483f7c7b79e9d8b83968afdefb937c62.pdf

Media

Part of Co? Po co? Dlaczego? Słucham. Terminowe doświadczenia etnologa w Murzynowie / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1997 t.51 z.1-2

extracted text
Co? Po co? Dlaczego? Słucham.
Terminowe doświadczenia etnologa w Murzynowie
Jacek Olędzki
- Po co te puszki zakopujesz?
- Nie mówi się po co. Należy mówić dlaczego! Za chwilę, to
samo:
- A po co nie pójdziesz ze mną na grzyby, tylko wciąż
kopiesz i to świństwo zakopujesz. Nic z tego nie wyfośnie...,
NIC! Chodźmy na grzyby. Mogę ci pokazać, gdzie się w tym
roku przeniosły... Bo one się przenoszą—
- Po co? Zacząłem mówić jak oni.
- To nie wiesz? Pomyśl, a sam sobie odpowiesz!
Tak mniej więcej wyglądały moje rozmowy z Robertem,
kiedy miał 3, 5, 7 lat. Teraz jest już dawno po wojsku (ma
stopień mata), do pracy jeździ nowym pasatem i unika ze mną
rozmów (ja korzystam z komara, bzyka). Chociaż, raz chyba
się gniewnie odezwał. Zdaje się, że tak:
- No, bo może być dym...
- Ależ panie Robercie...
- A, to przepraszam. I sobie poszedł. I tak to już jest.
Gdybym, to ja jeździł pasatem, a Robert bzykiem, wówczas
nasze spotkanie po latach wyglądałoby inaczej.
A zatem, przed laty pobierałem w Murzynowie bezcenne

nauki - przede wszystkim - od gromadki małych dzieci, które
stale się kręciły przy Muzeum.
Oto pierwsza nauka: Żadne z tych dzieci wiejskich nie
korzystało z potocznego zwrotu co. Jak wiadomo, jest to
słówko powszechnie używane wśród warszawiaków starej
daty. Warszawiacy nowej daty częściej, zamiast co, mówią
proszę. Zwrot proszę, świadczy niewątpliwie o pewnym
rodzaju wytworności. Nie posiadłem jej i niewątpliwie
mówiłem nieraz w Murzynowie ordynarnie co. A należało
przecież mówić słucham. Tak bowiem, murzynowiacy - na­
wet całkiem mali - zwracają się do drugiej osoby, kiedy
czegoś nie dosłyszą. Przyznasz Czytelniku, że spośród tych
trzech zwrotów, najtrafniejsze, jest tylko to jedno słówko,
słucham. Żadne coproszę, tylko słucham...
Druga nauka. Dotyczy ona oczywiście owego po co oraz
dlaczego. Otóż, wydaje się, że dlaczego w stosunku do po co,
jest podrzędne sematycznie. Odnosi się do rozumienia zależ­
ności między jednym a drugim; dotyczy na przykład przy­
czyny i skutku. Natomiast po co kieruje uwagę nie tyle na
związek - często oczywisty - między przyczyną i skutkiem,

187

ile na celowość; cel jakiegoś działania, aż po jego sens...
Dzieci wiejskie uczestnicząc od najmłodszych lat przy pra­
cach dorosłych, w tym wszystkim, co świat dla nich dorosłych
przedstawia, mają znakomite okazje poznawania związków
przyczynowo - skutkowych i - być może dlatego - nie muszą
korzystać z banalnego pytania dlaczego. Wiadomo, że z posia­
nego ziarna rodzi się roślina itd. Natomiast z zakopanej puszki
po jakiejś konserwie, nic się nie urodzi. Po co nie jesz? Jeśli
ktoś nie je, a jest ku temu okazja, pytanie dlaczego, może
wyjaśnić sprawę zaledwie częściowo, w granicach zwykłego
domysłu (boli kogoś ząb, ma kaca itd.), czyli bez zadawania
pytania. Po co nie jesz? jest pytaniem znacznie dogłębniejszym. Odpowiedź na nie dotyczyć nawet może kwestii honoru
i godności, silnej woli, hartu ducha itd. Najstarsi murzynowiacy - nie ma już ich niestety - bywało, że wzbraniali się przed
przyjęciem u kogoś poczęstunku; nawet szklanki herbaty.
Kiedy starałem się zrozumieć taką odmowę, dowiadywałem
się struchlały:
- To jakbym zaciągnął pożyczkę. Nie. Pic nie będę.
Dziękuję.
Nie budzi chyba wątpliwości przekonanie, że pytania
artykułowane przez słówko dlaczego (why, pourąoi) zdomi­
nowały nasze dzisiejsze życie. Kiedy słucham dialogów
w melodramatach amerykańskich, emitowanych przez telewi­
zję (filmy te mają największą oglądalność i nie można ich
znaczenia lekceważyć), słyszę powtarzane bez końca why.
Łaj, łaj, łaj, ciągle tylko łaj. No, zdarza się whatfor (a ąuoi
bon), ale tylko w dziełach najambitniejszych. W filmach
kryminalnych, gangsterskich itd. obydwa zwroty są nieobec­
ne, bowiem nie mają uzasadnienia. Po co, podważyłoby każdą
brawurową akcję, każdy skok na bank, każde morderstwo.
Dlatego, chcąc zaznać relaksującej zadumy jadę do Murzynowa. Nasłucha się tam do woli pytań po co. Będą one dotyczyły
sytuacji dających się zrozumieć... Natomiast tutaj w mieście,
tak jak w Łomazach na posterunku, we Wołominie, Markach
oraz dzisiejszym Wrocławiu, całkiem się zmieniło znaczenie
nawet tych dwóch podstawowych zwrotów językowych. Po co
młodociane wrocławianki zabiły koleżankę, same wyjaśniły.
Chyba dostatecznie jasno, denerwowała nas ... Ale dlaczego
to najstraszniejsze ze strasznych się stało, nie wiadomo. Od
„Super Expressu",poprzez „Wprost", po „Politykę", gdzie
poddawano zdarzenie analizie, nie ma odpowiedzi na pytanie,
dlaczego? W życiu miejskim (chociaż nie tylko) zrodziły się
więc nowe sytuacje, dla których zrozumienia konieczne jest
roztrząsanie zależności w kategoriach owego, banalnego
dlaczego.
1

We Wrocławiu, mieście Apocalipsis cum figuris, Panto­
mimy, Pomarańczowej Alternatywy itd., dojrzała sytuacja aby
stawiać sobie pytanie dlaczego, które wcześniej nie miałoby
sensu, bowiem w mieście tym żyli głównie lwowiacy... I jak
w Murzynowie, rzeczy wzniosłe, niezwykłe i wspaniałe były
codziennością...
Dzisiaj zaś, ani rodzice, ani nauczyciele z katechetą na czele
(poświęcał głównie uwagę - jak wyznał - aborcji) nie mieli
głowy aby zabójczyniom powiedzieć o Grotowskim, Toma­
szewskim albo Fydrychu. Nie mieli głowy, śmiem sądzić, że
nie dane im samym było pojąć, iż żyją w niezwykłym mieście,
najniezwyklejszych niegdyś dokonań w Polsce.
W mojej klasie, mojej szkoły im. Romualda Traugutta, też
był uczeń z pierwszej ławki, który nas denerwował (Wojciech

188

Jaruzelski, w elitarnej szkole na Bielanach siedział w pierw­
szej ławce i już wówczas miał postanowienie zostania kimś
wielkim, oczywiście, został...). Jak należy uczniowi z pierw­
szej ławki - podlizywał się nauczycielom. Myśmy nic złego
mu nie próbowali zrobić. Wiadomo przecież, lizus w każdej
klasie musi być. Henio Kluba poświęcił mu nawet osobny
utwór, wzorowany na tragediach Sofoklesa - Gorgolides
Wspaniały. Władysław L. Terlecki, który siedział w ostatniej
ławce, dusił w sobie postanowienia i zamiary... Pomysł Henia,
aby przykre rzeczy obdarzać uśmiechem, a w najgorszym
razie cierpkim żartem, ustąpił - niestety - przed powinnością
ważenia słów, pryncypialnością i obowiązkiem.
Czas nieubłaganie biegnie, zmieniają się „konteksty sytua­
cyjne" a z nimi znaczenie i rola nawet podstawowych
zwrotów językowych. Zaraza nie ominęła również Murzynowa. Łagodniutki Robercik, kiedy dorósł, powiada twardo
może być dym. Nie oznacza to jakiejś zwykłej zadymy, ale po
prostu w lokalnej grypserze, mordobicie. Inni znów, starsi
i mniej obyci też ulegli zarazie. Starają się unikać - ich
zdaniem - kompromitującego po co i korzystają z pytania na
ch... tol Ponadto, pytanie to w sposobie stawiania go (butnie
i stanowczo) bliższe jest stwierdzeniu czy przekleństwu,
aniżeli poszukiwaniu odpowiedzi.
Trzecia nauka. Dotyczy ona pytania co to? Od razu
powiem, nie często się słyszy to pytanie. Przed laty, nie
słyszałem aby dzieci murzynowskie komukolwiek takie
pytanie stawiały z tą samą spontaniczną natarczywością, jak
to się zdarza u dzieci z niektórych środowisk miejskich. Być
może, moi mali nauczyciele z Murzynowa orientowali się
w tym, co można by nazwać bezowocnością werbalizowa­
nych zainteresowań. Starsi po prostu nie znaleźliby często
czasu na udzielanie objaśnień. Nie ma czasu, mnie się
spieszy— itd., to bardzo częste wyznanie, przez niektórych
wypowiadane już całkiem mechanicznie, nawet wówczas
(albo właśnie wtedy), kiedy nic nie ponagla i ów tak starannie
strzeżony czas jest w nadmiarze. Ponadto, zwyczaj czułego
obcowania wnucząt z dziadkami i babciami w pewnych
rodzinach pojawił się stosunkowo niedawno. A zasada suro­
wego rozdzielania („separacji informacyjnej") dzieci od
rozmów prowadzonych przez dorosłych, utrzymywała się
w wielu rodzinach stosunkowo długo i stanowiła rodzaj
zapory w nawiązywaniu kontaktów słownych dzieci ze
starszymi. Zapora ta była niewątpliwie jedną z form kształ­
towania szacunku należnego starszym. Owa zasada „separacji
informacyjnej" dzieci od rozmów i spraw dorosłych przestała
obowiązywać zapewne już w czasie wydarzeń, jakie w życiu
wsi następowały dosyć burzliwie po ostatniej wojnie. Wszela­
ko wyczuwałem utrzymujący się wciąż - jeszcze w latach
osiemdziesiątych - dystans między dziećmi a dorosłymi,
jakiego nie znałem ze swego dzieciństwa w Warszawie.
Być może więc, wybrały dzieci obserwację i nasłuchiwa­
nie, za (całkiem zresztą niezłą), formę zdobywania wiadomo­
ści. Wiąże się z tym - jak wiadomo - cnota bezcenna:
samodzielność. Dotyczy ona chyba również myślenia... W ka­
żdym razie, moich kontaktów z dziecięcą społecznością
Murzynowa nie przesłaniało owo „urocze trajkotanie": a co
to?, co to?, co to? Dzięki temu, ów czas miniony, bardzo mile
wspominam.
Wspomnienia z lat następnych, aż po dziś czas, opromienia
innego rodzaju odczucie. Kolejny wykład, który za chwilę

nastąpi, prowadzili wykładowcy dorośli; z całą odpowiedzial­
nością rzec można, zepsuci. Oto płynąca z ich ust:
Czwarta nauka. Określa ją dosyć dobrze, jedno pytanie
oraz jedno stwierdzenie. Co ja z tego będę miał? Mnie to nie
przeszkadza. Wydaje się, że między wymienionym stwier­
dzeniem i pytaniem zachodzi bliska więź, zarówno sematyczna, jak również emocjonalna; a nawet - w jakiejś mierze
- mentalna. Chodzi o mentalność, której starsi, dziś już nie
żyjący, nie mieli. Nie słyszałem od nich tych powiedzeń.
Prawdopodobnie, pojawiły się one za rządów Mieczysława
Rakowskiego, który - jak pamiętamy - rozpoczął wielkie
dzieło prywatyzacji gospodarki narodowej, w szczególności,
bardzo bliskiej sercu premiera, Stoczni Gdańskiej. Co ja z tego
będę miał? precyzuje nową postawę, czyli rozwijającą się
„dynamicznie i pozytywnie" troskę o to, aby niczego nie
czynić na marne. By zdolności i dobra dane nam od samego
Pana Boga pomnażać, a nie chować w pończosze itd. Prze­
słanie ewangeliczne urealnia się na naszych oczach. Mnie to
nie przeszkadza, stanowi - jak się zdaje - również przejaw
troskliwej uwagi, aby broń Boże nie zagościła w nas płocha
chęć czynienia czegoś, co mogłoby naszym wzniosłym zamia­
rom przeszkadzać, a już nie daj Boże szkodzić. Broń Boże oraz
nie daj Boże, są ostrzeżeniami z należytą im mocą użyte przeze
mnie. W interesującej nas zbiorowości są znane od dawien
dawna. Jednakże, w mowie potocznej zdecydowanie zmalało
ich znaczenie. Zwroty religijne zastąpiono świeckimi wul­
garyzmami. Można powiedzieć: K..J Co ja z tego będę miał?
Lecz, nie daj Boże, bym nic z tego miał, chociaż poprawne
i należyte, brzmi ugodowo bez zalecanej powszechnie stanow­
czości. I dlatego w mowie murzynowiaków nie występuje. Ale

to już osobny temat, związany z samą religijnością Dobrzyniaków (Baniarzy, przezwisko pochodzące od bani - dy­
ni).
Powiem jedynie, że ciż Dobrzyniacy, mający w granicach
swej Ziemi Skępe, sławne w kraju sanktuarium maryjne,
o którym się mówi Druga Częstochowa, Częstochowa Pół­
nocy, sami do tego miejsca nie pielgrzymują. Każdego roku,
15 sierpnia przybywa do Skępego tysiące (w 1995 r. ok. 150
tys.) pielgrzymów z odległych nawet stron Polski, ale samych
Dobrzyniaków jest wśród przybyszów znikomy procent!?
Ponadto, moi najstarsi rozmówcy nie pamiętają aby za ich
pamięci, pamięci ich rodziców, czy dziadków, zdarzył się
jakiś cud w miejscowościach należących do Ziemi Dobrzyńs­
kiej. Natomiast już w pobliżu granic tej Ziemi na Mazowszu,
głośno onegdaj było od zdarzeń mirakularnych (cud w Zdziarze Wielkim przeżywało zapewne nie mniej niż milion
wiernych). Wiadomo zaś, że cuda są niezwykle czułym
wskaźnikiem religijności żarliwej i wysoce spontanicznej;
wszelako, domagającej się poświadczeń ze strony osób
boskich i świętych ich stałej, widocznej obecności. U moich
licznych rozmówców, nie tylko z samego Murzynowa, takich
potrzeb poświadczania swej obecności ze strony istot czczo­
nych nie stwierdzałem. Więcej powiem, jak nigdzie, spotyka­
łem się przy moich pytaniach o cuda z powątpiewaniem czy
aby jestem przy zdrowych zmysłach... Czy też może zawład­
nęła mną jakaś niemoc o charakterze przesadnej, nadgorliwej
pobożności...
Ziemia Dobrzyńska nie jest, tak jak Kurpiowszczyzna lub
Góralszczyzna, terytorium stosunkowo jednorodnych, czy
bardzo podobnych wartości. Znaczenie Ziemi Dobrzyńskiej

189

w kulturze naszego narodu zasadza się między innymi na
znacznym zróżnicowaniu rodzajów dawnej własności w ob­
rębie ograniczonego i niezbyt rozległego obszaru. Sąsiadowa­
ły ze sobą dobra książęce, z czasem ziemiańskie, prywatne
(sukcesje nadań książęcych głównie rycerzom), biskupie oraz
królewskie. Zróżnicowanie to sprzyjało przenikaniu wartości,
rywalizacji kulturowej, poczuciu przynależności do okreś­
lonej grupy ludności chłopskiej oraz innym pozytywnym
zjawiskom, często nie występującym już w najbliższym
kujawskim lub mazowieckim sąsiedztwie. Wśród ludności
chłopskiej wyróżniała się grupa gospodarzy, rolników, wyrob­
ników, rzemieślników, całkiem osobna, rybaków, wodnia­
ków, handlarzy i na koniec fornali. Podziały te, nieraz
o charakterze niezwykle istotnym w kategoriach faktów
kulturowych i świadomości społecznej dodatkowo się wzmac­
niały na planie różnic w systemie podziału ziemi: własności.
Sąsiadujące ze sobą dwie wsie - chociaż mające wiele
wspólnego - bywało, że różniły się znacznie, tworząc nieraz,
prawie odrębne światy. Taka różnica wyrazista utrzymywała
się przez lata między prastarą, poksiążęcą i poziemiańską wsią
Murzynowo, a bogatszą znacznie od niej, wsią Uniejewo,
o wiele później założoną na byłych dobrach królewskich. Obie
wioski graniczą ze sobą poprzez strugę; dzielącą Manowce,
murzynowskie od Uniejewskiego Lasu.
O Kluchach, Kitunach, czyli o uniejewiakach, starzy murzynowiacy powiadali - nie bez satysfakcji i szyderczo

190

- bogaci ale straszni zaboboniarze. I na okoliczność tak
wygłoszonej opinii podawali przykłady - rzecz można - kla­
sycznych zachowań magicznych (przenoszenie za pomocą
listka z drzewa wrogiej osoby, nieprzyjazne wobec niej
życzenia; wnoszenie pod kapotą na pasterkę słomianych
powróseł do poświęcenia, aby się darzyło przez cały rok itd.).
Wykpiwanie przez murzynowiaków tych praktyk, stanowi
ważkie świadectwo krytycyzmu i jednocześnie wysokich
wymagań stawianych sobie w kwestiach wiary, religijności,
jak też pobożności na co dzień.
Żeńska reprezentacja mych nieletnich wykładowców, nau­
czyła mnie pewnej wyliczanki, czyli mentowania, które
włączam do zakresu kolejnej nauki.
Piąta nauka:
Na ulicy Kopernika,
spowiadała się Monika.
Proszę księdza,
ja nie kłamię.
Ja ukradłam,
cukier mamie.
A jak trochę, się poduczę,
to ukradnę księdzu klucze.
Znane są wyliczanki o nieprzyzwoitych nawet treściach.
Jednakże popularna w latach siedemdziesiątych-siemdziesiątych wyliczanka z Murzynowa (niewątpliwie adaptowana
z obyczajowości dziecięcej dużego i nowoczesnego miasta,

jakim jest Płock) wyróżnia się ostentacyjną drwiną z osoby
kapłana, a nawet z samej spowiedzi świętej! To już zupełnie
rzecz niesłychana. I tu nasuwa się niezbędna uwaga. Jeśli
dorosłym uniejewiakom zdarza się wypowiadać surowe,
wielce „nieodpowiedzialne" słowa o sługach bożych (księ­
żach), to dorośli murzynowiacy są chwalebnym przykładem
wielkiej powściągliwości w próbach podważania autorytetu
swych duszpasterzy. Tylko, właśnie nieodpowiedzialnym
jednostkom społeczności murzynowskiej zdarza się napo­
mknąć coś o swych księżach, grzesznikach. Powtarzam,
zdarza się tu tylko pewnym osobom. Odnoszę wrażenie, że
stać tę społeczność na postawę dojrzałą: NIE PRZYJMOWA­
NIA DO WIADOMOŚCI SĄDÓW ZŁOŚLIWYCH I SZKA­
LUJĄCYCH ŚWIĘTE WARTOŚCI. To przystoi dzieciom
w zabawie, to może się zdarzać w niekontrolowanych wypo­
wiedziach Kitunów, lecz nie gości w rozważanych sądach
murzynowiaków! Wydaje się, że ma to swoje historyczne
uzasadnienie. Wiąże się ze wspominanym już różnym rodo­
wodem tych dwóch, sąsiadujących ze sobą wsi.
Znane porzekadło: Co wolno wojewodzie, to nie tobie maty

smrodzie, nie ma więc żadnego odniesienia do społeczności
murzynowskiej, którą obowiązywała zawsze norma stateczno­
ści, jako cnoty podstawowej, bodaj najważniejszej. Tym
samym, aby wymienione porzekadło miało jakiś sens, winno
w nim nastąpić odwrócenie znaczenia owych, dwóch sądów:
Co wolno tobie, maty smrodzie, nie wypada wojewodzie!

Murzynowiacy (niegdyś zawołani wodniacy), mieszkający
na skraju Ziemi Dobrzyńskiej, mający liczne okazje po­
znawania niestatecznych oryli oraz niestatecznych Mazowszan (Płockich i Gostynińskich), pewnie dlatego w swych
orzeczeniach etycznych podnieśli stateczność do tak wiel­
kiego znaczenia. Przyzwalanie dzieciom na odstępstwa od tej
normy sprzyjało niewątpliwie ich rozwojowi umysłowemu;
kształtowaniu się indywidualności. Za taką konkluzją przema-

wiają losy mych dziecięcych wykładowców:
Agnieszka I ukończyła studia medyczne w Warszawie
z bardzo dobrą oceną.
Agnieszka I I jest cenioną pracowniczką Banku PKO
w Płocku.
Agnieszka Ul po ukończeniu znanej Szkoły Rolniczej
w Trzepowie, z powodu braku pracy w zawodzie wyuczonym,
jest barmanką w Grecji.
Krzysztof, bardzo dobry uczeń, niezwykle zdyscyplinowa­
ny chłopiec; niestety, zginął tragicznie w wypadku drogo­
wym. Jego siostra:
Dorota kończy studia psychologiczne na UW.
Renata, pierwsza wyszła za mąż, jest mamą dwojga dzieci.
Beata, wyszła za mąż, pomaga rodzicom w gospodarstwie.
Arkadiusz, jest mechanikiem samochodowym i rolnikiem.
Brat:
Mikołaj, wszechstronny mechanik samochodowy i moto­
cyklowy (dzięki niemu dychawiczny bzyk jest sprawnym
pojazdem) kończy Szkołę Chemiczną w Płocku.
Robert, znany nam już dobrze z pierwszej strony szkicu.
Nie wspominam Bartka, Sławka, Krzysztofa U, Grażyny,
Huberta oraz Magdy i Artura - osób luźniej związanych
z działalności Muzeum.
Każda z wymienionych postaci jest inna. Jest sobą w naj­
lepszym tego słowa znaczeniu. Inność wpisana jest w ich
życiorysy. Owa inność występuje między siostrami i między
braćmi. Kiedy się nad nią zastanawiam w kontekście odrębno­
ści Dobrzyniaków i murzynowiaków, przychodzą na myśl
słowa pamiętne Marii Dąbrowskiej:
Nie odnajdziemy się już nigdy, nie spotkamy się już nigdy,
my, którzyśmy wyszli z jednego miejsca świętego
świętych.
My, którzyśmy się już nie mogli zrozumieć,
bośmy sobie
najmniejszej inności przebaczyć nie mogli, tak bardzo chcieli­
2

śmy być jednym (podkreślenie moje JO).

PRZY PISY
1

Podaję za „Super Expressem", gdzie ukazała się najwcześniej
relacja o zdarzeniu we Wrocławiu. W świetle tej relacji i następnych,
dziewczęta zabijając swoją koleżankę nie działały w afekcie, ale
„rozważnie" ze s z c z e g ó ł o w y m planem wykonania swego zamiaru.
Ponieważ coraz częściej pochodne od denerwować,
określają stany
emocjonalne nacechowane nienawiścią, a nie tylko błache sytuacje

z zakresu współżycia społecznego, rodzi się uzasadnione pytanie
o zakres nieodporności w naszym kraju, zarówno u jakiejś reprezen­
tacji młodego pokolenia, jak też starszego, na to, co wyraża każda
odrębność czy inność.
Por. Maria Dąbrowska, Uśmiech dzieciństwa,
Czytelnik, War­
szawa 1979, s. 165-166
2

191

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.