14c4433edee1ade154e78ecbfa1de44d.pdf

Media

Part of Ludoznawcze przyczynki z góralszczyzny/ Lud, 1932, t. 31

extracted text
65
fèrence consiste dans ce que dans la crèche décrite il n’y a point dd scènes
parlées, les marionnettes sont pour ainsi dire muettes et paraissent en scène
comme une interprétation imagée du texte chanté. La chanson dans
laquelle les garçons remercient pour les étrennes est presque partout iden­
tique. La crèche à Dąbrówki se distingue par un certain primitivisme, mais
aussi par son originalité, vu qu’elle s’est formée comme la mise en scène
du cantique qui raconte l’histoire des bergers portant les dons. Quelques
garçons ont fabriqué la crèche et les marionnettes conformes au texte du
cantique, et comme le cantique parle de bergers, la crèche met en scène
presque exclusivement les bergers. Les personnages de la sorcière, de la
mort, du diable, du Juif et de la Juive furent empruntés aux autres crèches
polonaises.

JULJUSZ ZBOROWSKI

LUDOZNAWCZE PRZYCZYNKI Z GÓRALSZCZYZNY
(NOTES ETHNOGRAPHIQUES SUR LES MONTAGNARDS POLONAIS)
TREŚĆ: 1. Spinki metalowe góralskie — uzupełnienia do rozprawy Wł. Anto­
niewicza s. 65. — 2. Tytoń na Podhalu s. 69. — 3. Lach jako przezwisko
w gwarze góralskiej s. 69. — 1. Czary w Nowym Targu w 1751 r.
Nawóz koński, uderzanie trumną o próg, dotykanie zmarłego, przewle­
czenie nici popod próg, którędy ma iść osądzony na śmierć s. 70. •—
5. Godła chłopskich chałup w Szczawnicy s. 76. — 6. „Piórko“ w obrzę­
dzie weselnym s. 76. — 7. Prognostyki z 1701 r. z Żywca s. 78. —
8. Wędrowny znachor z 1712 r. s. 81. — 9. Przyczynek do „charakternilców“. s. 83. — 10. Niesprawiedliwie skazany na śmierć powołuje za
sobą winowajcę, s. 84. — 11. Dusze samobójców, s. 84. — 12. Podanie
o soli we wsi Sól, pow żywiecki, s. 86. — 13. Cudowne wysłuchanie
modlitwy, s. 86. — 14. Pustelnicy, s. 87. — 15. Zbójnictwo w Żywieckiem.
s. 87. — 16. Picie krwi zabitego, s. 90. — 17. „Zbójnik“ jako przezwisko,
s. 91.

1. Wśród prac, które w ostatniem dziesięcioleciu posunęły naszą
wiedzę o góralszczyźnie, wybitne miejsce zajmuje rozprawa Włodzi­
mierza Antoniewicza o metalowych spinkach góralskich, oparta na
sumiennych badaniach w muzealnych zbiorach i na związaniu wyni­
ków o charakterze etnograficznym z rezultatami archeologicznych
odkryć.
Podaję tutaj drobne uzupełnienia do sprawy spinek, oparte nie
na znalezieniu nowych okazów, lecz na materjałach z rękopisów, ry­
sunków i dawnych podróżniczych wspomnień.
Najważniejszym w tym zakresie przyczynkiem jest stwierdzenie
uzasadnionego przypuszczenia, że zasiąg góralskiej spinki był niegdyś
znacznie większy i prawdopodobnie wiązał się z granicami całej
góralszczyzny.
Terytorjum, które dla metalowego zapięcia zakreślił Antoniewicz
na podstawie muzealnych okazów i terenowych badań, obejmuje na
Lud T. XXXI.

5

66
polskim obszarze etnograficznym Podhale, Nowotarszczyznę, północnozachodni skrawek Spiszą, jedną graniczną miejscowość na Orawie,
jedną w Pieninach i jedną z Limanowszczyzny w punkcie bliskim
Pieninom.
\
Uzupełniające wiadomości pozwalają nam znacznie rozszerzyć
granice zasięgu spinek na polskim obszarze i stwierdzić ich istnienie
pod koniec XVIII w. aż do połowy XIX tam, gdzie dziś o nich nic nie
wiemy. W jednym wypadku nowy przyczynek jest tylko potwierdze­
niem dość późnej relacji, zastępującej brak muzealnego okazu.
Zaczynając poszukiwanie od wschodu na zachód, stwierdzamy
istnienie spinek w Krościenku, nadto potwierdza się podana u Anto­
niewicza relacja Dowgirda o Szczawnicy.
Wprawdzie lwowski malarz Ksawery Prek, opisując w 1832 r.
strój szczawnickiego górala, pominął milczeniem spinkę (Rkp. Bibl.
Jagiell. Nr. 938, tom III), zato w rysunku ją utrwalił. Czy ta akwarela,
zatytułowana „Dziewczyna i młodzieniec górale z okolicy Szcza­
wnicy“ ’) powstała w 1832 r., gdy Prek po raz pierwszy był pod Pie­
ninami, czy dopiero w 1841 r. w czasie jego powtórnego pobytu, nie­
wiadomo. W każdym razie w drugiej ćwierci XIX wieku spinka jest
w Szczawnicy używana. Autor uwidocznił ją na koszuli górala tak
wyraźnie, iż rozróżniamy typ okrągłych zapięć.
W 1831 r. odbył podróż do Krościenka Żegota Pauli. Rękopis o tej
wyprawie znajduje się w spuściźnie po Paulim (Rkp. Bibl. Jagiell.
Nr. 5373), drukował zaś autor swoją wycieczkę w „Rozmaitościach“
lwowskich w 1835 r. W nrze 52 na str. 419 czytamy o koszuli u kro­
ścieńskiego górala, spiętej mosiężną sprzączką.
Posuwając się ku zachodowi, zatrzymujemy się na ziemi lima­
nowskiej. Stąd mamy z 1813 r. wspomnienia Roztworowskiego z okolic
Dobrej12). Wydałem je w „Ludzie“ (1929). I tu autor widział koszulę,
która jest „dużą mosiężną szpilką na piersiach spięta“.
Brakuje nam wiadomości z okolic Rabki, Babiej Góry, zato z Żywieczyzny posiadamy dwie notatki. Najstarsza znajduje się w „Pieśni
o standrechcie i Proćpakowej bandzie w roku 1795“, którą ogłosiłem
również w „Ludzie“ (1929)3). Autor tego poematu, opisując przesłu­
chanie Jerzego Proćpaka, rodem z Kamesznicy, wodza zbójnickiej
bandy, wspomina, że uwięziony zbójnik ma koszulę „pod szyją spinką
mosiężną spinaną“.
W 1851 r. wydrukował Ludwik De Laveaux pierwszy opis góral­
szczyzny żywieckiej p. t. „Górale bieskidowi zachodniego pasma
Karpat“. Tutaj również jest mowa o koszuli, „mosiężną agrafą pod
szyją“ spiętej.
Wprawdzie i po tych zestawieniach pozostaje niewypełniona luka
w samym środku małopolskiej góralszczyzny, to jednak, zdaje się
z dużą pewnością wolno nam przyjąć, iż niegdyś wszystkie tereny,
1) Teka rysunków Preka w Bibl. Jagiell., sygn. 1 182. Za ułatwienia w ko­
rzystaniu ze zbiorów ikonograficznych jestem bardzo zobowiązany pani dr. Zofji
Ameisenowej.
2) Rkp. Pol. Akad. Umiej. Nr. 1783.
s) Rkp. Pol. Akad. Umiej. Nr. 1860.

67
zamieszkałe przez górali w Małopolsce używały metalowych zapięć
w kształcie spinki.
Na góralszczyźnie śląskiej metalowych zapięć strój męski nie po­
siada. Jak było dawniej, dotąd nie wiemy. Natomiast bliskie podha­
lańskim spinkom typu „lanek“ (odlewanych) są sercowate lub koliste
agrafki u kobiecych „kabotków“, znajdujące się w Muzeum Śląskiem
w Katowicach. Wedle informacji dyr. Tadeusza Dobrowolskiego należą
te przedmioty do stroju „wałasek“ i góralek. Czy są identyczne z temi
okazami ze Śląska, które zna Antoniewicz z „Museum für Volkskunde
in Wien“, a które uważa za analogiczne do góralskich wyrobów, nie
wiem. Nie jest wykluczone, że wymienione formy agraf są tego samego
pochodzenia, jak i spinki małopolskiej i słowackiej góralszczyzny.
W każdym razie musi ulec modyfikacji wniosek Antoniewicza,
jakoby spinka była związana tylko z grupą, nazwaną przez Udzielę
„góralami podhalańskimi“. Zna ją i beskidowy góral i właśnie stamtąd
udało się wyszukać jedyne dotąd świadectwo istnienia spinki w XVIII
wieku.
Czy i poza czysto góralskiemi terytorjami nie znajdziemy jeszcze
przedmiotów o podobnych formach, niemożna zgóry kwestjonować.
Bo przecież nie jest wykluczone, iż ruchliwy element, jakim byli gó­
ralscy pasterze, mógł roznieść formę spinki w ościenne, niegóralskie
strony.
Odnośnie do samego Podhala podaje Antoniewicz wieś Ratułów
jako ostatnią pozostałą z przeszłości siedzibę spinkarzy t. j. górali,
trudniących się wyrobem sprzęczek. W niedawnej przeszłości wyra­
biano metalowe zapięcia także w innych wsiach.
Najsłynniejszem w początkach XIX w. centrum produkcji spinek,
klamer do opasków i pasów, fajek była wieś Zubsuche. Wspomina
0 niej Seweryn Goszczyński po podróży w 1832 r.
Nadto w rękopiśmiennym katalogu zbiorów etnograficznych Jó­
zefa Lesieckiego, niezwykle sumiennego zbieracza, z zawodu stolarza
1 snycerza,4)5 znalazłem notatki z lat 1910—1914 o spinkarzach. Lesiecki zapisał, że w Ralułowie robi sprzęczki żyjący jeszcze podówczas
Pręciak, w Dzianiszu żyjący podówczas Jan i Józef Michniakowie,
którzy wykonywali sprzęczki do pasów, cuch, opasków i spodni, dalej
w Zębie żyjący wówczas Michał Symoniak, w Nowem Bystrem żyjący
wówczas Śeliga, w Chochołowie Wetula Kajton.
W Zakopanem między 1890 a 1912 r. wyrabiał spinki z mosiądzu
i bakfonu słynny przewodnik tatrzański Szymon Tatar, gdy mu starość
już nie pozwoliła chodzić po górach. Zdaje się, był to ostatni zako­
piański spinkarz B). Wiadomość o tem podał w nekrologu Tatara Sta­
nisław Świerz („Taternik“ 1913, VII, nr. 3).
Metalowe spinki góralskie wywodzi Antoniewicz od fibul gockich.
od wędrówek Gotów w V wieku po Ghr. na południe od Karpat, od
Siedmiogrodu przez górne dorzecze Cisy, Bodrogu, Hornadu i Popradu,
z biegiem Wagu do Dunaju.
4) Zbiory swoje zapisał zabity w czasie wojny Lesiecki Muzeum Tatrzańskiemu
w Zakopanem.
5) A zarazem ostatni w Zakopanem twórca łyżników.
5*

68
Warto przypomnieć, że już w 1901 r. związek góralskich spinek
z podobnemi formami niemieckiemi, mianowicie z północno-zachod­
nich terenów podejrzewał Władysław Stroner. Ten autor, pisząc
w „Słowie Polskiem“ (nr. 572 z 7 grudnia 1901) o sztuce ludowej p. t.
„Złoty róg“, powiada: „Owe zakopiańskie spinki bronzowe w formie
serca, otoczonego u góry jakby koronką, z wisiorkami u dołu, a więc
forma znacznie rozwinięta i bardzo charakterystyczna; zupełnie ten
sam typ odnajduję aż w północnej Fryzji °) i w okolicach Hamburga
(Vierland) na spinkach chłopskich wycinanych w bronzie lub subtelnie
wykonanych filigranową robotą (ob. Mielke, Volkskunst.). Jakim spo­
sobem ten typ spmek, znanych tam jako bekrönte Brautherzcn dostał
się aż w Tatry, na to niech odpowiedzą etnografowie“.
Inna rzecz, iż Stroner jest skłonny do tłumaczenia tych i innych
podobieństw w formach i ornamentach pochodzeniem ze wspólnego
źródła, z czasów indoeuropejskiej wspólnoty.
Na teorje S trônera zareplikował ostro Kazimierz Mokłowski
(„Słowo Polskie“ 1901 z 13 i 14 grudnia). Oburza się przeciw twier­
dzeniu, że ludowa sztuka Podhalan niema jednolitego typu. „Gdzieś
znów w Hamburgu odnajduje p. Stroner spinki w „kształcie serca
z wisiorkami u dołu“ i pyta się zdumiony czytelnika „jakim sposobem
zawędrowały (!) na Podhale te „bekrönte Brautherzchen“.
Co prawda Mokłowski albo przekręcił dla swego użytku słowa
Stronera albo ich w polemicznym zapale nie zrozumiał. Stroner wcale
nie mówi o wędrówce owych „bekrönte Brautherzen“ na Podhale, lecz
stawia pytanie, jakim sposobem typ podobnych przedmiotów dostał
się pod Tatry.
W dalszym ciągu stara się Mokłowski bronić słowiańskiego po­
chodzenia form spinkowych. Przypomina więc, że nad Łabą i Odrą
siedzieli ongiś Słowianie, mianowicie najbliżsi Polakom Połabianie
koło Hamburga, gdzie w liineburskiej puszczy jeszcze do XVII wieku
zachowały się ich resztki.
Przytoczyłem tę dawną polemikę dla przypomnienia, że niektóre
poglądy, dziś naukowo stwierdzone dzięki umiejętnej metodzie, obfi­
tości porównawczego materjału i postępu badań w różnych działach
wiedzy, majaczyły się niejasno naszym poprzednikom. To samo można
stwierdzić odnośnie do kwestji góralskiego stroju, oddawna w ogólni­
kach łączonego z bałkańskim i rumuńskim, również do sprawy bu­
downictwa, podejrzewanego o związki z niemieckim drewnianym ty­
pem domostwa i t. d.
Jeżeli idzie o drogę rozwoju formy od gockiej fibuli do współ­
czesnej spinki, to wywód Antoniewicza jest przekonywujący i szukanie
genezy tych zapięć u Gotów jest uzasadnione.
Natomiast nie zdaje się, aby autor mógł utrzymać się ze swoją
hipotezą, jakoby odłamy szczepów gockich pod naciskiem Hunnów
schroniły się na nowotarską dolinę, póki jedynym jego argumentem
są etymologje nazw topograficznych na Podhalu. Po pierwsze część
tych nazw, wskazywanych dotąd jako germańskie, nie jest germańfl) Właśnie z Fryzji podaje Antonicv, icz ciekawe analogje do góralskich spinek.

69
skiego pochodzenia, jak wykazał Kazimierz Dobrowolski. Po drugie
są wśród nich rzeczywiście germańskie, ale mogą pochodzić dopiero
z epoki kolonizowania Podhala niemieckimi osadnikami, a więc
z XIÍI w. (np. Gewont). Późna kolonizacja Podhala również nie sprzyja
szukaniu Gotów u północnych stóp Tatr.
Póki zatem niema dowodów pobytu szczepów gockich w nowo­
tarskiej dolinie, raczej trzeba przyjąć, iż gocka fibula, a może raczej już
jej przekształcone odmiany, dostała się przez słowackie pośrednictwo do
polskiej góralszczyzny z terytorjów na południe od Karpat, z siedzib
Gotów na obszarze późniejszych Węgier.
W jakiej mierze przyczynili się w kilkanaście wieków później
w rozniesieniu spinki na dalsze terytorja wędrowni pasterze, chyba
tylko w wyjątkowych wypadkach da się stwierdzić.
Zdaje się, że wpływ Golów, wędrujących od Siedmiogrodu pod­
karpackim pasem, zaważył nietylko na zachodnio-karpackich terytorjach. Wprawdzie na Huculszczyźnie nie znajduje Antoniewicz analogi]
do góralskich spinek, to jednak, niezależnie od dekoracyjnych szcze­
gółów, pewne analogje między metalowemi wyrobami huculskiemi
a gockiemi fibulami przecież zachodzą.
■fc
i?
*
2. Ze spinkarstwem łączy się wyrób fajek metalowych. Prawie
zawsze producent spinek jest jednocześnie „fajczarzem“.
Dla dziejów fajczarstwa może nie bez znaczenia jest wiadomość
o tytoniu na Podhalu.
W 1715 r. staje przed sądem nowotarskim Tomasz Jędroszak
z Chabówki, mający na sumieniu liczne kradzieże w okolicznych
wsiach. Zeznaje on m. i., że „Z Odrowąża Bałakowi 4 funty tutoniu
wziął, kiedy u niego nocował“. (Akta miejskie nowotarskie z lat 1711—
1751, k. 53). A w 1739 r. przed tymże sądem toczy się sprawa o prze­
wóz „tabaku“.
*
*
*
3. Aż nadto dobrze znamy stosunek górali do Lachów czyli mie­
szkańców nizinnej Polski. Skala uczuć ciągnie się od żartobliwych
przekpiwań, pogodnego lekceważenia aż do jawnej niechęci, pogardy,
a nawet nienawiści.
Oto co pisze Goszczyński w „Memorjale do Centralizacji Polskiego
Towarzystwa Demokratycznego“ w 1838 r.: „Górale wyżsi są od mie­
szkańców równin i fizycznie i umysłowo, lud zręczny, pojętny, zu­
chwały, zacięty, straszny w wojnie, prowadzonej w jego okolicach,
zwący wszystkich nie górali Polaków nienawistnem nazwiskiem La­
chów — nieuległy, najprzystępniejszy z ludu wiejskiego propagandzie,
ale przytem najskrytszy, najchytrzejszy, najdwuznaczniejszy“.
Muszą to być dawno istniejące antypatje, zresztą wzajemne. Naj­
starsze znane dotąd ich przykłady znajdują się w księgach sądowych
nowotarskich.
W 1751 r. (Akta 1711—1751, K. 115 v—116) przy sposobności
zbiórek siana starły się naprzód słownie, a potem czynnie sławetna

70
Janowa Brandysiewiczowa, mieszczka nowotarska, z uczciwą Jagnieską
Dziobońką. Jagnieska, góralka widać z krwi i kości, musiała coś wie­
dzieć o świeżem osiedleniu się Brandysiewiczów w stolicy Podhala.
Bo nietylko zgoła szpetnie sławetnej Janowej przymówiła na temat
cnoty, ale i syna jej nieuczciwemi słowy „publikowała“: „Ty łachu,
matacu, salbierzu, nic nie macie, przyśliście w górnicach“. Te „gór­
nice“ — to albo symbol biedy i aluzja do bogacenia się na góralskiej
ziemi, albo też świadome podkreślenie odrębności lachowskiego i gó­
ralskiego stroju.
Hasłu: Podhale dla Podhalan hołdował również Stanisław Bylina.
W 1750 r. (Akta 1750—1751, k. 9 v) obrany „na rewizją garców czo­
pową“, spotyka się z zarzutem jakichś nieporządków „z jeneralnego
porachunku tegoż czopowego“ i żądaniem oddania 150 szelągów. Ale
„zapozwany respondere nie chciał, zruciwszy (z) sobie suknie, furibunde sobie postąpiwszy, wołał na aktora: „Lachu, do Lachów, do
nas tu przyszedł“. Tym aktorem, czyli stroną wnoszącą skargę na
uczciwego Bylinę, był „pan Józef Wendzicki, obywatel nowotarski“,
skądś z „Polski“ przybyły, nawet nie „mieszczanin“ tutejszy, lecz
tylko „obywatel“.
Temu Wendzickiemu widać często wytykano niegóralskie pocho­
dzenie. W tym samym bowiem roku „pracowity Marcin Młynarczyk
z Łopusnej zeznał relacją in praesentia wyżej wyrażonych p. p. ławni­
ków przeciwko spólnikowi uczciwego Józefa Wendzickiego, który
mówił przy bytności wyżej wyrażonego Marcina Młynarczyka p. Józe­
fowi Wendzickiemu: „stoś tysięcy zjadł, ty Lachu, nie w Łopusnej to
rozkazować, ty ciuro, kpie, ty litworze, Moskwicinie“. (Akta 1750—
1751, k. 117 v). W rezultacie „niemogąc tego ścirpieć p. Wendzicki
uderzył go raz“.
%
*
*
4. W „Ilustr. Kurjerze Codziennym“ (nr. 350 z 18 grudnia 1932)
poleski korespondent tego pisma zamieścił interesującą wiadomość
0 wykopaniu trumny z grobu z powodu zabobonu.
Rzecz działa się we wsi Małkowicach pod Pińskiem. Zamieszkały
tu Filip Szepielewicz ma kamą sprawę o odkopanie grobu siostry Natalji. Natalja zmarła w lipcu 1932. Jak zeznali świadkowie, krewna jej,
Domna Szepielewiczowa, podłożyła w czasie pogrzebu pod trumnę
zmarłej kawałek mięsa i nawóz koński, owinięty w kłosy żytnie. Zabieg
ten miał na celu ściągnięcie nieszczęścia na rodzinę Filipa. Gdy się
Filip o tem dowiedział, na odwrócenie czarów odkopał grób siostry
1 usunął stamtąd mięso i nawóz 7).
Sprawę końskiego nawozu jako narzędzia czarów znalazłem
w aktach miejskich nowotarskich z 1751 r.
Na sławetne mieszczki Mateuszową Kilanowiczową i Wojciechową
Kilanowiczową rzucono poaejrzenie, że się zajmują czarami i ludziom
szkodzą. Coś już „porobiły“ Paluszonce, a wie o tem napewno sławetna
7) Por. A. Fischer „Zwyczaje pogrzebowe“, str. 183 i n. o wkładaniu do
trumny przedmiotów na czyjąś zgubę.

71
Zofja Florkowa, bo zaniepokojona o siebie i współobywateli, przestrzega
przed niebezpieczeństwem urzędowe osoby.
„Idąc sławetny Jan Brandysiewicz, pisarz m. nowotarski, (z) sławetnem Stanisławem Stempińskim, m. i ławnikiem nowotarskim,
dosła nas Zofja Florkowa i mówiła nam takowe słowa: Panowie,
radźcie koło siebie, by potym któremu tak nie było, jako Paluszonce,
i to mówiła, że Kasper Krzywda widział, kiedy wzięna chleb święcony
i posła z nim do stajnie (w) wielką niedzielę i uderzyła per posteriora
konie tym chlebem“.
Gdy się rozeszła wieść o czarach, zgłosił się do sądu miejskiego
sławetny Wojciech Zwoleński, mieszczanin i ławnik, i „soleniter się
manifestuje i protestuje przeciwko Matusowej Kilanowicowej“. Już ją
raz „uspokajał za carostwo“ t. zn. jakąś grzywnę zapłacił za posądzenie
0 czary, „a teraz się o to samo sprawa agituje“. Wnioskuje więc Zwo­
leński, że spotkała go niesłuszna kara, i zapowiada, że „będę chciał te
sprawę renowować“.
Może panowie rajcy miejscy niekoniecznie wierzyli, że obie Kilanowiczowe są czarownicami, może działały tu jakieś nieznane wpływy,
dość że dochodzenie idzie opieszale. Widocznie jednak nacisk
opinji publicznej zmusza urząd do energiczniejszych kroków. „Ponie­
waż takie pozachodziły kontrowersje przeciwko żonie Wojciecha Kila­
nowicza i Mateuszowej Kilanowiczowej o czarostwo, gdzie i na urząd
ludzie amarykują, że tej sprawy serio przypilnować nie chcą, luboby
się tak żona Wojciecha Kilanowicza, jako też i Mateuszowa Kilanowiczowa do niczego nie znały, jednak ich sąd skazuje do więzienia dobro­
wolnego, z którego nie wejdą, pokil sobie tych nie zapozwą ludzi, którzy
ich w te kalumnią wdają, żeby im abo dowodzili, albo ich emundowali
w tej sprawie“.
Nietylko Florkowa, ale i Stanisław Daniel wraz z matką zarzuca
Mateuszowej, że jest czarownicą. Bo skarży się przed sądem ta Mateu­
szowa, że Daniel „jej dom nadszeł i hałasy robił, mnie uderzył i celadź,
która tam była, napospół bił, słowa nieuczciwe matka jego na mnie
wołała i carownicą mnie nazywała“. Zapozwany przed sąd Daniel
broni się i opowiada o przebiegu zajścia „...mnie Fasicka wzion do
cechmistr(z)a na wódkę i wypili my dwoje pćłkwarcia gorzałki; przy­
szedł Olsowski do mnie i wzion mnie do tej izby, kędy oni byli, i zasta­
łem tam jednych, co w karty grali, a syn Wierzbickiego grał im na
oktowce 8); ja im potym począł przygania(ć), że na oktawce grali. Syn
Wirzbickiego powiedział: Co ci, kpie, do tego? Ja mu wzion oktawke
1 połomałem, oni skocywszy bili mnie, co się podobało, aż mnie po­
krwawili“.
Kilanowiczowa oczywiście nieco inaczej przedstawia rolę Daniela,
„...była przytym, kiedy przyszedł Stanisław Daniel i przyganiał, że na
oktawce grali, syn im rzekł: Wy gracie na piszczałce, a my na oktawce.
Potym wzion Daniel oktawkę i połomał, potym sie rzucili na niego
8) Instrument ten zwie się w gwarze Podhalan optowka, optólki. Por. A. Chybiński: „Instrumenty muzyczne“, str. 125 nn.

72
i bili się. Przestawszy się bić, wzion Daniel kija i prał we drzwi, a wołał:
ty carownico, wiem, żeś jest carownica, gotówem cie poprzysiąc“.
Sąd nowotarski, wysłuchawszy skarżącej i oskarżonego, „skazuje
obidwie strony do więzienia za kłódkę: Daniela zato, aby jej tego do­
wiódł, że jest carownica, a Mateuszową Kilanowiczową, aby potrzymała
i dostała prawa“. Tak długo zaś mają obie strony zostawać w więzieniu,
„pokil się według prawa dwunastą godnych ludzi nie zaręczą“.
I Daniel i Mateuszowa zaręczyli się ludźmi godnemi. Na wyzna­
czony termin „rękomnicy“ sławetnej Mateuszowej Kilanowiczowej
stawili ją do sądu, upraszając „aby byli wolni od rękomii“. Sąd ich
zwalnia od rękojemstwa i przystępuje do sprawy. Ale „strony sta­
nąwszy po rękomii do sądu, nie dowodzą sobie tego, co sobie strony
pozadawały; tedy obidwie strony sąd skazuje do więzie(nia) za kłódkę,
z którego nie wejdą, pokil sobie strony nie dowiodą tego, co sobie po­
zadawały“.
Nie tak łatwo zatem Danielowi przeprowadzić dowód prawdy.
Sprawa znowu idzie w odwlokę. Wreszcie znalazła się ponownie „coram officio neoforensi“ w związku z innem podejrzeniem, rzuconem
na współwinną Wojciechową Kilanowiczową. Obie sprawy łączą się
często ze sobą na sądowych przesłuchaniach, my jednak naprzód zaj­
miemy się Wojciechową, a potem wrócimy do Mateuszowej.
Ta sama Zofja Florkowa, która alarmowała miejskiego pisarza
i ławnika odkryciem czarownicy, mocno obciąża zeznaniami Wojcie­
chową Kilanowiczową. Oto syn Florkowej „Matus widział, kiedy z na­
wozu końskiego wybirała cosi, ale nie wie, co wybirała, aż w drugi rok
znowu przyszła, nabrała nawozu końskiego do zapaski. Ja posła do niej,
mówiłam jej: co to mas w zapasce? Ona powiedziała, że nie mam nic.
Ja jej wyrwała zapaskę i wysułam ten nawóz na gnój i przyganiałam
jej, że: chowacie konie, a cudzy gnój bieres. I to zeznała, że przestr (z)ygał
Wojtek Matusza, syna mego, żeby się jego żona nie wadziła, bo jej moja
żona poradzi. I to zeznała, że Matus widział Wojciechową Kilanowi­
czową, kiedy na Rysiowym ogrodzie ziemie brała, a na swoje boisko
nosiła“.
A zatem same poważne zarzuty! Skarży więc Wojciechowa
„Zofją Florkową, Matusza Florka i Kaspra Krzywdowicza o to, że ją
udali, jakoby się miała gusłami bawić“. 1 znowu dowodzą ci zapozwani
przed sądem, że słuszność jest po ich stronie. Udowadnia więc „Matus
Florek, żem ją widział, kiedy cosi z mojego gnoju wybierała, ale nie
wiem co“. Florkowa powtarza jeszcze raz, „że widziała w drugi rok
i pytałam się: coz to mas w tym podolku? Powiedziała: nie mam nic.
Potymem jej wydarła zapaskę, wysuły się stercora końskie ze zapaski.
Potymem jej przyganiała: gdybyś koni nie chowała, tobym się nie
cudowała, ale konie chowas, cudzy bieres“. Zeznaje nakoniec Kasper
Krzywdowicz, „że ją widział, kiedy sła z chlebem ze stajnie, alem nie
widział, żeby co nim robiła w stajni“.
Sąd jednak nie nabiera przekonania, że ma do czynienia z cza­
rownicą. Z wyroku wynika, że sprawę zakwalifikowano jako zwykłą
kradzież. Bo oto czytamy: „Sąd kontrowersje stron strutynowawszy,
przeźrawszy się w relacjach świadków, i sama się aktorka przed sądem

73
przyznała, że brała nawóz i glinę na cudzym ogrodzie, tedy taki sąd
dekret ferował, aby dała grzywien 6 za to, że cudzy gnój brała i glinę
na cudz(y)m ogrodzę, z których połowa kościołowi farnemu nowo­
tarskiemu, połowa ur(z) ędowi, i więzienie powinna zasiąść, z którego
nie wejdzie, pokil zadosyć dekretowi nie uczyni“.
Ale jednocześnie sąd nie wyklucza, że przecież Wojciechowa Kilanowiczowa coś może mieć wspólnego z czarami. Bo na wszelki wy­
padek zagraża: „lnquantumby się napotym co pokazało, tedy jako Bóg
i prawo karana będzie“.
Jednak pomimo dekretu Wojciechowa Kilanowiczowa grzywien
nie płaci, nic też niewiadomo, jakoby siedziała w więzieniu. Podobnie
lekceważy sobie wyrok Mateuszowa Kilanowiczowa. „Zaś całe pos­
pólstwo miasta J. K. Mci na to bardzo amarykowało i dotychczas
amarykuje na urząd, że takowych, które się gusłami bawią, nie karzą“.
Wzburzenie jest tern większe, iż obie skazane ,,z tym się przed sądem
wymówiły, że będą swojej na tych świadkach dochodzić sławy i podściwości“. Tymczasem całkiem nie starają się o rehabilitację. Sąd więc
ponownie skazuje obie Kilanowiczowe do więzienia, którego tak długo
nie mają opuścić, póki się nie rozsądzą ze świadkami, obciążającemi
ich sławę i poczciwość. Jeżeli zaś nie będą się starać o rehabilitację, to
otrzymają taką samą karę, jak niejaka Wojciechowa Łojaska, o której
później wspomnimy, t. zn. „przez trzy soboty in loco publico... po sto
plag rózgami“.
Ostatecznie występuje na widownię Wojciech Kilanowicz, mąż
posądzonej o czary Wojciechowej, i skarży Florkową ,.o to, że żonę
jego udała, że nawóz brała koński z nawozu syna jej Mateusza, ziemie
z cudzego ogroda podczas wielkiego czwartku; raz ją mój syn widział,
a ja drugi raz w drugim roku, także (w) wielki czwartek“. Zarówno
Florkową zapewnia, że zeznanie może „juramentem stwirdzić“, jako
też i Wojciech z żoną gotowi są do przysięgania na swoją niewinność.
Wedle „prawa majdeburskiego, gdzie pisze in articulo 44 to: każdy
obwiniony bliszy się juramentem odwi(eś)ć“, sąd uznał Wojciechów
Kilanowiczów bliższemi do przysięgi. Wykonują ją zatem „w te forme“:
,,Ja Wojciech, ja Zofja przysięgamy P. Wszechmogącemu w Trójcy
Ś. Jedynemu, że lubo moja żona wzięna nawozu końskiego na oborze
Mateusza Florka, nie brała go na żadne czary, ale do gliny, ani ziemie
z cudzego ogroda, tylko na przykrycie pastyrnaku, ani nie wiem o tym,
żeby się żona moja miała bawić jakimi czarami lub gusłami, ani żad­
nemu nie chc(e) skodzie na zdrowiu, tak mi Panie Boże dopomóż
i męką jego święta“.
Dekret sądowy miał zapaść po przysiędze. Nie znamy go jednak,
ponieważ nie dochowały się karty sądowej księgi, z której czerpiemy
wiadomości o czarach przy pomocy końskiego nawozu.
Tak się przedstawia sprawa Wojciechowej Kilanowiczowej. Wró­
cimy teraz do Mateuszowej Kilanowiczowej, zawikłanej w ten sam
proces o czary czy gusła, jednakże już nie w związku z nawozem
końskim. Jak podaliśmy poprzednio, do Mateuszowej wołał w czasie
hitki Stanisław Daniel: „ty carownico, wiem, żeś jest carownica,
gotówem cie poprzysiąc“.

74
Sprawa wyjaśnia się w czasie przesłuchiwania świadków. Uczciwy
Szymon Jorek zeznaje „officiose“: „gdy im matka umarła, przyszedł
Walenty Sienkowicz, kazał nam, kiedy my matkę swoje wynosili
z domu, kazał nam trzy razy trunną o próg uderzyć. I przypomniał
to sobie Wojtek brat i kazał nam Matuszem Kilanowicem, kiedy my
go wynosili z domu, trzy razy o próg uderzyć, my tyz uderzyli“.
Inny świadek podał, „że był przytym i widział, kiedy kazała nie­
boszczyka męża swego Matusza Kilanowicza do drugiego razu z trunną
na próg kłaść, ażem ich nałajał, żeby tego nie czynili“.
Wreszcie sławetny Stanisław Kilanowicz zeznał, „że widział, kiedy
się Matuszowa Kiłanowiczowa pomiędzy ludzi cisła wtenczas, kiedy
mu ks(iądz) ziemie nasuł i uchyciła się trunny i ów wszytek płac ustał,
a Mikołaj Kolasa mówił: pociągała jednego Matusza, pociąga i dru­
giego.“
Sprawa jeszcze raz wraca do sądu. Zapozwano „o udanie jakichsi
zabobonów, któremi się umiała bawić“, Mateuszową z urzędu t zn
oskarżycielem jest instigator iuratus neoforensis, Jan Watychowicz.
Świadkowie powtórzyli swoje zeznania. Wojciech i Sebestjan
Jurkowie zeznali znowu na korzyść oskarżonej. „Lubo do trzeciego
razu uderzyli próg, kiedy męża zapozwanej z domu wynosili, to mieli
z Walentego Sienkowicza, bo im kazał tak zrobić, kiedy swoje matkę
wynosili“. Również na korzyść Mateuszowej zeznaje ów Walenty Sien­
kowicz, wymieniony także jako Walenty Sieńko, i wyjaśnia dawny
zwyczaj. „To miał (z) starych ludzi, żeby odpocznąć ze zmarłym na
progach, żeby drugiego (z) sobą nie powołał“.
Niekorzystnie natomiast zdaje „relacją“ Stanisław Wiełkowicz,
ławnik nowotarski. „Słysał od swojej żony, powadziwszy się (z) sobą,
mówiła zapozwana: Płace na mnie jedna trzy roki cy ctyry, patrzejże,
byś i ty na mnie nie płakała. I to widział, kiedy kładziono jej męża
do grobu, chyciła się trunny, i zaraz płac ustał, a do tego się ozwał
Mikołaj Kolasa, brat pierwszego męża zapozwanej, że pociągała jednego
Matusza, pociąga i drugiego“.
Sąd „przeźrewszy się w relacji świadków“ nie nabiera bezwzględ­
nej pewności o winie Jagniski, wdowy po Mateuszu Kilanowiczu, „po­
nieważ się nic doskonałego nie pokazało przeciwko zapozwanej“.
Dekretują przeto sędziowie wedle prawa „majdeburskiego“, iżby „za­
pozwana wykonała jurament in hanc rotham: Ja, Jagniska, przysięgam
P. Bogu wszechmogącemu w Trójcy ś. jedynemu, lubo mnie ludzie
udają, nie wiem o żadnem carostwie i zabobonach, anim Kołasinej nie
skodziła na zdrowiu i fortunie, jako na mnie twirdzą; anim tego nie
mówiła, powadziwszy się (z) żoną Stanisława Wielkowicza: jeżeli na
mnie jedna płace 3 cy 4 roki, patrzajże byś i ty nie płakała; anim tego
na żadne cary nie czyniła, com kazała do trzeciego razu trunną w próg
uderzyć pirwszym mężem, kiedy go z domu wynosili, anim na żadne
cary pirwszego męża dotykała się, ale z przyjaźni małżeńskiej, jednem
słowem mówiąc, że żadnych carów nie wiem, ani się nimi nie bawiła
i nie bawię, ani nie wiem, ktoby się nimi bawił, tak mi P. Boże do­
pomóż i męka jego ś.“

75
„De verbo ad verbum“ wykonała Mateuszowa przysięgę i w ten
sposób oczyściła się z zarzutów. Wówczas sąd na tych, którzy ją
0 czary posądzali lub będą posądzać, zakłada 10 grzywien kary i wię­
zienie czteroniedziełne, „ponieważ się od tych wszystkich rzecy i złego
na nie porozumienia i udania emundowała i wyprzysięgła“.
*

*

*

Jednocześnie ze sprawą obu Kilanowiczowych toczy się docho­
dzenie przeciw Wojciechowej Łojasce.
Tracono za liczne kradzieże Franciszka Dąbrowskiego, czeladnika
w Nowym Targu. Przed egzekucją Łojaska kazała swojej komornicy
przewlec popod próg nić „i nie kazała jej brać, aż ten inkarcerowany
1 mistrz (kat) przez tę nić przejdzie“.
Wynika stąd proces, a sąd „serio“ inkwiruje Łojaskę, w jakim
celu tę „okazją“ ważyła się czynić. Oskarżona „respondit, że to słyszała
od nieboszczki Klockowej, że kto ma taką nić, będzie miał szczęście do
szynku“ t. zn. do szynkowania czyli w sprzedaży napojów.
Narazie jednak Łojaska mimo posiadania owej nici szczęścia
niema, bo sąd skazuje ją, „aby przez trzy soboty in loco publico ode­
brała po sto plag rózgami“ i póki temu dekretowi zadosyć się nie
stanie, poty ma zostawać w więzieniu. Wdali się jednak w tę sprawę
pp. mieszczanie i mieszczki i za ich „godnemi instancjami“ sąd opuścił
Łojasce dwie kary. Ale jednocześnie zagroził: „napotym jeżeli się co
na nie takowego pokaże, tedy jako Bóg i prawo opiewa, karana będzie“.
Zabobon z nicią należy do tej samej kategorji, co i sznur, na
którym powieszono złoczyńcę, lub na którym wisiał samobójca. Są to
przesądy szeroko rozpowszechnione. Znanym jest również, nietylko
na góralszczyźnie, zwyczaj uderzania trumną o próg, aby nieboszczyk
nie wracał jako strzygoń lub nie powołał za sobą kogoś z pozostałych
w domu żałoby (por. A. Fischer 1. c. str. 259 nn.) Mniej jasnem jest
dotknięcie zmarłego męża przez wdowę. Może należał ten zwyczaj do
pożegnania nieboszczyka, do próśb o darowanie uraz i do zapobie­
żenia pomście ze strony zmarłego. (Por. A. Fischer 1. c. str. 248 nn.).
Z przytoczonych zdarzeń wynika, że sąd i opinja rozróżnia czary,
szkodzące bliźniemu, od guseł i zabobonów. Wyraźnie podkreśla tę
różnicę proces z 1718 r. (Akta z lat 1711—1751, k. 48 b). Dochował
się on tylko fragmentarycznie, tak iż nie wiemy, o jakie zabobony
oskarżano Zuzannę Sarkową. Zeznaje ona, „że nikomu nie szkodziła,
czarami sie nie bawiła, ale swego dobra broniła“. Sąd „podług prawa
majdeburskiego postępując“ dochodzi do wniosku, „że sie na tę Zu­
zannę Sarkową pokazało, że się gusłami, a nie czarami bawiła 9), co
była niepowinna, a Boga odstąpiła, za to była śmierć zasłużyła“. Ale
idzie za Sarkową instancja do sądu duchownych, a nadto „gromada“
odstąpiła od skargi, gdyż „żadnego dokumentu pewnego inszego ua
nie nie wie“. Proces kończy się uwolnieniem Sarkowej, ale i groźbą:
„aby sie odtąd takiemi gusłami nie bawiła pod karą dekretu na nie
9) Wykreślono w rękopisie słowa: „i ludziom przez to pomagała r.

76
ferowanego, to jest na stosie drew spalenia za przeświadczeniem namniejszym“.

3

*

5. Przyjeżdżającego po raz pierwszy do Szczawnicy uderza we wsi
nieznany gdzieindziej zwyczaj wywieszania na chłopskich chałupach
szyldów z „nazwą" chałupy i prymitywnem malowidłem, będącem
tem godłem. Jest więc dom „pod Krakowiakiem“ i wywieszka z naiwnem wyobrażeniem Krakowiaka w sukmanie, dom „pod Trzema
Koronami“, „pod kołem“ i t. d. Niezwykłość zjawiska szyldu i nazwy
na zwykłej góralskiej chacie, nawet nie willi, a nadto prymitywizm
malowideł na wywieszkach, powodują nieraz mniemanie, że jest to
jakiś archaiczny, resztkowy zwyczaj, zachowujący się jeszcze w pie­
nińskim zakątku.
Nic podobnego. Godło na góralskiej chacie jest wynikiem prze­
miany wsi Szczawnicy w sezonowe zdrojowisko w pierwszej ćwierci
XIX wieku i liczy sobie zaledwie około stu lat istnienia.
Znamy nawet datę wprow-adzenia nazwań i wywieszek W sier­
pniu 1841 przybywa do Szczawnicy Ksawery Prek, malarz lwowski.
Był tu już w 1832 r. Od tego czasu rozwinęła się Szczawnica, więc Prek
zapisuje w swoim „Dzienniku“ (Rkp. Bibl. Jag. nr. 938, tom III) no­
wości i zmiany, zaszłe w zdrojowisku od dziewięciu lat.
M. i. pisze: „We wsi również zastałem nowy porządek, gdyż każda
chałupa wiejska ma swoje godło, jako to: jedni mieszkają pod rakiem,
drudzy pod zajączkiem lub capem, trzeci pod piękną góralką, pod
Krakowiakiem, pod różą, pod Czorsztynem, pod piorunami, pod du­
żym nosem etc. etc.“
A zatem sprawa wyjaśniona.
Przypomnieć tu trzeba, że w 1832 r. Szczawnica posiadała zaledwie
dwa większe domy i trzeci mały, specjalnie budowane dla kuracjuszów.
Do 1841 r. przybywa zaledwie kilka „stancyj“ w „traktyjerni“ i duży
budynek z kilkunastu „numerami“. Ogromna więc większość sezono­
wych „gości“ mieściła się w wynajmowanych góralskich chatach
i właśnie dla ich orjentacji nadano chatom nazwy i godła z „malun­
kami“.
Ąz

*

*

6. Piórko, piórecko.
„Cemuz ci sie, hłopce, piórko nie migoce?
Dołeś go dziéwcinie za złote warkoce“.

Młodsze pokolenie góralskie często interpretuje tę rozpowszech­
nioną na Podhalu piosnkę bardzo prosto: jako zamianę ptasiego pióra,
zatkniętego za góralski kapelusz, za dziewczęce warkocze.
To tłumaczenie niema sensu i oczywiście odrazu wskazuje, że
w niektórych okolicach Podhala już się zatraca dawne znaczenie
„piórka, piórecka“, zapisane u Zejsznera, Paulego i t. d. (Por. Karło­
wicza „Słownik gwar“, IV, 108). Była to kitka, zrobiona z szychu,
farbowanych piórek, ze sztucznych kwiatów, zatykana za kapelusz.

77
Czasem na „piórko“ składały się gałązki smreczyny, oblepione na koń­
cach pozłótką lub kolorowym papierkiem.
Inaczej nazywa się ta ozdoba „bukietem“. O ile w pieśniach utrzy­
muje się termin „piórko“, o tyle w mowie codziennej, przy weselnym
stroju pana młodego i drużbów, słyszymy o „bukiecie“. Taki „bukiet“
widzimy i dziś na weselach. Sporządzają go panna młoda i drużki naj­
częściej na małej gałązce smrekowej ze sztucznych kwiatów, ozdabiają
koralikami i świecidłami, tak iż „migoce sie“ czyli błyszczy w słońcu
lub w świetle roztańczonej weselnie izby. Dawniej migotał się „bukiet“
tylko za kapeluszem, obecnie spotykamy go także na cusze, po lewej
stronie, na sercu.
Że „piórko, piórecko“ oznacza „bukiet“, a nie odnosi się do pta­
siego pióra, wynika jasno z pieśni, mówiących o „wiciu“ piórka. Np.
„Ej kieby sie- cémpryndzéj bucina osfiła,
Ej toby mi dziëwcina piórecko uwiła“.

Lub:
„Ej bucina, bucina, zielono bucina,
Ej uwij mi piórecko, dziéwcino z Kubina“.

W warjancie: „Przyniś mi, dziéwcino, piórecko z Kubina“ już
się zatracił pierwotny sens i pierwotne znaczenie słowa.
A zatem idzie o „bukiet“ czyli „piórko“, odgrywające rolę w we­
selnym obrzędzie i będące ozdobą pana młodego i drużbów.
Nietylko ozdobą, ale i symbolem kawalerskiego stanu. Przytoczona
pieśń o zamianie pióreczka i warkoczów jest pochodzenia weselnego.
W 1913 r. byłem na weselu w Białce. Skierował mnie na nie
Ignacy Moczydłowski, urzędnik sądowy w Nowym Targu, który zbie­
rając góralskie pieśni, zwrócił mi uwagę na stosunkowo dość dobrze
zachowaną formę obrzędową wesela wt Białce. Co prawda, starożytności
wiele nie zasiałem tym razem, zato wyjaśniło się pochodzenie i zna­
czenie naszej pieśni.
Zaczęły się czepiny, zwane tu „cepowinami“. Panna młoda czyli
„młoda pani“ usiadła wśrodku izby na stołku, obrzędowo popłakując
do „smatecki“ (chustka do nosa). Starsze mężatki zdjęły z jej głowy
mirtowy wianek i rozpletly kunsztownie posplatane warkocze. Wów­
czas drużki z wesołemi okrzykami rzuciły się na „młodego pana“,
który stał w kapeluszu. Umykał przed niemi i szukał schronienia
wśród drużbów, którzy utrudniali nibyto dziewczętom napad, aż
wreszcie poddał się i wpadł w ręce rozbawionych napastnic. Zerwały
mu triumfalnie z kapelusza „bukiet“, migocący się w blaskach nafto­
wej lampy, i zaśpiewały:
„Cemuz ci sie, hłopce, piórko nie migoce?
Dołeś go dzićwcime za złote warkoce“.

Nie miałem sposobności zauważyć, co drużki zrobiły potem z zer­
wanym „bukietem“.
A zatem nie ptasie pióro, lecz „piórko“^ symbol kawalerstwa,
oddał pan młody. Oddał dziewczynie za warkocze, bo przecież jeszcze

78
niedawno podczas „cepowin“ obcinano pannie młodej warkocze,
symbol panieńskiego stanu, i przystrzygano włosy, jak przystało na
mężatkę.
A tem samem zyskujemy interpretację innych pieśni, w których
powtarza się „piórko“. Np.
„Nie hojdze tu do nos, wysokie piórko mos,
U nos niskie dźwirka, to se go połómos“.

I tu oczywiście mowa o „bukiecie“ pana młodego. Jest to ironiczna,
a przecież nieomal wersalska forma rekuzy: kandydatowi do ręki
i serca dziewczyny dają do zrozumienia, że w tej chałupie niema czego
poszukiwać i że w niej żony nie znajdzie.
Tak samo nic wspólnego niema z piórem szeroko znana intro­
dukcja do „zbójnickiego“:
„Ej Janičku serdecko,
Kaześ podziot piórecko,
Colt ci dała?
Kiek se jehoł do wojny,
Upadło mi do wody,
Duso moja“!

Nie pióro, junacko wetknięte za kapelusz, lecz „bukiet“, dany
kawalerowi przez dziewczynę. Możliwe, że i ta pieśń o wpadnięciu
„piórecka“ w wodę ma jakieś dawne, dziś zapomniane znaczenie.
H:

*

*

7. Gdyby ktoś zajął się zebraniem dzisiejszych „złych przeczuć“,
złych „znaków“ i „prognostyków“, wróżących jakieś nieszczęście, to
już materjał, uzyskany w sferach miejskich, wśród t. zn. inteligencji,
dałby niemałą książkę. Pęknięcie lustra, stłuczenie szklanki, trzaskanie
zeschniętych mebli — wszystko to „wróży“ niemiłe zdarzenie. Prog­
nostyków takich jest bez liku, a mnożą się szybko wtedy, gdy rzeczy­
wiście kogoś spotkała przykra przygoda. Dotknięty nieszczęściem przy­
pomina sobie i odtwarza forsownie wszystko to, co zdarzyło się jemu
lub w jego domu przed katastrofą czy nieprzyjemnem zajściem, i z głębokiem przekonaniem dowodzi, że musiało go spotkać nieszczęście, bo
wtedy a wtedy zaszło to a to, że miał już przeczucie złego wypadku,
bo i t. d. i t. d.
Znamy te dowodzenia aż za dobrze. A skoro i dziś „przeczucia“
są tak żywe, to o ileż więcej popłacały jakie dwieście lat temu.
W 1701 r. w Żywcu „po zaćmieniu miesiąca dnia czwartego wi­
docznego, który się wszystek po zachodzie słońca zmienił, po nim dnia
wtórego sierpnia miesiąca po północy w niedzielę na święto Panny
Marjej Angielskiej albo Porcju (n) kule pioron na wieżą żywiecką wiel­
kim trzaskiem uderzył w gałkę sarnę pod krzyżem, nieobaczywszy aż
samym świtaniem dymu trochę kurzącego się z pod gałki“. Zbyt
późno zauważono grożące niebezpieczeństwo i murowany kościół ży­

79
wiecki, duma miasta, spłonął doszczętnie. Fundowali go Komorowscy
na 169 lat przed tą katastrofą, wieżę zaś postawiono przed 128 łaty.
Pogorzenie wspaniałej, jak zapewnia kronikarz, świątyni, odczuli
mieszkańcy Żywca jako klęskę całego miasta i niepocieszeni rozważali
„praesagia albo przestrogi i znaki, które tę ruinę kościoła i wieże przed
rokiem uprzydzały i znaczyły“.
„Pierwsza: roku przeszłego w święto Narodzenia Panny Marji,
której tytuł też kościół ma, w nieszpor i procesją sarnę pszczół rój na
kaplicy w kopułę jej przyleciał i onę obsiadł i przez trzy dni na skle­
pieniu kopuły zostawał, które wywróżyły ten ogień, spalenie kościoła.
Druga: w dzień Bożego Narodzenia na brackiej mszy rannej koło,
wśród kościoła wiszące, brackie, w którym świec 56 ku elewacjej
w tajemnicę Różańca świętego zapalono, to gdy do gaszenia tych świec
na dół ciągniono, urwało sie i z podziwieniem ludzi upadło bez żadnej
urazy, co znaczyło ten upadek kościoła.
Trzecia: w niedzielę w drugą post reformat, praesidens z klasztoru
kęckiego, mając tu na tę niedzielę kazanie, wziął sobie za thema:
Surgite ludzi pobudzających do poprawy i powstawania złości, plagi
im różne wyliczał, a zwłaszcza o upadku korony polskiej, gdzie i na
kościół przytaczał: Incipiam a sanctuario, jakoby miał rzecz tę: na
tym kościele zemsta stanie sie, i wszystko jego kazanie w słowie powie­
dzianym spełniło sie, które za przestrogę potym uznano i proroctwo tej
ruiny.
Czwarta: w święto wielkanocne po brackiej mszy świętej, gdy
j. m. ks. Bogusław Darnowski, inspektor na ten czas pp. starościców
przed brackim ołtarzem celebrował, świeca wielka z świecenia będąc
gorejąca zagasła, a potym po ewangeljej wywróciła sie spadłszy jako
żdłuż na ołtarz, a nic sie nie naruszyła, co zgaśnienie upadek tej wieże
przeznaczało.
Piąta: dnia 22 maja dziecię w żywocie Zofji Mrowczówny a Wa­
wrzyńca Suchoniowicza, rajtara pańskiego małżonka, trzy miesiące
mając jeszcze donosić, jako sama sumieniem zeznała, że to czuła i sły­
szała, po trzy razy zapłakało, co to znaczyło opłakanie ruiny przyszłej
kościoła i wieże; z której sie narodził syn Bartłomiej we dwie niedziele
po tym przypadku piorunowym.
Szósta: przed świętym Janem w niedzielę w samo południe przez
godzin trzy widziano nad wieżą samą żywiecką jakąś kometę, będącą
na kształt tęcze w kole wielkim stojącą, a we środku koła czarność
mającą, a niebo wszędzie wszystko jasne było.
Siódma: waga zygarowa na tej wieży wielkim kamieniem będąca,
która wisząc wysoko koła ciągnyła, a ta naremnie zerwawszy sie, sama
ciężko wielkim grzmotem pod wieżę spadła, że ludzi zat(r)wożyła
i P. Bóg, że kogo nie zabiła, zawarował.
Ósma: miech wielki organ, pod wieżą w kalkowni przy inszych
będący, przez kiełka świąt, gdy weń kalkowano i na organach grano,
blisko przed tą ruiną żałobliwie, głośno jakoby płacząc i krzycząc,
głosy różne z siebie skrzypiąc przeraźliwie wydawał i przeszkodę
w kościele czynił, czemu sie ludzie bardzo dziwowali, przyznawając
potym przestrogę żalu i płaczu tej ruiny.

80
Dziewiąta: zygar na wieży tej będący w dzień i święto świętego
Jakuba Apostoła i potym kiełka razy bez przestanku bił sam, uderzawszy po razy półtora sta i więcej, póki jeno mu sznoru i wagi star­
czyło, co to wszystko zepsowanie i ruinę znaczyło, blisko będącą
przez to.
Dziesiąta: dnia czwartego przed tą ruiną było zaćmienie miesiąca,
które miesiąc wszystek zaraz z wieczora zaćmiło, a trwało przez dwie
godziny, dziwujący sie mu bardzo ludzie, a to tę ruinę uprzedziwszy
przeznaczyło.
Jedenasta: tejże nocy, gdy pieron w wieżą uderzył, sąsiedzi dzwo­
nią na chmury iż potężnie i straśnie grzmiało,10)* śpil albo zapinka
sprzęczki rzemienia pasu w wielkim dzwonie sie urwała, odpiąwszy
sie pas, serce żelazne ze dzwona wypadło i ciężko uderzywszy na
piętro upadło i strach uczyniło. P. Bóg strzegł, że kogo nie zabiło albo
uderzyło; dlaczego na gwałt w ten dzwon wielki nie uderzono rano, aż
inszy pas przyprawiono“.
„Które przestrogi albo Znaki dla wiadomości czytelnika opisałem,
jeżeli prawdę przyznają“ — powiada skrupulatny kronikarz.
Nazwiska jego nie znamy. Po wyszczególnieniu przytoczonych
prognostyków, autor zamieścił w swej kronice w charakterze biblijnym
tren nad pogorzeniem świątyni, który zatytułował „Hieremias żywiecki
rzewliwie trenem swym lamentujący, płacząc i żałując ruiny tak wiel­
kiej kościoła i wieże, także znacznej odmiany miasta żywieckiego“.
Stąd też inwentarz rękopisów Bibljoteki Jagiellońskiej nazywa rkp.
Nr. 5493 „Iłiereuiiasa Żywieckiego kronika z lat 1688—1713, pisane
w Żywcu około r. 1713 lub w następnych“.11)
Ale nie koniec na tern. Mimo tych tak „murowanych“ znaków,
opinja rozżalonych mieszczan zaczęła się w innej okoliczności do­
patrywać przyczyny wielkiego nieszczęścia. Notuje bowiem nasz ano­
nimowy „Hieremias“: „rozniesły się wieści między ludźmi, zwłaszcza
z powieści gadającej niejakiej Reginy Stąporzonki, tu z Żywca baby,
że ta ruina stała się dla przeniesienia obrazu rzniętego Najświętszej
Panny Marji z ołtarza brackiego, na której miejscu inny malowany
wprawiony. Ale temu wierzyć niepotrzeba, gdyż jeszcze ołtarza i brac­
kiego i tego obrazu nie było, a już po dwa razy pioron przedtym na
tę wieżą uderzył, i będąc wprowadzone bractwo, dla którego stanąwszy
ołtarz i ten obraz był w nim, a znowu cztery razy wieżą zapalił, aż
onę zaledwie w ankrach obroniono i ugaszono. A nadto podobno było
naznaczono tej wieży, że przez pioron miała zniszczeć, i ludzie sami
jej prognostykowali, bo gdy kiedykolwiek lub w nocy albo we dnie
pioron kiedy uderzył i trzasnął, zaraz na wieżą patrzano, jeżeli jej nie
10) Dzwonienie dzwonkiem w czasie burzy lub wystawianie obrazów ze świętemi
w oknie, wieszanie ich na zewnętrznej ścianie chałupy widywałem w Nowym Targu
i okolicy w latach 1913—1920. Przytoczony tu kronikarz podaje również, że w 1712 r.
w Oświęcimiu i Kętach dzwoniono w czasie najazdu szarańczy, która sprawiła
ogromne spustoszeniè, „poczem obróciła się na Śląsko“. Jednak w tym wypadku
nie szło o magiczny zabieg, lecz o odstraszenie wroga hałasem. Wynika to z wiado­
mości, że ludzie także „łańcuchami, kosami we wsiach brząkali i strzelaniem od­
ganiali“.
1:L) Rękopis pochodzi ze zbiorów Ż ego ty Paulego.

81
zapalił, i już jakoby się tego spodziewali, a pospolita to pioronowi na
wieże wysokie uderzyć, jako się w wielu miejscach stało. A do tego
ten obraz był przeniesiony niż rok z tego ołtarza, poczym pioron
nieskoro na tę wieżą uderzył i onę spalił“.
A zatem nie wątpi żywiecki kronikarz w słuszność licznych prog­
nostyków i zrządzenie losu, który świątynię skazywał zgóry na smutny
koniec.
Czyżby to jednak była rzeczywiście kara za rzekomą poniewierkę
świętego obrazu? Gorliwie przeczy temu „Hieremias“ i udowadnia:
„A Matka Boża żeby miała zemstę na swój kościół to uczynić, niepo­
dobna, albowiem ten obraz nie na zgardę wyjęty, żeby się miał kędy por
niewierać, ale był na inszy ołtarz bracki na wierz (ch) sam, który bractwo
nosi, postawiony, czyniąc to dlatego, żeby większa ozdoba w brackim
ołtarzu przez inszy obraz była, starając się w srebro tak koronami i su­
kienką przyozdobić on, jakoż się z szczodrobliwości, pobożności poka­
zało lub stało, mając do tego nowego obrazu malowanego afekt skłon­
niejszy“.
Skąd przyszła do głowy Stąporzonce taka myśl, iż Matka Boska
zemściła się za despekt? Pytano tę Reginę Stąporzonkę, „z jakiej to
ma relacjej“. Indagowana „powiedziała, że ze snu i kondolencjej, gdy
ten obraz przenoszono, patrzała i onego się użaliła“. A pierwszym po­
wodem jej opowiadań było właśnie to koło brackie, które w dzień
Bożego Narodzenia upadło w czasie brackiej mszy, gdy je ściągano,
aby świece zagasić. Stąporzonka z tego upadku wywnioskowała nietylko ruinę kościoła, ale i dwie dalsze jeszcze plagi na miasto, miano­
wicie w dzień Wniebowzięcia i narodzin Panny Marji. Ale ku wielkiej
zapewne satysfakcji kronikarza były to proroctwa fałszywe, bo nic
złego w te dnie nie zaszło. Konkluduje więc, że ta „baba, lub się zdała
nabożna, ale biegon i jakoby spełna rozumu nie miała“. Okazało się
bowiem w kilkanaście lat potem, że usiłowała wykraść z kościoła,
z brackiego ołtarza obraz, i chciała go wynieść „do Radzichów na górę
nad kościół pod bożą mękę, że gromada tam kaplicę dla tego obrazu
wystawi“. Przesiedziała się za ten zamiar kilka dni w więzieniu. „A nie­
wiasty też tej szalbiercc wierzyły i te jej plotki daleko rozniosły“.
Ostatecznie i „Hieremias“ widzi w katastrofie karę bożą, bo „to
najpewniejsza, że z tą wieżą w pychę się wynoszono, że tak spaniała
była“. A nadto złamano prawa, nadane przez panów Komorowskich.
„Tak też i pamiątkę Pan Bóg i ozdobę kościoła i miasta złomał i zni­
szczył“.
•■¥

*

#
8. Przytoczony z okazji prognostyków rękopis „Hieremiasa“ za­
wiera prócz sprawy pogorzenia żywieckiego kościoła sporo wiadomości,
interesujących ludoznawcę i historyka dawnej obyczajowości.
Nasz kronikarz jest nieoceniony w skrupulatnem zapisywaniu
wszelakich zdarzeń, które wydały mu się godne uwagi i uwiecznienia.
Czego w tym rękopisie niema! Czytamy wiadomości z dziejów kraju,
starostwa i miasta, czytamy o przedziwnych wypadkach urodzin lub
Lud T. XXX!.

6

82
śmierci, o trojaczkach, osobliwem cielęciu, o ingresji żywieckich panów,
administratorów i księży, o procesjach, restauracji kościoła, o najeździe
żarłocznej szarańczy, o zabójstwach, zbójnikach i t. d. Jest i opis spa­
lonego kościoła, inwentarz kościelnych sprzętów, jest podział miejskich
gruntów i ich pomiary, wogóle rozkoszne silv a rerum.
Wybieram z bogatego materjału trochę wiadomości o wędrownym
lekarzu, zabobonach i wierzeniach, zbójnikach i t. d.
*
*
*
Wędrowny znachor z Czech jest kapitalnym obyczajowym obraz­
kiem. Warto o nim cały niemal tekst przytoczyć.
W 1712 r. „dnia 3 lipca na jarmark żywiecki świętojański doktor
do Żywca przyjechał, który naśród rynku sobie theatrum postawił,
gdzie obraz na żerdziach gór dwu arabskich skalistych, to jest Sinaj
i Oreb, kędy Mojżesz boże przykazanie odbierał i na puszczy żydzi byli,
padając im manna, i świętej Katarzyny ciało, od angiołów pogrzebione
mieli, (le)ży. Morze około tego Czerwone mając wymalowane, także
Arabów czarnych i okręta stojące u brzegów, przy tym insze obrazy
różnych kalicznych ludzi miał pomalowane, a te językiem czeskim
pokazowa!, że ich wyleczył, pokazując lub prezentując testimonia róż­
nych panów i miast, listy na pargaminach pod pieczęciami, przytym
i lekarstwa różne ludziom ogłaszał, a zwłaszcza srebrnik jerozolimski
z minice tej, za które Chrystusa Pana żydzi kupili od Judasza, a z tego
na wzór i podobieństwo dał wyrobić i z cyny (da) wał podobnych
z literami żydowskiemi; na jednej stronie był kielich stojący, a płomień
ognia z niego wynikający, pismo w koło niego hebrejskie, jako to żydzi
tłomaczyli: hasekel Isroel, to jest: waga izraelska, a na drugiej stronie
laska Aarona migdałowa, liściem i owocem obrośniona, a litery heb­
rejskie około: Jerosalaiem Chagledayse, co się wykłada: Jerosalem
święte. A tych nie przędąwał samych, tylko z lekarstw (em) na głowę,
na zęby i morzysko żywota i glist, z kartą drukowaną niemiecką
przedając, ten srebrnik cynowy ku temu przydawał, głosząc, że ten
srebrnik ku lekarstwom przyłożony, a do trunku włożony i pity, efekt
i skutek sprawuje; napuściwszy ingredencjami rozpuszczoną przedtym
cynę, zwłaszcza żywe srebro albo Mercurium przymięszował dlatego,
i w oczach zaraz ludzi dwa kubki kryształowe nalawszy klarownej
wody, w jeden ten srebrnik włożył, a w drugi proszku czarnego nasy­
pawszy w wodę, która się czarna jak inkaust jaki stała, a skoro jej
trochę ulał, a tej klarownej, w której srebrnik był, do czarnej przydał,
wszystka z czarnej wody w czystą i klarowną się przemieniła, czemu
się wielce lud dziwował“.
Wielu więc ludzi kupuje lekarstwa od wędrownego „doktora“,
.a najwięcej z powodu tego srebrnika.
„Doktór“ jest jednak wszechstronnie utalentowanym przedsię­
biorcą. Bo nietylko lekarstwa cudowne sprzedawał, lecz i małpę
w skrzyni „woził i ludziom prezentował, różne z nią czyniąc uciechy“.
Ale nie byłby to kompletny obraz wydrwigrosza i jego lekarskiego
„theatrum“, gdybyśmy pominęli szczegółowo zapisaną przez „Hiere
miasa“ wiadomość, że znachor „miał jednego konsztora, który na rę­

83
kach i nogach w tył chodził i nogi podniosszy w górę, a głowę w dole
mając, na rękach po theatromie biegał, wywracając się rozmaicie dla
uciechy ludzkiej“. Ten „konsztor“ pokazuje również inne sztuki: „po
linie wśród rynku chodził i tańcował różnym sposobem i konsztem sie
przewijając“, przyczem w rękach trzymał „dwużerdź okowaną na
końcach żelazem“.
Na drugi dzień sztukmistrz linowy otrzymał zaproszenie na
gościnny występ na podwórzu zamkowem. Tu przed „państwem“
jeszcze więcej „konsztów dokazował, iż się naprzód na sznorach wieszał
wysoko i różnie przewracał, potym po linie zawiązawszy sobie oczy
tańcował i kordami gołemi szermował. Nawet u nóg uwiązawszy te
gołe kordy, dziwnie na linie krakał i chodził“.
Za popis otrzymał linoskoczek „od państwa dobrą kontentacją“.
Niemożna wątpić, że spółka między „doktorem“, małpą i „konsztorem“ przynosiła niezgorsze zyski, a cudowne leki i karkołomne sztuki
cieszyły się zasłużonem uznaniem wśród mieszkańców Żywieczyzny.
*

*

*

9. Wiadomo, że istnieli i istnieją jeszcze do dziś dnia w wierzeniach
ludowych „charakternicy“, których się żadna kula nie ima. Tacy
czarownicy mają na sobie jakiś „charakter“ czyli znak magiczny,
który ich broni przed nieszczęśliwym wypadkiem i daje niezwykłą moc.
Zwłaszcza w zetknięciu z okrutną ongiś procedurą sądowych inkwizycyj „charakternik“ korzystał z niezwykłego działania „charakteru“;
męczono go na torturach, a on mąk nie czuł wcale i „nie znał się“ do
niczego, co mu zarzucano. Dlatego też przezorny „porządek sądów
miejskich“ z 1630 r. w przewidywaniu takich wypadków poleca de­
likwentowi wszystkie włosy brzytwą ogolić celem zbadania, czy we
włosach nie posiada jakich kunsztownych pomocy, które go bronią
wczasie tortur 12).
W 1688 r. sąd żywiecki ma przed sobą takiego właśnie „charakternika“. O rozboje jest oskarżony Wojciech Miczek z Słotwiny. Dziwnie
wytrzymały był to zbójnik, „na którego czterze kacia z Cieszyna przy
byli“, a Miczek „będąc na torturach, do niczego sie przyznać nie chciał
i strycz(ki) sie na nim targały“. Widocznie kaci powzięli jakieś podej­
rzenie o powodach takiej wytrzymałości. „Opatrzywszy go, charakter
nad łopatką lewą w ciele zapracowan, to jest jakąś kostkę“. Dopiero
po zdemaskowaniu magicznego znaku torturowany przyznał się do
rozbojów. „Był ścięt i ćwiertowan“.
Ta egzekucja „charakternika“ drogo kosztowała, a pobożny „Hieremias“ nie omieszkał dać wyraz swemu niezadowoleniu z powodu
nadmiernych wymagań cieszyńskich „mistrzów“. „Na placu tedy ści­
nając go ,jeden klęczącemu za włosy trzymał głowę, a drugi ściął;
w tym ciało na ziem upadło, a on głowy nie dopuścił na ziemię, dotrzy­
mał i w ręce głowę za włosy trzymając, stojącym prezentował. Ale za
12) Por. Bystroń J. S t.: „Charakternicy“ w „Studjach staropolskich“, po­
święconych A. Brucknerowi.

6*

84
ten figiel złotych 60 byli wzięli, coby oświęcimski złotych 10 kontentowałby się“.
*
$
*

10. Istnieje wśród ludu wiara, że „niesprawiedliwie“ zabity może
„powołać“ za sobą krzywdziciela i spowodować jego śmierć. Również
taki człowiek, który umarł ze zgryzoty, wskutek prześladowań lub
krzywdy, mści się na sprawcy swego nieszczęścia i zgonu.
I takie wypadki zna żywiecki „Hieremias“.
W 1689 r. Józeł Słuszka, kasztelan wileński, hetman polny litewski,
starosta lanckoroński, kazał ściąć w Lanckoronie niejakiego Jakuba
Śmietanę ze wsi Skawce (w rękopisie „z Kawice“). Był to „człowiek
dosyć dostatni i nauczony“. Napewno był światły i odważny, bo za
poddanymi starostwa lanckorońskiego, krzywdzonymi przez Słuszkę,
wnosił sprawę „aż do Saksoniej za królem Augustem polskim, broniąc
praw starych od królów nadanych, że sie im opresja i krzywda, a nie
według nich dzieje“. Śmietana otrzymał wprawdzie „aprobacją praw“
od króla i uzyskał pismo królewskie do starosty w obronie uciśnionych,
jednak przepłacił swoje zwycięstwo życiem. Za zdradą sołtysa z Ma­
kowa, który go o coś fałszywie oskarżył, dostał się odważny obrońca
chłopów pod topór katowski. „Którego gdy miano ściąć, w głos przed
światem protestował sie przed Panem Bogiem i ludźmi, że niewinnie
z tego świata schodzi i pozywając na sąd boski tegoż starostę, aby się
0 jego niewinną krew sprawił przed Panem Bogiem“.
Ostatnie słowa skazańca nie minęły bez echa. „Pan Bóg nie za­
mieszkał jego krzywdy“, opowiada z głębokiem przekonaniem kroni­
karz. Staroście „przez rok tenże nieboszczyk zawsze na oczach... stał
1 pokoja od niego nie miał, aż gdy było dni trzy po roku jako ścięty był,
niedługo tenże starosta chorując, wołając, iż po niego Jakub Śmietana
przyszedł i musi na sąd boski stanąć, umarł“.
Podobny wypadek zaszedł z celnikiem żywieckim, Samuelem
Gołąbkowskim, który w 1697 r. dał powiesić chłopca z powodu jakichś
koni. Niewinnie skazany pokazał się przed śmiercią okrutnego celnika
krzywdzicielowi z powrozem i „poimaniem“.
*
*
*
11. Dusze samobójców nie zaznają spokoju po śmierci. Pospolite to
wierzenie łączy się z przekonaniem, że samobójca straszy bliźnich,
zamienia się w strzygę lub sprowadza rozmaite nieszczęścia.
Można temu oczywiście zapobiec przy pomocy odpowiednich ma­
gicznych zabiegów. W każdym razie niema mowy o grzebaniu denata
na cmentarzu w poświęcanej ziemi. Ostatecznie grób przy cmentarzu
za cmentarnem ogrodzeniem, da się jeszcze znieść, ale najpewniejszym
środkiem ma być spalenie ciała.
Widocznie tak samo zapatrywały się na to władze miejskie
w 1688 r. Notuje bowiem nasz żywiecki kronikarz, że „w Kętach nie­
jaki mieszczanin Dziwlik nazwany, stawszy sie jemu cos w głowę,
nożem sie kiełka razy pokłół, z czego umarł, a tego na justycjej kat
wywlókł z miasta i porąbawszy spalił“.

85
W pamięci najstarszego pokolenia zakopiańskich górali zachowało
się wspomnienie ostrej scysji między parafjanami a pierwszym zako­
piańskim proboszczem, ks. Józefem Stolarczykiem w 1864 r. właśnie
z powodu samobójcy.
Proboszcz musiał użyć całego swego autorytetu, aby nie dopuścić
do wykopania z ziemi ciała denata. W „Liber memorabilium“, spisywanem przez ks Stolarczyka, czytamy o tym samobójcy Wojciechu
Walczaku, zwanym „Wójciak“: „Pochowany z wielką biedą, gdyż tam
parafianie nie chcieli, pomimo że go wszyscy lubili i żałowali, na kraju
cmentarza przy kośnicy“. W tym roku nadeszła wczesna i ostra zima,
która dała się srodze we znaki Zakopianom. Zaczęli oni przypisywać
nieszczęścia pochowaniu samobójcy zaraz przy cmentarzu. „Wiele
bardzo pracy mię kosztowało, — pisze ks. Stolarczyk — nim mogłem
tego nieszczęśliwego trupa od wykopania obronić“.13)
Autor parafjalnej kroniki informuje o zajściu lakonicznie i pow­
ściągliwie. Nie podaje nam również, co zamierzano zrobić z wyko­
panym trupem. Może szczędził swe owieczki, o których prymitywnej
wierze więcej opowiada Witkiewiczowi („Na przełęczy“), niż sam
wpisuje w kronikę. Może chciał się prześliznąć nad faktem, iż miał we
własnej parafji zupełnie jawny bunt całej gromady przeciw probosz­
czowi.
Na podstawie zebranych w 1911 r. opowiadań starych Zakopian
jest jasne, że ciało Walczaka chciano spalić. Jedni z moich informa­
torów byli w czasie zajścia o samobójcę dziećmi lub podrostkami, inni,
jak np. Juhas Harendzki z Bystrego, brali czynny udział w zbiego­
wisku z łopatą w ręku. O ile Harendzki z całem przekonaniem bronił
prawa „gromady“ do usunięcia strzygonia przez spalenie, o tyle nieco
młodsi od niego gazdowie z obłudną nieszczerością udawali przede mną
lekceważenie dla „głupiego narodu“. Jestem przekonany, że gdyby
nie obawa przed policją i sądem, rozprawialiby się i oni radykalnie
z samobójcami.
Dowiedziałem się też, gdzie chciano spalić Walczaka.
W owych czasach wypalano w tatrzańskich lasach drzewo na
węgiel, potrzebny do kuźnic zakopiańskich. Na „ścięci“ t. j. na prze­
pisowo wyrównanej ziemi w Iesie lub obok lasu układano stos odpo­
wiednio rąbanych drzew czyli „milę“ (mielerz). Taką robotę wykony­
wali „brajerzy“, zwani przez górali „uhlarzami“. Z tych „uhlarzy“
niejeden, podobnie jak i bacowie, był znachorem i odczyniał gusła,
a czasem kumał się ze zbójnikami.
Otóż takie „mile“ palono i w Zakopanem na drodze pod Reglami
lub w Reglach. Jedna z nich stała na granicy Zakopanego i Kościelisk,
na Krzeptówce, na skrzyżowaniu drogi pod Reglami i ścieżki od szosy
do doliny Za bramką. „Nieprec (niedaleko) bćło z tćm Wojciokem“ —
mówił nieprzejednany Harendzki.
Podobno, jak twierdził, za jego młodości, mieszkańcy Poronina
zataili raz przed proboszczem wypadek samobójstwa wędrownego kra13) Pgtęp o Walczaku przytoczył Karol Potkański w 1905 r. w „Ludzie“ (XI,
54), całą kronikę wydał Adam Wrzosek w „Roczniku Podhalańskim“ (1914—1922).

86
marża ze Słowaczyzny i nocą wywlekli zwłoki na „milę“ w Kośnych
Hamrach, na granicy Poronina i Bukowiny. Stało się to za radą bacy.
który znał się na chorobach, i w porozumieniu z „uhlarzami“. Dodam,
że w Poroninie kategorycznie przeczyli zapytywani o to zdarzenie
starcy i uważali opowieść za złośliwy wymysł Zakopiana.
O zabiegach przeciw samobójcom informuje A. Fischer (1. c.
354 nn.). O paleniu strzygonia na stosie, i to nawet nie samobójcy,
przytoczył S. Udziela fakty z 1720 i 1722 r. z kroniki parafjalnej w Mi­
lówce w powiecie żywieckim („Lud“ XXI, 157—158).
*

*

*

12. Podanie o soli, niedostępnej ludziom z powodu kary bożej, we
wsi Sól w pow. żywieckim, przytacza nasz „Hieremias“ pod datą 1712.
W tym roku „pan dziedziczny Żywca do wsi nazwanej Sól umyślnie
zjeżdżał, a to na oględowanie szybów starych albo studzien tam bę­
dących i ocębrowanych we środku wsi, gdzie wodę brano i sól wa­
rzono“. Zamierzał on na nowo prowadzić roboty, gdyż przedtem jego
dworzanin, Antoni Sadowski przy próbie warzenia otrzymał pół
kwarty soli z czterech garnców wody.
„A o tej Soli tamecznej tak starzy powiadają, że tam jest gdzieś
sól bałwaniasta, kruchowa, tylko że się brać nie da dla pogłowieństwa
albo zabójstwa dla niej człowieka, iż pasterz znalazł był niegdy najpierwej ten sól w górze w lesie Rachowcu nazwanym nad wsią będą­
cym, którą woły albo owce lizały, zbiegając się tam w to miejsce, i po­
wiedział o tym swemu gospodarzowi, a ten jego tam zabił, żeby ta
rzec zatajona a nierozgłoszona była, i dla tej przyczyny i krwie nie­
winnej rozlanie P. Bóg nie chce tego skarbu objawić, ma być tam
w tem miejscu jakoby zapadzisko, że ta sól sie w ziemi zapadła, a kiedy
jasne niebo bywa, twierdzą, że tam w tej górze sól trzeszczy i grzmot
jakiś wydaje w ziemi; słysząc wiele to i o tym powiadają“.
*

*13 *

*

13. Z niezwykłych, cudownych wydarzeń przytacza żywiecki „Hie­
remias“ wypadek z 1711 r., jaki miał Piotr Mentel, złotnik bielski. Spo­
rządzał on na zamówienie żywieckiego bractwa srebrną sukienkę, wysa­
dzoną kamieniami, na obraz Bogurodzicy w brackim ołtarzu. Kiedy
dostarczył gotową robotę, „sumnieniem swoim dobrym zeznał, że gdy
w piątek przededniein dnia 27 listopada o godzinie czwartej z północy
wstawszy do tej roboty tej sukienki, której blachy rozkute, postawione
i położone w kącie za łóżkiem były, i przed robotą klęknąwszy i trzy
paciorki i troje pozdrowienia angielskiego począł mówić na tę intencją,
aby P. Bóg i Najświętsza Panna Marja dopomogła mu onej coprędzej
dokończyć i kwiaty, które miał wybijać, wydarzeły mu się, a w tym
te srebrne blachy poczęły drżeć i jak woda z wierzchu na nie szuszczeć
przez wszystek czas tej jego modlitwy, a potym zwinczeć, słysząc
dźwięk, jakoby zygarek jaki kilka razy uderzywszy wybijał, a gdy skoń­
czył, przestało, co to i żona jego, lubo luterka słyszała, czemu dziwując

87
się, poszedł oglądać, co sie dzieje, a nic nie znalazł poruszanego, ale
tak stało, jako postawił, dziwując się bardzo temu, co się stało“.
*
*
*
14. Znane są sympatje wiejskiej ludności do t. zw. „pustelników“,
którzy niezawsze bywają anachoretami, a niejeden okazał się tęgim
wydrwigroszem. Cieszą się oni zawsze życzliwością wsi, zwłaszcza
kobiet, a jeżeli już nie w pieniądze opływają, to przynajmniej głodu
nigdy nie zaznają. Byłem raz przed wojną w „pustelniczej“ chatce
obok małej kapliczki w Gorcach, zwiedzałem „pustelnię“ w okolicach
Dąbia koło Dobczyc i wszędzie stwierdziłem dostatnio zaopatrzone śpiżarnie pobożnych, dobrowolnych wygnańców. Czcigodni pustelnicy
widać rozumieli znaczenie dróg komunikacyjnych dla problemów aprowizacyjnych i umieścili się dla bezpieczeństwa tuż nad ścieżkami, któ­
rędy na targi do miast podążały gromady kobiet z nabiałem, drobiem
i t. d. Znam i taką pustelnię w pobliżu zdrojowiska, której pokutujący
mieszkaniec w sezonie letnim prowadzi skromną mleczarnię dla tu­
rystów, a do pomocy w obsłudze gości przyjmuje dwie służące.
Rzadko kiedy cieszą się „pustelnicy“ względami proboszczów,
w których parafji się osiedlili. Gdziekolwiek dawniej spotkałem pustel­
nię, tam zawsze dowiadywałem się od chłopów lub we dworze o jaw­
nej czy ukrytej „wojnie“ między parafją a „anachoretą“, przyczem
mimo ostrych nieraz napomnień z kazalnicy, ludność przecież lgnęła
do samotnika. Cóż dopiero, gdy taki leczył ziołami i proszki miał dla
bydła. Znam jednak wypadek, iż skończyło się przecież na wydaleniu
pustelnika z granic parafji, przyczem i proboszcz i dwór zgodnie uciekli
się do pomocy c. k. żandarmerji. Istotnie moralność tego pokutnika
pozostawiała dużo do życzenia, a śpiżarnia ponoć miała stale wódkę
w znacznych ilościach.
Nie wiemy, dlaczego zaszła ostra scysja między proboszczem Rychwałdu a pustelnikiem w 1688 r., zwłaszcza iż „Hieremias“ życzliwie
go ocenia. Sam fakt „wojny“ jednak na tle niedawnych wydarzeń,
zasługuje na uwagę.
„Tegoż roku niejaki Franciszek Godziszowski, eremita, to jest
pustelnik w lesie kocierskim się zjawił, Polak urodzony, człowiek po­
bożnego żywota i dosyć uczony“. Różni ludzie nawiedzali pustelnika
i zaopatrywali go w żywność, a nawet „ślachetny IM pan Przyłęcki,
pan na Jędrzychowie dziedziczny“, polecił zwozić drzewo na budowę
pustelni.
Nie spodobało się to wszystko proboszczowi Rychwałdu, na któ­
rego terenie osiedlił się eremita. Bo „wyniść mu kazał stąd, napisawszy
do niego w te słowa: Vadě retro, sathanas, non habes hic locum —
i tak z wielką żałością precz odszedł, poczym w Rzymie był i Bernar­
dynem został i tu w Żywcu na kilka dni przemieszkał“.
*
*
*15
15. Nasz kronikarz podaje także trochę ciekawych szczegółów
o zbójnikach w Żywieczyźnie.

88
Jak pod koniec XVIII wieku, już za austrjackich rządów rozgro­
miono rozbójniczą bandę Proćpaka, o czem nawet domorosły rymotwórca cały poemat sklecił,14) tak z końcem XVII wieku wytępiły
polskie władze „towarzystwo“ Martyna Portasa, który teroryzował Żywieczyznę krwawemi napadami.
W 1688 r. „Martyn Portasz albo Dzigoszyk ze wsi Bystrej1S)
z Węgier, zbójca sławny, z Pawłem, bratem swoim, a pachołkami
dwudziestą pięciema po żywieckim państwie i inszych okolicznych
państwach zbójstwem swym bardzo grasował, plebanje, dwory ślacheckie rabował, nawet Marcina Jarzka, urzędnika Węgierskiej Górki,
dnia 16 lipca na łące zastawszy do folwarku przywiedli i on zrabowali,
potym powiązanego przez wszystkie wsi górnie tak jawnie między sobą
aż na Rajczą prowadzili i tak związanego w karczmie rajczańskiej
u Wojciecha Rytka trzymali, czekając aż żona jego z miasta piniądze
na wykupienie jego przyniesie, które tu w depozycie miała. A te na
koniu coprędzej przyniósszy, dukatów 360 duplonów, a talerów bitych
420, oprócz co z folwarku wyrabowali, dała, które przeliczywszy przed
karczmą odebrali, a jego przecię, niedbając na to, tyrańsko aż do
śmierci zabili, strzeliwszy mu dwaj z kompanji pod pachy kulami, na
placu przed karczmą położyli, kazawszy potym pachołkowi Małemu
jeszcze siekierą szyję uciąć, któremu ze szczęką szyję, okrutnie kiełka
razy rąbiąc, odciął“. Na miejscu zbrodni wdowa „na pamiątkę bożą
mękę kamienną wystawiła, na której tego zabicia opis jest“.
Po tym krwawym zajściu przybyło do Żywca „piechoty zaniku
krakowskiego czterdzieści“ celem przeszukania lasów i wytropienia
bandy. Ale „mało sprawili, tylko ludzi mało winnych posprowadzali“.
Uwięziono podejrzanych i trzymano naprzód w Żywcu, potem na kra­
kowskim zamku, wreszcie uwolniono więźniów, „niemając na nie nic
dokumentalnego“. Jedynie Tomasz Wajdek z Milówki i jego córka Re­
gina ponieśli karę śmierci. Jego ścięto za przechowywanie zbójców, ją za
cudzołóstwo ze zbójnikami. O tej egzekucji i jej powodach wspomina
również rkps. nr. 1106 Bibl. Jagiell., nazywa jednak tego Wajdka
Dudkiem. Zapewne jedno z tych mian jest przezwiskiem, drugie naz­
wiskiem. Sam „Hieremias“ mówi w dalszym ciągu kroniki również
o Dudkowej, której mąż i córka zostali straceni.
Ale przecież jakiś skutek miała karna ekspedycja zamkowej pie­
choty, bo sam kronikarz pisze, że kilka szubienic w żywieckim państwie
w różnych miejscach postawiono, „i gorące prawo było, że w krótkim
czasie dosyć złoczyńców poginęło“. Prawdopodobnie wyłapywano stop­
niowo wspólników Portasowej bandy, a może i uczestników jego „to­
warzystwa“, pozbawionego, jak się dowiemy, naczelnego wodza.
Wreszcie sam harnaś kończy na haku „honorną“ zbójnicką śmier
cią. Stało się to w pół roku prawie po opisanem morderstwie. Można
sobie wyobrazić, że z prawdziwą ulgą zanotował „Hieremias“ na kar­
tach swej kroniki: „Roku pańskiego 1689 dnia 10 stycznia Martyn* I
14) „Pieśń o standrechcie i Proćpaltowej bandzie w roku 1795“.
I W dalszym ciągu kroniki autor podaje zgodnie z innemi relacjami, że
zbójnik pochodził z Bystrzycy. Rękopis Nr. 1106 Bibl. Jagiell. zwie go „Martyn
Portas alias Bzigosik“.

89
Portasz albo Dzigoszyk z Bystrzyce wsi z Węgier, hetman nad 25 pa­
chołków, zbójca daleko słynący, tu w Żywcu zginął, i z Pawłem bratem
swoim, dla którego się dwory ślachetne i miasta postronne wartowały“.
Było to ważne zdarzenie dla żywieckiej ziemi, gdzie Portas miał
głośne nazwisko. Stąd też „wiele ludzi różnego stanu zdaleka się po­
zjeżdżało“, aby widzieć egzekucję.
Jak wpadł Portas w ręce sprawiedliwości?
Po morderstwie starościiiskiego urzędnika z Węgierskiej Górki,
Portas odłączył się od swojej bandy. Widać ostro zabrały się władze
do zbójników, skoro sam wódz nie czuł się pewny i zrejterował, poczem
z bratem Pawłem „miasta wielkie we Węgrach, w Rakuszach, Czechach
i we Śląsku obchodził“. Zapewne nie dla przyjemności podróżował,
ale o jego zagranicznych występach nie mamy relacyj.
„Na ostatku do Krakowa przyszedł, gdzie go nieznajomie połapiono, że był (sre)bra żydom przedawał łomane, ale że sie kupcem
czynił, (ma)jąc studenta z Węgier z sobą, który języki węgierski,
niemiecki, łaciński umiał“. Stawiony przed rotmistrza krakowskiego
zamku, odgrywa zbójnik rolę kupca i dając w zastaw srebro i pieniądze
zobowiązuje się potwierdzenie czyli „atestacją, skąd się powiedział,
przynieść dobrej swojej sławy, jako kupiec ućciwy jest“. Nikt go w Kra­
kowie nie znał, więc dano mu wiarę i wolno puszczono, aby mógł
dostarczyć potrzebne dokumenty. Zbójnik zrezygnował oczywiście
z danych w zastaw kosztowności i umknął z Krakowa, — wbrew
zdrowemu rozsądkowi na Żywieczyznę.
Co go tam ciągnie? Może kochanka, może tęsknota za górami,
może zanrar zwołania reszty dawnych towarzyszów, może chce przekraść się tędy na Węgry i nową bandę zorganizować. W każdym razie
nie było to rozsądne pociągnięcie. W same Gody nocą wraca na Ży­
wieczyznę i dociera do Milówki. I tu robi drugi fałszywy krok, tak
częsty w dziejach sławy i końca zbójników. Odwiedziny u kobiety.
W Milówce mieszka Regina Dudkowa, której męża i córkę stracono
niedawno za stosunki z Portasową bandą. W mroku nocy „w okno
zakołatawszy, mleka jako sobie znajomej prosił. Któremu sekretnie
ornacki dawszy“, pokrzepiła zbiega na dalszą drogę, ale gdy odszedł,
nie umiała utrzymać języka za zębami i „wiadomośę zlekka na wieś
dała, że Martyn samotrzeć tjdko idzie“.
Prawdopodobnie chłopstwo dość już miało prześladowań i śledztw
ze strony władz z powodu poprzedniej działalności Portasa. Zapewne
sympatje ku niemu znacznie wygasły, a może i jakaś nagroda, wyzna­
czona za schwytanie hetmana, podniecała żywieckich górali. Na wia­
domość o pojawieniu się Portasa w tak nielicznem towarzystwie
„chłopstwo zbuntowawszy sie, ośladą albo torem po przypierżchu
śniegu za nim szło i na łące, nazwanej Srobito, w kolebie susząc sie,
onego tam napadłszy, samo trzech uchwycono“ i sprowadzono do
Żywca.
Wartowało przy cennej zdobyczy stale po trzydziestu mieszczan,
a przesłuchania odbywały się „w zamku w sklepie“, gdzie „po­
chodniami smolanem' onego męczono“, poczem po wyroku krakowski
kat Jurek na górze Grójcu wykonał karę śmierci. „Naprzód mu pasy

90
dwa na plecach udarto i dwie ręce ucięto, a na ostatku żywo na haku
jako hetmana zawieszono“. Zatem z całym „respektem“ dla hetmań­
skiej godności. Z mniejszą oczywiście ceremonją postąpiono z jego bra­
tem Pawłem. Zwyczajnie „kołem połomanego do koła wpleciono“.
Ostatniem życzeniem Portasa, dbałego widać o duszę i napewno
na zbójnicki sposób pobożnego, była prośba o wpisanie do bractwa
różańcowego. Bo „idąc na śmierć spowiednika swego, księdza Jana
Urbańskiego, wikarego na ten czas żywieckiego, prosił, aby był do
bractwa różańcowego po śmierci wpisany“. Spełniając intencję ska­
zańca, „temi słowy dla pamiątki i jego zbawienia“ w bracką księgę
wpisał straceńca ks. Szymon Myszkowicz, wikary żywiecki: „Ad finem
anni 1688-vi insignis et famosus ille provinciariun terror, Martinus
Portaszy, cum fratre suo Paulo captus, dux latronum, postem torturatus et morti adiudicatus, ante executionem i... quid facta est anno
1689 10 ianuari, petit inscribi in album confraternitatis sanctissimi
rosari cum fratre suo Paulo, adeoque inscribitur“.

W tym samym roku, w którym zginął Portas, żywieckim podstarościm został Gabryel Drozdowski. Można wnosić, że postanowił on
doszczętnie wytępić zbójnictwo, skoro za jego rządów „wiele egzekucyj
złoczyńców działo sie, zginąwszy ludzi różną śmiercią... 35 przez lat 10,
gdyż był bardzo ostry i surowy na tych występników“.
Czytamy, że wkrótce ćwiertowano Jakuba Byrtusa, obieszono Mi­
kołaja Fujaka, wreszcie „Maciej Wakuła z Rycyrki, dziesiątnik zbójniczy Martyna Portasza hetmana, na górze nazwanej Biała nad Ciścem
wsią na pal wbity był i tak postawiony“.
Tego Wakułę pojmano zdradą. Po śmierci swego hetmana samo­
trzeć „chodził“ z Michałem Smółką z Węgier, „pachołkiem wielkim“
i Pawłem Kupczakiem. Przyśli na szałas Szymona Szczotki z Milówki,
zabili barana i zamierzali go przyrządzić. Wakuła oprawiał barana
„w kolebie“, Smółka pod kotłem na ogień dmuchał, a Kupczak „drwa
rąbał i siekierę oględując, rzekł te słowa: jest ost(r)a, uciąłby nią do
razu szyję, a Michał Smółka nań sie obejźrał, a potym ogień podmu­
chowa!, a wtym schylonego Paweł Kupczak towarzysz Michała Smółką
tą siekierą w szyję ciął, aż mu głowa odpadła, poczym do Macieja
Wakuły przyskoczył i z nim sie pasował, ku któremu owczarze przy­
padli i Macieja Wakułę przemogli, a powiązawszy tu do Żywca do
zamku oddali i głowę uciętą Michała Smółki do miasta na prezent
przynieśli“ 16).
Za zdradę ułaskawiono Kupczaka. Ale stało się tak, jak mu wróżył
idący na śmierć Wakuła: i jego w cztery lata później zgładził miecz
katowski na żywieckim rynku za okradzenie zamkowego skarbca.
*
*
*
16. Rozpowszechnione u pierwotnych ludów wierzenia, że picie krwi
zabitego wroga, zjedzenie serca lub innych części ciała, ma dawać
konsumującemu moc i odwagę, są chyba na polskim obszarze etnogra16) W rękopisie nr. 1106 Bibl. Jagiell. czytamy, że Wakułę wbito na pal na
górze Cisieckiej.

91
licznym wielką rzadkością. Taki sensacyjny w swej pierwotności fakt
z 1602 r. wynotowałem z rkp. nr. 1106 Bibl. Jagiellońskiej, mającego
tytuł „Akta spraw złoczyńców miasta Żywca od r. 1589 do 1782“.
Przed żywieckim sądem „na prawie gorącym“ postawiony Janek
ze Skawy, który „łoni na górach węgierskich zbijał“, wyznał na mę­
kach, że nazywa się właściwie Jankiem Tomczalikiem z „Czace“.
Prawdopodobnie nazwa „Janka ze Skawy“ jest zbójnickim przydom­
kiem, przybranym dla zmylenia władz i organów sprawiedliwości17).
Tomczalik wyliczył na torturach wszystkie swoje złe występki,
kradzieże, napady i morderstwa, wyjawił nazwiska swoich „towa­
rzyszów“ o nazwach polskich i słowackich, a m. i. przyznał się do
niezwykle pierwotnego zwyczaju. Mianowicie „był przy zabiciu jednego
człowieka pod Praszywą i maczali zęby we krwi, a jedli dlatego, iżby
ich nie ułapiono“.
Wyraźnie zatem idzie o pozyskanie mocy w ucieczce przed spra­
wiedliwością.
*
*
*

17. Jako przykład zmiany stosunku współczesnego górala do prze­
szłości Podhala, przytoczyłem w „Języku Polskim“ (1914 r.) fakt, iż
nazwanie kogoś „Janosikiem“ stało się powodem skargi sądowej
0 obrazę honoru. Imię sławnego, czczonego w pieśniach i legendzie
zbójnika stanowiło przecież przedmiot obrazy, gdy padło w kłótni jako
wyzwisko.
Z przeglądu nowotarskich aktów sądowych wynika, że stateczni
mieszczanie z Nowego Targu byli oddawna szczególnie wrażliwi na
porównywanie ich ze zbójnikami. Nazwanie kogoś zbójnikiem bvło
obrazą, nie mówiąc już o zarzucie bliższych stosunków z opryszkami.
A więc w 1750 r. sławetny Majcher Czarnota uskarża się na uczciwego
Jana Cholowkę „o to, że na mnie jakieś złodziejstwo woła, żem chodził
po Węgrach, mogłeś tam kraść i zbijać i zostałeś panem“.
Słynął zaś w początkach XVIII wieku w okolicy Jazowska i Pienin
niejaki Józef Baczyński, ponoć „ślafcic“, który jest nietylko przedmio­
tem zapisków w ciekawej kronice ks. Owsińskich z Jazowska, ale
1 bohaterem licznych legend w okolicach pienińskich, na pograniczu
Sądeczyzny i t. d. Warjanty tatrzańskie robią z niego towarzysza Ja­
nosika i nawet razem przedstawiają ich ludowe drzeworyty. W 1735 r.
Baczyński poniósł karę śmierci, ale jego towarzyszy i wspólników
jeszcze dość długo po straceniu wodza tropiono i wyłapywano. I tak
np. w 1740 r. przed sądem nowotarskim zapewnia Bartłomiej Kapłon
z Ochotnicy, że „Baczyńskiego nigdy nie widział, ani go tyż nie znał“,
zaś Kaźmierz Korczyński alias Pędzich „pytany (z) strony zbójników
z Baczyńskim, ale nie wie“.
Sława sławą, szlachectwo szlachectwem, ale co obraza, to obraza.
Nie dziwota, że w 1751 r. „sławetny Walenty Będnarski, m. i rajca
Ll) Inne powody powstawania zbójnickich przezwisk na Podhalu podaje
w rękopisie z 1827 r. Franciszek Klein. Rękopis ten wydal Stan. EIjasz Radzikowski
w „Ludzie“ (1897, III).

92
stary nowotarski, przyszedszy do urzędu m. nowotarskiego, solenissime
się manifestował i protestował przeciwko Szymonowi Wielkowiczowi
i ojcu jego o to, że na syna mojego Wojciecha publice na ulicy wołał:
Baczyński, że jest taki, jako Baczyński, przeciwko któremu et caetera“.
Zarysowuje się w tych aktach wyraźna różnica między góralem
z Podhala i Nowotarszczyzny t. zn. mieszkańcem wsi a sławetnym
mieszczaninem z Nowego Targu. O ile wieś z niezwykle rzadkiemi wy­
jątkami niemal wyłącznie dostarcza kontyngentu do zbójnickich „to­
warzystw“, o ile z biegiem czasu dla „wsiaka“ zbójnik staje się idealem
męskości, dzielności, swobody, wesołego życia, słowem przedmiotem
marźeń, pieśni i legend, — o tyle obywatel „miasta“, rzemieślnik,
kupiec lub furman na drogach między Węgrami, Bielskiem, Krakowem
i Wrocławiem, nietylko nie może mieć kultu dla zbójnickiego rze­
miosła, ale wprost je nienawidzi i z najwyższą traktuje pogardą i obawą.
Bo przecie na jego towar, na jego wóz i konie czyha na trenczyńskim
lub myślenickim trakcie wróg, jakiś Janosik czy Baczyński, rabujący
zarówno dwory, kościoły, sołtyskie zagrody, bogaczów wiejskich, jak
i kupieckie „truhlice“ i „składy“. Niedarmo ostrzego stara śpiewanka:
Jedzie furman dolinom,
A zbójnicy brzezinom,
Postój furmon, pocekoj,
Siwe konie nom oddej.

Trudno było wymagać od sławetnych panów mieszczan, aby
takie stosunki bezpieczeństwa wywołały kult dla Janosików i Ba­
czyńskich.

RÉSUMÉ.
Dans les menus matériaux ethnographiques du terrain habité par les
montagnards polonais, l’auteur s’occupe de problèmes suivants sans compter
quelques contributions de moindre importance. Nr. 1. Le rapportant
à l’ouvrage de V. Antoniewicz sur les boucles métalliques des montagnards,
cet article apporte des matériaux nouveaux . concernant leur expansion.
L’auteur croit que ces boucles sont propres à tous les montagnards polonais
et non pas uniquement à ceux du Podhale. L’auteur adopte les déductions
d’Antoniewicz concernant la provenance de ces boucles d’agrafes gothiques,
tout en niant cependant qu’on puisse trouver des preuves du séjour des
Goths à Podhale et aux environs de Tatra. Le nr. 4 cite d’après les
manuscrits les procès se rapportant au sortilège: il s’agit du fumier de
cheval employé dans le but de nuire aux prochains, du seuil frappé avec
le cercueil contenant un mort, d’un fil tendu sous le seuil que devait
franchir un criminel condamné à morl Le nr. 6 se rapporte aux céré­
monies et aux chants nuptiaux. Le nr 7 contient les pronostics des cala­
mités de l’an 1701. Le nr. 8 décrit un devin de 1712, le nr. 9 un sorcier, le
nr. 10 rapporte le ca,s d’un arrêt de mort décrété pour châtier la con­
damnation d’un prisonnier innocent. Le nr. 11 parle des âmes des suicidés.
Le nr. 15 contient des informations concernant les brigands. Le nr. 16 est
une relation exceptionnellement rare sur le terrain ethnographique polo­
nais de cas où l’on buvait le sang d’un tué pour s’assurer la force et la
vigueur.

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.