950a52c39d3e582a2950deca693f2e8a.pdf
Media
Part of Etnolog w podróży. Opisywanie Chin / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty, 2001, t.55, z.1-4
- extracted text
-
jerzy S. WWemlu • OPISYWANIE CHIN
JERZY
S.
nia to przecież wysłuchiwanie czyichś relacji, czytanie
opisów poprzedników, budowanie w oparciu o nie wła
snych wyobrażeń.
Czyż nie jedzie się po to, by sprawdzić wcześniejsze
wyobrażenia? Ruszamy w podróż, bo trzeba zareagować
na ten osobisty sygnał, odpowiedzieć na indywidualne
wezwanie, usłuchać powołania, którego głos może po
chodzić nawet z podejrzanego źródła.
WASILEWSKI
Etnolog w podróży
Opisywanie Chin
' I T T ~T podróży takiej jak ta najbardziej lubię ostat\ Y / nie dwa, trzy wieczory. Nieuchronność
W
końca, przymus pożegnania przeplatają się
z perspektywą powrotu do domu, a gdzieś w tle są jesz
cze nadzieje i pomysły na powtórny przyjazd. Żal osło
dzony ulgą, satysfakcją i oczekiwaniem.
Ulice chińskiego miasta, takiego jak Czengdu albo
Hsian, nigdy nie wyglądają lepiej. W dzień okropnie
ruderowate, z irytująco błotnistą nawierzchnią (może
to i historyczna stolica imperium albo prowincji, ale
Paryż to na pewno nie jest), przemieniają się na noc
w świetliste tunele, z zamykającym perspektywę lukiem
bramnym Wieży Bębnów albo Wieży Dzwonów. Szyb
ko zapadający zmrok usuwa przestrzeń nieboskłonu,
dramatycznie obniżając pułap widzialności i dając wespół z koronami ulicznych drzew - kojące przykrycie
ciemnością tuż ponad głowami.
2
Do Pekinu (w którym dotąd nie byłem) jechałem
w gruncie rzeczy po to, by zweryfikować pewną opo
wieść. Usłyszałem kiedyś od pracującego w Chinach
przed laty znajomego, że jeśli w wypadku ulicznym
przejechany został człowiek (samochód pojawiał się
tam wtedy pewnie raz na pół godziny, ale może był
przez to groźniejszy dla nieobytych pieszych i rowerzy
stów), to nie zadawano sobie próżnego trudu ustalania
personaliów ofiary i szukania jej adresu, tylko chowano
ją od razu, na miejscu - kopiąc grób gdzieś z boku, na
trawniku.
Chodników nie oświetlają latarnie (jeśli już, to n i
skie i słabe), a jedynie mocne gołe żarówki, zawieszone
niby lampiony przed otwartymi do późna sklepami, lo
kalikami i przeróżnymi warsztatami. Wabią półmro
kiem mijane w ostatniej przechadzce zakłady fryzjer
skie, pól-oświetlone różowymi jarzeniówkami i żaróweczkami wokół luster, a młode fryzjerki machają za
chęcająco, jakby miały do zaoferowania coś więcej niż
tylko standardowe strzyżenie, połączone z masażem
głowy i akupunkturą uszu.
Przyznam, że sugestywna to była wizja. Dzisiaj wiem,
że wystarczy nawet krótki pobyt w Pekinie, by znikła jej
hipnotyczna moc. Traktuję ją jako zmyślenie, typowe
dla ambasadzkich emisariuszy, dodających w ten spo
sób egzotyczności miejscom swego wygnania. Historie
takie z jednej strony szokują niewiarygodnością, z dru
giej strony wydają się zgoła wiarygodne, bowiem odwo
łują się do obiegowych klisz (na temat przeludnienia
C h i n , braku szacunku dla jednostki) i wyobrażeń słu
chacza o kraju nieznanym mu z autopsji, ale wystarcza
jąco już zmitologizowanym. Trzeba samemu przejść się
pekińską ulicą, by prysło zaklęcie tej opowieści - oto
przecież obok poruszają się ludzie, a nie termity. Nawet
przed ćwierćwieczem nie było inaczej.
' Znów kusi jedzenie - powtarzane do znudzenia
w całej podróży słodko-kwaśne smaki, do których nie
prędko wrócę. Szkoda, ze nie kupię już pachnącego,
świeżo upieczonego placka z sezamem - ich sprzedaw
cy poznikali z ulic, bo wieczór nie jest porą na uliczną
przekąskę, ale na prawdziwy obiad.
A l e coś z „mitu" zostaje, skierowuje naszą uwagę na
pewne sceny, wyostrza wzrok w poszukiwaniu wyda
rzeń, podsuwa takie a nie inne ich interpretacje. Je
stem oto na statku, płynącym po Jangcy w jej środko
wym biegu, na odcinku tzw. Trzech Przełomów. Te sła
wione w Chinach od wieków za swą urodę miejsca,
przedstawiane w dawnej poezji i malarstwie, ze starymi
tekstami wykutymi w skalnych ścianach nad wodą, ze
świątyniami i miejscowościami, w których mieszka dziś
prawie półtora miliona ludzi, zostaną niebawem zalane
w efekcie budowy wielkiej zapory w Guizhou.
Żal wyjeżdżać, bo przecież zniknie zaraz z oczu cały
świat. Pozostanie garść wrażeń, które uzbierały się na
sicie pamięci po odsianiu tego co zbyteczne, jałowe,
nudne. Już się one układają w relację, już wybieram to,
co będę opowiadać po powrocie. Syndrom Dżambla opowiadanie jako ostatnia, najprzyjemniejsza część po
dróży, na równi z pierwszą - przygotowaniami do wy
prawy. Zresztą obie one nakładają się. bo przygotowa
Przepływamy właśnie przez jedną z malowniczych
partii - jak wszystkie takie miejsca w Chinach ma ono
poetycką nazwę „Wątroba Konia i Płuca Wołu", pew
nie od kształtów nurtu, układającego się w pełne zawi
rowań tonie. Stojąc na pokładzie widokowym dostrze
gam unoszące się na wodzie dwa ludzkie ciała. Półna
gie, bladosine i miśkowate od opuchnięcia, z wycią
gniętymi do góry ramionami i rozkraczonymi nogami.
472
Jerzy S. Wasilewski * OPISYWANIE CHIN
Jerzy S. Wasilewski * OPISYWANIE CHIN
Jerri S. Wasilewski • OPISYWANIE CHIN
krzy S. WasitMski * OPISYWANIE CHIN
Banknoty dla zmarłych
476
Jerry S. Wasdewslu * OPISYWANIE CHIN
twarzami do dołu, płyną tak pewnie juz jakiś czas, nie
wywołując reakcji żadnego z kursujących tam statecz
ków i motorowych dżonek. Także i my przepływamy
nieopodal, nie robiąc sobie z nimi kłopotu. Nie umiem
wyjść poza banał zdawkowej konkluzji, że życie ludzkie
nie miało tu nigdy wysokiej ceny, skoro po śmierci los
jednostki jest wszystkim zgoła obojętny.
ba nie przestaną tracić nadziei na ucieczkę przed losem,
który wydaje się przecież nieunikniony" - już przed półto
ra wiekiem tak patrzyła na Chiny współczująca Euro
pa, a konkretnie pastor G . N . Wright w pierwszym po
pularnym przedstawieniu Państwa Środka, The Chine
se Empire lllustrated (1859). Opisy zilustrował stosow
nymi rycinami Thomas A l l o m , który nigdy w Chinach
nie był i nadał im klimat „Orientu bajecznego".
3
Jaką głębszą prawdę o chińskim społeczeństwie mo
że sformułować etnolog w podróży? Jakie wartości jest
w stanie dostrzec ktoś, kto nie zna chińskiego, nie mo
że prowadzić intensywnych badań terenowych, jest
niewiele więcej niż turystą? Co szokuje mnie jako przy
bysza z Europy i co z tymi spostrzeżeniami mam uczy
nić jako nieuleczalny zawodowy interpretator?
A przy tym - wracając znów do współczesnych kuli
nariów - obsesja świeżości, głęboko mądra w gorącym
klimacie. Czujne sprawdzanie, czy kłute palcem
w brzuch tłuste żaby będą żwawo podskakiwać przed
upchaniem ich do plastikowej torby. Przed restauracyj
kami na wyspie Putuoshan, na której wznosi się kilka
naście świątyń buddyjskich i ogromny posąg Buddy
Miłosierdzia (stąd wysepka jest celem tłumnych week
endowych wycieczek niby-pielgrzymów, czy po prostu
turystów z Szanghaju) pływają w miednicach wysta
wionych na chodnik ryby i morskie stworzenia. Głodni
pielgrzymi wyszczególniają je palcem, a kelner chwyta
je oburącz, unosi ponad głowę i miłosiernie uśmierca
jednym silnym walnięciem o asfalt.
Kiedy widzę, jak po dworcowym peronie biegnie do
pociągu mężczyzna w średnim wieku, niosąc na ple
cach starowinkę, najpewniej matkę, to myślę o trwa
łości konfucjańskich przykazań synowskiej miłości.
Chodząc po bazarze, patrząc na rozmaitość fauny, b u
dzącej zainteresowanie nabywców, przekonuję się, że
Chińczycy naprawdę kochają zwierzęta - pod wszyst
kimi postaciami i we wszystkich smakach. Ta miłość
nie zna ogtaniczeń gatunkowych, jest chyba wręcz
ambicją tej kultury zrobienie użytku ze wszystkich
istot. Idąc przez bazar w stolicy Syczuanu, Czengdu,
mija się dział hobbystyczno-hodowlany z dziesiątkami
rodzajów rybek akwaryjnych, krabików pełzających
w swych kolorowych muszlach, żółwików i wszelakich
reptiliów, który to dział płynnie przechodzi w sektor
gastronomiczny. Dobrze utrzymane kotki z błyszczą
cym futrem będą domowymi pieszczochami, ale w ko
lejnych klatkach ustępują miejsca mniej zadbanym,
prze znaczonym 11 a pewno do garnka. I znów ta chiń
ska mitologizująca poetyczność' taka zupa nazywa się
walka smoka z tygrysem" bo pływają w niej kawałki
mięsa kota i węża
„Wszędzie w Chinach widzi się ludzką
zarhezność.
Każde zajęcie i zatrudnień* wydaje się mieć za swój cel za
spokojenie apetytu. Bogaci i wysoko postawieni są defmityunie uybrednymi smakoszami. Klasy średnie i niższe to
zdecydowani sensuaUści. Upodobania tych pierwszych
ograniczają jedynie rozmiary ich dochodów,
żarłoczność
tych drugich jest nkpomiarkowana, a to dzięki niezuryklej
ilości gatunków jadalnych. Jest to najbardziej wszystkozerny naród na świecie. Nie ma zwierzęcia ani rośliny, któ
rych ci gastronomowie nie umieliby, dzięki kunsztowi
i przemyślności, podać na stół i zjeść bez groźby dla życia:
mięso dzikich koni, larwy ćmy, łapy niedźwiedzia (...) Naj
bardziej poszukiwanym rodzajem psa jest spaniel: biedne te
zwierzęta zdają się szczególnie opuszczone w swym więzie
niu, nie wyglądając nawet z kosza w nadziei wolności, pod
czas gdy koty, przeciwnie - drą się bezustannie i nigdy chy
477
Każda restauracyjka ma podział na „owoce morza"
i „żywe owoce morza", ale w praktyce ta dystynkcja
często ulega zatarciu. W syczuańskim Ludingu, w byle
jakiej knajpce na ladzie leżą do wyboru talerzyki z su
rowymi porcjami, przygotowanymi do wrzucenia do go
tujących się kociołków na stolikach. Właśnie doniesio
no coś z zaplecza, male rybki (z głowy i wąsów sądząc sumiki) mają wprawdzie rozprute brzuchy, ale żaden
weterynarz nie wystawiłby im świadectwa zgonu w i
dząc ich żwawe ruchy, nawet jeszcze gdy pływają we
wrzątku w moim kociołku, zamaszyście zgarnięte przez
restautatora.
N a drugim biegunie gastronomii, w szanghajskim
Ritzu, podają sławne „pijane krewetki" - przebierając
odnóżami pływają jeszcze ochoczo w winie, w którym
będą się na naszych oczach gotować.
Nieostatnią rzeczą, która mnie w tym porusza, są re
akcje przybyszy ze światów o odmiennych systemach
przekonań konsumpcyjnych. W hotelowym korytarzu
wpadam na ttzech przykucniętych młodzianów, gotu
jących coś na turystycznym palniku. Zaskoczony py
tam, dlaczego w kraju taniej gastronomii muszą sami
gotować. Nie dokończywszy pytania dostrzegam smagłość ich twarzy i sam odpowiadam, że musi to się wią
zać z regułami Kaszrutu. Potwierdzają domysł i żalą się,
że nigdzie nie mogą być pewni koszerności jedzenia. C i
gorliwi (bo, jak się dowiaduję, świeżo sprowadzeni do
Izraela) Żydzi marokańscy skarżą się, że jako jedzenie
wegetariańskie podawano im kurczaka albo w a rzywa
smażone na wieprzowym smalcu, a sposoby traktowa
nia i uśmiercania zwierząt są dla nich budzącym grozę
przejawem braku szacunku do życia.
h-rry S. Wasilewski •OPISYWANIE CHIN
Żydzi (których, jak wszędzie w świecie, często spo
tyka się wśród turystów) mają szczególne kłopoty z ży
wieniem, nawet jeśli są to liberałowie z Nowego Jorku.
Muszą zweryfikować albo przenegocjować ze swymi
współmałżonkami wcześniejsze indywidualne warian
towe wybory w kwestii wierności przepisom („wieprzo
wina - nigdy, owoce morza - tylko w testauracjach,
żeby nie robić problemu, ale nie w domu, lody - za
wsze tak, i t d . " ) .
N a prośbę prowadzącego restaurację Tybetańczyka
(który jest zresztą rzutkim człowiekiem rozlicznych i n
teresów i rozumie potrzebę wyjścia do takich klien
tów) piszę zachęcający tekst po angielsku dla tury
stów, obiecujący im jedzenie zgodne z ich standarda
m i . M a m satysfakcję pomagając człowiekowi, który
wspiera tybetańską społeczność w chińskim otoczeniu,
ale jednocześnie jako etnolog jestem świadom, że
ptzyczyniam się do zacierania różnic w zglobalizowanym świecie, gdzie nawet w Tybecie będą podawać
koszerne jedzenie.
4
Miasto chińskie potrafi być odrażająco brzydkie.
Jeden buduje przez drugiego, przed drugim, na dru¬
gim. Widać to szczególnie w zachodnich, górzystych
rejonach kraju, gdzie terenów zdatnych pod budowę
jest niewiele, a jeszcze trzeba o nie walczyć z rolnic
twem, które potrafi wykorzystywać parometrowe
spłachetki między skałami, szosą a rzeką. Położone
nad Jangcy-kiangiem na obszarze dokładnie 1 k n r
miasto Fengdu liczy n i mniej n i więcej tylko 40 tysię
cy mieszkańców - niech to czytelnik łaskawie porów
na ze znanymi mu z Europy wskaźnikami. Porówny
walne wyniki notują tylko południowoazjatycke mo
lochy - Bombaj, Kalkuta, Dżakarta; nawet T o k i o ma
gęstość zaludnienia trzykrotnie niższą. Takie upako
wanie ludzi można osiągnąć przez pięttzenie wysokich
blokhauzów. Wszędzie goły cement, szarość, brud.
Ubłocone ulice, góry śmieci zsuwające się do rzeki m i
mo ustawicznej pracy biedaków, którzy odzyskują
każdy kawałek papieru, żelastwa, nawet styropianu.
Chwila naiwnej futurologu i ciarki przechodzą po ple
cach na myśl, że to wcale nie jest przejściowy epizod
na drodze do porządnej metropolii albo lokalny subkontynentalny wariant, ale nieunikniona przyszłość
dla całego globu.
wnętrz skarży się, że nawet w tym zamożnym, zeurope
izowanym mieście ludzie przywykli odbierać mieszka
nia z wykończeniem betonowym i tak to już zostaje.
Prowincjonalna metropolia w miniaturze, taka jak
Kanding, nieodparcie przywodzi na myśl koszmarne
miasta przyszłości w wersji apokaliptycznej, z takich fil
mów jak Piąty element albo Łowca androidów. Kinema
tograficzne skojarzenia narastają, gdy przyjrzeć się wieloetnicznemu tłumkowi na ulicy i na bazatze. Różno
rodność antropologii, pstrokacizna strojów, niepraw
dopodobne przybrania głowy, zupełnie jak w Wojnach
gwiezdnych - skupiska istot najróżniejszych gatunków,
nie tylko sapiens.
N o i monstrualne, nieludzkie kalectwo. Idąc
w Czengdu wzdłuż Shun chengu, istnej ulicy żebtaków,
nie mogę oprzeć się idiotycznej myśli, że starożytne wy
obrażenia psiogłowców albo ludzi nakrywających się
własną stopą tu właśnie miały swoje źródło. Podchodzę
do jednego z nieszczęśników (dolna połowa twarzy
przerośnięta tak, że sięga do piersi), rzucam parę mo
net i administruję sobie trening empatii, na wzór zale
canego przez psychologów okresowego ćwiczenia asertywności: staram się opanować lęk i spojrzeć mu, jak
człowiekowi, w oczy.
5
Wieś chińska też potrafi być brzydka. Nawet w za
chodnich, górzystych Chinach, gdzie urozmaicenie te
renu maskuje nijakość domostw, poprzysłanianych zie
lenią, domy są z teguły byle jakie, kryte szarą dachów
ką, z gołymi cementowymi ścianami. Wewnątrz jest
jeszcze gorzej: ani śladu tego obowiązkowego układu
ptzestrzennego, jaki pamiętam z chińskich miasteczek
w Malezji. Wejściowy hol - wnętrze centralne, pełnią
ce funkcje salonu ogólnorodzinnego i towarzyskiego był tam uporządkowany p r z e z dominantę domowego
ołtarza i symetrię hieratycznych krzeseł. T u jest on
równie niechlujnie zagospodarowany jak kolejne po
mieszczenia (kuchnia, spiżarnia, sypialnia). Wypełnia
go zbieranina przypadkowych, rozklekotanych rupieci
(szczególnie odstraszają siedzenia autobusowe, z p o r o Z "
rapicerką z dermy), porozstawianych byle jak,
tak że nawet telewizor nie wpływa na zorganizowanie
czy uładzenie całości.
Przypadek szczególny: Szanghaj. Kilka lat temu,
w szczycie koniunktury, pracowało tu - uwaga, to licz
ba wręcz nieprawdopodobna - 60 procent wszystkich
dźwigów budowlanych na całym świecie! Dziś zostało
tylko 20 procent, a i tych nie widać, bo zasłaniają je
setki nowych wysokościowców, biurowych i mieszkal
nych - w większości nijakich, nie składających się na
urbanistykę, niezintegrowanych z ulicą. A r c h i t e k t
478
W układzie wsi nie ma mowy o regułach feng shui,
które zalecały, by dom „siedział na północy, patrząc na
południe". Ludzie śmieją się z dawnej geomancji,
a skomplikowane kompasy służące niegdyś do określa
nia właściwej lokalizacji domostwa względem stron
świata, gwiazdozbiorów itp. poniewierają się wśród sta
roci sprzedawanych na bazarach turystom.
Jak to się dzieje, że tylko mniejszości etniczne zacho
wują przywiązanie do wypracowanej, uporządkowanej
formy? W e wsi tybetańskiej zachodniego Syczuanu
I
Jerzy S. Wasilewski * OPISYWANIE CHIN
Uliczna apteka. Ilustracja Thomasa A l l o m a do albumu The Chinese Empire Ittitstrated, L o n d o n 1859
wszystko budowane jest foremnie. Kamienne domy-twierdze mają nienagannie trapezoidalną sylwetkę
wzbogaconą jedynie o talerz satelitarnej telewizji na
dachu, gdzie po dawnemu odbywa się młócenie zboża.
Strojem codziennym nie jest też wyszmelcowana mary
narka, ale fantazyjnie przerzucona przez jedno ramię
szuba, u kobiet kapelusz, a do tego różaniec albo mły
nek modlitewny, stale w ruchu, nawet w czasie bazaro
wych zakupów.
Mniejszość etniczna, narodowa - grupa ludzi, którzy
c h c ą pozostać w mniejszości, a kulturą materialną bro
nią się przed znijaczeniem, upodobnieniem do domi
nującej reszty wytartych marynarek i byle jakich bara
ków, przed utratą tożsamości.
6
Religijność tybetańska, lamajska, jest poważniejsza
niz chińska, taoistyczna. Świątynia Tao, zwłaszcza bar
dziej rozbudowana, większa, nieodparcie przywodzi na
myśl jakieś disneyowskie wesołe miasteczko. Pstrokacizna barw, nachalna polichromia posągów w długiej ga
lerii, bóstw astralnych, deifikowanych postaci histo
rycznych, cesarzy, generałów, patronów różnych
kunsztów i profesji. Gips, papier, tandeta - nie tylko f i
zyczna umowność, ale i myślowa płycizna symboli.
479
W i e r n i składający w ofierze przodkom „banknoty
zmarłych", spalane całymi plikami kolorowe pliki pa
pieru z kiczowatymi emblematami, o nieprawdopodob
nych, idących w miliardy, nominałach. Ogólna weso
łość przy wykonywaniu zalecanych praktyk, które
zresztą wyglądają jak sztuczki, mające zapewnić zba
wienie: pokonać długie schody nie oddychając, z za
mkniętymi oczyma przejść po linii prostej, a przed ołta¬
rzem — licząc do trzech ustać na czubku mosiężnej pół
kuli na jednej nodze.
W lamajskim klasztorze ciemności wnętrza odpo
wiada chromatyka chóru mnisich głosów. Niskie, baso
we dźwięki bezustannej, nawiedzonej recytacji tek
stów. Skupione obchodzenie flgut, mozolne, długo
trwałe obracanie wielkiego bębna - młynka modlitew¬
nego. Kiedy pochodzę, podbiega lama i pokazuje pra¬
widłowy kierunek obracania. Nie wie najwidoczniej, że
ma do czynienia z autorem studium na temat religijnej
symboliki ruchu obrotowego.
Dzięki C i , Panie Boże, ze stworzyłeś lamaizm.
7
Napisy nad drzwiami antykwariatów, wyliczające co
można tu dostać, często wymieniają „cztery przedmio
ty do uprawiania nauki", bez dalszej ich identyfikacji.
Jerzy S. WasgeuaM • O P I S Y W A N I E C H I N
Sprzedawca kotów i herbaty. Ilustracje Thomasa A l l o m a do albumu The Cń.ue.st Empire JHiutrored, L o n d o n 1859
Chińska mnemotechnika - wpajanie cyfrowych go
towców. Kultura bogata i skomplikowana, a przy tym
autorytarna, może być przyswojona najłatwiej pod po
stacią skrótów, haseł, maksym, odwołujących się do
okteślonej, policzalnej ilości elementów.
„Jedno państwo, dwa systemy" (po przyłączeniu
Hongkongu), „trzy (razy) mieć" (trzy przedmioty chiń
skiej minimalnej stabilizacji), „trzy naciski i trzy repre
zentacje" (ostatnie hasła partyjnej propagandy), „ban
da czworga" itd. - kolejno można tak pewnie dojść aż
do „filozofii stu kwiatów". A l e wcześniej jeszcze te
„cztery przedmioty do nauki", którymi okazują się: pę
dzelek, papier, sztabka tuszu i ozdobna płytka do jego
rozrabiania. Bie, mo, dzy. je - sylabizuję. - Nie tak; bie,
dzy, mo, je - poprawia antykwariusz. Ważna jest też
kolejność.
Najpiękniejsza płytka jaką widziałem, właściwie pły
ta, bo to krąg metrowej prawie Średnicy, wykonana
z kamienia, pochodzącego ze złóż od wieków słynących
z najlepszego surowca, ma kosztować niespełna sto ty
sięcy dolarów.
Szacunek dla odwiecznego wzorca nie wyklucza
podróbki. Wręcz przeciwnie, utrudnia zmianę, ale za
chęca do imitacji, naśladownictwa, produkowania ko
pii. Chiny są i zawsze były krajem falsyfikatów - prze
konuje się o tym każdy, kto spróbuje poruszać się po
tutejszym rynku antykwarycznym.
Terakotowe figury koni i jeźdźców (nie myślę
0 oczywistych imitacjach armii z Hsianu, sprzedawa
nych turystom) pochodzą z dzikich wykopalisk. O d antykwariuszy słyszy się opowieści, jak chłopi szukają gro
bów z pomocą metalowych prętów, i „na czucie" od
najdują je do głębokości 4 metrów. Natychmiast trafia
ją do sprzedaży, pokryte jeszcze resztkami ziemi.
Hieratyczne, nieruchome figury jeźdźców z epoki
Han, galopujące rumaki z czasów dynastii T a n g , konie
Sung, z dziwną formą siodła - choruję na nie wszystkie,
nie wrócę bez choćby jednego, muszę przełamać strach
1 dokonać wyboru. Niech więc będzie to ten koń Sungów - pewnie z dwunastego wieku - brutalnie wytar
gowany (aż mi żal prowincjonalnego antykwariusza,
który teraz zupełnie zamilkł, skonsternowany: nie po
trafił opierać się dłużej na widok banknotów, ale jesz
cze nie wierzy, że zgodził się na tak niską cenę, bo spo
dziewał się kwoty dużo wyższej za taką udaną sztukę,
na ogół bowiem dostawcy przynoszą mu proste, nie
zdarne figurki). Teraz już mój, krępy, szerokopierśny
wierzchowiec stoi z dumnie wyciągniętą do ptzodu pra
wą nogą, z fantazyjnie przewiązaną tkaniną u siodła,
istny pomnikowy rumak czekający na bohatera.
480
)erzy S. Wasilewski * OPISYWANIE CHIN
W kilka tygodni później widzę podobny obiekt
u nieco już obznajomionego handlarza, który wie, że
nie wciśnie m i byle czego i w swych objaśnieniach po
zwala sobie na szczerość. „A to jest taka dziewiętna
stowieczna podróbka konia Sungów" - rozwiewa mo
je iluzje.
8
W dzisiejszej chińskiej produkcji granica między
oryginałem a fałszerstwem przestaje istnieć. Nie ma
już prostego przeciwstawienia, są gradacje, niuanse
i ustawiczna niepewność. Pekiński „Bazar Jedwabny"
(gdzie nie sprzedaje się wcale jedwabiu, ale współcze
sne tekstylia) kaze myśleć o jakiejś nowej, uogólnionej
teorii symulakrów. Człowiek Zachodu zjawia się t u
w poszukiwaniu dwóch - gdzie indziej niesprowadzalnych do siebie - wartości. Pierwszą z nich jest marka,
ten złoty cielec konsumeryzmu, obietnica absolutu
i materializacja ideału, której to marki posiadanie
wznosi we własnych i cudzych oczach do
U ] \ >j | |
wybr i-
nych. Drugą, przeciwstawną wartością jest przystępność, taniość. Ta druga wartość dyskwalifikuje oczy
wiście pierwszą. W zamian za satysfakcję finansową
przysparza rozterek duchowych.
Do jakich uczuć ma prawo ktoś, kto za parę dola
rów kupi koszulę z magiczną sylwetką gracza w polo?
Nie wie, co ma o tym wszystkim myśieć. Nie wie na
wet, co kupił, bo panuje tu zasada nieoznaczoności nie da się stwierdzić statusu przedmiotu. Może to do
kładnie taki sam egzemplarz, jak ten do nabycia w ele
ganckim świecie, ale tani, bo prosto od wytwórcy?
Może był on przeznaczony na eksport, ale został wy
kradziony z fabryki? A l b o to raczej nielegalna konty
nuacja oficjalnie zakontraktowanej partii? A może ja
kieś niezauważalnie gorsze odrzuty? A l b o pełnopraw
na, ale potaniona na użytek biednego kraju mutacja,
wykonana przez lokalną firmę-córkę, jakieś Chino-Po
lo? A może nabywca, spojrzawszy nieuważnie na zna
czek, nie dostrzegł, że ma on tylko przypominać ten
wiadomy, ale jest trochę inny, dzięki czemu ominięto
zarzut bezprawnej imitacji? Zgroza, snob pada ofiarą
nieuwagi - cóż za bolesna nauczka dla tego, którego
istotą jest przecież umiejętność odróżniania, wyszuki
wania różnicy, wybredne znawstwo. A może produ
cent poszedł jeszcze dalej, sparodiował znak oryginal
ny, robiąc świadomie oko do nabywcy?
481
Wątpliwości niweczą poczucie prestiżowego sukce
su. Absolut zdewaluowany, nie wiadomo nawet o ile.
9
Pewnych rzeczy nie zrozumiem nigdy. Konfrontacja
z realiami higienicznymi Chin to intelektualne wyzwa
nie dla każdego przyzwoitego anty-antyrelatywisty kul
turowego. Szczególnie trudny jest chyba test plucia.
Chińczycy plują wszędzie. Taksówkarz pluje przez
swoje okno, pasażer przez swoje. Kelner pluje na pod
łogę, wychodząc z daniami z kuchni (on przynajmniej
ma po temu jakiś zrozumiały powód), piesi i rowerzyści
na ziemię, pasażerowie samolotu - do torebek, które
na pokładach innych linii używane są tylko w skrajnej
potrzebie; na lotniskach, w nowoczesnych, wyłożonych
marmurami pawilonach pluje się do koszy na śmieci,
ale chyba trochę rzadziej.
Najgorzej jest na stacjach autobusowych i w autobu
sach dalekobieżnych. Ktoś podróżujący po Chinach
z zamkniętymi oczami czułby się jak w szpitalu gruźli
czym - wszędzie słychać odgłosy szczególnie dojmujące,
bo poprzedzone długim, głośnym, głębokim odkrztusza
niem flegmy, czyli po prostu charknięciem. Jeśli to ja
siedzę (lub leżę na pryczy autobusu sypialnego) od stro
ny okna, to mój sąsiad nie będzie na tyle niegrzeczny, by
strzykać mi przed nosem i śmiało zacznie pokrywać
plwociną podłogę w przejściu. Dobrze jest siedzieć obok
kobiety. Kobiety w autobusach prawie nie plują.
Pytałem, czy są jakieś tubylcze uzasadnienia tej no
torycznej praktyki, może odwołujące się do gimnastyki
dróg oddechowych, do wymogu czystości organów we
wnętrznych albo nawet do obrzydzenia brudem doko
ła. N i k t nie był w stanie podać jakiejkolwiek racji, moi
rozmówcy uciekali w formułki potępienia i nadziei, że
odpowiednia kampania władz to wypleni. Widocznie
nie każde ludzkie działanie, nawet powszechne, jest
pochodną jakiejś wiedzy i notm.
Rozumiem że „oni" wietzą w co innego niż „my" proszę bardzo, niech sobie wierzą w smoki, prądy ziem
ne, nieśmiertelną moc nefrytu, niech mają swoje war
tości - ale dlaczego oprócz tego nie podzielają moich,
naszych, zachodnich, przecież najważniejszych, (chcia
łoby się) uniwersalnych.
10
Za Chinami się tęskni.
