81b9f7857fc7d64cb36e17790d4e6b38.pdf

Media

Part of Czynnik racjonalny w wierze i obrzędzie / Lud, 1922, t. 21

extracted text
PROF. DR. RYSZARD GA'tSZYNIEC.

CZYNNIK RACJONALNY W WIERZE
I W OBRZĘDZIE.
TRESC: Zabobon a nauka s. 183 — Źródła błądó-.v naukowych s. 186:
a) Odosobnianie obrządów s. 186: — b) Osądzanie obrządów z su­
biektywnego stanowiska s. 190.

1. Zabobon a nauka.
Najlepszą obroną wartości badań naukowych nad religją
i zabobonem jesi :ch historyczne zrozumienie, a nie rozpatrywanie
psychologiczne, jakby to zrazu można było sądzić. Podejmowano
wprawdzie tu i ówdzie odosobnione próby, usiłujące wykazać,
że zabobon nie jest jakąś niedorzecznością, która na twarzy
nowoczesnego badacza wymusza jedynie uśmiech wyższości czy
politowania; wskazywano na to, że niejedno, co zabobon wyczuł
instynktowo, znalazło świetne potwierdzenie w nowszej nauce; sta­
rano się również wyzyskać jego strony poetyczne, czy też dotyczące
estetyki. Wszystko to jednak nie wystarcza, jeśli chodzi o trwałą
dążność ku zrozumieniu samego zjawiska. Owe bowiem próby
objaśnień, pochouzące przeważnie od dyletantów, mogły przyjąć pod
swe opiekuńcze skrzydła poszczególne tylko wierzenia i praktyki
zabobonne, nie miały jednak odwagi wystąpić w obronie całości.
Poważna wiedza starała się dotrzeć do tego zagadnienia przy
pomocy poczucia naukowego ; ocenia ona wszakże zbyt lekko
każdą rzeczywistość jako coś koniecznego, a konieczność, z po­
wodu jej uległości stałym prawom rozwoju, jako pewne dobro,
jeśli już nie samo w sobie, to przynajmniej ze względu na sam
13*

184

rozwój. Zabobon zatem był dla niej koniecznym okresem błą­
dzenia, który musiał przebiec cały rodzaj ludzki i każdy człowiek
zosobna w myśl zasady ontogenezy. Pojmowanie to, jakkolwiek
bardzo wygodne i cieszące się wielką wziętośoią, jest conajmniej
powierzchowne. Przecież o jakimś oznaczonym okresie zabobonu
nie możemy zgoła mówić, a przynajmniej musimy się zgóry wyrzec
możności jego określenia w czasie i przestrzeni, coby znów po­
ciągnęło za sobą złudę samego pojęcia okresowości.
Zabobon bowiem powstaje ciągle na nowo, również w na­
szych czasach ; jest on filozofją pozoru (Pnilosophie des Ais ob)„
jak go nazwał Hanns VAIHINGER. STRUNZ zaś poszedł tak daleko
w swych rozmyślaniach nad dziejami umiejętności przyrodniczych,,
że całą naszą pracę naukową podporządkował powyższej zasadzie,
a piękne nasze teorje określił mianem zabobonu, w który i lada
jutro może je przerodzić. Powiedzenie to oczywiście zbyt skrajne,,
ale stwierdza conajmniej, jak mało uzasadnione jest przyjęcie
jakiegoś okresu zabobonu w dziejach ludzkości.
Stosunek zabobonu do magji jest o wiele więcej zawikłany,
aniżeli do wiary; uchyla się on również od wszelkiego stałego
określenia. Oddawna już utarło się zapatrywanie, że zabobon
i magja nie są dziedzinami o wyraźnie zarysowanych granicach.
Mimo to jednak starano się powyższy stosunek wcisnąć w karby. pewnych określeń, oznaczając np. magję jako zabobon zmieniony
w praktykę, przez co milcząco uznawano właściwie pierwszeństwo,
istnienia teorji; — założenie zresztą takie było pojęte całkowicie
w duchu rozumującego religjoznawstwa i bez dłuższych rozważań
przeszłe w pewnik, a jako przypuszczenie naukowe opanowałoi z konieczności zniewoliło wszystkie poglądy. Dziś bylibyśmy
raczej skłonni uważać zabobon za dogmatykę zaczerpniętą z czyn­
ności magicznych — i to z równą jak przedtem jednostronnością..
O ile bowiem rzeczywiście jest wiele przykładów, wskazujących
na wewnętrzną styczność zabobonu i magji, to z drugiej strony
przeciwstawia się tymże, według mego zdania, o wiele więcej
wypadków, w których owa styczność polega nie na czem innem,.
jak tylko na wspólnocie dyspozycji duchowej, z której wyrosłyzabobon i magja
Z trudem jedynie mogą się niektórzy zdecydować na uznanietej dyspozycji duchowej, i to nie jako nieprawidłowej. Z trudem,
tylko, i to wbrew jawnym trudnościom, które się stąd wyłaniają.

185

•odnośnie do innych obszarów równoczesnego życia duchowego.
Według nich opierała się ta „zawiła wiedza“ na całkiem czczych
podstawach, a była naświetloną tylko z ciemnej strony władzy
poznania. (G. PARTHEY.) W odpowiedzi na powyższe twierdzenia —
■a nietylko ze wzglądu na ich stylową opaczność — wskazywano
często na racjonalną osnową obrządu i wiary. Dotąd nie podano
jeszcze ogólnych zasad w tym kierunku, bo narazie jest to nie­
możliwe i mogłoby jedynie przynieść szkodą, póki badania poszcze­
gólne nie przenikną i nie uporządkują danego materjału. Owa
zaległość w badaniach wywoływa słuszny żal; one bowiem przy­
wróciłyby bez wątpienia w znacznej wiąkszości wypadków należną
cześć okrzyczanej „ciemnej stronie“. Stąd nie rozwiązała jeszcze
nauka zagadnienia o racjonalnym czynniku w zabobonie i obrządzie.
Zagadnienie to musiało zaś pozostać w zawieszeniu, jak
długo wiarą i obrząd uważano za coś istotnie odmiennego od
"cszty myślenia i działania człowieka. Teor e stwarzane ad hoc
miały też pośredniczyć w rzekomej sprzeczności, istniejącej miądzy
zabobonną a świeckopraktyczną działalnością jego. A przecież
należało sobie wprzód postawić pytanie, czy sprzeczność ta istnieje
w rzeczywistości. Wszak już stary Antonius van DALE zarzucał
religjoznawstwu, że jest zbyt pochopne do objaśniania „jak“ sią
coś stało, nie poznawszy wprzód rzetelnie tego „co“ sią stało.
Jako jaskrawe podobieństwo przytoczył on opowieść o złotym
ząbie pewnego śląskiego wieśniaka, która wywołała zawziąty spór
w świecie uczonych; oto cząść ich przypuszczała, że to oszustwo,
lecz wiąkszość zaciekawiało jedynie pytanie, jak temu chłopcu
mógł wyróść złoty ząb. Dopiero znacznie później wpadł ktoś na
myśl, by poprostu zbadać ząb i w ten sposób odkryć zwykłe,
niezgrabne oszustwo. — A tak dzieje sią cząsto w nauce, i tu
także należy nasz wypadek. Przenoszono mianowicie żywcem —
że sią tak wyrażą — odległość, którą wyróżnia nasze uczucie
miądzy zabobonem a własnem życiem, na czasy i stosunki, którym
ów rozdźwiąk jest całkiem widocznie obcy. Pewnie, że wówczas
musiano przerzucić sztuczny most ponad przepaścią tak sztucznie
wytworzoną; lub też w ślepej bezmyślności załatwiano sią wogóle
z tem zagadnieniem w ten sposób, iż wzruszając ramionami roz­
wiązywano je jednem słowem „gallimathias“.

186

2. Źródła błędów naukowych
Wszystko to jest jednak zbyteczne. Całe bowiem działanie
i myślenie człowieka przeszłóści znosi każdą nieuprzedzoną kry­
tykę równie dobrze, jak nasza działalność i nauka. Musi się tylko
przytem unikać podwójnego niebezpieczeństwa, a mianowicie odosobniania zjawisk i osądzani*», ich z naszego subjektywnego stanowiska.
ozatem możnaby jeszcze wymienić inne punkty widzenia* jako
zasady heurystyczne: one wszystkie jednak są tylko szczególnemi
wypadkami obu wyżej wyłuszczonych podstaw metodycznych.
Otóż np. według takiej jednej zasady nie można uważać mitu,
symbolu, względnie przenośni za podstawę, lub za pierwotną
osnowę danego obrzędu czy wierzenia — gdyż np. każdy symbol
wyprzedza jakaś rzeczywistość, z której się on dopiero rozwinął.
A więc to, co jest dopiero duchowym remanentem i wytworem
przeżycia s»ę danego obrzędu lub wierzenia, podaje się jako ich
przyczynę — i przez to stwarza zdarzającą się niestety bardzo,
często odwrotność stosunków.
a) Odosobnianie obrzędów.
Przedewszystkiem nie można odosabniać zjawisk istniejących.
W czasach pohellenistycznych przepisuje medycyna ludowa, by
w celu uzyskania snu kłaść pod głowę zapisane pewnemi for.nułkam' liście wawrzynu lub oliwki. Dla wyjaśnienia tego przepisu
wskazywano na sdę przeciwdemoirczną, tkwiącą rzekomo w owych
liściach. Otóż wskazówka ta nie jest poparta żadnym dowodem
i sama wymaga wyjaśnienia. Natomiast bez dalszych dociekań
zrozumie się obrzęd, jeśli sobie przypomnimy, że jeszcze w czasach
historycznych obok ostracyzmu (sądu skorupkowego, gdzie na
skorupkach z garnków wyskrobywano rylcem swoje wotum) był
znany w Atenach i Syrakusach jeszcze inny rodzaj banicyjnego
sądu ludowego, przy którym wypisywano imiona na liściach.
Zwyczaj ten zezwala na wniosek, że jeszcze dawniej, jak i dziś
zresztą u ludów południowo-wschodniej Azji — pisano wogólé
krótsze teksty na liściach; i ten materjał do pisania utrzymał się
później jedynie tylko w praktyce zabobonnej, króra hie odważała
się wprowadzać żadnych nowości, nie chcąc kwestjonować samego
wyniku. Zresztą właśnie ten materjał, a nie skorupy, znajdował

187

się tuż pod ręką, gdyż posłanie nocne Greków stanowiła zwy­
czajnie warstwa liści, a to wawrzynowych i oliwnych, ponieważ
drzewa te są na południu najwięcej rozpowszechnione.
Gallicki lekarz MARCELLUS EMPIRICUS poleca następujący śro­
dek, by przeszkodzić mężowi w wykonywaniu obowiązków małżeń­
skich: należy włożyć pod jego łóżko uwieńczony tłuczek od moździe­
rza. Co ma oznaczać tłuczek, można się domyśleć; ale nie jest tak
odrazu jasne, dlaczego jego uwieńczenie ma sprowadzić upragniony
skutek. Przesąd dopiero wówczas zrozumiemy, jeśli wciągniemy
do porównania stary zwyczaj wieńczenia zmarłych ; wskutek uwień­
czenia tłuczek jest ucharakteryzowany jako nieżywy i dlatego jego
odpowiednik nie może się poruszać w łożu małżeńskiem.
Ojciec kościoła HIPPOLYTOS donosi w swej polemice przeciw
czarownikom, że zasięgający rady wyroczni czarodziejskiej wstę­
powali do niej, wzywając egipskiego boga słońca Phre i wywijając
gałązkami wawrzynu. Przedtem usiłowano to wyjaśnić w ten sposób,
iż wskazywano na oczyszr,za;ącą i odwracającą niebezpieczeństwa
siłę, tkwiącą w wawrzynie dzięki jego łączności z jasnym i czystym
bogiem Apollinem. Zamiast tego jednak wyjaśnienia, pozbawionego
odpowiednika, słuszniejszem byłoby powołanie się na prastary?
zwłaszcza w misterjach utrzymujący się zwyczaj, a mianowicie, że
wówczas, kiedy zbliżano się z prośbą do bóstwa, trzymano zawsze
w ręce gałązkę, zerwaną z drzewa mu poświęconego.
Znajomość tego zwyczaju odgrywa również ważną rolę przy
wyjaśnianiu innych znanych wątków literackich. W Enejdzie Wer­
gilego mamy właśnie jeden z najpiękniejszych wątków tego ro­
dzaju; jest tu mowa o złotej gałązce, bez której Eneasz nie może
się dostać do świata podziemnego. Nad znaczeniem tej gałązki
zastanawiano się wiele i rozmaicie ; zwykle zestawiano ją z różdżką
wieszczbiarską, lub z gałązką jemioły, która miała rzekomo wszystkie
zamki otwierać. Zapewne, są to podobieństwa, lecz tylko rzeczowe,
nie dotyczące jednak czynności; albowiem złota gałązka miała
służyć jedynie za przepustkę czy legitymację, a nie za przyrząd
działający, jako różdżka wieszczbiarska lub gałązka jemioły. Jeśli
zważymy, że podróż Eneasza w krainą podziemną miała charakter
religijny, wtedy już się nam sam nasunie odpowiednik w obrzędzie
misterjów, gdzie wierny nie śmiał się wogóle zbliżać do bóstwa
bez gałązki w ręku. A więc obrzęd, który już wymarł w czasach
rzymskich, otrzymał w wątku literackim dziwne rysy; a w celu

188

wzmożenia ciekawości słuchacza umieścił poeta złotą gałązką, gdyż
bohater odbywał podróż do boga złotego bogactwa (Pluto, Dis).
Obrząd ów doszedł do wielkiego znaczenia również pod
innym wzglądem; z niego bowiem rozwiną* się symbol zawodowy
jednego stanu, a mianowicie rapsodów, recytatorów epopei homerowych. HESIODOS opowiada nam we wstępie Teogonji o swem
powołaniu na poetę, przypominającem mimowoli namaszczenie
Isajasza na proroka. Bóg mu tam wręcza laskę z kiścią liści
wawrzynowych, jako symbol przyszłego zawodu. Wiemy zaś rze­
czywiście, iż w czasie uroczystości występowali rapsodowie z laską
w ręce i z wieńcem wawrzynowym na skroniach. Skądże tak
dziwny strój rapsodów? Jak dziwnie wyróżniają się od Orfeusa,
którego też stale widzimy z wieńcem na głowie, lecz z lirą w ręce
zamiast laski. Skąd ten strój zawodowy? — gdyż takim jest on
W rzeczywistości. I dziś jeszcze możemy zauważyć, że każdy strój
zawodowy wykształca się poprostu z warunków danego zawodu.
Orfeus okazuje się z lirą, gdyż nie recytował pieśni, lecz śpiewał
przygrywając na strunach liry. Na skroniach zaś miał wieniec
z tego powodu, że pieśni epiczne — o ile wiemy — śpiewano
zwyczajnie tylko przy dwu okolicznościach, a mianowicie podczas
uczty i uroczystości.
Przy uczcie (symposion) występowali Grecy (a naśladując
zwyczaj grecki i Rzymianie) jeszcze w czasach historycznych
z wieńcem na głowie, gdyż uczta także wówczas miała charakter
religijny. Zarazem istniał przepis, że każdy uczestnik wieńczył się
przy akcie uroczystym i ofierze, a państwo z konieczności dostar­
czało tanich wieńców. Dlatego też śpiewacy, którym obok ka­
płanów przypadała najwybitniejsza rola podczas uroczystości —
nie mogli wystąpić bez wieńca; był on dla nich symbolem za­
wodu, zarówno jak i dla greckich kapłanów i utrzymywał się
w grupie śpiewaków, występujących prawie wyłącznie podczas
uroczystości. Byli to rapsodowie. Wiemy dalej, że oni nie śpie­
wali już więcej poematów epickich, lecz je recytowali; dlatego
też nie mieli w ręce liry, lecz zrównali się jeszcze bardziej z wiernymi, przyjmując w zamian podobnie jak oni gałązkę wawrzynu.
Z czasem wskutek przystosowania do warunków życia praktycznego,
zmuszającego rapsodów do podróżowania od miasta do miasta,
z uroczystości na uroczystość, zmieniła się ta gałązka w laskę
z kiścią liści wawrzynowych — jak to widzimy u rapsoda podczas

189
święcenia HEZJODA na poetę. Ai jednak rozwój się tu nie za­
trzymał; ów symbol utrzymał się dalej za potomków rapsodów.
U ostatnich następców tychże, francuskich nouvellistes średnio­
wiecza zachowała się już sama laska. Obrzęd religijny wyłania
więc symbole świeckie.
Na inne pobliskie przykłady pragnąłbym wskazać jedynie
w krótkości. Znany jest zaszczyt ^wieńca poetyckiego z życia
naszych humanistów: wszak JANICKI był poetą uwieńczonym
(poeta laureatus), potem Szymon SZYMONOWICZ i i. — -Obrządek
ten nie jest bynajmniej odznaczeniem, wymyslonem dopiero
w epoce humanistów — lecz jest poprostu prawidłowym wy­
tworem religijnego pierwotnie zwyczaju. Przed chwilą przecież
wspomnieliśmy, że wszyscy uczestnicy uczt, uroczystości, wyroczni,
lakoteż kapłani byli uwieńczeni, i że w pewnych grupach (i u ra­
psodów) stał się wieniec oznaką zawodu. Ow stary zwyczaj, który
oczywiście dawno wymarł, powołali sztucznie do żytfa humaniści
i nadali mu podłoże prawne. Zresztą sam rodzaj tego wznowienia
nie był znów tak całkowicie samowolny; bo już w starożytności
wieniec, dawany przez publiczne i państwowe władze był Wyso­
kiem odznaczeniem, równającem się dzisiejszym medalom zasługi
czy orderom. Dlatego DEMOSTENES tak wielką wartosr do niego
przykłada i pisze z tego powodu najpiękniejszą swą mowę. Pozatem był on nagrodą w zapasach poetyckich. Wieniec huma­
nistów był tedy jedynie dalszym wytworem starego zwyczaju, lecz
miał w czasach odrodzenia nierównie większe znaczenie ze względu
na to, że był zjawiskiem odosobnionem, ponieważ wówczas za­
marła już dawno cała kultura, z której niegdyś wyrósł. Dlategc
też zniknął dość szybko z powierzchni wraz z humanistyczną
kulturą.
Dzisiejsza doba zna jeszcze jeden zwyczaj wieńczenia; mam
tu na myśli wieniec panny młodej, znany już zresztą w staro­
żytności. Rozwój jego można tu łatwo rozpoznać: oto przy ślubie
stanowiła ofiara jądro obrzędu weselnego ; wszyscy uczestnicy
mieli wieńce na głowach, jak wogóle przy każdej ofierze ;
oczywiście przedewszystkiem miała je para narzeczonych, i jej
wieńce mogły się wyróżniać szczególną pięknością. Ze zmianą
kultury zmienił się również rodzaj zawierania małżeństw. Pogańską
ofiarę wyparł obrzęd chrześcijański, ale strój, który ze starej
kultury całkiem naturalnie się wykształcił dla tej ważnej chwili

190
w życiu, utrzymał się bez zmiany w kulturze nowej aż do dni
dzisiejszych.
Wiele pisano o użyciu bluszczu w życiu i w kulturze, którym
się zwykle weńczono podczas uroczystości dionyzyjskich i przy
ucztach. Gdzie mu nie przypisywano wprost sił magicznych, tam
łączono z owem stale zielonem liściem głęboką symbolikę natury.
A jednak wyjaśnień nie trzeba tak daleko szukać. Podczas wino­
brania zwykli się i dziś jeszcze wieńczyć weseli rolnicy winnem
liściem i gronami — a dla starożytności mamy wyraźne świadectwo
tego zresztą tak naturalnego zwyczaju. Istnieje zaś pewien rodzaj
bluszczu nazwanego przez starożytnych białym, którego owoce
odznaczają się niezwykłem podobieństwem do winogron. Dlatego
też używano go do wieńców, oczyvr'sta przedewszystkiem w cza­
sach, kiedy liści winnych zupełnie nie było — jak w zimie, albo
tam, gdzie ich było niewiele — jak po miastach. Powoli roz­
szerzył się ten zwyczaj i na inne gatunki bluszczu, gdyż właściwy
powód użycia białego bluszczu poszedł wkrótce w zapomnienie,
a zwyczaj wieńczenia już się zmechanizował; i w ten sposób
doszło do tego, iż bluszcz stał się rośliną poświęconą bóstwu
wina. Podobnie i powój przeszedł do tej samej roli, chociaż był
drzewem żałobnem, t. zn. że ze względu na stałą świeżość sa­
dzono go zwykle na grobach; lecz z powodu podobieństwa do
bluszczu doszedł do podobnego znaczenia w czasie uroczystości
dionizyjskich. PLINIUS (N. H. XVI 155) wyjaśnia nam to w tych
słowach: „prosty lud nie wie, że to drzewo żałobne i bezcześci
niem bardzo często własne uroczystości, gdyż uważa je za bluszcz“.
b) Osądzanie obrzędów z subjektywnego stanowiska.
Drugim najpospolitszym błędem, wiodącym do mylnych pojmowań w religjoznawstwie jest osą dzanie zjawisk z naszego wła­
snego stanowiska. Panuje tu jeszcze w pełnym spokoju psycho­
logia ludowa, którą usunięto już z wielką energją z dziedziny
nauk ścisłych i opisowych. Taki sposób oceny musi z konieczności
prowadzić do potępiania danych zjawisk, względnie do sztucznych
objaśnień, z pośród których najzwyklejszemi są symbol i prze­
nośnia. Ponadto wielu uczonych nie lęka się tu wcale popełniać
jawnych nadużyć, przed któremi wzdrygnęliby się z pewnością,
gdyby przy tem cośkolwiek tylko zechcieli myśleć.

191
U wielu ludów istnieje obrzęd obcinania włosów i paznogci
na znak żałoby; nazywa się to ofiarą dla zmarłych. Tej „ofiary“ nie
można zapewne pojąć jako uczty ofiarnej; inne pojęcie, na pod­
stawie którego uważa się tę ofiarę za dar czy wyzbycie się oso­
bistej wiasnoj :i — również nie może w tym wypadku poważnie
wchodzić w rachubę ; słowem nadużywa się tu pojęcia ofiary, a ta
„ofiara“ z włosów i paznogci musi być czemś innem, lub przynaj­
mniej musiała być kiedyś czemś zgoła innem. Czem ona była w istocie,
poznajemy z porównania dawnych obrzędów pogrzebowych innych
ludów, u których zwyczaj przepisuje głośne skargi, wyrywanie wło­
sów, .draśnięcia do krwi, a nawet odcinanie części palców; są tc
uzewnętrznienia wielkiego bolu, które były pierwotnie impulsywne,
a później zostały uregulowane odnośnym zwyczajem.
Inny wypadek stanowi idea ofiary zastępczej (substytucyjnej),
która niestety jeszcze ciągle znajduje oddźwięk w nauce. Według
tego poglądu ofiaruje się zwierzęta zamiast pierwotnie wymaganej
i składanej ofiary z ludzi, by przywłaszczyć sobie pokutę ofiary;
a nawet mówi się o substytucji własnej osoby. Wyjdźmy z faktu
ostatniego. Według powyższego przypuszczenia ofiarowano siebie
samego, popełniając przed bóstwem samobójstwo w celu prze­
błagania jego. Wówczas zapewne mogło chodzić jedynie o jedno­
razową ofiarę, a do niej mogli być zobowiązani albo wszyscy,
albo tylko poszczególni ludzie. Więc kto i dlaczego? z przymusu,
czy własnego popędu ? i to w czasach pierwotnych ? Widzimy
więc, że tam gdzie brak właściwych pojęć, wstawia się wzamian
zastępcze słówko w odpowiedniej chwili. Weźmy raczej pod uwagę
konkretny przykład, a zobaczymy, że histcrja wyjaśni nam ten
obrzęd w zupełności inaczej. Przypadek ów łączy się z objaśnianym
już wielokrotnie zwyczajem Rzymian, którzy podczas składania
ofiary według obrządku krajowego (Romano ritu) zasłaniali sobie
głowę. Już w starożytności spotykamy rozmaite objaśnienia tego
zwyczaju. Antykwarjusz VARRO, sprowadzający wszystko do pier­
wotnego założenia i następczego wprowadzenia w życie, tłumaczył
to według FESTUSA (s. 432, 3 Lindsay) tern, że Eneasz, patrjarcha
rodu julijskiego zakrył sobie głowę podczas pewnej ofiary, nic
chcąc się narazić na przeszkodę w tej czynności ze strony Odysseusza. Zależny od VARRONA komentator SERVIUS (Aen. III. 407)
pojmuje obrządek o wiele sympatyczniej, objaśniając go w ten
Sposób „by w czasie czynności kultowej błądzący wzrok nie doznał.

192
roztargnienia“. Jest to zapewne racjonalne wyjaśnienie obrzędu,
i nie wątpimy, że to pojmowanie, a jeszcze więcej uczucie je
podtrzymujące przyczyniło się wprost nadzwyczajnie do utrzymania
samego obrzędu. Tem się jednak nie zadowolono, lecz łącznie
z pokrewnemi faktami próbowano osnuć dłuższe dzieje owego
obrzędu. H. DIELS wskazywał też na to, że rzymski flamen miał
czapkę (pileus) ze skóry zw.erzęcia ofiarnego, dzięki której mógł
przysłaniać głowę; sądził on mianowicie, że w związku z ostatnim
faktem należy przyjąć wewnętrzne stosunki zachodzące między
ofiarującym a ofiarą, a to właśnie związek substytucji: ofiarujący
„zajmuje w ten sposób miejsce ofiary i przywłaszcza sobie po­
jednanie z bóstwem, które zastępujące go zwierzę uzyskało przez
własny zgon“. Wskazuje on również na to, że podany przez wy­
mienionych autorów „obrządek przewiązywania się wełnianą opaską
jest osłabioną formą pierwotnego zakrywania“; z zakrywania po­
zostało tylko opasanie taśmą sporządzoną z wełny zwierzęcia
ofiarnego. Lecz to wyjaśnienie, chociaż tak głęboko pomyślane
i tak zajmujące ze względu na swój piękny wątek psychologiczny,
nie może odpowiadać rzeczywistemu stanowi rzeczy. Nie chcę tu
rozwijać powszechnych wątpliwości, wysuwających się przeciw po­
jęciu ofiary zastępczej, wyłonionej dopiero z dogmatyki chrześci­
jańskiej ; wszak tu, gdzie chodzi o substytucję samych ofiarujących,
rozbija się i pojęcie, i objaśnienie o tamy wewnętrznej niemożli­
wości. Nie :rzeba też zgoła uciekać się do tak głębokich mo­
tywów Wszak pileus — jak HELBIG dowiódł — stanowił kiedyś
część składową starego stroju ludowego, który niegdyś bardzo
rozpowszechniony w Italji utrzymał się później tylko w szczególnych
kategorjach społeczeństwa i wśród szczególnych okoliczności ży­
ciowych — i to tych zwłaszcza, które stały w najściślejszym
związku z kultem. Owo pokrycie głowy było zrobione pierwotnie
w całości ze skóry zwierzęcej, choć niekoniecznie ze zwierzęcia
ofiarnego, z jednym jedynym wyjątkiem kapłanów, gdyż u nich
żyjących przecież z ofiar — może też otrzymujących jak u Greków
skóry zwierząt ofiarnych — było to rzeczą naturalną. Skoro ten
strój ustąpił innym modom, które przyniósł z sobą postęp kultury,
kiedy np. zamiast skóry cieszyły się wzięciem czapki wełniane,
a z upływem czasu musiały i one ustąpić naporowi innej mody —
było rzeczą naturalną, że kapłan jak przedtem tak i później spo"ządzał zobie pileus ze skóry zwierzęcia ofiarnego i uczynił go

193
w ten sposób poniekąd oznaką urzędu. Ponieważ zaś obok wy­
zwoleńców kapłan był jedyną osobą, która go jeszcze wogóle no­
siła, więc musiał się wyłonić pogląd uczonych, że pileus też pier­
wotnie był sporządzony jedynie ze skóry zwierzęcia, ofiarnego —
przyczem starano się usilnie wyszukać i wynaleźć wewnętrzne
nici, łączące ofiarę z ofiarującym, które w swem zaraniu były
przecież czysto przypadkowe i uwarunkowane tylko zewnętrznemi
okolicznościami kulturalnemi. Wynikiem tych usiłowań są idee
substytucji tak sprytnie wymyślone przez DIELSA, a uznane przez
SAMTERA.

Wypadki tego rodzaju zdarzają się dosyć często a mało się
na nie w ogólności zwraca uwagi ; gdzie zaś z konieczności trzeba
się z niemi liczyc, wówczas sięga się raczej z pominięciem roz­
ważań historycznych, do bliższych motywów psychologicznych,
albo mistycznych. Stwarza się pewną ilość haseł naukowych, słu­
żących rzekomo do klasyfikowania poglądów związanych z wiarą
i obrzędem, w rzeczywistości zaś mających zarazem podawać do­
tyczące objaśnienia. Wyczuwa się wprost radość uczonych, jak
to bez zbytniego łamania sobie głowy i przekonywująco krótko
można „objaśniać“ rozległe dziedziny życia religijnego. Tylko
jednej rzeczy tu nie znajdujemy, a mianowicie jasnych poglądów
i uzasadnienia. Żonglowanie temi hasłami idzie dość daleko, gdyż
uwalniają one od własnego myślenia i odpowiedzialności przed
samym sobą; są bowiem powołane do rzucania na wszystko
„snopów światła", nawet tam, gdzie trudno coś dojrzeć. Bardzo
częste i stąd wielce ulubione jest hasło „matka ziemia“, które
stworzył A. DIETERICH. Jednak zgóry musimy dodać, że on
tylko w bardzo niewielkiej części ponosi winę za obecne igraniez tern słowem — i byłby je z pewnością jak najostrzej potępił,,
gdyby mu życia starczyło.
Jeśli się kładzie na ziemi nowonarodzone dziecię, to dzieje
się to w tym celu, by otrzymało siły i życie od swej właściwej
matki-ziemi. Gdy się kładzie umierających na ziemi, to zwyczaj
ów ma wskazywać, że oni wracają do łona swej matki. Jedno,
musi się przyznać temu pojmowaniu, że jest bardzo poetyczne;
stąd też poeci dostarczają najlepszych przykładów na użycie tego
wyrazu. Lecz więcej dobrych stron nie można mu przypisać. Dla­
czego tedy kładzie się dziecko na ziemię ? Mojem zdaniem z tego
powodu, iż zwyczaj wymagał, by kobiety rodziły nie na łożu, lecz

194

na ziemi. Tak, ale i tö wyjaśniano ową „matką ziemią“, choć
jakiegokolwiek związku trudno tu dopatrzeć. Natomiast pod ręką
mamy zwyczaj ludów natu-y, u których wszystkie kobiety rodzą
na ziemi z tego li powodu, że ich chaty stoją na nagiej ziemi.
Musiały też tak niegdyś wyglądać chaty Greków i Rzymian,
których dawne zwyczaje życiowe przeniesiono w niezmienionej
formie do późniejszych domów i pałaców. Albo jakby się chciało
wyjaśnić równoczesne wymagania co do skuteczności wielu amu­
letów, które nie śmią dotknąć owej „matki ziemi“, by zachować
odpowiednią siłę? Może nas tu kto uszczęśliwi jakąś teorją
„polamośc sił“, by opanować rozbieżne fakty.
A zatem tylko w ten sposób osiągniemy pełne wyjaśnienie
obrzędów, jeśli poprostu przedstawimy dzieje ich i będziemy je
śledzić aż do punktu, gdzie stanowią organiczną część składową
danej kultury; odosobnione rozpatrywanie potrafi podać w tych
wypadkach jedynie psychologiczne lub racjonalistyczne motywy
{„siła magiczna“ i t. d.).
Przytoczymy teraz inny przypadek spokrewniony z powyższem zjawiskiem, tyczący się zwyczaju pierścionków. Z noszeniem
pierścionków łączą się u Greków i Rzymian pewne zwyczaje ;
w oznaczonych okolicznościach, jak podczas snu i przy uczcie,
musiano go zdejmować; ściągano go również z palców umarłego;
1 itagorejczykom nie było nawet wogóle wolno nosić pierścionków.
Celem uzasadniei ia tych dziwnych poglądów, wynaleźli już uczeni
starożytni twierdzenie, że praktyka ta jest zupełnie słuszna z tego
powodu, gdyż pierścień stanowi pewnego rodzaju pęta, trzymające
w uwięzi duszę — a myśl tę z pewną bezmyślnością podchwycili
i powtórzyli uczeni nowożytni. Jeszcze najsumienniej zbadał ten
pogląd HECKENBACH i usiłował wybrać z niego zarówno pierwiastki
kulturalno-historyczne, jakoteż objaśnić konsekwentnie stronę prak­
tyczną. Wywnioskował on mianowicie z (symbolicznego) charakteru
opaski, który według jego zdania należało przyznać pierścieniowi —
sądzę, że pod wpływem rozprawy J. LIPPERTA o pochodzeniu
pierścienia u Niemców i Słowian — że najstarszą jego formą była
nić owita dokoła palca. Pod względem metodycznym 'est to
wniosek bez zarzutu, a nawet świetny o tyle, że każdy symbol
wyprzedza pewna odpowiadająca mu rzeczywistość; po dokładniejszem jednak dociekaniu okazuje się cała chw:ejność jego, jak
również przesłanek, na których się opiera. Znamy oczywiście bardzo

195
dobrze z pomników starożytnych nici owijające poszczególne członki;
dziwnym jednak trafem nie znajdują się one nigdy — o ile tylko
sam matirjał do takiego sądu uprawnia — na palcach, a nadto
mają węzły. Ostatni fakt jest ważny z tego względu, że z jednej
strony mamy tu objaśnić pozornie zabobonne poglądy, ceniące
wysoko wszelką drobnostkę, z drugiej zaś z tego powodu, że
owe Węzły mogły być bardzo dobrze naśladowane w metalu ;
w rzeczywistości jednak nie znajdujemy ich wcale na pierścionkach
z tego materjału. Do nici, owitych dokoła członków nawiązują
bez wątpienia naszyjniki i naramienniki (względnie łańcuchy), przy­
pominające w wyraźny sposób swoje pochodzenie, choćby już ze
względu na własną postać. Nici bowiem służące pierwotnie do
upiększenia ludzi zaczęto ze wzrostem kultury i przy rosnących
wymaganiach, wyrabiać z materjału przyjemniejszego i droższego.
Już wcześnie jednak złączono Z niemi wierzenie; że się przyczyniają do powodzenia człowieka: być może dlatego, że początkowo
tylko bogatsi sobie pozwalali na ten zbytek. W ten sposób bowiem
stara się każda epoka, stosownie do panującego wówczas nastroju
zasadniczego, usprawiedliwić istnienie i kcn eczność własnych oby­
czajów i zwyczajów; musiano znaleźć przyczynę noszenia nici
i pierścionków — nie dlatego, by ów zwyczaj był jakiemś „piekącem zagadnieniem“, nad któremby mozolnie ślęczano, lecz po
prostu z tego powodu, że rodzice musieli dać odpowiedź na
pytanie ciekawego dziecka ubierającego ową ozdobę — a tę od­
powiedź przekazywano dalszym pokoleniom jako wierzenie i naukę
przodków. Rozumiemy więc teraz zupełnie dobrze, że nawet w cza­
sach, w których noszono złote i srebrne łańcuchy, znano jeszcze
nici. Co w nich było ozdobą, dotrzymało kroku w postępie kul­
tury; co w nich było magjo-religją przestało wzrastać, lub nawet
uległo zniszczeniu, a własny żywot wiodły jedynie idee z niemi
związane: rozdział form zwyczajowych odpowiadał w zupełności
rozróżniczkowaniu pojmowania. Wiara trzymała się formy pierwotnej
i stała się zabobonem w tej chwili, kiedy obok niej wystąpiła
inna, już zracjonalizowana forma (jako czysta ozdoba), i gdy ludzie
uświadomili sobie różnorodny charakter obu zwyczajów.
Lecz z powyższemi pierścieniami (więc naramiennikami, na­
szyjnikami i in.) nie ma nasz pierścionek na palcu nic do czynienia.
Co więcej, nie może on mieć z niemi żadnej łączności, gdyż jest
obcym nabytkiem kulturalnym, podczas gdy powyższe pierścienie

196
są — jak się zdaje — w Grecji wytworem miejscowym. Przy­
najmniej HOMER, tak rozrzutny w opisach wszelkich ozdób, nie
zna wcale pierścionków, jak to już starożytnych uderzyło według
świadectwa PLINJUSZA. A jeśli sobie przypomnimy, że Pitagorejczycy, którzy dogmatyzowali prawie bez wyjątku stare wierzenia
i zwyczaje ludowe, nie chcieli nosić pierścionków — wówczas
mamy już rozwiązane zagadnienie. A zatem nienoszenie pierścionków
jest tylko dalszym żywotem starej kultury, która ich zupełnie nie
znała. Jeśli się mógł utrzymać ten zwyczaj tylko w oznaczonych
kołach, a dalej ostatecznie tylko dla pewnych, w życiu jednak
szczególnie określanych okoliczności — odpowiada to zjawisko
całkowicie zbiedniałemu żywotowi, który zwyczajnie wiodły owe
przeżytki. Rozumiemy też, jak można było otrzymać zachętę do
chwytania się objaśnień w ogólności; że jednak te obj. śnienia
nie są zasadniczo niczem innem, jak tylko zastosowaniem idei
zbiorowych — nie potrzeba na to chyba osobnego dopiero
wykładu.
Otóż widzimy, że rzeczywiste wyjaśnienie może się jedynie
opierać na przedstawieniu historycznego rozwoju. Metoda ta jednak
nigdy się nie podoba — będzie się jej zarzucać zapoznanie mo­
mentów psychologicznych. Wszak tysiąc razy wygodniej jest,
wskazać poprostu na „najgłębszą“ przyczynę, by wszystko ujrzeć,
bardzo dokładnie rozjaśnione, w blasku tych „snopów światła“.
Ponieważ jednak jesteśmy już raz przy pierścieniach, warto
będzie zapewne zadać sobie trudu i opowiedzieć dzieje pierścionka
ślubnego. S. REINACH przytacza rozliczne legendy starożytności
(np. opowieść o pierścieniu Polikratesa), w których odgrywa rolę
pierścień w połączeniu z morzem, i wyjaśnia je małżeństwem,
które odnośni mocarze z niem zawierali. Przypomina on nam
również jako wyjaśniające podobieństwo znaną ceremonję, którą
corocznie spełniał doża wenecki wrzucając pierścień w morze:
ceremonję tę określano jako małżeństwo z morzem. Ale tłuma­
czenia REINACHA kuleją w samem założeniu: nie znamy bowiem
w starożytności użycia pierścionka ślubnego, które u nas jest
powszechne ; a nadto tłumaczenie zwyczaju weneckiego jest tylko
tłumaczeniem, i to właśnie nie szczególnie jasnem. Pewien rodzaj
pierścienia ślubnego spotykamy jedynie u Rzymian: był to że­
lazny pierścionek, który narzeczony wręczał swej narzeczonej.
Nawiasem należy sobie przypomnieć, że oddawna tak samo

197
w Lacedernonie noszono pierwotnie pierścienie żelazne. Podobnie
jak na wschodzie dawano i w Rzymie pierścień jako zastaw przy
kupnie (arm). A zatem zwyczaj rzymski dałby się wyprowadzić
z pierwotnego kupna narzeczonej, a pierścień możnaby uważać
za arrabo amoris (zastaw miłości, Plautus Mil. 957), za wytwór
ogładzonego uobyczajnienia, które niosło z sobą dalej stare formy
życiowe,-podsuwając im nówą myśl symboliczną. Że takie przed­
stawienie nie jest czczą konstrukcją, stwierdza najlepiej istniejąca
jeszcze w historycznej dobie, choć już też zanikająca forma za­
wierania małżeństwa, jako coemptio (kupno), gdzie narzeczony wy­
stępował jako coemptionator. Zwykła dzisiaj wymiana pierścionków
zyskała sobie prawo obywatelstwa dopiero wiele wieków później
dzięki zlaniu się innych zwyczajów.
OWIDJUSZ chcąc uzyskać moment porywającego tragizmu
dla swej opowieści o Persefonie, wykorzystał w tym celu tę oko­
liczność, że córka Demetery nie może z tego względu już nigdy
powrócić na świat żyjących, ponieważ skosztowała ofiarowane jej
jabłko granatowe. Kto sobie wogóle zadaje na tyle trudu, by
przytem coś nie coś pomyśleć, pojmuje owo jabłko granatowe
jako „potrawę magiczną“, przykuwającą wskutek jej skosztowania
daną osobę do odnośnego miejsca, podobnie jak jadło zmusiło
. Odysseusza do pozostania w kraju Lotofagów, względnie jak napój
lethejski zmuszał do pobytu w Hadesie. Inne wyjaśnienie jest też
zresztą niemożliwe, dopóki rozpatrywamy tę legendę odrębnie,
czyli samą dla siebie; jeśli zaś spróbujemy ją wmieście w krąg
kultury ogólnej — wówczas ukaże się całkiem inny obraz. Wprawdzie
jest bardzo rozpowszechniony zwyczaj wręczania jabłek młodemu
małżeństwu — lecz mógłby ktoś przypuścić, że i on może mieć
podłoże magiczne. Ale u dzisiejszych ludów bałkańskich, także
u Bułgarów, znajdujemy laki zwyczaj, że na znak udzielonej gościn­
ności podaje się przybyszowi jabłko, podobnie jak w Rosji chleb
i- sól. Przyjęcie jabłka oznacza przyjęcie gościnności. Ogólny ten
zwyczaj uzyskał szczególne znaczenie przy ślubie ; narzeczony
wręczał jabłko narzeczonej. Przyjęcie owocu było jednoznaczne
ze słowem „tak“, wyrzeczonem przed księdzem, było zezwoleniem
na ślubne współżycie z mężczyzną. .Jeśli zaś Persefona przyjęła
jabłko, postąpiła tak, jak wszystkie dziewczęta czyniły przy ślubie,
a mianowicie oznajmiła wskutek tego swą wolę co do pożycia
Lud. T. XXI.

14

198

z mężczyzrą, który ją porwał — i oczywiście już nie mogła więcej
powrócić do matki.
Po tych ostrzeżeniach przed niebezpieczeństwami, związanemi z wyjaśn'en.em, należałoby obecnie podać w systematycznym
wykładzie nietylko możliwości objaśnień, lecz także wskazać drogi,
po których ma iść właściwa metoda, oddająca pełną sprawiedliwość
racjonalnemu pierwiastkowi w wierze i w obrzędzie. Nie można
jednak uczynić zadość temu zadaniu w niniejszej pracy, gdzie
chodzi raczej o podanie odpowiednich wskazówek i pobudek.
Rozliczne ukształtowania tej metody w praktycznem jej zastoso­
waniu wymagałyby zgrupowania nader obfitego materjału, mogą­
cego chyba tylko zaciekawić uczonego-znawcę. Powoli już zaczyna
utrwalać się zapatrywanie, że w związku z niniejszem zagadnieniem
zasługują na wzmożoną uwagę zabawowe i ekspresywne czynności
człowieka, gdyż dopiero one mogą wytłumaczyć znaczną ilość
obrzędów, wyjaśnianych dotychczas jedynie przeróżnemi symbolicznemi określeniami. Wystarczy wziąć tu choćby pod uwagę
bogatą literaturę o obrzędach fallicznych z rozmaitemi kombina­
cjami niesmacznych często pomysłów. Wiadomo wszakże, że nie­
mało uczonych wyprowadza nawet z tych obrzędów całą religję.
Krytyczne więc ich rozpatrzenie byłoby bardzo pożądane, ponie.
ważby wreszcie wykazało całą niedorzeczność dotychczasowego
pojmowania. Zwróćmy oto uwagę na dwie formy obrzędów fal­
licznych. W czasie precesji na cześć boga Dionizosa niesiono
w Atenach, jakoteż w innych miastach drewniane posągi, nazwane
phalloi, ze względu na swe podobieństwo do członka męskiego;
odpowiednio do tego, pieśni w czasie tej procesji śpiewane, na­
zywały się phallika. Jest rzeczą jasną, że nie mamy żadnego prawa
porównywać tych pieśni z zachowanemi rzymskiemi priapeia, (które
są potwornym płodem swawolnych żartów i wywołują rumieniec
wstydu nawet na twarzy ludzi przywykłych do silnej dawki „na­
tury"), ponieważ starożytność nie znosiła w religji libertynizmu,
a tem mniej żartów. Phallika zatem były zarówno religijnemi
hymnami jak inne, a tylko ich nazwa brzmiała tak nieprzyzwoicie.
Jakież tedy okoliczności zachodzą odnośnie do tych phalloi?
Czy mamy rzeczywiście w to uwierzyć, że w starożytności nosili
ludzie publicznie, na cześć bóstwa, podobizny męskich członków,
i czcili je? Nadto dowiadujemy się z napisów, że miasta nawet
kazały corocznie ciosać z drzewa olbrzymi phallos. Zagadka roz­

199

wikła się, jeśli oglądniemy stare posągi kultowe Dionizosa i zwa­
żymy, że dawne posągi kultowe były wogóle sporządzane z drzewa,
i — jak to właśnie nasz przykład wskazuje — były coiocznie od­
nawiane. Na obrazach wazowych, przedstawiających ucztę religijną
widzimy często na stole Dionizosa: jest to kawał drzewa, na
którem snycerz prostą, grubą rysą odznaczył głowę i szyję (stąd
też podobieństwo z phallosem, i stąd nazwa). Włosy, oczy, nos,
usta są na nalowane, broda czasem przyklejona, skronie uwień­
czone liściem winnem; słup otrzymuje suknie — jak wogóle po­
sągi kultowe w starożytności, zamiast ramion tkwią z prawej
i lewej strony dwie w nne latorośle, zwrócone ku górze. Któż
więc wobec tych obrazów może wątpić, że phalloi, które nieśli
wierni w czasie procesji, nie były właśnie takiemi nieociosanemi
posągami Dionizosa, które pc skończonej procesji przystrajano
do uczty? Nazwa wprawdzie nie brzmi powabnie, ale była nietylko dowcipną,' lecz też i dobitną, a Ateńczycy lubili właśnie
takie ludowe, nieco pieprzne określenia. '
Lecz nie wszystkie obrzędy falliczne dadzą się w ten sposób
wyjaśnić. W starej komedji, np. u ARYSTOFANESA, wyróżnia się
członek męski u występujących aktorów zbyt wyraźnie wskutek
przedłużenia przez worek skórzany — tak, że nie można przeoczyć
tego phallosc, zwłaszcza, że noszono go całkiem swobodnie i z wielką
paradą. Komedja attycka przejęła ten strój z narodowej komedji
sycylijskie,, która wyrosła z ludu i przetrwała jeszcze całe wieki
prawie bez zmiany w t. zw. przedstawieniach flyaków, aż do
czasów hellenistycznych. Starano się jednak wywieść tę komedję
z religji ; oto obrzędy tyczące urodzajności — których opis uważam
za zbędny — miały się ostatecznie przyczynić do jej powstania.
W tym wypadku opierają się uczeni wyłącznie tylko na osobli­
wości stroju, a nie na creści komedji. Znaną jest rzeczą, że owa
komedja w skrajnem przeciwieństwie do attyckiej tragedji, prze­
strzegała jak najściślejszej łączności z życiem, czerpiąc stamtąd
nietylko typy, nietylko odnośne motywy, lecz przedewszystkiem
także realistyczny sposób przedstawienia. Prawdopodobnie starała
się też osiągnąć jak najmożliwszy realizm i w strojach. Będziemy
tedy próbowali zbadać, czy właściwy fallos jest realistyczny, t. j.
czy się da wyjaśnić na podstawie ubioru. Nie jest to znowu taką
niemożliwością. Wszak wszyscy kaznodzieje XVI-gn stulecia grzmią
przeciw „djabłu od spodni“, oraz przeciw dziwnemu zwyczajowi
14*

200

mężczyzn, którzy (podobnie jak kobiety strojące natrętnie swe
piersi) wypychają członka męskiego, każąc sobie w tym celu
szyć osobną kieszeń, zwisającą z przodu; a chcąc zawstydzić mę­
skich słuchaczy, zdradza kaznodzieja, że niema tam nic istotnego,
a worek jest wyścielony tylko gałganami. Co jest możliwe pod
tym względem dla wieku XVI-go po Chr., jest też możliwe w pry­
mitywniejszych stosunkach kulturalnych wiele stuleci przed Chr..
Mamy tu nadto wyraźne świadectwo dla Egiptu, gdzie bógkarzełek Bes, stojący w swym typie tak blisko flyaków, w rzeczy­
wistości nosi często członka w pochwie ; wyjaśniano to trafnie
w ten sposób, że wskutek pochwy miało się uniknąć czynników,
wzbudzających chorobę członka „bilharzia“, która i dziś jest tam
na porządku dziennym. — U ludów pierwotnych są owe pochwy na
członki bardzo rozpowszechnione; są one najczęstszym przed­
miotem w naszych muzeach etnologicznych. Na wyspach Salomona
jakoteż Admiralskich chodzą mężczyźni nago, a przy sposobności
zakrywają żołądź muszlą Cypraea ovula; gdzieindziej używają,
w tym celu pewnego gatunku dyni — jedno i drugie częścią dla
ozdoby, częścią dla ochrony. Jeśli więc mamy takie podobieństwa,,
wówczas chyba w pierwszym rzędzie należałoby raczej i faiios
flyaków wyprowadzić z tego zwyczaju (i to jako jego dziwaczne
wypaczanie), wskutek czego utrzymały się oznaczone typy zanika­
jącej kultury — aniżeli nawiązywać do obrzędów urodzajności,
o których nikt nie może powiedzieć, ani czem były, ani jak wy­
glądały !).
Druga wielka część obrzędów jest' pozostałością dawnych
przyzwyczajeń życiowych jak np. stroju, rodzaju mieszkania i in..
Trzecia część wywodzi się z czynności czysto świecko-prak') Bardzo odpowiednie potwierdzenie mojej interpretacji znalazłem w ostatniej,
chwili : przypuszczają mianowicie uczeni, że taki był ubiór ludności przedgreckiej ;.
por. O. Schräder, Aus griechischer Frühzeit (w : Festschrift zur Jahrhundertfeier
der Universität zu Breslau, Breslau 1911, 466): „Die Tracht des gemeinen Mannes,
war in mykenischer Zeit eine ungemein primitive, an die der Germanen des Tacitus (Germ. Kap. 17) erinnernd: Tegumen omnibus sagum fibula aut, si děsit,
spina consertum, cetera intecti (dazu die von Tacitus nicht genannte Hose: dh,'
ursprünglich der Schurz). Der Mykenier trug also nur einen Mantel und um die
Lenden einen Schurz, unter dem sich nach den neueren Forschungen,
noch ein sogenanntes Penisfutteral, ein Schutz für die Ge­
schlechtsteile befand“. W takim właśnie ubiorze też występują aktorzj
w starej komedji.

201

tycznych, które później wskutek połączenia z sakralnemi, nabrały
same znaczenia sakralnego, i w dalszym rozwoju utrzymały je
nawet tam, gdzie nie potrzebowały mieć tego znaczenia. Ponieważ
z tej grupy nie poznaliśmy jeszcze żadnego przykładu, zastano­
wimy się zatem nad pochodzeniem libacji u Greków i Rzymian:
zanim umaczano usta w puharze, wymagał zwyczaj, by kilka kropel
wyiać na ziemię, gdyż była to — jak mówiono — ofiara dla
bogów. Przeciw temu pojmowaniu nie wysunął nikt jeszcze żad­
nych wątpliwości, chociaż nie można wątpić, że zwyczaj w takiej
formie nie mcże być pierwotny. Znajduje się on również u innych
ludów, i ta okoliczność zezwala na wyjście poza obręb greckiej
spekulacji. W talmudzie opowiada Abbaje, że „myślał pierwej,
iż zwyczaj wylewania z dzbanka kilku kropel wody przed napi­
ciem się, ma w tem swój powód, że chodzi o usunięcie pływa­
jących na powierzchni rzeczy ; później jednakowoż został pouczony,
że dzieje się to wskutek „złej wody“, gdyż — jak uczy Raszi —
mógł stąd upić szed (djabeł)“. Dowiadujemy się więc z tego cie­
kawego miejsca, że zwyczaj zamierzał pierwotnie usunięcie nieczy­
stości i dopiero później uzyskał inne znaczenie, odpowiadające
zresztą stosunkom, względnie panującej spekulacji. Najlepsze po­
dobieństwo nastręcza nam dzisiejszy zwyczaj przy stole; jeśli
mamy nalać komuś wina z odkorkowanej świeżo flaszki, upuszczamy
wprzód kilka kropel do własnej szklanki.' Zwyczaj ten, który stał
się czystą grzecznością, nawiązuje też do motywu czystości. Wątek
zabobonny otrzymał zaś u Wetterauczyków, którzy przy nadpoczęciu dzbanka wody, zaczerpniętej ze źródła mineralnego, wy­
lewają pierwsze, krople na ziemię.
Środki zdrowotne, uwydatniające się we wspomnianym obrzę"
dzie, spowodowały też inne nakazy i zakazy. Już inni uczeni do­
myślają się, że nakazy tabu, znajdujące się prawie u wszystkich
ludów, a dotyczące pewnych potraw, nawiązują do szkodliwego
działania tychże, i to albo stałego, albo zachodzącego tylko
w pewnych okolicznościach.
Na podstawie tych kilku przykładów, które łatwo można
pomnożyć, chciałem podkreślić kult drobiazgów (Andacht zum
Kleinen), jak to nazywał J. GRIMM: niestety ustępuje on zawsze
przed fałszywemi, ale olśniewającemi sofizmatami nowoczesnych
religjoznawców. Dopiero wówczas i ten kult będzie ceniony, jeżeli
metoda historyczna uchodzić będzie za jedyną prawdziwą metodę

202

naukową. Metoda ta wykaże, że myśl magiczna i religijna w za­
sadnie nie jest inną od myśi: świecko - praktycznej, że obrządy
tak samo są czynnościami racjonalnemi, a zabobonne zapatrywania
przypuszczeniami tak samo roztropnemi, jak należące do tej samej
kultury świeckie czynności i zapatrywania. Ta jedność nadświata
i świata ziemskiego, występująca w tem jednolitém pojmowaniu
wiary i wiedzy, obrzędu i czynności, umożliwi dopiero takie
przedstawienie dziejów kultury ludzkiej, jakiego słusznie domagają
się nowożytne dążenia naukowe.

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.