833d7d4a6ac9a2e394e4138b7dce41aa.pdf
Media
Part of Krytyka i sprawozdania. cz. 1 / Lud, 1907, t. 13
- extracted text
-
KRYTYKA I SPRAWOZDANIA.
__ z\/----\A_
sz\----------Az--------Aleksander Bruckner. Dzieje języka polskiego z 121 ilustracyami.
Lwów, 8", str. 186.
Pierwsza tego rodzaju książka w naszej literaturze, a więc już przez
to sarno zaciekawia. Pomnaża ciekawość imię autora, dobrze znane i za
służone na polu języka i literatury naszej. Bierzemy książkę do ręki
z przekonaniem, że znajdziemy w niej niejedną rzecz nową, albo inaczej,
aniżeli dotąd, pojętą — i nadzieja nas nie zawodzi. Rzecz sama dla siebie
jest najlepszą ozdobą, ale i wydawnictwo nie szczędziło niczego, żeby ją
i zewnętrznie miłą uczynić. Sama oprawa, papier, druk: wszystko w naj
lepszym gatunku i smaku, a oprócz tego ilustracye! Prawie co strona,
to pyszna jakaś ilustracya, przedstawiająca w fotograficznej wierności
od najdawniejszych czasów po dni dzisiejsze zewnętrzną stronę naszego
piśmiennictwa, a więc inicyaly rękopisów i same rękopisy, karty tytułowe
książek, najrozmaitsze ozdoby i znaki drukarskie, autografy znakomitości
literackich, od Kochanowskiego zacząwszy.
Miło widzieć, że pierwsza rzecz w literaturze i od razu taka ładna
i dobra, ale nie dziwno, gdyż wyszła z pod pióra Brucknera, a dostała
się do rąk, które ją ocenić umiały i z miłością wydały.
A więc niema jej nic do zarzucenia? Jest, i niejedno, to i owo
zaraz zaznaczymy, nie dlatego, żeby wartość książki lub zasługę autora
obniżyć, ale w nadziei, że jeżeli w tych zarzutach będzie co słusznego,
to przyczyni się może do ulepszenia drugiego wydania.
Nasamprzód wydaje się nam, że dzieje te należałoby podjąć w obszerniejszem znaczeniu i przedstawić rozwój naszego języka nie tylko
pod względem gramatycznym tj. jak wyglądała jego głosownia, mor
fologia, składnia i słownik w różnych czasach, ale także, jak ten
język w tych różnych czasach wygląda jako artystyczne narzędzie
Lud. Rocznik XIII.
4
— so
do oddania myśli i uczyć narodu i na jakie zdobywa się tony i akordy,
tym myślom i uczuciom wtórując. Bardzo trafnie i słusznie powiada au
tor: „Najbardziej z zewnętrznych jego (naszego języka) własności w p ada w oko misterna tkanka jego wokalizacyi, w za
dnym j ę z y k u s ł o w i a ń s k i m me faluje tak, me mień
sFe tak tych samych słów szata, jak właśnie w pol
skim“ Ale wydaje mi się, że obok tego należałoby wskazać na przy
kładach z różnych czasów, że istotnie, jak niegdyś powiedziano: w nim
się zielenią lasy, w nim się łąki śmieją, grzmią pioruny, wrą morza dmą
wichry, dżdże leją — i że z niego rzeczywiście dobyto takich tonow
i akordów na odmalowanie uczuć i myśli narodu, jakich me do y o p
wie z żadnego innego na świecie (niektóre ustępy z Kazan Sejmowych
Skargi, Improwizacya i inne ustępy z 111 części Dziadów, us ępy z: onrada Wallenroda, niektóre obrazy i sceny z dzieł Sienkiewicza, Z dymem
pożarów). Gdyby był szan. autor tylko pobieżnie zaznaczył (na przykła
dach jak z nieznacznych i nieudolnych prób w prozie i poezyi dochodź,
ten język do niebywałej przedtem potęgi, mocy, siły, malowmczości
i nadzwyczajnego artyzmu np. w Psalmach i Kazaniach Sejmowjc , j \
potem to wszystko powoli obniża się i marnuje, aż za Sasów dochodzimy
do stanu, z jakim trudno zestawić nawet wiek XV; jak potem dorowny c
klasycznoścf francuskiej u Krasickiego, wraca zwolna do swojskiej zamaszystości przez Trembeckiego, Zabłockiego, Naruszewicza Niemcewicza
uderza w niebywałe przedtem tony u Malczewskiego, dochodzi do zenitu
u Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego w poezyi, a w prozie u Sien
kiewicza; to wydaje się nam, że byłby nam dał pełniejszy obraz rozwoju
naszego języka, książkę swą byłby ogromnie ożywił, zbogacił, poczytniej
szą i użyteczniejszą uczynił. Szan. autor kilkakrotnie wpadał na ten trop,
ale go sobie widocznie nie uświadomił i konsekwentnie od początku o
końca nie przeprowadził.
.
To jedna ogólna uwaga, jaka się nam nasunęła, drugą zaś jest to,
że wnastępnem wydaniu pragnęlibyśmy widzieć jeszcze mniej tu i owdzie
gramatyki, a więcej historycznych i kulturalnych wywodów do których
iezyk dostarcza niekiedy tak obfitych i wiarygodnych źródeł. Pragnęli
byśmy zatem widzieć w przyszłem wydaniu tej książki etnograficzny
szkic Polski z chwili, kiedy się wyłania na widownię dziejową, w połą
czeniu z objaśnieniem imion z pierwotnych dziejów naszych; powinno
tu być i to, co napewne wiemy o religii pogańskich przodków naszyci
w związku z tern, co się z tego po dzień dzisiejszy w naszych zwycza
jach i obyczajach zachowało. Dałoby się zapewne także powiedzieć cos
i o stosunkach gospodarczych, handlowych, socyalnych i politycznyc
tych czasów. Historya języka polskiego, wyjaśniająca te sprawy, oddała y
największą przysługę dziejom narodowym i byłaby dla całego społe
czeństwa nadzwyczajnie interesująca. I tych spraw szan. autor tu i owdzie
dotknął, ale tylko ubocznie, jakby od niechcenia, a my pragnęlibyśmy,
żeby tu było wszystko, nie tylko to i owo, i żeby było traktowane
szczegółowo (choć zwięźle) a nie dotknięte tylko z pewnemi niedomó
wieniami, gdyż objaśnienia takie nie zawsze są wystarczające nawet dla
specyalistów i budzą różne wątpliwości. Ze szczegółów, do których prze-
— 51 —
chodzę, a które budzą pewne wątpliwości czyto przez owe niedomó
wienia czy z innych przyczyn, zaznaczę tylko niektóre. W istnienie Piasta
już teraz szan. autor wierzy, dawniej podobno miał co do tego pewne
wątpliwości, ale chce koniecznie zrobić z niego „tłuczka“; obstajemy
stanowczo przy naszem objaśnieniu tego imienia („Lud“, VIII, 394). Mamy
wątpliwości co do wywodu imienia P o p i e 1, C h w o ś c i s k o, R z ep ica,
Mieszko, Kruszwica i kilku innych. Wandy Kadłubek z pewno
ścią sobie nie wymyślił, jak nie wymyślił Lechów, o co go kto inny
posądził. Wawel inne ma znaczenie podług nas i inaczej powstał. Imie
nia Jaracz nie wywodziłbym nigdy od H ora cego, bo to jest z pe
wnością skrócenie imienia Jarosław lub Jaromir i dlatego też
tyle jest nazwisk rodowych u naszego ludu tego brzmienia. Wynika to
i z tekstu, z którego szan. autor J aracza wyjął. Czytamy tam: J a ro
si aus filius J arach ij. Jarosław był synem Jaracza tj. także Jarosława:
syn miał imię po ojcu, czego zwyczaj'). I J aktor nie ma nic do czy
nienia ze starożytnym Hektorem. Jest to także imię polskie, pocho
dzące od starożytnego, dzisiaj już nieużywanego przymiotnika jak(i), co
znaczyło mężny, dzielny. W całości brzmiało to imię J ac z y m i r,
J a c z m i r (u nas i u Czechów), stąd mamy nazwę miasteczka Jaćmierz
(=Jaczmierz, w r. 1420: Jaczimirz) i nazwiska, jak Jaczmierski. Skracało się
zaś to imię u nas rozmaicie. W bulli z r. 1136 mamy imię j ak, w innych
źródłach J a k s o ń (1177), Jaksa (ca 1200) i tp., a mogło brzmieć także
i Jakiesz, Jaksza, Jakota, Jakieta, Jakta i tp., jak wskazują nazwiska ro
dowe tego brzmienia. Z Jakta zaś mogło J aktor powstać tak samo,
jak z Jan mamy w źródłach J a n o r, z J ę c h (=Jędrzej) Jęchor,
z L u b (=Lubomir) — Lubor, z Pęk (=Pękosław) — Pękor, z Un
(=Unisław) — Unor, z Nikołaj (=Mikołaj) — N i k o r (1175), z M ikołaj — Mikora (1155) i t. d. To że Floryańska brama w Krakowie
zowie się inaczaj Tworkowa, nie dowodzi, żeby Tworek miał co
wspólnego z Floryanem. Tworek (skąd miejscowość Tworkowa',
Twór (1125), T w o r z a n (1237) i t. p. to skrócenie imienia T worzym i r (1203). Floryana tłóinaczono u nas K w i a te k (1136), Kwiecik,
Kwiecisz, Kwiecisław, ale z Tworkiem, o ile nam wiadomo, Floryan nigdy nie miał nic do czynienia.
Napotykamy czasem w tej książce rzeczy dziwne, takie, jakich tu
nie spodziewaliśmy się spotkać. Słusznie powiada szan. autor, że mie
liśmy pierwotnie angiel, angioł, ale jak przyszło do dzisiejszego
anioł? Twierdzi autor, że to „g nam tutaj wadziło“, więc „zrobiliśmy
z tego anioł“ 34). Ależ to nie sprawa glosowniowa! To g bynajmniej
nam nie zawadzało i utrzymywało się w tym wyrazie, jak sam autor
o tern mówi, do XVI w. i byłoby się zachowało po dziśdzień, gdyby nie
rzecz inna, ta, która i z ewangelii zrobiła ewanielię, z geografii — jeografię, z logiki — loikę, z generala — jenerała. A co to było, każdy wie
i sam szan. autor ze wszystkich najlepiej i dlatego właśnie dziwimy się,
') Formę J a r a c z porówn. z serbską Vidacz, Dragacz, V ukacz. Zob. Miklosich. Die Bildung d. slavischen Personennamen, 231.
52 że taką rzecz u niego spotykamy. Litera g służyła nam nie£<?yj na ozna
czenie g i na oznaczenie /. Swojskie wyrazy, jak: gechac (-jechac), gem
(=jem), Gan (=Jan), gesoro (=jezioro) każdy wiedział jak Prze«yta ale obce angol jeden czytał angioł, drugi anioł; ewangelia
jeden czytał tak, drugi e w a n i e 11 a; stąd tez także g e o gr a i
]
ografia, logika i loika, generał i jenerał: to nie sprawa
głosowni, ale sprawa dawnego stanu naszej pisowni . czytany
Inaczej zupełnie wyobrażamy sobie wytworzenie sie. naszego języka
pisemnego, aniżeli szan. autor. Naszego języka pisemnego, nie stworzyli
z pewnością pismacy, bo pisma nasze były do XVI w. nieliczne i ma
komu dostępne, pod względem pisowni niedołężne . ogoł1 nasz nie na
nich się kształcił, lecz na pismach łacińskich. Jeżeli jednak ogoł nasz
oświecony ma mimo to w XVI w. od razu jednolity język pisemny, to
widocznie ludzie oświeceni (lepiej by może powiedzieć „dobrego wyc
wania“, bo niekoniecznie czytelni i piśmienni) od dawna juz miwh
jednym dyalektem, nie mazurzącym, jak wskazują zabytki piśmienne od
najdawniejszych czasów, a zatem wielkopolskim, bo takim me( "gżą
cym jest dyalekt wielkopolski. Jak przyszło do tego, ze ludzie oświeceń
i lepiej wychowani tego właśnie używali dyalektu łatwo zrozumie .
kto inny tylko dwór nadawał ton, jak we wszystkiem, tak ,i w, mowie
Mówić inaczej, aniżeli mówiono na dworze królewskim, uchodziło po
prostu za nieokrzesanie : więc jak mówiono na dworze Piastowskim,
potem na dworach Piastowskich, gdy się ich wytworzyło więcej tak s
rano się mówić na dworach magnackich, szlacheckich i chudopacholskich.
Dwory Piastów, czy one były potem w Krakowie, w Płocku, Sandomierzu
czy gdziekolwiek, były jakoby uniwersytetami dobrego wychowania, mó
wientaj oświecenia "¿takiego Ćwiczeni, rycerskiego dwór,«
to niby szkoły Średnie tego wszystkiego, a szlacheckie jakoby ta
.
Chudopachołek „ocierał się“ za młodu o dwór możniejszego rycerza,
rycerz o dwór magnata, magnat o dwór królewski czy książęcy. Im niżej,
tern kultura, oświecenie i język na niższej znajdowały s,ę stopie, ale
wszystko to starało się dostroić i dostrajało się do tego, co było wy e,
i najwyżej. Tak wytworzył się podług nas jednolity język warstw oswieceńszych wpierw, aniżeli powstała literatura, i język ten całkiem natuialnym sposobem stał się potem organem literatury. Zabytki dawne me ma
zurzą literatura XVI w. pojawia się od razu w jednolitym języku nie ma
zurzącym, bo ten język, od dawna w praktyce życia, me w piśmiennictwie
sie wytwarzający, gdy piśmiennictwo się rodziło, był już w zasadmczyc
swych rysach gotowy Tonie sztuczny produkt jakiejś alchemicznej
czesko-małopolskiej kuźnicy, jak chce szan. autor, ale naturalny bujny
krzew na ziemi wielkopolskiej wyrosły, krwią Piastów podlany, ich tchem
wygrzany, łzami Piastowskiej córy Jadwigi ofiarnie spłakany, jej dziewi
czą dłonią świętą ubłogosławiony i w potężne, olbrzymie drzewo wy
bujały.
Mimo całego respektu dla wiedzy i nauki szan. autora me możemy
także zgodzić się na jego hipotezę co do „Bogarodzicy*. Trudno na tern
miejscu i przy tej sposobności wchodzić we wszystkie szczegóły, zazna
czyć przecież choć to musimy, że formy sławiena i zwolena są
— 53 —
niewątpliwie czeskie, bo takich form, jak to szan. autorowi dobrze wia
domo, niema już w polskim języku za czasów Kingi, do której czasów
szan. autor Bogarodzicę odnosi, a nie było ich już na początku w. XII,
jak oświadczy bulla z r. 1136 i niezawodnie niebyło ich już za Bolesława
Chrobrego. Że więcej czechizmów w dwu pierwszych zwrotkach niema,
to jeszcze nie przyczyna, żeby tych dwu za czechizmy nie uważać; może
ich jest nawet więcej, ale niedokładność pisowni nie pozwala odróżnić
ich od polszczyzny. Niczego nie dowodzi i to, że pierwowzoru Boga
rodzicy w czeszczyźnie niema, bo może to być pieśń oryginalna, ale
napisana przez takiego, co po czesku dobrze, a po polsku z czeska, ale
jakoś mówił. „Kierleszowanie“ wojska w r. 1249 nic nie znaczy, bo trzeba
przypuścić, że w dawniejszych czasach, kiedy rzadko kto umiał czytać
i pisać, także rzadko kto umiał cały tekst pieśni dokładnie na pamięć
i zapewne kapelani tylko tekst cały śpiewali, a wojsko chórem kyrie
elejson podchwytywało i z tym okrzykiem na nieprzyjaciela uderzało.
Wyraz b ożyć, który już potem nie powtarza się w polszczyźnie i niema
go wcale w języku czeskim, wyraz, który pozostał jeszcze z czasów po
gańskich, (kiedy to niejeden był bożyc’) a nie wyrugowało go jeszcze
wyrażenie chrześcijańskie Syn Boży, na łacinie oparte świadczy, że
Bogarodzica nie jest zbyt oddalona od przyjęcia chrześcijaństwa
w Polsce. Dawności jej dowodzi także i wyraz dzieła zam. później
szego dla, nie napotykany już wcale w najdawniejszych zabytkach
polskich, a znany z języka starosłowieńskiego, jak to sam szan. autor
zaznacza. Z tego i wielu a wielu innych rzeczy wynika, że niezawodną
prawdą jest tylko to, co prof. Nehring o Bogurodzicy niegdyś na
pisał, a to wiąże Bogurodzicę z Gnieznem i Wielkopolską, a nie
ze Starym Sączem czy Sandomierzem i Kingą, i nie wyklucza co do dwu
pierwszych zwrotek nawet autorstwa św. Wojciecha. Co innego sprawa
rękopisów, nut i t. d.
Szanowny autor do pewnego stopnia rozgrzesza tych, co
w języku polskim po przeczeniu kładą Accusativus, przez Lama do
wcipnie tromtadraticus nazwany, rozgrzesza argumentem, że „chłop
wielkoruski, co i na oczy Niemca nie widział, biernika używa, gdzieby
go i najzagorzalszy tromtadrata nie położył“. Istotnie to prawda, że ten
grzech przeciw duchowi języka naszego, to nie tyle wpływ niemczyzny,
ile ruszczyzny, bo tak grzeszy się wszędzie, gdzie tylko Ruś styka się
z nami. Ale nie o to chodzi głównie, czy to germanizm czy rusycyzm,
tylko o to, czy to grzech przeciw naszemu językowi, czy nie. A ponie
waż wiemy napewne, że to grzech, bo niszczy przyrodzoną właściwość
naszego języka, stworzoną duchem przodków naszych, to przeciw' takiemu
każeniu swego języka bronić się musimy całą siłą. Grzech przeciw du
chowi języka jest nierozgrzeszalny, jak nieprzymierkiem grzech prze
ciwko Duchowi św. A już zgoła nie może nas pobudzać do pobłażli
wości to, że ci lub owi Słowianie na takie grzechy sobie pozwalali i „język
rosyjski dawno już (pod tym względm) wyprzedził polski“ (str. 161).
*) Kiedy to był, żeby dać przykład, bóg Swarog i bożyc (syn
jego) Swarożyc.
— 54 —
Wyćwirny (str. 141) w znaczeniu wymyślny nie ma nic
wspólnego z wyrazem włoskim vicerco (fantazya w muzyce). Szan.
autor na innem miejscu powiada, że nasze psałterze z XIV w. „straszne
rzeczy“ nazywają oćwiernice, a Kaszubowie coś dzikiego zowią
o ć w i a r ą. Otóż jak wyraz oćwiernice brzmiał także o ć w i r n i c e,
a jest tym samym wyrazem, co o ć w i a r n i c e; tak w y ć w i r n y = w yćwierny = wyćwiarny, a wyrazy: wyćwiarny (wymyślony, zmy
ślający), wy ćwi arnik (zmyślający, prawiący niestworzone rzeczy),
wyćwiarować (zmyślać, niestworzone rzeczy prawić) są u ludu na
szego (np. w Sandomierskim) powszechnie znane i nawskróś polskie.
Sabaty, zbóje węgierskie, wzięliśmy rzeczywiście z języka wę
gierskiego, ale przedtem Węgrzy wzięli ten wyraz od nas: sobota to
pierwotnie człowiek odludnie (np.w lasach) przebywający, a potem i zbój,
bo taki żył z rozboju. Prawda, że mika, mikuś oznacza niedźwie
dzia, ale trzeba było koniecznie objaśnić, że to skrócenie imienia
Mikołaj. Tak przez żart nazwano niedźwiedzia, jak bociana mazurzy
nazywają Wojtkiem, a Wielkopolanie Wachem tj. Wawrzyńcem.
W moich rodzinnych stronach zamiast Mika, Mikuś mówią Miś, Mi
siek, a tych, co „wałaszą“ zwierzęta (byli nimi tutaj wędrowni Morawcy)
zowią miśkarzami, co, jak z tego wynika, oznaczało pierwotnie nie
dźwiednika, człowieka, co chodził z niedźwiedziem, lecz taki widocznie
zarazem i zwierzęta wałaszył, skoro ten wyraz takie przybrał z czasem
znaczenie. Wałaszyć zaś, jak trafnie objaśnia szan. autor, pochodzi od
wałach, a to dla tego, że W ał as i tern się trudnili.
Nie mogę w żaden żywy sposób zrozumieć, dlaczego pisownia:
Syon, pijany, Marya ma być „jawnym nonsensem“, a czemś lepszem, jeżeli nie boskiem objawieniem, pisownia: Sjon, pjany, M arja; ta pjana ortografia, że ją tak nazwiemy od wyrazu, który ją naj
lepiej charakteryzuje, nie jest przecież niczem doskonalszem od tamtej,
a gorsza, jak z wielu różnych względów, tak już przez to, że ogryza
wyrazy, czyniąc z dwuzgłoskowego wyrazu Syon jednozgłoskowy dzi
woląg Sjon, a z trójzgłoskowych wyrazów: Marya, pijany dwuzgłoskowe dziwolągi. Wiem, kto się za tą ortografią oświadcza, próbowaem też do niej się przekonać i w nią uwierzyć, ale napróźno: cała moja
mazursko-polska natura burzy się przeciw temu i krzyczy: veto! nauka
zaś nie dostarcza ani jednego argumentu, któryby ten krzyk mógł uci
szyć. Ale de gustibus najlepiej nie rozprawiać.
Co do ilustracyj, to żałujemy, że niema nic z Szymonowicza,
z Piotra Kochanowskiego, który już przez samą Jerozolimę wy
zwoloną tak bardzo się zasłużył około języka i literatury naszej; że
niema nic z Zimorowiczów i innych, np. ze Starowolskiego. Z Mickie
wicza niema nic prócz początku II księgi Pana Tadeusza. Mickiewicz
„pogrążon“ zupełnie nie tylko wobec Krasińskiego, Słowackiego i „nowego
Konrada", ale i wobec Konopnickiej i Kasprowicza, bo ci mają po dwie
ilustracye. Takie rzeczy, jak tytuły Popiołów, Chłopów, Duchów itp., które
codziennie widzimy za oknami księgarskiemi, mogły śmiało ustąpić nieco
miejsca poecie, co wydobył najpotężniejsze tony narodowe z tej złotej
harfy Wenedów, którą nazywamy językiem polskim. Ale temu autor nie
— 55 —
winien, bo ilustracye dobierało wydawnictwo, które zresztą, jak to już
zaznaczyliśmy wyżej, wywiązało się ze swego zadania z miłością i jak
najlepiej.
Moglibyśmy jeszcze niejeden uczynić zarzut czy na ogół czy szcze
gółom, ale choćbyśmy tych zarzutów uczynili bardzo wiele i wszystkie
były bezwarunkowo słuszne (to dodajemy wyraźnie, bo wiemy
doskonale, że na absolutną mądrość i racyę nikt nie otrzymał patentu
ani tu, ani gdziekolwiek, ani nawet w Berlinie, choć Prusacy usiłują
w świat wmówić, że ten patent mają), to, jak już zaznaczyliśmy wyżej,
zamiar sam, wartość rzeczy i zasługa zostaną nietknięte. Jeżeliby nasze
uwagi przyczyniły się choć w najmniejszej mierze do ulepszenia następ
nego wydania, czulibyśmy się szczęśliwi, bo spełniłaby się i nasza mtencya, w jakiej wypowiedzieliśmy te uwagi.
Na zakończenie niech nam jeszcze będzie wolno wypowiedzieć
nadzieję, że szan. autor nie poprzestanie na tej pracy i obdarzy nas może
już niezadługo takiemi dziejami języka polskiego, jakiemi wielce zasłużony
około czeszczyzny Gebauer obdarzył Czechów: byłoby to monutnentum
aere perennius i dla rzeczy i dla autora.
'
S. Matusiak.
Dr. Nehring Władysław: Die russische Kotósep/Z://. (Mitteilungen
der schlesischen Gesellschaft für Volkskunde, zeszyt XV, Wrocław,1906).
W poprzednim zeszycie omawialiśmy treść pierwszej części refe
ratu prof. Nehringa; obecnie z drugiej części podajemy to, co stoi
w związku z polskim materyałem podaniowym. Motyw niewiernej mał
żonki, często napotykany w bylinach, jest bardzo rozpowszechniony
w podaniach różnych narodów, a między innemi spotykamy go także
w Kronice wielkopolskiej jako opowieść o Walterze i Helgundzie, która
doczekała się niedawno opracowania artystycznego w Żeromskiego po
wieści, o udałym Walgierzu (Prof. Nehring nazywa Waltera po polsku:
Walcerz Wdały). Historya ocalenia liii Muromca przez żonę Włodzimie
rza Kijowskiego nasuwa na pamięć uczonemu badaczowi przekazane
w kronice Gallusa wiadomości o podobnych postępkach małżonki Bole
sława Chrobrego. Uważa nawet za prawdopodobne, że ten wątek poda
niowy z osoby Bolesława mógł przejść na Włodzimierza, gdy wojownicy
polscy za dwóch naszych Bolesławów Kijów opanowali. Bogactwa i uczty
Włodzimierza, rozsławiane w bylinach, znajdują potwierdzenie w wiado
mościach naszych kronikarzy przy opowiadaniu o wyprawach kijowskich.
Sędziwy nasz uczony godzi się na starodawny wiek bylin, skoro
nazwisko liii (Ilias van Riuzen) spotyka się już w poemacie „König
Rother“ z XIII wieku, który stoi w związku z niemiecką Vilcinasaga,
a zarazem przychyla się do tej opinii, która w bylinach upatruje twór
czość samorodną. Kto chce się bliżej zaznajomić ze stanowiskiem, jakie
prof. Nehring zajmuje wobec wywodów o bylinach Stasowa i Oresta
Millera, tego odsyłam do samego referatu.
Przy sposobności dodać należy, że „Mitteilungen der schlesischen
Gesellschaft für Volkskunde“ zajmują się w znacznym stopniu słowiań
szczyzną, a w szczególności ludem śląskim i wielkopolskim. Zasługa
— 56 —
w leni prof. Nehringa, który razem z prof. Fr. Vogtem jeszcze w r. 1894
założył Schles. Gesellsch. für Volkskunde w tej nadziei, że obudzi się
interes do ludoznawstwa górnośląskiego i wyda owoce pożądane. Nadzieje
nie omyliły, a szanowny profesor patrzeć może z uciechą na uznanie,
złożone mu w 15-ym zeszycie Mitteilungen, który ozdobiono portretem
prof. Nehringa, wyrażając wdzięczność za pracę naukową, a przedewszystkiem za zasługi, położone około rozwoju śląskiego Tow. ludoznawczego.
Do tej wdzięczności dołączamy naszą i dodajemy życzenie, aby ta praca,
wprowadzająca naukę niemiecką w poznanie duchowości ludu polskiego,
trwała jak najdłużej i nadal równie była owocną.
W tym samym zeszycie znajdujemy ciekawy zbiór O. Knoopa:
Aberglaube und. Braue i aus der Provinz Posen, zebrany z ust ludu
polskiego, a zarazem inne artykuły, w których mowa o polsko-słowiańskich pierwiastkach u ludu śląskiego. Podobnie przedstawia się zeszyt
16-ty. Dlatego tern usilniej zwracamy uwagę naszych ludoznawców na
wydawnictwa śląskiego Tow. ludoznawczego.
Dr. Michał Janik.
Stanisław Ciszewski. Kuwada. Studyum etnologiczne. (Rozprawy
Akademii Umiejętności, Wydział historyczno-filozoficzny, S. II, T. XXIII).
Kraków 1906.
Studyum Ciszewskiego może służyć za wzór, jak tego rodzaju
prace etnologiczne pisać należy.
Zastanowiwszy się na wstępie, co to jest kuwada i jakie o zna
czeniu tego zwyczaju istnieją dotychczas w nauce przypuszczenia, stwierdza
autor, że zdania uczonych są podzielone.
Poddaje więc sprawę ponownemu zbadaniu, oparłszy ją na daleko
szerszej podstawie niż to dotychczas czyniono. Dowodów na ostateczny
wynik swych badań szuka w sympatycznej dyetetyce i sympatycznej pro
filaktyce okresu ciąży, okresu połogowego i okresu niemowlęctwa. W za
kończeniu dochodzi do wniosku, że odprawianie kuwady jest kompleksem
sympatycznych akcyi profilaktycznych, przedsiębranych po części w inte
resie nowonarodzonego dziecka, po części zaś w interesie rodzącej.
Wobec takiego wyjaśnienia kuwady, odpada przypuszczenie, jakoby na
leżało w niej upatrywać przeżytek z epoki zamiany rodu matryarchalnego
na patryarchalny.
Oto krótkie streszczenie pracy autora. Rozwiązuje ona mojem zda
niem sporną kwestyę stanowczo, bo jak słusznie powiada autor (st. 138)
„więcej zbliżonem do prawdy bywa zawsze to objaśnienie jakiegoś faktu
naukowego, które jest prostsze“.
Przejdźmy do szczegółowego omówienia.
Z pomiędzy etnologów, którzy widzą w kuwadzie przeżytek z epoki
ustroju matryarchalnego w nastającej po niej epoce ustroju patryarchalnego i pojmują ją jako manifestacyjne przyznawanie się przez rodzica
do ojcowstwa dziecka, przytacza autor zdania Bachofena (Das Mutter
recht), A Giraud—Teulona (Les origines du mariage et de la familie),
E. B. Tylora (O metodzie badań rozwoju instytucyi w zastosowaniu do
praw małżeństwa i pochodzenia), S. R. Steinmetza (Ethnologische Studien
— 57 —
zur ersten Entwickelung der Strafe) i J. Karłowicza, który w rozdziale Vil
swoich odczytów: „O człowieku pierwotnym“ przychyla się również do
poglądów wymienionych powyżej badaczy.
Dawniejszy pogląd Tylora i J. Lubbocka (Początki cywilizacyi)
sprowadza autor do hipotezy: 1) iż kuwada jest przeżytkiem z epoki
ustroju matryarchalnego i 2) że odprawianiu kuwady dała początek wiara
w możność sympatycznego oddziaływania ojca na dziecko. Są to, jak
słusznie zauważył autor, dwie hipotezy, z których drugą tylko przyjmują
H. Ploss (Das Kind in Brauch und Sitte der Völker), C. N. Starcke (Die
primitive Familie in ihrer Entstehung und Entwickelung) i L. Dargun
(Mutterrecht und Vaterrecht).
Jest jeszcze i hipoteza E. Westermarcka (Geschichte der menschli
chen Ehe), że „Kuwada jest uzmysłowieniem pewnej idei z zakresu fizyologii pierwotnej, mianowicie idei o jednakowej w sprawie poczęcia dziecka
doniosłości funkcyi, spełnianych przez ojca, z funkcyami, spełmanemi
przez matkę“.
...
Dowodów na swoje twierdzenie szuka Ciszewski, jak wspomniałem
powyżej, już w sympatycznej dyetetyce i sympatycznej profilaktyce okresu
ciąży. Rozpatruje ten temat w rozdziale 11. Opierając się na bogate] lite
raturze, tej kwestyi poświęconej, omawia dyetę obydwojga rodziców,
dyetę ciężarnej, mającą na celu zabezpieczenie jej od rodzenia bliźniąt.
Następnie przechodząc do profilaktyki, zastanawia się nad zapatizeniem
i wpływem wrażeń słuchowych na ciężarną. Dalej mówi o profilaktyce
w akcyach męża ciężarnej, jej samej, osób trzecich, stykających się z cię
żarną, nie pomija nawet wierzeń w czynności profilaktyczne w odniesieniu do zwierząt.
Za najważniejsze dla tematu uważam wierzenia, odnoszące się do
dyety obojga rodziców, i profilaktykę w akcyach męża ciężarnej.
Przechodząc do omówień okresu połogowego, daje autor szereg
przykładów kuwady. Możnaby liczbę ich powiększyć, cofając się wstecz
i szukając śladów kuwady w średniowieczu, a nawet w starożytności.
Pozostawiam ten temat do artykułu osobnego.
W rozdz. IV zastanawia się autor nad dyetą i profilaktyką, mającą
na celu zapewnienie dziecku pomyślnego rozwoju pod względem fizycznym
i umysłowym, kończy zaś ten rozdział wierzeniami u Eskimosów. 1 u do
dać należy, że wiara, iż chuchnięcie na dziecko szczęście przynosi, prze
chowała się u naszego ludu.
W zakończeniu wyjaśnia Ciszewski przyczyny sympatycznej dyety
i profilaktyki ze strony ojca i parodyę rodzicielstwa, poświęcając tej
drugiej kwestyi, jako zawilszej, znacznie więcej uwagi, trafne wywody są
nie do zbicia. Bogata literatura, na której się oparł autor, znajomość
wszystkich prawie źródeł kwestyi, kuwady dotyczących, bystrość w orien
towaniu się, jasność w wykładzie zapewniają hipotezie Ciszewskiego
trwałośćw nauce. Autor „Ogniska“ toruje etnologii polskiej nową swoją
pracą drogę do zajęcia poważnego miejsca w tej gałęzi nauki na Za
chodzie.
M. Siwak,
— 58
Dr. R. F. Kaindl: Neuere Arbeiten zur Völkerkunde, Völkerbe
schreibung und Volkskunde von Galizien, Russisch-Polen und der Ukraine
(odbitka z czasopisma brunświckiego „Globus“, Tom 91, zeszyt 4
i 5, 1907).
Jest to sumienny przegląd materyałów ludoznawczych, zamieszczo
nych w wydawnictwach polskich i ruskich za lata 1904—1905. Autor poprzestaje n i stanowisku sprawozdawcy, a tylko na niewielu miejscach
podaje własne oświetlenia lub wdaje się w polemikę. Omawiając artyku
lik Łopacińskiego „o ciągnieniu kota“, pisze: „Kot jest to
zapalona słoma lub pióro, które grający szybko sobie podają; u kogo
zgaśnie, ten ponosi karę. Mylnie mniema Ł„ że zabawa ta z powodu
niebezpieczeństwa wyszła z użycia. Odbywa się jeszcze u Hucułów pod
nazwą „oharczyk“. Może nazwa huculska zdoła objaśnić polską, której
Ł. nie umie wytłumaczyć. Czy kot nie stoi w związku z „knotem“, co
przypominałoby huculski „oharczyk“. — Streściwszy rozprawy Tow. imSzewczenki, protestuje p. Kaindl (zupełnie słusznie) przeciw nadużyciu
wyrazu: „Ukraina“ i rozciąganiu go także na Oalicyę. Przymiotnik:
„ukraiński“ — pisze p. K. — nie jest jednoznaczny z przymiotnikiem
„ruski“ i nie może być stosowany do Rusinów, zamieszkujących Galicyę, Węgry i Bukowinę. Raczej wyraz „Ruś“ (Rutenia) obejmuje także
Ukrainę i oznacza cały obszar, zamieszkały przez Rusinów, jak się go
zresztą w tern znaczeniu powszechnie używa“.
TM. Janik.
R F. Kaindl. Geschichte der Deutschen in den Karpathenlandern. Erster Band. Geschichte der Deutschen in Galizien bis 1772
Gotha 1907, str. 369.
Niemcami w Galicyi mało bardzo zajmuje się nasza powszechność,
a ogół nasz o ich dziejach wie tylko tyle, że istniejące kolonie niemie
ckie założył cesarz Józef II, a za polskich czasów były niektóre miasta
małopolskie i halicko-ruskie, leżące w dzisi ejszej Galicyi, „podniemczone“, w szczególności Kraków, gdzie w okresie przedjagiellońskim
istniało możne mieszczaństwo niemieckie. O tern n. p. że Niemcy w oko
licy Białej są pozostałością z kolonizacyi, przedsięwziętej w połowie
XIII w. po wielkim napadzie Mongołów na Polskę i Śląsk, o samej ko
lonizacyi w Polsce za czasów panowania Piastów, która była nadzwy
czajnie ważnym czynnikiem w dziejach naszych i w rozwoju kulturalnym,
o tern, jako też o dziś istniejących stosunkach w osadach niemieckich
galicyjskich, bardzo mało kto co wie. Dziwna rzecz, że w piśmiennictwie
naszem, które we wszystkich dziedzinach nauki a szczególnie na polu
dziejów i starożytności ojczystych posiada tyle świetnych przedstawicieli,
dotychczas niema dziejów kolonizacyi niemieckiej w Polsce z czasów
niepodległości państwa polskiego w całokształt ujętych, tej kolonizacyi,
która ogrom ziem polskich zniszczyła narodowo. Dlatego z radością po
witać należy pracę profesora wszechnicy czerniowieckiej R. F. Kaindla,
której napis znajduje się powyżej w nagłówku i która, pomijając jej
dążność niemiecko-narodową, oparta na skrzętnych badaniach źródło-
— 59 —
wvch stanowi ważny przyczynek do dziejów kolonizacyi w Polsce. Obejmuie ona wprawdzie tylko Małopolską i Ruś halicką, me mmej przeto
zawierając bardzo wyczerpujące przedstawienie ustroju niektórych miast,
kolonizowanych przez Niemców, w tym kierunku ogolne P^iada
czenie i stanowi cenny nabytek dla wewnętrznych dziejów Polski.
Dzieło Kaindla, oparte na bardzo obszernym materyale zrod owym,
rozpoczyna od nawiązywania pierwszych stosunków memiecko-po
•
Niemki małżonki pierwszych Piastów w Polsce, a późniena Śląsku,
pierwsze torowały Niemcom: duchowieństwu i rycerstwu d gę
polskich, . « części jak Ryza, św. Jadwiga, żona księcia -octe-k ego
Henryka I, i inne, także osadnictwu niemieckiemu. Widać to wyraźnie na
Śląsku, gdzie syn Władysława 11, urodzony z Niemki i z Niemką oze
niony Bolesław, pierwszy zakłada na ziemiach polskich klasz or w biążu (Leubus), zaludniając go mnichami niemieckim, z Pfortc.nad S
którym nadaje rozległe posiadłości ziemskie, uwalniając zarazem wszy
kich^iemców, osiadłych na dobrach klasztornych, od prawa Po's^g°
a nadając im z góry prawo niemieckie Przykład Bolesława słąskiego
znalazł naśladowców w książętach polskich. Kazimierz 11 zas,ad szy na
tronie wielko-książęcym krakowskim, nadaje rycerzowi Winfnedowi, p y
byłemu z nad Renu, rozległe dobra w Małopolsce wraz z prawem niemieckiem dla osadnictwa niemieckiego. Był to początek koiomzacy,nie
mieckiej w właściwej Polsce, którą później, podczas rządów w Polsce
księcia wrocławskiego Henryka I, uprawiano szczególnie naPodha
Po wielkim napadzie Mongołów w r. 1241, za rządów Bolesława Wsty
dliwego, wychowańca śląskiego Henryka i żony jego sw Jadwigi, o
rzono na oścież bramy Polski dla niemieckiego przychodztwa. Krako .,
Sandomierz, Nowy Sącz i inne grody powstają z pop.ołow zn,szcze"^
mongolskiego jako miasta niemieckie a przynajmniej jako takie, którym
Niemcy urządzeniami swojemi nadają piętno i znamię swoje.
Niemieckie mieszczaństwo rozkwita szczególnie w Krakowie. Z, do
brobytem wyrasta w siłę polityczną, wywierając rozstrzygający wpływ na
obsadzenie tronu wielko-książącego, a także na osy Polski. Miesz
czanie krakowscy popierają swego przyjaciela Leszka Czarnego przeciw
szlachcie polskiej, powołują śląskiego księcia Henryka 11 , czeskiego Wa
cława na tron krakowski a w r. 1311 podnoszą wójtowie niemieckich
miast małopolskich bunt przeciw królowi Władysławowi Łokietkowi, o wie
rajac bramy miasta zniemczałemu księciu opolskiemu Władysławowi. Na
północy groziło Polsce niebezpieczeństwo ze strony Krzyżaków, którzy
już posiedli Gdańsk, na południu usiłowali przybysze niemieccy zawła
dnąć tronem wielko-książęcym krakowskim, a w odwodzie czychał Jan
Luksemburczyk, król czeski, by w stosownej chwili uderzyć na 1 olskę
i zawładnąć nią zupełnie. Między wrogami istniała zmowa i porozumie
nie Polska stała nad brzegiem przepaści, a to właśnie tworzy tło, na
którem uwypukla się jako czyn zbawienia ojczyzny, zgniecenie buntu
krakowskiego przez Łokietka. Autor książki sławi atoli bunt ten jako
objaw siły politycznej mieszczaństwa niemieckiego w Mało-Polsce, jako
dążenie narodowo-niemieckie, ubolewając, że później to mieszczaństwo
już nigdy nie odegrało tak wybitnej roli politycznej.
— 60 —
Dążność narodowa autora, czyniąca ujmę wartości naukowej dzieła,
przecenia rozmiary i doniosłość kultury niemieckiej w Małopolsce i na
Rusi halickiej, względnie na terytoryum dzisiejszej Galicyi, zaszczepionej
przez osadnictwo niemieckie, aczkolwiek nie można przeczyć, iż powsta
nie miast w europejskiem słowa znaczeniu wraz z wszelkiemi następ
stwami, jakoteż rozszerzenie wolności na znaczną część ludności, nie na
leżącej do stanu szlacheckiego, na podstawie wprowadzenia prawa nie
mieckiego dla osad przywilejowanych, mamy osadnictwu niemieckiemu
do zawdzięczenia.
Autor wylicza w dzisiejszej Galicyi nie mniej jak przeszło 650 osad
miejskich i wiejskich, „lokowanych“ przez książąt i królów polskich na
prawie niemieckiem t. j. wyposażonych samorządem i wolnością osobi
stą mieszkańców. Na ziemiach niemieckich były tylko miasta samorzą
dne i wolne, w Polsce zaś stosowano to samo także do osad wiejskich
i pod tym względem Polska prześcignęła Niemcy, co autor lojalnie
przyznaje.
Nie można atoli godzić się na jego twierdzenie, jakoby w Mało
polsce i na Rusi halickiej prócz miast jak Kraków, Sandomierz, Lublin,
Nowy Sącz, Wieliczka, Biecz, Krosno, Pilzno, Lwów i Sanok, gdzie istniało
silne niemieckie osadnictwo mieszczańskie, równie inne osady miejskie
i wiejskie, posiadające prawo niemieckie, nawet takie, które nosiły na
zwy niemieckie, posiadały, z małymi jedynie może wyjątkami, ludność
niemiecką. Sołtysi i wójtowie, którym poruczano zakładanie nowych lub
przeobrażanie istniejących na podstawie prawa niemieckiego, bywali
Niemcy, a najczęściej podniemczeni Ślązacy, lecz ludność tych osad była
polską lub ruską, skoro nie znajdują się żadne dowody, na podstawie
których możnaby twierdzić przeciwnie, i owszem w starych księgach i za
piskach gminnych, jakie się zachowały, żadnego śladu ludności niemieckiej
niema. Monografia dr. Zofii Daszyńskiej-Golińskiej „Uście Solne“, prof. B.
Ulanowskiego „Wieś Polska pod względem prawnym“, gdzie szczegółowo
wyświecone są wewnętrznie dzieje wsi Kasiny Wielkiej, i inne prace tego
rodzaju o osadach, urządzonych podług prawa niemieckiego, oparte na
skrzętnych studyach archiwalnych, nie wykazują ludności niemieckiej,
a nawet, jeźli tu i ówdzie w zapiskach starych miejskich znajdzie się
jakie nazwisko niemieckie, lub wzmiankę o garstce mieszczan niemie
ckich, z tego żadną miarą nie można wysnuwać wniosku o niemieckości
osady. Trzeba mieć dalej na uwadze, że osadnicy obcy przybywali do
Małopolski i na Ruś główne z sąsiedniego Śląska, gdzie w XIII i XIV
w. żywioł niemiecki, skupiający się głównie po większych miastach i na
dobrach klasztornych, nie był tak liczny, by mógł w Polsce zaludniać
rozliczne osady. Owszem z Ślązka wychodziła polska ludność wypierana,
przez kolonistów niemieckich a upośledzana przez panujących i niemie
ckie klasztory, a jeźli z miast śląskich wychodzili także Niemcy do Polski,
mogłaby ich być tylko mała garstka. Do nowych osad z prawem nie
mieckiem ściągała się też ludność, lecz nie krajowa, na co istnieją liczne
dowody. Natomiast między wójtami i sołtysami dużo bywało Niemców
i podnieinczonych Ślązaków, co tern się tłumaczy, iż używano ich chętnie
do zakładania lub przeobrażnnia osad jako sprawniejszych do tego, jako
— 61 —
ludzi, dających większą rękojmię udania się przedsiębiorstwa, obliczanego
prawie zawsze na podniesienie dochodów właściciela ziemi. Następnie
bogaci niemieccy mieszczanie z Krakowa, Sandomierza, Nowego Sącza,
Lwowa i Biecza, posiadając prawo nabywania dóbr, zakładali na swoich
posiadłościach osady, na które wedle ówczesnego zwyczaju przenosili
swe nazwiska. Tym sposobem otrzymywały czysto słowiańskie osady
nazwy niemieckie jak n. p.: Zamarstynów pod Lwowem, noszący da
wniej nazwę Sommerstein od właściciela swego Sominersteina, mieszcza
nina lwowskiego, Kulparków dawny (1483) Goldberg od właściciela Pa
wła Goldberga, Kleparów od właściciela Andrzeja Kloppera i t. d. Prof.
Kaindl uważa każde niemieckie imię lub prawdopodobnie niemieckie
chrzestne wójta, lub sołtysa, każdą nazwę miejscową, zdradzającą nie
mieckie pochodzenie, jako dowód niemieckości osady, co jest widocznie
ogromną przesadą i nie zgadza się z prawdą dziejową.
Bardzo skrzętnie i gorliwie, z ogromnym nakładem pracy i mozołu
wydobywa on szczegóły, nawet drobniejsze, mogące świadczyć o kultu
rze niemieckiej w Polsce z kodeksów dyplomatycznych, kronik i ksiąg
miejskich, z najrozmaitszych źródeł niemieckich, polskich i ruskich,
i używa ich jako cegieł, dla wzniesienia monumentalnego pomnika ziom
kom swoim na ziemiach polskich. Przytoczone przy końcu książki pi
śmiennictwo zdumiewa wręcz rozległością ogromną. Korzystał z pracy
wszystkich kodeksów dyplomatycznych polskich i śląskich, roczników
naukowych i kronik, z prac: Piekosińskiego, Szujskiego, Bobrzyńskiego,
Janoty, Szczęsnego Morawskiego, Ambrożego Grabowskiego, Karbowiaka, Bujaka, Kopery, Ptaśnika, Maryana Sokołowskiego, Windakiewicza, Kutrzeby, Władysława Łozińskiego, Czołowskiego, Bąkowskiego, Le
pszego, Tomkowicza, Prochaski, Papeego i wielu innych, nie mniej też
z ruskich pisarzy: Szaraniewicza, Hruszewskiego, jako też niemieckich:
Roepella i Cara, Kałużniackiego, Griinhagena, Marggrafa, Stenzela,
Arbenza, Szeligi, Essenweina, Buchera, Biermanna i innych.
Najcenniejszą część dzieła stanowi opis ustroju miast i ich urzą
dzeń wewnętrznych, jakoteż rzecz o sądownictwie i prawie niemieckiem.
Wszystko to roztrząsa autor bardzo szczegółowo i wyjaśnia z wielką
znajomością przedmiotu, co w tym kierunku czyni jego książkę wa
żnym i bardzo pożądanym nabytkiem i przyczynkiem do wewnętrznych
dziejów Polski, szczególnie w okresie piastowskim: można nawet powie
dzieć, iż piśmiennictwo nasze bardzo mało posiada prac tak wyczerpu
jących z tego zakresu.
Na ziemiach polskich pierwszy nadaje prawo niemieckie książę
ślązki Bolesław, syn Władysława 11, założonemu w r. 1175 przez siebie
klasztorowi niemieckiemu w Libiążu dla darowanych mu posiadłości
ziemskich, a mniej więcej równocześnie czyni to samo w właściwej
Polsce, względnie. Małopols^e, Kazimierz Sprawiedliwy, który wracając
z niewoli niemieckiej jako zakładnik przywozi ze sobą z nad Renu ry
cerza Winfrieda, któremu nadaje na prawie lennem trzy starostwa na Pod
górzu podtatrzańskiem i podbieskidowem. Przechowany o tern doku
ment okazał się falsyfikatem, wskutek czego rzecz ta mgłą dziejową
osłonięta. Pierwszem nadaniem niemieckiego prawa w Polsce, dziejowo
— 62 stwierdzonem, jest przywilej Leszka Białego z r. 1225, udzielony krakow
skiemu biskupowi Iwonowi, na podstawie którego dozwolono mu na
posiadanej przez siebie ziemi zakładać osady na prawie niemieckiem.
laki sam przywilej nadaje Henryk Brodaty przed r. 1234 Cedrowi (Theo
dorowi) wojewodzie krakowskiemu dla Podhala, gdzie dworzanie jego
zakładają miasto „Neytnarg", - jeden z nich Rychald pochodził z ślą
skiego miasta Środy (Neumarkt) — późniejszy Nowy Targ. W r. 1244
otrzymuje Podolen od Bolesława Wstydliwego prawo magdeburskie. Po
tem mnożą się osady wyposażane prawem niemieckiem w Małopolsce
wyludnionej i zniszczonej przez napady Mongołów.
Moc udzielania prawa niemieckiego, przez co następowało uwol
nienie od prawa polskiego krajowego i jego ciężarów, posiadał w pierw
szym rzędzie książę panujący. Prerogatywę tę zlewał na świeckich i du
chownych właścicieli dóbr ziemskich, którzy znowu zakładali na ziemi po
siadanej osady na prawie niemieckiem, lub też nadawali je wsiom już
istniejącym. Właściciele ziemi przenosili w tym razie nabyte od księcia
prawo na sołtysów lub wójtów, poruczając im zakładanie nowych lub
przeobrażanie istniejących osad i stawiając ich na czele tychże. Tym
sposobem powstawał pomiędzy sołtysem lub wójtem a właścicielem
ziemi z jednej strony, zaś z drugiej między tym a księciem panującym
s osunek lenny. Autor przytacza zajmujące orzeczenie prawnicze z r. 1496,
iz sołtysowstwa mogą w dwojaki sposób przypadać właścicielowi ziemi:
po pierwsze przez kupno, i po drugie w myśl postanowień prawa feu
dalnego; gdyż pomiędzy sołtysami a ich pacami obowiązuje to prawo
stosunki zaś między sołtysami a innemi osobami porządkuje prawo
magdeburskie. Sąd, przed którym stawali sołtysi i wójtowie, lub przed
którym załatwiali swe prawne sprawy, zwał się „iudicium feudale“ lub
„tus lenskie a więc sąd lenny.
Książę w dokumencie wystawionym uwalniał obszar ziemi prze
znaczony na osadnictwo od prawa krajowego, jakoteż od władzy zwy
czajnych urzędników państwowych, i zarazem udzielał osadzie prawa
niemieckiego, lub też upoważniał posiedziciela ziemi do nadawania tego
prawa. Mieszkańcy osad na nieksiążęcej ziemi podlegali jej posiedzicielowi i ustanowionemu przez niego sołtysowi lub wójtowi, ci zaś podle
gali sądowi posiedziciela jako swego bezpośredniego pana lennego je
dnak często zatrzymywał książę jako najwyższy pan lenny ostateczne
orzeczenie sądowe dla siebie. Zwyczajnie nadawano prawo magdebur
skie lub też prawo miejskie niemieckie podług modły miast śląskich,
Wrocławia i Środy, rzadko kiedy prawo innych miast niemieckich. Zda
rza o się też, iż nowym osadom nadawano prawo niemieckie podług moH^mar^ZuCh m'a/St polskich' Tak nP- otrzymał Prądnik (1334), Tarnów
S ’ u,05,“7,“ ‘330)’ Uj3zd * Wróblowa (1334), Skawina (1364), Pilzno
( 54), Wieliczka (1361), Lanckorona (1366) krakowskie prawo.
Liczba łanów wymierzanych osadzie bywała różna, wielkość osa
dy zależała ostatecznie od jej rozwoju. Część obszaru gminnego bywała
użytkowaną wspólnie. Przedewszystkiem wydzielano wspólne pastwisko
w miastach równie-a mniej więcej połowę takiej przestrzeni na „s ko
tu lezę czyli na „vigony“ (wygon bydła).
„Skotnicza“ przedstawiała
— 63 —
drogę dla pędzenia bydła przez środek osady, zatem tworzyła główną
ulicę i główny plac. Przy tej drodze na prawo i lewo znajdowały się za
grody a rzemieślnicy i kupcy ustawiali tu swoje kramy i tu odbywał się
targ. Las bywał także wspólny. Na czele osady, wyposażonej prawem
niemieckiem, stał sołtys lub wójt, sprawujący w osadzie urząd naczel
nika i sędziego.
Autor pisze: „Ponieważ zadanie sołtysa lub wójta było trudne
i odpowiedzialne, rzecz naturalna, iż stawiano na tern stanowisku za
ufanych i dzielnych ludzi“.
Dziedziczni sołtysi i wójtowie mogli po największej części sprze
dawać swe urzędy wraz z wyposażeniem. Zmiany w sołtysowstwach
i wójtowstwach zdarzały się często. Z urzędami tymi były połączone
znaczne beneficya. Sołtysi i wójtowie otrzymywali wielki kawał ziemi
i lasu, przywileje do prowadzenia przedsiębiorstw zarobkowych i kupie
ckich a z opłat domowych i gruntowych przypadała im część szósta,
również musieli rzemieślnicy i kupcy oddawać im część dochodów
z swej pracy. Ci naczelnicy osady uprawiali często wyłącznie pszczelar
stwo, piwowarstwo i młynarstwo, byli wszakże obowiązani do służby
wojennej. Byli sołtysi i wójtowie dziedziczni, dożywotni i tacy, którzy
doznawali ograniczenia na swoich stanowiskach urzędowych. Niektórzy
z dziedzicznych tracili urzędy. Po buncie w r. 1311—1312 w Krakowie
bywało wójtowstwo tylko wydzierżawiane przez króla a wójt krakowski
w pierwszej połowie XIV wieku zwał się „Myteling des Gerichtes unsers
Herm des Konigs“.
Obszernie rozwodzi się autor nad prawami i obowiązkami mie
szczan i chłopów w osadach z prawem niemieckiem. Rozdział ten jest
bardzo dobrze opracowany i wielce zajmujący.
Prócz własności ziemskiej posiadali mieszczanie i chłopi inne
jeszcze korzyści i prawa. Mieli z sołtysami i wójtami wspólne prawo
rybołówstwa, paszenia bydła, zrębu w lesie Miasta używały prawa tar
gów i uwolnienia od ceł, czego zwyczajnie udzielał tylko panujący książę,
jako też prawo utrzymywania składów. Niektóre miasta były uprawnione
do bicia monet i do uprawiania górnictwa, warzelnictwa i do mieńby
(handlu) solą. Największą korzyścią osad z prawem niemieckiem było
uwolnienie od licznych i przykrych ciężarów, polegających na różnych
daninach, służebnościach i robociźnie, wynikających z polskiego prawa.
Obowiązane były one głównie do opłaty od ziemi w pieniądzach. Od
łanu płacono zwyczajnie ośm skottów, równych szesnastu groszom
albo trzeciej części marki polskiej liczby. Wyjątkowo uiszczano daninę
od ziemi w surowych płodach. Istniała też dziesięcina od zboża, którą
zamieniano w opłatę pieniężną, jako też pańszczyzna, w dawniejszych
czasach tylko w rzadkich wypadkach. Polegała ona głównie na upiawie
roli, mianowicie na zoraniu pewnej przestrzeni lub też robocie polowej
przez pewną liczbę dni. Wymiar pańszczyzny bywał rozmaity. Następnie
uiszczano też rozmaite podatki na rzecz państwa. W miastach waro
wnych byli mieszczanie obowiązani do zbrojnej obrony swego grodu.
Wyjątkowo użyczali panującym pomocy wojennej. Krakowscy mieszcza
nie walczyli w otwartem polu przeciw Tatarom, o czem świadczy doku-
— 64 —
ment Leszka z r. 1288. Nowosądeczanie posiłkowali Łokietka przeciw
zbuntowanym Krakowianom Od roku 1350 obowiązany każdy chłop
z osady o prawie niemieckiem płacić po dwa szkoty od łanu na cele
wojenne. Większe miasta dostarczają wozów, żywności i dział. Przy za
kładaniu osad zwalniano je na kilka lat od wszelkich ciężarów publi
cznych — do pięciu do dwudziestu lat, prócz tego zwalniano je od cza
su do czasu, prócz „lat wolnych“, od danin i podatków na pewien prze
ciąg czasu.
Jeszcze obszerniej traktuje autor sądownictwo i prawo niemieckie.
Mieszkańcy osad obdarzonych prawem niemieckiem były zupełnie samo
rządne i podlegały w drugiej instancyi sądom lennym prowincyonalnym
a w ostatniej najwyższemu trybunałowi sądowemu królewskiemu. W spra
wach tych osad nie miał prawa wydawać wyroku ani starosta, ani kaszte
lan, ani wojewoda. Niezawisłość ta od zwyczajnych krajowych sądów
przysługiwała w Polsce także wiejskim osadom, co już powyżej wspo
mnieliśmy, a dlatego prawo niemieckie używane w Polsce posiadało zna
miona wybitne prawa miejskiego, z tego powodu też widzimy cały szereg
osad wiejskich urządzonych na podstawie prawa magdeburskiego. Pierwszą
instancyą sądownictwa na podstawie prawa niemieckiego stanowił sołtys
lub wójt z ławnikami, których zwano także „przysiężnymi“. Sołtysi i wój
towie przewodniczyli tylko sądowi, wyroki zaś wydawali ławnicy. Miej
scowym sądom przydzielano często tylko mniejsze sprawy, podczas gdy
ważniejsze zatrzymywał sobie do rozstrzygnięcia panujący książę lub posiedziciel ziemi. Z tego wynika, że panowie nadający lenna, czyto pa
nujący książęta, lub duchowni i świeccy posiedziciele ziemi, zatrzymywali
sobie w niektórych osadach części sądownictwa. Pan lenny nie mógł je
dnak dowolnie wydawać wyroków, lecz musiał się trzymać prawa niemie
ckiego, także i w takich razach wydawali wyroki ławnicy, którym tylko
pan w miejsce sołtysa lub wójta przewodniczył.
Miejscowe sądy okazały się atoli jako niedostateczne, mianowicie
gdy chodziło o spory prawne pomiędzy mieszkańcami osady, „lokowanej“
na prawie niemieckiem, z innemi osobami, a szczególnie przynależącemu
do stanu szlacheckiego. Potrzeba ta zrodziła nadworne sądy lennicze
tj. na dworze książąt panujących i po dworach, względnie klasztorach,
posiedzicieli osad z prawem niemieckiem. Sądy te wyższe różnie nazy
wano, jako to: „iudicium provinciale“, „iudicium iuris provincialis“, „iudicium curiae“ i także „feodale iudicium“, „ius liński, lenske, lencale,
lencum“.
Przedewszystkiem siedzibą takiego lennego trybunału był zamek
królewski na Wawelu. Trybunał nosił w r. 1337 nazwę: „Jus theutunicum iu castro Cracoviensi“, później zwano go „Iudicium nostrum theutonicum Cracoviense“. Drugi trybunał lenny sądowy istniał w Sandomie
rzu, trzeci w Sączu przy klastorze Klarysek. Również kasztor w Tyńcu
posiadał taki sąd a nie brak śladów w pismach starych, że podobne sądy
lenne istniały po dworach panów. Sąd lenny królewski stanowił wyższą
instancyę nad wszystkimi sądami miejscowymi i innymi lennymi. W tym
królewskim sądzie leżał zaród najwyższego trybunału królewskiego,
ustanowionego na zamku wawelskim przez króla Kazimierza Wielkiego-
— 65 —
zwanego „supremum iudicium iuris theutonici in castro Cracoviensi .
Przewodniczący tego sądu mianował się „iudex seu advocatus . Godność
tę otrzymywali kilkakrotnie mieszczanie krakowscy.
_
Zauważyć należy, że przed utworzeniem najwyższego królewskiego
trybunału na zamku krakowskim sądy ławnicze miejskie w wątpliwych
wypadkach zgłaszały się do miast niemieckich po wyroki, skąd je otrzy
mywali. Kazimierz Wielki, zakładając najwyższy trybunał, zakazał miastom
udawać się do Niemiec po wyroki jako rzecz, ubliżającą powadze króla
i państwa polskiego. Prócz tego trybunału ustanowił król Kazimierz
Wielki tym samym dokumentem jeszcze wyższy sąd, który zgromadzał
się tylko od czasu do czasu w ważniejszych wypadkach. Był to sąd od
woływania się przeciwko wyrokom najwyższego trybunału do osoby sa
mego króla, sąd złożony z dwunastu komisarzy, w których skład wc.iodziło po dwóch rajców, wybranych przez miasta: Kraków, Sącz, Bochnia,
Wieliczka, Kaźmierz i Olkusz. W dokumencie Kazimierza Wielkiego ozna
czony jest bieg instancyi: sąd miasta Krakowa („iudicium. civitatis
Cracoviensis“), nad tym trybunał sądowy królewski na zamku królewskim
(„supremum ius theutonicum Magdeburgense, quod et provinciale dicitur, castri Cracoviensis“) i w ostatniej instancyi osoba króla z sądem
komisarzy, wydająca ostateczny wyrok, przeciw któremu nie było już
odwołania.
Sołtysi i wójtowie byli przedstawicielami pana lennego po mia
stach i wsiach. Miasta w szczególności posiadały bardzo szeroki samorząd.
Najważniejszym organem samorządu miejskiego byli rajcowie (consules).
Jako pierwszy rajca w Krakowie wzmiankowany Volradus de
Keczser. Liczba rajców bywała nie wszędzie jednakowa, od sześciu
do dwudziestu czterech. W Krakowie w r. 1435 zasiadało ich 24. Godność
ich stała się później dożywotnią. Jeden z nich, który obradom przewo
dniczył, był burmistrzem miasta („magister civiurn“ albo „pro - consul“).
Zakres działania rajców był wielki. Wykonywali oni w mieście całą wła
dzę ustawodawczą i administracyjną, odbywali mniejsze sądy w sprawach
rozmaitych przepisów i ustanowień miejscowych, jakoteż w sprawach
cechowych. Do nich należało utrzymywanie porządku, czuwanie nad publicznem bezpieczeństwem i obyczajnością, nadzorowanie rzetelności miar
i wag jakoteż prawdziwości i pełnoważności monet, jednem słowem
wszystko, co do zakresu spraw wewnętrznych gminy należało. Oni też
przyjmowali obcych do związku mieszczańskiego, zawiadywali skarbowością miasta, zaciągali pożyczki i wypożyczali pieniądze miejskie —
byli samowładnymi panami miasta. Między urzędnikami miejskimi ważne
stanowisko zajmował pisarz („notarius civitatis“), który miał pod sobą
podpisarza („subnotarius“).
Autor omawia szczegółowo istotę cechów i ich dzieje, w szcze
gólności w Krakowie, Lwowie i Nowym Sączu, gdzie w radnicy, w są
dach ławniczych i w cechach urzędowano po niemiecku, — nie mniej urzą
dzenia miast, zarząd ich, wytwórczość, mieńbę, szkolnictwo, zwracając
także uwagą na solidarność, jaka pomiędzy niemieckiem mieszczaństwem
istniała w całej Polsce, i przytaczając znamienny tego przykład, iż w r. 1460
mieszczanie poznańscy i gdańscy wstawiają się u Króla Kazimierza JaLud. Rocznik XIII.
5
— 66 —
giellończyka za niemieckimi obywatelami miasta Lwowa, by im wolno
było sądzić obcych kupców podług prawa magdeburskiego.
Żałować należy, iż niemiecko - narodowa dążność autora, objawia
jąca się we wszystkich rozdziałach książki, psuje wrażenie dzieła, w po
szczególnych ustępach znakomicie naukowo opracowanego. Jak dalece
idzie przesada w tym kierunku, wystarczy przytoczyć fruktyfikacyę ru
muńskich wyrazów, znajdujących się w naszych gwarach góralskich dla
niemczyzny. Pisze on bowiem: „Dziś jeszcze wyrazy, pozostające w związ
ku z owczarstwem zachodnio-galicyjskich górali mają być niemieckie(l),
co dowodzi, iż Niemcy i w tern byli nauczycielami krajowej ludności“.
Młynarstwo podług niego również się rozwinęło u nas pod wpły
wem Niemców. Dowód: pytel z niemieckiego Beutel, grys z Gries
krupy z Graupen. Pytanie tylko czy Gries odwrotnie nie pocho-,
dzi od grysu a Graupen od krup.
Wytyka nam autor dalej zapożyczenie od Niemców wyrazów
z dziedziny górnictwa, rękodzieł, urządzeń miejskich, budownictwa i tp.
w szczególności między wielu innymi wyrazy: druk, handel, fracht,
ratusz, browar, szlachta, s z w e 1 e, s z y c h t a, g i s e r n i a, li
chtarz, dach i t. d. co wszystko ma świadczyć o tern, iż kulturę u
nas zaczczepiali i rozwinęli Niemcy.
Dobrze nam tak, jeźli paplemy zamiast wytłocznia -- drukarnia,
zamiast mieńba—handel, zam. przewóz — fracht, zam. radnica — ratusz,
zam. piwowar — browar, zam. rzezalnia — szlachtuz, zam. progi —
szwele, zam. warstwa — szychta, zam. odlewarnia —gisernia, zam. świe
cznik — lichtarz, zam. strzecha — dach i t. d., a w nowszych czasach
zanieczyszczamy nasz piękny język takimi dziwolągami niemieckimi,
jak banhof, kajzerka (bułka), dauerbrandy, forszus i t. d.
Kultura wogóle jest międzynarodowa. Niemcy jej nie wynaleźli,
lecz przyswoili sobie także od innych narodów, agdybyśmy chcieli robić
ścisłe poszukiwania w ich wyrazach z rozmaitych dziedzin pracy kultu
ralnej, znaleźlibyśmy z pewnością dużo obcych pierwiastków, chociaż
przyznać trzeba, że Niemcy nie popisują się tak, jak my, bez potrzeby
obcymi wyrazami. Do Polski wpłynęła też kultura z rozmaitych krajów
i od różnych narodów. Tak jak od Niemców, nie można żądać od nas,
żebyśmy sami stworzyli kulturę. Przywłaszczyliśmy ją sobie, skąd było
najdogodniej, i przetrawiliśmy ją tj. spolszczyli podobnie, jak Niemcy ją
zniemczyli, a zaiste dziką jest pretensya ze strony Niemców reklamować
wyłącznie dla siebie rzecz nie swoją, lecz dobro wspólne wszystkich
narodów.
Mniej samochwalstwa narodowego byłoby większem uwydatnie
niem posłannictwa kulturnego, jakie Niemcom wskutek zbiegu okoli
czności i wskutek naszej nieopatrzności ze względu na ogromne straty
narodowe, jakie ponieśliśmy przez osadnictwo niemieckie — przypadło
w Polsce. Uczonemu z tern nie do twarzy a w szczególności przynosi
to niemałą ujmę dziełu, pod innym względem tak znakomitemu jak
książka prof. Kaindla.
G. Smólski.
67 Majer Balaban. Żydzi lwowscy na przełomie XVI i XVII w. Lwów,
1906. Nakładem funduszu konkursowego imienia Hip. Wawelberga.
Żydzi w Polsce czekają na swojego historyka. Dzieje ich to teren
tak mało znany, las takimi gąszczami zarosły, że zoryentować się w nim,
drogi powycinać, praca niemała. Podjął się części tego zadania dr. M. Ba
laban i spełnił je w sposób przynoszący mu chlubę. Znaliśmy autora
z prac drobniejszych, poświęconych dziejom żydów polskich — praca
obecna, odznaczona pierwszą nagrodą na konkursie im. H. Wawelberga
przez wydział filozoficzny uniwersytetu lwowskiego, przewyższa wszystkie
poprzednie i wartością i rozmiarami.
Nie mam zamiaru omawiać dzieła dra Balabana ze stanowiska hi
storycznego w organie towarzystwa ludoznawczego, chciałbym tylko
zwrócić uwagę czytelników „Ludu“ na cenny bardzo materyał etnograficzny,
hojną dłonią rozrzucony w całej pracy, a zwłaszcza w części trzeciej.
Cały rozdział XXII, poświęcony życiu prywatnemu żydów, możnaby na
zwać studyum historyczno-etnograficznem. Synagoga i dom rodzinny to
dwa punkty oparcia, w których żyd znajdował swobodę i w których mógł
się śmiało obracać, niewidziany i nieśledzony przez nikogo, mówi autor
i daje barwny obraz tego tak mało znanego, bo zamkniętego świata.
Ciekawe szczegóły do wierzeń, związanych z przyjściem na śwat
dziecka, podaje dr. Balaban na str. 520 i 521. Obawa przed złymi duchami
a głównie przed dyablicą Lilith nakazywała przybijać nad drzwiami, na
oknach i nad łóżkiem położnicy amulety, chroniące matkę i dziecko przed
złymi wpływami. Z tego samego powodu wkładano pod poduszkę obo
sieczny nóż obrzezacza.
Przykład powstania legendy znajdujemy w rozdz. VIII. Zasługuje
ona na baczniejszą uwagę, bo dzięki poszukiwaniom autora znamy pra
wdziwą postać, około której fantazya ludowa snuć poczęła swe opowia
dania. Mamy więc niejako na gorącym uczynku pochwyconą legendę
w stadyum tworzenia się. Odnosi się ona do „Złotej Róży“ — „die giildene Rojse“ — Róży Nachmanowej. Autor pedaje trzy wersye: Suchystawa, Samuely’ego i zapisaną przez siebie. Najciekawszą jest pierwsza,
zwłaszcza jeźli się ją zestawi z historyą prawdziwej Róży. Przytoczę ją
w całości:
„Jako jest napisanem w pinaksie Towarzystwa pogrzebowego: księża
zajęli świątynię i była w ich ręku 4 lata i 6 miesięcy, a cudem było, że
jej nie zbezcześcili. 1 stało się, że ta kobieta wielka była wpływowa
u króla i panów i wydała ucztę dla króla i panów, by pozyskać króla
i powrócić koronę do dawnej świetności, t. j. świątynię w nasze ręce.
A gdy księża widzieli, że się ich przedsięwzięcie nie udaje i władza Ży
dów jest wyższą i to dlatego, że ta kobieta ma wielkie znaczenie
u króla i panów, uradzili świątynię zająć i zamienić ją w kościół. Ody
się ta kobieta o wszystkiem dowiedziała, wołała z goryczą w duszy przed
królem i panami i uzyskała rozkaz królewski, by powstrzymano wszelkie
kroki i przedłożono ją przed sąd króla i panów.
A gdy poszła z tein przed naczelnika księży i pokazała mu pismo
królewskie, a gdy zobaczył to pismo, zabił ją i pociął w kawałki.
68 —
1 oddała swą duszę za świętość boską. Świątynia nasza będzie pa
miątką po niej. Bóg niechaj pomści jej krew, a zasługa jej niechaj się
policzy całemu Izraelowi. Amen“.
Historycznie da się stwierdzić, że Róża Nachinanowa, dzierżawczyni
dochodów i rogatek starościńskich we Lwowie, zmarła w r. 1637, przy
czyniła się do ocalenia bóżnicy, skonfiskowanej przez jezuitów.
Analizując legendę o „güldene Rojse“, zwraca autor uwagę na księgę
Ester (uczta, na którą Róża zaprasza króla i w czasie której zyskuje ła
skę królewską) i na tendencyę uśmiercenia bohaterów, których imię zo
stało związane z budową wielkich kościołów, zamków, mostów, bóźnicii.p.
„Cudowną moc słowa“ (rozdz. V. Karłowicza: O człowieku pier
wotnym str. 99—118) przypomina w Dodatkach pomieszczona notatka
o Suchystawie, zmarłym około r. 1880 (st. 553).
Tych szczegółów garstka posłużyć może jako dowód, jakie boga
ctwo etnograficzne kryje się w książce dra Balabana. Dla dziejów Żydów
w Polsce nieoceniona praca jest i dla etnografa prawdziwą kopalnią.
Wartość jej podnoszą liczne, bardzo dobrze dobrane i przeważnie zna
komicie wykonane ryciny. Jest ich pokaźna liczba, bo 77 Na szczególną
uwagę zasługuje ryc. 60—68, pochodzące ze zbioru rycin biblioteki Pawli
kowskich we Lwowie.
M. Siwak.
Zeitschrift für österreichische Volkskunde. Organ des Vereines für
österreichische Volkskunde in Win. Redigiert von Dr. Michael Haberlandt.
XII. Jahrgang 1906. VI Heft.
Rozprawa A. Sikory z Innsbrucka p. t. Der Kampf um die Passions
spiele in Tirol im 18. Jahrhundert zapoznaje nas z dziejami widowisk
passyjnych za czasów Maryi Teresy i Józefa II, rozpowszechnionych, jak
z pracy autora wywnioskować można, w całym prawie Tyrolu już od
XV w. Lud uważał je „nicht als eine Unterhaltung, sondern als Andacht,
als gottgefällige Werke“, które skuteczniej działały w czasie klęsk ele
mentarnych niż wszelkie kościelne ceremonie. Stąd zacięta walka, kiedy
rządy oświeconego absolutyzmu wojnę im wypowiedziały. Najuporczywszą
i najdłuższą była ta walka w Nauders i Kaltem. Szczegółowo, może za
rozwlekle, kreśli owe zatargi autor, opierając się na bogatym materyale
archiwum namiestnictwa w Innsbrucku.
Robert Eder podaje kilka zwyczajów z Czech północnych, odno
szących się do wesela, urodzin, chrztu (kilka przykładów „Patenbriefei“),
śmierci i świąt w artykule: Volkstümliche Überlieferungen aus Nord
böhmen.
Rubryka: Kleine Mitteilungen zawiera G. Jungbauera: Das Volkslied
vom Eisenbahnunglück. Przykład powstawania pieśni ludowej pod wpły
wem wypadku, jaki zaszedł w r. 1870; — dalej prof. I. Kostiala: Zur
Krainer Volkskunde. Notatka ta wyjaśnia pochodzenie wielu przysłów,
porównań, żartobliwych zwrotów, jakie W. Tchirkel zebrał w Koczewiu,
wpływami sąsiednich Słoweńców. Przykładów słoweńskich równoznacz
nych z niemieckimi podaje Kostial 139.
— 69
Dział trzeci: Etnographische Chronik aus Österreich zawiera dwie
notatki: Deutsche kulturhistorische Ausstellung für den Böhmerwald zu
Eisenstein 1906 i Die Wiener Tagung der 5. Abteilung des Gesamtverei
nes der Deutschen Geschichts — und Altertumsvereine.
Z książek omówiono R. Meringera: Das deutsche Haus und sein
Hausrat, H. Wolfsgrubera: Volkstümliche Kunst aus Oberösterreich, Bi
bliographie der Volkskunde (Dr. Haberlandt nazywa ją, „ein nachahmens
wertes Muster“. Kiedy my się zdobędziemy na tego rodzaju pracę!) — dalej
Dr. M. Höflera: Das Herz als Gebildbrot, Dusana Jurkowića: Slowakische
Volksarbeiten, Dr. J. Zemmricha: Sprachgrenze und Deutschtum in Böh
men i F. Andressa: Denkmäler und Sagen im Bezirk Dobrzan.
Zamyka zeszyt rubryka V : Mitteilungen aus dem Verein und dem
Museum für österreichische Volkskunde i spis rzeczy. Wykaz subwencyi
daje sumę 950 k. Muzeum powiększono i pod względem zbiorów i co do
pomieszczenia. Przybyły mianowicie trzy sale na zbiory alpejskie. Bardzo
miłą wiadomość podaje zarząd muzeum, że przystępuje do ułożenia no
wego przewodnika. Przyda się on bardzo, bo kiedy w ubiegłym roku
w sierpniu zwiedzałem muzeum (godne naprawdę zwiedzenia), brak ka
talogu bardzo dawał się dotkliwie odczuć. Nie mogę na zakończenie po
wstrzymać się od powtórzenia wygłaszanego już nieraz ubolewania, że
kraj na-z dotąd nie zdobył się na stworzenie muzeum etnograficznego.
Drobne mieściny na Zachodzie wyprzedzają stolicę Galicyi. Gnuśność,
ospałość, niedbalstwo, niezrozumienie własnych interesów! Nadaremnie
gromadził ś. p. Kalina z niezmordowaną skrzętnością i prawdziwym za
pałem materyał do przyszłego muzeum etnograficznego polskiego, nada
remne czynił zabiegi i starania, by znaleść na nie pomieszczenie, nie zna
lazł go w całym Lwowie. Powrócę do tej sprawy w osobnym artykule.
Tutaj zaznaczę tylko, że zarząd naszego Towarzystwa przekazanej nam
przez ś. p. Kalinę sprawy muzeum etnograficznego polskiego nie spu
ści z oka.
Michał Siwak.
