e228481bc725d74025b60cb6eae5f245.pdf
Media
Part of Duch pracy ludzkiej / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1999 t.53 z.4
- extracted text
-
J a c e k Sempoliński
Duch pracy ludzkiej
Rzecz o twórczości Jacka Sempolińskiego
Aleksandra Melbechowska-Luty
Skoro nie mogłam mieć Wszystkiego Nie dbałam o brak mniejszych Rzeczy
Jeśli nie zaszło nic większego
Niż Rozpad Słońca - Ostateczny
Kataklizm Globu - nic nie było
Tak wielkie - abym - na wieść o tym Podniosła z Ciekawości czoło
Sponad Roboty.
Emily Dickinson
(przełożył Stanisław Barańczak)
W tym eseju o Jacku Sempolińskim będę się wspierać
przykładami twórczości i dokonań dwóch pięknych Dam:
dziewiętnastowiecznej natchnionej poetki Emily Dickinson
i lekarki psychiatry-tanatologa Elisabeth Kiibler-Ross.
Według opinii Stanisława Barańczaka (znakomitego tłu
macza i znawcy poezji Emily), ta skromna, wrażliwa dziew
czyna z amerykańskiej prowincji (z miasteczka Amherst
w stanie Massachusetts), nazywana czasem „mniszką z No
wej Anglii", otworzyła „nową epokę w poezji języka angiel
skiego [...]. Była wielką nowatorką, odnowicielką mowy po
etyckiej, obdarzoną przy tym umysłem o filozoficznej głębi
i nie cofającą się przed niczym w swojej pogoni za wymyka
jącą się prawdą s'wiata czy własnej świadomości".' Z kolei
żyjąca współcześnie Elisabeth Kiibler-Ross to nauczycielka
bezwarunkowej miłości „nie szukającej swego", gorliwa pro
pagatorka skutecznego rozwiązywania „nie załatwionych
spraw życiowych". Należy ona do pionierów ruchu hospicyjnego, szerzy idee związane z rozwojem fizycznym, intelektu
alnym i duchowym człowieka, pracuje z chorymi i umierają
cymi ludźmi (zwłaszcza dziećmi i ich rodzicami), towarzyszy
im w najtrudniejszych chwilach „przejścia". Prowadzi semi
naria w Ameryce, Europie i Australii, gromadzące kapłanów
różnych wyznań, studentów, lekarzy, pielęgniarki i chorych.
Jest autorką poruszających książek: On Death and Dying
i Making the Most of the Inbetween?
Co łączy te dwie tak pozornie odległe od siebie kobiety ubiegłowieczną „nawiedzoną" poetkę i energiczną, żarliwą
lekarkę? Otóż obie podobnie rozdzielają pojęcia sacrum
i profanum, tak samo odwołują się do języka symboli i doty
kają spraw ostatecznych; równie gorąco pasjonują się ludzką
psyche, mówią nam o miłości i nienawiści, szczęściu i cier
pieniu, życiu i umieraniu. Tyle że Emily odczuwa to wszyst
ko bardziej metafizycznie, a Elisabeth bardziej „realnie". Ich
myśli, przeżycia, radości i udręki przylegają do losów wielu
ludzi i pomagają przetrwać te stany, kiedy to w naszej świa
domości następuje „całkowite zaćmienie".
W książce Życiodajna śmierć Kiibler-Ross opisuje i ana
lizuje podstawowe cechy człowieka, które - jak sądzi - są da
52
ne wszystkim ludziom, niezależnie od ich rasy, narodowości
czy wyznania, ale też - występując w najrozmaitszych wa
riantach - wyróżniają ich w niepowtarzalny sposób. Cechy te
autorka nazywa kwadrantami. „Wszyscy ludzie mają cztery
kwadranty: uczuciowy, intelektualny, fizyczny i duchowo-intuicyjny. Kiedy się rodzimy, jesteśmy przede wszystkim isto
tami fizycznymi [...]. Kwadrant uczuciowy formuje się do
szóstego roku życia". Jeżeli dzieci będą wychowywane
„z bezwarunkową miłością [a zarazem] w stanowczej i kon
sekwentnej dyscyplinie, około szóstego roku życia rozwiną
stopniowo bardzo piękny kwadrant intelektualny [...]. Kiedy
kwadrant uczuciowy reaguje nadwrażliwie, przychodzi nam
zaraz z pomocą kwadrant intelektualny. W wieku dojrzewa
nia (13-19 lat) rozwijamy nasz kwadrant duchowo-intuicyjny, jeśli możemy się rozwijać normalnie, bez przeszkód. [Jest
on] tą częścią nas, w której mieści się cala nasza wewnętrzna
mądrość. Jest to jedyny kwadrant, którego sami nie musimy
wypracowywać. Jest to dar, z którym się urodziliśmy".
Pomówmy zatem o Jacku Sempolińskim i owych kwadrantach, które być może stanowią klucz do jego twórczości.
Wygląd fizyczny, cechy genetyczne, zdrowie i urodę, słowem
całe ciało - ów kokon spowijający naszą duszę - przynosimy
na świat niezależnie od naszej woli. Nieodgadnionym przy
padkiem losu Jackowi dane było zostać pięknym człowie
kiem, przypominającym - wedle naszych dzisiejszych wyo
brażeń - postać „błędnego rycerza" (tak określiła go kiedyś
nasza wspólna przyjaciółka). Ale, uchowaj Boże, nie przy
równujmy go do jakiegoś rycerza-osiłka ani zagubionego
w rzeczywistości Don Kichota, beznadziejnie walczącego
z wiatrakami. Sempoliński to „rycerz" pięknego oblicza, de
likatny, melancholijny i kruchy (fizycznie i psychicznie). Ar
tysta i intelektualista. Tu wkraczamy w sferę kwadrantu inte
lektualnego, który u naszego przyjaciela sięga najwyższych
rejestrów i ujawnia się pięknie w słowie pisanym i mówio
nym (a może także w malarstwie?).
Jacek dużo pisze; jego teksty są klarowne, zwięzłe i nie
zwykle precyzyjne, są lekcją logicznego myślenia. Wszelako
głęboka pojemność myślowa i niemal pedantyczna ścisłość
wypowiedzi nie przeszkadza mu „rozwijać skrzydeł", pisać
0 sztuce i historii sztuki z prawdziwą pasją i zaangażowa
niem, posługiwać się giętkim, literackim językiem i wyrafi
nowaną frazą stylistyczną. Być może jego umiłowanie muzy
ki i świetny słuch muzyczny narzuca mu bezwiednie rytm
1 melodię zdań. W swoich tekstach zawsze dotyka istoty rze
czy, a nader często nawet samego , jądra ciemności" (co już
należy do kwadrantu uczuciowego). W prozie - podobnie jak
w malarstwie - nie używa żadnych o z d o b n i k ó w , „frazesików, metaforek, ślicznych opisowych zdanek". To, co napi
sałam w tej chwili, jest parafrazą jego odczytu pt. Zniechęce
nie, melancholia, wygłoszonego w Zamku Ujazdowskim.
3
Jacek Sempoliński, Ukrzyżowanie,
Surowy, ale sprawiedliwy w osądach, powiedział wówczas
między innymi, że nieszczęściem sztuki współczesnej jest
fakt, iż wszystko jest na sprzedaż. Nawet znakomity artysta,
twórca szlachetnego i pełnego prawdy obrazu, jakby nie wie
rząc w jego wynik i komunikatywność „przyozdabia dzieło
powszechnie przyjętymi «muśnięciami». Przedmiot ma się
przypodchlebić, wejść w obieg. To spotyka się prawie na
gminnie w sztuce sakralnej i portretowej, we wszelkiej sztu
ce wielkich epok. Owe brewki, jakby dodane dla miłego
wzruszenia, paznokietki, chmurki, kwiatki, usteczka. Prawie
nikt z największych nie jest od tego wolny [...]. Tego nie na
leży rozumieć jako pogardę dla detalu, bo on bywa wstrząsa
jący (van Eyck), ale jako nikczemność stosowania pewnych
zabiegów, które prawdę mają obłaskawić i uczynić oczekiwa
ną w odbiorze."
I tu mała dygresja. O malarskim detalu i celowości jego
zastosowania w obrazie można by mówić nieskończenie i na
wet wiele dobrego o nim powiedzieć. Dla przykładu przy
pomnę tu olśniewające - i wcale nie tandetne czy pospolite kompozycje wspaniałego secesjonisty Gustava Klimta. Two
olej, płótno, 1975
rzył on płaskie obrazy - ogrody zapełnione mnóstwem szcze
gółów: ozdobnych wzorów, kwiatów, roślin, bibelotów, dy
wanów i wszelkiej „galanterii". Ich skontrastowane ornamen
ty wywodzą się zarówno z obserwacji przyrody, jak i ze sztu
ki egipskiej czy bizantyjskiej (Rawenna). Klimt często malo
wał kobiety i w tych jego portretach nie ma „żadnego modelunku, sama tylko mieniąca się dekoracja z częstym użyciem
złota i srebra, w dopełnieniu zaś tej dekoracji - stroju, twarz,
czasem tylko pół twarzy w rozkosznym i chorobliwym upo
jeniu". Oto portret Emilii Flóge - wyrafinowane rysy, mie
niące się jak mozaika szaty, prowokujący gest wspartej o bio
dro ręki; wszystko to określa osobę, jej charakter, urodę, psy
chikę, a może nawet status społeczny. Czy wiemy, kim ona
jest? Tak, wiemy, jest czarodziejką. Podobne uwagi można
również odnieść np. do takiego płótna, jak Opowieść fal (Por
tret Emilii Auszpicówny) Kazimierza Stabrowskiego. Kocha
my sztukę „wysoką", uduchowioną i bezinteresownie przeży
wamy przesłanie, jakie ona niesie. Malarstwo dekoracyjne
plasuje się (choć nie zawsze) bliżej profanum niż sacrum, ale
niech i ono ma prawo do egzystencji, podziwu i zachwytu.
4
53
Ale powróćmy do Jacka Sempolińskiego. Spośród wielu
jego tekstów za najważniejsze uważam: wyżej wspomniany
odczyt wygłoszony w Zamku Ujazdowskim (maj 1998),
a z dawniejszych następujące artykuły i wywiady: Rozmowę
z Barbarą Majewską (1958), Malczewski, skłócona spoistość
(1969), wstępy do czterech katalogów wystaw indywidual
nych z 1976, 1978,1993 i 1995 roku, O płaszczyźnie barwnej
(1978), Różnica ontologiczna. Rozmowa ze Zbigniewem Taranienką (1979), Czy wierzący może być artystą? (1985),
Przyczyny i okoliczności. Autokomentarz artysty (1987), Myśl
i bezmyślność sztuki (1993) i Co to jest sztuka? (1995).
5
Jak wiele Jacek Sempoliński napisał? W katalogu wysta
wy Miejsce zwane czaszką (Muzeum Akademii Sztuk Pięk
nych, Warszawa 1990) Maryla Sitkowska zamieściła wykaz
jego tekstów powstałych między 1958 a 1988 rokiem. Jest ich
85 (a nie zostały jeszcze wymienione pozycje z ostatniego
dziesięciolecia). O twórczości Sempolińskiego napisano je
szcze więcej. Pani Sitkowska odnotowała w tymże katalogu
45 pozycji dotyczących artysty (materiały źródłowe, druki
zwarte i ciągłe) oraz 86 katalogów wystaw, w których brał
udział (w tym 14 ekspozycji indywidualnych). Prawie każdej
wystawie towarzyszą liczne recenzje prasowe i wstępy do ka
talogów (doliczyłam się ich około 115 do 1990 roku). Pozo
stają jeszcze wystawy i bibliografia z lat 90. Te materiały,
łącznie z wycinkami z czasopism, znajdują się w Pracowni
Sztuki Współczesnej w Instytucie Sztuki PAN w Warszawie
i w Archiwum Akademii Sztuk Pięknych.
Do intelektualnych przymiotów Jacka Sempolińskiego
i jego wypowiedzi będę się odwoływać w dalszym ciągu te
go tekstu. Teraz jednak nadszedł moment, by pomówić o je
go - bardzo ważnym - kwadrancie uczuciowym, który rozwi
ja się i utrwala w latach dzieciństwa i wczesnej młodości.
Urodzony w 1927 roku Jacek był dzieckiem wojny; gdy się
zaczęła, miał lat dwanaście. Nie wiem, jakich przeżyć doznał,
ale może ten trudny czas dojrzewania sprawił, że w jego
usposobieniu dominują uczucia smutku, melancholii i poczu
cia zagrożenia. Sądzę, że nadwrażliwie reaguje na to, co nie
sie rzeczywistość, i to przysparza mu wielu cierpień. Czasem
sprawia wrażenie, jakby nie wytrzymywał ciśnienia życia.
Lęka się „tego, co będzie", martwi się o najbliższych. W doj
rzałym już wieku przeżył udręki związane z chorobami
i śmiercią rodziców (pamiętam jego wstrząsający rysunek,
przedstawiający umierającego ojca).
Krzątanina w Mieszkaniu
Nazajutrz po czyjejś Śmierci
Z naszych trudów na Ziemi
Ten jest najsolenniejszy Uprzątać Serce - upychać
Miłość w komórkę bezpieczną Będzie potrzebna dopiero,
Kiedy się zacznie Wieczność.
Jacka do głębi porusza okrucieństwo świata, m.in. to,
o czym pisał Czesław Miłosz w Piesku przydrożnym: „rze
źnie, szpitale, cmentarze, filmy porno". Boli go unicestwia
nie życia, śmierć zwierząt, nawet tych najmniejszych (kiedyś
narysował zabitego drozda). Któregoś roku w czasie wakacji
w Nieborowie opowiadał mi, jak przejął go widok jakiegoś
robaka czy owada pożeranego przez podobne mu stworzenie.
ft
Tak trwożył mnie ten pierwszy Drozd Lecz teraz - już nim władam,
Przyzwyczajona doń niezgorzej Choć boli - nadal Myślałam - dożyć chwili, kiedy
Ten pierwszy Krzyk ustanie A już mnie Fortepiany Borów
Nie wciągną w paszcz otchłanie Ptak przyskakał po Ścieżce Nieświadom, że go widzę Wpierw rozpołowił dziobem
I zjadł na surowo Dżdżownicę -
N.N., Portret Jacka Sempolińskiego, rzeźba w glinie. 1953. fot. Wiesław Juszczak
54
Jacek Sempoliński, Nieborów, w lesie, węgiel, kredka, 1999
Potem popił ją Rosą
Z dogodnego źdźbła Trawy Pod Mur uskoczył - spłoszony
Jakimś' Żukiem niemrawym [...]
Odtrutką na owe spotęgowane „czucie" (jak mawiano
o wrażliwości artystów w XIX wieku) jest całkowite zatrace
nie się w pracy. Sempoliński wykorzystuje niemal każdą
chwilę - z pasją tworzy setki rysunków i dziesiątki obrazów.
Bezwarunkowo ulega tej sile władającej człowiekiem, którą
nazywamy twórczością.
I kto wie, czy nie można by do niego odnieść tej uwagi
z Dziennika Andrzeja Kijowskiego, zapisanej pod datą 27 lu
tego 1969 roku: „Dla mnie aktywność nie jest ceną sławy ani
pieniędzy, ani zbawienia wiecznego: jest obroną przed obłę
dem. Obłąkany albo pracowity - oto moja alternatywa. Być
może jest to alternatywa powszechna, tylko nie wszyscy po
trafią sobie to powiedzieć albo odpowiednio rozszerzyć kate
gorię obłędu. Obłąkanym jest każdy, kto utracił poczucie od
powiedzialności za swoje czyny".'
Z kwadrantami uczuciowym i duchowo-intuicyjnym
(które są sobie bliskie) wiąże się sprawa wiary. Lękam się
wkraczać w osobiste, intymne odczucia Jacka, ale sądzę, że
jest głęboko wierzący, a przy tym daleki od wszelkiej bigoterii i „obyczajowej" pobożności. O podporządkowaniu życia
wymogom wiary i religii on sam opowiedział w artykule Czy
wierzący może być artystą? Powołując się na słowa kardyna
ła Wyszyńskiego, powtórzył za nim, że „trzeba po prostu za
ufać Bogu. To znaczy zostawić mu inicjatywę w kierowaniu
naszym losem [...]. Marzyć o zbliżeniu się do Boga też nie
podobna, trzeba po prostu być blisko Niego [...). Myśl religij
na podpowiada, że modlitwą może być całe postępowanie
człowieka, jego uczucia, czyny i koncepcje". Ale tu rysują się
niepokojące sprzeczności. Pokora, ufność, obowiązek, ewan
geliczne zasady życia zderzają się z wymogami pracy twór
czej, która żąda najwyższego poświęcenia. A czyniąc jedno zaniedbujemy drugie. W twórczość „trzeba włożyć dziką pra
cę, często wariacką, przeczącą chrześcijańskim zasadom pra
cy godnej, spokojnej, uświęconej". Malując nie służy się in
nym, „nie pielęgnuje się starych i chorych, nie głosi Słowa
Bożego". Stąd u artysty, namiętnie oddającemu się swemu
powołaniu, bierze się stałe poczucie w y k r o c z e n i a prze
ciw świętym obowiązkom człowieka bożego.
55
Niedawno pytałam Jacka, czy utożsamia się z ingenium
Kościoła; odpowiedział mi, że najchętniej identyfikuje się
z etosem pierwszych wieków chrześcijaństwa, z ich pierwot
ną, nieskażoną wiarą.
Jak już było powiedziane, Jacek dużo pisze, udziela wy
wiadów, rozmawia z krytykami i twórcami, na równi dosko
nale włada pędzlem, słowem i piórem. Sam uważa, że głów
ną dziedziną jego twórczości jest malarstwo. Na początek
przypomnijmy więc jego krajobrazy. Tworzy ich wiele w Męćmierzu, Nieborowie, na Wybrzeżu i w innych rejonach
kraju. Czy owe abstrakcyjne „krąjowidoki" komponuje także
w pracowni? O nie, on pracuje zawsze w plenerze: maluje
(dosłownie) na klęczkach lub siedząc w kucki, pochylony nad
leżącym na ziemi płótnem lub papierem, nad źdźbłami trawy,
patykami, kwiatami, gałązkami i kamieniami, ogarniając
przy tym wzrokiem przestrzeń widokową. Jeśli nawet nie
które jego płótna wydają się płaskie, to jest w nich zawsze
utajona głębia (niekoniecznie tożsama z perspektywą zbież
ną). Sam to wyjaśnia: działanie artysty „polega w pierwszym
rzędzie na zsumowaniu ujęć przestrzeni rzeczywistej: geome
trycznego, dotykowego i wzrokowego, a ponadto takie, które
zdefiniowane jest płaszczyzną [...]. Na tym nieustannym zde
rzaniu przestrzeni naturalnej z jej fikcyjnym substytutem po
lega praca malarza [...]. Nie istnieje malarstwo płaskie. Każ
de jest przestrzenne [...]. I zdarza się, że obraz tzw. płaski co
fa się bardziej od tego, który nazywany jest przestrzennym
i który powstał na zasadach perspektywy zbieżnej". (O pła
szczyźnie barwnej, 1978).
Malarstwo jest dziedziną, w której najpełniej ujawnia się
ludzki kwadrant uczuciowy i duchowo-intuicyjny. Sempoliń
ski uważa intuicję za jedną z najważniejszych wartości poda
rowanych człowiekowi. To ona, w nagłym błysku olśnienia,
daje nam przeczucie tego, co niepojęte i niewidzialne - ta
jemną wiedzę o teraźniejszości i przyszłości. Ale intuicja mo
że też działać wstecz, cofać się do prapoczątków, zakodowa
ną w podświadomości pamięcią sięgać do wizji przeszłości
przedhistorycznej, pradziejowej, do pierwotnych czasów
Stworzenia. Tak czuli i malowali m.in. wielcy mistrzowie
polskiego pejzażu XIX wieku (dla których cała natura była
„lasem symboli"), np. Józef Chełmoński w ostatniej, mi
stycznej fazie twórczości. Przykładem takiego prakrajobrazu
niech będzie jego Dniestr w nocy (1906), a także cykl Żura
wi, tych niezwykłych ptaków, które ludzie obdarzyli wielo
ścią symbolicznych znaczeń, przypisując im pojęcia nie
śmiertelności, wzniosłości, wyroczni, mądrości, miłości
i wierności oraz wiarę, że odprowadzają dusze zmarłych na
miejsce przeznaczenia.
W podobny sposób Jacek Sempoliński w swoich pejzażach
intuicyjnie wywołuje ducha przeszłości, odtwarza przeczute
pramotywy i przywołuje pamięć o odwiecznym bytowaniu
przyrody. Pisał on: „Przyczyny wyboru malarstwa kształtuje
jakby imperatyw pamięci, jako pewnej władzy ludzkiej ist
niejącej w człowieku i człowieczeństwie. Pamięć dawności,
nawet przedcywilizacyjności czy nawet przedmityczności.
Przez pryzmat tej właśnie pamięci przeżywam świat, patrzę na
ten świat. Przeżywam, ponieważ żyję, a to właśnie życie, to
rzecz dawna, najdawniejsza. Ta dawność też przewija się
przez wszystkie tematy, które podejmowałem kiedykolwiek
i prześwituje przez całą rzeczywistość, którą widzę" (Przyczy
ny i okoliczności. Autokomentarz artysty, 1987).
56
Sempoliński patrzy na ziemię, jakby to była terra incogni
ta. Podgląda świat, ciągle odkrywa go na nowo, a równocze
śnie swym „pismem obrazowym" ustala w nim swoje miejsce.
Prawie wszystkie jego dzieła są zagadkowe; najczęściej wyra
żają emocje twórcy, dlatego też można je nazwać „pejzażami
duszy" (to też jest mimowolne dziedzictwo niektórych na
tchnionych malarzy XIX wieku, np. wspaniałego Iwana Trusza). Ich źródłem jest strumień samoświadomości i samowiedzy. W tej osobliwej konfrontacji z przyrodą, z tym, co stano
wi „rzeczy najpierwsze", wyłowione z głębi czasu, Jacek od
najduje i przekazuje nam wiedzę o symbolach natury, owych
hieroglifach rzeczywistości, o których w pierwszej ćwierci
XIX wieku tak chętnie pisali estetycy i filozofowie niemieccy,
twórcy teorii nowoczesnego krajobrazu.
„Wszelki krajobraz jest stanem duszy - pisał w XIX wie
ku Henri Frederic Amiel - a kto tak w jednym, jak w drugim
czytać potrafi, zostanie olśniony podobieństwem wszystkich
szczegółów".
8
Opowiem ci, jak wzeszło Słońce Wpierw - Wstążka nad pagórkiem Wieżyczki w morzu Ametystu Nowiny jak Wiewiórki
Śmignęły - Wzgórza zdjęły Czapki Skowronki zaczęły Łące
Dzwonić - i powiedziałam sobie:
„To musiało być Słońce!"
[...]
Wiem, że Sempoliński doskonale rozumie i poniekąd ce
ni sztukę kapistów, i choć nie działa tak jak oni, sam wymy
śla i uzyskuje interakcje kolorystyczne, w których jedna bar
wa radykalnie działa na inną. Czasem przekracza naturalny
koloryt pejzaży. Szczególnie lubi rozbielone lub spopielone
fiolety, zielonkawe lub zimne błękity, migotliwe, białawe
szarości, kremowe biele, soczyste żółcie i zimne czerwienie
(rzadko używa cynobru); często przeciera podstawowy kolor
innym pigmentem. Maluje pędzlem i różnej wielkości szpachlami. Chętnie obramia swoje płótna grubą, wyrazistą linią.
Jego krajobrazy pulsują, „oddychają" i pociągają widza
„w głąb" malarskiej przestrzeni.
W procesie twórczym Jacek podlega gwałtownym impul
som i emocjom, np. gdy nie może odnaleźć właściwego wy
razu lub gdy materia stawia mu opór. Wtedy pojawia się fu
ror - artysta szarpie i kaleczy płótno, pozostawiając na nim
dziury i rozdarcia (np. w Mocy przeznaczenia Verdiego). Ma
larski kształt jego krajobrazów - a także innych cyklów - by
wa kwintesencją nasilonej ekspresji, siły i energii (chociaż
zdarzają mu się też obrazy spokojne, elegijne). Tak między
artystą a jego dziełem wytwarza się swoiste „pole elektrycz
ne". Jacek kładzie na płótno lub papier grube „strzępiaste"
plamy, szerokie, „kanciaste" smugi, kleksy, zygzaki i pasma
(ułożone poziomo lub pionowo) - „ruchliwe" impasty nało
żone falistym, nerwowym ruchem pędzla lub szpachli. Tak
malowane obrazy działają niekiedy jak płaskorzeźby - np.
żółta, brawurowo malowana Miazga (1974) z Muzeum Naro
dowego w Warszawie, którą można ogarnąć nie tylko wzro
kiem, lecz i dotykiem.
Krajobrazy. Przestrzeń, powietrze, światło i barwy, gleba,
rośliny. Ziemia i kosmos niebieski.
Jacek Sempoliński, Czaszka, olej, płótno, 1985
„Niebo" - to, czego nie dosięgam!
Już Jabłko na Jabłoni Gdy Gałąź dłuższa niż Nadzieja Jest „Niebem" - dla mej Dłoni!
Niespieszny Obłok - ze swą Barwą Cudze Pola - Rozstaje Łąka za Wzgórzem - Dom za Łąką Już to - jest dla mnie Rajem!
W złudne Purpury Popołudni
Łatwowiernie przebrani Wabimy tęsknie - tego Magika Co - Wczoraj - wzgardził nami!
Poza Miazgą w Muzeum Narodowym znajduje się jeszcze
siedem obrazów Sempolińskiego (w tym jeden wczesny rea
listyczny pejzażyk z Serocka, z około 1952 roku), które
w rozmaity sposób mówią o jego twórczości, i o tym jak
w poczynaniach malarza objawia się „duch pracy ludzkiej".
Niektóre z nich sprawiają takie wrażenie, iż nie wiemy, czy
są obrazem rzeczywistości czy marzeniem o niej. Oto Morze
w Rozewiu (1963) - abstrakcyjne a zarazem syntetyczne stu
dium szalejącego żywiołu, który niemal przelewa się przez
brzegi płótna. Skłębione wodne kręgi bryzgające pianą, fale
i wiry trzymane na jednej nucie kolorystycznej, rozegrane są
w różnych odcieniach szarości i zgaszonych bieli, przełama
nych delikatnymi odcieniami błękitu i różu. Podobnie monochromatyczno-muzyczna gama określa sens pięknego, wyra
zistego Pejzażu z Mąchocic (1965), namalowanego na biało-błękitnym podłożu. Zamarkowany gąszcz splątanych drzew
zaznaczony poziomymi smugami i „skrętami" farby, zatopio
ny jest w szarościach i bieli, która świeci się w zestawieniu
z położonymi obok głębokimi tonami popiołu i czerni. Stu
dium przestrzeni fioletowej (1970) to symetryczne „raporty",
zamaszyście malowane pasy, ułożone w poprzek pionowej
osi. Składają się one z wyrafinowanych zestawień barwnych
- eterycznych odcieni wrzosu i bzu, różowości, szarości i żół
tawych bieli, z „kropkowymi" akcentami głębokich błękitów,
a może szmaragdowej zieleni? Barwy się mienią i przy
pierwszym wrażeniu interakcje mylą, sugerują tony fiołkowo-brązowo-ugrowe; dopiero po chwili wyławiamy z tej fee
rii kolorów właściwą fioletową tonację, która potwierdza sta
rą prawdę kolorystów o tajemniczych właściwościach barw.
I jeszcze dwa płótna - jasnobłękitny, rozbielony Świt i Przed
świt - niezapisana karta, ciemnoniebieski, prawie granatowy
nokturn (obydwa z 1979 roku) - dwie płaskie, podziurawio
ne powierzchnie, zróżnicowane drobnymi impastami i świe
cące lekko wtartymi w płótno plamami ugru i różu.
Na końcu plasuje się wczesna Kompozycja z organami II
(1960) prawie przedstawieniowa, podzielona na pół pionową
osią, z obłymi formami i ukośnie ustawioną trąbką, zanurzo
na w nikłych, subtelnych zieleniach, szarościach i czerwie
niach. Obraz, który być może jest dalekim echem powino
wactwa ze sztuką Tadeusza Brzozowskiego. To już nie pej
zaż, ale może wnętrze lub jakaś nieokreślona przestrzeń?
Łąki, Rżyska, Rzeki, Trawy, Polany leśne, Studia światła,
Światło i Mrok - duży zespół takich wyśmienitych pejzaży
Jacka z lat 1967-1970 pokazano na wystawie w Zachęcie
w lutym 1971 roku. Teraz, po latach, warto jeszcze zajrzeć do
jej katalogu.
Dramaturgia krajobrazów Sempolińskiego zasadza się na
sile jego doznań psychicznych, na pracy wzrokowej i na pew
ności ręki posłusznej wewnętrznym nakazom. Podobnie, z te
go samego źródła, płyną inne podejmowane przezeń tematy
9
57
(czy lepiej: treści). Jacek tworzy eschatologiczne cykle: Cza
szki, Ukrzyżowania i ponadczasowe - a może znane mu Twarze, wszystkie silnie przesycone duchowym pierwiast
kiem.
Dusza dobiera sobie Towarzystwo
I - zatrzaskuje Drzwi Jak Bóg - ma w sobie prawie Wszystko A z reszty sobie drwi [...]
Wiem, jak z nią jest - gdy z Rzesz wybiera
Kogoś Jednego - raz Zamyka się jak Śluza - zwiera
W sobie - jak Głaz
Tak jak i pejzaże, obrazy poszczególnych cyklów są ma
lowane żywiołowo, ale równocześnie mają walor wspaniale
zdyscyplinowanej malarskiej roboty. Na początku owych se
rii Sempoliński tworzy prawie realne kompozycje z odniesie
niem do rzeczywistości, przedstawia konkretne podmioty
i rzeczy. Czaszka jest więc widzialną i niewątpliwą czaszką,
a Ukrzyżowanie - Krucyfiksem (Jacek malował różne krucy
fiksy: w Krakowie, w farze i kościele Świętej Anny w Kazi
mierzu). W następujących po sobie obrazach cyklu odchodzi
już od przedmiotu. Ich czytelność się zatraca i nic już do
słownie nie tłumaczy dzieła. Zostaje tylko lekko uchwytna
aluzja, wielki ładunek osobistego przeżycia i sekretne emo
cje, znaki, symbole, wyrażane najczęściej ekspresyjną, im
pulsywną formą. Twarze, Czaszki, Ukrzyżowania są rezulta
tem „pracującego" na nie kwadrantu duchowo-intuicyjnego.
Ale czy pierwiastek intelektualny nie odgrywa tu też jakiejś
roli? Myślę, że tak (bo przemawia za tym wewnętrzna harmo
nia obrazów), chociaż Sempoliński powiedział mi ostatnio:
„kiedy maluję nie mam czasu na myślenie". W niektórych
dziełach doznania Jacka są utajone, w innych bardziej oczy
wiste i zrozumiałe. Wszystkie w jakiś sposób niosą treści
eschatologiczne, dotykają filozofii egzystencji i spraw osta
tecznych, są odbiciem ciemnych nastrojów. I odwiecznym
pytaniem o „istotę rzeczy." Dlatego można o nich powie
dzieć, że są jednorodne, choć nie jednolite.
W książce Życiodajna śmierć Elisabeth Kiibler-Ross napi
sała, że cierpiące małe dzieci nie zawsze potrafią powiedzieć
o swojej chorobie i bólu. Ale potrafią to symbolicznie nary
sować (bo dzieci zawsze rysują symbolicznie) i na takim ry
sunku bezbłędnie wskazać newralgiczne miejsce. Tak i Jacek
Sempoliński potrafi, a może nawet musi, wyrazić w obrazie
swoje ekstremalne nastroje.
Czaszka to nie tylko Golgota i symbol Męki Pańskiej. To
także naczynie skrywające mózg, jego różnorakie funkcje,
myśli i odczucia.
Nie trzeba być Komnatą - aby w nas straszyło Lub nawiedzonym Domem Nie ma Wnętrz straszniejszych niż Mózgu
Korytarze kryjome Ileż bezpieczniej - o Północy
Ujrzeć Upiora przed sobą Niż spojrzeć w twarz własnym - wewnętrznym Pustkom i Chłodom.
[...]
58
W 1993 roku w Muzeum Archidiecezji Warszawskiej
odbyła się wystawa prac Sempolińskiego, na której pokazano
m.in. Chleb, Twarze, Czaszki, Ukrzyżowania. Były tam kom
pozycje jasne, fioletowo-błękitno-różowe oraz bardzo ciemne
(narzucające wyraźne odczucie symboliki grobu), które wy
dawały mi się szczególnie przygnębiające i głuche w kolorze;
pozornie bezładnie cięte pędzlem i szpachlą, sprawiały pra
wie antyestetyczne wrażenie (ale nie był to antyestetyzm pro
gramowy, artysta bowiem nie uznaje żadnych programów).
Widziałam je w nikłym blasku słabo oświetlonych sal
i odbierałam jako czarne lub ciemnobrązowe. Dziś wiem, że
Jacek nie lubi brązów i nie używa w ogóle czarnej farby,
którą zastępuje mieszanką błękitu paryskiego z czerwienią,
co stwarza złudzenie głębokiej, smolistej czerni (a przy in
nych proporcjach także fioletu). Wszelako, nie były to obra
zy pociągające łatwo akceptowalną harmonią. Sempoliński
nie znosi malarstwa ułatwionego, uładzonego, efektownego,
pożądanego w odbiorze. Nie lubi też słowa odbiorca, bowiem
nie wychodzi naprzeciw oczekiwaniom szerokiej publiczno
ści. Ale przecież tworząc dla siebie, czyni to też dla innych
(a dużo wystawia). Powiada zatem, że po prostu „nadaje
rzecz"; wysyła swoje przesłanie, a inni niech się martwią
0 własne przeżycie dzieła. W latach stanu wojennego,
1 później, pokazywał szczególnie znaczące i dramatyczne
prace na nieformalnych wystawach kościelnych, m.in. na
ekspozycji Niebo nowe i ziemia nowa? przy ulicy Żytniej
w Warszawie.
Obrazy Sempolińskiego są trudne w odbiorze; łączą nasi
lony wyraz z mentalnie konstruowaną formą (bo ich swoisty
lad jest jednak ładem intelektualnym). Czasem wydają się
„fizycznie" wciśnięte, wtłoczone w głąb płótna (tak widzi je
np. znakomity grafik Jarek Lustych). Ich kolor rzadko cieszy,
częściej przywołuje myśl o stanach bliskich depresji. Dzieła
te niczym nie epatują współczesnego filistra, być może
odrzucają go nawet. Dziś, kiedy „pospolitość skrzeczy",
a współczesne, „konsumpcyjne" życie jest w wielu przeja
wach śmietnikiem wartości, obrazy Jacka nie znajdą pokla
sku tłumów ani popularności. Żaden nowobogacki nie spoj
rzy nawet na nie, ani nie kupi w prezencie dla żony, no, chy
ba że przez snobizm, bo to w końcu profesor ASP w stołecz
nym mieście Warszawie. Jego płócien ani rysunków nie po
wieszą w swoich domach ci, którzy szukają łatwej przyjem
ności, ozdoby lub przytulności, owej przysłowiowej
Gemutlichkeit, która zdominowała malarstwo biedermeieru,
a potem przez długie dziesięciolecia kształtowała smak i gu
sta szerokiej publiczności z XIX, a nawet XX wieku.
Sempoliński obraca się w kręgu sacrum, rezygnuje świa
domie z wielu rzeczy (np. prasy czy telewizji), często towa
rzyszy mu cierpienie i wewnętrzne rozdarcie. Wszelako byt
duchowy splata się organicznie z rytmem życia biologiczne
go, które narzuca swoje wymogi. Trzeba jeść, ubierać się,
spać i gdzieś mieszkać. Jacek wcale nie jest anachoretą, mi
mo że mówi, iż chętnie żyłby w odludnym miejscu na Półno
cy, gdyby był w zgodzie ze sobą. Ceni sobie jednak powsze
dnie uroki życia, codzienne wygody, smaczne jedzenie (lubi
budyń), dobre mieszkanie i dobre zdrowie, spokojny sen
i wakacje w uroczych miejscach (Męćmierz, Nieborów). Je
den z jego mądrych przyjaciół powiada, że jest to nieodzow
ny wentyl bezpieczeństwa, by nie zatracić się zupełnie.
Ludzie różnie rozdzielają sacrum i profanum. Nieraz
przybiera to formy groteskowe czy wręcz humorystyczne.
Pewni właściciele domu i „praktycznie" utrzymanego ogrodu
w najpiękniejszym polskim miasteczku, walczyli z wiewiór
kami, które zjadały im orzechy laskowe. Inni ludzie byliby
szczęśliwi, że urocze zwierzęta igrają po ich posiadłości. Ale
nie oni. Wytrzymali tę grozę dwa lata, po czym ścięli leszczy
nowe drzewko, albowiem nie mogli znieść tego, że ktoś
odbiera im i c h w ł a s n o ś ć .
W czerwcu 1998 roku odwiedziłam Jacka w jego pracow
ni. Zobaczyłam nowe, zachwycające obrazy malowane
w czasie ostatniego półrocza (niektóre z maja). Ostatnio wi
działam też najnowsze rysunki i pastele, niektóre gęste, za
wiesiste, intensywnie kolorowe, inne oszczędne, ascetyczne,
złożone z dwóch-trzech kresek, i tym bardziej poruszające,
że „mniej może znaczyć więcej". I nie są to szkice przygoto
wawcze do płócien, ale dzieła samoistne, z których każde sta
nowi obraz, с a ł у obraz.
Oleje malowane na płótnie i papierze są też nasycone ko
lorem. Sempoliński tworzy Ukrzyżowania i Czaszki bez do
słownej wierności przekazowi ikonograficznemu (w pracow
ni ma czaszkę człowieka zabitego w czasie I wojny świato
wej, z otworem po kuli). Czasem biały grunt płótna służy mu
za tło, na którym kładzie swoje wektory - splątane, wielokie
runkowe impasty. Używa oranżu i zimnych głębokich czer
wieni, mieszanych niekiedy z błękitem paryskim. Są to obra
zy piękne i pełne osobliwie żarliwego wyrazu (a Sempoliński
bardzo poważnie traktuje kategorię piękna). Od wielu lat pre
feruje formaty pionowe, i - jak mówi - uważa to za wtórny
racjonalizm. Niegdyś był po stronie „poziomów", ulubionych
przez szkołę paryską (układ horyzontalny jest wszak natural
ną harmonią natury), ale wiele lat temu odmienił to na rzecz
„pionu", który ma więcej napięcia dynamicznego na osi dół góra.
wsze „osobny", wierny swoim imperatywom i zamiłowa
niom.
Rok 1999 przyniósł Sempolińskiemu niezwykły przypływ
energii. Powrócił jakby do lat młodości, a melancholia gdzieś
uleciała. W jego twórczości pojawiły się nagle nowe tematy
i treści. Teraz maluje i rysuje udramatyzowane autoportrety
oraz półabstrakcyjne studia nagiego ciała z motywami fallicznymi. Kilka takich prac pokazał w czerwcu w galerii Oeff
(obecnie Teatr Akademia) przy ulicy Targowej 80 w
Warszawie, m.in. Autoportret (Adam?), Autoportret (Ła
zarz?) i Corpus eroticus - przekaz intymnej cielesności, która
wiąże się z poczuciem grzechu, a ukazana została bez cienia
trywialności. Podobne prace wysłał też do Orońska, na eks
pozycję pt. „Walka w człowieku". Na koniec wieku Jacek po
kazał te nowe obrazy i rysunki na zorganizowanej w Warsza
wie wystawie Sąd Ostateczny.
Jeden z obrazów jest „podwójny"; narodził się powtórnie
po osiemnastoletniej przerwie. W 1980 roku Sempoliński na
malował błękitny nokturn Bielany nocą, ale zabrakło mu tych
ostatnich, najważniejszych dwóch minut, żeby obraz „za
mknąć". W maju 1998 roku namalował na nim Czaszkę „opi
saną" oranżem, żółcią, czerwienią, czernią i bielą.
Ten ogląd „domowej wystawy" Jacka potwierdził mi to,
o czym często myślałam - że ślad jego ręki jest niepowtarzal
ny i łatwo rozpoznawalny. Nie sposób pomylić go z kimś in
nym. Jest on nadto artystą niezależnym, który nie ulega do
raźnym celom i nie kłania się okolicznościom, stroni od mod
nych programów i nowinek awangardowych. Był i jest za
Ten esej - który powstał z potrzeby serca - pragnę po
święcić pamięci mojego męża Zbigniewa Lutego, zmarłego
29 kwietnia 1997 roku, wielce utalentowanego inżyniera,
człowieka nieposzlakowanej prawości, szczodrze obdarzone
go wszystkimi kwadrantami, szczególnie zaś kwadrantem
uczuć i duchowej intuicji. Zbyszek przez całe życie z przeni
kliwą wyobraźnią konstruował silniki wielkich mocy, a rów
nocześnie żywo interesował się sztuką. Odwiedzał muzea na
dwóch kontynentach, przyjaźnił się z artystami, kochał, rozu
miał i podziwiał malarstwo.
O Sempolińskim można by napisać dużą księgę. W tym
miejscu nie dało się już powiedzieć nic więcej, a przecież po
zostają jeszcze inne sprawy: Arsenał, wczesna twórczość,
martwe natury, umiłowanie i znawstwo muzyki, zaangażowa
nie ideowe w najtrudniejszych latach (w latach 80. nazwano
go w prasie „cynicznym graczem politycznym"). Ale i tak
wiadomo, że we wszystkim, co czyni, pozostawia duchowy
ślad swojej osobowości.
W 1920 roku na wystawie zbiorowej Edwarda Okunia
w warszawskiej Zachęcie pokazano obraz Cztery struny
skrzypiec. Dzieło to było oprawione w oryginalną ramę (a dla
tego artysty ramy były zawsze znaczące). Widniał na niej na
pis: Vivitur Ingenio Caetera Mortis Erunt, co w tłumaczeniu
Aleksandra Kraushara brzmi: Żyjmy duchem, albowiem wszy
stko inne należy do śmierci}
0
On bardzo lubił i cenił Jacka Sempolińskiego.
PRZYPISY
1
E . Dickinson, 100 wierszy, wybór, przekład i wstęp S. Barańczak,
Kraków 1990; zob. też: E . Dickinson, Drugie 100 wierszy, wybór, prze
kład, wstęp i opracowanie S. Barańczak, Kraków 1995
Obie te książki ukazały się w języku polskim pod tytułami: Rozmo
wy o śmierci i umieraniu, przełożyła I. Doleżal-Nowicka, Warszawa
1979 i Życiodajna śmierć, przełożyła E . Stahre-Godycka, Poznań 1996
Zniechęcenie, melancholia, odczyt wygłoszony w maju 1998 r.
w Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski (w ramach cyklu
odczytów „Moja historia sztuki"), publ. w: „Pokaz", 1998 nr 24, s. 1-5
J. Cassou, Georges Pillement [i inni], Encyklopedia Symbolizmu,
przekład, opracowanie i przypisy J. Guze, Warszawa 1992, s. 102
Teksty te ukazywały się drukiem kolejno w: „Przegląd Kultural
ny", 1958 nr 43, s. 10; „Miesięcznik Literacki", 1969 nr 4, s. 56-61; Ka
talogi wystaw indywidualnych J. Sempolińskiego w Białymstoku, ZPAP
Okręgu Warszawskiego, 1976, w Warszawie, ZPAP, Dom Artysty Plasty
2
3
4
5
ka, 1978, w Muzeum Archidiecezji Warszawskiej, 1993, w galerii Kor
degarda w Warszawie, 1995; Przestrzeń i literatura, Wrocław 1978,
s. 33^t4; „Sztuka", 1979 nr 3, s. 13-18; „Znak", 1987, nr 6, s. 39^t5;
„Znak", 1993 nr 11, s. 68-79; „Tygodnik Powszechny", 1995 nr 48, s. 9
C. Miłosz, Piesek przydrożny, Kraków 1998, s. 18 (Na miejscu
Stwórcy).
A. Kijowski, Dziennik 1955-1969, wybór i opracowanie tekstu
K. Kijowska i J. Błoński, Kraków 1998, s. 315
H.F. Amiel, Z pamiętnika, tłumaczyła A. Kordzikowska, Warszawa
1901, s. 56. Zob. też: M. Biernacka, Ogród świata. Włoskie pejzaże
Edwarda Okunia, rozdział II przygotowywanej pracy o E . Okuniu, mpis
u autorki.
Jacek Sempoliński, Malarstwo, katalog wystawy, Warszawa, luty
1971, Zachęta.
M. Biernacka, op. cit.
6
7
8
9
10
59
