e713d7f24731aead01ef259a53802e9b.pdf

Media

Part of Rozbiory i sprawozdania, cz.2 / Lud, 1896, t. 2

extracted text
-

173 —

I żona m ię o p u ściła —
I do W ie d n ia p o w ró c iła ;
W z ię ła z so b ą s y n a m ego,
N a p o le o n a m łodego.
T e ra z n a w y sp ie p rzeb y w am ,
C esarzem się nie nazyw am ,
T ecz siedzę so b ie spokojnie
I nie m yślę już o wojnie.
P ie śń p o w y ższą śp iew ają dziew częta w iejskie w K o sten io w ie,
pow . P rz e m y śla n y , w G alicyi w schodniej, p o w racając z pola. C ie­
k ą wem jest, czy tej p ieśn i tw ó rc ą je st lud, czy też żołnierze p rz y ­
n ieśli j ą p od strze ch ę w ieśniczą, k tó rzy w a lczy li w w ojsku n a p o leońskiem .
Leonard Leêg
naucz. lud.

R O Z B IO R Y I S PR A W O Z D A N IA .
S ta n isla u s Draźdźyński. D i e s l a v i s c h e n O r t s n a m e n S c h l e ­
s i e n s . Teil I. Kreis Leobschütz, wydr. w Sprawozdaniu król. katol. gimnazyum w Glupczycach (Leobscbiitz) na rok szkolny 1895/6, str. 19.
Wyżej na str. 115 nast. umieściliśmy obraz tego smutnego procesu,
który się odbył w historyi narodu polskiego na Szląsku, wskazanego, dzięki
własnym książętom, na powolną zagładę, której jeżeli nie uległ całkowicie,
to zawdzięcza przedewszystkiem swoje ocalenie dzielności i konserwatyzmowi
ludu polskiego. Oprócz żywego świadectwa tej. walki wiekowej, jakie przed­
stawia nam przeszło milion żyjących na Szląsku Polaków, przychodzą jeszcze
dokumenty wprawdzie martwe, ale nie mniej ważne i pewne, które z je­
dnej strony potwierdzają fakta przez historyę podawane, z drugiej rozszerzają
je i uzupełniają w ten sposób, że granice etnograficzne narodowości pol­
skiej na Szląsku pierwotnie sięgały o wiele dalej i że skutkiem tego eksterminacyjnego procesu zwęziły się do dzisiejszych rozmiarów. D okumen­
tami tymi są nazwy miejscowe, których znaczenie ocenia się dzisiaj po­
wszechnie nietylko pod względem historycznym, ale, co ważniejszem jest,
także etnograficznym.
Dzięki badaniom nad nazwami miejscowemi, zostało wyjaśnionych
wiele kwestyi narodowościowych, na które dokumenty historyczne nie mogły
dać dostatecznej odpowiedzi, wiele z fałszywych lub tendencyjnych hipotez
i twierdzeń historyków, zwłaszcza takich, którzy pisali historyę dla celów
politycznych, musiało upaść wobec przeciwnych dowodów niezbitych, których
dostarczyły nazwy miejscowe. Mianowicie na terytoryach spornych, zam ie­
szkałych obecnie przez narodowości o b c e , nazwy miejscowe są kluczem,
otwierającym przeszłość tych miejscowości dla wiedzy historycznej. Te
względy jeżeli gdzie, to na ziemiach polskich, mają doniosłe znaczenie, gdyż

— 174 wiadomą je st rzeczą, jakie pod tym względem dzieją się przeinaczania, lub
tępienia nazw polskich, żeby nadać cechę ziemiom tym nie polską —
praca, która, pomijając jej niemoralną stronę, wobec h i s t o r y i okazuje
się co najmniej jako s i s y f o w a .
Zdawałoby się rzeczą zupełnie naturalną, że w rzeczach, w których
wiedza fachowa, oparta na gruntownej nauce, powinna rozstrzygać, wszelkie
zakusy niepowołanych, albo wogóle nie pojawią się na widowni świata nauko­
wego, albo jeżeli pojawią się, to doznają należytej odprawy ze strony sumien­
nej krytyki naukowej. Takiej wiedzy gruntownej, wyposażonej w znajomość
zasad studyow językowych, wymaga badanie nazw miejscowych i ich tłómaczenie, czyli ich etymologia. Tymczasem jeżeli na jakiem polu, to właśnie
na tem pojawiało się i pojawia jeszcze wiele dzieł i prac, których autorowie są tego przekonania, że im więcej starać się będą jeżeli nie wszystko,
to prawie wszystko wytłómaczyć, tem większą praca ich zyska wartość
i oryginalność. W tej mierze przodują uczeni niemieccy, wprawdzie nie
tego zakroju co M i i l l e n h o f f i jemu podobni, ale całe masy minorum
gentium, którzy, czy to w dziełach osobnych, czy też rozprawach umiesz­
czanych po czasopismach i programach szkolnych, chcą jednym pokostem
powlec swoją ojczyznę niemiecką, nadając jej czysto niemiecki charakter,
a granice ja k najszersze.
Korzystnie wyróżnia się praca pod powyższym tytułem, której autor
choć nie stoi na wyżynie dzisiejszej nauki językoznawstwa, do czego
przedewszystkiem stosunki miejscowe i środki naukowe stały na przeszko­
dzie, to jednak obeznany jest dostatecznie z wynikami badań językowych,
tak, że praca jego ważnym je st przyczynkiem do historyi nazw miejsco­
wych na Szląsku. Opierając się na pracach M i k i o s i c h a , które w tej
mierze dla każdego badacza trw ałą stanowić będą podstawę, oraz prof.
N e h r i n g a (Schlesische Ortsnamen auf w i t z ( i t z ) , ograniczył pracę swą
do jednego powiatu — głupczyckiego, przez co wartość jej tylko na gruntowności i dokładności zyskać mogła. K a ż d ą dzisiaj używaną nazwę spro­
wadza do tej formy, k tó rą na podstawie najdawniejszych dokumentów p i­
śmiennych osięgnąć może i postępując ta k chronologicznym porządkiem,
zyskuje klucz do oznaczenia jej właściwego brzmienia pierwotnego. P rz y­
kłady z dokumentów są bardzo bogate, tak, iż umożliwiają kontrolę nad
wywodami autora w zupełności. Byłoby tylko do życzenia, ażeby źródła p o ­
dane były w skróceniu, gdyż przez to dowodowa ich wartość staje się tem
większą, jeżeli znane będą pod względem natury i pochodzenia.
Dla wytłómaczenia pochodzenia i znaczenia każdej nazwy, przywodzi
autor podobne nazwy, znane gdzieindziej, ta k z języka polskiego, jakoteż
czeskiego i innych słowiańskich. P rz y tłómaczeniu postępuje rozważnie
i ostrożnie, unikając wszelkich niepewnych hipotez i nie wdając się w n ie­
potrzebne wywody, poprzestaje na zastósowaniu tych zasad, które dotych­
czas jako pewne dane przez naukę uznane zostały. Nie omieszka także,
jeżeli do tego nadarza się sposobność, poprawiać i prostować twierdzenia
i wywody uczonych niemieckich, w czem słuszność zawsze po jego stronie leży.
N a wstępie wypowiada autor ogólne myśli o znaczeniu języka dla b a ­
dań historycznych, przyczem posuwa się niekiedy za daleko, np. jeżeli
twierdzi, że „z form językowych (obok treści języka) można poznać naj­
starsze epoki życia naro d u “, że „z porównania ich z innymi języ­
kami można oprócz pokrewieństwa także p i e r w o t n ą o j c z y z n ę oznaczyć,

-

175 —

z której północno-zachodni odłam szczepu aryjskiego przez U ral przeszedł
do E u r o p y “ , sfa ’, i . F o r m a zewnętrzna, nawet cała budowa ję zyka nie
mówi nie o kulturnej przeszłości narodu, a co się tyczy p i e r w o t n e j o j ­
c z y z n y szczepu aryjskiego, to kwestya ta znajduje się w stadyum dyskusyi naukowych, które dawne twierdzenie o azyatyckiej ojczyźnie Aryjczyków, jeżeli dotychczas nie obaliły jeszcze, to znacznie zmodyfikowały,
zob. „ L u d “ I., str. 97 i nast.
Z szczegółów zasługują, następne na zanotowanie i sprostowanie.
Formie skr. v ê ç a s , łać. v i c u s , odpowiada stsłow. vbsb a nie y s , str. 6,
Od B l i ż e k forma czeska brzmieć musi B l i s z ť i c e a nie В 1 i żc z i c e , jak sądzi autor, str. 8 i taką też formę p rzy ta cz a: B I i s z t i c e ,
któ ra je st prawidłowo utworzoną według głosowni czeskiej od b І i ż e к - i с e.
Nazw typu poi. B r o n i c a í В r a n i с a, nie można stawiać na równi
ze sobą, str. 8, gdyż opierają one się na prototypach, które w języku poi.
różne dają refleksy: b r a n i b r o n .
Niem. nazwa C o m e i s e , czesk. O h o m i z, stoją wprawdzie w bli­
skim związku z analogicznemi nazwami C a r n o s e , C h ô m e s a, C o m e s a,.
C u m e y s i n it p . , ale nie mają nic wspólnego z takiemi nazwami ja k czesk.
C h o m a u t y i t. d., a tem samem nie m o g ą o p ie ra ć się na prototypie c h ô ­
m e n t , j a k to utrzymuje autor, str. 8 — 9. Źródła tej nazwy trzeba szukać
w formie „ k o m i s “, c h o m i s , k tó rą podaje czesk. C h o m i ż , zachodzące
w tymże języku w postaci c h o m á š , narzecz. c h o m i š z znaczeniem
„krzew “, „zareśle“.
Nazwa poi. D a m a s z k o i odpowiednie jej czeskie nic nie mają
wspólnego z wyrazem d o m u s, str. 9, ale opierają się na imieniu zdrobnia­
łem D a m a s i u s .
Nazwa L a n g e n a u , czesk. L a n g ó w o, nie ma nic wspólnego z na­
zwami tego rodzaju ja k czesk. L a n o w itd. lub wyrazami polskiemi ł a n ,
cżesk. ł a n , str. 13, lecz opiera się n a źródle słow., z którego pochodzi
poi. ł ą g , ł ę g , stsłow. lągT, itd.
Nazwa L e i s n i t z, czesk. L i s t i c e , L i s z t i c e , pol. Ł y s o c i c e,
pochodzące od imienia L y s o t a , nie jest w żadnym związku z stsłow.
bstb (zam. 1 s t ) dolus, str. 13, a tem samem przytoczone nazwy ana­
logiczne, ja k czesk. L i s k , poi. L e s t e k itd. nie należą dotąd.
Nazwa niem. L e o b s e h i i t z , poi. G ł u p c z y c e , nie pochodzi od
imienia G ł u p e k , pierwotnik g ł u p , stultus, str. 13, ale od zakładowej
formy g 1 u b właściwie g l i b — od której wywodzą się poi. g ł ę b o k i ,
czesk. h l u b o k i , słowień. g l o b ê t i immergi itd. i oznacza miejsce grzą­
skie, nisko położone trzęsawisko itp.
Mimo tych niedokładności, do których niejedną jeszcze możnaby dodać
uwagę, praca sama je st staranną i świadczy o tem, że autor, jeżeli spełni
swe przyrzeczenie i pracę tę, któ ra je st tylko początkiem jego studyów nad
nazwami miejscowemi Szląska, dalej w ten sam sposób będzie kontynuował,
zasłuży się dobrze nietylko około historyi Szląska, ale także — etnografii
polskiej.
D r. A n to n i K alina.

*
Adolf S tr z e le c k i.

&

*

Ludoznawstwo i zbieranie materyałów
l u d o z n a w c z y c h . (Odbitka ze „Szkoły“). We Lwowie r. 1895, str. 33.
A. Strzelecki, sekretarz Tow. ludoznawczego — był wydelegowany
z ramienia zarządu Tow. razem z p. Żmigrodzkim — na zeszłoroczny

-

176 -

walny zjazd Tow. pedagogicznego w Wadowicach. Dwaj delegaci potrafili
nawiązać bliskie stosunki pomiędzy obu Towarzystwami, przez ćo dzisiaj
możemy mieć nadzieję, że nauczycielstwo ludowe zajmie się zbieraniem
materyałów ludoznawczych, bez których wszędzie, a zwłaszcza u nas wszelki
postęp na polu ludoznawstwa jest — co najmniej — bardzo problematyczny.
(Sprawozdanie delegatów, por. „Lud:1 zesz. 6/7 za rok 1895 str. 189J.
Ażeby zbierać mateiyaly — trzeba wiedzieć jak, tj. musi być rozesłany
przez zarząd Tow. ludoznawczego wyczerpujący kwestyonaryusz. Zarząd bez
kwestyi zajmie się ułożeniem i rozpowszechnieniem takiego kwestyonaryusza,
na razie przedstawia nam p. Strzelecki w rozprawce, o której piszemy,
szkic kwestyonaryusza dla gromadzenia materyałów ludoznawczych, który —
jakkolwiek nie zupełnie ściśle ułożony — je st bądz co bądź opracowany
umiejętnie i powinien, zdaniem naszem, razem z rozprawką o „ludoznawstwie“ dostać się do r ą k ludzi, którzy żyjąc na prowincji, mogą już od
dzisiaj z kwestyonaryusza p. Strzeleckiego zrobić użytek dla celów naszego
Towarzystwa pożądany. To jedna i zarazem najważniejsza dobra strona
całej rozprawki.
,
Niemniej korzystną jest rzeczą, że autor w krótkich przynajmniej
słowach podaje określenie celów Tow. ludoznawczego i zaznajamia popu­
larnie czytelników o zakresie umiejętności, wchodzących ściśle w zakres
ludoznawstwa t. j. folkloru, etnografii i etnologii. Nie zupełnie godzimy
się na określenie p. Strzel., czem jest etnologia. Pisze on, że zadaniem
etnologii je st „odtworzyć obraz życia narodu“ . Jest to schemat bardzo ogólny,
ta k , że moglibyśmy tam całkiem dobrze umieścić obok etnologii także historyę narodu, ba nawet po części — socyologię, a to ze względu, żo p.
Strzel, przydziela etnologii w szerszym zakresie działania także — „zba­
danie cywilizacyjnego rozwoju ludzkości“ . Łatwiej zgodzić się na zdanie
autora, że etnologia ma na celu wyszukiwanie systematycznych wniosków
z materyału folklorystycznego i etnograficznego — ale jeśli takie określenie
przyjmiemy, to jużcić nie możemy równocześnie przydzielić etnologii tak
wiele, ja k to chce — autor. Rozszerzywszy tak, ja k podaliśmy — zanadto
zakres etnologii — nazwał p. Strzel. Towarzystwo ludoznawcze — konse­
kwentnie do swego założenia — towarzystwem „właściwie“ etnologicznem.
Nie godząc się na premisę — odrzucamy rozumie się i wniosek i r o z u ­
miemy, że Tow. ludoznawcze obejmując zresztą zakres przydzielony przez
p. Strzel. —- etnologii, będzie przecież czemś więcej jak Tow. etnologi­
cznem. Już dzisiaj przecież wciągnęliśmy w zakres „ludoznawstwa“ — a n ­
tropologię i socyologię i każdy, który dostanie do rą k przeszłoroczne ze­
szyty „ L u d u “, przekona się, że te gałęzie umiejętności nie dadzą się. pod
etnologię podporządkować.
Nie godząc się jednak z określeniem etnologii, nie mamy zamiaru r o ­
bić z tego względu wielkiego zarzutu dla rozprawki, bo nadto znaną je st
przecież rzeczą, że w definiowaniu poszczególnych i przeważnie nowych j e ­
szcze umiejętności, wchodzących do zakresu ludoznawstwa — polemika jest
po dziś dzień zupełnie otwartą.
Mniej tolerancyi dla zdania autora musimy okazać w innym względzie.
P . Strzel, cytuje słowa hr. Tarnowskiego, że „chłop ma te same przymioty,
te same upodobania, te same. skłonności, ten sam rodzaj umysłu, ten sam
rodzaj wesołości, co szlachcic. . . . “ i — godzi się na to zapatrywanie. Że
długie wspólne pożycie na jednem terytoryum geograficznem upodobniło

-

177 —

chłopa do szlachcica w wielu skłonnościach — trudno zaprzeczyć, ale —
analogie te nie są do dziś dnia ani tak ogólne, ani tak rdzenne — ażebyśmy
je mogli uogólnić i nazwać wprost tożsamością "Wszędzie psychologia lu­
dowa wykazuje znaczne różnice od psychologii warstw tzw. „wyższych“ —
u nas nawet wieik-ie, bo — jak sam p. Strzel, słusznie podnosi „dla wy­
kształconej części narodu naszego — niższe warstwy społeczeństwa są czemś
obcem, nieznanem ; stosunki między nami i ludem są przypadkowe, zewnę­
trzne, pozorne, najczęściej nawiązywane wtedy, gdy go potrzebujemy“ .
Tak jest dzisiaj i nie inaczej było w szlacheckiem społeczeństwie b.
Rzeczypospolitej polskiej — „ludoznawstwo", co także autor słusznie za­
znacza, może się stać pomostem między chłopem a mtełigencyą, ale sądzić
za p. Tarnowskim a prio vi, że właściwie pomost taki istnieje już z góry
dany w psychologii warstw ludowych i „szlachty“ — jest co najmniej prze­
sądzaniem całej sprawy i to przesądzaniem tem mniej prawdopodobnem, że
teoirya (zaboru) różnicy etnicznej ludu polskiego i polskiej szlachty, wzglę­
dne inteligencyi z niej się rekrutującej nie jest bądź co bądź pozbawioną
podstawy umiejętnej. Bez kwestyi! — różnica taka nie ma nigdy w społe­
czeństwach cywilizowanych doniosłości tak pierwszorzędnej, jak wśród b a r­
b arzyńcó w .— ale jest ona bądź . co bądź jedną z przyczyn głównych, które
ongi i na zróżniczkowanie psychologiczue wpłynęły i do dziś dnia pozosta­
wiły nie zatarte jeszcze ślady.
Uderza np. p. Strzel, silnie na prądy kosmopolityczne i
nie wiemy
z jego rozprawy, gdzie ich przeważnie szukać. Przecież — Płoszowski Sien­
kiewicza to nie postać z bajki — lecz typ tzw. międzynarodowej arystokracyi — przyczynek do różnic psychicznych chłopa i szlachkića
wzglę­
dnie pewnych warstw inteligencyi. Wogóle refleks polityczny autora nie
był, zdaniom naszem, w rozprawie o „ludoznawstwie“ koniecznem. W dzisiejszem zróżniczkowaniu się indywidualnem znajdujemy wszędzie ludzi,
o których słusznie prof. S i m e l twierdzi, że — jako kosmopolici — s t a ­
nowią pomost różnych wpływów cywilizacyjnych i jeśli występują politycznie,
to zwykle obok stronnictw, które — jako najmłodsze, streszczają w sobie
międzynarodową — cywilizacyę lub przynajmniej — dążą do tego. My mo­
żemy — co najwyżej — fakt ten raz jeszcze skonstatować, ale — nie na­
leży, zdaniem naszem, do celów ludoznawstwa — załamywanie r ą k wobec
objawów życia społecznego. Jeśli kto, to właśnie p. Strzel, zajmujący się
socyologlą — nigdy nie może spuszczać z oka wierszyka, który sam u wstępu
swej rozprawki zacytował :
„W y nie cofniecie życia fal,
Nic skargi nie pomogą;
Bezsilne gniewy, próżny żal,
Świat pójdzie swoją d ro gą“.
Na tem wyczerpaliśmy wszelkie zarzuty, które nasunęły się nam przy
odczytaniu rozprawki o „ludoznawstwie“ . Zarzuty te, osobliwie ostani nie
należą — zdaniem naszem — do mało ważnych ; zważywszy jednak, że roz­
prawka p. Strzel, ma strony dodatnie jeszcze ważniejsze, które powyż
podnieśliśmy, że — może korzystnie przysłużyć się do poparcia celów i roz­
woju naszego Towarzystwa, możemy w ogólnym sądzie uznać ją za poży­
teczną i, co więcej, ze względu na zamieszczony w niej kwestyonaryusz —
nadającą się do. rozsyłania jej przez zarząd Towarzystwa na prowincyę,
osobliwie do nauczycieli ludowych.
D r. K . J . G orzycki.
12

— 178 —

O d p o w i e d ź 1).
Powyższej, jakkolwiek bardzo pochlebnej recenzyi, nie mogę pozo­
stawić bez odpowiedzi a to ze względu na zawarte w niej zarzuty.
Pomijam uwagę, iż kwestyonaryusz podany w mej broszurce nie je st zu­
pełnie ściśle ułożony. Zaznaczyć tylko mogę, iż broszurka moja je st odbitką
artykułów umieszczonych w „Szkole , a pisząc te artykuły, musiałem mieć
ciągle na uwadze rozmiary, jakie redakcya tego pisma mi naznaczyła,
a wskutek tego poruszyć w nich mogłem tylko najważniejsze kwestye; to
właśnie je st przyczyną, że w kwestyonaryuszu również ograniczyłem się na
główne p unkta poszukiwań.
O wiele ważniejsze są dalsze zarzuty Dra Gorzyckiego. I tak, Szan.
sprawozdawca nie godząc się na moje określenie, że zadaniem etnologii jest
„odtworzyć obraz życia n arodu“, zarzuca, iż „jest to schemat bardzo ogólny,
tak, że moglibyśmy całkiem dobrze umieścić obok etnologii także historyę
narodu, ba nawet po części socyologię, a to ze względu, że autor przydziela
etnologii w szerszym zakresie także zbadanie cywilizacyjnego rozwoju ludz­
kości“ . Zakwestyonowany przez D ra Gorzyckiego ustęp mej broszury, z k tó ­
rego cofnąć nie mogę ani słowa, brzmi następująco: „Etnologia ma zakres
jeszcze szerszy (niż folklor i tenografia), a podstawą jej są materyaly, ze­
brane przez folklorystyczne i etnograficzne studya. Etnologia stara się wy­
kazać cechy wspólne poszczególnym narodom, ludom i plemionom, tak samo,
ja k i cechy różniące je od siebie ; bada genezę przeróżnych obyczajów i zwy­
czajów, zabobonów i wierzeń, legend i b a ś n i, przyczyny, które je wywołać
i spowodować mogły, geograficzne ich rozsiedlenie ; wykazuje wzajemne
wpływy poszczególnych narodów itd. Z a d a n i e m e t n o l o g i i j e s t : o d ­
t w o r z y ć o b r a z ż y c i a n a r o d u , p o c z ą w s z y od n a j d a w n i e j s zych,
p r z e d h i s t o r y c z n y c h c z a s ó w, a w s z e r s z y m z a k r e s i e zb a d a ć
c y w i l i z a c y j n y r o z w ó j l u d z k o ś c i “. Otóż skoro Szan. sprawozdawca
godzi się na dalsze moje określenie, że „etnologia ma na celu wysnuwanie
wniosków z materyału folklorystycznego i etnograficznego, to tem samem
godzi się na pierwszą część ustępu określającego zadanie etnologii w o d ­
tworzeniu obrazu życia narodu. Przecież badania nad cywilizacyjnym r o z ­
wojem ludzkości, począwszy od czasów przedhistorycznych, opierają się na
porównawczych studyach nad materyałem zebranym przez etnograficzne
i folklorystyczne poszukiwania, a więc eo ipso nawet zdaniem Szan. sp ra­
wozdawcy — wchodzą w zakres etnologii. Że zaś dzieje cywilizacyi czyli
dzieje kultury są obrazem życia narodu i to najważniejszej jego części,
bo obrazem ewolucyi życia umysłowego ludzkości, począwszy od zaczątków
tego życia, od dziecięcych lat umysłowości ludzkiej, na to zgodzi się za­
pewne Szan sprawozdawca.
Co do tego że i socyologię wciągam w zakres etnologii, to i ten zarzut
odpada wobec faktu, że socyologiezne badania opierają się wyłącznie na
studyach etnograficznych. Wogóle polemika co do do zakresu etnologii z a ­
prowadziłaby nas za daleko, przecież Dr. Głorzycki sam przyznaje, że zakres
’) Za zgodą autora powyższej recenzyi, umieszczoną została poniżej „odpo­
wiedź“ p. Strzeleckiego, a to z tego powodu, ponieważ obaj autorowie poruszają
kwestye, ściśle związane z Towarzystwem ludoznawczem, które to kwestye ‘nietylko dla czytelników „Ludu“, ale dla wszystkich, zajmujących się ludoznawstwem,
mają doniosłe znaczenie.

— 179 ten po dziś dzień ściśle oznaczony nie je st i dyskusya w tym przedmiocie
jest zupełnie otwarta.
Zauważyć tylko muszę jedno jeszcze. Zakres etnologii rozszerza się
z rokiem każdym. Do niedawna n. p zdawało się, że studya prawnicze leża
zupełnie poza obrębem badań etnologicznych. Tymczasem obecnie prawnicy
wstąpili w zastępy etnologów, dowodem najlepszym sżtuttgartska : Zeitschrift
für vergleichende Rechtswissenschaft, lub pomnikowe dzieło Posta : E th n o ­
logische Jurisprudenz Jeżeli teraz obszar, jaki zakreśliłem badaniom etno
logicznym, wyda się zbyt obszernym, to za lat kilka, kilkanaście, a choćby
nawet kilkadziesiąt, etnologia obejmie rzeczywiście i obraz życia narodu
(rozumie się historyczny) i celem jej stanie się „zbadanie cywilizacyjnego
rozwoju ludzkości" we wszelkich kierunkach. Wtedy urzeczywistnią się wy­
magania Bastiana, aby etnologia stala się nauką, któ ra ma zbadać „po­
wszechne prawa rozwoju myśli ludów (der Völkergedanken), zacząwszy ba­
dania swe metodą genetyczną od najniższych ludów, jako od najprzeźroczystszych organizmów. Tym sposobem dojdzie ona w następnych badaniach
do poznania, ja k z tych zarodów myśli rozwój duchowy postępuje do coraz
wyższych pomysłów, aż wreszcie w najwyżej stojących narodach dochodzi do
najwznioślejszych utworów myśli ludzkiej (Bastian : Der Völkergedanke im
Aufbau einer Wissenschaft vom Menschen, Berlin 1881).
Rozpisałem się zbyt szeroko, tak, że na odpowiedź na dalsze zarzuty
D ra Gorzyckiego mało mi zostaje miejsca. Pociesza mnie to, że jakkolwiek
Szan. sprawozdawca uważa je za poważniejsze od pierwszego, j a się na to
zgodzić nie mogę. D r Gorzycki dziwi się, że j a godzę się ńa zdanie hr.
Tarnowskiego o identyczności charakteru wyższych i niższych warstw, na
szego społeczeństwa i uważa to za przesądzanie całej sprawy. Przedewszystkiem zaznaczyć muszę, iż miałem tu na myśli podkład psychiczny chara­
kteru warstw niższych i wyższych. Podstawowe cechy charakteru narodo­
wego, powstałe czy to wyłącznie wskutek jednakich warunków terytoryum
przez n a r ó d polski od wieków zamieszkałego, czy też i wskutek innych
czynników, które od szeregu wieków w jednym i tym samym stopniu oddzia­
ływały na w s z y s t k i e warstwy społeczeństwa, te cechy podstawowe chara­
kteru narodowego, wszystkim warstwom społeczeństwa są wspólne, bo one
właśnie stanowią to, co n a r ó d p o l s k i od innych narodów odróżnia,
a przecież n a r ó d to nie szlachta sama, to nie lud — włościanin sam,
ale to wszystkie bez wyjątku klasy społeczeństwa, wszystkie bez wyjątku j e ­
dnostki narodowości polskiej razem wzięte. Przecież Dr. Gorzycki przyzna
mi, że różnice społeczne wyrobiły się dopiero po długiem, bardzo długiem
„pożyciu n a jednem terytoryum geograficznem“ , że powstały one dopiero
późno, wtedy, gdy wyodrębniające a wspólne wszystkim cechy narodowe już
oddawna istniały. Dziwi mię trochę, że Dr. Gorzycki jako argument contra
przytacza teoryę różnicy etnicznej ludu i szlachty. Gdyby nawet hipoteza,
że szlachta p dska pochodzi od drużyn rycerskich, które dopiero znacznie
później do polskich ziem przybyły, pozyskała uznanie całego świata nauko­
wego, to i wtedy nawet przyzna każdy, że wspólne pożycie (na gruncie
organizacyi patryalchalnej i na wspólnem terytoryum geograficznem), a oprócz
tego i niezaprzeczalne pomięszanie obu warstw: napływowej i podkła­
dowej, w przeciągu 8 lub i więcej wieków, wyrobić musiało wspólność
wielu bardzo cech antropologicznych i psychicznych, które stały się ce­
chami narodowemi, podstawą charakteru narodowego.

-

180 —

Przejść muszę wreszcie do ostatniego zarzutu narzekania na ,,prądy
kosmopolityczne“ . Przedewszystkiem Szan. sprawozdawca bardzo się myli,
używając słowa „kosmopolityczne“, gdyż ja mówię najwyraźniej w świecie
0 prądach „ k o s m o p o l i t y żujących“ . Na tem sprostowaniu mógłbym poprze
stać. Bo przecież Szan. sprawozdawca przyzna, że każdy etnolog, każdy
badacz ludu, godząc się z nieodzownym, koniecznym i pożądanym postępem
oświaty i cywilizacji wśród ludu, przecież uczuwa pewien smutek, gdy widzi,
że zamierają zwyczaje i obyczaje ludu jego wierzenia i zabobony, które
chciałby jeszcze, zanim wyginą, zebrać i uratować dla nauki. Że zaś prądy
k o s m o p o 1 i t y z u j ą c e istnieją, temu Szan. sprawozdawca nie zaprzeczy,
a czy konieczne je st w wielu wypadkach, aby one wzięły górę, o tem także
byśmy długo i szeroko mogli rozprawiać. Czy koniecznem jest n. p., aby
ubiory ludu, muzyka ludowa, charakterystyczne cechy twórczości plastycznej
1 architektury itd. itd. zaginęły, — wątpię bardzo, a ze mną, zdaje się,
wątpi każdy czytelnik „ L u d u “ i sam Szan. sprawozdawca również. To też
zdaje mi się, że słusznie zupełnie postawiłem w mej broszurze jako główne
zadanie naszego Towarzystwa:
1)
uratować i zachować
rzy życiu to, co
obok i pomimopo­
s t ę p u o ś w i a t y i c y w i l i z a c y i istnieć może i powinno;
2) uratować dla nauki i od zapomnienia to, co zaginąć musi i n ie­
długo zaginie (str. 5).
Wobec tego sprostowania zdaje mi się, że zupełnie mogę zaniechać
polemiki z końcowym ustępem recenzyi D ra Gorzyckiego, w którym wspo­
mina o „przyczynkach do różnic chłopa i szlachcica“. Ustęp ten — Szan.
sprawozdawca przebaczy mi wyrażenie — uważać muszę za bezprzedmiotowy.

A dolf Strzelecki.
*

*
*

Ks. C za rto r y sk i Zygmunt. O s t y l u k r a j o w y m w b u d o w n i ­
c t w i e w i e j s k i e m . Poznań, księgarnia
J. K . Żupańskiego, 1896,
8 n,
str. 4 nl. i 69.
Pomimo tytułu, który do pewnego stopnia w błąd wprowadza, k s i ą ­
żeczka ta nie stanowi wcale przyczynku do etnografii, ma bowiem na oku
cele czysto praktyczne. Ponieważ jednak autor szuka dla wywodów swoich
oparcia w materyale, którym się zajmuje jeden z działów ludoznawstwa,
uważamy za stosowne wspomnieć o jego pracy na tem miejscu, raz, aby
wskazać przynajmniej na niektóre, zdaniem naszem, mylne twierdzenia
i poglądy, powtóre zaś, aby książka, która bądź co bądź
zasługuje na
baczniejszą uwagę, nie zostala zbyta milczeniem, ja k to się u nas często
dzieje. Uznajemy bowiem jej wartość społeczną i przeczytanie jej zalecamy
jaknajgoręcej — nie tyle. badaczom rzeczy ludowych, ile architektom i oby­
watelstwu wiejskiemu. Dla tych to bowiem sfer została ona napisaną.
Przejęty umiłowaniem swojszczyzny, autor ubolewa nad zatratą cha­
rak te ru swojskiego w nowszych budowlach wiejskich, nieuzasadnioną ani
wymaganiami stanu kulturalnego ludności ani techniki nowoczesnej, a będącą
wypływem jedynie bezmyślnego popędu do naśladowania zagranicy i g rze­
sznej obojętności dla tego, co swoje i rodzime.
W ykład swój podzielił autor na trzy części. W pierwszej mówi
o „znamionach stylu krajowego w budownictwie wiejskiem“, w drugiej

-

181 —

0 przechowaniu się tegoż w różnych okolicach kraju, trzecia wreszcie stara
się wykazać przyczyny zaniku pierwiastków swojskich w budownictwie wiejskiem, zwłaszcza w Wielkopolsce. Naturalnym porządkiem rzeczy należało
właściwie zacząć od przeglądu rodzajów budownictwa wiejskiego w różnych
częściach kraju, a następnie dopiero wyciągnąć z tego materyalu to, co jest
w nim ogólnie charakterystycznem i przedstawić, jako „znamiona stylu
krajowego“ .
Ale mniejsza o układ pracy. W ażniejszą jest okoliczność, że jakiegoś
ogólnego stylu krajowego w budownictwie wiejskiem na obszarze od Bałtyku
po Dniepr i od K arpat po Dżwinę — a takie granice autor stylowi k r a ­
jowemu zakreślił — niema i być nie może. Autor ma wprawdzie na oku
głównie budowę d w o r u w i e j s k i e g o, o ile jednak w jego konstrukcyi
1 akcesoryach jest istotnie coś swojskiego, to spoczywa w jego pierwo­
wzorze, którym jest c h a t a wieśniacza danej okolicy. Uznaje to sam autor
i motywów budowlanych każe szukać nie gdzieindziej, jeno ¡v chacie chłop­
skiej, nie uwzględnia tylko tego, że inną jest chata polska, inną litewska
ze swym towarzyszem ś w i r o n k i e m, inną ruska, inną wreszcie kaszubska,
ba nawet na obszarze ściśle polskim chałupa zakopańska różni się od są­
siedniej chałupy z okolicy Ślemienia i Żywca, ta znowu od chaty puszczaków sandomierskich, od domu mazurskiego w Prusiech wschodnich i t. d.
A jakżeż znowu różną jest c h é c z południowo-kaszubska od k ó t y rybac­
kiej nad jeziorem łabskiem lub nad Bałtykiem!
Na różnice te wpłynęły względy najrozmaitsze, między innemi wa­
runki klimatyczne, rodzaj materyału budowlanego, o który było najłatwiej,
natura kraju, a wreszcie stan kulturalny ludności. Kóżnice te są częstokroć
tak znaczne i tak zasadnicze, że o istnieniu jednego, powszechnego stylu
krajowego ani mowy być nie może, bo stylów tych jest najmniej kilkana'cie. Zaznaczając ten fakt, nie myślę wcale przeczyć, iż w budowie dworu,
nietylko w Polsce, ale także na Litwie i Rusi, nawet na Zadnieprzu,
istnieją pewne cechy wspólne, jeżeli jednak chodzi o typowy dworzec polski,
to przedewszystkiem powinien on być d r e w n i a n y . Tymczasem autor „Bu­
downictwa wiejskiego“, uważając materyał drzewny za zbyt drogi, nie bierze
go już w rachubę w swojej pracy, to zaś, co podaje jako „znamiona stylu
krajowego“', jest raczej kombinacyą rozmaitych stylów, istniejących na w y­
mienionym obszarze, z uwzględnieniem zmienionych ostatnimi czasy potrzeb
mieszkańców dworu i postępu kultury, ja k niemniej ż dodatkiem osobi­
stych upodobań autora.
T e ostatnie nie zawsze pozostają w zgodzie z charakterem swojskim w bu­
downictwie. Dziwne uprzedzenie ma np. autor do p o w a ł y , zamiast której
radzi dawać tylko sufit, gdyż ten - zdaniem jego - - nie tylko jest czy­
ściejszym, jaśniejszym i cieplejszym“ , ale i „stylowi krajowemu zupełnie od­
powiada“ . Zezwala wprawdzie na używanie pował w sieniach i salach j a ­
dalnych „dla oryginalności“, ale „nie gani gustu ludzi,^ czujących wstręt
naturalny do pował, które przypominają stajnie i c h l e w ik i..,“
Pisząc te słowa, autor nie zdawał sobie chyba sprawy z tego, ja k
ciężkiego dopuszcza się występku przeciwko „stylowi krajowemu“, którego
obronę broszura jego ma przecież na celu. Rozumiem, że ktos woli sufit,
niż powałę, ■żeby jednak ta ostatnia przypominać miała. . chlewy i stajnie,
na to się zapewne nikt nie zgodzi. W budownictwie naszem mało rzeczy
je st tak pięknych, ja k n. p. powała zakop ańska z okazałym s o s r ą b e m

— 182 —
i delikatnie rzi i§tymi s o s r ą b i k a m i , prawdziwie też cieszyć się należy
z tego, że ten gust powałowy zaczyna wchodzić w modę. A że myli się
autor, twierdząc, i i sufit „odpowiada zupełnie stylowi krajow em u“, dowo­
dem fakt, że nie dalej, ja k kilka wieków wstecz, były jeszcze zamki k r ó ­
lewskie w Polsce i książęce na Litwie, które miały tylko powały. Posiadały
je do niedawna dwory szlacheckie, a mają po dziś dzień chaty w Polsce,
na Litwie i Rusi.
Tego rodzaju grzech'.w przeciwko stylowi , krajowemu“ jest w bro­
szurze ks. Czartoryskiego więcej, autor wynagradza je atoli z nawiązką,
stając twardo w obronie innych pierwiastków swojskich w budownictwie
wiejskiem, broniąc n. p. s t r z e c h y , która, acz słomiana, stajni mu już
nie przypomina, przemawiając gorąco za zatrzymaniem ..ogniska domowego“ ,
które, będąc rugowane przez t. zw. angielską kuchnię, staje się z każdym
dniem coraz więcej czczeni słowem i przenośnią retoryczną.
Co do tego,
że dachy z szerokimi okapami są i praktyczniejsze
i
piękniejsze, dwuzdań chyba być nie może, ma tedy autor racyę najzu­
pełniejszą, nawołując do odwrotu na całej linii wielkopolskiej, ktöra od P ru
saków przejęła wąskie okapy Lontowe i szczyty zupełnie nieosłonięte. N a ­
leży nam jednak znowu zaznaczyć, że okap szeroki nie stanowi wcale j a ­
kiejś wspólnej, powszechnej cechy budownictwa wiejskiego w Polsce, są
bowiem okolice, w których i dwory i chaty mają okapy wąskie.
Praca ks. Czartoryskiego powinnaby się znaleść w ręku każdego oby­
watela wiejskiego, zabierającego się do stawiania nowego lub przerabiania
starego domu. Nie wywoła ona przewrotu, nie jednemu jednak otworzą się
oczy na brzydotę lub niepraktyczność bezmyślnie częstokroć małpowanej
cudzoziemszczyzny, podczas gdy tyle piękna i użyteczności kryje się w o k a ­
zach kultury rodzimej.
Byłoby także pożądanem. aby autor, który tyle zapału i zrozumienia
okazuje dla rzeczy
swojskich, a szczególnie dla swojskiego budownictwa,
zwrócił się ku systematycznemu badaniu poruszonego w swej broszurze
przedmiotu, czem przysłużyłby się nie malo etnografii i literaturze ojczy­
stej, wcale ubogiej w prace tego rodzaju. Po świetnej bowiem introdukcyi
Karłowicza („Chata polska“) do studyów na tern polu, literatura polska ma
do zaznaczenia jednę jedyną większą publikacyę z tego zakresu. Jest nią
piękne wydawnictwo Akademii krakowskiej p. t. „Budownictwo wiejskie
na P o d h a lu “ , dzieło nieodżałowanej pamięci dra Matlakowskiego. Poza
tem mamy tylko drobne przyczynki, częstokroć bardzo cenne, ale przedmiotu
zazwyczaj nie wyczerpujące.
S t. R a m u łt.



*

*

Dr. Karásek J ó z e f. P o š t o r ń a, N o v á v e s , H l o h o v e c , (České
obce w Dolnich Rakousich). Wiedeń, 1895, 8" maj., str. 23.
Młody, ale dobrze już zapisany na polu slawistyki, pracownik, dr. J.
Karásek, zebrał garść spostrzeżeń o języku, warunkach bytu i zwyczajach
ludności słowiańskiej, zamieszkującej kilka gmin Niższej Austryi, a p r z e d ­
stawiającej wyjątkowy interes zarówno dla lingwisty, ja k i dla etnografa.
Osady te, wymienione w tytule rozprawy, leżą w północno-wschodnim kącie
Niższej Austryi niedaleko granicy morawskiej i węgierskiej i zwą się urzę­
dowo, to je st — po niemiecku: U nter Themenau, Ober Themenau i Bi-

— 183 scbofwart. Ludność słowiańska zamieszkuje nadto częściowo kilkanaście
jeszcze pobliskich miejscowości, a w niektórych z nich stanowi nawet
większość.
Mieszkańcy tych wiosek przyznają się obecnie albo raczej są zali­
czani do narodowości czeskiej, atoli pochodzenie ich i gwara niema z Cze­
chami nic wspólnego. Już Šembera ( Č a s б е з к. m u s . 1845) zauważył, że
w Hlohovcu mówią po słowacku i c h o r w a c k u , a Herben (tamże, 1882)
opisał znowu trzy inne, dalej na zachód położone i naokół Niemcami oto ­
czone wsi: Freleśdorf, Gutfield i Nova Prerova, których ludność mówi
tylko po chorwacku.
Otóż p. K aráse k utrzymuje, że mieszkańcy Hlohovca, P o sto m i i No­
wej wsi są także z pochodzenia Chorwatami, jakkolwiek już tylko w Hlo­
hovcu znalazł ludzi, mówiących po chorwacku i to zaledwie 20 osób. Ż e
ludność osad, dalej na zachód wysuniętych, zachowała dotąd mowę c h o r ­
wacką, sprawiło to odosobnienie od innych Słowian, podczas gdy mieszkańcy
P ó sto m i i t. d., stykając się ze Słowianami Morawy i Węgier, ulegli w za­
kresie językowym wpływowi tych ostatnich.
Autor przytacza cały szereg dowodów, świadczących o chorwackiem
pochodzeniu tych osad. W braku świadectw historycznych dostarcza ich
oczywiście przedewszystkiem język ludności miejscowej. Wobec tego, że
chorwatyzmy w mowie obecnej gieneracyi możnaby uważać za naleciałość
późniejszej daty, decyduje w tym wypadku fakt, iż językiem chorwackim
w Hlohovcu posługują się t y l k o s t a r s i ludzie. Świadczą o chorwackiem
pochodzeniu mieszkańców także n a z w y r o d o w e , które są typu czysto
chorwackiego, nieznanego ani u Czechów, ani u Słowaków, jak n. p. R atkowić, Drobilić, Mikulić i wiele innych.
Narzecze tych Chorwatów jest czakawsko-ikawskie, mówią bowiem č a
( = co) i stsł. ê (jať) wymawiają z reguły, jak i. Ale już ta chorwatczyzna
i w Hlohovcu idzie w zapomnienie. Gdy reszta starych wymrze, będą mó­
wili wszyscy Hlohowczanie, podobnie ja k mieszkańcy Nowej wsi i P o ­
stom i, p o s ł o w a c k u . Bo właściwie narzecze, którem mówią obecnie ci
potomkowie Chorwatów, nie jest czeskie, ja k je autor nazwał w tytule
swojej pracy, ale słowackie z małą domieszką czeszczyzny, która szerzy się
tutaj za pośrednictwem szkoły i stosunków z Czechami wiedeńskimi.
Tak. więc w o c z a c h n a s z y c h d o k o n u j e się n a o b s z a r z e
t r z e c h w i o s e k o s o b l i w a m e t a m o r f o z a . Chorwaci przedzierzgają
się w Słowaków, a ci, niezupełnie jeszcze zesłowaczeni, stają się zwolna
Czechami. W szelako obecnie wszyscy tu mówią jeszcze r a nie r ( r e č
albo z chorwacka r j e č , nigdy ř e č ) ; v albo u zam. I, i (zwłaszcza na
końcu wyrazów); nie ou, ale długie u d u š a , nie d u š e . Jako refleks
g jest а (га): sa, h o v i a z i i t. d.
Szczupłą wiązankę spostrzeżeń językowych autor zapewne jeszcze uzupełni
osobném study um, na które ciekawy ten dyalekt ze wszech miar zasłu­
guje. Tymczasem daje nam p. K . w zamian opis okazałych ubiorów tam tej­
szych, a następnie kilka szczegółów o mieszkaniach. Są one typu chaty
brzecławskiej z Morawy południowej, ja k ą oglądać można było (nb. i można
jeszcze) na wystawie ludoznawczej w Pradze. Główną charakterystykę tej
budowli stanowi wystający od frontu ž u d r , rodzaj zamkniętego prze d­
sionka.

— 184 —
Z garstki notât o zwyczajach przytaczam szczegół, mogący posłużyć
do studyum o pisankach : „malowane ja ja dawało się dlatego, że z ja ja
lęgnie się mały ptaszek i wyobraża zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa“ .
Osobny rozdział poświęcił p. K. zwyczajom weselnym. Orszak ślubny
prowadzi do kościoła i napowrót najstarszy drużba, który niesie s u l i c ę
t. j. sztandar. Zwie się od tego s u 1 i c z n i k i e m. Dygnitarz, zapraszający
na wesele, będący zarazem marszałkiem podczas uczty weselnej, nosi tytuł
s t o l n i k a .

Tańczyć tam lubią b ardz o: „o b o d a c h s a t a n c u j e t r i d n i , a ż
v e s t r e d u , f u r t v j e d n e m k u s i t r i d n i s a h r a j e “ . To już chyba
nie na nasze nogi !...
Zajmującą pracę p. K a r á s k a o tej odłamanej, a jednak zielonei ga­
łązce słowiańskiej zdobią dwie ryciny. Jedna z nich przedstawia rodzinę
wieśniaczą z Pošt orni, druga stare chałupki w Nowej wsi.
S t. R a v m lt.

*

*

*

Próba badań nad żyw ieniem s ię ludu w Galicyi napisał N. C y­
b u l s k i , prof. Uniw. Jag., Kraków, nakładem Towarzystwa „Opieki zdrowia1',
1894, w 8-ce małej, str. 210 i 1 nl.
Zaspakajanie potrzeb fizyologicznych ludu je st bardzo ważnym działem
badań ludoznawczych. Charakter, forma, sposób przyrządzania pokarmów,
. to często bardzo niezwykle ważna cecha charakterystyczna danej grupy
etnicznej. O żywieniu się ludu naszego dotychczas nie mieliśmy pojęcia
dokładnego, wyczerpującego. Porozrzucane obficie po przeróżnych zbiorach
materyałów wiadomości, rzucały na tę sprawę jakie takie nieraz światło,
ale pracy syntetycznej, a przynajmniej próby syntezy, któraby z poszcze­
gólnych wiadomości starała się odtworzyć obraz ogólny, tej dotąd nie m ie­
liśmy. Pierwszą wiadomość na pewnych badaniach opartą, znajdujemy w wy­
danych przez Wydział krajowy „Wiadomościach statystycznych“ z r. 1881
(rocznik V II . zesz. 1), pobieżne szczegóły podał p. Stan. Szczepanowski
w swej pracy: „Nędza w Galicyi". Rezultaty tych prac nie mogły być wy­
czerpujące i dokładne, skoro nie oparto ich na materyałach, zebranych sy­
stematycznie po całym kraju. Takie materyały postanowiło zebrać krakow ­
skie Towarzystwo „Opieki zdrowia" i rozesłało dwa kwestyonaryusże,
a otrzymawszy 580 odpowiedzi na nie, oddało opracowanie tego materyału
w ręce D ra Cybulskiego.
Jakkowiek pracę D ra Cybulskiego nie możemy uważać za ostatnie
słowo w przedmiocie badań nad żywieniem się ludu, je st ona niezaprzeczenie
bardzo ważnym przyczynkiem w tym kierunku tem bardziej, że je st wła­
ściwie pierwszą próbą syntezy, opartą na autentycznych i stanowczych materyałach. Książka obejmująca 210 stron druku, nie da się streścić w kilku
słowach, to też zaledwie najpobieżniej podaję niektóre szczegóły najważ­
niejsze.
Pierwszem, a zarazem jednem z najważniejszych pytań kwestyonaryusza bjło zbadanie: ile razy na dzień ja d ają włościanie w lecie i w zi­
m ie ? Odpowiedź na to pytanie da się najkrócej przedstawić następująco:
Ludność mniej zamożna ja d a 3 razy dziennie, i tylko w czasie robót, pol­
nych w niektórych miejscowościach 4 razy. Wogólo zależy to od pory roku
i łatwości zarobku. Gdy robót, w polu niema, przed żniwami i w porze

-

185 -

zbioru ziemniaków, tudzież w zimie, jadają najwięcej 3 razy. a często n a ­
wet tylko 2 razy dziennie. Podczas przednówku zadawalniać się muszą je dnorazowem jedzeniem.
Podstawą pożywienia są kartofle i kapusta, które wszędzie i zawsze,
jeżeli nie razem, to pojedynczo na stole wieśniaka figurują. Urozmaicenie
tych głównych pokarmów jest nadzwyczaj małe, prawie żadne. W wielu
bardzo okolicach, szczególnie w Galicyi wschodniej, począwszy od Sanu,
taka pod tym względem panuje jednostajność, że chyba tylko to może służyć
za różnicę, że śniadanie jedzą rano, obiad w południe, a kolacyę w wie­
czór. Wogóle w zachodniej Galicyi wieśniak jest o wiele więcej wybredny
w doborze pokarmów ŕ lepiej się odżywia. Różnico te. między wschodnią
a zachodnią ludnością, pochodzą z większej zapobiegliwości chłopa polskiego
od Rusina. Ze względu na jakość pokarmów, dzieli autor kraj na dwa
wielkie działy: górski i nizinny; dział nizinny na część zachodnią i wscho­
dnią. Porównywając sposób żywienia się tych części, pokazuje się, że naj­
bardziej na zachód wysunięta część: okolice Biał j, Wadowic, Chrzanowa,
a po części Krakowa — odżywia się najlepiej.
Nie mogąc wchodzić w szczegóły, podawać m e n u śniadań, objadów,
wieczerzy, przechodzimy do dalszych rozdziałów, w których autor zestawia
sposoby przyrządzania chleba i innego pieczywa, zaznaczając, że chleb
wypiekają włościanie raz na tydzień, dalej nazwy i sposób przyrządzania
różnych potraw, podnosimy, że mleko stanowi jeden z głównych artykułów
pożywienia szczególnie w lecie. Pomijając wyroby mleczne i potrawy z jaj,
które są pożywieniem zamożniejszych i to w czasie żniw, Wielkiejnocy lub
podczas choroby, znajdujemy odpowiedź na pytanie : czego używa się jako
omasty, a następnie : ja k często spożywają mięso ? Tu jako normę przyjąć
można, że na stole wieśniaka mięso zjawia się 6 razy do roku : na z a p u ­
sty przed W ielkim postem, na Wielkanoc, Zielone Święta, w jesieni przed
adwentem i w Boże narodzenie, a niekiedy podczas odpustów. Wyjątkowo
u bogatszych spotkać można mięso na weselu, chrzcinach i stypach pogrze­
bowych Najubożsi dwa razy w roku mają mięso, na Wielkanoc i Boże na­
rodzenie. Prawie jedyną formą, w której mięso bywa używane, jest mięso
w rosole. Zauważyć należy, że drobiu lud nasz w regule wcale nie używa.
Z obszernej tabeli (str. 84 — 121) wynika, że prawdopodobnie przypada dla
bogatych około 20 kgr., dla średnio zamożnych około 10 kg., zaś dla ubo­
gich zaledwie 2 — 3 kg. mięsa rocznie. Używanie ryb redukuje się do miej­
scowości nadrzecznych.
Cały szereg kwestyi musimy opuścić, podnosząc tylko fakt, iż ze
względu na upadek pszczelnictwa, lud bardzo mało używa miodu, herbatę
piją we wschodniej, kawę w zachodniej ■części kraju, ale i to w bardzo
malej ilości. Z konserwów używane są tylko owoce suszone.
Głównym trunkiem je st zawsze jeszcze wódka, piwo coraz bardziej
wchodzi w użycie i jest z małymi wyjątkami najpopularniejszym trunkiem
w Galicyi. Miód i wino bardzo mało są rozpowszechnione. Rum w dość
znacznej ilości używany je st do herbaty, zastępując wódkę. Ilość wypadająca
na jednostkę nie da się obliczyć. Wynosi ona mniej więcej 5 — 20 litrów
rocznie; przeciętna cyfra wynosi 20 litróv/.
Ostatecznie wynikiem badań D ra Cybulskiego je s t; że znaczna część
ludności wiejskiej w Galicyi żywi się niedostatecznie, a chów i utrzymanie
zwierząt domowych pochłania znaczną część artykułów żywności. Dalej

— 186 —
faktem jest, że ludność żywi się prawie wyłącznie pokarmami roślinnymi,
a formy tych pokarmów są mało strawne i mało pożywne; wskutek tego
strona fizyczna organizmu wieśniaka nie rozwija się odpowiednio, a n a tern
cierpi i strona duchowa.
Na końcu pracy D ra Cybulskiego znajduje się alfabetyczny spis p o ­
traw, używanych przez lud, a raczej ich nazwy ludowe. Słowniczek ton je st
bardzo ważnym przyczynkiem do słownictwa ludowego.
Kończąc to bardzo pobieżne streszczenie niezwykle ważnej i zajm u­
jącej pracy, wypowiadam nadzieję, że pobudzi ona wszystkich, pozostających
w styczności z ludem do badania jego żywienia się, a nie potrzebuję za­
pewniać, że redakcya „ L u d u “ każdy przyczynek w tym przedmiocie ja k n a jchętniej umieści.
A d o lf Strzelecki.

*

*

*

P r a v ě k z e m i č e s k ý c h na n á r o d o p i s n é v ý s t a v e čes k o ­
si o v a n s k é . Napsal L u b o r Niederle Praha, 1895, w 8-ce, str. 15.
Rozpraw ka ta daje wyczerpujący i dokładny obraz działu archeologii
przedhistorycznej na zeszłorocznej wystawie etnograficznej w P ra d ze , a za­
razem jest wybornym, króciutkim rysem przedhistorycznym dziejów ziem
czeskich, jaki dać mógł tylko archeolog tej miary naukowej co Dr. Niederl e.

*

*

*

A . S t.

Ks. J.B ad en i. M i ę d z y S ł o w i a n a mi , Kraków, 1896, str. 171, w8-ce.
W huculskich górach, Morawska Częstochowa, Katolicki zjazd w B e r ­
nie, Etnograficzna wystawa w Pradze, Dalmackim brzegiem, W Czarnogór­
skiej stolicy, Lużyce — oto tytuły poszczególnych szkiców, zawartych w po­
wyższej książce. Nie ma w niej szczegółów ściśle etnograficznych, ale za to
wyborny obraz życia każdego z tych szczepów słowiańskich, wśród których
autor podczas swych wędrówek przebywał
Etnografa najwięcej zajmie
obrazek Łużyce, więcej nawet niż wystawa w Pradze.
A . S t.

*

*

Spis r z e c z y z d r u g i e g o p i ę c i o l e c i a P r z e g l ą d u po­
w s z e c h n e g o . 1890 — 1895, Kraków, 1896, w 8-ce, str. 112.
Znajdujemy w spisie tym cały szereg artykułów i rozpraw z zakresu
efnologii. Przytaczamy prace ks. Zaborskiego: Pojęcia religijne Persów za
Achamenidów (tom X X V II), Pierwotna jednobożność ludów erańskich (tom
X X V ril), Hindowie i ich religia (tom XXX i X X X I), Wspólne tło pojęć
religijnych u Hindów (tom X X X III), Pierwotna religia Hindów (tom X X X IV
i XXXV) i t. d.
W dziale socyologieznym znajdujemy rozprawę p. W ito rta: Sądy lu­
dowe na Litwie (tom X L I I i X L V II), dalej artykuł G. D .: W ia tr w b a ­
śniach małoruskiego ludu (t. X X V IIIj, Dra K . Mátyása : Podania ze Szcze­
panowa (t. X L V I) i t. d.
Przy tej sposobności udajemy się do Redakcyi „Przeglądu powsze­
chnego“ z prośbą, aby na przyszłość zechciała więcej miejsca poświęcić
w swem piśmie etnografii polskiej.
A . S t.

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.