1c7046c66487d21ed8bef129d1d4bfd5.pdf
Media
Part of Higjena w życiu Poleszuków / Lud, 1931, t. 30
- extracted text
-
CZESŁAW PIETKIEWICZ
HIGJENA W ŻYCIU POLESZUKÓW.
(LA HYGIÈNE DANS LA VIE DES HABITANTS DE LA POLIESIE).
Czystość ciała.
Mycie się codzienne. „Miedźwiedź nikoli nie mýjecsa, a zdarôü“ — przysłowie, równające się polskiemu: ,1 wilk
się nie myje, a żyje“, najlepiej charakteryzuje pogląd Poleszuka
na czystość ciała. Umywa się on codziennie zimną wodą bez
mydła tylko dlatego, że grzechem jest spożywać, a nawet tknąć
chleba, będąc nieumytym. Po obudzeniu się przedewszystkiem
trzykrotnie czyni znak krzyża, następnie zaczerpnąwszy wody
z „wiadra“ ’) wody naczyniem glinianem, kwartą blaszaną, a naj
częściej czerpakiem „karćc“12), nabiera jej do ust tyle, ile się
zmieści i nachyliwszy się nad pomyjakiem, stojącym zawsze przy
ławie u progu, wylewa w garście, myje ręce i twarz, ponawiając
tę czynność kilkakrotnie. Innym razem wydziela wodę stopniowo,
jednocześnie rozmazując ją po twarzy, przyczem głośno prycha,
a w dnie świąteczne, kiedy cała rodzina w domu, wyrostki leją
wodę na ręce starszym i sobie wzajemnie. Umywający się nie
kiedy nalewa wody w lewą garść i umywa lewą stronę twarzy,
a następnie w ten sam sposób załatwia się ze stroną prawą. Jest
to właściwie tylko zwilżanie twarzy i rąk z pominięciem szyji
na której z czasem powstaje gruba warstwa brudu i rażąco się
odbija nawet od tak niedbale umytej twarzy.
Do mycia się codziennego bardzo rzadko używają miski gli
nianej lub innych naczyń i tylko do umywania głowy ciepłą wodą,
zawsze służy mała balijka „rażka“. Kobiety myją głowy' dość
często: co tydzień, co dwa, a mężczyźni tylko wtedy, kiedy ro
bactwa za dużo się rozmnoży, które o wiele łatwiej wyczesać
1) Ob. Cz. Pietk. Pol. cz. rys. 110.
2) Tamże, rys. 111.
15
z mokrych włosów i uśmiercić, niżeli z suchych . Nóg podczas
zimy nie myją, a latem myją się one same: na rosie rannej i po
deszczu, na błocie podczas połowu ryb i piskorzy, oraz w czasie
sianokosu. Kobiety przy częstem praniu myją się też mimo woli,
a wracając z chlewa i obory niechlujnie utrzymywanej, muszą
się myć z konieczności.
Umyte części ciała (twarz, głowę i ręce) wycierają ręcznikiem,
ale gdy go na razie niema, to w porze ciepłej wcale się nie
ucierają, lecz suszą na słońcu lub na wietrze. W braku ręcznika
lub innej szmaty podczas zimy, do utarcia się służy dolna część
własnej koszuli (mężczyźni noszą niewiele krótsze koszule od ko
biecych). Kobiety często się ucierają w ten sam sposób, a dziew
częta też nierzadko, ale tą częścią koszuli, która leży na plecach,
wierząc, że w ten sposób wszelkie krosty, mogące się zjawić na
twarzy, będą przeniesione na plecy. To też dbająca o czystość
skóry na twarzy, wysunąwszy ręce z rękawów przekręca koszulę
rozporkiem na plecy i wtedy się uciera. Poleszuk jest tak nie
wybredny, że się utrze brudnym workiem, lub takiej samej czy
stości płachtą, szmatą, którą nawija na nogi, a nawet wiechciem
słomianym. Nie można tego powiedzieć o wszystkich, ale w za
padłych kątach Polesia większość jest, a przynajmniej taką była
przed 60 laty.
Tylko dla niemowlęcia matka robi wyjątek, nie żałując dlań
fatygi ani wody, do której zamiast mydła dodaje trochę ługu
„Ü lètku, kali dzicià ad potu kiśnie (kwaśnieje), to trèba ü wôdu
dalić trószki luhu“. Kąpią w niecce wyłącznie na to przeznaczonej,
napełnionej czystą ciepłą wodą i starannie wycierają jak naj
miększym ręcznikiem, twierdząc, że dorosły może się umyć nawet
pomyją mi, utrzeć zużytą miotłą, to mu nic się nie stanie, ale
za lada uchybienie względem dziecka co do czystości — wielki
grzech. „Starómu można pamycsa ü pamýjnicy, ücièrcisia chać
dzierkaczóm, to jeho czort nie wóźmie, a za kryüdu dziciàci
ciažki lírech láže na dùszu“. Kąpiele te urządzają przynajmniej
raz na tydzień, w sobotę, po zachodzie słońca ’), a zależnie od
możności, lub choroby dziecka, na którą kąpiel jest lekarstwem —
i częściej. W miarę podrastania kąpią coraz rzadziej, aż dziecko1
1) Po zachodzie słońca w sobotę wolno iylko niektóre czynności wy
konywać, a do tych należy i kąpanie dziecka. Por. Federowski, Lud.
Biał. I. 1276.
16
3 lub 4 - letnie miewa to szczęście tylko przed większemi świętami,
a w najlepszym razie — eo miesiąc. Natomiast matka codziennie
umywa mu twarz nad pomyjakiem, nalewając wody w garść, lub
tylko wyciera mokrą, nie pierwszej czystości szmatą1). Jeżeli pod
czas umywania dziecko kaprysi lub wogóle nie chce się myć, to
matka mu grozi, że jutro będzie musiała je szorować skrzypem
(Equisetum hiemale, silvaticum et arvense Lin.), gdyż do jutra
narośnie na twarzy dużo błota.
Kąpiele zimne. Kąpią się nawet dość często, ale nie
ze względów higjenicznych lub innych pobudek, lecz tylko dla
ochłody podczas upałów (ad znoju) i tylko tam, gdzie jest rzeka,
jezioro, staw lub większa sadzawka. Korzystając z każdej wolnej
chwili, biegną do wody i czem częściej uprawiają ten sport, tern
większą czują tego potrzebę. Dzieci po całych dniach brodzą, tylko
na czas niedługi wyłażąc z wody, a skóra ich nabiera ciemno brunatnej barwy. Nad brzegami rzek i jezior, szczególniej w ro
dzinach rybackich, lub wśród potomków rybaka, o których
mówią: „Kali baćka byü rybakom, to i syn pahledàje u wódu“,
bywają nawet dzielni pływacy, nietyłko amatorowie kąpieli*2).
Większość wsi, pomimo nizin, w których leżą, pomimo błot
w pobliżu pełnych strumieni, bagnistych, zasnutych porostami,
jest pozbawiona tych szczęśliwych warunków 3). Każda taka wieś
-') Do tego sposobu przez niechlujstwo lub pośpiech uciekają się nie
kiedy i starsi.
2) Nauka pływania zaczyna się przy niegłębokim brzegu: wyrostek
kładzie się piersiami wpoprzek sosnowej deski, dług. do 150 cm. i pływa,
stopniowo oddalając się od brzegu w ciągu pewnego czasu, a czując się nieco
wyszkolonym, sporządzę sobie t. zw. „pławok“ Dwa mocno związane snopy
rogoży „sitmak1' lub trzciny „czerdt“, grub, do 30 cm., łączą dwa kawałki
grubego sznura po obu końęach snopów, tak, że między temi snopami jest
przestrzeń na objętość wyrostka. Kładzie się on tedy na sznurach i mając
po obu stronach snopy, odpływa śmiało na miejsca głębsze i pozostaje na
powierzchni, aż sitowie rozmoczone zacznie się zagłębiać. Jedni dość prędko
nabierają wprawy i nie potrzebują tego przyrządu, inni dłużej się nim po
sługują, a niektórzy nigdy inaczej nie pływają.
3) W niektórych miejscowościach kanalizacja błot zmieniła te opłakane
warunki na lepsze. Niejeden strumień oczyszczony wskutek przyspieszenia
prądu, stał się możliwym do kąpieli. Miejscami też, ze względów technicznych
kanały przeprowadzono na stałym gruncie, omijając bagniska, co dato tym
okolicom wartkie strumienie czystej wody, o dnie twardem, aczkolwiek
o brzegach dość wysokich.
, ...
17
i prawie każdy z osobna gospodarz posiada, w końcu ogrodu
przy błocie ,.kopań“, o powierzchni mniej więcej 3X3 metry,
ale woda nieruchoma, zawsze zanieczyszczona i nierzadko wy
dzielająca wstrętną woń, zniechęca do kąpieli nawet niewybred
nego Poleszuka *). Babrzą się w nich tylko dzieci i niekiedy toną;
kąpią się też one i w gliniankach niegłębokich, dzięki warstwie
błotnej gliny, zwanej „hlej“, nieprzewyższającej 30-o centymetro
wej grubości i w kałużach po deszczu ulewnym, używając zamiast
mydła gliny i błota, a starsi patrząc na to mówią: „Üsio adnó
szto dzieci, szto świńnie, bo i tyje i tyje kaczàjucsa fi bałóci“.
Łaźnia (łaźnia albo bania). W niektórych wsiach,
szczególniej na pograniczu czernichowsko - mohilewskiem, można
spotkać łaźnię, przy której zawsze jest studnia, a niekiedy sa
dzawka. Jest to budynek mniej więcej 5X6 m., nazewnątrz nie
wiele się różniący od zwykłej chałupy mieszkalnej Posiada pod
łogę z desek sosnowych, której brak w chatach, a przy jednej ze
ścian, na całej długości, dwie lub trzy półki, szerokie na średni
wzrost człowieka. W kącie przy drzwiach piec bez komina, wybu
dowany z polnych kamieni bez użycia gliny, a na jego ścianach
leżą większe głazy jako sklepienie, mające na sobie dwie lub trzy
warstwy różnej wielkości kamieni, ułożonych nieszczelnie, tak,
jak i samo sklepienie W tym prowizorycznym piecu rozniecają
ogień i podkładają suche drzewo pćty, póki kamienie się nie roz-1
1) Nie przeszkadza to jednak prać bielizny w takich brudach. Ukrainiec
pod tym względem nie różni się od Poleszuka, a nawet go przewyższa. Każdy
gospodarz też posiada kopankę, a do rzadkich wsi należy nieposiadająca
stawu, ale tak pierwsze, jak i drugie zawsze są zanieczyszczone moczeniem
konopi. Jak dalece w ten sposób woda się zatruwa, dowodzi fakt, że w sta
wach ryby giną doszczętnie. Takie traktowanie wody przez Ukraińca pochodzi
stąd, że nie posiada on tak obszernych łąk, w jakie uposażony Poleszuk do
rozścielania roślin włóknistych, zamiast ich moczenia. Ukrainiec, ze względu
na swój kurz dokuczliwy, czuje czasami większą potrzebę kąpieli niż Pole
szuk, to też pakuje się prawem kaduka do czystych stawów dworskich, co
już weszło w zwyczaj prawny „bo my — powiada — wże zrodnyłyś z cim
stawom“. To jednak nie jest typowcm, gdyż większość Ukraińców też nie
umywa szyi, a kurz naprzemian z potem, w ciągu pewnego czasu, pokrywa
ją 2 mm. grubości rudawą skorupą, a ta ostatnia popękana od słońca, jak
gleba ukraińska podczas długotrwałej posuchy, upodabnia się do skóry
krokodyla lub węża. To podobno było powodem do nazywania się wzajemnie
podczas kłótni lub nazywania Ukraińca przez szlachtę „hadiflka“ albo „had“,
używane nawet przez Niemców na schyłku wielkiej wojny.
Lud T. XXX.
U OT U\Ą
- v>Vti
TOWPRlYJACIOŁNAW'
18
palą do ciemno - czerwona. Wówczas zamykają drzwi, przez które
dotąd wychodził dym do sieni i na kamienie leją zimną wodę,
czerpiąc ją wiadrem1) z pełnej kadzi „razrez“ 12), stojącej obok.
Tworzy się para, podnosząca temperaturę w lokalu wedie po
trzeby, a leżący na półkach łaźniarze, biczują się „wień.kanr "
z rózeg brzozowych z liśćmi, rycząc głosami nieludzkimi 3). Wy
trzymalsi leżą na półkach wyższych, mniej wytrwali niżej, a ci,
którzy nie znoszą zbyt wysokiej temperatury — na podłodze. Para,
skraplająca się na półce najwyższej, po obmyciu tam smagających
się, ścieka obficie na drugą warstwę, stąd w podwójnej ilości
wody i brudu, na trzecią, a na czwartą, leżącą na podłodze,
pada rzęsisty, brudny deszcz. Ci ostatni z tego powodu, a głównie
dla ochłodzenia się, co pewien czas wstają i oblewają się zimną
wodą, nie odczuwając wielkiej różnicy między temperaturą wody,
a powietrza w lokalu. Ci z wyższych półek też od czasu do czasu
oblewają się zimną wodą ale przez brawurę przed „niżnikami“
udają, że to czynią w celu odmycia liści brzozowych, które mocno
się przyklejają do skóry. Niekiedy, podczas kilkunastostopniowego
mrozu wybiegają nago na lód, zanurzają się na chwilę w zawczasu
zrobioną przeręblę i znowu wracają do łaźni, nie czując ani zimna
chwilowego, ani też ulegając przeziębieniu. Po skończonej kąpieli
wychodzą nadzy do zimnej sieni, nakładają na rozparzone ciało
zimną bieliznę i ubranie, bez żadnych złych następstw.
Po mężczyznach do łaźni idą kobiety i przy zniżonej tempe
raturze, nie wchodząc na półki myją się ciepłą wodą. zapomocą
oblewania się. To też w łaźni, oprócz kadzi z wodą zimną, stoi
przy piecu drugie naczynie, połączone z niem rurką metalową,
zgiętą nakształt litery U. Oba końce tej rurki wpuszczone do na
czynia, a środek do pieca gdzie, będąc pełną wody, rozpala się
wraz z kamieniami i zmusza całą ilość wody do nieustannego
krążenia, nagrzewając ją w ten sposób.
W innych częściach Polesia rzeczyckiego gdzieniegdzie też
są łaźnie, przyniesione z dalekich okolic zadnieprzańskich i z głębi
Rosji: przez staroobrzędowców („starawiercy“ albo „pilipöny“)
ceglarzy i mularzy, stale przez ziemian sprowadzanych z dwóch
1) Ob. Cz. Pietk. Pol. rz., I. rys. 109.
2) Tamże, rys. 98.
3) Każdy amator łaźni, w początku lala sporządza sobie takich mioteł
(„wirnik“) tyle, żeby ich wystarczyło na cały sezon bezlistny.
i9
osiedli w Czernichowszczyźnie „Dabrjànka“ i „Żłynka“, Oraz maj
strów ciesielskich przez leśnych przemysłowców *), a w 8 dzie
siątku lat, grabarzy z gub. kałuzkiej, powołanych do robót ka
nalizacyjnych na błotach. Wszyscy oni, przyzwyczajeni do łaźni,
nie'mogąc się bez nich obejść na-obczyźnie, budowali choć prowi
zoryczne. Tam, gdzie one się zachowały, Poleszuk z niemi się też
zżył, uznając za pożyteczne, a jednak ta „radnàja riiskaja bania“
nie zdobyła sobie prawa obywatelstwa na Polesiu — i dotąd nie
jest powszechną. Łaźnie posiadają dwory rosyjskie dawne i nowo
powstałe, jak również i Żydzi, nietylko w miasteczkach, ale
i w niektórych wsiach odwieczni arendarze, ale przykłady te mc
były bodźcem dla Poleszuka konserwatysty.
Inaczej jest w Smoleńskiem i w przyległych doń powiatach
Mohilewszczyzny ; każda wieś posiada łaźnię mniej więcej znośnie
urządzoną, nad którą czuwa stróż *2) najemny lub każdy gospodarz
po kolei. Do niego należy troska o czystość, porządek i przygoto
wanie kąpieli w sobotę na wieczór, jak i przed świętem dorocznem,
oraz usługiwanie kąpiącym się. Do niego zwracają się o wszystko,
a najczęściej amatorowie wysokiej temperatury, którzy w miarę
jej spadania lub oswajania się z nią — wołają: „Dziadźka Trachim lub Iwan, paddàj páry“! albo: „Dziàdzieczka sakólik ablij
wadóju“ — woła leżący na podłodze — „bo czysta abamlèü, niezdóleju ustać“ i t. p.
Łaźnia więc tam jest instytucją społeczną, traktowaną na
równi z cerkwią, młynem (wiatrakiem) i karczmą przed wprowa
dzeniem monopolu państwowego. Aczkolwiek Smoleńszczanin,
a poniekąd i Mohilowiec poza łaźnią nie są lepsi od Poleszuka, to
jednak robią wrażenie więcej od niego czystych, chociażby tylko
dlatego, że podczas parzenia się w łaźni, rozwieszają nad piecem
wszelkie szmaty pościelowe i ubrania, w celu pozbycia się in
sektów.
Reasumując powyższe, przychodzi się do wniosku, że Smoleńszczanin z Mohilewcem dbalsi są o czystość ciała od swego są
siada Poleszuka, mało różniącego się od Ukraińca, któremu lub
obu, czy też wszystkim razem wziętym, śmiało można byłoby
x) Ob. Polesie rzeezyckíe, I. sir. 206.
2) A przy nim djabeł „bànny czort“, którego niema wśród wielu djabłów
poleskich. — Ob. „Wiedza i życie“: Krzyż i djabel w wierzeniach Białorusinów
i obszerniej. Pol. rz. Cz. II, rękopis.
2*
20
przeciwstawić Podolaka, czyściejszego od znanych mi Białorusi
nów i Ukraińców (w Kijowszczyźnie), gdyby on i w zimnej porze
roku mógł się utrzymać na tym samym poziomie. Należy jednak
zaznaczyć, że zamiłowanie jego w czystości ciała i otoczenia wy
nika nietylko ze skłonności wrodzonych, ale i warunków, jakie
mu dała przyroda. , Niema kraju nad Podole“, bo „płynie mle
kiem, płynie miodem“ — śpiewa poeta -— ale można dodać mocno
podkreślając: i wodą czystą jak łza w niezliczonych strumieniach,
które po drodze rozlewając się w mnóstwo stawów - jezior i mniej
szych stawków, następnie się zlewają w dopływy Dniestru i Bohu.
Większość wsi, pochowanych w jarach głębokich wcale nie po
siada studni, bo ich nie potrzebuje, mając nieustannie tryskające
źródła ze zboczy gliniasto - piaskowcowych „kyrnýcia“ (sic)
i drobne źródełka, wyciekające z popękanych piaskowców „ciurkacz“, które się dają ujarzmić w ten sposób, że woda zeń spływa
rynienką do podstawionego naczynia. Z tych źródeł tworzy się
strumyk, płynący ulicą obok jezdni, pogłębiający się na zakrętach
o tyle, że kąpać się można Wygodnie i prać bieliznę, a pod „ciurkaczem“ myć się jak pod kranem.
Obfitość i najlepszy gatunek wapna bracławskiego w handlu,
daje możność utrzymania chat wewnątrz i nazewnątrz śnieżno biało, a kolorowane glinki od ciemno - rudej do jasno - żółtej,
pozwalają upiększać białe ściany żółtemi szlakami pionowo na
rogach chałup i ciemniejszemi u dołu — poziomo. Na przyzbach,
wierzchnią warstwę wyschłej gliny też malują na żółto co soboty,
również i tok wewnątrz chaty. Wogóle podolska wieś zawsze wy
gląda czyściej, niż inne ruskie osiedla.
Czystość około siebie.
Czyszczenie chaty. Utrzymanie czystości wewnątrz
chałupy, a poniekąd i nazewnątrz, należy do gospodyni domu,
to też każda posiada dwa główne do tego służące narzędzia:
a) „wienik“ z rózeg brzozowych, miotła bez ożoga T) do zamia
tania podłogi, a właściwie toku, b) „chwoszczankę“ — wiecheć,
zrobiony ze skrzypu2) do szorowania części nietynkowanych
ścian i ruchomych drewnianych sprzętów. Pierwsze z tych na-1) Ob. Cz. Pietk.: Pol. rz., rys. 63.
s) Tamże, str. 2.
21
rzędzi nawet figuruje w zagadce, która w tłumaczeniu znaczy:
„gdyby nie wienik, to w chałupie byłoby śmieci do kolan“, a o drugiem mówią przysłowia: a) „Tak czysto, jakby „chwoszczanką“
szorowano“, b) „Gdyby djabeł dziesięć chwoszczanek zużył, to
jeszczeby się nie doskrobał do żywego (czystego)“, c.) „Choć
chwoszczanką szoruj“ nawet i w tym razie, kiedy jej zastosować
nie można. Swatka, po zlustrowaniu gospodarstwa rodziców na
rzeczonego, mówi do dziewczyny: „Tudiý nie idzi z adnóju chwasz
czànkaju“ — znaczy tak brudno, że jednej chwoszczanki za mało.
Trzeciem, rzadziej używanem narzędziem, jest pendzel mularski
„sczotka“ ze szczeciny, a częściej z łyka „maczńła“ i ten ostatni
bywa bez rękojeści, lecz tylko pęczek „maczuły“ półmetrowej
długości, zgięty we dwoje i związany sznurkiem w 2-ch lub 3-ch
miejscach, z pozostawieniem końca w stanie rozstrzępionym.
Malowanie „bielić“ sufitu, części nieotynkowanej ścian i pieca
z kominem, odbywa się corocznie przed Wielką nocą i większem
świętem jesiennem, oraz przed dniem patrona wsi, jeżeli wypada
w cieplejszej porze roku. Trudni się tern sama gospodyni przy
pomocy wyrostków obojga płci lub synowej, używając miejscowej
gliny, której niegruba warstwa znajduje się na łąkach pod cien
kim pokładem torfu, a będąc szarawą w stanie wilgotnym, bieleje
po wyschnięciu. Tam, gdzie jej niema, używają znajdującej się
w handlu, zlepionej w gałki gorszego gatunku kredy „mieł“, która
dość łatwo rozpuszcza się w wodzie, a zamożni pozwalają sobie na
lepszy gatunek „krèjda“, którą przed użyciem trzeba tłuc w stępie.
Niezamożni, w braku białej gliny, używają popiołu i malują nim
na szaro.
Przed „bieleniem“, zmiata się kurz, oraz pajęczyny z sufitu
i ścian miotłą sosnową „pamiełó“, taką, jak do wymiatania po
piołu z pieca, przed wsadzeniem doń chleba ’), a następnie go
spodyni, mając rozpuszczoną glinę lub kredę do wymaganej gę
stości w naczyniu *2) staje na stole i bieli pendzlem szczecinowym
lub łyczanym, wprzód sufit, przesuwając stół z jednego miejsca
na drugie, a następnie ściany i piec. Ten ostatni bywa bielony
częściej, zależnie od stopnia zabrudzenia się, przyczem do kredy
dodają trochę świeżego mleka lub kleju z mąki, przesianej przez
gęste sito, żeby bielidło „pabieł“ mocniej się trzymało.
*) Miotła z 2 - letnich sosenek. Ob. Cz. Pietk. Polesie rzeczyckie, I. rys. 67.
2) Tamże. Rys. 110 lub 99.
22
Po wybieleniu myją się i szorują dolne, strugane części
ścian; gospodyni całą powierzchnię, podlegającą myciu, wprzód
starannie zmacza ciepłą wodą z naczynia (rys. 98. P. rz.) za
pomocą szmaty płóciennej, a następnie szoruje „chwoszczanką“,
ponawiając zmaczanie. Skoro już cała powierzchnia została wy
szorowana, nabiera ciepłej czystej wody i również czystą szmatą
zmywa. Przy tej okazji myją się i szorują inne nieruchome części
chałupy: drzwi z odrzwiami, futryny i dolne deski okienne „padakönniki“, oraz szyby i ramy.
Mycie rozmaitych drewnianych sprzętów, jak ławy, stół, zydle
i półki, odbywa się niezależnie od ścian, znacznie częściej i zawsze
z użyciem „chwoszczanki“ i piasku. Naczynie drewniane (rys. 981
do mycia naczyń glinianych i drewnianych łyżek wyparzają go
rącą wodą i szorują „chwoszczanką“ codziennie, a szczególniej
łyżki, w stosunku do których Poleszuk bardzo jest wybredny:
„Czystatù chadziàjki najskarèj paznàjesz pa łóżcy“, bowiem łyżka
drewniana niedostatecznie wyszorowana i nie wyparzona, wy
dziela wstrętny zapach.
Każde naczynie gliniane, gospodyni wprzód płócze zimną
wodą i wylewa do pomyjaka, żeby resztkami potraw nie zanie
czyszczać wody, przygotowanej do pierwszego mycia. Woda jest
tak gorąca, że nieprzyzwyczajona ręka nie wytrzymałaby, ale
gospodyni wkłada weń garnek i przewracając jedną ręką — drugą
wyskrobuje wszelkie przyschłe i przypalone resztki1). Następnie
te same naczynia myje w drugiej i trzeciej wodzie gorącej, też
ręką, bez użycia jakiejkolwiek szmaty, niekiedy tylko dopomaga
sobie „chwoszczanką“. jeżeli trudno wyskrobać resztkę bardzo
przypalonej kaszy. Zupełnie wymyte naczynia, przewrócone do
góry dnami umieszcza na ławie, a po wyschnięciu przenosi na
półkę.
Tak wygląda czystość wśród zamożnych i średnio zamożnych
gospodarzy, ale tylko w ciepłej porze roku, kiedy w ciągu dni
i nocy zbyt ciepłych, zwłaszcza przy rozgrzanym piecu, okna
i drzwi są otwarte. Kiedy cała rodzina, z wyjątkiem kogoś cho
rego, sypia w sieni, w letnim budynku, zwanym „kleć“ lub w sto
1) Wskutek tego kobiety nie potrzebują obcinać paznogci, gdyż spiłowują je na glinianych naczyniach. To też mówią: „Jakby nie hórszczyk, to
bába ti złości wydrałab czaławieku oczy“. — Gdyby paznogcie nie ścierały
się na garnku, toby żona, w razie jakiegoś zatargu, wydarła mężowi oczy.
23
dole i na noclegu przy koniach, a kury na górze, w szopie i na
płotach. Kiedy wieprz karmi się w sieni lub na dworze, a cielę
i jagnięta w chlewie
Inaczej rzecz się ma w zimie. Poleszuk lubiący ciepło, o którem mówi: „pára kaściej nie łómić“, nie żałując fatygi i drzewa,
spala go sporą ilość w piecu raz, a podczas silniejszych mrozów
dwa razy dziennie. Kominy od pieca i „łucznika“ zakrywa: pierw
szy t. zw. „wjuszką“, a drugi zatyka workiem, wypchanym słomą,
zaś okna, na noc, od podwórza zawiesza słomian emi matkami,
nawet i w tym razie, kiedy ma okiennice. Po takiem zabezpieczeniu
się od zimna mówią: „chata kruhóm zaduszkówana“; wówczas lód
na szybach, namarznięty w ciągu dnia do 3 centymetrowej gru
bości, topnieje, a woda, cieknąca na deskę okienną, spływa po
ścianie, wytwarzając dużo wilgoci i przyspieszając gnicie tych
części drzewa, w które wsiąka. Przy otwarciu drzwi, obmarzniętych ze strony zewnętrznej, a zawsze mokrych wewnątrz, bucha
tak gęsta para, że na razie nie można zobaczyć, co się tam dzieje
w głębi chałupy. Jeżeli ktoś się skarży na zawrót głowy lub trud
ność oddechu, to mu radzą wyjść i nałykać się świeżego powietrza.
Na uwagę, żeby otworzyć drzwi, w celu przewietrzenia chaty,
gospodarz odpowiada, że nie jest tak lekkomyślny „durny“, aby
się zgodził na wypuszczanie ciepła, które go kosztuje tyle fatygi.
Drzwi otwierać starają się jak najrzadziej i jak najśpiesznej za
mykać, na czem najwięcej cierpią dzieci, nietylko wciąż napomi
nane, ale i teroryzowane. Podczas długich wieczorów zimowych
jedyne szczęście, to komin od łucznika otwarty i cokolwiek od
świeżający powietrze. Ale w nocy, skoro się zamknie i ta ostatnia
klapa bezpieczeństwa, a lokal o pojemności nieodpowiedniej
zostanie przepełniony siarkowodorem, śpiącej, nierzadko dość
licznej, rodziny — oddychanie staje się niemożliwem. Gdy do tego
dodamy wstrętny odór brudnych łach, powijaków, źle lub wcale
niewypranych, oraz wyziewy z pomiotu kilkunastu kur, tłoczących
się pod piecem, lub w klatce pod narami i t. p., to będziemy mieli
ten stan powietrza, o którym Poleszuk mówi: „taki husty duch,
szto, chać tapór na jom pawieś“. To znaczy, że powietrze zmieniło
się w substancję stałą, na której można powiesić topór, lub coś
położyć. Powiedzenie powyższe jest bardzo popularne, stosowane
w wielu wypadkach n. p. sąsiad wchodzący do chaty, gdzie za
czynają wstawać, mówi: „dabry dzień wam! uhà tchu! chać tapór
pawieś“, udając w ten sposób, że w jego chałupie jest lepiej.
24
W dzień warunki cokolwiek się zmieniają na lepsze: część
domowników przez pewien czas przebywa poza domem, inni wy
chodząc wskutek otwierania drzwi poniekąd przewietrzają, a piec,
w którym przez parę godzin płonie drzewo, więcej pochłania wy
ziewów, niż komin od łucznika w ciągu całego wieczoru. To też
pomimo zapachu wieprza, który kilka razy dziennie przychodzi
zjeść wydzieloną mu porcję, cielęcia i jagniąt, zanieczyszczających
tok. powietrze w izbie jest znośniejsze. Pomimo to, że w zimie
bielenie sufitu i części ścian jest zaniechane i zredukowane wszel
kie generalne szorowania, gospodyni jednak więcej pracuje dla
utrzymania czystości niż latem i z gorszym wynikiem. Główne
roboty letnie zastępuje czyszczenie chaty po zwierzętach i ptakach,
oraz o wiele trudniejsze pranie bielizny, a zwłaszcza jej suszenie.
Pranie bielizny.
Pranie zapomocą ługu, jest jedynym sposobem, jakiego uży
wają, gdyż ich gruba bielizna z samodziału innego traktowania
nie wymaga. Po wypraniu tedy w ciepłej wodzie, czystej lub
z ługiem , bieliznę składają w kadzi na trzech nogach z podziurawionem dnem, zwanej „żłńkto“, pozostawiając x/4 część tego
naczynia niezajętą. Następnie nakrywają je płachtą płócienną,
opasują sznurem, wygniatając płachtę lejkowato i nasypawszy
w ten lejek popiołu, leją nań wrzącą wodę poty, aż przeszedłszy
przez wszystkie warstwy bielizny, zacznie obficie wypływać przez
podziurawione dno, a czynność ta zwie się „żalić płaćcie“, nie od
zalewania, lecz od rosyjskiego „zała“ — popiół1) Po tej operacji,
bielizna wydobyta ze „żłńkta“ pierze się powtórnie „pałaskać
płaćcie“ w rzece, w jeziorze, w stawie, albo w kopance, ale ogólnie
mówią — w rzece — „Ů rèczce“. Piorąca latem, podkasana po
wyżej kolan, boso, stojąc na kładce zanurza każdą sztukę i na
tej samej kładce dusi nogami lub wybija kijanką, powtarzając
to kilkakrotnie, a następnie wykręca, opasując kołek wbity na
brzegu.
W zimie piorą tak samo, zamiast kładki, mając lód pod no
gami, a praczka ubiera się ciepło i ma buty na nogach, któremi
tak samo dusi bieliznę, uderza nią o lód i wybija kijanką. Kiedy
buty były jeszcze bardzo rządkiem zjawiskiem, praczka ubierała
’) Ob. Polesie rzecz. I. sir. 186, ods. 1.
25
się w łapcie, przyczem na nogi nawijała szmat więcej niż zwykle,
ale bielizny nie deptała, wynagradzając ten brak kijanką. Kołek
do wyżymania bielizny w zimie bywa zamrażany w lodzie.
Latem, w porze słonecznej, mokra bielizna, rozwieszona na
płocie, wysycha tak prędko, że prawie każda gospodyni, w ciągu
tego samego dnia zdąża ją wymaglować; w razie deszczu rozwiesza
na sznurze w szopie, zwanej „pawiètka“, a wtedy końcowa ro
bota zależy od zmiany pogody na lepsze. Gorzej jest w zimie, gdvż
nawet przy stałej pogodzie słonecznej, proces suszenia trwa kilka
dni. „Zimóju pokuł płaćcie wÿmierznie (w znaczeniu wyschnie),
to wószy zajedziać“; wobec tego wypada niekiedy dla pośpiechu
dosuszać w chacie. Do maglowania, które się odbywa na ławie
lub na stole, używają ręcznego magla *). Sposób maglowania bie
lizny we dworze Poleszukowi bardzo się podoba, ale u siebie tego
wprowadzić nie pozwala przesąd, bo płótno z dworskiego pier
wotnego magla otrzymuje się z rozpłaszczonemi nitkami, a wsku
tek tego len ma nie urodzić.
Pasorzyty sezonowe i walka z niemi.
Bąk (owad), Tabunus bovinus i Bovinus laurinus (ślepień).
Podczas sianokosu na błotach w pierwszej połowie lipca, stają się
największą plagą kosiarza: napadają nań gdy kosi, a że ma wów
czas głowę i ręce w ciągłym ruchu, więc obsiadają mu plecy i piją
krew przez koszulę 2) Zatrzymując się co pewien czas w celu na
ostrzenia kosy broni się on, klepiąc siebie po plecach łopatką,
którą ostrzy. Część krwiożerców zrywa się, żeby za chwilę znów
wrócić, a większość zostaje zabita, o czem świadczą krwawe
plamy na koszuli. Po kilku dniach plamy te zlewają się w jedną
całość i koszula skorupiejąc, staje się pancerzem przeciwko na
pastnikom. Liczne ukłucia tych insektów wywołują nieznośne
swędzenie, na które w dzień nie mają czasu reagować, a dopiero
wieczorem z zaciekłością się skrobią, nietylko paznogciami, ale
nagiemi plecami trą się o drzewo „czńchacsa“, upodabniając skórę
do koszuli okrwawionej s).1
1) Ob. Polesie rzecz., I. sir. 271, rys. 218 — 220.
2) Tamże, str. 50.
3) Najwięcej cierpią zwierzęta, będące w zaprzęgu: wół i koń, pozba
wione możności bronienia się ogonami; to też w celu ułatwienia tej czynności
26
Komar. (Kamàr). Culex. Komary to powszechna plaga
leśnej części Polesia, trapiąca zwierzęta nietylko domowe i nie
które dzikie, ale i ludzi. Z nastaniem cieplejszych dni, co zwykle
bywa w połowie maja, wciskają się dc chałup wiejskich, oraz do
pokojów szlacheckich i tną nielitościwie mieszkańców wieczorami,
w noce, i we dnie pochmurne, aż do końca sezonu, który nastę
puje w czerwcu z nadejściem dni gorących. Wtedy się chowają
w miejscach cienistych, aż do końca sierpnia, gdzie miewają
tylko przygodne ofiary.
Jedynym skutecznym środkiem przeciwko komarom jest dym
z mocno wysuszonej huby dębowej, Gmatwek (skrypièl), Daedalea quercina, tlejącej na skorupie od garnka stłuczonego, lub
bezpośrednio na glinianej podłodze. W braku huby, używają su
chych szyszek sosnowych: część komarów odurzona dymem, pada
na ziemię, wydając żałosne jęki i na pewien czas jest unieszkodli
wioną, a reszta wylatuje przez drzwi i okna otwarte; przy tern
co pewien czas, szmatą lub miotłą spędzają siedzące komary na
ścianach i suficie podczas dymienia. Dymem też bronią krowy od
komarów podczas dojenia.
Mucha (mńcha). Musea domestica Sin. Chociaż muchy są
mniej nienawidzone od innych owadów sezonowych, to jednak
tępią je, skoro się zbytnio rozmnożą, szczególniej w drugiej części
lata, kiedy się staną kąśliwemi. Trują muchomorem, ugotowanym
w mleku lub w wodzie z miodem albo wyławiają za pomocą pry
mitywnej, powszechnie znanej pułapki, składającej się z worka
i glinianego dzbana od mleka z wybitym dnem. Dzbanek z wor
kiem łączą w ten sposób, że staje się on otworem tego ostatniego,
zaś ściany dzbanka wewnątrz wysmarowują śmietaną lub mio-* i
wtykają, gdzie tylko można, zielone gałęzie, o które zwierzę się ociera, auto
matycznie odpędzając choć częściowo tych krwiożerców.
Zewnętrzną stronę drzwi od chlewa wysmarowują smołą i skoro bydło,
wracające z paszy, za którem goni rój insektów „zajedź wejdzie do chlewa,
drzwi pośpiesznie zamykają, a wtedy zgraja siada na drzwiach nasmolonych
i przylepia się na zawsze. Innych sposobów niema, a i ten ostatni jest tylko
zabawką, wobec miljonów, napełniających wielkie obszary leśne i błotne.
Największym wrogiem bąka jest deszcz, a po nim dnie chmurne, to też komar,
któremu taki czas bardzo sprzjja, miał z niego drwić, mówiąc: „gdybym był
takim olbrzymem, jak ty, tobym nawet w zimie towarzyszył gospodarzowi,
jadącemu po siano lub po drzewo“.
27
dem, a gdy muchy pokryją całą wysmarowaną powierzchnię,
wówczas otwór zakrywają szmatą i podniósłszy cały przyrząd do
góry, mocno nim wstrząsają. Wskutek tego wstrząsu, muchy
opadają na dno worka, który przy samym dzbanku skręcają, za
mykając wyjście, a dzbanek otwierają dla nowej partji. Mając
cierpliwość, można w ciągu dnia nałapać tych owadów bardzo
wiele.
4
Pchła (blacha). Pulex irritans. Sin. Do stworzeń również
dokuczliwych, jak i komary, w leśnej części Polesia, należą pchły.
Niektóre wsie na piaskach w pobliżu błot, bywają nawiedzane
przez nie w lata, sprzyjające ich rozwojowi; nietylko chaty ule
gają zapchleniu do tego stopnia, że mieszkańcy, pomimo zmę
czenia całodzienną pracą, czasami nie mogą sypiać po nocach,
bo „błóchi kusajuć, jak rózgami siekńć“, (we dnie tego się nie
odczuwa wskutek ruchu), ale i na ulicy trudno się od nich obronić;
dosyć jest przejść przez wieś, nawet nie wstępując do żadnej
chałupy, żeby być napadniętym przez nie. Psy, którym wstęp do
chaty wzbroniony i należy do wyjątkowych, tak samo się męczą
w podwórkach: skrobią się gorączkowo, co chwila zmieniając
miejsce, to naprzemian wystraszają wroga Culex canis, głośnem
sapaniem przez nos, wodząc nim po sierści, lub szczekają i wyją
żałośnie. „Dzie bahàta bab i sabàk, tam i błoch ćma“, mówi
przysłowie, ale zaprzecza mu obecność pcheł tam, gdzie niema
ani pierwszych, ani drugich, n. p. w szałasach, dawno opuszczo
nych i odwiedzanych tylko przygodnie, przy byłych smolarniach,
a szczególniej przy zaniechanych pierwotnych tartakach 1).
Jedynym mniej więcej skutecznym środkiem na pchły jest
piołun świeży, który kładą pod pościel i drobno siekanym posy
pują koło łoża; od świeżego pchły uciekają, nie mogąc znieść
ostrego zapachu, to też po tygodniu przynajmniej trzeba go
zmienić. Uciekają się też do wyłapywania i mordowania pojedyńczo, ale sport ten uprawiają tylko kobiety, dochodząc do takiej
wprawy, iż żadna najsprytniejsza pchła nie ujdzie wprawnych
’) Wstąpiwszy jednego razu do stolarni przy tartaku, w której już od
dawna nie pracowano i tylko leżała gruba warstwa wiórów sosnowych z pod
hebla, słyszałem skakanie pcheł tak częste, jakby to był drobny rzęsisty
deszcz. W| ciągu zaledwie kilkunastu sekund, zdążyła ich wielka gromada
napaść na mnie.
•28
palców. Każda pochwycona pchła musi być wprzód zwałkowana
w dwóch palcach w celu jej obezwładnienia, a następnie uśmier
cona między dwoma wielkiemi paznogciami]).
Pasorzyty stałe.
Karaluch (tarakàn), Periplaneta orientalis. Stosunkowo
mało nań zwracają uwagi, a niekiedy używają na wędkę do ła
pania ryb. Jednakże muszą tępić, gdyż z czasem byłoby ich za
dużo. Więc naścielają tataraku, który ma je odurzać, przynajmniej
o tyle, że łatwiej się dają oparzać wrzącą wodą 2).
Pluskwa (kłop), Acanthia lectularia. Pluskwy rozpano
szone na całem Polesiu, zamieszkują szczeliny we wszelkich
sprzętach domowych, a głównem ich siedliskiem są szpary w ścianacli między bierwionami, gdzie mech, szczególniej brunatny,
bardzo im sprzyja s)
W celu wygubienia tych pasorzytów, ściany i rzeczy zapluskwione myją odwarem z bagna „bahťm“ Ledum palustre. Lin.,
0 ile możności podczas ostatniej kwadry księżyca, dla tem
skuteczniejszego działania tej rośliny. Jednak o wiele lepszą
jest woda wrząca, którą leją we wszystkie miejsca podejrzane
1 tylko ściany dlatego, że są pionowe, nie dają się dokładnie wy
parzyć i część pasorzytów, siedzących głębiej, zostaje nietkniętą.
Tem się tłumaczy niemożliwość całkowitego ich wytępienia. Tam,
gdzie są smolarnie, w których można dostać terpentyny niedestylowanej „szpiginàr“ (sic), tam szpary z mchem smarują tą sub
stancją, co zapewnia spokój na czas dłuższy.
Prusak (prus) Blatta germanica. Prusaki bardziej niena
widzone od wielu innych pasorzytów, bo niedość, że zanie-* i
1) W dzień Zwiast. N. M. P. przed wschodem słońca, gospodyni, mając
zawczasu zakonserwowany śnieg pod kupą słomy lub śmiecia, nabiera go do
miski i posypawszy nim chałupę, zamiata i śmiecie wynosi na ulicę; to ma
być środkiem zapobiegawczym przeciwko pasorzytom. Posypywanie śniegiem
i zamiatanie musi się wykonywać nago.
2) Poza tem, nie pozostaje nic innego, jak zanieść kilka karaluchów do
sąsiada, który jeszcze ich niema i wypuścić niepostrzeżenie, za temi mają
przejść wszystkie pozostałe.
3) Ob. Fed. L. B. I. 2123. — Cz. Pietk. Pol. rz. I., str. 223, ods. 3.
29*
czyszczają one wszystkie kąty, łatwo się sypią do potraw, ale naj
gorsze to, że napadają na chleb, co Poleszuk uważa za wielką
zbrodnię. Wszystkie od najuboższej do najbogatszej chaty pełne
prusaków, a niektóre tak przepełnione, że wieczorami sufity
i ściany są czarne od tego robactwa. Przesąd, że za wyniesionemi
kilku prusakami do sąsiada, gdzie ich jeszcze niema, wyemigrują
wszystkie, robi to, że we wsi bez prusaków niema ani jednej cha
łupy. Skoro tylko ktoś postawił zrąb, jeszcze bez sufitu i dachu,
już mu sąsiedzi, w tajemnicy jeden przed drugim, niosą po kilka
sztuk „na rozpłód“, tak, że gospodarz wnosząc się do nowego
domu, spotyka tam już zadomowione prusaki.
Jedynym skuteczniejszym sposobem tępienia tych insektów
jest następujący: smarują żytnim klajstrem belkę środkową
w chacie, zwaną „tram“ i skoro się zbierze większa ich ilość,
zwabiona zapachem ciasta, podsmalają je płonącą słomą, a pa
dające na ziemię półżywe prusaki zmiatają i topią w pomyjach Ł).
Wesz (wosz), Pediculus capitis et P. vestimenti. Jest głów
nym pasorzytem całego Polesia i największą klęską, to też śmiało
rzec można: „trzyma się jak wesz“, ale nie kożucha, lecz „Poleszuka“. Pomimo nieustannej wałki z tym wrogiem, ma on stale
zawszawioną, głowę, bieliznę, ubranie i pościel, określając ten
stan przysłowiem: „La pajaśnicy wószy jak brusznicy (borówki),
a la kaünierà je üsiàkaho dabrà“, bez najmniejszego odcienia
rezygnacji lub skargi; wogóle o wszach mówi z humorem.
„Czahó ty czùchajeszsia“ (drapiesz się) — pyta żona —
przecie dałam ci czystą koszulę?
Koszula czysta, ale w niej wszy, które dawniej gryzły —
teraz wyschnięte, kłują („wószy pasóchli daj kólucsa“).
Często dawała się słyszeć wśród młodzieży pieśń o ułanach
rosyjskich, przyniesiona przez żołnierzy po odbyciu 25 - lecia
w wojsku; podśpiewywano ją chyba dlatego, że wychwala bratnie
zawszawienie:1
1) Jeżeli inne środki nie skutkują, wówczas chwytają się czarów. Przy
piekają prusaka o t\rle, żeby nie uciekł, uwijają w szmatką i włożywszy do
minjaturowego łapcia, specjalnie na to wyplecionego, cała rodzina ciągnie,
wziąwszy się za długą nitkę, udając ciężką robotę. Zachowują się bardzo po
ważnie i udają płaczących, a przytem często odpoczywają; wyciągnąwszy na
ulicę, topią w błocie. Po tym pogrzebie mają zginąć wszystkie. (Por. Dobro
wolską Smoleńskij sbomik, s. 76).
30
Bo ułany dobry chłopcy..
Nósiać wószej pa karóbcy.
Bùdziem jeści, bùdziem pić.
Daubieńkaju woszy bić.
Mówiąc poważnie o wszach, nazywają je „hramada“, albo
,,nużda“, n. p. „paszöü k susièdu u czystaj saróczcy, daj nabraüsia hramàdy“, albo ,,nużda dzieci czysta zajęła“. Do dzieci,
lekceważących kłopoty rodziców mówią: „tahdy pawièrysz, jak
ciebie swajà wosz ukusić“ — wtedy się przekonasz, gdy cię własna
wesz ugryzie.
Tępienie wszów na głowie odbywa się za pomocą czesania
mokrych włosów gęstym rogowym grzebieniem, na którym je
uśmiercają lub czeszą suche włosy nad kawałkiem kory brzozowej, który wraz z wyczesaną „hromadą“ wrzucają w ogień.
Dzieciom, po wyczesaniu, głowy niekiedy zmaczają gorzałką.
Drugi sposób polega na starannem wyszukiwaniu pasorzytów we
włosach i doraźnem uśmiercaniu za pomocą dwóch paznogci ’j ;
dziecko kładzie głowę na kolanie matki, a ona palcami operuje
wśród jego włosów.
W świąteczne dnie pogodne często można widzieć: w chacie
na ławie, na przyzbie lub na trawniku pod drzewem w ogrodzie,
wzajemne wyszukiwanie we włosach pasorzytów przez kobiety.
Jedna siedzi, a druga wyciągnąwszy się jak długa opiera głowę
na jej kolana i poddaje się operacji; następnie role się zmieniają.* i
*) Poleski sposób tępienia wszów we włosach i poniekąd w bieliźnie
i dotąd stosują w niektórych częściach Białorusi, co miałem możność stwier
dzić w r. 1920. W drugiej połowie stycznia tego roku byłem jeszcze w Stefa
ninie o 70 km. od Kijowa, kiedy pułk bolszewicki, idący na „polskij front“
rozlokował się we wsi na 3 dni, umieszczając i u nas kilkunastu żołnierzy,
przeważnie Białorusinów z Mohilowszczyzny i Witebszczyzny, w różnych
nieżołnierskich ubraniach, ale z wszami jednego gatunku. To też przedewszystkiem rozpoczęli oni z niemi walkę; jedni czesali włosy nad rozłożonemi nu
merami Tygodnika ilustrowanego, zamiast kory brzozowej, na które sypią
się obficie wszy, bębniąc po papierze, jak krople deszczu po dachu, a w ślad
mordowane pozostawiały wielkie krwawe plamy. Inni pozdejmowali koszule,
pokazując skórę, gęsto i głęboko pokieraszowaną w obronie przed napastni
kami i po polesku mordowali sprawców tych ran również paznogciami, aż
było słychać głośne, częste pękanie opitych krwiożerców'.
31
Oczyszczanie bielizny od wszów odbywa się drogą wyłapy
wania i mordowania pojedyńczo, lub masowo, na miejscu siedzące
we wszystkich rąbkach i zmarszczkach. W zimie est to prawie
codzienne zajęcie, krótko trwające, ale po kilkodniowem zanied
baniu się wskutek braku czasu lub nieobecności w domu, takie
posiedzenia trwają dłużej. To też mówią: „Wybiràjuczysia ù daróchu — szyjuć, a wiernùüszycia wószy bjuć“, (Wybierając się
w drogę — szyją, a wróciwszy wszy biją). O wiele radykalniej
niszczy robactwo parzenie bielizny wrzącą wodą, a jeszcze lepiej
ługiem.
Trudniej jest z rzeczami, które się nie piorą n. p. kożuch,
siermięga, poduszka i t. p. Gdzie istnieje łaźnia, tam sobie radzą
skutecznie, ale gdzie jej niema, muszą się posługiwać piecem. Po
napaleniu zakrywają „wjuszkę“ i nad otworem pieca rozwieszają
rzecz zanieczyszczoną, z której pod wpływem gorąca wysypują
się wszy i choć powolnie ale wędrują na dawne miejsca. Siermięgi
i inne mniejsze rzeczy, w celu odwszenia wkładają do pieca, po
wyjęciu zeń chleba, podkładając pod nie polana; ten sposób jest
lepszy, bo pasorzyty giną w piecu.
Sypianie.
Nary ,.poł“ 1j są głównem łożem podczas zimnej pory roku.
Sypia na nich cała rodzina, wpoprzek desek, głowami do ściany,
a stary ojciec gospodarza, matka, lub ktoś z młodszych, chwilowo
niedomagających — na piecu. Syn dorosły i córka często sypiają
na niezbyt szerokich ławach, gdzie i gość bywa układany do snu
na miejscu honorowem „na küciè“ za stołem. Skoro syn się ożeni
i pozostaje w tej samej chacie z rodzicami, to ci ostatni idą na piec,
a młodzi zajmują nary. Rzadko bywa, żeby ojciec gospodarza
jeszcze żył, kiedy się żeni najmłodszy syn.
Łóżko, „łóżek“, albo „karawać“ (sic) posiada tylko za
możny, który prócz zwykłej jednej izby, ma niewielką izdebkę,
równolegle z komorą, lub prostopadle do niej „świetlica“ albo
„świetliczka“. Na łóżku sypia sam gospodarz, albo gość, a w razie
cięższej choroby, ktokolwiek z rodziny; łóżko drewniane, bardzo
pierwotne.
]) Ob. Pol. rz. I., str. 232.
32
Pościel („paściel“) na ogół dość uboga. Mężczyzna naj
częściej sypia na gołych narach lub na gołej ławie, mając pod
głową, w kilkoro złożony, kożuch wełną do góry — zamiast po
duszki, a za kołdrę służy mu siermięga; jeżeli jest za zimno, co
rzadko bywa w chacie Poleszuka, wtedy poduszką jest siermięga,
a kołdrą kożuch. Niekiedy pod bok podkłada płachtę płócienną
„dzieriiha“, złożoną we dwoje, lub w czworo, albo matkę sło
mianą, która bywa tak długa, że część jej zwinięta w rulon służy
za wezgłowie czyli podkładkę pod kożuch lub siermięgę. Siennik
„sielnik“ jest rzadko używanym, przeważnie do łóżka natomiast
często go zamieniają workiem, słabo wypchanym sianem i wtedy
grubsza część ciała spoczywa na miękkiem, a nogi na gołych lub
zasłanych „dzieruhą“ deskach Nie jest to powszechnem, ale jeżeli
nie większość, to w każdym razie znaczna część ludności sypia
w ten sposób, co wynika nie z nędzy, ani ze skąpstwa, lecz nabyte
wskutek sypiania przy ognisku podczas pasienia koni, w „kure
niu4 podczas sianokosu i robót w lesie, oraz zimową porą podczas
suszenia zboża w snopach i wielu innych okolicznościach, które
chętnie sam wytwarza. Zresztą fałszywy wstyd i pewna rycerskość
nie pozwalają mu sypiać wygodniej. Pomimo to, poduszka jest
dość rozpowszechniona; każda gospodyni, zawsze więcej dbająca
o czystość, jak i o wygody, niż gospodarz, posiada ich kilka. Sypia
na niej sama, dzieci, starzy rodzice, chorzy i goście.
Poduszka, „padùszka“. Pierza do poduszki używają ze
wszystkich ptaków domowych i dzikich, z wyjątkiem jastrzębia,
gdyż nawet od jednego piórka tego drapieżnika, podobno wszyst
kie inne wyleciałyby z poduszki, chociażby poszewka była z naj
gęstszej tkaniny. Do poszewki „násypka“, uszytej z czerwonej tka
niny „kumàcz“ nasypują dartych lub niedartych pierzy1) i za
1) Darcie pierzy jest najnudniejszą robotą, mało produktywną; to też
bardzo często matka za karę każe dziffciom drzeć pióra, a zwyczaj ten przy
szedł od szlachty i mocno się przyjął wśród ludu.
Częściej używają pierzy niedartych, drąc tylko większe piórka albo
drobno je siekając ostrym toporkiem, na sucho lub rozmoczone. Utrzymują,
że lepiej jest pierze zmoczone zamrozić, a skoro wyschnie „wymierznie“
znowu, zmoczywszy, wyrzucić na mróz, ponawiając: tę czynność, aż twarde
części skruszeją. Wtedy drobno posiekać, jak wyżej, wysuszyć w piecu, a na
stępnie tłuc w stępie i przesiewać przez rzeszoto; twarde części wysieją się
w formie kasz, a czyste pierza, niewiele gorsze od dartych, zostają
w rzeszocie.
33
szywają gęstym ściegiem, a wierzchnią poszewkę sporządzają
z cieńszego domowego płótna.
Zamożna gospodyni miewa po dwie i trzj poduszki, we dnie
leżące w „świetlicy“ na łóżku z siennikiem, nakrytym kapą ,,haścinnaja dzierùha“, własnego wyrobu, w desenie, choć ubogie:
w kraty, gładkid, to naprzemian węzełkowate. Niekiedy na podu
szkach bywa jasiek „dumka“ z puchu gęsiego lub kaczego1).
Niekiedy robią poduszki z kłosów „kijach“ sitowia „sitniàk“,
albo „rahazà“, ale muszą one zawsze leżeć na ciepłym piecu, lub
na słońcu bo inaczej stwardnieją.
Sypianie na piecu jest przywilejem ludzi starych
i chorych, a pościel piecowa różni się tylko tem, że ze względu
na gorąco nie używają kożucha, w obawie, żeby się nie skurczył.
Kładą tedy pod głowę siermięgę lub poduszkę, pod bok podścielają
„dzierubę“, albo śpią na gołym piecu tak mocno, że często boleśnie
parzą sobie boki 12).
Latem, szczególniej podczas upałów, nikt w chacie nie sypia,
z wyjątkiem chyba matki z niemowlęciem. Wszyscy się wynoszą
z pościelą zwykłą do sieni, do kleci lub pod szopę i kładą się na
czemkolwiek, nawet na gołej ziemi. Najchętniej idą do stodoły
spać na słomie, a do najprzyjemniejszych należy sen na świeżem
sianie. Wogóle podczas lata Poleszuk nietyłko z musu, ale i ko
rzystając z błahych powodów, najczęściej sypia poza izbą.
Sypianie w szałasie. W szałasach, zamieszkiwa
nych w zimnych porach roku, a więc przy parniach do gięcia
obodów i płozów, oraz ciosania różnych brusów i niekiedy piło
1) Chociaż łóżko niezbyl rozpowszechnione, to jednak istnieje zagadka,
powszechnie znana, której rozwiązaniem jest łóżko: „Ma cztery nogi, a nie
chodzi, ma pierze, a nie lata, ma duszę, ale nie zawsze“.
2) Drugim niepomyślnym wynikiem mocnego snu jest zaczadzenie. Pod
czas silniejszych mrozów we wsi prawie co noc musi ktoś się zaczadzić,
umiej lub więcej poważnie. Nie chcąc stracić ani odrobiny ciepła, piec roz
palają więcej niż zwykle i nie czekając, aż węgle należycie się przepalą, za
krywają komin. Zasypiają, a ktoś śpiący najbliżej otworu pieca, zawsze
pierwszy zaczadzieje i krzykiem obudzi wszystkich. Wówczas co tchu wy
ciągają z pieca garnek z gorącą wodą, która zawsze musi być w piecu, gdyż
ten ostatni nigdy nie może być próżny i robią choremu okłady; po tej operacji
wkładają mu w uszy Żórawiny.
Lud. T. XXX.
3
34
wania desek, łoża, okalające ognisko z trzech stron, wyścielają
w jesieni dość grubą warstwą liści, spadłych z drzew (pożądane
są brzozowe), a za wezgłowie służy kawałek drzewa pod sier
mięgą lub pod kożuchem. Liści tych nie wystarcza na cały sezon,
ho częściowo się zetrą, a częściowo zużyją na rozpalanie ogniska,
więc w dalszym ciągu mieszkańcy leżą na gołej ziemi. Latem,
myśliwi i inni przygodni lokatorowie, wyścielają łoża paprocią
lub gałązkami młodych brzózek, a przeważnie leżą na gołej ziemi,
podłożywszy pod głowę czapkę lub rękę *).
Podczas sianokosu łoża w szałasach niekiedy wyścielają sia
nem, mając go wielki zapas, ale wygoda ta ma tę złą stronę, że
czasami ułatwia pożar.
Ze wszystkich noclegów w porze ciepłej, Poleszuk dziwnie
lubi nocleg w szałasie. To też nigdy go nie omija: idąc dokądkol
wiek, lub wracając do domu, nakłada drogi, żeby się spóźnić
i z tej racji przenocować w szałasie, a przynajmniej zajść na
drzemkę.
Sypianie pod golem niebem. Po odwiezieniu
jakiegoś ładunku do miasta albo do rzecznej przystani, Poleszuk
bardzo często wraca do domu mocno śpiący na wozie; zaczepia
lejce za kłonicę, a koń wiezie go kilkanaście kilometrów wprzód
biegnąc, a następnie idąc krokiem, zarówno w dzień jak w nocy,
gdyż lepiej zna drogę od swego gospodarza, który budzi się do
piero wtedy, kiedy jego niewolnik stanie u wrót domostwa Tran
sportując na dalszą odległość rozmaite surowce, gromadnie lub
w pojedynkę, kiedy wypada nocować, zjeżdża na bok, wyprzęga
konia, przywiązuje do wozu lub pęta i puszcza na paszę, a sam
kładzie się koło wozu na ziemi, najczęściej nie mając czego pod
łożyć pod głowę. Dobrze, jeżeli nocleg wypadnie w lesie, gdzie
jest z czego rozniecić ogień, ale w polu, co zresztą rzadko się
zdarza, i tej niema pociechy.
Oprócz koniecznych noclegów przy koniach (Ob. Polesie
rzecz. I., str. 42 — 44), ma jeszcze urojoną potrzebę pilnowania
snopów na polu i siana na łące, w obawie, żeby mu w nocy nie
zrobiła szkody jakaś krowa, pozostała na pastwisku przez nieu
wagę pastucha, lub koń, którego niema we wsi w tym czasie, bo1
1) O urządzeniu szałasu, ob. Polesie rzecz., I., rys. 168 —172.
jest na pastwisku, ale może stamtąd uciec. Kładzie się tedy na
ziemi koło kopy, podłożywszy snop pod głowę, lub zasypia koło
kopy, albo na kopie siana.
Sypianie na drzewach. Jest to właściwie czuwanie,
podczas którego zasypiają. Gospodarz, posiadający na swem polu
dziką gruszkę w lepszym gatunku, w obawie, żeby mu w nocy
kto nie otrząsł owoców, posyła wyrostka do pilnowania. Stróż
ten, nie chcąc zwracać na siebie uwagi, na przygotowanem za
wczasu siedzeniu z paru deseczek lub drągów, ulokuje się tak
mocno, żeby podczas drzemki nie spaść — i śpi do białego dnia,
nie będąc budzonym, co jest najlepszym dowodem, że nikt nie
przychodził otrząsać owoców.
Myśliwi w ten sam sposób robią zasadzkę na niedźwiedzia
lub na dzika, przychodzących robić szkodę w zbożu, na polankach
wśród lasów i też sypiają tak na zmianę.
