34c8666aacf6034c320f7787c9879323.pdf

Media

Part of Notatki etnograficzne z Mszany Dolnej / Lud, 1934-1935, t. 33

extracted text
21

równych włókien roślinnych około 2 mm szerokości. Posiada zatyczkę
drewnianą. Cała wysokość wraz z zatyczką wynosi 15 cm, cała szero­
kość 10 cm i średnica pierścienia 3 cm.
Naczynie pierścieniowate pieiwsze (ryc. 1 a) jest tylko przyczyn­
kiem do zasięgu tego rodzaju naczyń. Drugie (ryc. 1 b) jest ciekawem
przeniesieniem kształtu na przedmiot innego zupełnie użytku. Najbar­
dziej interesującym jest jednak okaz trzeci (ryc. 1 c). Formę naczynia
pierścieniowatego przy zastosowaniu odmiennego materjału, plecionki
roślinnej, przeniesiono na przedmiot innego użytku. Dwa naczynia
ostatnie są więc bardzo ciekawym przyczynkiem do zagadnienia prze­
noszenia form naczyń pierścieniowatych na naczynia o zupełnie od­
mieniłem przeznaczeniu użytkowem.
Z Zakładu Etnologicznego U. J. K. we Lwowie.

SEBASTJAN FLIZAK

NOTATKI ETNOGRAFICZNE Z OKOLIC MSZANY
DOLNEJ
<COURTES ADNOTATIONS CONCERNANT LA VIE DU PEUPLE DES ENVI­
RONS DE MSZANA DOLNA.)
1. „Kistka“ na sikorki.

Sikorka jest ptakiem, który łatwo przyzwyczaja się do życia w towa­
rzystwie ludzi i bez szkody dla swego zdrowia znosi duszne powietrze
chat wiejskich. Chłopcy wiejscy chwytają sikorki
na t. zw. kistki.
Kistka jest to snopek owsa tej grubości, że
ręką można go objąć z pewną trudnością, wysoki
na przeszło 20 cm i obwiązany sznurkiem serpentynowato ze sześć razy. Do tego sznurka przywią­
zane są pętelki z białego końskiego włosienia.
Czarny nie jest odpowiedni, bo ptak się go strzeże.
Zawiesza się tych pętelek około 50 sztuk. Kistkę
umieszcza się na drzewie albo na płocie. Sikorka
ma zwyczaj unosić znalezione ziarno na inne
miejsce i przytrzymując je pazurkami, wyłuski­
wać z plewy. Gdy więc pochwyci ziarnko na
kistce i usiłuje odlecieć, więźnie w pętelce nogą
albo szyją. Ponieważ pętelka skręcona jest z wło- Ryc j Kistka“ na si­
nienia złożonego we dwoje, więc przerwać się nie korki. Rys. J■ Falkowski
da i )jlak trzepoce się, aż go łowca znajdzie
i odwiąże. Dobrze', jeżeli się chwyci za nóżkę; ale jeżeli za szyję, może
się udusić.

22

Chłopcy mali i parobczaki często w ten sposób łowią sikorki i uprzy­
jemniają sobie niemi mieszkanie. Sikorka może przebywać w chałupie
całą zimę, o ile jej kot nie zje.
Mszana Dolna, 8 stycznia 1934.
2. Łowienie kwiczołów.

W okolicach Mszany Dolnej dawniej młodzież wiejska a nawet
i gospodarze trudnili się łowieniem kwiczołów w sieci. Ptaki tę, zwane
tutaj przez lud kwicalami, przylatują z pierwszym śniegiem i pasą się
po jałowcowych krzakach, które rosną gęsto po drapach i wygonach,
dostarczając w lecie cetyny na ściółkę pod bydło. Jest to ptak bardzo
czujny i trudny do podejścia myśliwemu na strzał. Chłopcy wiejscy łowią
te ptaki przy pomocy następujących sideł:
Jest to kabłąk z pręta jałow­
cowego albo leszczynowego, gru­
bości palca u chłopskiej ręki, ma­
jący około 20 cm rozpięcia,
a 30 cm wysokości. Końce kabłąka tkwią wbite głęboko w zie­
mi. U dołu spięty jest sznurkiem
A—B, tworzącym jakby dwie
równoległe, wyciągnięte struny.
Między niemi zwisają 'wolno pę­
telki przywiązane końcami na
sznurku C—D w punktach 1, 2,
3, 4, 5, 6. Zazwyczaj bywa ich
sześć. Każda skręcona jest z czte­
rech włosieni końskich. Ziemi nie
dotykają, a przed wychyleniem
na boki przez wiatr chronią je
sznurki A—15.
Eyc. 2. Sidła na kwiczoły.
Najlepsza pora do łowienia
Rys. J. Falkowski.
jest wtedy, gdy spadnie obfity
śnieg i przykryje grubą warstwą
jałowce z ich jagodami. Ptak zmuszony jest szukać żeru pod krzakami.
Łowca upatrzy wtedy odpowiednie miejsce, odgarnie śnieg, wbija do
ziemi kabłąk, okrywa go starannie gałązkami jałowca, a po ziemi roz­
sypie tarki jałowcowe. Kwiczoł szukając ich łowi się na pętelkę, która
łatwo i szybko się zaciąga.
Ceny na targu za sztukę były różne w różnych czasach. Przed wojną
płacono 10 centów, po wojnie przez jakiś czas pół złotego, obecnie 30
groszy. Ale z jedną sztuką nikt na targ nie idzie, lecz niesie przynaj­
mniej parę. Dawniej niektórzy chłopi poświęcali temu zajęciu dużo
czasu i trudu. Pewien gospodarz z Podobina zastawiał na zimę dwieście
takich sideł, każdego roku.
Obecnie to łowiectwo zanika. Wielkie obszary dawnych pustaci,
pastwisk i wygonów, na których rozrastały się jałowce, zwabiające liczne
stada kwiczołów, zaorano i zamieniono na role. „Kwicale“ zjawiają się

23

więc już w drobnych stadkach, nadto leśni usuwają napotykane w polu
sidła.
Mszana Dolna, w styczniu 1935.
3. Psie sadło.

W czasie jednej z mych wędrówek zimowych po osiedlach w do­
rzeczu Górnej Raby natknąłem się na starego chłopa, zwanego Dziubek,
a znanego w całej okolicy jako wytwórcę cenionego i poszukiwanego
leku — psiego sadła.
Zaczęła się następująca rozmowa:
— To wy wyrabiacie psie sadło?
— Juści jo. Cozbyk sie zopieroł. Jo robią. Żyją z tego, bo posiadłości
ni móm nijakie.
—. A po czemu sprzedajecie?
— Ćwierć litra 3 zł.
— To dosyć drogo. Musicie mieć dużo pieniędzy.
— Je coby wom, panie. Casem przejdzie miesiąc i dłuży, ze nic nie
zabiją. A chockiej znowu, choć sie ta zabije dwa i trzy psy, to sie z nich
nic nimo, bo pies psu nierówny. Nieroz mi chłop za darmo do psa na
zabicie, ale to taki pies, co i Bóg zapłać za niego nie worto powiedzieć.
(Wymawiając te słowa, pod;niósł pobożnie czapkę na s.wej głowie).
Chudy, skóra i kości. Bo coz chłop daje psu jeść? Pomyje z miski i to
dwa razy dziennie. A pies przecią musi se pojeść trzy razy na dzień jak
nie przymierzając cłowiek. Šlachta psy lepi chowo.
Jak mi pon w Kosinie we dworze doł psa, to było na nim sadła, co
sie patrzy. Ale téz pon mi powiedzioł: Jo dają psu to samo, co som jem,
zęby scekoł, jak trza. Juści, ze słuśnie. To téz ta ci, co blizy miasta zabi­
jają, mają się mieć lepi.
Po krótkiej pauzie spojrzał na mnie podejrzliwie i zapytał:
— Cyście téz, panie, nie z Limanowe?
Wziął mnie za urzędnika ze starostwa. Ale otrzymawszy przeczącą
odpowiedź, okazał chęć do dalszej rozmowy i przystąpił bliżej, bo niezbyt
dobrze słyszał. Ale wraz zmuszony byłem odskoczyć i zachować po­
przedni dystans, tak wstrętny i nieznany mi przedtem zapach zaleciał od
niego. Ale dotrzymywałem mu kroku w dalszym ciągu, pragnąc wydo­
być z niego nieco wiadomości o lekach i gusłach. W trakcie rozmowy
okazało się, że znał trochę świata. W młodszych latach chodził na zaro­
bek do Węgier i do Rumunji, nauczył się tamtejszych języków, a nawet
„taliańskiego“ trochę zachwycił i w czasie wojny służył za tłumacza do
włoskich jeńców, pracujących w sąsiednim powiecie.
— Na co używa się psiego sadła? — pytałem, wracając do właści
wego tematu.
— Na wsytko. Nolepse jest na oberwanie. Ale téz dobrze pumogo,
jak cłeka mgli na wnątrzu abo, jak na piersiak słaby.
Wiara w oberwanie jest między ludem powszechna. Ma to być niby
opad wnętrzności spowodowany nadmiernym wysiłkiem np. przy dźwi­
ganiu ciężarów. Leczy się najskuteczniej psiem sadłem, a także masażem..

24

Doktorzy nie rozumieją się na oberwaniu; oni umieją się poznać jeno na
naruszeniu (przepuklinie).
— A jak się to zażywa?
— Z mlekom, z harbatom, a nolepi z wódkom. Kto mo słabą naturą,
to jak wypije połkwatyrek, zeznoi sie calusieńki i tak zesłabnie, ze mu
sie widzi, ze umrze. A na drugi dzień jest mocny.
— A jak wy te psy zabijacie?
— Wiésom na krzoku i wytną dwa, trzy ra!zy kijom w nos i zaroz
zdechnie. Pies jest bardzo cliwy na nos. Kota trudni zabić.
Dziubek bowiem zabija i łupi nie tylko psy, lecz także koty, tchórze,
wiewiórki i wogóle zwierzęta, z których skórka przedstawia jakąkolwiek
wartość. Głownem jednak źródłem jego do­
chodu jest psie sadło. Odbiorców na nie ma
w całej okolicy, nawet w bardzo odległych
wsiach. Wymieniano mi chłopów, którzy
w apteki ani w doktorów nie wierzą i nigdy
się ich nie radzą, tylko psie sadło stale w do­
mu trzymają i we wszelkich dolegliwościach
je zażywają z niezawodnym skutkiem.
W ciągu dalszej rozmowy dowiedziałem
się, że i psie mięso u niego się nie marno­
wało. Tuczył niem psy przeznaczone na za­
bicie, tudzież używał go jako środka leczni­
czego.
— Na jaką chorobę? — pytam.
— Przy zapoleniu nyrek obkłado sie
bok gotowanym miesem. Abo jak kolki kolą.
To nolepse lekarstwo.
Później słyszałem od ludzi, którzy go
dobrze znali, że on sam to mięso zjadał i za­
wdzięczał mu swą tuszę.
Dziubek inie jest oficjalnym „smyckem“,
Ryc. 3. Dziubek
oprawcą, który po ulicach psy chwyta. Do
Fot. S. Flizak.
tego celu, zwłaszcza gdy się zdarzą wypadki
wścieklizny, wzywa władza oprawcę z Jorda­
nowa Dziubek jest rodzajem wolno praktykującego znachora, na razie
bez konkurencji.
Dzięki tej okoliczności powodzi mu się dobrze t. z., że nie cierpi
głodu i jest jako tako przyodziany. Cieszy się powodzeniem u mieszkań
ców Mszany Dolnej i okolicznych wsi, jako wytwórca cudb\vnego środka
na wszystkie choroby — psiego sadła.
Mszana Dolna, 25 stycznia 1935.
4. Cztery wieńce.

W dawniejszych czasach wieś Podobin nawiedzały często gradobi­
cia. Burze nadciągały zawsze od strony Raby t. j. od południowego za­
chodu, przynosiły ze sobą ulewne deszcze, grzmoty i pioruny i co naj­
gorsze grad, który niszczył wszystkie plony we wsi i powodował potem

25

głód i nędzę. Zdarzało się to często, co kilka lat i doprowadzało ludność
do rozpaczy. Wtedy proboszcz w Niedźwiedziu, ks. Jagódka, rozkazał
zbudować w Podobinie na osiedlu u Gotka spichlerz i gromadzić w nim
zapasy w latach pomyślnych, a w czasach klęski wydawać je cierpiącym
niedostatek. Było to zarządzenie mądre i okazało się wielce pożytecznem,
ale od klęski elementarnej uchronić nie mogło. Została ona złagodzona
i odwrócona dzięki innemu przedziwnemu sposobowi.
jW Podobinie na osiedlu u Jamroża był chłop nazwiskiem Mateusz
Janiszewski. Nie był to tutejszy rodak, lecz przybyły z pod Wrocławia
na Śląsku pruskim, skląd zbiegł „przed jakąsi wojną“. Z tego powodu
nadano mu przezwisko Prus, które przylgnęło także do jego potomków.
Janiszewski służył przez długie lata na plebanji u ks. Jagódki i swą pra­
wością pozyskał jego zaufanie i miłość. W późniejszych dopiero latach
ożenił się i osiadł na roli. Jednego roku, gdy grad znów wybił zboża, Ja­
niszewski udał się do proboszcza i zapytał go, czy niema jakiej modlitwy
albo innego środka zdolnego wyzwolić wieś od trapiącej ją klęski. Pro­
boszcz dał po namyśle następującą radę:
Ktoś we wsi, człowiek godny i piśmienny musi przepisać cztery
ewangielje, jedną po drugiej, ale tak uważnie i wiernie, żeby nie zmienił
ani jednego słowa, nie opuścił kropki ani przecinka. Trzeba także uwić
cztery wieńce i zostawić je w kościele na ołtarzu przez całą oktawę Bo­
żego Ciała. Następnie zawinąć każdy z nich z osobna do tekstu jednej
ewangelji i zakopać dość głęboko w polu. Muszą to wykonać czterej lu­
dzie zaufani w tajemnicy, aby ich nikt nie widział i wieńców nie wykopał
albo pługiem nie wyorał. Mieszkańcy Podobina postąpili stosownie do tej
Tady. Jeden wieniec z tekstem św. Jana został zakopany na roli Potaczkowej, drugi ze św. Mateuszem na Adamczykowej, trzeci ze św. Markiem
na Zawadzie, czwarty ze św. Łukaszem na Skale, nad osiedlem Drobów.
Zaznaczyć należy, że te cztery miejsca oznaczają dokładnie końcowe
punkty wsi w kierunku południowym, zachodnim, północnym i wschod­
nim.
Nie zawiedli się ludzie, słuchając tej rady. Od tego czasu burze
i grady omijały zdaleka ich role, strzeżone przez słowo Boże i święcone
wieńce. Tak było przez szereg lat. Aż jednego roku znów spadł niebywale
wielki grad i wybił doszczętnie zasiewy w części wsi zwanej Zawadą.
Ludzie świadomi tajemnicy spoglądali z niepokojem na siebie zapytując
się, czy może uświęcony;-środek utracił swoją moc zbawczą. Lecz gdy
sprawę zaczęli bliżej badać, okazało się, że trzeci chłop, który miał za­
kopać święcony wieniec na Zawadzie, nie spełnił swego zadania przez
lenistwo. A gdy innym razem gradobicie nawiedziło zachodnią połać wsi,
stwierdzono, że wieniec z ewangelją św. Mateusza ktoś wykopał i zni­
szczył.
Ks. Jagódka zmarł w 1862 r. Zwyczaj przez niego wprowadzony
przetrwał niezmiennie do obecnych czasów i rok rocznie bywa prakty­
kowany. Także w innych częściach Polski jest on znany. Według za­
pewnienia pani L. Kotkowskiej, obywatelki z kresów wschodnich, zako­
pywanie święconych wieńców przeciw burzom i gradom jest na Litwie
powszechnym zwyczajem.

26
5. Strzygoń.

Na osiedlu u Moskały był chłop, co mioł dwa duchy. To był strzygoń.
Jak umar, to przychodzioł do chałupy, do baby, i robiół sytko, co trza
było: kosiół, rąbół drwa, nosiół wodą, siecką rznął i selakie inne roboty.
A o północy cichutko sie zabiyrół i wracół do grobu. Roz baba posła do
księdza i opedziała mu to, że tyn nieboscyk jej chłop w nocy do chałupy
przychodzi i tak a tak robi i ze ji to cliwo z tego powodu. A ksiądz godo:
Weź święcone krydy i opis chałupą, to on ta nie wlezie. I baba opisała
święconą krydą całą chałupą. Gróbarza tyz zawołół do siebie i pedziół
mu, ze tyn a tyn wstaje w nocy z grobu i chodzi do chałupy i kozoł mu
sie przystrzyc na niego i uwozać co bedzie robiół. On zdyjmie ze siebie
ubranie — godoł ksiądz — i zostawi. A ty porwij mu co z tego ubranio
i ucieknij na zwonicą. On go bedzie sukoł. A jakby do ciebie sed i kcioł
ci co zrobić, to ty sie nie bój, jeno zazwoń we wielgi zwon. Juści tyn nie'
boscyk w nocy wstoł, zruciół ze siebie, co ta mioł i posed. Jak ku chałupie
przysed, tak nie móg przejść przez tą święconą krydą, stanął i zawołał
na babą: Nie ty kiep, jeno jo kiep, zek ci już downo nie ukręciół karku.
I posed. Przysed na smetorz, co był zaroz przy kościele, bo wtedy ludzi
chowali naokoło kościoła, idzie na swój grób i nie może znaleźć kosule
Wreście cosi pomiarkowoł, potrzy na zwonicą i woło: Reńda, oddej kosulą. Woło roz i drugi roz, a gróborz mu odpowiado: To se przyjdź p<
nią. Juści tyn strzygoń idzie na zwonicą i powtorzo: Reńda, oddej mi ko*sulą. I juz prawie do niego dochodziół, wtedy gróborz rusół sercem od
zwonu, głos sie ozsed i tyn przepod. Jeno w tym miejscu ka stół, została
kupka smoły.
Powyższe podanie znane jest powszechnie w parafji niedźwiedzkiej
(pow. limanowski) i poza jej granicami. Przywiązane jest do rodziny
Rendów z Niedźwiedzia, która wydała dwóch grabarzy, ojca i syna.
Dzieci po nich żyją i to podanie utrzymują.
Tekst niniejszy spisałem według opowiadania Jędrzeja Rusnaka,
gospodarza z Podobina, lat około 55 liczącego.
6. Wieszczyca.

Na osiedlu u Piwowara w Podobinie wyraz wiescyca jest znany.
Jędrzej Rusnak poświadczył: wiescyca jest choroba na zęby. Bo jak
jedna baba u nas na osiedlu umarła, to widać u nie było straśnie długie
zęby, takie jakie z natury zodnemu cłowiekowi nie rosną. Jo był wtedy
małym chłopokem i pytołek sie starsej kobiyty, locego ona mo takie
Wielgie zęby. I ona odpowiedziała, ze ji to wiescyca te zęby wyciągła.
7. Czj pies może widzieć ducha?

Na to pytanie odpowiedziało mi dwóch chłopów potwierdzająco.
Teofil Myszą, lat około 30, powiedział: Pies może widzieć ducha, ale
taki, co jest na łańcuchu trzymany. Jako przykład opówiedział zdarze­
nie, jakie m ał z psem i z duchami jego bliski krewny. Pies, o którym
mowa w tern opowiadaniu, był krasiaty.

27

Gospodarz Jędrzej Rusnak, lat około 55, powiedział: Pies może wi­
dzieć ducha, ale taki, co sie nie włócy dużo po polu.
8. Pizestęp.

W Podobinie znane jest opowiadanie o djabelskiem zielu przestęp.
(Brypnia alba L.)
Jak chłop siece konicyną abo siano i natrafi na przestęp, to mu sie
kosa na kawołki ozleci. Trza tą trową wrzucić do rzyki, to zwycajno
trowa popłynie z wodą, a przestęp abo bedzie stół na miejscu, abo po­
płynie w górę wody.
Kto mo przestęp, to mu siě sytkie zomki otwierają. Przestęp można
lyz tym sposobem nabyć: Trza wypatrzyć, kany sie gniyzdzą sojki. Trzeba
im zatkać dziórą (dziupło) patykami, zakratować, ale mocno, zęby nie
powyruwały. Wtedy stare pudą sukać przestępu i jak jeno przyłożą do
te krotki, to zaroz patyki odlecą. Ale one upuscą tyn przestęp i wtedy
możno go znaleźć.
Jak u kogo rośnie w ogródku, to trzeba go cęsto ucinać, zęby nie
wyrós tak wysoko jak drzewo.
W Podobinie rós przestęp na Papierni (nazwa jednego osiedla). To
jak go wykopowali i wyruwali z korzeniami, to on krzycoł (płakał).
A oni biyli go kijami i potem wrzuciyli do wody.
Opowiadał Teofil Myszą, lat 30.
JÓZEF SZEMŁEJ

PRZYCZYNEK DO WIELKOPOSTNEGO PIECZYWA
LUDOWEGO
(CONTRIBUTION AUX NOTICES SUR LES PATISSERIES CONFECTIONNÉES
PAR LE PEUPLE PENDANT LE CARÊME.)

Wśród moich materjałów dialektologicznych, zapisywanych przez
czas dłuższy w południoWej części Podola, szczególnie we wsi Kolędzianach i okolicy znajduje się parę ciekawych szczegółów ebiografie/
nych. Jeden taki szczegół dotyczy obrzędowego pieczywa ludowego.
W pierwszy poniedziałek wielkiego postu pieką we wsi Kolędzianach i w innych okolicznych wsiach rodzaj placka, czy korża, zwanego
kostrubienyk. Słowa tego nie podają znane słowniki1), ani też rozprawy
i prace, omawiające różne Todzaje pieczywa obrzędowego ludu pol­
skiego i ludów wschodnio słowiańskich12), chociaż podobne placki, ale
o innej nazwie, pieką w pierwszy wielkopostny poniedziałek i w innych
okolicach.
1 ) Np. znane słowniki polskie Lindego i Karłowicza, ruskie Żelechowskiego
i Hrinczenki, słownik rosyjski gwarowy Dala.
2) A. Fischer, Etnograłja słowiańska III. Polacy. Lwów-Warszawa, 1934; N.
Sumcow, Chlieb w obrjadach i pieśniach, Charków. 1885; tenże, Starodawne sposoby

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.