jest w okresie pierwotnym bardzo silne, a dotyczy
zarówno zwierzyny jak i roślin. Doczekało się nawet jędrnego
sformułowania w odezwaniu się jednego z wodzów australij­
skich do G. F. Moore’a, przedstawiciela kolonii Victoria. Nie
możemy się powstrzymać od przytoczenia tej mowy prawie
w całości.
*) Heckewelder „Indian Nations“, Filadelfia 1876, 101.

— 2 —

Początki własności indywidualnej

«Po co wy, biali ludzie — mówił dziki syn AustraliiŁ) —
przyjeżdżacie na okrętach do naszego kraju i mordujecie bie­
dnych czarnych, którzy was nie pojmują? Posłuchajcie mnie!
Dzicy czarni nie rozumieją praw waszych; każde żywe stworzenie,
które chodzi po ziemi, każdy korzeń jadalny, który rośnie
w ziemi, są własnością wszystkich. Czarny za swoje uważa tylko
ubranie, oręż i imię swoje... Dziecko gdy jest o tyle krzepkie,
iż może udźwignąć dziryt, miota nim w każde żywe stworzenie,
które przebiegnie mu drogę, a gdy wyrośnie na męża, polowa­
nie jest jego głównem zajęciem. Nie pojmuje tego, iż zwie­
rzyna lub rośliny mogą do kogoś jednego bardziej należeć niż
do kogoś innego. Zdarza się, iż gromadka tubylców schodzi
z gór, wynędzniała i wygłodniała, i spotyka osobliwe zwierzęta,
które wy nazywacie owcami. Lecą dziryty, rozpoczyna się uczta.
Wtedy wy biali, przybywacie i mordujecie biednych czarnych...
I to samo bywa z naszemi biednemi a głodnemi kobietami:
przyzwyczaiły się do wydobywania z ziemi każdego korzenia
jadalnego. Kiedy wchodzą na wasze pola zasiane kartoflami,
kije ich pogrążają się w ziemi, a kartofle wychodzą na po­
wierzchnię i niebawem znajdują się w torbach. Wtedy wy, biali,
strzelacie do biednych, czarnych kobiet. »W tern odezwaniu się
drga w całej swej mocy tragicznej zatarg dwóch poglądów
wręcz odmiennych — jednego, właściwego naszym stosunkom
indywidualistycznym własności, drugiego, który zrodził się
z istnienia własności wspólnej czy niczyjej — mniejsza o definicyę. Wszystko co rośnie na ziemi, lub żyje na niej, należy
do wszystkich, zarówno jak i sama ziemia. 1 nawet w okresie
późniejszym, kiedy zamiast polować, człowiek będzie hodował
zwierzęta, i zamiast wydobywania dzikich korzeni, będzie upra­
wiał kartofle i uważał je za własność czyjąś, osobistą, pojęcia
dawne o owej skarbnicy plemiennej będą długo jeszcze istniały
w stosunku do ziemi; i rolnik z ojców, praojców jak Indyanin
z plemienia Moqui'ów, będzie twierdził, iż ziemia nie jest nasza
bardziej niż powietrze i woda*2). Pomimo pracy-wieków poglądy
te prastare przetrwały u nas. Na Żmudzi lasy większych wła­
ścicieli uchodzą za »bezpańskie«, za coś w rodzaju dobra
wspólnego, bo »włosy Adama praojca«, t. j. drzewa, rosną
’) Brough Smyth „Aborigines of Victoria“, II. 228—229.
2) J. Q. Bourke „Snake dance of the Moquis“, N. York 1884, 261

— 3 —

Ludwik Krzywicki

w nich same dla wszystkich jego potomków, a nikt z nich wy­
łącznie nie używa i posiadania swego czynem nie stwierdza.
Zbieranie jagód, grzybów, orzechów w obszernych lasach, po­
mimo zakazów, uchodzi nie za przestępstwo, jeno za godną
pochwały gospodarczość wieśniaczek chroniących dary boże od
zmarnowania tam, gdzie bez przyłożenia ich twardej ręki wiatr
by je sprzątnął. Ktoś rzekłby, iż Żmudzin w tym razie hołduje
jeszcze poglądom o kniei jako własności niczyjej. Ale, jak szy­
dło z worka, wyłazi pojęcie inne — ograniczenie tego prawa
tylko do Żmudzinów. »Bronić (do lasu) wstępu swojakom nie
wypada. Tylko Żydów, Niemców wypędzać z nich należy, gdyby
po swojemu plondrować tam spróbowali«1). I w kraju naszym
las jest poniekąd w pojęciach ludu rzeczą bożą. W Lubelskiem
(około Chmielnika) branie drzewa z cudzego lasu, szczególnie
leżaniny, nie uchodzi prawie za kradzież, tern mniej jeszcze je­
żeli las ów nie stanowi prywatnej własności2). A w Krakowskiem
mamy do czynienia z ciekawą gradacyą kradzieży, która wyro­
sła z tego samego podłoża zwyczajów prastarych. Lud tamtej­
szy kradzież z pod czyjejś strzechy uważa za grzech daleko
cięższy niż porwanie rośliny z pola, ogrodu lub lasu, ryby
z rzeki albo produktów, stamtąd do gumna i spiżarni przenie­
sionych i wogóle wszelkich produktów żywności. »Owszem, to
ostatnie za żaden grzech sobie poczytują. Bo mniemają, jakoby
Bóg stworzył świat zarówno dla wszystkich ludzi; ztąd też las,
pole, pastwisko, woda i t. p. służą do użytku wspólnego i nikt
nikogo ograniczać w tern nie ma prawa« — biorący takie rze­
czy to nie złodziej, ino »porwisz«, szkodnik, spędzisz3).
Ale wracamy do okresu pierwotnego.
Obszar plemienny i wszystko, co na nim rośnie i żyje,
jest wspólną skarbnicą ogółu plemiennego — jest współwła­
snością. Ale bodaj ludy pierwotne, chociaż często do rozpaczy
doprowadziłyby prawnika europejskiego niejasnością swoich
definicyi, umieją wysnuwać ze zwyczajów swoich wnioski, które
nadają ich poglądom o własności brzmienie bardzo stanowcze.
*) „Wisła“ XI. 554.
2) „Wisła“ III. 246, por. Kolberg, serya XX, „Radomskie“ 72.
3) Kolberg, serya V. (Krakowskie) 117—118 (por. tam zwłaszcza
uwagi). Przy okazyi przypominamy zasady Arabów : „Wszystko co samo
rośnie nie może stać się wyłącznie czyjąś własnością“. (V. Berghem.
„Propriété territoriale sous les premiers califs“, 13).

— 4 —

Początki własności indywidualnej

W zatargach z Europejczykami okazało się, iż przyznają żyjącemu pokoleniu tylko prawo użytkowania z tej rzeczy pospo­
litej, prawo zaś władania należy do plemienia rozciągającego
się w wiekuistość, a więc między innemi do pokoleń, które się
jeszcze nie urodziły i dopiero kiedyś przyjdą na świat, ażeby
korzystać z płodów obszaru plemiennego. Wiele plemion in­
dyjskich na tej podstawie odmawiało sprzedaży gruntów białym
przybyszom; przecież nie możemy — mówili — rozporządzać
mieniem tych, którzy jeszcze nie pojawili się na świat ’). Maorzy zaś w N. Zelandyi, sprzedawszy ziemią Anglikom, po przyj­
ściu na świat każdego nowego plemieńca, wymagali, ażeby im
coś dorzucono do kwoty umówionej. »Sprzedaliśmy tylko swoje
prawa osobiste, lecz nigdy nie mogliśmy uczynić tego z pra­
wami tych osób, które jeszcze na świat nie przyszły«.
Rzekliśmy, iż obszar plemienny, oraz wszystko co na nim
rośnie i żyje, jest w okresie pierwotnym wspólną dla ogółu
plemieńców skarbnicą. Ale to twierdzenie nasze bynajmniej nie
posiada wartości bezwzględnej, a właściwie nie oznacza, ażeby
ta wspólna skarbnica była zarazem niepodzielną. Albowiem ta
okoliczność, jak na przestrzeni obszaru plemiennego są roz­
mieszczone środki pożywienia, w ten nasz schemat wprowadza
wielką rozmaitość i odpowiednio do ułożenia się tej rozmaito­
ści kształtuje samo użytkowanie z skarbnicy ogólno-plemiennej,
stwarza różne zwyczaje, w których nie trudno dojrzeć zarodki
dróg bardzo odmiennych dalszego rozwoju własności. Rolę
poczesną w tern oddziaływaniu odgrywa rozmieszczenie zwie­
rzyny *2). W preryach n. p. Ameryki północnej zwierzyna (bizon)
ciągnie gromadami przez obszar plemienny w określonych po­
rach roku, w jednym roku idąc jednym, w drugim zaś innym
szlakiem, myśliwi ścigają ją wzdłuż i wszerz całego terytoryum,
a każdy musi korzystać i w samej rzeczy korzysta ze skarbnicy
wspólnej w każdym dowolnym punkcie obszaru plemiennego.
Prawo zwyczajowe musiało tam stanąć na straży nieograniczo­
nego użytkowania przez każdego obszarów plemiennych. Ści­
ganie zwierzyny zwykle odbywa się siłami zbiorowemi; łupy

') Brackenrigde: „Ansichten v. Louisiana“, Weimar 1818, 103.
2) Por. uwagi dra Rae „Jour. Anthr. Inst.“ XII. 275.

— 5 —

Ludwik Krzywicki

polowania dzielono pomiędzy osady lub rodziny uczestników1).
To samo powtarza się w dzielnicach Kanady, gdzie przebywa
renifer, albo w pampach Ameryki południowej. Natomiast
w tych okolicach gdzie zwierzyna błąka się stale w obrębie
niewielkiego obszaru, a nadto jest względnie jednolicie rozpro­
szona na całej przestrzeni ziemi plemiennej, tam wspólna ta
skarbnica rozpada się na mniejsze, przydzielone drobnym a sta­
tecznym gromadom, zwykle rodzinom. Taka „rodzina-1, złożona
zwykle z kilku, w najlepszym razie kilkunastu osób, przebywa
stale w swojej dzielnicy i nawet rości tak wyłączne pretensye
do użytkowania z niej, iż to dało powód do twierdzenia
o istnieniu tam własności prywatnej. Niewątpliwie, twierdzenie
wygłoszone w formie bezwzględnej, idzie w parze z bardzo
płytkiem traktowaniem rzeczy, ale swoją drogą w tern błędnem
pojmowaniu tkwią pierwiastki głębsze; nie ma tam jeszcze wła­
sności indywidualnej, ale bądź co bądź to rozstrzelenie skar­
bnicy plemiennej na obszary rodzinne jest już pierwszem ogni­
wem tego pasma, które z czasem, w miarę rozwoju nowych
kształtów, doprowadzi do własności rodzinnej gruntów.
Takie zasady obowiązują między innemi i na lądzie austra­
lijskim. Istnieje wielka moc świadectw stwierdzających tę dą­
żność ku indywidualizacyi użytkowania u tubylców tego lądu.
Chodzi tylko o wytknięcie właściwej jej treści. Otóż informacye
są dość chwiejne, niekiedy nawet przeczą sobie, aby można
było wymiarkować stosunki tamtejsze dokładnie. Nie ulega
wątpliwości, że terytoryum należące do plemienia australijskiego
jest podzielone pomiędzy gromady drobniejsze, „rodziny“, z któ­
rych każda ma prawo jeśli nie wyłączne, to jednak mocno
zaznaczone do korzystania z jej płodów i zna dobrze granice
swego obszaru 2). Niektórzy z pisarzy źródłowych powiedzą na‘) J. W. Powell „Ann. Rep. Ethn. Bur.“ 1885/6,42. Por. Morgan „Hou­
ses and House-life of Amer. Aborigines, 79: „u Iroków użytkowało ple­
mię całe społem z terytoryum plemiennego i nim władało“. Co do Indyan Pensylwanii, „pojęcie własności wyłącznej jest im obce, natomiast
nawet najbardziej niewykształceni są obeznani z prawami ogółu na ob­
szar plemienny“ (Heckewelder 1. c. 292).
3) Stanbringe w „Trans. Ethn. Soc. London“, 1. c„ 287; Dawson:
,Austr. Aborig.“ 7; J. Frazer „TheAborig. of. N. S. Wales“ 36; E. Stone
Parker „the Aborig. of Australia“ 11—12; J. Mac Gillivray „Voyage of
Rattlesnake“, Lond. 1852, II. 28; Frazer w „Trans. Roy. Soc. of. N. S.
Wales“ XVI. 224; Nind w „Journ. Roy. Geogr. Soc.“ 1830—1831, 44.

— 6 —

Początki własności indywidualnej_____________ ___

wet, iż terytoryum plemienne jest podzielone nietylko pomię­
dzy’ gromady, ale nawet między plemieńców pojedynczych,
co im jednak nie przeszkadza o parę stronic dalej wygłaszać
inne twierdzenie 1). Curr, zaznaczywszy, iż cząstki obszaru ple­
miennego są własnością nawet plemieńców pojedynczych i pod­
kreśliwszy wyłączność użytkowania, dodaje, że »jest to rzeczą
powszechnie wiadomą, iż z gruntów plemiennych dzisiaj użyt­
kują oni pospołu« 12). Nind zaś wygłosiwszy takie samo zda­
nie, oświadcza, iż inni członkowie rodziny mają do tych grun­
tów prawo i same grunta uchodzić mogą za należące do ple­
mienia, przyczem wymienia zwierzynę, na którą innym wolno
polować na tym gruncie osobistym, oraz rośliny, które mogą
wykopywać3).
Z tych niekiedy niejasnych, niekiedy błędnych wiadomości
wynika jedno, a mianowicie, iż rodziny pojedyncze użytkują
z określonych części obszaru plemiennego, te części zaś rozpa­
dają się na działy mniejsze, gdzie przeważnie polują pojedyn­
czy członkowie dorośli, tak jak to bywa u nas podczas grzy­
bobrania , wymagającego, ażeby zbierający nie następowali
sobie na pięty. Może się nawet zdarzyć, że dzielnica, gdzie po­
lował ojciec, będzie do tego samego użytku służyła synom,
a nawet, iż ojciec któremuś z synów odda za życia lub umie­
rając określony obszar4). Te fakty zgoła zrozumiałe i możliwe
1) „Remarks on the origin a. antiquity of the Aborigines of. N. S.
Wales by a Colonial Magistrate“ 1846, 21; Curr „the Australian Race“
1,64 (bardzo mętne źródło! „W niektórych plemionach grunta są podzie­
lone na cząstki, z których każda tworzy własność osoby pojedynczej');
Nind 1. c. 28.
2) Curr 1. 65, 66.
3) Nind 1. c., 28.
......
4) „Jest rzeczą prawdopodobną, iż ojciec przed śmiercią niekiedy
dzieli grunta pomiędzy synów... w niektórych razach dział czyjś wynosił
kilkaset tysięcy akrów“ (Curr, 1. 64); „wiadomo, iż niekiedy umierający
wódz wyraża życzenie oddania jakiejś części szczególnej ulubionemu sy­
nowi“ (J. Frazer 1. c. 37); „w wypadku śmierci wodzów grunta ich są
dzielone pomiędzy dzieci, obie płcie otrzymują równy dział, najmłodsze
dziecko największy“, Mac Gillivray 1. c. II. 28. „Po śmierci ojca własność
ziemska bywa dzielona w równej mierze pomiędzy wdową a dziećmi płci
obojga“, Dawson „Aborigines of Austr? 7; pomiędzy obiema płciami,
A. C. Gregory „Jour. Anthr. Inst“ XVI. 132. Eyre, powtarzając te rzeczy,
mówi nawet o handlowaniu działami!. (II, 297).

— 7 —

Ludwik Krzywicki

przybrano w takie objaśnienia i wywody, że prawodawcy cywi­
lizowani, układający dział kodeksu cywilnego o spadkach, nie
zdołaliby w su ej pracy kodyfikującej posunąć się dalej niż czyni
to Australczyk w opowieści Curra lub Ninda... Ale ci sami autorowie, usiłujący wcisnąć prawo zwyczajowe australijskie
w ramki kodeksu naszego cywilnego, zaznaczają niejednokrotnie
fakty, które wykazują, iż chodzi tam nie o prawo władania,
jeno użytkowania, i że dziedziczą terytoryum nietylko dzieci
rzekomego właściciela, ale także każdy kto urodził się w danej
dzielnicy obszaru plemiennego! »Jeżeli dziecko z innej rodziny
przyjdzie na świat w granicach majątku (sic!), uchodzi za
członka rodziny i ma równe prawo z nią do działu, byleby miało
pół roku w chwili śmierci właściciela« ')• Stosunek ten nawet
zrodził zwroty odpowiednie mowy — takie dziecko jest wzglę­
dem właściciela woorkiem, jako też właściciel względem
niego. Może w związku z tern pozostaje zwyczaj, iż dziecko,
otrzymuje imię od przedmiotu, znajdującego się w dzielnicy,
w której się urodziło. Dowiadujemy się, iż takie dziecko nie
traci jednak prawa polowania w dzielnicy ojca, jako i tej, z któ­
rej matka pochodzi*2). Są to fakty bynajmniej nie świadczące
o wyłączności prawa własności! Raczej chodzi tutaj o rozgra­
niczenie praw użytkowania i zapobieżenie zatargom pomiędzy
plemieńcami, którzy muszą poprzestać na jakiejś części ziemi
plemiennej. Ale bądź co bądź takie stosunki zwiastują już uka­
zanie się możliwe a wczesne, w dalszej przyszłości, pojęć

*) Dawson 1. c. 7. Rzecz możliwa, że to branie imienia od przed­
miotów dzielnicy zależy od wierzeń iż istnieją ogniska duchów dziecię­
cych, wchodzących w łono kobiety — dziecko miałoby prawo polowania
tam, gdzie jego prawzór wcielił się w matkę!
2) Dawson 1. c. 7. Brough Smyth 1. 74. Mac Gillivray II. 28. Nind
1. c. 44, Stanbridge 1. c. 287. Prawo dziecka do polowania w dzielnicy
matki nie powstrzymało Curra od twierdzenia, iż kobiety nie dziedzi­
czą, I. 64. W dziełach źródłowych jest także mowa, iż polujący w cu­
dzej dzielnicy musi prosić na to przyzwolenia właściciela (Nind 1. c. 28).
Może tak jest w rzeczy samej, ale może trzeba szukać wyjaśnienia tego
w innych faktach, przytoczonych przez Gillena i Spencera: zabijający
pewne zwierzę, winien prosić przyzwolenia obecnego totemowca. Daw­
son 1. c., 7 mówi o opiekunach małoletnich — opowieści tej nie wyssał
z palca, co najwyżej źle sformułował fakty życia, ale jakie, trudno nam
wyrozumieć.

— 8 —

Początki własności indywidualnej

o własności indywidualnejŁ). Jednak na rozpatrywanym szcze­
blu kultury jeszcze niema takiej własności, istnieje tylko wyod­
rębnione prawo użytkowania, które w potrzebie może docze­
kać się zwężenia w postaci »wyrównywania« : gdy nawiedzone
będą okolice przez posuchę lub powódź, wtedy rodziny prze­
noszą się z nich na grunta sąsiadów (Curr 1. 65). To samo
bywa, gdy gromada któraś wzrośnie w liczbę członków. Rzecz
to mniejsze! wagi, że niekiedy orężem trzeba się domagać do­
konania takiego wyrównania *2). Stosunki właściwe lądowi austra­
lijskiemu powtarzają się i gdzieindziej. W przeciwieństwie do
zwyczajów Indyan stepowych obszar plemienny u lndyan Kali­
fornii i z wybrzeży Pacyfiku, w lesistych okolicach Labradoru
i zatoki Ś. Wawrzyńca, już uwydatnia dążność do rozpadnięcia
się, a działy przechodzą w ręce rodów względnie »rodzin«: gdy
rodzina (u Shaswapów) zaprasza kogoś na »swoje« obszary,
gość oddaje gospodarzowi pierwszego upolowanego jelenia, je­
śli zaś zabił tylko jednego, część jakąś, a w każdym razie skó­
rę 3). U Hupów w Kalifornii doszło nawet do tego, że cała
okolica sąsiednia znalazła się w posiadaniu ojców rodzin poje­
dynczych, wielu zaś plemieńców nie ma wcale obszarów my­
śliwskich i ażeby z polowania czerpać środki utrzymania, musi
wejść w stosunki zależności względem tych wyodrębnionych
z gminu plemiennego właścicieli4). U Weddów obszary do po­
lowania przechodzą z ojca na syna5). Ale zwłaszcza ta indywidualizacya obszarów myśliwskich uwydatniła się jaskrawo
’) Warunkowo, bo z przejściem do rolnictwa myśliwstwo traci da­
wną doniosłość i prawo polowania każdego może się rozciągać znów
na obszary sąsiednie, jak u Orang-Blandów (Stevens „Materialen zur
Kenntniss der wilden Stämme auf Malakka“, Berlin 1892, 901, a zwła­
szcza jak u rolników weddyjskich: „Im usilniej Weddowie imają się roli,
tern bardziej zanika dawne prawo do gruntów, aż wkońcu nastaje taki
stan rzeczy, iż rodziny pojedyncze przestają posiadać swój obszar my­
śliwski i pospołu ciągną na polowanie“ (Sarasin P. i F. „Die Weddas v.
Ceylon“ Wiesbaden 1893. 491).
2) Fraser w „Proc. Roy. Soc. N. S. Wales“, XVI. 226.
’) G. M. Dawson „Note on the Shaswap“ („Trans. Roy. Soc. Canada“, IX., sekc. II. 14): Powell „Ann. Rep. Ethn. Bur.“ 1885/6; „Jour.
Anthr. Inst“. XII. 275. (o dzielnicach zochodnich).
4) Goddard „Hupa Indians“ 22.
6) Sarasin, 1. c., 490.

Ludwik Krzywicki

u ludów syberyjskich, które zarobkują, sprzedając skórę zwie­
rzyny upolowanej kupcom rosyjskim. Wogułowie mieszkają ro­
dzinami jedna możliwie daleko od drugiej, w lasach nawet
istnieją pół zagrody, pół płoty, jak w zwierzyńcach, zapewnia­
jące rodzinie czy rodowi wyłączne polowanie ‘). Wśród Oroczów każdy ma obszar swój do polowania: są to ustronia ob­
fitujące w zwierzynę, a niezbyt od sadyby jego oddalone, które
on odwiedza rok rocznie 2). Samojedzi w porze zimowej ciągną
na polowanie, każda rodzina ma swoje stanowiska myśliwskie
i miejsca połowu ryb; jeżeli rodzina wzrosła, »kniaź« w poro­
zumieniu z ogółem osób danego okręgu wyznacza jej nową
dzielnicę3).
Widzimy więc, w jak rozległych granicach wahają się spo­
soby użytkowania z obszaru plemiennego już w okresie pier­
wotnym. Na jednym krańcu znajdują się tacy Abiponowie, któ­
rzy w obrębie plemienia nie przyznają nikomu wyłącznych
praw do polowania lub rybołówstwa, na drugim Hupowie,
u których są już osoby wywłaszczone od dostępu do zwie­
rzyny. Pomiędzy temi ogniwami krańcowemi istnieje moc cała
kształtów pośrednich, przejściowych. Innemi słowy, już na naj­
niższych szczeblach kultury zaczynają się rozchodzić drogi
przyszłego rozwoju gospodarczego : różnymi są punkty wyjścia,
różnemi będą i być muszą ogniwa dalsze. Okoliczność tę pra­
gnęlibyśmy podkreślić jak najsilniej. Za sprawą uogólnień przed­
wczesnych przyzwyczailiśmy się do zanadto schematycznego
traktowania pasma rozwojowego urządzeń gospodarczych, t. j.
do hołdowania mylnemu poglądowi, jakoby pasmo to wyglą­
dało wszędzie jednakowo. A tymczasem u samego początku
tego łożyska rozwojowego już istnieją odmienne kształty użyt­
kowania ze skarbnicy plemiennej. Zróżniczkowanie w zakresie
stosunków własności sięga doby najwcześniejszej i natural­
nie z biegiem czasu będzie wzrastało. A przyczyn tego zróżni*) Pallas „Reise durch verschiedene Provinzen d. russischen Rei­
ches“ II. 257; Georgi „Beschreibung aller Nationen d. russischen Rei­
ches“ Petersburg 1776, 1780, 68; Keussler „Zur Geschichte u. Kritik d.
bäuerlichen Gemeindebesitzes in Russland“ I. 1876, 75 i 76.
’) Schrenck „Reisen u. Forschungen im Amur Lande 111. 586; por.
Kroll „Ochotniczeje prawo u zabajkalskich burjat“ 20, 22, a także 13
o tern jak prawo pisane, kodyfikując zwyczaje, z tych wyodrębnionych
praw użytkowania stwarza tytuły władania.
3) Castren „Reiseberichte u. Briefe 1845—1849“, 191.

— 10

Początki własności indywidualnej

czkowania niepodobna będzie zrozumieć, nie wziąwszy pod
uwagę ukształtowania źródeł, z których plemię czerpało utrzy­
manie swoje w okresie pierwotnym. Dodajmy, że w pasmo
czynników, kształtujących sposoby użytkowania z obszaru ple­
miennego i stwarzających taką różnorodność, wplata się jeszcze
jeden: spólnictwo kamieniołomów, miejsca obław sezono­
wych itd. Albowiem wewnątrz plemienia istnieją zakątki uprzy­
wilejowane pokarmu, dostarczanego przez przyrodę w ilości
nadmiernej we właściwej porze roku. Tam naówczas różne
gromady schodzą się z jednej strony ażeby korzystać z nad­
miaru pożywienia, z drugiej zaś ażeby, podczas zborów, obcho­
dzić ceremonie różne, jak n. p. święto dojrzałości młodzieży.
W dalszym toku rozwoju te miejsca staną się ogniskami życia
społecznego, władzy dynastów i ukazujących się stosunków
wymiennych. Okres życia osiadłego rzadko stwarza sam z sie­
bie cały zręb swój stosunków, ale pospolicie rozwija tylko za­
rodki, które ukazały się w dobie życia koczowniczego ’).

II.
Prawo użytkowania ze wspólnej własności kształtuje się w sposób od­
mienny w każdej sferze swego stosowania. Jus prirni occupantis, jako
zasada, na której spoczywa prawo użytkowania. Normy odpowiedniego
prawa zwyczajowego powstawały zwolna za sprawą żywiołowej gry in­
stynktów i namiętności.

Heckewelder2) opowiada, iż Czypewaje pozwoliwszy ochrz­
czonym Indyanom z plemienia Lenapów osiąść na swojem terytoryum, nic nie mieli przeciw temu, ażeby ci karczowali
*) Por. Eyre „Expeditions of Discovery into Central Australia“,
1845, 1. 147. Bracia Sarasinowie opisują, jak stosunki topograficzne i zoograficzne, zmienne w ciągu roku, sprawiają, że pojedyncze obszary my­
śliwskie idą wachlarzowato od wzgórz i jak podczas dżdżystej pory roku
różne rody są w pobliżu siebie, nawiązują obcowanie itd., str. 476 — 483
i passim. Niewątpliwie to ukształtowanie obszarów pozostawiłoby piętno
swoje i wtedy, gdyby ten lud przeszedł do wyższego ustroju społecznego.
’) Heckewelder, 1. c., 289/290.

— 11

Ludwik Krzywicki

grunta pod uprawę, ale zżymali się, gdy przybysze polowali
i wreszcie z tego powodu wypowiedzieli im gościnność i wy­
gnali. lnnemi słowy, Czypewaje ochraniali tę część skarbnicy
plemiennej z której utrzymywali się, a pozwalali przybyszom
korzystać z dóbr ziemi swojej, które były im niepotrzebne.
A ponieważ dobra, z których plemię korzysta, są różnego po­
żytku i znajdują się w różnej ilości, przeto w troskliwości o nie
plemienia, bądź rodu (względnie rodziny) istnieje cała gradacya
stanów, która zaznaczonej już powyżej dążności w kierunku
indywidualizacyi użytkowania nadaje napięcie rozmaite w tej
samej okolicy, stosownie, o jakie dobro chodzi, a w dalszym
ciągu w obrębie całego plemienia, na podłożu zasadniczego
podziału praw użytkowania, niekiedy stwarza sieć jeszcze bar­
dziej zwężonych zwyczajów, które zmierzają także, w rezulta­
cie ostatecznym ku wyjęciu z skarbnicy wspólnej różnych pło­
dów na rzecz osób pojedynczych.
Pobudki tego nowego zróżniczkowania stosunków możemy
odtworzyć, wychodząc z faktów, które zgromadził John John­
son w swoim przyczynku ciekawym o społeczeństwie chłopięcem zakładu Mc Donogha, a właściwie o zwyczajach wychowańców')■
Malcy od pierwszych dni istnienia zakładu jęli upra­
wiać myśliwstwo : wyszukiwać dzikie drzewa owocowe i gnia­
zda ptasie, łowić wiewiórki i króliki, a łup był albo przez nich
samych spożywany, lub niekiedy sprzedawany. Dziatwa wzglę­
dem tych dóbr, znajdujących się w obrębie majątku szkolnego,
hołdowała zasadom spólnictwa, a zarazem wykluczała od
udziału wszystkich malców z sąsiedztwa. Złapanie kogoś ob') John Johnson: „Rudimentary society among boys“ („Hopkins
University Studies“). Szkoła Mc Donogha pozostawia malcom wielką
swobodę — sami troszczą się o swoje utrzymanie, a tryb życia jest taki,
że możnaby zakład nazwać szkółką wytwarzania przyszłych businessmenów. W przedmowie do tego dzieła znajdujemy twierdzenie, że malcy
zanim wyrosną, powtarzają w streszczeniu dzieje dalekich przodków.
„Jak w płodzie embryolog rozpozna rysy szczątkowe budowy przodków,
później zanikającej, tak samo badacz urządzeń społecznych musi odnaleść w społeczeństwie malców nietylko przeżytki społeczeństwa pierwo­
tnego, ale i zawiązki dalszego rozwoju. Każda szkoła i kolegium odtwa­
rzają w łonie swojem postępowy rozwój społeczeństwa ludzkiego, i to
w dziedzinie najciekawszej, bo rządu i prawa“. Por. podobnego rodzaju
fakty u Sauvé: „Folklore des Hautes Vosges“, 1889, str. 279.

— 12 —

Początki własności indywidualnej

cego, chociażby synka oficyalisty, wywoływało oburzenie po­
wszechne, a szkodnikowi, który ośmielił się był zrywać »ich« orze­
chy, lub złapać »ich« wiewiórkę, malcy wymierzali niekiedy
surową karę doraźną. Sposoby użytkowania z tej skarbnicy
wspólnej dóbr pozostawały w związku z naturą przedmiotów,
i dlatego samo użytkowanie przybrało kształty bardzo odmien­
ne. Co do orzechów, któregoś dnia październikowego, kiedy
mrozy już nastały, a orzechy spadały od potrząśnięcia drze­
wem, wszyscy malcy o północy wyruszali na zbiór — przed
wyznaczonym dniem i godziną nie wolno było nikomu zerwać
ani jednego orzecha. Zwykle paru malców łączyło się w spółkę
i szło od drzewa do drzewa, strząsając wszędzie nieco tych
owoców — prawo zwyczajowe »plemienia szkolnego« bowiem
głosiło, iż nowa gromadka tylko wtedy może strząsać orzechy
z takiego drzewa, gdy odłoży na kupkę strząśnięte. A ponie­
waż to wymagało czasu, wołała iść dalej, i napotkawszy drzewo
nie przywłaszczone, otrząść z niego tak samo nieco orzechów,
z tern samem wyrachowaniem. W ten sposób drzewa, dokoła
których walały się na ziemi owoce, stawały się faktycznie wła­
snością tej gromadki, która pierwsza podeszła ku nim, a kiedy
dokonano już podziału wszystkich drzew, wtedy każda strząsała
resztę owocu. Zwyczaj ten powstał zwolna. Podczas lat pierw­
szych istnienia szkoły, każdy malec wychodził na zbiór, kiedy
mu się żywnie podobało, nieraz zanim orzechy dojrzały; zda­
rzały się z tego powodu spory i bójki, aż w końcu wy­
łoniły się zwyczaje, które tylko co przedstawiliśmy. Już inaczej
ukształtowały się stosunki względem wybierania gniazd ptasich.
Ptak składa jaja powoli, pomiędzy upatrzeniem gniazda a wy­
pełnieniem go przez samicę jajami upływało niekiedy kilka ty­
godni. Malec więc, znalazłszy drzewo takie, zaopatrywał je
w znak swój wyrżnięty na korze, a nikt ze szkoły nie miał
prawa nadwyrężać takiej własności. Prawo to kończyło się
z ostatnim dniem grudnia. Królików chwytano w pułapki od
października do grudnia. Z początku pułapki stawiano w po­
bliżu jedna od drugiej — przeszkadzały więc sobie nawzajem.
To wywoływało waśnie namiętne, aż póki któryś z silniejszych
nie zaczął niszczyć pułapek współzawodniczących. Przykład
ten znalazł naśladowców, wywołał bójki i układy, wreszcie zro­
dził nowe prawo zwyczajowe: postanowiono, iż w promieniu
40 yardów od istniejącej pułapki nie wolno stawiać nowej. Ale
— 13 —

Ludwik Krzywicki

pułapka, o ile jest zbudowana z mocnego drzewa, może wy­
trwać dłużej nad rok jeden. Ta okoliczność sprzyjała przywła­
szczeniu takich miejsc na »wieczystą« własność użytewnika.
Miejsca te z pułapkami zaczęły uchodzić za stałą własność,
i gdy malec opuszczał szkołę, darowywał innym, lub sprzeda­
wał swoje prawa. Doszło do tego, że wszystkie sidła przeszły
w ręce trzech monopolistów. To dało pobudkę do nowych
wybuchów namiętności. Poszkodowani, t. j. nie mający miejsca
na pułapki, wystąpili w obronie praw ogółu: »Ziemia należy
do wszystkich nas, i dlatego każdy ma prawo łowić króliki«.
Słowem, gromada malców znalazłszy się na obszarze
uchodzącym za wspólną własność ogółu, stwarza prawo zwy­
czajowe, które regulować będzie użytkowanie z tej skarbnicy
zbiorowej przez osoby pojedyncze. Normy te wykazują, że,
1) prawo użytkowania kształtuje się bardzo odmiennie od­
powiednio do natury źródeł wyzyskiwanych; 2) przyznaje ono
roślinę lub zwierzę temu, kto pierwszy spostrzegł je i poło­
żeniem swego znaku wyodrębnił z pośród innych przedmio­
tów wchodzących w skład owej wspólnej skarbnicy; 3) samo
to prawo zwyczajowe użytkowania powstało w następstwie
walki pomiędzy uczestnikami, ale gdy zostało raz jeden utrwa­
lone, każdego przestępcę czeka kara. Zbyteczna nadmieniać,
że zwyczaje szkoły Mc Donoghowskiej bynajmniej nie są zda­
rzeniem odosobnionem, ale przedstawiają objaw, który powta­
rza się w odmianach wielorakich tam wszędzie, gdzie stosunki
ukształtowały się w ten sam sposób, t. j. gdziekolwiek cała
gromada staje w obliczu dostępnej jednako dla wszystkich skar­
bnicy dóbr plemiennych,
A zatem, po pierwsze, prawo użytkowania kształtuje się
bardzo odmiennie stosownie do tego, z jakiej części owej skar­
bnicy zbiorowej plemieniec korzysta. N. p. Jakuci na ptactwo
wodne urządzają obławy t. j. hołdują zasadom spólnictwa, na­
tomiast miejsca polowania na cietrzewie są trzymane w taje­
mnicy, a myśliwi z ukrycia śledzą za sobą, gdy pragną dowie­
dzieć się o tych ustroniach. Nawet za kiesę (t. j. 100 rubli) do­
bry myśliwy na te ptaki nie odkryłby miejsc swoich i dopiero
przed śmiercią mówi o nich synowi swemu. Takie trzymanie
w tajemnicy miejsc tokowania cietrzewich i przekazywanie ich
synowi może przy sprzyjających okolicznościach doprowadzić
— 14

Początki własności indywidualnej

do powstania użytkowania dziedzicznego z danego miejsca ').
U Australczyków przynajmniej prawo podbierania jaj przybrało
taką postać. Tam, u Kurnajów, w niektórych miejscach ziemi
plemiennej lęgną się czarne łabędzie -). Prawo podbierania jaj
przysługuje tam tylko pewnym osobom, n. p. do jednej z ta­
kich miejscowości, na mocy dziedzictwa, rościły pretensye dwie
osoby tylko; na jednej kępie, każdy z daną grupą nie pozosta­
jący w stosunkach wrogich, mógł polować, ale za podbieranie
jaj czekała go kara. W Wiktoryi zachodniej w okresie niesienia
jaj, każdy plemieniec musiał przebywać w swej dzielnicy i pod
żadnym pozorem nie wolno mu było podbierać jaj nie na swo­
jej ziemi; przestępcę śmierć czekała*3).* Takie ograniczenie wśród
Australczyków odtwarza poniekąd zwyczaje szkoły Mc Donogha,
tak samo jak obyczaj ostjacki — postępowanie malców wzglę­
dem orzechów. Ostjacy zbierają na sprzedaż jagody rośliny
»Vaccinium virutis idaea«, oraz orzechy cedrowe. Orzechy te
rosną zwykle w gajach i dla ich zbioru trzeba mieć przyzwo­
lenie gminy. Gmina wyznacza dla wszystkich drzewa odpowie­
dnie, każda rodzina wysyła wtedy tyle osób, ile jest »dusz«
w rodzinie 4). Gdzieindziej drzewa zostały wydzielone na stałe
ze skarbnicy plemiennej i są we władaniu osób pojedynczych.
W Ameryce północnej gaje klonu cukrowego, a nawet miejsca
bagniste, porosłe wrzosami, znajdowały się w takiem posiada­
niu wyłącznem rodzin5).6 W Australii") akacya jest drzewem dostarczającem wiele pożytków, żywica z tego drzewa służy za
pokarm i jako klej. Otóż każdy plemieniec ma prawo do okre­
ślonej liczby drzew dla siebie i swojej rodziny; podczas skwa­
rów letnich robi nacięcia na tych drzewach, ażeby wywołać
wysiąk soku, który, stwardniały, jest gromadzony na przy­
szłość — bodaj jeden z niewielu objawów robienia zapasów
’) Sieroszewski: „Jakuci“ 55.
’) Fison i Howitt „Kurnai a. Kamilaroi“ 232 (uwaga); por. także
Dawson: „Australian Aborigines“ 93.
3) Dawson 1. c. 92. To samo powtarza się na wybrzeżu Oc. Spo­
kojnego w Ameryce północnej, Niblack „The Coast lndians“ 278; wzglę­
dem jaskiń z gniazdami jaskółczemi naw. Borneo, „Jour. Antbr. Inst.“ XIX.
205; stawów bobrowych w Ameryce półn., J G. Kohl, „Kitchi-gami“ 11.263.
*) Patkanow „die Irtisch-Ostjaken“. (Petersburg 1897) I. 31.
6) J. G. Kohl, 1. c., 11. 263.
*) Dawson 1. c. 21.

— 15 —

Ludwik Krzywicki

na lądzie kopalnym. Nawet okazy Araukanii w obrębie grun­
tów wspólnych są przydzielone odrębnym plemionom, a we­
wnątrz plemienia — rodzinom, »jedyna forma własności dzie­
dzicznej znana tubylcom« ’). Powtóre, o ile chodzi o przed­
mioty, które na ziemi plemiennej są swobodne jeszcze i do
rozporządzenia, te należeć będą do tego, kto pierwszy je przy­
właszczył (jus p/imi occupantis). Zresztą i użytkowanie dzie­
dziczne, o którem tylko co wspominaliśmy, powstało ongi,
w przeszłości, z takiego samego źródła. Wogóle »jus primi
occupantis« jest wielką zasadą okresu pierwotnego, regulującą
użytkowanie ze skarbnicy ogólnej. A ponieważ spożywanie nie
zaraz następuje po przywłaszczeniu przedmiotu, przeto już bar­
dzo wcześnie ukazują się różne znaki mające ostrzedz innych,
iż rzecz znajduje się w posiadaniu indywidualnem. Te znaki
istnieją między innymi w Australii. W Australii tubylcy używają
na pokarm larw, które gnieżdżą się w pniu xantorrei. Australczyk, ilekroć spostrzeże okaz drzewa tego gatunku z uschnię­
tym wierzchołkiem, bada czy nie zawiera w sobie larw, bo tylko
w takich usychających drzewach one się lęgną. Ażeby zapewnić
sobie na przyszłość ten pokarm upatrzony, tubylec nadłamuje
wierzchołek drzewa, a nikt inny nie odważy się nadwerężyć
praw jego, złodziej bowiem bywa karany śmiercią2). Lang
z tego powodu opowiada zdarzenie następujące. Podczas po­
dróży znalazł drzewo, w którem gnieździły się dzikie pszczołyAle towarzyszący mu tubylec odmówił wybrania miodu, acz
był zgłodniały, dojrzał bowiem czyjąś na nim gmerkę. Natu­
ralnie, biali obrońcy własności prywatnej, ścigający gorliwie ka­
żdego złodzieja, nie podzielili skrupułów dzikiego i bez cere­
monii zabrali miód cudzy 3). Tutaj po raz pierwszy spotykamy
się z znakiem własności, gmerką. O rodowodach i przekształ­
caniu się w różne formy tego znaku własności możnaby napi-

*) Maiden „Proc. Linn. N. S. Wales“, ser. II. t. III., 488; por. takie
same zwyczaje u dzikich tubylców Malakki, Martin „die Inlandstamme
d. Malayischen Halbinsel“ 861.
5) Grey „Journal of two expeditions of discovery“ II. 289, także
Nind 1. c. 34.
’) Lang: „Aborigines of Australia 13—14; por. także Curr. II. 162,
J. Frazer, 45. Co do pszczół podobne zwyczaje Buszmenów, Stow. „The
native Races of South Africa“ 86.

- 16 —

Początki własności indywidualnej

sać monografię specyalną ’), której treść nie byłaby obojętną
i dla heraldyków naszych, bo rzuciłaby większe światło na po­
chodzenie wielu herbów naszych, niż grzebanie się w runach
skandynawskich. Niekiedy znak ów odtwarza totema, a zawsze
otoczony jest czcią jako rzecz święta, tabu. Własność prywatna
od chwil najpierwszych swoich oddaje siebie pod opiekę sił
nadprzyrodzonych, ażeby tern snadniej wyłamać się z pod za­
sad spólnictwa.
Widzieliśmy już wśród dziatwy amerykańskiej, iż te zwy­
czaje ukazały się w następstwie walki interesów i pojawieniem
się swojem położyły kres kłótniom i bójkom. Niewątpliwie,
takim samym jest początek norm ochraniających użytkowanie,
a właściwych okresowi pierwotnemu. Wykraczającego czekały
kary surowe, o nich dać może pojęcie słowiańskie prawo
bartne, które niedarmo słynęło jako das grausame Buthener
Recht. Paragraf 28 prawa bartnego w Lauenburgu głosił: kto­
kolwiek będzie spotkany na cudzem drzewie bartnem, gdzie
wlazł dla wybrania piskląt, winien okupić gardło, za podbiera­
nie zaś pszczół czeka go kara śmierci; § 16: ktokolwiek sa­
mowolnie zagląda do pszczół cudzych, lub wybiera miód pokryjomu, ma być bez miłosierdzia żadnego powieszony; § 17:
kto wybiera cudze pszczoły, ma być oddany katowi, który niech
okręci kiszki jego i wnętrzności dokoła skradzionego drzewa,
a dopiero potem powiesi złoczyńcę na drzewie. U bartników
dawnych z okolic Berlina złodziej bywał wiązany i kładziony
za piec do czerwoności rozegrzany, a kto z litości dał mu choć
łyk piwa, musiał za karę stawić bractwu całą beczkę. U nas
na Puszczy Zielonej jeśli »ktoś kilkakroć czynił co się dotyczy
miodu«, »takowemu kat ma wyrżnąć pęp y z niego kiszki wy­
toczyć, y tak z nim czekać, aż zdechnie, a potem zdechłego
’) Schiefner: „Über die etnograph. Wichtigkeit der Eigentumszeichen * („Buli, de 1’Academie de Petersbourg“ 1855) ; R. Andree „Eigenthumszeichen“ („Ethn. Parallelen“ IL); C. G. Homeyer „die Haus- u. Hofmarken“. Poprzestajemy na wymienieniu paru prac, zawierających obfity
zbiór materyału, ale przerzucając dzieła etnograficzne, często można
spotkać tam liczne fakty nowe. Co do rozwoju znaku na drzewie u na­
szych bartników ob. moją pracę o Kurpiach. Bibl. Warsz. 1892. U dzi­
kich Malakki, gdy drzewo zaopatrzone gmerką zmienia właściciela,
w obecności wodza jest kładziony znak nowy, Martin, 861. Co do zna­
ków na drzewie u Kubów, por. Forbes „A naturalises Wanderings“ 242.

— 17 —

Ludwik Krzywicki

obiesić«. Surowość tych kar znajduje się w jaskrawem przeci­
wieństwie do kar za inne występki — jeden z argumentów, że
prawo zwyczajowe bartne zrodziło się bardzo wcześnie, a okrutnością swoją usiłowało okiełznać odruchowość człowieka
pierwotnego i żądze, nie znające jeszcze hamulca ideowego.

Przyjrzeliśmy się pojęciom, które przywodzą w okresie
dzikim korzystaniu przez plemieńców dóbr skarbnicy wspól­
nej. Zasadą jest wtedy pogląd, że ziemia jest bożą, t. j. do
wszystkich plemieńców jednakowo należą wszystkie jej płody,
prawo zaś okupacyi pierwotnej jest jedynie modłą, która winną
regulować użytki wspólne i przyświeca rozpodziałowi dóbr
wspólnych. Powstawszy w mrokach doby najwcześniejszej, te
pojęcia, przekształcając się, przez całe formacye życia społe­
cznego będą towarzyszyły stosunkom gospodarczym, zwłaszcza
silnie będą ciążyły nad własnością ziemską okresu barbarzyń­
skiego i nawet podziałem plonów, aż kiedyś pierzchną w od­
działywaniu ustroju towarowo-pieniężnego.

— 18 —

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.