c6be19fd78f39de7570d93e876fef1a0.pdf

Media

Part of Recenzje i sprawozdania / Lud, 1923, t. 22

extracted text
RECENZJE I SPRAWOZDANIA.
ALEKSANDER MACIESZA. Puszczanie przasnyscy. Przyczynek do
charakterystyki antropologicznej Kurpiów. [Z To w. Nauk. Płockiego]
Tow. Nauk. Warsz. Arch. Nauk. Antrop. T. III. Nr. 1. 1923.
Nasza literatura antropologiczna wzbogaciła się o nową pracę o Kur­
piach, stanowiących szczątki osobnej etnograficznej i językowej grupy antro­
pologicznie niezbadanej. Podjął się tego dr. Maciesza przeprowadziwszy
w r. 1914 badanie mieszkańców dawnej puszczy przasnyskiej, a w szcze­
gólności wsi kościelnej Jednorożca, położonej nad rzeką Orzycem pod
Przasnyszem, która w czasie wojny doszczętnie spłonęła, a pola jej po­
kryły się licznemi okopami. Część ludności, która nie zginęła z głodu
i chorób, rozpierzchła się na wsze strony. Oprócz Jednorożca autor
zbadał jeszcze wieś Baranów i Zaremby, należące do 3 gmin. Badania
składały się z cech opisowych i pomiarowych z podanemi w końcu
pracy tablicami i nazwiskami badanych. Ogół badanych wynosił 113 osób,
w tern 60 mężczyzn i 53 kobiet. Barwy skóry nie udało się autorowi
określić ściślej, była ona wogóle białą. Najczęściej spotykane włosy sza­
tynowe (u <? 52,5%, u 9 43,4%). Oczy określone skalą Kiichlera wyka­
zały u c? niebieskich 55,0%, siwych 21,7%, zielonych 13,3% i piwnych
10,0%i. Oczy więc przeważnie jasne (90%). U 9 niebieskich 32,7%,
siwych 36,5%, zielonych 13,5% i piwnych 17,3%; zatem jasnych 82,7%,
a ciemnych 17,3%. Wogóle połączenie barw oczu i włosów wykazało
u mężczyzn typ jasny w 30,5%, u kobiet w 23%. Wzrost przeciętny
puszczan 165 cm, wahał się w granicach 150—177 cm. wyższy od
przeciętnego wzrostu popisowych powiatu przasnyskiego i mieszkańca
dawnej Kongresówki, przy najczęściej występującym wzroście miernym
od 161—169 cm (68,3%), wybitniej niż w innych grupach polskich.
Wzrost przeciętny puszczanek 152,5 cm, są więc niższe od mężczyzn
o 24,7 cm i niższe od kobiet innych grup polskich. Puszczanie wy­
różniają się przeciętnie najdłuższym tułowiem wynoszącym wraz z głową
(872 mm czyli 52,8% wzrostu) i krótszemi nogami (778 mm = 46,2%)
od innych grup. Siąg, czyli rozwartość rąk wynosi 1,747 mm, czyli
105,9% wzrostu, przeto wyróżniają się tak bezwzględną, jak i stosun­
kową znaczną długością siągu. U kobiet przeciętna wysokość tułowia
809 mm, czyli 53,5% wzrostu, długość nóg 706 mm, czyli 46,5%.
Zbliżają się one pod względem długości tułowia do przeciętnej Polek

143

Królestwa, natomiast mają znacznie krótsze nogi. Długość siągu 1,586 mm
czyli 104,8%, czem nie wyróżniają się od innych Polek.
Co do charakterystyki głowy u Puszczan, to obwód poziomy wy­
nosi 553 mm, długość 188 mm, szerokość 155 mm, wysokość 135 mm,
a wskaźnik główny 82,5. Wyróżniają się oni przeto mniejszym obwodem
poziomym od innych grup polskich, nie różniąc się długością i szerokością
głowy. Chociaż wysokość głowy jest miarą niestałą i nie była uwzględ­
niana przez polskich antropologów, sądząc jednak z polskich czaszek
przezemnie badanych i z badań żywych Kaszubów, Polacy powinniby
mieć głowy wysokie, jak to zresztą szanowny autor potwierdził na Kur­
piach. Pod względem przeciętnego wskaźnika głowy Puszczanie są krótkawogłowi wyróżniając się od pośredniogłowego typu Polaków Królestwa.
W oddzielnych grupach antropologicznych według dawnego układu kranjologicznego Broca, występuje przeważnie typ krótkogłowy (68,4%)
rzadziej pośredniogłowy (25%) przy małym odsetku długogłowym (6,6%).
U kobiet obwód poziomy głowy wynosi 540 mm, o 13 mm mniej niż
u mężczyzn, więc mają ten pomiar większy niż inne Polki. Długość głowy
178 mm, o 10 mm mniejsza niż u mężczyzn, szerokość 151 mm, o 4 mm
tylko mniej, przytem mało wyróżniają się od innych Polek Królestwa.
Wskaźnik głowy 84,9 wkraczający już w wyraźną krótkogłowość połu­
dniowych Polaków i Górali w szczególności. W oddzielnych grupach
kranjologicznych typ krótkogłowy występuje bardzo wybitnie.
U Puszczan wysokość twarzy bez czoła 127,3 mm, szerokość
103,2 mm„ wskaźnik twarzowy 90,9. Pomiar ten bezwzględny, jak
i stosunkowy jest znaczniejszy niż u innych grup Polaków, przyczem
pospolicie występują średniolice (80%), rzadko wąsko (13,3%) i tylko
wyjątkowo szerokolice (6,7%). Nosy pod względem kształtu pospolicie
proste (67,3%), rzadziej garbate (24,1%), czasami zadarte (8,6%). Co
do wielkości przeważają nosy średnie (78,3%). Wskaźnik przeciętny
nosa 63,9, waha się w granicach 51,6 — 63,9. U Puszczanek wysokość
twarzy bez czoła 116,5 mm, szerokość 131,3 mm. Mają więc twarze
dłuższe i takiejże szerokości, jak i inne grupy Polek i większy wskaźnik
twarzowy. Nosy częściej proste (57,6%), rzadziej zadarte (28,8%), po­
spolicie małe (50,9%), rzadziej nieco średnie (47,2%).
Oto główne wyniki pracy, którą w krótkości tylko przytaczam. Na
podstawie tych badań autor wyprowadza ogólne wnioski, że Puszczanie
przy jednakowym przeciętnym wzroście z północnymi Polakami, obwo­
dzie poziomym, długości głowy, barwie włosów szatynowych, mają oczy
jaśniejsze, większą ilość osobników wzrostu miernego, tułów dłuższy,
nogi najkrótsze, a ręce dłuższe odpowiadające typowi ciężej pracującemu.
Są krótkogłowi, czem wyróżniają się od przeciętnego północnego typu
Polaka i są grupą bardziej jednolitą. Czoło niskie, twarz średnia, przy
znaczniejszym odsetku wąskolicych. Puszczanki uchylają się znaczniej od
przeciętnego typu Polek północnych, są ciemniejsze, z większym pro­
centem typu jasnego i mieszanego, są najniższe, o tułowiu, jak i inne
Polki, lecz krótszych nogach, o czole niskiem i twarzy średniej. Według
autora wielka ilość cech wspólnych u Puszczan wskazuje na ich słowiańskie

■ 144

pochodzenie, nadto podobieństwo do szlachty i do Łomżyniaków. Chociaż nie
badałem Kurpiów, lecz oddawna na zasadzie wniosków antropologicznych
osnutych na faktach historycznych przypuszczałem, że grupa ta jest oazą
jakby wśród miejscowych autochtonów. Wiemy o przesiedleniu na Ma­
zowsze jeńców litewskich, później wytrzebianiu ogniem i mieczem Jadżwingów na Podlasiu i o częściowem ich wysiedlaniu całemi osadami na
Wschód, (jak to wskazują nazwy etnograficzne na Białorusi) ale też i na
Zachód. Przeto i wśród Mazurów mogła się wytworzyć izolowana grupa
Puszczan, częściowo zbliżona do nieznanej antropologicznej, częściowo
do szlachty, wszędzie różnej od ludu, która to szlachta wedle mego
mniemania przybyła z krainy podkarpackiej ; pozwolę sobie przypuścić,
czy Kurpiowie nie są przybyszami z nad Narwi i Bugu i w pewnej
mierze mieszańcami z wychodźcami z nad źródeł Wisły?
Polska antropologja musi być wdzięczna Dr. Macieszy za opraco­
wanie monografji o Kurpiach, która przysporzyła nam wiele ciekawych
danych o nieznanej grupie polskiego ludu. Pracy tej jedyny chyba
możnaby zrobić zarzut, że jest oparta na bardzo małej ilości spostrzeżeń,
wynagradza to jednak naukowe i według nowych metod opracowanie
materjałów, z podaniem licznych tablic i krzywych, z uwzględnieniem
wyczerpującej literatury. Spodziewamy się wkrótce obiecanej monografji
autora o dawnych czaszkach z katedry płockiej, która będzie ciekawym
przyczynkiem do Polski piastowskiej, a temsamem i do przeszłości pra­
słowiańskiej. Ponieważ Płock na północy był najstarszem ogniskiem kulturalnem i siedliskiem Mazowsza, staje się on ważną antropologiczną
stacją dla badań. Po śmierci Dra L. Rutkowskiego placówka ta została
opróżnioną, teraz w osobie Dra Macieszy, zasłużonego pracownika na­
ukowego i społecznego, przybywa, sądząc z jego pracy, godny następca
i przedstawiciel, od którego możemy się wiele spodziewać.
Kraków.

PROF. J. TALKO-HRYNCEWICZ.

DR. NIKO ŻUPANIĆ. Bela Srbija. U Zagrebu. 1922. [Posebni otisak
iz „Narodne Starine“].
Autor zaszczytnie znany z prac na polu etfiologji południowosłowiańskiej prace niniejszą poświęcił piszącemu te słowa. Jako gorący
rzecznik jedności Jugosłowian chce to stwierdzić nietylko antropologicznie,
lecz historjograficznie i lingwistycznie. Blisko przed trzydziestu laty
patrjarcha slawistyki Vatroslav Jagić dowodził, że przy osiedleniu się
na bałkańskim półwyspie Serbowie i Chorwaci byli jednym narodem.
Do tego zapatrywania przyłączyli się znany czeski paleoetnolog Lubor
Niederle i historyk Konstanty Jireček. Poprzednicy Jagića nn polu sla­
wistyki Jernej Kopitár i Franciszek Miklosič byli zdania, że Słowianie
osiedlili się na półwyspie początkowo od Pontu euxyńskiego do Adrjatyku, a następnie posunęli się na południe zająwszy ośrodek Ilirji klinem
wbijając się w Trację i Norykę.
Jagić twierdził, że osiedlenie się Słowian na bałkańskim półwyspie
nastąpiło równocześnie, a analiza ich narzeczy wykazuje jedną etniczną

145

całość, a granicę pomiędzy niemi na przestrzeni od Czarnohory do
Adrjatyku rozpoznać niepodobna, tak się z sobą zlewają. Na jedność
tych dwóch grup jednego narodu wskazuje Jagić przytaczając prawo­
dawstwa z czasów bizantyńskiego cara Konstantyna Porfirogenity
(912—959), a potem z czasów cara Herakljusza (610—641 po nar.
Chr.) przyczem wyróżnia ich od innych południowych Słowian. Uczony
ten wyprowadza ich od Białych Serbów niegdyś wychodźców ze źródeł
Wisły i z Sali i udowadnia, że kolebką ich była pierwotnie kraina na
północ od Białej Chorwacji, a Chorwaci i Serbowie mówili wspólnym
językiem należącym do północno-zachodniej grupy słowiańskiej, wspólnej
z Czechami, Słowakami, Polakami, Serbo-łużyczanami i wymarłymi Sło­
wianami połabskimi. Według Jagića występują oni jako jednostka po­
lityczna już w VI w. po nar. Chr., podobnie do innych Słowian zacho­
dnich i południowych, dalej przytacza on cały szereg historycznych
faktów, walk staczanych z Turkami i innymi sąsiadami aż do politycz­
nego upadku.
Autor omawia też między innemi zapatrywania znanego socjologa
Ludwika Gumplowicza o powstaniu serbskiego i chorwackiego państwa.
Według niego Serbowie i Chorwaci wyparci zostali ze swej pierwotnej
ojczyzny, Małopolski, po najściu Atyli w drugiej połowie IV w. po nar.
Chr. i jego zwycięstwie nad królem gockim Hermanrichem. Otóż Gumpłowicz od zakarpackich Gotów wywodzi Polaków i Chorwatów i mniema,
że ci ostatni wezwani przez cara Herakljusza w VII w. po nar. Chr.
powędrowali na południe. Na udowodnienie swych twierdzeń Gumplowicz przytacza napis na nagrobku Bolesława Chrobrego (992 —1025):
król Gotów lub Polaków (Gotorum seu Polonorum), inny znowu napis
z XIII w. identyfikuje Chorwatów z Gotami. Naturalnie, że te napisy nie
mające żadnych podstaw etnicznych wprowadziły w błąd Gumplowicza,
który nie zwrócił na to uwagi, jak lekceważono i zmieniano nazwy etno­
graficzne i zastępowano państwowemi. Różne ludy np. odmiennego po­
chodzenia nazywano imieniem państwa, do którego należały. W XII w.
nazwy gockiej nie wyróżniano od chorwackiej, a głagolicy od pisma
gockiego, jeszcze nawet w w. XVI — XVII język cerkiewno - słowiański
nazywano gockim. Przypuszczenia Gumplowicza nie mogą więc zachwiać
teorji Jagića o wędrówce Serbów i Chorwatów do rzymskiej Ilirji, jakto
podaje Konstantyn Porfirogenita. Jagić opiera swe dowody na wspól­
ności języków jugosłowiańskich pomiędzy Pontem euxyňskim i Adrjatykiem, jak dawniej, tak i obecnie. Stwierdza to też Konstantyn, że Ser­
bowie i Chorwaci byli Słowianami, mówiącymi mową Słowian północnozachodnich, a wtargnięcie ich na półwysep przyczyniło się do wielu zmian
etnograficznych. Na podstawie tych źródeł Zupanič przypuszcza, że
Serbowie i Chorwaci przybyli istotnie z nad dopływów Łaby, że wspól­
ność ich pochodzenia nie może być zaprzeczona i że podbili oni masy
ludu obcoplemiennego i przemieszawszy się z niemi wytworzyli naród
i państwo tego imienia. Rozumowaniem tern przeciwstawia się autor
zapatrywaniom innych dzisiejszych historyków serbskich i chorwackich.
PROF. J. TALKO-HRYNCEWICZ.
Lud. T. XXII.

10

146

ANTONIOS KERAMOPULLOS. ‘O àmnvfmavia^ôg. HvfißoUj èçyatoloyixt] slg ri]v iazoqiav %ov noivixov dixcdov xal zï;v laoyçcapiav
[22 BißhoiHjXr] zîjg èv *Ad-r]vaig ^Aąyauitjoyw.rfi ‘Eraięiag], [Zabi­
janie przez wieszanie na pręgierzu. Przyczynek archeologiczny do
dziejów prawa karnego i Iudoznawstwa, z 7 tablicami i 14 ryci­
nami]. Ateny 1923, s. 144.
Wśród archeologów nowogreckich K. jest najzdolniejszym i naj­
pracowitszym. W wyżej wymienionem dziele opracował temat zupełnie
nowy, a mianowicie objaśnienie masowego grobu odkrytego w r. 1911
przy gościńcu prowadzącym z Aten do Faleron; data tego grobu da
się określić tylko w przybliżeniu na w. V, gdyż brak w nim zwykłych
darów dla umarłych, jak np. ceramiki. Natomiast grób przedstawiał inną
osobliwość: leżały w nim w równym szeregu obok siebie szkielety 17
ludzi, mające wkoło szyi, rąk i nóg żelazne klamry, któremi przytwier­
dzono ludzi do desek, zbutwiałych obecnie w ziemi. Głowy tych trupów
pochylone na bok, a ręce i nogi przeważnie gwałtownie wykrzywione,
jak gdyby w strasznych mękach zmartwiały. K. wykazuje w uczonym
komentarzu i w ilustracjach, że mamy tu grób złoczyńców, prawdopodobnie
piratów, których w ten okrutny sposób uśmiercono karą „apotympanizmu“ : powieszono ich nagich na deskach, klamrami przytwierdzono
im głowę, ręce i nogi, i ustawiono potem te deski prosto w ziemię.
Umierali oni potem wskutek pragnienia, głodu, upału, chłodu nocnego,
krzepnięcia krwi i innych podobnych mąk, o których w sposób wy­
mowny i przerażający mówią ich kości. K. wyjaśnia nam tę barbarzyńską
karę, oraz przedstawia cały przebieg samego procederu karania i zestawia
pisarzy starożytnych, wspominających o tem.- Kilkakrotnie też zwraca
uwagę na zagadnienia łączące się z ukrzyżowaniem. Szczególnie ważną
wydaje mi się wskazówka, że zwyczaj magiczny „związania i przebicia“
jest tylko symbolem pożyczonym z tego ukarania; defiksja jest niby
duchowym apotympanizmem.
W związku z tem omawia K. także inne kary na złoczyńców, oraz
przedstawia obszernie tło religijne, na podstawie którego podług jego
przypuszczenia Grecy wybierali takie kary, a nie inne. Badanie to pro­
wadzi go do przyjęcia powodów magicznych : odmawianie pogrzebu
■złoczyńcom, zwykłe ofiary i t. d. mają też stąd pochodzić. Pod tym
względem praca ta nie wychodzi poza znane dotąd zapatrywania, i łatwo
możnaby ją uzupełnić. W trzech dodatkach omawia K. na końcu dzieła
magiczne użycie gwoździ, potem wyprowadzanie skazańców na miejsce
kary, i zwyczaje z tem połączone, nareszcie zaczarowanie i środki za­
radcze przeciw temu, zwłaszcza falliczne przedstawienia. Wiele tu także
materjału nowego zestawiono, ale widać, że badania tego rodzaju leżą
poza kompetencją znakomitego archeologa, który opiera się na dotych­
czasowych, więcej niż mętnych, badaniach w dziedzinie Iudoznawstwa
starożytnego, a szczególnie zabobonu. W każdym razie dzieło jego jest
ważnym krokiem naprzód w poznaniu kultury starożytnej, gdyż zapoznaje
nas ze stroną jej barbarzyńską, o której istnieniu niektórzy na podstawie

147
świadectw już się domyślali, lecz inni bardzo stanowczo zaprzeczyli.
Zagadnienie rozstrzygnęła teraz archeologja, i jej uczony tłumacz Keramopullos.
R. GANSZYNIEC.

L. KONOPACKI. Misterjnm wiosny. Studja o religjach natury. Skład
główny Księgarnia Tow. Wydawn. „Ignis“, Sp. Akc. Warszawa,
1922, s. 80.
Dziełko to jest więcej symptomatyczne, niż naukowe, więcej mówi
o religijności niż o religji, więcej bada treść i etos (t. zw. „istotę“)
religji, niż jej dzieje. Pobudki do tych rozmyślań wyszły z dzieła Zie­
lińskiego: bo są to raczej rozmyślania, aniżeli badania metodyczne. Na
wzór Volneya usiłuje autor określić przedmiotową wartość religji przez
porównanie i krytykę religij istniejących, chce znaleźć czystą religję,
religję pierwotną, tak jak chemik wydobywa z jakiegoś kruszcu sub­
stancję chemicznie czystą. Podobne próby istniały już często przedtem;
autor zna nowoczesne teorje, i trzeba raczej żałować, że je zna i sto­
suje do swej konstrukcji: zgodnie z niemi wychodzi on z magizmu
(w formie manizmu) i następnie dość prawidłowo przedstawia znany
schemat ewolucjonistyczny. Pod tym względem więc książka nie zawiera
nic nowego dla naszej nauki. Ale p. K. potrafił to ożywić barwnym
stylem, uniknąć stylu uczonego i szablonu naukowego; myśli tu wyra­
żone lśnią przepysznemi barwami entuzjazmu, i dlatego przypuszczam,
że takie ujęcie zagadnienia, chociaż dla fachowców przestarzałe, zdoła
wzbudzić zainteresowanie w szerszych kołach społeczeństwa dla zbyt
zaniedbanych w Polsce zagadnień religjoznawczych.
R. GANSZYNIEC.

TADEUSZ ZIELIŃSKI. Irezyona. Klechdy Attyckie. Seija pierwsza,
s. 170. Serja druga, s. 130. Warszawa 1912 (zamiast 1922).
Wydawnictwo J. Mortkowicza.
Każda epoka próbuje na swój sposób przedstawiać sobie świat
starożytny i tworzyć łączność żywą między hellenizmem a daną współ­
czesnością. Petrarka dlatego nawiązał korespondencję z Homerem, Pla­
tonem, Sokratesem, opowiadając im o biedzie swych czasów. Humaniści
wybrali gorszą część, bo przemieniali się w epigonów, i Odrodzenie
było jakby gigantyczną maskaradą, na której wszyscy występowali
w modnym kostjumie starożytnym. Klasycyzm francuski zaś wybrał z tego
samego świata tylko symbole dla'swych własnych myśli i uczuć, i żadna
książka nie była bardziej aktualną i wprost rewolucyjną jak Fenelonowy
Telemach. Pod wpływem zaś badań etnologicznych epoki oświecenia
powstało dzieło ks. Barthélémyego, Voyage du jeune Anacharsis i cały
szereg romansów pseudohistorycznych z tematami greckiemi i rzymskiemi.
Tak więc i później czasem ubierano w szatę romansu czyto całość kul­
tury starożytnej, czyto też pewne jej działy jak np. Sabina Bóttichera,
10*

148

która omawia toaletę damską. Analogiczne usiłowania można zauważyć
na polu kultury duchowej, zwłaszcza mitologji. Pod wpływem badań
folklorystycznych braci Grimmów, i literackich Uhlanda jego rodak
Schwab przedstawił podania i mity starożytności w formie, która mimo
swoich stu lat jeszcze się nie przestarzała, ponieważ dużym kołom spo­
łeczeństwa niemieckiego nietkniętym nowemi prądami, dzieło to odpo­
wiada. Zieliński wybrał formę nową, by przemówić do współczesnego
pokolenia: formę noweli nowoczesnej; Birt prawie równocześnie w tej
formie przedstawił treść historyczną. Jest to więc poezja, a nie historja,
przemawia do nas artysta, a nie uczony. Nowele te opowiadają religję
grecką (nie mitologję) ; geneza jej odbywa się przed naszemi oczyma —
oczywista tak, jak ją pojmuje Zieliński. Suche imiona, szczątki mitów
i obrzędów odżywają w cudownem zmartwychwstaniu. Jestem przeko­
nany, że dzieło to dokona dla popularyzacji naszej nauki więcej, niż
wszystkie podręczniki szkolne razem, bo napisane jest z entuzjazmem,
z głębokiem poczuciem piękna i poezji. A kogo raz pozyska się dla
tych zagadnień, ten łatwo już z innych dzieł uzyska wiadomości o pod­
miotowości poglądów autora i o istotnych dziejach religji greckiej.
R. GANSZYNIEC.

MIECZYSŁAW ST. POPŁAWSKI. Bellnm Romanom. Sakralność wojny
i prawa rzymskiego. Lublin 1923. Nakładem Uniwersytetu Lubel­
skiego. S. VIII + 395 + 5 nlb.
Autor opisuje w tej pracy wszystkie rzeczy i obrządki, pozosta­
jące w związku z prawidłową wojną podług wierzenia i praktyki rzym­
skiej. Wyniki nowszych badań nad życiem starożytnem, a szczególnie
w dziedzinie starożytności wojennych, usiłuje ’ autor ująć w pewną syste­
matyczną całość. Zadanie to ładne i praca niemała; gdyby została wy­
konana bez zarzutu, toby autor prócz zasługi pomnożenia dorobku na­
ukowego Polski miał także to zadowolenie, że posunął dzieje religji
0 ważny krok naprzód. Jednak w tej formie, w której całość jest na­
pisana, uważam dzieło za przestarzałe i epigonowe klasycznych niegdyś
prac kierunku Frazera, naśladowanego w Niemczech przez Dietericha
1 jego uczniów. Z nimi też podziela P. niejasność pojęciową i meto­
dyczną, mieniącą się wszelkiemi barwami tak symbolizmu jak anîmiVm.i
i magicyzmu, słowem różnych faz ewolucjonizmu religjoznawczego ostat­
nich dziesiątek lat. Pracę napisano podług schematu stosowanego w „Re­
ligionsgeschichtliche Versuche und Vorarbeiten“, t. zn. podaje się prze­
gląd źródeł starożytnych do omówionego zagadnienia, poczem następuje
szczegółowy do tego komentarz. Najobszerniejszą pracą tego rodaju,
gdzie całość rozpada się na zbiór poszczególnych rozprawek właściwie
odrębnych, jest książka S. Eitrema, Opferritus und Voropfer der
alten Griechen und Römer, Upsala 1915. Wyjaśnia się tu pojedyńcze
pierwiastki, poczem autor, i czasem także czytelnik oszołomiony, od­
nosi wrażenie, że tern samem całość jest jasna. Metoda ta przypo­
mina pierwsze kroki językoznawstwa nowoczesnego, kiedy pojedynczym

149

24 głoskom naszego abecadła przypisano jakieś absolutne „znaczenie“,
poczem oczywista etymologja nie zawierała już żadnych tajemnic, chociaż
zapomniano przytem o samym języku. Następnie nauka potępiła to, i poszła
krok dalej, uznając jednozgłoskowe „korzenie“, składające się ze spół­
głoski i samogłoski; uznano później jeszcze inne „korzenie“, nareszcie
nawet dwuzgłoskowe, a przecież nowsi nie mówią już o korzeniach,
lecz raczej o słowach, a jeszcze częściej o zdaniach — bo tylko w tej
formie istnieje żywe słowo. Religjoznawstwo stoi na stopniu jeszcze
bardzo prymitywnym, bo jest to — że się tak wyrażę — nauka wtórna
po części z filologji, po części z etnologji; przyczem rzadko etnolog
jest filologiem, a jeszcze rzadziej filolog etnologiem. Zdaje się jest to
przeznaczeniem tej naszej nauki, że każda teorja odrzucona przez etno­
logów musi pokutować w religioznawstwie tak długo, aż wykaże się jej
absurdalność w przystosowaniu do wszystkich zagadnień.
Wiele takich niewłaściwości jest też w pracy p. P., który jest
animisto-magicysto-ewolucjonistą, dla którego istnieją jeszcze czasy terjoi dendromorficzne (s. 37), przypadające na neolit (s. 53). Trudnoby
prowadzić dyskusję z filologiem, występującym w obronie etnologji i me­
tody etnologicznej, który nie zna zasad etnologji nowoczesnej (s. 42,
przyp. 103). Na etnologach książka ta czasem robi takie wrażenie, jak
dzisiaj na nas metoda meteorologiczna Wilhelma Schwartza, albo astro­
nomiczna „lunatyków“ Siecke’go, i członków Towarzystwa Mitologicz­
nego. Teorje takie można tylko charakteryzować, ale nie zwalczać;
w większości zresztą wypadków wystarcza charakterystyka. Podam więc
przykład tej metody. Posłom rzymskim dawano trawę, żeby ich u obcych
narodów nikt nie obraził. Prosty rozum widzi w tem rodzaj akredytywu,
a p. P. objaśnia to następująco : „To znaczy, że jakąś moc nadzwy­
czajną posiada ta trawa, moc odpychającą wszelką złą czynność, skie­
rowaną przeciwko temu, kto nią uwieńczył swoje skronie... to znaczy,
że apotropaiczna potęga trawy jest do pewnego stopnia ograniczona
ilościowo, bo stosuje się do posłów państwowych“ i t. d. Pytamy się
zdziwieni, skąd p. P. wie to wszystko. Powoływa się on — jak jego
mistrzowie w tej metodzie — na „umysł pierwotny“, w którym znaj­
dują uczeni ci to, co im w danej chwili jest potrzebne. Oczywiście
bowiem ten umysł pierwotny jako taki nie istnieje; przy bliższem ba­
daniu okazuje się, że ta rzekoma pierwotność czy naiwność, czy — jak
to zwolennik tego kierunku Preuss jeszcze dobitniej nazwał — „Urdummheit“ jest wytworem imaginacji samych uczonych. Możnaby tu zasto­
sować słowa Jezusowe (Mt. VII, 16) : A fructibus eorum cognoscetis
eos. Faktem jest, że to my uczeni jesteśmy bardzo naiwni, i niejeden
Afrykańczyk lub Papua mógłby się śmiać z tego, co my jego inteli­
gencji przypisujemy. Wyjaśnienie powyższe usiłuje p. P. pogłębić, dla­
tego mówiąc o trawie, mówi również o ziemi, w której ta trawa rośnie
i z której, jak twierdzi, trawa uzyskuje moc magiczną. Podobnych wiele
innych dałoby się "przytoczyć przykładów analogicznych uzasadnień, jak
sławnego prof. Kaulena, który rozpoczął kazanie w dniu św. Józefa :
„Ponieważ św. Józef był stolarzem, a stolarz robi konfesjonały, dlatego

150

powiem dziś o spowiedzi“. Między temi wyjaśnieniami trafiają się też
wyjaśnienia, zastanawiające w ustach filologa. Autor poucza nas, że „dla
Rzymian, szczególnie dla pierwotnych (a skąd ich znajomość?), hańba
była zjawiskiem wtórnem, bo był to przedewszystkiem i tylko grzech“.
Dotychczas byliśmy zdania, że starożytni wybitnie chrześcijańskiego po­
jęcia „grzechu“ nie posiadali.
Zamiast wytłumaczenia starożytności wojennych dał nam więc p. P.
ich symbolikę, zamiast dziejów mistykę. Podczas gdy my z tego, co na
pewno możemy poznać, cofamy się wstecz bardzo ostrożnie i zagadnienie
pochodzenia uważamy w zasadzie za metafizyczne uzupełnienie naszej
myśli, gdyż nas bardziej zaciekawia historyczny rozwój danego dobra
kulturalnego i jego funkcja społeczna, autor zupełnie odwrotnie rozwią­
zuje szybko Zagadnienie genezy zwyczajów i obrządków, a następnie
nie bez gwałtu i sofisteiji dialektycznej, nieuniknionej zresztą w pracach
tego rodzaju, wtłacza do tego łoża prokrustowego późniejszy materjał
znany nam conajmniej w jego funkcji społecznej.
Na tem mógłbym zakończyć, lecz dodam jeszcze kilka słów o stronie
stylistycznej, chociaż ja najmniej mam pretensyj do służenia za wzór dla
innych. Przyznam się bowiem, że czasem pracę p. P. czyta się jakby
„Nowe Ateny“ Chmielowskiego: sprawia to dziwna mieszanina łaciny
z polszczyzną. Czytamy np. : „(Servius) dodaje przytem, że dlatego na­
zywa się takie ołtarze gramineae, że w ofierze w foedusie [autor tłu­
maczenia także tego słowa widocznie znaleźć nie mógł, bo powtarza je
po łacinie] stoi w związku z wojną i składają ją Marsowi, któremu gra­
men (conf. Gradivus) było poświęcone“. Podczas gdy inne narody dzięki
Bogu już się uwolniły od tego żargonu, a w filologji polskiej go do­
tychczas jeszcze nie było, widocznie p. P. nie chce Polsce oszczędzić
tego stopnia rozwojowego stylu naukowego. Do lepszego rozumienia
dzieła zupełnie się to nie przyczynia, a nawet może się zdarzyć coś
podobnego, co nam opowiada Jakób z Vitry o ks. Maugrinie, któremu
biskup paryski niby spowiadając się zaczął mówić po łacinie o logice
i dialektyce, a poczciwy ksiądz nie rozumiejąc tej łaciny i sądząc, że
te syllogizmy to grzechy, do poszczególnych zdań zauważał : Deus vobis
indulgeat. Niech Bóg Wam przebaczy!
R. GANSZYNIEC.

DR. ADAM FISCHER. Święto umarłych. Lwów 1923. S. 75.
Dzieło to omawia dwa zagadnienia : dzieje i rozmieszczenie świąt
umarłych, obrządki związane z tem świętem i ich znaczenie, całość ze
szczególnem uwzględnieniem stosunków słowiańskich. Zwłaszcza w tej
dziedzinie podziwiamy staranne opanowanie mateijału, podanego w formie
zwięzłej, metodyczną pewność w jego ocenie i trzeźwą krytykę w sfor­
mułowaniu wniosków. Szczególnie miło było mi stwierdzić, że p. F. za­
sadniczo opuścił metodę czysto porównawczą, mało już przywiązuje wagi
do schematu ewolucyjnego, i całość opiera na metodzie historycznej :
nowy historycyzm ma więc w nim zwolennika, a to tem cenniejsze,

151

ponieważ metoda ta u niego — jak widać z pewnego kompromisu do
ewolucji — nie jest zapożyczonym schematem, lecz własnym dobytkiem,
wynikiem własnych jego badań. Przy takiem postawieniu zagadnienia
jest to zupełnie naturalne, że na początku stoi rozdział o święcie umar­
łych w Grecji i Rzymie : jako dalszy rozdział mamy przegląd historyczny
czci umarłych w kościele greckim i rzymskim : są to coprawda po więk­
szej części luźne notatki, nie dzieje. Takich dziejów jeszcze nie posia­
damy i od etnologa narazie trudno wymagać, żeby dał przyczynki histo­
ryczne do życia kulturalnego chrześcijan średniowiecznych. Być może
sam kiedyś uzupełnię ten brak, ale nie chciałbym nic przyrzekać for­
malnie. Ograniczę się więc tutaj do uzupełnienia tej rozprawy tam, gdzie
jestem kompetentny, w materjale greckim, i odnośnie do jednego szcze­
gółu wypowiedzianego w zdaniu pierwszem, o wpływie śmierci na umysłowość pierwotną czy raczej ludzką.
Istnieje mianowicie osobna teorja, wyprowadzająca religję nie tylko
z kultu umarłych czyli przodków, lecz z kultu samej śmierci : w naszych
podręcznikach nie mówi się o niej, dlatego poświęcę jej kilka słów.
Wyłożył ją w swem dziele Ernest Feydeau, Histoire des usages
funèbres et des sépultures des peuples anciens, 2 vol., Paris 1856—1858.
We wstępie do tego dzieła wskazuje autor na potężny wpływ uczucia
i myśli o śmierci na kulturę ludzką : z tych czynników wyprowadza on
całą kulturę umysłową. „L’idée de dieu naît de la mort“. Pierwsze
uczucie wobec śmierci to gniew (s. 62). „Alors, chez cet homme inculte,
mais puissant, qui se sentait instinctivement menacé dans son existence
par une main invisible et cruelle, il dut se produire une virile explo­
sion de colère, une formidable protestation. La mort l’attaquait, il voulut
résister à la mort ; mais ne la rencontrant nulle part que dans ses
victimes, il s’en prit à tout ce qui l’entourait, et à lui-même. Déchirant
son visage, arrachant ses cheveux, brisant dans ses mains ses armes
inutiles, ravageant les buissons qui l’abritent, les arbustes chargés de
fruits dont il se nourrit, frappant et chassant les dociles animaux qu’il
rencontre, son impuissant, son inerte désespoir se transforme ; ses cris
sont des malédictions, des exécrations furieuses. Cependant la nature
poursuit son cours, impassible dans sa majesté. Les événements habi­
tuels et journaliers se reproduisent dans leur ordre immuable et leur
harmonie... la mort, toujours insaisissable, impitoyable et invisible, frappe
de nouvelles victimes, et les étend immobiles aux pieds de l’homme
primitif. Alors cet homme est vaincu; dans la main qui tue ses sem­
blables, il a reconnu cette main qui, de tous les points de l’horizon,
attire les nues de l’orage, les rassemble, les illumine, les fait retentir
et les déchaîne sur la terre ; cette main qui, déchirant les entrailles des
montagnes, soulève jusqu’au ciel la flamme rugissante des volcans,
cette main qui détourne le cours des fleuves et répand leurs- flots furieux
à travers les vallons paisibles; cette main qui, lentement, dirige dans
l’espace tantôt le globe rayonnant du jour, tantôt l’astre charmant des
nuits ; cette main enfin qui touche sans cesse à son front, tantôt pour
l’alléger de pensées et le bénir, tantôt pour l’allourdir d’appréhensions

152

et l’attrister ; et il se prosterne en tremblant, il pleure et il adore.
Les formidables bouleversements de la nature lui ont déjà fait soup­
çonner l'existence d’un Etre éternel redoutable et tout-puissant; la mort
confirme cet Etre, la mort le lui révèle tout entier, et l’idée de Dieu
se dégage, sereine et grandiose, des misères inénarrables de la de­
struction“ .
To jest główna treść jego wywodów: podałem ją jego własnemi
słowami, gdyż dzieło to wytwornie wydane jest mało znane, i zresztą
trudno skrócić tam, gdzie cała siła przekonania, cały urok teorji polega
na zaletach stylistycznych.
Przejdę teraz do materjału podanego przez p. F. Przy omawianiu
święta umarłych u Greków wspomniałbym także o tem, że ostatnie trzy
dni w miesiącu były również poświęcone pamięci umarłych, chociaż nie
były to dni świąteczne : jestem zdania, że zwyczaj ten wyszedł z t. zw.
epagomenów tj. dni dodatkowych do miesiąca księżycowego. Przy puharach w rękach umarłych (s. 6) możnaby dodać, że częściej jeszcze umarli
mają w ręce miseczkę, i że ta miseczka stała się ulubionym ornamentem
na stelach grobowych : wskazuje to na to, że pierwotnie takie miseczki
z libacją składano na grobie, później wieszano na stelach, aż w końcu
je tylko zaznaczono jako ornament. Na s. 8, p. F. nie dość dokładnie
odróżnił między zwykłym herosem - zbawicielem, a herosem narodowym
(Jj'çwç y.aiirfjÿ), którego cześć była sprawą polityczną danego miasta: o tem
dobre dał informacje Fr. Skutsch, Kleine Schriften, Berlin 1914, 365.
Na s. 9, p. F. przyjmuje Ciszewskiego tłumaczenie miejsca Serviusa
in Aen. I, 730, ale tłumaczenie to jest mylne. Ponieważ cześnik, nie­
wolnik (puer), powiedział (zamiast nuntiasset czytam pronuntiasset) : Dii
propitii !, nie ulega to najmniejszej wątpliwości, że także ten obrządek —
jak wszystkie obrządki ucztowe w Rzymie — zapożyczony jest z Grecji,
bo w Grecji w tych samych właśnie okolicznościach Grecy mówili przy
piciu : äyadur óaiituvog, co ja — nie znając wówczas Serviusa — w tym
sensie wyjaśniłem (Ganszyniec, De Agathodaemone, Warszawa 1919, 27).
Na podstawie więc oryginału greckiego możemy stanowczo powiedzieć,
że Rzymianie do tych bogów nie zaliczali duchów przodków, nazywa­
nych zresztą dii mânes, a tylko poetycznie dii. Sam wyraz dii propitii
jest przytem życzeniem, jakieś epiphonema, zamiast dii sint propitii. Tem
słuszniej powoła się p. F. na inne świadectwa, tak że mu tego wcale
nie trzeba. Rosalia (s. 10) omawiali w nowszych czasach p. Karolides,
il tüQTtj Twv (jôôiov ((kiÔkiii/iç, ‘slviliotu’iç, (Iťtýrjff
Rosalia, c 1‘ovGoah'u,
Pascha Rosarum, Hunrovßixom, Russalka) w czasop. \ylofmvia, II 1900,
201 n., potem Lämmerhirt Rosalia und Pasqua Rosa w Neue Heidel­
berger Jahrbücher VIII 1898, s. 1—37 i Dragendorff, Grabschmuck
und Totenkult der Griechen, w Jahrbuch des Freien Deutschen Hoch­
stifts, Frankfurt 1907, 58 n.
Bardzo słusznie p. F. wnioskował, że legendy i podania o duszach
są pochodzenia uczonego, i wskazał przytem na list z czasów św. Augu­
styna. Dlatego przypuszczam, że będzie mu przyjemnie, jeżeli wypełnię
trochę ogromną lukę istniejącą między w. V a XIX nowem świadectwem

153

z w. XV. Czytamy w J. Klapper, Exempla aus Handschriften des
Mittelalters, Heidelberg 1911, 32, nr. 35. De sanctimoniali quae animas
vidit in ecclesia. Legitur in annulo cap. CXXII : Quedam sanctimonialis
Ord. Pred. in Cronwitcz (na Śląsku), custos ecclesie, dum ad matutinum
pulsandum ecclesiam intrasset, vidit sedentem multitudinem pauperum
diversorum statuum cum péris et sacculis. Que primům territa tandem
vni eoruin dixit: „Qui et quales estis, qui in hac parte noctis huc
venistis?“ Primus eorum cum gemitu respondit: „Anime sumus defunctorum, vestras orationes venimus deferre, ut eisdem a nostris cruciatibus liberemur“. Hoc dieto disparuerunt. Zresztą znaną jest rzeczą, że
w średnich wiekach do największych cyklów legendarnych obok legend
0 Matce Boskiej i Eucharystji należy cykl o umarłych. Dobre zestawienia,
odnoszące się przeważnie do Czech, podaje H. Ankert, Die Sage von
der Geistermesse (w Zeitschr. f. öst. Volksk. IV 1898, 304 n.).
Ograniczyłem się do podania niektórych uzupełnień i małych po­
prawek. Więcejbym mógł powiedzieć o dodatnich stronach tej pracy i o jej
wynikach: autor zaś sam je sformułował na końcu dzieła, i zgadzam się
na nie w zupełności. Dopiero po tej pracy można będzie ocenić odnośny
materjał etnograficzny, będzie mógł także polonista napisać o tle ludowem Dziadów Mickiewicza, gdyż ma zestawione tu także wątki nega­
tywne. W tej części, slawistycznej i polonistycznej, jestem uczniem autora
1 przyznaję się do głębokiej wdzięczności, że w ten sposób autor sam
w zarysach wykazał ciągłość kulturalną od czasów najdawniejszych do
chwili obecnej : my specjaliści teraz tylko tu i tam kontury możemy
wyraźniej zarysować, tu i tam luki wypełnić.
R. GANSZYNIEC.

Wiadomości archeologiczne tom VIII. Warszawa 1923.
Ostatni tom Wiad. arch. wyszedł w dwóch oddzielnych zeszytach.
Tom obejmuje 240 s. druku małego 4-to i obok sprawozdań konserwa­
torów i materjałów, zawiera trzy rozprawy, Antoniewicza, Samsonowicza
i Sawickiego, nadto wspomnienie po E. Majewskim i J. T. Hryncewicza
wspomnienia o dawnych archeologach, wreszcie projekt statutu Państwo­
wego Instytutu Prehistorycznego.
Tom rozpoczyna artykuł prof. Dr. Wł. Antoniewicza „Erazm
Majewski jako prehistoryk“. Autor chcąc być bezstronnym zaznacza, że
obraz niedawno zmarłego profesora uniwersytetu Warszawskiego wystąpi
tem wyraźniej, gdy „rzucimy i światła i cienie“ na jego sylwetkę. Należy
jednak podkreślić, że we wspomnieniu Antoniewicza znalazły się przedewszystkiem „cienie“ i cały artykuł jest dość ostrą, chwilami nawet
niesprawiedliwą, krytyką działalności zmarłego, a pozostaje w sprzeczności
do innych wspomnień pośmiertnych, jakie ukazały się w pismach facho­
wych. Artykuł ten jest tem więcej przykry, że osoba Majewskiego była
jeszcze za życia przedmiotem ostrych ataków na łamach „Wiadomości**,
przeto Antoniewicz w swojem wspomnieniu o zmarłym winien był
wznieść się ponad ich poziom. Cenną w tym artykule jest starannie

154

zestawiona bibljografja prac Erazma Majewskiego w zakresie archeologji
przedhistorycznej obejmująca 107 pozycyj.
Szkic J. T. Hryncewicza „Z moich wspomnień po dawnych archeo­
logach“ daje żywe sylwetki dawnych pracowników na polu prehistorji
Zorjana Chodakowskiego (Adama Czarnockiego), Kirkora, Wł. Antono­
wicza, a przedewszystkiem Kopernickiego i G. Ossowskiego. Artykuł
ten o charakterze osobistych wspomnień zawiera bardzo cenne materjały
dla dziejów polskich badań przedhistorycznych. Odtworzenie tej historji
odsłoni może fakt, nieraz przeoczany, że polska prehistoija ma ważny
dorobek w przeszłości i mimo bardzo trudnych warunków rozwoju w okresie
niewoli nie znajdowała się poza ogólnym jej rozwojem. Więc prawdziwa
wdzięczność należy się prof. T. Hryncewiczowi, że do dziejów badań
przedhistorycznych w Polsce tak cenną dorzucił kartę.
Z rozpraw naukowych należy zaznaczyć pracę prof. dr. Wł. Anto­
niewicza „Pochodzenie i gatunki bursztynu w Europie“; jest to część
dysertacji doktorskiej, która daje poprawne i staranne zestawienie do­
tychczasowych dociekań w tej dziedzinie.
Praca Samsonowicza „O złożach krzemiennych w utworach
jurajskich północno wschodniego zbocza gór Świętokrzyskich“ jest szcze­
gólnie cenną. Ustala ona przynależność dwóch gatunków krzemienia
używanego w czasach przedhistorycznych pasiastego i woskowo czeko­
ladowego do dwóch poziomów piętra astarckiego, a mianowicie krze­
mienia pasiastego do piętra dolno - astarckiego i krzemienia woskowo
czekoladowego do piętra górno-astarckiego. Nadto przynosi ważną wia­
domość o odkryciu przedhistorycznych szybów górniczych na „Krze­
mionkach“ pod Magonią pow. opatowski, służących do eksploatacji
surowego krzemienia pasiastego.
Trzecia rozprawa Ludwika Sawickiego „Wydmy jako środowisko
występowania zabytków kulturowych“, wnosi szereg ważnych i nowych
spostrzeżeń i musi być uważana jako trwały dorobek naukowy autora.
Sawicki podaje w swej pracy opis szeregu przez się zbadanych stano­
wisk wydmowych, w których stwierdzić można było stratygraficzny układ
zabytków. Badania te potwierdzają dotychczasowe obserwacje autora
o zaleganiu przemysłu świderskiego (moja nazwa chwalibogowickiego)
w poziomie starszego piasku wydmowego, przemysłu zaś tardenuaskiego
w związku z poziomem próchnicy kopalnej. Przez badania swe nad
wydmami posunął autor bardzo znacznie nasze wiadomości o przemysłach
mezolitycznych i epipaleolitycznych i ma na tem polu dużą naukową zasługę.
W odniesieniu do tej pracy mam jedno tylko zastrzeżenie. P. Sawicki
odnosi przemysł chwalibogowicki (świderski) do okresu magdaleńskiego
prawdopodobnie środkowego i określa to jako „niewątpliwe“. Moje
zastrzeżenia w tym względzie i próbę oznaczenia chronologicznej przy­
należności tego przemysłu podałem w drukowanej obecnie pracy „Młodsza
epoka kamienna w Polsce“ s. 4—8, tu więc argumentów swoich nie
powtarzam. Ale tem samem zastrzeżenia moje odnoszą się i do wniosków
wyprowadzonych z tej przesłanki przez p. Sawickiego.

155

W dziale mateijałów znajdujemy opracowania przez p. Z. Pod­
ko wińską zbioru wykopalisk Muzeum Ziemi Sandomierskiej P. T. K.
w Sandomierzu. Jest to jedna z szeregu prac podobnych, jakie ukazały
się już w „Wiadomościach“. Praca zapoznaje nas w sposób dokładny
z inwentarzem tego mało znanego i nie publikowanego zbioru. Cały
mateijał jest podzielony na epoki i opracowany według miejscowości.
Pracę ilustrują wystarczające rysunki kreskowe i kilka klisz siatkowych.
Znaczna większość materjału odnosi się do neolitu i do kultury łużyckiej,
a stanowi cenny przyczynek naukowy.
Ciekawym bardzo jest artykuł p. Ireny Sawickiej „Grób z okresu
cesarstwa rzymskiego z Sobolewa pow. garwoliński“, którego inwentarz
wykazuje wpływy kultury gockiej i odnosi się do III w. po Chrystusie.
Dokładny opis, analiza typologiczna przedmiotów i dobre rysunki skła­
dają się na całość, która zawsze w pracach p. Sawickiej wypada bardzo
korzystnie.
Cennego artykułu dostarczył również do tomu p. Z. Szmit. Jest
on dalszym ciągiem jego badań na „Kozarówce“ w Drohiczynie nad
Bugiem. Autor dzieli odkryte przez siebie jamy grobowe na dziewięć
grup i podaje dokładny opis każdej jamy wraz z inwentarzem. Pracę
zdobią bardzo dobre rysunki i plany grobów. Podnieść należy, że
w pracach p. Szmita zauważyć musimy bardzo znaczny postęp, i co raz
gruntowniejsze opanowanie przedmiotu. Nie wątpimy też, że gdy badania
swoje nad cmentarzyskiem drohiczyńskiem ukończy, da nam także zesta­
wienie już zarysowujących się wyników, które dla poznania epoki cesarstwa
rzymskiego będą mieć pierwszorzędne znaczenie.
W dziale drobnych wiadomości obok artykułu z teki Izydora Kopernickiego i notatek A. Kargela i Dr. Wł. Kryże znajdujemy
artykuł Wł. Antoniewicza „Państwowe centralne muzeum archeolo­
giczne w Warszawie“. Autor daje nam obraz idealny, jak mogłoby wy­
glądać muzeum przedhistoryczne nietylko w ogólnem zarysie ale i w wielu
szczegółach. Jeżeli projekt mamy traktować idealistycznie, to oczywiście
na wszystko się piszę. Wysuwanie jednak tego rodzaju projektu jako
programu do realizacji uważam za zupełnie mylne. Stoimy bowiem wobec
faktu istnienia w Warszawie muzeum E. Majewskiego, własności T. N. W.
złożonego po rozrzuceniu jego pierwotnego układu w sali pałacu Staszyca w warunkach urągających wszelkim zasadom konserwacji. A nadto
mamy bogaty dział wykopalisk przy Muzeum Przemysłu i Rolnictwa,
cenny zbiór wykopalisk Chojnowskiego przy Tow. Zach. Sztuk Pięknych,
zbiory pracowni antropologicznej przy T. N. W., wreszcie nowo tworzące
się zawiązki Państwowego Muzeum Centralnego. Wobec tego narzuca
się myśl, że należy przedewszystkiem ochronić zbiory E. Majewskiego
od zniszczenia i przywrócić im choćby dawny układ w szafach, a dalej
dążyć do centralizacji zbiorów, która z takim pożytkiem dla nauki prze­
prowadzana jest obecnie w Poznaniu. Czyżby nie należało rozwinąć starań
o lokal np. w Zamku, który nie będzie idealny, może nawet okaże się
niedostateczny, ale udostępni zbiory istniejące i da przegląd tego, co
posiadamy. Projekty wielkich gmachów uważam za nierealne, choćby ze

156

względu na finanse państwowe, a tein samem za szkodliwe, bo usuwają
w nieznaną odległą przyszłość to, co przy dużym wysiłku może dałoby
się rychlej zrealizować. Sądzę, że rozwój muzeów winien iść po linji
uchwał styczniowego zjazdu fizjografów polskich w Krakowie.
W dziale dyskusyj i korespondencyj znajdujemy uwagi p. Sa­
wickiego o stanowisku „Gorki“ w Świdrach Wielkich. Autor podaje
profil tej ważnej wydmy i wyjaśnia jej stratygrafję. Dalej w tym dziale
znajdujemy polemikę p. Sawickiego z p. Krukowskim i odwołanie tego
ostatniego „z pożałowaniem“ „napastliwości i niespokojności tonu“ jego
recenzji. Byłoby bardzo pożądane, aby te incydenty były ostatniemi,
a jeżeli autorowie nie potrafią się zdobyć na spokojny i przyzwoity ton
polemiczny, to nie tylko prawem, ale i obowiązkiem redakcji jest nie
pomieszczać polemik tego rodzaju i czuwać nad powagą naukową czaso­
pisma. Co do notatki na s. 55 to mogłem sprawdzić, że w r. 1916/17
naczynia opisane w Wiad. arch. t. VII, s. 148 zapisane były jako po­
chodzące nie z Beszowej, lecz z Jastrzębca. Pochodzenie ich więc jako
zgodne z notatką „Swiatowit“ t. I, s. 44 przypisek 1, jest pewne.
Dział urzędowy daje nam sprawozdania konserwatorów za r. 1922.
sprawozdanie z IV konferencji konserwatorów i projekt Państwowego
Instytutu Przedhistorycznego. Do projektu statutu, rozesłanego w swoim
czasie do referatu czynnikom powołanym, miałem możność poczynić
swoje uwagi, które przesłałem do Ministerstwa i do Grona Konserwa­
torów. Uwagi moje tylko w drobnej części zostały uwzględnione w dru­
kowanym obecnie projekcie instytutu. Stoję na stanowisku nadania Insty­
tutowi bardziej społecznego charakteru. Jestem za rozszerzeniem praw
i składu rady Instytutu i za przelaniem na radę spraw personalnych
członków Instytutu, posiadających charakter urzędniczy. Zasadą organi­
zacyjną Instytutu winna być szeroka autonomja wewnętrzna (to projekt
zawiera) i oddanie decyzji w sprawach instytutu niezależnym uczonym,
którzy z tytułu swego naukowego stanowiska jedynie są powołani do
decydowania o sprawach swej nauki. W ten sposób usuwa się z nauki
szkodliwy biurokratyzm, a o wiele jeszcze szkodliwsze rządy dyletantów
lub jednostek. Zepchnięcie uczonych do roli ciała wydającego tyl-o
opinję i doradczego przy obecnym zwłaszcza braku sił kwalifikowanych
i fachowych musi się spotkać z protestem uczonych specjalistów.
Sprawozdanie Dr. R. Jakimowicza, konserwatora na okręg
warszawski, obejmuje opis 45 miejscowości, w których autor natknął się
w czasie swych wyjazdów na zabytki. Główna uwaga Dr. Jakimowicza
zwrócona była na grodziska, których szereg w odręcznych lecz bardzo
jasnych i dobrych planikach autor dołączył do swego sprawozdania,
podając nadto dokładny opis każdego grodziska. Poza tern sprawozdanie
zawiera wiele wiadomości o innych zabytkach, a więc kurhanach, cmen­
tarzyskach i osadach wydmowych. Dr. Jakimowicz przez zwrócenie uwagi
na zabytki słowiańskie, a ostatnio przez wydatne prace w kierunku reje­
stracji grodzisk bardzo przysłużył się prehistorji, wnosząc nowe światło
w epokę jedną z najbardziej zaniedbanych przez dotychczasowe badania.

157

Sprawozdanie p. St. Krukowskiego obejmuje szereg wiadomości
0 występowaniu surowców krzemiennych w złożach pierwotnych oraz
dalsze badania stanowisk wydmowych. Sprawozdanie obejmuje 48 miej­
scowości, w których prowadzono poszukiwania.
Sprawozdanie prof. Dr. Zakrzewskiego daje nam krótką wia­
domość o bardzo intensywnej działalności urzędu konserwatorskiego na
okręg wielkopolski. Konserwator ukończył inwentaryzację zabytków przed­
historycznych, co dla okręgu o tak licznych znaleziskach jest dziełem bardzo
wielkiem. Dalej zawiera sprawozdanie wyników przeprowadzonych badań,
które dały plan bardzo obfity i znajdują się obecnie w opracowaniu.
Sprawozdanie Dr. J. Żurowskiego obok sprawozdania z prac
nad ochroną zabytków i ich inwentaryzacji zawiera badania naukowe,
a więc wykaz szeregu nowo odkrytych zabytków przez konserwatora,
wreszcie sprawozdanie z wykopalisk metodycznych, jakie były prowadzone
w Witkowicach i Książnicach Wielkich. Ciekawy rezultat dały badania
w Książnicach Wielkich. Odkrył tu Dr. Żurowski osadę neolityczną
1 rozkopał 21 jam mieszkalnych i odpadkowych oraz 5 jam z niszami
grobowemi zawierającemi szkielety skurczone i ceramikę sznurową.
Sprawozdanie p. L. Sawickiego obok krótkiego sprawozdania
0 zwiedzonych stanowiskach wydmowych podaje wiadomość o odkryciu
w Horodku pod Równem nowego stanowiska paleolitycznego, którego
badanie stało się głównem zadaniem p. Sawickiego w bieżącym roku
sprawozdawczym.
Sprawozdanie p. M. Drew ki donosi o postępach inwentaryzacji
zabytków przedhistorycznych ziemi Lubelskiej. Nadto p. M. Drewko
donosi o swych badaniach na cmentarzysku kurhanowem z X—XI wieku
we wsi Lipsko pow. zamojski.
P. B. Czapk o w i c z w swojem sprawozdaniu z poszukiwań w za­
chodniej Małopolsce podaje wiadomość o ośmiu stanowiskach przeważnie
wydmowych.
Ostatnio wydany tom „Wiadomości Archeologicznych“ daje nam
dobry obraz działalności Grona Konserwatorów za rok 1922. Praca grona
idzie w kierunku inwentaryzacji zabytków, rejestracji znalezisk, wreszcie
ich ochrony, powiększając w wydatny sposób gromadzenie materjałów
naukowych. Prace terenowe grona idą przedewszystkiem w kierunku,
badań wydmowych i zabytków nieruchomych jako najłatwiej dostępnych,
a jednocześnie najbardziej zagrożonych. Pracowników grona cechuje
wielki zapał, który przebija z ich działalności przy dużej pracy i energji..
Prace te prócz inwentaryzacyjnych są wyłącznie prawie terenowemi, a jako
podstawowe dla dalszych dociekań naukowych są nietylko najważniejsze
ale też leżą właśnie na linji zadań Grona Konserwatorów.
Piękne wyniki działalności Grona są bezsprzecznie też zasługą
kierowników Grona : przewodniczącego Prof. Dr. J. Kostrzewskiego
1 oddanego całą duszą tej pracy zastępcy przewodniczącego Grona,
i redaktora Wiadomości Archeologicznych Prof. Dr. Wł. Antoniewicza.
LEON KOZŁOWSKI.

-a

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.