877c164770da827d910b1ac73ea041e6.pdf

Media

Part of Rozbiory i sprawozdania, cz. 4 / Lud, 1903, t. 9

extracted text
413 —

ROZBIORY I SPRAWOZDANIA.
Bruckner Aleksander. Literatura religijna w Polsce średniowiecznej’
skreślił... Tom I. „Kazania i pieśni“; szkice literackie i obyczajowe. War­
szawa. 1902. 8-ka, kt. nl. 2, str. 235 i 1 nlb,
Dawniejsze prace niestrudzonego berlińskiego profesora, porozrzucane
po pismach i wydawnictwach peryodycznych. posłużyły mu obecnie za
podkład do omawianego dzieła. Nie jest ono bynajmniej, — mógłby kto
sądzić, — prostym zlepkiem dawniejszych owych rozpraw. Jest ono na­
tomiast zupełnie nowem, z nowymi szczegółami i wynikami, jeno opartem
na tamtych pod względem omawianych w niem przedmiotów. Tern większa
jest zasługa autora, że wyrzucił zupełnie z tej pracy balast naukowy
i ciężkie cytaty łacińskie, co wcale nie ujęło dziełu naukowej wartości,
a za to dało możność zapoznania się z pomnikami dawnego naszego
piśmiennictwa szerszym kołom społeczeństwa. Obecnie nawet zawodowy
badacz, mając tę książkę pod ręką, uniknie poszukiwań po czasopismach
za drobnymi artykułami, otrzymuje ponadto wiele nowych spostrzeżeń
i rezultatów, jakich tam nie było. Poza niezaprzeczoną wartością, jaką ma
ta praca dla historyi literatury, ma ona z pewnością wcale nie mniejszą
tak dla historyi kultury naszej, jak i dla etnografii. Prof. Bruckner bowiem,
jeden z nielicznych u nas gruntownych znawców folkloru, położył w tej
pracy silny nacisk na obyczajową zawartość pomników piśmiennictwa,
a stąd też wydobył całe mnóstwo niezwykle ciekawych przesądów i zabo­
bonów, charakteryzujących wybornie ówczesną naszą umysłowość, dają­
cych ponadto możność stwierdzenia, iż siła zabobonu jest tak wielka, że
nie zniszczą jej nawet długie stulecia, skoro, jak o tem można przekonać
się, wiele z tych przesądów trwa do dzisiaj nieprzerwanie w ustach ludu,
przechodząc tradycyą z pokolenia na pokolenie.
Jak wiele ma do zawdzięczenia dzisiejsza nauka pierwszym naszym
kaznodziejom i kazaniom, wygłoszonym przez nich, o tem można się prze­
konać zaraz z samego początku książki, kiedy to prof. Bruckner nakre­
śliwszy drogę, na jakiej rozwinęło się u nas kaznodziejstwo w wieku XV.,
zajmuje się postacią Hieronima z Pragi, którego opowiadaniu zawdzię­
czamy arcyważny przyczynek do mitologii litewskiej, w dziele Eneasza
Sylwiusza p. t. „De Europa“. Dowiadujemy się stąd o kultach religijnych
starożytnej Litwy, jakich było kilka; o kulcie węży domowych, świętego
ognia (z którego wróżyli kapłani o wyzdrowieniu lub śmierci chorych),
o kulcie słońca i lasów, poświęconych dyabłom. że relacya Hieronima jest
wiarygodna, to potwierdza wiele faktów. I tak. z Gwagnina, Stryjkow­
skiego i Łasickiego wiemy, że cześć wężów była na Litwie powszechna
jeszcze w drugiej połowie XVI. stulecia, wróżby z ognia są pospolite
u ludów dzikich, mit znowu o zakuciu słońca przez jakieś potęgi i od­
kuciu jego — jest najzwyczajniejszym mitem solarnym; również i o kulcie
gajów wiemy wiele z Łasickiego i relacyi Jezuitów, którzy działali między
Łotyszami na początku XVII. wieku.
Ale relacya ta jest niczem w porównaniu z niesłychanem bogactwem
szczegółów obyczajowych, jakie zawierają kazania. Naturalnie w korzy-

414 —
staniu z nich trzeba postępować bardzo ostrożnie z dwu powodów. Nie­
raz bowiem kaznodzieja podawał fakta, jakie tylko w obcych krajach
mogły mieć zastosowanie, lub też umniejszał prawdziwość faktu zbyt
jaskrawem koloryzowaniem jego. Najgorliwiej walczyli księża przeciwko
pogaństwu, t. j. przeciw resztkom bałwochwalstwa. Tyle zaś jest tych
przesądów, że można je nawet uszeregować' podług świąt kalendarzowych.
1 tak: w wilję Bożego Narodzenia nie wypożycza się ognia, bo szczęście
opuściłoby dom, uważa się, aby pierwszy gość był czysto ubrany i miał
w życiu szczęście, resztki wieczerzy wigilijnej wysiewa się, bo z nich
obrodzi się n. p. pietruszka w ogrodzie. Na Nowy Rok gromadzki pastuch
rozdaje pręty, których nie należy brać golą ręką; tymi prętami wypędzają
potem bydło po raz pierwszy w pole. Na M. B. Gromniczną wypalają
gromnicami sierść na karku krowom, aby dobrze się chowały, aby nie
uległy czarom i nie poniosły szkody od psa wściekłego. Na Popielec wróżą
z soli, kto prędzej umrze. W Wielki Czwartek zostawia się na noc resztki
wieczerzy dla dusz zmarłych; w Wielką Sobotę chowano święcone głownie,
jako lekarstwo dla bydła; w niedzielę wielkanocną obchodzono z krzyżem
pola, aby je uchronić od gradu. -Dowiadujemy się też wiele o t. zw.
„dyngusie“, o tern, że w dnie krzyżowe zbierano trawę dla czarów z tego
miejsca, na którem stawała procesya, że w noc przed św. Janem Chrzci­
cielem czuwano, aby uniknąć przez cały rok bólu oczu, obwiązywano
głowę bylicą, aby uchronić się od bólu głowy, że wreszcie używano ziół
święconych na Wniebowzięcie Matki Boskiej, do leczenia bydła i kadzenia
niemi podczas burzy i t. d.
Z przesądów, przywiązanych do dni tygodniowych, wymieniam: ponie­
działek, jako dzień feralny, i piątek, w który nie wydaje się ognia z domu.
Zważano nadto na pewne godziny dnia, przy kupnach, zawieraniu ślubów
i zbieraniu ziół. Po zachodzie słońca nie można sprzedawać mleka, aby
nie zaszkodzić bydłu. Na nowiu modlono się, aby uchronić się od bólu
głowy. (Oba ostatnie zwyczaje zachowały się do dzisiaj). Gdy na wiosnę
wychodzono po raz pierwszy z pługiem na rolę, obwieszano wołom rogi
rozmaitemi rzeczami i obsypywano je chmielem, aby urodzaj był obfity,
a i do wysiewanego zboża dodawano poświęconego na Popielec popiołu.
Również liczne są przesądy, tyczące się pewnych faz życia, zajęć
i stanów. W czasie wesela wróżono o płodności małżeństwa, o płci dzieci
i t. p. Ci, którzy stawiali dom lub przenosili się z jednego mieszkania
do drugiego, starali się w rozmaity sposób dowiedzieć się, jak im się
będzie powodzić? Kupna nie należy dokonywać gołą ręką, to też przy
umowach podawano sobie ręce przez sukmanę. Rybacy i strzelcy okadzali
się święconem zielem przed wyjściem na łowy. Karczmarze również uży­
wali guseł, aby prędzej wyszynkować napój i gości zwabić do siebie.
Materyału do tych guseł ‘dostarczały im czarownice.
Najliczniejsze były przesądy i gusła lecznicze przeciwko, urokom
i czarom. Leczono zatem choroby ludzkie i zwierzęce zażegnywaniem we
wszystkich formach, jakie obecnie wśród ludu istnieją. .Nie mniej noszono
amulety, jako środek ochronny przed urokami i chorobami, wiara zaś
w sny była powszechna. Ogromna też była ilość wierzeń, tyczących się
widoku lub spotkania ludzi, zwierząt i ptaków, równie jak dzisiaj, i to
nie tylko wśród ludu.

415
Nie można nąturalnie ani przez chwilę myśleć, jakoby n. p. obrzędy
i zwyczaje naszego ludu, związane z świętami lub pewnemi porami roku,
były rodzime. Przybyły one z Zachodu i Południa dopiero z chrześcijań­
stwem, tylko tak silnie zrosły się z ludem, ze trudno je odróżnić od
pierwotnych. Tak samo ma się rzecz z amuletami, odczynianiem uroku
i wiarą w czary i czarownice. Wcale jednakże nie można przeczyć, iż
już w pogaństwie istniał pewien zapas skłonności i wierzeń, który ułatwiał
późniejsze przyjęcie zabobonnego i obrzędowego materyąłu, jaki w obcych
krajach przyplątał się do obrzędów chrześcijański cli.
Wielki wpływ wywierało też kaznodziejstwo na tradycyę ludową,
odgrywając w XV-XVII. wieku niemałą rolę w historyi wędrówek powieści.
To n. p., co u nas opowiadano o Stańczyku i Twardowskim, powstało
daleko wcześniej na Zachodzie i dopiero z czasem ugrupowało się około
swojskich postaci. Z kazań zaczerpnął niekiedy lud nawet nazwy dla
demonicznych postaci własnej wyobraźni. Nazwa n. p. „płanetników“
mogła obić się o uszy ludu w kazaniu na Trzech Króli, gdzie mowa
o badaniu planet. Nazwy znowu: „mamuna“ i „smółka“ (dyabeł) powstały
z Mamony, ducha skąpstwa, i Asmodeusza, ducha rozpusty, powtarza­
jących się gęsto w kazaniach średniowiecznych. Ale to tylko drobne
szczegóły.
Pozatem zawdzięcza lud kaznodziejstwu pewien zapas legend, anegdot
i podań. Tak n. p. bajka ludowa o uporze kobiety, którą to bajkę obrobił
Mickiewicz w Golono-strzyżono i w Żonie upartej, odnajdujemy
już w kazaniu Jakuba z XIII. wieku. Wogóle tak z naszej, jak niemniej
z obcej literatury, dostało się wiele bajek za pośrednictwem ambony do
ludu, tak samo też wiele legend moralizatorsko-pobożnych, nie mówiąc
już o anegdotach i apokryfach, jakiemi przesadna pobożność ukraszała
kazania.
Na tern kończy się obyczajowa część książki prof. Brucknera, za
którą każdy miłośnik rzeczy ojczystych powinien czuć wdzięczność. Roz­
świetla ona wiele zajmujących, a dotąd nietkniętych skalpelem nauki faktów,
rozwiązując je pod każdym względem trafnie i szczęśliwie, a w niejednem
może dać bodźca do dalszych badań i poszukiwań.

Dr. St. Zdziarski.
Szuchiewicz Włodzimierz. Huculszczyzna. Napisał..... (Muzeum im.
Dzieduszyckich, tom VI—VII.). Lwów. 1902, Nakładem i staraniem Muzeum
im. Dzieduszyckich. Tom 1., str, IX., 373, kt. nl. 1; tom II., kt. nl. 3,
str. 27 7, kt. nl. I: z licznemi rycinami, tablicami chromolitograficznemi
i mapą.
Pomimo dość licznych stosunkowo u nas prac o Hucułach, nie mie­
liśmy dotąd, nie powiem już, wyczerpujących o tym górskim ludzie wia­
domości, ale nawet nie wiedzieliśmy o nim niczego dokładnie. Znajomość
rzeczy huculskich, tak bardzo potrzebną każdemu badaczowi Zakopiańszczyzny i Podhala wogóle, gdyż mają one wiele wspólnego z życiem
naszych górali, ułatwił znakomicie p. Szuchiewicz pracą omawianą.
Dzieło to, wszechstronnie rozświetlające wszystkie kwesty©, mające związek

416 —
ź Huoulszczyzną, wyszło przedtem w wydaniu ruskiem. Myliłby się, ktoby
sądził, iż polskie wydanie było wobec tego zbędne, gdyż zawiera znacznie
więcej od tamtego, zwłaszcza w dziale tak ważnego przemysłu domowego
Hucułów. Ponadto przyniosło ono o wiele więcej rycin, które, jak wiadomo,
nieporównanie lepiej objaśniają przedmiot, niż wszelkie najdokładniejsze
opisy. W ogólności trzeba z góry zaznaczyć, że co się tyczy sumienności
w zebraniu materyalu etnograficznego i opracowania tego surowca, nie
mamy nic ponad wszelkie uznanie. Dość będzie, jeśli na pochwałę dzieła
p. Szuchiewicza powiemy, iż literatura naszą etnograficzna ma bardzo mało
prac, dorównujących jemu pod każdym względem.
Niepodobieństwem byłoby podawać treść dokładną „Huculszczyzny“,
a nawet nie miałoby to celu. Widząc poza samym dokładnym opisem etno­
graficznym jeszcze coś innego, co uważam za ważniejsze, przynajmniej
dla naszej etnografii, pozwolę sobie zwrócić uwagę na zawarty tu ma­
teryał porównawczy, tak przydatny dla oceny kultury górali polskich. Co
prawda — nie można wysnuwać z licznych podobieństw, jakie są między
Podhalanami a Hucułami, dziś przynajmniej, jakichkolwiek wniosków,
zmierzających do wyjaśnienia tego objawu. Trudno przecież materyał ten
porównawczy pominąć milczeniem.
Już samo pochodzenie Hucułów dało pochop do przeróżnych przypu­
szczeń, zresztą zupełnie gołosłownych, w tym kierunku bowiem jedynie
antropologia powołana jest do wydania stanowczego sądu. Jak ongiś o całej
Zakopiańszczyźnie kursowały bajki o pochodzeniu jej tatarskiem, tak też
i o Hucułach prawiono wiele niedorzeczności. Tymczasem okazało się, że
zarówno górale polscy, jak niemniej ruscy, są rdzennie słowiańskiemi
plemionami, zapożyczki zaś ebcojęzykowe dostały się do gwary ludowej
drogą zupełnie naturalną. Siła plemienna Hucułów jest wielka, skoro zdo­
łali się utrzymać na pograniczu rumuńsko - węgierskiem, podobnie jak
górale w Zakopiańszczyźnie na pograniczu słowacko-ruśniackiem. Pomimo
odmiennego typu antropologicznego, obydwa te plemiona odznaczają się
silną i piękną budową, ciała, energią oraz swobodą w postawie i ruchach.
To też osłaniają piękne ciało pięknym, wymyślnym ubiorem. Ale już tu
zachodzi ogromna różnica kulturalna pomiędzy góralami zakopiańskimi
a Hucułami, która wykazuje niższość tych ostatnich. U Hucułów bowiem
dbałość o ozdobne przedmioty w ogólności jest bardzo powierzchowna
i pochodzi nie tyle z pewnej dozy poczucia estetycznego, ile z próżności.
Również i w tern okazuje się ogromna niższość kulturalna Hucułów, że
nie dbają wcale o czystość ciała: kąpią się bardzo rzadko, czeszą się raz
w tygodniu, izby zaś myją trzy razy na rok, słowem — krzewią nie­
chlujstwo w najwyższym stopniu, czyli stanowią najzupełniejszą antytezę
zakopiańskich górali w tym kierunku. Mają jednak, jak ci, nader ambitną
naturę, wrażliwą na wszelakie krzywdy i zniewagi, wywołującą o byle
jaką błahostkę kłótnie, bójki, zabójstwa nawet, mają też inne pojęcie
o uczciwości zbójnickiej. Niższa kultura umysłowa Hucułów sprawiła nie­
słychane ubóstwo pieśniowych melodyi, jeszcze większe od zakopiańskich.
A jeśli w czem muzyka obu tych plemion jest podobna do siebie, to
jedynie w jednostajności swej nużącej. Do cech wspólnych należy jeszcze
ogromna lużność płciowa, jaka jest i u Hucułów i u górali naszych, luźność
jednak wcale nie większa od tej, jaką widzimy wśród sfer wyższych od
ludu. Wydawać się ona może większą dlatego, że jest jawna, podczas

— 417 —
gdy tam ukrywa się ją najstaranniej. Przyszłość Huculszczyzny jest moćnó
zagrożona, nie taka jak naszych Podhalan, a to dlatego, że Hucuł daje
się wyzyskiwać na każdym kroku, a nadto nie może pogodzić się z kulturą,
szerzoną przez szkoły, koleje żelazne i t. p. czynniki. Smutny horoskop
całej Huculszczyżnie postawił sam p. Szuchiewicz w słowach: „Ten Hucuł,
dla którego koń i strzelba były do niedawna nieodstępnymi towarzyszami,
ten Hucuł, który dźwiękiem trembity wita na połoninie wschodzące słońce
i żegna nią towarzysza, złożonego do grobu, stanie się rychło mityczną
postacią!“ Smutna to przepowiednia, ale bardzo prawdopodobna.
Z przykrością przychodzi mi pod koniec zauważyć, iż dzieło oma­
wiane zawiera cały legion rusycyzmów i błędów językowych. Dla przy­
kładu przytoczę kilka: I. 244: „marzyna“, I. 253: „podpuszczka“, I. 37:
„znachodzimy“ (znajdujemy), II. 1: „narodzenie“ zam. „narodziny“, II. 6:
„warczykowato“, II. 10: „pluwało“ (pluło), II. 45: „ażeby mąż ją nie
uderzył“, II. 45: „starszować“, II. 98: „nie pretenduje na wierność“ (zam.
„do wierności“, choć i sam czasownik jest już dziwolągiem), II. 98:
„przykrasa“, II. 98: „sopiałkowy“ (od sopiulca), i t. d. i t. d.
Dr. Sł. Zdziarski.

Polivka G. Slavische Sagen vom Wechselbalg. (Separat-Abdruck aus
dem Archiv für Religionswissenschaft). Tübingen und Leipzig. 1903. Ver­
lag von J. G. B Mohr. 8-ka, str. 151—162.
Tylekroć zasłużony w folklorze porównawczym prof. Dr. Polivka
dorzucił w omawianej pracy sporą garść uzupełnień do rozprawy ś. p.
Dra Karłowicza p. t. „Germanische Elemente im slavischen Mythos und
Brauch“. Nie kusząc się bynajmniej o wyczerpanie przedmiotu, dał nam
kilkanaście pokrewnych tradycyi, jakie pojawiły się u niektórych słowiań­
skich narodów. Tradycye te są zwłaszcza bardzo liczne u tych Słowian,
którzy stoją w bezpośrednim związku z Niemcami, a zatem przedewszystkiem naczelne miejsce należy się Czechom, w mniejszym stopniu zacho­
wała się ta tradycya w pierwotnej swojej wierności u Polaków i Rusinów.
Wersye słowackie czy łużyckie są już wielce zmienione i nadzwyczaj
skąpe. Idea wymiany dzieci Jjudzkich przez istoty nadprzyrodzone pojawia
się u wszystkich narodów słowiańskich. Ale pewne cechy charakterystyczne
tej tradycyi występują w coraz to bledszych barwach lub też giną zupeł­
nie, im dalej posuwamy się z zachodu na wschód. Stąd też można zupełnie
śmiało przyjąć, iż tradycya, powstała w Niemczech, szerzyła się w kie­
runku na wschód drogą zapożyczek jednego narodu od drugiego.
Dr. St. Zdziarski.

Udziela Maryan Dr. Z ludowej weterynaryi w Bośni podał... (Od­
bitka z „Przeglądu weterynarskiego“), Lwów. 1902.
Materyały do powyższej rozprawy zebrał autor w latach 1892 i 93,
Pochodzą one z t. z. Posawiny, t. j. okręgu Banialuckiego. Pod względem

— 418 —
treści dzieli się ta praca na dwie części, z których pierwsza obejmuje
pogląd na hodowlę inwentarza u ludu bośniackiego, druga — właściwą
weterynaryę.
Bośniak hoduje: konie, krowy, woły, ba,woły, owce, barany, kozy
i świnie; te ostatnie oczywiście z wyjątkiem Turków, względnie mieszkań­
ców mahometańskiego wyznania. Hodowla jest bardzo prymitywna, gdyż
polega właściwie na wyzyskaniu zwierzęcia, bez dania mu odpowiedniej
opieki. •Stajnia jest rzadkością, zwierzęta domowe latem i zimą pozostają
pod gołem niebem. Najpotrzebniejszym dla Bośniaka jest koń, używany
do jazdy wierzchem, jako zwierzę juczne, do robót gospodarskich, nawet
takich, jak młócenie zboża. Mimo to nie doznaje opieki takiej, jakiej sto­
sownie do tego należałoby się spodziewać. Wielkie planiny są jedynem
dlań schroniskiem, skąpa nieraz ich trawa musi mu starczyć za pożywienie.
Podobnie rzecz się ma z bydłem rogatem, jeśli nie gorzej. Liczba,
jego bowiem nie odpowiada ilości wyprodukować się mogącej paszy, skut­
kiem czego zaledwie może wegetować. Hodowla polega właściwie na bezwzględnem rozpładzaniu w celu sprzedaży. Wołów używają do robót
w gruncie, bawołów do robót cięższych.
Chów drobiu bardzo ograniczony; przyczynę tego upatruje autor
w niskich cenach.
Stan zdrowotny zwierząt domowych nie jest gorszy niż gdzieindziej,
mimo tak niekorzystnych warunków, co jedynie wytłomaczyć by się dało
zahartowaniem. W razie choroby bydła szuka Bośniak pomocy najpierw
w swojej własnej umiejętności leczenia, potem u sąsiadów, a wreszcie
u obcych, w pierwszym rzędzie u Franciszkanów, spełniających tam obo­
wiązki proboszczów. Autor podaje 83 sposobów' czy środków leczenia,
rozdzielonych według rodzajów bydła, do którego się odnoszą, i pewnej
kategoryi organów, na których cierpienia są używane, a mianowicie co
do koni, krów, świń, owiec, drobiu i bydła wogóle. Co do samych środ­
ków leczenia, to widać w nich te same cechy, co i gdzieindziej. Obok
zwykłych mniej lub więcej racyonalnych znajdują się środki sympatyczne.
Wszystkie dadzą się podzielić na roślinne (w liczbie 44), zwierzęce (18),
mineralne (7), i różne (14). Z tego widać, że największą część ogólnej
liczby (53%) obejmują leki roślinne. Autor zauważył tendencyę do „niby
racyonalnego leczenia pewnymi środkami, wśród których dominujące miejsce
zajmują rośliny“. W znacznej części można skonstatować analogię z środ­
kami leczenia ludu naszego.
TFżncen^ Badura.

Koudelka Florian, c. k. okr. zverolekar, (Vyśkov). Lidoye lećeni
dobytka (Yestnik 111. Sjezdu ceskych pfirodozpytcuw a lekafu v Praze).
Czytając ten referat, wygłoszony na Zjeździe czeskich lekarzy
w r. 1901, mamy smutną pociechę, że ten opłakany stan, jaki u nas
pod tym względem istnieje, spotyka się także u ludu czeskiego, pomimo
że tam więcej szkół, znaczniejszy postęp i oświata, lepszy dobrobyt.
I tam lud nie Wzywa prawie nigdy weterynarza do chorego zwie­
rzęcia. ale jeśli już sam sobie nie ufa, udaje się do znachorów, owczarzy

— 419
i pasterzy i to mianowicie do tych, którzy potrafią sami czarować-i rzucać
uroki. Jak bowiem powstanie większej części chorób przypisują czarom,
urokom, wogóle tajnym siłom nadprzyrodzonym, tak leczenie uważa za
środek przeciwdziałania tymże.
Najwięcej rozpowszechnionej jest wiara w uroki, którym podlegają
wszystkie zwierzęta, a które powodują różne choroby. Urok trzeba odczy­
nić, inaczej bydlę chudnie i wreszcie ginie. Jest kilka sposobów leczenia
uroków. Najskuteczniej działa „ńrocnica“ czyli „ńroćnik" (Anthyllis
vulneraria — przelot zwyczajny), którym chore zwierzę należy okadzić.
Obmywają też wodą przy stosownych zaklęciach; inny wreszcie sposób
polega na t. z. „fezanim nadoćniku“, co odpowiada zrywaniu pasku­
dnika u naszego ludu.
Na czary najlepszym środkiem oprócz zażegnywań są zioła, świę­
cone w uroczystość Wniebowzięcia Panny Maryi, jakoteż „kamen bro­
ni o vy“ (belemit). Tym ostatnim przypisuje lud tajemną siłę leczniczą;
używa ich też w chorobach, dotykając niemi chorych miejsc, przyczem
znachor wymawia jakieś wyrazy. To pomaga tylko, kiedy księżyca ubywa,
winnym czasie rozpalają je w ogniu, następnie wrzucają do wody, którą
dają pić choremu bydlęciu, lub wreszcie zeskrobują kawałek i z wodą
podają.
' Powiada autor, że jak wiele innych zwyczajów ludu czeskiego, tak
i te sposoby leczenia są resztkami dawnych obrzędów religijnych z czasów
pogańskich, o których jednak nie można powiedzieć, kiedy powstały i co
by znaczyły. Dodamy od siebie, że zwyczaje zabobonne leczenia są wła­
ściwe także innym ludom i to nie tylko słowiańskim, a że mniej lub
więcej są analogiczne, zatem początku ich należałoby szukać znacznie
dalej jak w historyi — choćby pogańskiej — jednego ludu czy nawet
szczepu.
Wincenty Badura.

Maksymilian Baruch. Pabianice, Rzgów i wsie okoliczne. Mono­
grafia historyczna. Warszawa. 1903. 8-ka, stron X-|- 362.
_
Miasta Pabianice i Rzgów z przyległemi dookoła wsiami i osadam
stanowią przedmiot monografii ze względu na ich przeszłość historyczną.
Dobra te obejmowały przestrzeń około 10 mil kwadratowych (92.298 72
mórg). Położone dawniej przeważnie w województwie Sieradzkiem —
powiatach Szadkowskim i piotrkowskim, częścią w województwie łęczyckiem — powiecie brzezińskim, dzisiaj (od r. 1886) w guberni piotrkow­
skiej w powiecie .łoskim i łódzkim. Dzisiejszy wykaz statystyczny dawnych
dóbr kapitulnych przedstawia się następująco: 2 miasta i jedna osada
miejska; 17 osad karczmarskich, 7 młynarskich, 5 leśnych, 1 folwark —
własność zarządu dóbr państwa; 7 folwarków, 1 osada leśna — własność
majoracka; 5 osad plebańskich; 21 folwarków, 17 osad młynarskich,
25 karczmarskich, 8 leśnych,. 12 pojedynczych lub kilka domostw, 3 ko­
lonie, 1 wieś — własność prywatna niewłościańska; 111 wsi, kolonij,
przysiółków i osad — własność prywatna włościańska.
27*

— 420 —
Omawiane terytoryum w pojęciu czasów piastowskich, mniej lub
więcej w granicach dzisiejszych, nosiło nazwę „Chropy“, która to nazwa
nie była niczem innem, jak określeniem położenia topograficznego (wyraz
„chrapy“ czyli jak dawniej wymawiano „chropy“ oznacza miejsca niskie
wśród lasu, z gruntem gapowatym). Jak wszystkie ziemie — własność
książęca, z końcem wieku chropy, właściwie już kasztelania chropska
przeszły na własność kapituły krakowskiej i z małym wyjątkiem pozosta­
wały w jej posiadaniu aż do rozbioru Polski, zmieniając tylko nazwę
(kasztelania Pabianice, klucz lub hrabstwo pabiańskie) i stopniowo się
zaokrąglając.
Niemały zasób trudu i znajomości włożył autor w swoją pracę. Od­
tworzyć bowiem przeszłość większych ognisk społecznych jest rzeczą mniej
trudną, podczas gdy dzieje miast i osad mniej ludnych giną w zapomnie­
niu dla braku źródeł. Szczęśliwy wyjątek pod tym względem stanowią
dobra pabianickie, tak że wyczerpać wszystko byłoby niemożliwem. Mimo
to autor daje skończony obraz historyczny dawnego majątku kapitulnego.
Z mnóstwa foliałów i aktów wyłonił skrzętny badacz ośmiowiekową jego
przeszłość, która zrazu snuje się pasmem wątłem i urywanem, jak struga
polna ginąca w piaskach, niebawem jednak roztacza przed nami' nieprzer­
wany obraz społecznego i ekonomicznego rozwoju tego zakątka.
Praca dzieli się na 3 części, z których pierwsza — poprzedzona
opisem położenia geograficznego i topograficznego — obejmuje historyę
do wieku XIX., mianowicie: ogólne dzieje włości, zarząd majątku, ludność
i ziemia, stosunki kościelne i ekonomiczne; część II. stanowi opis poszcze­
gólnych miejscowości, zaś III. przejście majątku do rąk prywatnych i wy­
kazy statystyczne.
Dla nas najciekawszą jest część druga. Wprawdzie skrupulatny histo­
ryk starał się napisać rzecz ścisłą tylko pod względem historycznym,
mimo to i etnograf odnajdzie tam wiele cennego dla siebie materyału.
Nie mówimy tu już o stanie klas społecznych, w pierwszym rzędzie
o włościanach, który ostatecznie nie jest tak dalece odmienny, niż w reszcie
województwa, czy w innych dobrach duchownych. Przy opisie wielu miej­
scowości podaje genezę i źródłosłów ich nazw, a przy mieście Pabianice
także podanie ludowe o jego powstaniu. Dla nas to, co prawda, nie wiele,
lecz jako rzecz historyczną autor chciał ją przedstawić „bez zabarwienia
jej jakimibądź ubocznymi wzglądami“.
Dzieło zdobią: 3 mapki (archeologiczna, rewizyi Długoszowej, miej­
scowości), 7 autotypii i 14 rycin w tekście.
Wincenty Badura.

Żmigrodzki Michał. Przegląd archeologii do historyi pierwotnej

religii. Kraków. 1902.
Dziełko niniejsze przedstawił autor wraz z tłumaczeniem francuskiem
akademii król, belgijskiej. Referent akademii prof, hr. Goblet d’Alviella
w urzędowym biuletynie mówi o tej książce: „Autoi od wielu lat pracuje
nad archeologią krzyża i swastyki (la croi.e gammée) a tu zebrał wszyst-

— 421
kio monumenty narodów niechrześcijańskich. Na (ej podstawie autor twier­
dzi,. iż pierwotna, całemu rodowi ludzkiemu wspólna religia, była pewnego
rodzaju monoteizmem. Nie jestem tego zdania, a jednak muszę przyznać
autorowi niemałą bystrość i pracowitą cierpliwość, z jaką zestawił swe
materyały, stanowiące wyczerpujące repertoryum do tej kwestyi naukowej“.
Pisząc się w zupełności na powyższe zdanie tak wybitnego uczo­
nego, jakim jest lir. Goblet d’Alviella, profesor porównawczej historyi
religii na uniwersytecie w Brukseli, nie myślę przez to obniżyć wartości
pracy autora, który z niezmordowaną pracowitością i wielką energią
w pracy tej zgromadził tyle materyału dla poparcia swej tezy, iż materyał
ten sam przez się stanowi już cenny przyczynek do historyi religii narodów.
Dr. A. Kalina.

Sławianowiedienije w 1901 godu. Sistiematiczeskij ukazatiel trudów
pa jazykoznaniju, litieraturie, etnografii i istorii. Sarikt-Pjetierburg. 1903.
8-ka, str. XXII., 236 i 1 nib.
Do niedawnego jeszcze czasu słusznie wyrzekało wielu uczonych
słowiańskich na brak informacyi wzajemnej, co u którego z bratnich naro­
dów zdziałano na polu nauki. Co się tyczy prac, które ukazywały się
w osobnych książkach, to o nich jeszcze można było dowiedzieć się z roz­
maitych pism bibliograficznych. Ale że znowu pism tego rodzaju nie posia­
dają ani Bułgarzy, ani Serbowie, ani Chorwaci, Słoweńcy i Słowacy, więc
jedynym informatorem o ukazaniu się pewnych dzieł z literatury nauko­
wej wymienionych narodów były oceny, o ile się pojawiły w czasopismach
fachowych. A że wiele dzieł, i to ważnych, przechodzi bez oceny, więc
nie trudno spostrzec, jak powierzchowne musiały być niejednokrotnie nasze
o nich wiadomości. Za to o pracach, jakie pojawiały się w czasopismach
peryodycznych, to już wprost nieraz nie mieliśmy pojęcia. Przedewszystkiem dlatego, że w bibliotekach stołecznych miast słowiańskich nie można
dostać wszystkich czasopism, a nawet, gdyby je można otrzymać, brak
czasu nie pozwoliłby na dokładne ich przeglądnięcie.
Odczuwając dobrze, jak taki brak dokładnych wiadomości o litera­
turze naukowej innych narodów odbija się ujemnie na rozwoju nauki,
uznano za konieczne założenie osobnego wydawnictwa bibliograficznego,
któreby pomieściło tytuły prac naukowych wszystkich narodów słowiań­
skich, Myśl ta powstała równocześnie w dwu ogniskach nauki słowiańskiej
w Pradze i w Petersburgu. Zasłużeni a dzielni profesorowie uniwersytetu
czeskiego Polivka, Pastrnek i Niederle wydali dwa tomy „Vestnika slovanske filologie a staroźitnosti“, mieszczące w sobie bibliografię za rok
1900 i 1901. Równocześnie ces. Akademia w Petersburgu wydała w r.
1900 taką samą pod względem treści publikacyę p. n. „Sławianowiedie­
nije w powriemiennych izdanijach“. Różniło się to wydawnictwo od cze­
skiego tern, że oprócz bibliografii prac językoznawczych, literackich i etno­
graficznych włączono też bibliografię prac historycznych.
Obecnie rozszerzono w dwójnasób niemal to wydawnictwo dodając
przedewszystkiem bibliografię dzieł i prac, które ukazały się oddzielnie,

— 422
powtóre przeglądnięto znacznie większą liczbę czasopism. Usilnym stara­
niom redakcyi, na czele której stanął znany slawista prof. A. J. Sobolew­
ski, wraz z współredaktorami prof. Baudouinem de Courtenay, St. Ptaszyckim , P. A. Ławrowem, A. L. Pietrowem i A. A. Szachmatowem,
należy zawdzięczać dokładność tej bibliografii. Redakcya bowiem postarała
się o współpracowników w różnych krajach (z Polaków wzięli udział pp.:
Romualda Baudouin de Courtenay, prof. Witold Nowodworski, S. Ptaszycki,
Henryk U^aszyn, Feliks Koneczny, Adam Chmiel i Koch), ażeby uzyskać
jak najliczniejszy materyał. Zasługa to wielka i niezaprzeczona.
Omawiane wydawnictwo ma tylko jeden błąd i to niemało ważny,
a jest nim brak indeksu autorów. Dlaczego go nie zrobiono, skoro jest on
niezbędnym w publikacjach bibliograficznych, nie wiem. Ale wiem za to
i czuję dokładnie, jak wielce brak jego utrudnia poszukiwania, zwłaszcza,
' jeśli się zważy, na ile to działów i poddziałów rozłożono tu tytuły prac,
jeśli się zważy, że jeden i ten sam autor pisał nieraz o literaturze pol­
skiej, a zarazem n. p. o czeskiej, że dalej pracował n. p. w folklorze.
Jeśliby się tedy chciało poznać całą jego działalność w r. 1901, to nale­
żałoby iść krok w krok, wertować kartkę za kartką i tak dopiero śledzić
jego prace. Trud ten cały i czas na to stracony byłby zupełnie niepotrze­
bny. gdyby przy końcu książki umieszczono spis nazwisk autorów taki,
jaki jest n. p. w „Vestniku slovanske filologie“. Ułożenie jego nie wy­
maga wielkiej pracy, a podniosłoby znacznie wartość samego wydawni­
ctwa i ułatwiłoby innym poszukiwania w niem i umożliwiłoby wyrobienie
dokładniejszego i lepszego poglądu na całość. Oby bodaj przy najbliższych
tomach tej publikacyi brak wskazany został usunięty!
Tak samo przydałby się indeks rzeczowy, ale ten już nie jest tak
bardzo potrzebny, to też o niego nie nalegamy. Jeśliby się jednak miało
sporządzić spis nazwisk autorów, to za jednym zachodem możnabj pięknie
wykonać i ten drugi. Przy jednej robocie czasu na tę drugą zużyłoby się
bardzo mało, a pożytek znowu byłby większy.
Oprócz bibliografii działu ogólno-słowiańskiego i cerkiewno-słowiań­
skiego mamy tutaj zebrane wszystkie, z wyjątkiem Rosyan i Rusinów,
narody słowiańskie. Są tu zatem połabscy i bałtyccy Słowianie (do któ­
rych, zdaje się, za inicyatywą prof. Baudouina de Courtenay, choć bez­
podstawnie, przyłączono Kaszubów), Serbowie łużyccy, Czesi, Słowacy,
Słowieńcy, Rosyanie i inni Słowianie północnych Włoch, Serbo-Chorwaci,
Bułgarzy i Słowianie macedońscy. Jeżeli jednak porównać zechcemy naszą
wytwórczość na polu literatury naukowej z produkcyą wszystkich dopiero
co wymienionych narodów, okaże się jak na dłoni. o ile my od nich
wyżej stoimy. Boć wszyscy oni razem wzięci dali zaledwo. tyle, ile my
sami zdołaliśmy wytworzyć. A należy przy tern jeszcze zważyć i tę okoli­
czność, że nie wyzyskano w tej bibliografii wielu pism polskich codzien­
nych, zamieszczających prace naukowe w feljetonach (n. p. „Gazeta lwow­
ska“, „Słowo polskie“, „Czas“, „Tydzień“ i t. d.). Gdyby je zużytkowano —
wyższość po naszej stronie byłaby jeszcze widoczniejsza, bo i tak zajmują
rzeczy polskie większą część omawianege wydawnictwa.
Ale wynik ten niechaj nie będzie dla nikogo bodźcem do wypowia­
dania sądów o naszej pracowitości. Bo to, że daliśmy sami więcej, niż
tyle narodów, tłomaczy się naszą kulturą i korzystniejszymi warunkami
umysłowego rozwoju. Braków w każdej gałązi wiedzy jest u nas bardzo

— 4‘2d —
wiele, podczas gdy sił i chęci do ich usunięcia — niestety — bardzo
mało! Pod względem pracowitości na niwie naukowej raczej nam należy
brać z innych przykład, z tych, gdzie jednostki wprost cudów dokonują!
Faktem jest jednak, że jedni Rosyanie mogą się tylko z nami mierzyć
pod względem dorobku naukowego (pracom, tyczącym się rzeczy rosyjskich
będzie poświęcony osobny tom). To też świadomość prac naszych nie do
wygodnej drzemki na lauraćh, jeno do tern wydatniejszej pracy powinna
nas pobudzać!
Kończąc tę ocenę wyrażamy nadzieję, że przyszłe tomy „Sławianowiedienija“ będą wolne od tych nielicznych błędów, jakie musieliśmy
wytknąć, że zogniskują w sobie cały dorobek naukowy słowiański, na
pożytek wiedzy i ludzi chętnych do pracy.

Dr. Stanisław Zdziarski.

Farnik Ernest Dr. O poezyi ludowej na Śląsku cieszyńskim.
(VIII. sprawozdanie dyrekcyi polskiego gimnazyum prywatnego w Cie­
szynie) 1903. str. 36, odbitka.
Autor oparł swą rozprawkę na dwu zbiorkach, zawierających specyalnie pieśni ziemi cieszyńskiej, na zbiorach Dr. Andrzeja Cinciały: Pieśni
ludu śląskiego z okolic Cieszyna, w Krakowie 1885 i ś. p. Józefa Londzina, nauczyciela z Zabrzega, dotąd nie ogłoszonego jeszcze drukiem.
W części pierwszej stara się autor odtworzyć wrażenia, myśli i uczucia
ludu na podstawie pieśni. Czyni to z wielkim zapałem i życzliwością dla
ludu. V idzi jednak w nim tylko same dobre przymioty, tak że lud cie­
szyński, według przedstawień autora, jest zacny, szlachetny, idealny,
stron ujemnych w7 nim nie znajduje. W drugiej części mówi o poetach
domorosłych, podając charakterystykę ich samorodnych utworów7. Najle­
pszym z tych poetów7 jest Adam Sikora, prosty tkacz, bez żadnego wyż­
szego wykształcenia, Ma on rzeczywiście poetycki rozmach, niestety brak
wiedzy i szerszego widnokręgu powstrzymuje jego polot.
Dr ,T. Leciejewski.

Młynek Ludwig. „Zom£“, „Turoń“, „Miś“, „Koza“, „Bokkus“
(Thiercultus in Galizien) von... (Zeitschrift für Österreichische Volkskunde,
Roczn. IX. str. 108 i nast.).
Krakowskim „Lachom“ — powiada p. Młynek — dotychczas zna­
nym jest tylko „Konik Zwierzyniecki“, i przeczucia nawet nie mają, żeby
coś podobnego także gdzieindziej mogło się znajdować. Dumni niezmiernie
ze swego konika zwierzynieckiego, poplątali go z rodzimą historyą, która
sięga zamierzchłej przeszłości i połączyli z podaniami, wiążącemi się z Kra­
kowem. Niestety, nadeszła chwila, w7 której ten powód dumy mus, im

— 424
bvc odjęty! P. Młynek podjąwszy się tego posłannictwa „in dieser Zeit­
schrift“ i ciesząc się już z góry konfuzyą nieszczęsnych Łachów, oznajmia
z tryumfem, ze ich „narodowo polski“ konik jako etnograficzne zjawisko
nie jest, im samym tylko właściwy. Bo oto w Gałicyi wschodniej jest
także „narodowy konik trembowelski“, podobnie jak u patryotycznych Kra­
kowian. Nie wie wprawdzie p. Młynek, czy ten konik ma także''ojczystą
historję, gdyż mimo najszczerszej chęci o tern dowiedzieć się nie mógł
Nic mu to jednak nie przeszkadza i w następnem zaraz zdaniu twierdzi,
że konik tiembowelski, czemkolwiek różni się od zwierzynieckiego __
to tylko nie swoją właściwością mitologiczną: obydwa bowiem wskazują
widoczne ślady pogańskiego obchodu religijnego z tą różnicą, że pierwszy
jest, piastarym zwyczajem chłopskim, drugi natomiast mieszczariskodworskim
z późniejszych czasów.
, Skądże zatem taka pewność o dawności konika trembowelskiego,
o ktorego istnieniu p. Młynek mógł się wprawdzie naocznie przekonać,
lecz dowiedzieć nie mógł się niczego? Co zaś do konika zwierzynieckiego,
odnoszę wrażenie, że p. Młynek historyi jego zupełnie nie zna, jak to sie’
pokaze. W jaki też sposób pomimo to doszedł do wniosku o wspólnych
właściwościach istoty mitologicznej obydwu, to także tajemnica.
Bo o ile miły nam ten obchód, o ile zeń nawet możemy być dumni,
co p. Młynka niepotrzebnie gorszy, o tyle nie jesteśmy znów tak bardzo
nieświadomi w tej sprawie, a w tradycyi, pomimo wszystkiego, nie upa­
trujemy wcale istotnej przyczyny powstania obchodu.
Następuje, opis konika, trembowelskiego, objaśniony ilustracyą, która
z opisem o tyle zostaje w sprzeczności, że przedstawiony na niej konik,
bynajmniej nie ma zakrytych nóg, „pożyczonych od wieśniaka“, podczas
gdy to w opisie wyraźnie zaznaczono.
Konikowi trembowelskiemu towarzyszą „dziady“ i „baby“; według
p. Młynka „włóczki przy koniku zwierzynieckim — to nie żadna nazwa
oznaczająca flisaków, ale pojęcie analogiczne z włóczęgą („włócki
odei (.) włecęgi • Landstreicher“); przy tej sposobności nie omieszkał
nawymyślać Polakom, że nie rozumiejąc „lachoskiego“ słowa „włócki“,
tak fatalnie je identyfikują. Ciekawy jestem tylko, . gdzie to p. Młynek
sljszał wyraz „włócki", mający identyczne znaczenie z powszechnie używanem przez okoliczny lud krakowski „włócęgi“?
Tyle o konikach. Co się znów tyczy innych w tytule zaznaczonych
„obchodow“ — to o tych w artykule p. Młynek nie wiele powiada. Cie-f
kawern tylko, że odkrył w nich refleks słowiańsko-germańskich bóstw.
1 ta.^: ”t,uroń“ -iest Pozostałością kultu Thora, „koniki“ kultu Wodami/
„Miś zaś jest bóstwem czysto słowiański ein; nadto małoruska , koza“
i lachoski „Bokkus“ —• to resztki „kultu Dyonisosa w Galicyi“. Kto” chce
niech wierzy!
W końcu zaznacza p. Młynek, że konika zwierzynieckiego pospolicie
zowią lajkonikiem. Wedle jego zapatrywania nazwa ta powstała z „laj“,
co jest zepsutem niemieckiem wyrażeniem formy rozkazującej ocl lauf on
tlaufe, lauf, lauf — laj) i „konik“. Żeby zaś nikogo nie zostawić w wąt­
pliwości, dlaczego to słowo jest częścią niemieckie, częścią polskie, obja­
śnia, że część polska jest nazwą „lachoskiego bóstwa“ (konik), na któ­
rego dawniej niemieccy mieszkańcy Krakowa wołali: „koniku! lauf!“

— 425 —
Może nieukom akurat p. Młynek trafił do przekonania! Trzeba jednak
było powiedzieć, co się ma rozumieć pod określeniem „dawniej“, bo
poprzednio twierdził, że konik zwierzyniecki jest zwyczajem z „później­
szych czasów“.
Oto jak się przedstawia ów galicyjski Thiercultus!
Wincenty Badura.

SPRAWY TOWARZYSTWA.
I. Posiedzenia Zarządu centralnego.
II. Posiedzenie za rok adm. 1903 odbyło się 30. października, w sali
botanicznej c. k. uniwersytetu. Obecni pp.: Bal, Bayger, Dr. Gargas,
Dr. Kalina, Dr. Leciejewski, Rybowski i Dr. Zdziarski. Nieobecność uspra­
wiedliwili pp.: Siwak, Sołtys i Dr. Studziński. Przewodniczył Prezes Tow.
I. Przyjęto 23 nowych członków.
II. Przeprowadzono wyczerpującą dyskusyę w sprawie członków oraz
dalszego rozwoju Tow7.
III. Na najbliższe zebranie naukowe przeznaczono odczyty pp.: Dra
Studzińskiego, Dra Piaseckiego, Dra Gargasa i Rybowskiego.

II. Posiedzenia naukowe.
Trzecie posiedzenie naukowe odbyło się 19. listopada w Muzeum
botanicznem c. k. uniwersytetu, na którern prof. Dr. Cyryl Studziński
odczytał pracę p. t. „Ukraińskie mełodye Markiewicza1'. Treścią odczytu
był gruntowny rozbiór wydanych w r. 1831 przez zasłużonego historyka
i etnografa Markiewicza, poezyi p. n. „Ukraińskie melodye“. Omówiwszy
przedmowę do tej książki, zawierającą ogólny rys etnograficzny Ukrainy,
rozebrał prelegent utwory poetyckie, które podzielił na cztery kategorye.
Jedne z nich osnute są na wierzeniach i zabobonach ludowych, drugie na
zwyczajach, inne znowu mają za przedmiot opiewanie przyrody lub faktów
historycznych. Utwory pierwszych dwu działów oparte są w zupełności
na materyale etnograficznym, o czem nie trudno przekonać się z poró­
wnania ich z inną późniejszą pracą M. — z „PowierjamP*. Poezye te
jednak mają wartość czysto etnograficzną, bo M. nie potrafił owiać ich
polotem poetyckiego natchnienia, ani też nadać im głębszej myśli. Poezye

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.