5179e66a3fd0a640f8fb71e88bae1b70.pdf
Media
Part of His Master's Voice ? O muzyce u Steinera / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1999 t.53 z.4
- extracted text
-
His Master's Voice ?
O muzyce u Steinera
Dariusz Czaja
1. Rzeczywista obecność muzyki
„Tylko na terenie muzyki nie jesteśmy jeszcze ludźmi
o naukowo-historycznym nastawieniu, żyjemy jeszcze
przy Palestrinie: dowód na to. że tu rzeczywiście jeste
śmy ż y w i " .
Friedrich Nietzsche, Fragmenty 1869-1875
Mylą się, moim zdaniem, ci, którzy sądzą, że nieskrywana
prowokacyjność, bluźnierczość wobec dominujących obecnie
nurtów intelektualnych, ba: profetyczna wywrotowość Rze
czywistych obecności mieści się tylko i wyłącznie w kilku za
sadniczych i wyłożonych przez Steinera expressis verbis te
zach i stwierdzeniach rozwijających myśl przewodnią książ
ki („pragniemy odejść od bezpośredniego spotkania z 'rze
czywistą obecnością'"); słowem, w tym, co - ujmując najo
gólniej - mówi on o nędznej kondycji współczesnej humani
styki i szansach przezwyciężenia tego stanu rzeczy. Nie jest
przecież tak, by nikt z nas wcześniej nie zauważył, bądź też
boleśnie na sobie nie doświadczył grozy albo groteski (w za
leżności od punktu widzenia) lawinowego przyrostu drugo
rzędnych tekstów o innych tekstach, formowania się na na
szych oczach, a i przy naszej nieraz pomocy, humanistycznej
krainy wtórności i lustrzanych odbić, poza którymi nie widać
już rzeczywistości; nie jest też tak, by dopiero Steiner podjął
frontalną polemikę (bez względu na to, w jakim stopniu za
sadną) z wierzeniami i praktyką dekonstrukcjonistów, by nikt
dotąd nie zastanawiał się nad możliwością negatywnych kon
sekwencji dekonstruktywistycznej lektury; nie jest też chyba
tak, by dopiero Steiner, przywracając blask zaśniedziałemu
refrenowi: Zu den Sachen selbst, uświadomił nam koniecz
ność i owocność żywego spotkania z dziełem i błyskotliwie
(bo inaczej nie umie) uzasadnił wyższość postawy kontemplatywnej nad chorym i doprowadzonym do granic bólu po
znawczym i kulturowym aktywizmem.
W stwierdzeniu, że diagnoza chorób współczesności nie
jest tym, co u Steinera najbardziej rewolucyjne, nie idzie mi
też, naturalnie, o to, że przekład polski spóźniony jest w sto
sunku do oryginału o lat osiem i że tezy Steinera zdążyły się
już uleżeć. Jego książka, tak niedzisiejsza, tak wyraźnie
i ostentacyjnie nieomal demode, na swój sposób wciąż draż
ni, a przynajmniej niepokoi i intryguje. W dalszym ciągu,
choć krytyczne ostrze nieco może stępiało, ma w sobie moc
budzenia z myślowego letargu, zaprasza, czy lepiej: wzywa
(o ile nie: stawia wręcz pod ścianą) do przemyślenia najzu
pełniej elementarnych kwestii dotyczących nie tylko, by tak
rzec, fizyki kultury, a więc tego, co jest chlebem powszednim
humanistyki, ale także jej metafizyki, duchowego wymiaru
dzieła sztuki. I w tym jej, nie rozmijająca się z czasem obe
cnym i nie stygnąca wciąż, siła.
Mówiąc o wywrotowym charakterze książki miałem na
myśli przede wszystkim liczne, rozsiane w różnych miej
scach steinerowskiej narracji: zdania, frazy, aforyzmy, stwier
dzenia, opinie, przekonania, domniemania, napomknienia,
aluzje, cytaty, kryptocytaty, pytania, wątpliwości, przeczucia
i wyznania, które za przedmiot mają muzykę. Nie chodzi,
rzecz jasna, o to, że Steiner rzuca od czasu do czasu efektow
ne i stąd, zwracające uwagę, myśli na temat muzyki, że chwa
li się, rzeczywiście niezwyczajną, jak na kogoś, kto nie zaj
muje się profesjonalnie tą dziedziną, muzykologiczną erudy
cją. Rzecz w tym, że nie są to poglądy luźno winkrustowane
w tekst na zasadzie kompozycyjnego przerywnika, przeciw
nie: Rzeczywiste obecności muzyką oddychają, całe są muzy
ką przeniknięte. Wszędzie tam, gdzie mowa o muzyce, eks
presyjna i tak proza Steinera, pulsuje jeszcze bardziej, roz
ognia się i żarzy. Nie ma wątpliwości: to w tych właśnie miej
scach ukryty jest dynamit.
Muzyka, twierdzę, jest nie tylko zaskakującym punktem
wyjścia tych rozważań, ale, kto wie, czy nie jeszcze bardziej
nieoczekiwanym punktem dojścia. Przesadzam? Dowód,
czarno na białym, jest już na stronie dziewiątej: „Wierzę, że
muzyka jest niezmiernie ważna dla zrozumienia tego, czym
jest człowiek, oraz tego, co oznacza ludzkie doświadczenie
metafizyczne lub odrzucenie tego doświadczenia. Nasza
zdolność komponowania i reagowania na formę i sens mu
zyczny odwołuje się bezpośrednio do tajemnicy kondycji
ludzkiej. Pytanie 'czym jest muzyka?' może być jednym ze
sposobów na zadanie pytania 'czym jest człowiek?'" Czy nie
jest wywrotowa i jawnie prowokacyjna, ta stanowcza dekla
racja „konfesyjnej" przynależności? Czy rzeczywiście, zasu
gerowana tu z taką prostotą, tak otwarcie i całkowicie serio
wymienność, równoważność wspomnianych pytań, nie
sprzeciwia się - wyjąwszy nielicznych - najbardziej po
wszechnym i dominującym dzisiaj tezom antropologii filozo
ficznej? Czy nie jest jakimś gwałtem na zdrowym rozsądku,
nie wytrąca ratio z uporządkowanych mniemań na swój te
mat? Czy nie wprowadza do oswojonych już gatunkowych
określeń (homo sapiens, homo faber itp) parametru jakby
z zupełnie innego porządku i to wyraźnie nie d propos: bo ni
by dlaczego, zorganizowana melodycznie, rytmicznie i har
monicznie sekwencja dźwięków miałaby być kluczem do za
gadki człowieka, dlaczego sztuka kontrapunktu raczej a nie
umiejętność konstruowania siekierki?
1
Czy zresztą już sama intensywna obecność muzyki w tej
opowieści, która - przypomnijmy - o przygodach słowa
w dużej mierze traktuje, muzyki pojawiającej się tu w wielu
rejestrach, w różnych planach i odniesieniach, nie jest sygna
łem o pójściu jawnie pod prąd branżowych przyzwyczajeń?
Bo zważmy: oto filolog, miłośnik logosu, a więc ten, który
podąża za słowem, który słowu z czułością przygląda się,
w swoich próbach opisania i zrozumienia nie prostych prze
cież relacji między słowem i światem, nieustannie do muzy
ki sięga, na muzykę się powołuje, muzykę czyni ośrodkiem
23
cc
AD
Zł
Pi
ON
Mich;
R
Pawe
T
Dariu
h
***
Miro
С
Heid
1
Phili
3
J A
Alei
***
Toir
Osk
Bor
T i
(c<
Wii
Robert Fludd, The Temple of Music
Da
Wi
**
Jai
Je;
Ja
Hi
В
В
s
swoich rozważań. Przesada? Dowód obecny jest na kolejnych
stronach: „Sednem tego eseju jest pytanie, czy można powie
dzieć (lub napisać) cokolwiek znaczącego na temat muzyki"[RO,19]. Dwumian „słowo - świat", jak gdyby sam w so
bie nie dość tajemniczy, zostaje uzupełniony o element je
szcze bardziej w swej naturze niepochwytny i niezgłębialny:
muzykę. Po trajektoriach wyznaczonych przez wierzchołki
tego trójkąta będą się toczyć rozważania Steinera. Widać przy
tym wyraźnie, że pytanie o to, czym jest muzyka, jak istnie
je, jaką prawdę o sobie i o nas odsłania, nie jest dla niego py
taniem lokalnym, do rozwiązania na przykład przez muzyko
logów. Stawia on sprawę na ostrzu noża: pytanie o status
ontologiczny muzyki, o jej sens, o to, jak ona znaczy jest py
taniem dla humanisty fundamentalnym. To pytanie pytań.
Rozważania Steinera, choć tak dzisiaj osobne i osobliwe,
nie pojawiają się przecież w intelektualnej próżni. Zanim
przyjrzymy się bliżej kilku kontekstom myślowym, w które
intencjonalnie wchodzi jego filozofia muzyki (ale też i takim,
w które wplątuje się bezwiednie), krótkie przypomnienie.
Pra-sformułowanie steinerowskiego pojmowania muzyki
obecne jest już w jednym z rozdziałów W zamku Sinobrode
go, książki opublikowanej prawie dwadzieścia lat przed Rze
czywistymi obecnościami. Tutaj, w wykładach zawierających
- jak głosi podtytuł - „kilka uwag w kwestii przedefilowa
nia kultury", do głosu dochodzi przede wszystkim nuta kry
tyczna. Steiner konstatuje pojawienie się w kulturze współ
czesnej zjawiska bez precedensu: nowej sfery dźwięku o za
24
sięgu globalnym: „Trio walące we mnie przez ścianę w zimo
wą noc na północnym wschodzie Stanów Zjednoczonych naj
prawdopodobniej rozbrzmiewa w tej samej chwili w sali ta
necznej w Bogocie , wydobywa się z tranzystora w Narwiku,
z gramofonu w Kijowie i gitary elektrycznej w Bengazi".
Pomijając to, że odbiornik w USA dawał o niebo lepszą ja
kość niż gramofon w Kijowie, zasadniczo Steiner ma rację:
przestrzeń dźwiękowa współczesnego społeczeństwa przypo
mina gigantyczne pudło rezonansowe. Fale muzaku dopadają
nas wszędzie: w domu, w kinie, w supermarkecie, w windzie.
Urządzenia rejestrujące dźwięk, z jednej strony, są błogosła
wieństwem: możemy już na wzór biblioteki tworzyć własne
kolekcje nagrań; z drugiej, nietrudno wyobrazić sobie sytua
cję, w której Pasja Mateuszowa słuchana jest jako tło do
sprzątania, czy jeszcze gorzej: jako muzyka do kotleta. Infla
cja dźwięku nie pozostaje bez wpływu na osłabienie, o ile
nie: całkowite stępienie wrażliwości estetycznej. By dopełnić
obrazu muzycznego znijaczenia, na boku rzuca jeszcze Stei
ner parę złośliwości na temat prymitywizmu rocka i muzyki
pop - to figura niemal obowiązkowa u muzycznych konese
rów - które to gatunki zostają wrzucone, zupełnie zresztą nie
rozumnie, do jednego worka.
2
3
Nie w tym jednak rzecz. Ważniejsze jest inne spostrzeże
nie: oto, odwrotnie proporcjonalnie do obecności muzyki ota
czającej nas na co dzień, zmniejsza się jej rola w naszym ży
ciu. Masowe chodzenie na koncerty niczego tu nie zmienia.
Wręcz przeciwnie. Przypominają się tu przenikliwe uwagi
Theodora Adorno (1939 rok!) o niezauważalnej niemal a ma
jącej istotne konsekwencje kulturowe, podmianie wartości
estetycznych na wartości użytkowe, zjawisku nieuchronnym
w świecie rządzonym przez wielką liczbę. Demokratyzacja
dostępu do sztuki zbiera gorzkie żniwa. To, co ledwie zasu
gerował Steiner, wypowiedział już wprost i otwarcie austriac
ki muzyk i dyrygent, Nicolaus Harnoncourt: „Od czasów śre
dniowiecza aż do rewolucji francuskiej muzyka była jednym
z filarów naszej kultury i naszego życia. Jej
z n a j o m o ś ć była częścią wykształcenia ogólnego. Dzisiaj
muzyka stała się jedynie ornamentem pozwalającym zapełnić
puste wieczory wizytami w operze czy w filharmonii, przy
strajającym oficjalne uroczystości, czy też - przy wydatnej
pomocy radia - wypierającym i ożywiającym ciszę domowej
samotności. Stąd bierze się ów paradoks, że wokół roz
brzmiewa zdecydowanie więcej muzyki niż kiedyś (otacza
nas prawie bez przerwy), ale nie ma ona dla naszego życia
żadnego znaczenia, pozostaje tylko 'miłą ozdóbką'".
najważniejszych sporów prowadzonych w tej ulotnej materii.
Zauważmy przy tym, że uchwycenie związku słowa i dźwię
ku, w słowie jedynie może zostać przekazane. Inaczej
mówiąc: musi zostać w y s ł o w i o n e . Natura owego związku
musi zostać nazwana i o p o w i e d z i a n a . Wspominam o tej
trywialnej okoliczności dlatego, by podkreślić, że rozważania
poniższe w najmniejszym stopniu nie pretendują - za wyso
kie progi! - do tego, by uchodzić za muzykologiczne stu
dium. Chodzi mi o rzecz znacznie skromniejszą. Skupiam się
jedynie na narracji Steinera, po to, by śledząc jej rozmaite ję
zykowe (a więc i myślowe) uwikłania, dojść do rekonstrukcji
źródeł i kształtu steinerowskiego m i t u muzyki. By uczynić
zadość metodologicznym rygorom, jeszcze jedna uwaga: po
jęcie mitu rozumiem tu najprościej jak można, niemal etymo
logicznie (słowo, opowieść), ale też, co warte zaznaczenia,
w przeciwieństwie do publicystycznych jego wykładni (mit
jako fałsz), umieszczam blisko ujęć znanych z klasyki feno
menologii religii (mit jako święta opowieść).
Dlatego też tak mocno brzmią w tych prolegomenach do
rozwijanej po latach filozofii muzyki, uwagi o esencjalnym
związku muzyki z prawdą. „Ani ontologia, ani estetyka nie
przedstawiły w sposób klarowny i satysfakcjonujący tych
związków. Jednak my natychmiast je wyczuwamy. (...) Mu
zyka może być samochwalcza, może być sentymentalna, mo
że uwalniać struktury okrucieństwa, ale nie kłamie. (Czy
można znaleźć kłamstwo u Mozarta?) To tu pokrewieństwo
muzyki i potrzeba uczucia, które niegdyś miało charakter re
ligijny, może przebiegać na najwyższym poziomie"[WzS,
138]. Wobec wciąż ogromniejącego nadmiaru słów, wobec
iluzji, które język często z siebie wysnuwa, wobec bełkotu
i kłamstwa słowa publicznego (te oskarżenia wobec języka,
w Rzeczywistych obecnościach osiągną już rozmiary ele
phantiasis), muzyka jest/może być enklawą wolności i praw
dy. Znaczące jest to przesunięcie w zwyczajowej hierarchii li
teratury i muzyki: dla wielu z nas, zauważa Steiner, „pewne
utwory muzyki raczej niż literatury są talizmanami porządku
i ufności"[WzS, 137]. Już w tej książce zarysowany został
wyraźnie kierunek steinerowskiego myślenia o muzyce i pro
jekt przywrócenia jej ważnego miejsca w kulturze. Tak, musique avant toute chose...
Podkreślając permanentną ułomność języka w zetknięciu
z muzyką, znajduje jednak Steiner w ciemnościach okołomuzycznej logorei „płomyki dyskursywnej iluminacji"[RO, 20].
Niech kilka z nich rozbłyśnie i dla nas. Ale wcześniej naszki
cujmy filozoficzne tło.
Jeszcze w Krytyce władzy sądzenia, dziele emblematycznym dla myśli późnego oświecenia, muzyka nie ma najlep
szych notowań. Widać tu wyraźnie wahanie i niezdecydowa
nie Kanta, co do tego gdzie umieścić muzykę. Z jednej stro
ny, przyjmując kryterium racjonalne, muzyka zajmie w za
proponowanym przezeń hierarchicznym podziale sztuk miej
sce trzecie, ostatnie: po poezji i sztukach plastycznych. Z dru
giej, zbyt wyraźnie dostrzega on, że jeśli wziąć pod uwagę
kryterium oddziaływania na odbiorcę, to muzyka dorównuje
niemal poezji. To, co w pierwszym przypadku było jej słabo
ścią, tutaj jest jej siłą: „Bo jakkolwiek przemawia ona za po
mocą samych tylko czuć (bez pojęć), a tym samym nie pozo
stawia, jak poezja, niczego, co należałoby przemyśleć, to
przecież wzrusza ona umysł w sposób bardziej różnorodny,
a chociaż tylko przemijająco, to jednak głębiej. Jest ona oczy
wiście więcej rozkoszowaniem się niż kulturą (bieg myśli, ja
ki mimochodem zostaje przy tym pobudzony, jest tylko wy
nikiem jakiejś jakby mechanicznej asocjacji) i ma zgodnie
z sądem Jaki wydaje o niej rozum, mniejszą wartość niż każ
da inna ze sztuk pięknych". Muzyka będąc mową afektów
przekazuje słuchaczom idee estetyczne. Prowadzi od „czuć"
w stronę nieokreślonych idei, te zaś - w przeciwieństwie do
sztuk plastycznych - są jedynie przemijające. Pomimo pew
nych koncesji na rzecz wpływu muzyki na słuchacza, w ra
cjonalnym systemie Kanta, zajmuje ona miejsce poślednie.
Z natury swojej, nigdy nie sięgnie jasności i precyzji pojęć.
Jest też wyraźny w tej koncepcji element defensywny. Kant
jakby się obawiał, że nie podpadająca pod wymagania rozu
mu muzyka (przypomnijmy: to raczej rozkoszowanie się niż
kultura), wywrócić może tak mozolnie budowany przez my
ślicieli Wieku Świateł porządek rozumu i ład moralny.
4
5
6
2. „Płomyki dyskursywnej iluminacji"
„W ubiegłym wieku Schopenhauer i Nietzsche najlepiej
potrafili mówić o miłości i muzyce. A przecież obaj
uczęszczali jedynie do burdeli, co zaś do muzyki, to
pierwszy przepadał za Rossinim, a drugi za Bizetem".
Emil Cioran, Wyznania i anatemy
A zatem: czy można powiedzieć/napisać cokolwiek zna
czącego o muzyce? To pytanie dotyczące bezpośrednio moż
liwości i granic dyskursu muzyko-logicznego, wywołuje
równocześnie także i inną, bardziej może podstawową kwe
stię: jaka relacja zachodzi między słowem a muzyką rozu
mianą jako swego rodzaju język? Pytania i propozycje Stei
nera wpisują się w, prowadzoną przynajmniej od czasu po
jawienia się estetyki Kanta - by nie sięgać dalej niż wiek
XVIII - i odżywającą później z różną intensywnością, filozo
ficzną dysputę na temat muzyki. Głos Steinera jest cząstką te
go polilogu. W jego uwagach słychać echa, pogłosy i odbicia
To ciekawe: co dla Kanta było ułomnością muzyki, dla ro
mantyków niemieckich stanie się jej tytułem do chwały. To
właśnie nieokreśloność muzyki, jej pozapojęciowość pozwa
la znacznie głębiej i bardziej bezpośrednio wnikać w struktu
ry rzeczywistości, które pozostają niedostępne dla operujące
go siatką pojęciową rozumu. Im bardziej muzyka oddala się
25
с
г
р
ON
Micr
1
Pawi
i
Dari
i
***
Min
Hei(
Phil
JA
Ale
**•
Tor
Osi
Bo
*T
(c
w
Di
W
Ja
Je
J;
H
od słowa, tym bardziej zy
w stan bliski nirwany. Wre
skuje na znaczeniu. Słabo
szcie: muzyka jako analge
rozpoznana przez Kanta,
tyk.
niedowartościowana „mo
W genialnych uwagach
wa afektów", wraca do
pomieszczonych w Stadiach
łask. Romantycy ujawnili
erotyki bezpośredniej, Kier
wyjątkowo dobitnie jak ar
kegaard sprzeciwia się pod
bitralne było posługiwanie
pewnymi względami i wy
się w ocenie wartości mu
wodom Kanta i przekona
zyki przede wszystkim kry
niom romantyków. Zacznij
terium językowym, słow
my od tych ostatnich. Pole
nym, pojęciowym. Przyję
mizuje Kierkegaard bardzo
cie takiej miary zapoznaje
mocno z tezą jakoby muzyka
to, co w muzyce najważ
była medium doskonalszym
niejsze: że jeśli jest języ
niż język. Owszem, łączy je
kiem, jeśli coś komunikuje,
to, że obydwa te środki wyra
jeśli niesie w sobie jakiś
zu zwracają się do ucha. To,
przekaz, to czyni to zupeł
między innymi, pozwala
nie inaczej niż język dysuznać, że w pewnym sensie
kursywny. W tym właśnie
muzyka jest językiem. Prócz
niepojęciowym „języku"
tego, język przebiega w cza
człowiek może wypowie
sie. I tylko muzyka, w przeci
dzieć najwłaściwiej. I je
wieństwie do innych sztuk,
szcze jedno ważne spo
rozwija się w czasie. Bliższy
strzeżenie: muzyka to nie
wgląd pokazuje jednak, że
tylko pierwotna mowa
muzyka nie może być mową:
uczuć, środek wyrażania
jest jej stadium wcześniej
Robert Fludd, The Macrocosm and Human Being
naszych najgłębszych emo
szym i późniejszym, ale nie
cji, to także wyjątkowo po
jest nią samą. Zawsze: albo
ręczne -jedyne! - narzędzie dotarcia do rzeczywistości du
jeszcze nie jest mową (jak w nieartykułowanych okrzykach),
chowej. Muzyka jest tedy rzeczywistością ludzką i niebiań
albo już nią nie jest (jak to się dzieje wtedy, gdy w mowie po
ską. Harmonijną syntezą przeciwieństw. Pisał Wilhelm Wacetyckiej brzmienie, „muzyczność" frazy usamodzielnia się).
kenroder: muzyka „odmalowuje człowiecze uczucia w spo
Tak więc muzyka ogranicza mowę ze wszystkich stron. „Te
sób nadludzki (...), bowiem przemawia językiem, którego nie
raz staje się zrozumiałe, jak mogło powstać nieporozumienie,
rozpoznajemy w życiu codziennym, którego pochodzenie
że muzyka jest medium bogatszym od języka. Kiedy mowa
i sposób, w jaki go opanowaliśmy, są nam nieznane, i który
ustaje i muzyka się zaczyna, kiedy - jak mówią - wszystko
możemy jedynie nazwać językiem aniołów". To właśnie
w muzykę się przemienia, jest to dowodem ruchu wsteczne
w pełnym genialnych intuicji, choć dość nierównym, dziele
go, nie postępowego.Stąd to (ci, co na muzyce się rozumieją,
Wackenrodera, znajdziemy większość z motywów przetwa
też mi tu rację przyznają) nigdy nie byłem stronnikiem wysu
rzanych później - w pismach Tiecka. E.T.A Hoffmana, Novablimowanej muzyki, która roi sobie, że może się bez słów
lisa, Schlegla, Schellinga, Hegla.... - przez myśl romantycz
obejść. Mniema ona zwykle, że jest wyżej postawiona niż
ną. Przede wszystkim przekonanie o sakralnym charakterze
słowo, gdy w istocie stoi niżej"." Muzyka zdolna jest wyra
muzyki. Muzyka ma wyższość nad językiem, bo wychodzi
zić tylko to, co bezpośrednie w swej bezpośredniości, język
poza jego ograniczenia, dociera bez trudu i bezpośrednio tam,
zaś jest refleksyjny, toteż nie jest w stanie jej słowem uchwy
gdzie język napotyka na opór. Jest mową całkowicie uwolnio
cić. Ale fakt ten, który mógłby uchodzić za ubóstwo języka,
ną od związków z materią: „Żadna inna ze sztuk nie posiada
paradoksalnie świadczy o jego bogactwie. Bowiem to, co
elementarnego tworzywa, które samo z siebie byłoby już tak
bezpośrednie, jest z natury nieokreślone, a jeśli jest czymś,
brzemienne niebiańskim duchem jak muzyka...". I jeszcze
czego określić nie można, to tym samym nie może pretendo
jeden fragment, poświadczający nieporównywalną z innymi
wać do wyższości. Dla Kierkegaarda, jedynym przedmiotem
sztukami siłę muzycznego oddziaływania; to niemal prefigumuzyki, rzeczywistością, do wyrażania której została ona po
racja pewnego ważnego wątku obecnego u Steinera: „Zamy
wołana, jest szczególny typ bezpośredniości: „duchowo jest
kam oczy na wszystkie wojny toczące się w świecie i usu
ona tak określona, że znajduje się poza duchem, a więc zara
wam się w ciszę muzyki, jakbym zatapiał się w wierze.
zem poza językiem"." Absolutnym przedmiotem muzyki jest
Wszelkie zmartwienia i smutki rozpływają się wtedy w mo
„genialność zmysłów", której idealnym upostaciowaniem jest
rzu dźwięków, zapominamy o ludzkiej wrzawie i nie przypra
Don Giovanni z opery Mozarta.
wia nas o zawrót głowy z g i e ł k
tylu
języ
Mimo, że muzyka jako szczególny , język", ma swój ogra
k ó w (podkr.DC) czy pomieszanie alfabetów i monstrual
niczony obszar stosowalności, to jest jednak pewna okolicz
nych hieroglifów". A zatem: doświadczenie muzyki jako re
ność - tu Kierkegaard kontestuje Kanta - która sprawia, że
kreacja stanu przed Upadkiem, reaktywacja czasu sprzed po
muzyka jest pośród innych sztuk najwyższa. „Muzyka nie ma
mieszania języków. Słuchanie muzyki jako wprowadzenie
innego bytu poza chwilą, w której jest wykonywana; jeśli się
7
1
8
9
26
też dobrze czyta nuty, ma się żywą wyobraźnię, nie da się za
przeczyć, że muzyka czytana istnieje w sposób nieprawdzi
wy. Prawdziwie zaś istnieje tylko wtedy, gdy jest wykonywa
na. Mogłoby się to zdawać niedoskonałością w zestawieniu
z innymi sztukami, których dzieła mają byt trwały, istniejąc
w tym co zmysłowe. Ale tak nie jest. Bo właśnie jest to do
wód, że muzyka jest sztuką wyższą i bardziej uduchowio
ną". Mimo że, nie dowiedzieliśmy się dlaczego tak właśnie
jest, dlaczego chwilowość, bezpowrotna ulotność muzyki za
świadczać ma o jej najwyższej duchowej naturze, to w całym
swoim przewrotnie dialektycznym wywodzie, konserwuje
i wzmacnia Kierkegaard romantyczny pogląd o wyższości
muzyki nad innymi sztukami.
12
13
I chociaż formalistyczna miotła Edwarda Hanslicka roz
prawiła się dość skutecznie z pewną częścią romantycznej ga
daniny o muzyce, zwłaszcza z jej napuszonym wielosłowiem
i uczuciową nadczynnością (powtarzam: mam na myśli teksty
0 muzyce, a nie muzykę samą - to nieco inny problem), to za
sadniczy zrąb romantycznej filozofii muzyki przetrwał
w dziele Schopenhauera i Nietzschego. Obydwaj kontynuują
- mimo że każdy na swój sposób - podstawowe odkrycia
wczesnych romantyków.
Jeśli Steiner wspomina o „płomykach dyskursywnej ilumi
nacji" pisarstwa muzycznego, to zwłaszcza dzieło Schopen
hauera dostarcza w tym względzie wymownych przykładów.
Dwa, poświęcone muzyce, rozdziały ze Świata jako woli
1 przedstawienia, to równocześnie: i spójny, logiczny wywód
o naturze muzyki, i namiętna laudacja na jej cześć. W hierar
chii sztuk, muzyka bezapelacyjnie zajmuje tu miejsce naj
wyższe: „Jest ona zupełnie inna od pozostałych sztuk. Nie
odkrywamy w niej żadnego naśladownictwa, żadnego po
wtórzenia idei jakichś istot na świecie; niemniej jest to sztu
ka tak wielka, tak niezwykle wspaniała, działa tak silnie na
najgłębsze doznania człowieka, zostaje przez duszę tak cał
kowicie i głęboko zrozumiana jako język zupełnie ogólny,
który wyrazistością przewyższa nawet wyrazistość świata na
ocznego, że musimy na pewno szukać w niej czegoś więcej
niż exercitum arithmeticae occultum nescientis se numerare
animi, jak o niej mówił Leibniz (...)".
14
Schopenhauer mniej zajmuje się tym jak muzyka oddziaływuje na słuchaczy, bardziej natomiast tym jak ona znaczy,
w jaki sposób komunikuje swój sens, jak przejawia się w niej
funkcja wyrazu. Stara się określić jej bytowy fundament.
Wielkość muzyki leży najpierw w tym, że inaczej niż inne
sztuki, które ukazują idee, czyli - w języku schopenhauerowskiej filozofii - poszczególne szczeble obiektywizacji
woli, przedstawia ona bezpośrednio wolę samą. Objawia za
tem świat rzeczy samych w sobie, sferę noumenalną. Muzy
ka wyraża każdorazowo esencję życia, a nie życie samo.
Świat zjawisk i muzyka, to dwie strony tej samej rzeczy.
„Muzyka zatem, rozpatrywana jako wyraz świata, jest języ
kiem w najwyższym stopniu ogólnym, który nawet do ogól
ności pojęć odnosi się mniej więcej tak, jak one do poszcze
gólnych rzeczy. Ogólność jej nie jest jednak w żadnym wy
padku pustą ogólnością abstrakcji, lecz ogólnością zupełnie
innego rodzaju i wiąże się z określonością". Podejmuje tu
Schopenhauer dwa romantyczne motywy: muzyki jako języ
ka i muzyki jako ekspresji uczuć. Obydwie kwestie rozwią
zuje po swojemu.
15
Muzyka jest językiem, ale tylko do pewnego stopnia. Ma
zdolność odsłaniania świata znaczeń, ale czyni to inaczej niż
język. Wykazuje zdecydowaną wyższość wobec języka po
jęć: „Melodie bowiem, podobnie jak abstrakcyjne pojęcia, są
poniekąd abstraktem rzeczywistości. Ona mianowicie, czyli
świat pojedynczych rzeczy, dostarcza tego, co naoczne,
szczególne, indywidualne, czyli pojedynczych przypadków,
zarówno pojęciom w ich ogólności, jak melodii w jej ogólno
ści, przy czym jednak obie te ogólności pod pewnym wzglę
dem przeciwstawiają się sobie, gdyż pojęcia zawierają tylko
formy najpierw z naoczności wyabstrahowane, niejako zdar
tą z rzeczy zewnętrzną łupinę, czyli są właściwymi abstrakta
mi, natomiast muzyka daje samo jądro, które poprzedza
wszelki kształt, czyli serce rzeczy". W nazywaniu i dotyka
niu osnowy świata określony język pojęć, co paradoksalne,
będzie zawsze uboższy w treść, niż nieokreślony język
dźwięków. Język muska ledwie powierzchnię rzeczy. Muzy
ka, unikając właściwego mu zapośredniczenia, sięga głębiej,
celuje od razu i bezpośrednio w istotę zjawisk, ujawniając ich
ontyczną podstawę. Nic nie budzi takiej abominacji u Scho
penhauera jak muzyka, która chce współzawodniczyć ze sło
wem. Właśnie wtedy, gdy stara się ona naśladować „muzycz
ność" słowa, nadmiernie dostosowywać do słów, traci swoją
uprzywilejowaną pozycję. Na własne życzenie zrzeka się ro
li, do której jest powołana: wyrażania niewyrażalnego.
16
Jeśli idzie o uczucia, Schopenhauer nie odrzuca w całości
konceptu romantycznego, ale dość istotnie go modyfikuje.
Muzyka nie wyraża już, jak to czasem utrzymywano wcze
śniej, żadnych konkretnych uczuć. Nie wyraża tego oto kon
kretnego smutku czy radości, ale daje ich muzycznie wyab
strahowaną kondensację, uogólniony dźwiękowy destylat.
„Wszystkie możliwe dążenia, wzruszenia i przejawy woli,
wszystkie te procesy wewnątrz człowieka, które rozum obej
muje pojenmym, negatywnym pojęciem uczucia, dają się wy
razić przez niezliczone możliwe melodie, zawsze jednak tyl
ko przez ogólność formy, bez materiału, zawsze tylko wedle
rzeczy samej w sobie, nie wedle zjawiska, którego są niejako
samą duszą bez ciała". Muzyka staje się zatem czystą formą
uczucia, która daje nam, słuchającym, bezpośredni wgląd
w naturę woli.
17
Zauważmy na koniec, że przy takim, maksymalistycznym
jej rozumieniu, muzyka przejmuje tu w jakimś sensie, funk
cję filozofii. Jej podstawowe zadania nie są natury estetycz
nej, ale poznawczej. Toteż Schopenhauer trawestuje afory
styczną formułę Leibniza w taki oto sposób: muzyka jest nie
świadomym metafizycznym ćwiczeniem duszy, która nie
wie, że filozofuje. Gdyby filozofia była w stanie wyjaśnić
muzykę, powtórzyć w pojęciach to, co ona wyraża, dotknęła
by wówczas tajemnej esencji rzeczywistości.
Filozofia muzyki Nietzschego, w przeciwieństwie do
dwóch zwartych i systematycznych rozdziałów z schopenhauerowskiej summy, jest wielokształtna, fragmentaryczna,
nie zawsze spójna, czasem samosprzeczna. Trudno byłoby
w paru akapitach oddać jej złożoność, prześledzić losy kolej
nych zwrotów ideowych filozofa, zanalizować motywacje
pojawiających się wciąż na nowo pomysłów. Ale też dla na
szych skromnych potrzeb - określenia związków słowa i mu
zyki oraz nazwania jej istoty - nie ma takiej konieczności.
Pomijając niuanse, można zrekonstruować bez trudu szkielet
nietzscheańskiej estetyki muzycznej. Jest to tym łatwiejsze,
że zasadniczo powtarza on w dużej mierze pomysły poprze27
dników, aplikując je do zadań własnego projektu filozoficz
nego.
Generalnie, podziela Nietzsche w pełni pogląd Schopen
hauera na temat metafizycznego wymiaru sztuki, wraz ze
szczególnym uwzględnieniem roli muzyki pojętej jako koro
na sztuk. W Narodzinach tragedii, w przedmowie dedykowa
nej Wagnerowi, pisał: „przekonany jestem, iż sztuka jest najwyższem zadaniem i właściwą metafizyczną czynnością tego
życia". Kto wie jednak, czy nie bardziej wprost i bez ideo
logicznych uwikłań, mówią na temat muzyki jego fragmenta
ryczne zapiski z lat 1869-1875, niż przywoływane zazwyczaj
na tę okoliczność Narodziny tragedii z ich koncesjami na
rzecz Wagnera i jego koncepcji dramatu muzycznego. Za
cznijmy od tych lapidarnych notatek. W jednej z nich czyta
my znajome frazy:
18
„Co czyni muzyka? Rozpuszcza naoczność w woli.
Zawiera ogólne formy wszelkich stanów pożądania, jest
nieustannie symboliką popędów i jako taka w pełni i dla każ
dego zrozumiała w swych najprostszych formach (takt,
rytm).
Jest więc zawsze ogólniejsza od każdego poszczególnego
działania, a z tej racji lepiej dla nas zrozumiała od każdego
poszczególnego działania. Muzyka jest więc kluczem do dra
matu".
Początek jest jeszcze z Schopenhauera, zakończenie nato
miast całe z ducha Nietzschego. Bardzo interesujące są jego
uwagi na temat relacji języka i muzyki. Konstatuje Nietzsche
fakt językopodobnej natury muzyki, podkreślając równocze
śnie jednowymiarowość języka dyskursywnego, jego pośledniość wobec pełnej, poliwalentnej „mowy" muzyki. Wpro
wadza przy tym ważną dystynkcję między mową i pismem,
między głosem i zapisem:
"Muzyka stanowi język zdolny do przybierania nieskoń
czonej liczby znaczeń.
Język znaczy tylko poprzez pojęcia, a więc współczucie
powstaje poprzez medium myśli. Stawia mu to pewne grani
ce.
Dotyczy to tylko obiektywnego języka pisma, język
mówiony tonuje, a dla przedstawianej treści uczuciowej prze
rwy, rytmy, tempi, siła i akcentacja są w sumie symboliczne.
Wszystko to przysługuje też muzyce. Najczęściej jednak
uczucia nie uzewnętrzniają się poprzez słowa. Także zaś sło
wo tylko sugeruje, jest powierzchnią ruchomego morza, które
burzy się na głębinach. Tu leży granica dramatu słownego.
Niezdolność do prezentacji rzeczy-obok-siebie".
W Narodzinach tragedii rozwija Nietzsche tę myśl i osta
tecznie stawia kropkę nad i : poezja, mimo że najbliższa du
chowi muzyki, jest jednak wobec niej podległa. Nie jest bo
wiem w stanie wypowiedzieć tego, do czego muzyka z samej
swojej istoty jest predestynowana. Konkret języka zawsze
przegrywa z uogólnionym znaczeniem dostarczanym przez
muzykę: „Wszechsymbolice muzyki nie można w żaden spo
sób sprostać mową właśnie dlatego, że odnosi się ona symbo
licznie do prasprzeczności i prabólu w sercu prajedni, symbo
lizuje zatem sferę, która jest nad wszelkiem zjawiskiem
i przed wszelkiem zjawiskiem" Tak więc muzyka nie tylko
uogólnia, ale ma jeszcze moc łączenia przeciwieństw, wyra
żania ich równocześnie, w jednym rzucie. Muzyka, jeśli
w ogóle myśleć o niej w kategoriach językowych, byłaby te
dy jakimś rodzajem języka pierwotnego, prajęzyka, poprze
19
20
21
28
dzającego język pojęć. W przeciwieństwie do dramatu: „mu
zyka jest istotną ideą świata", prowadzi „w prawdziwą rze
czywistość, w serce świata" . A zatem: muzyka jako źródł
sensu. Ostateczna prapodstawa. Tajemniczy Abgrund. Na
prawdę, niedaleko stąd do myśli o narodzinach świata z du
cha muzyki...
W innym jeszcze zapisie o muzyce, dochodzi do głosu,
znana z wielu innych, bardziej rozbudowanych sformułowań,
krytyka cywilizacji naukowej, wedle Nietzschego, opartej na
dominacji logosu i terrorze obiektywności. Podkreślam ten
fakt, bo motyw to niezwykle ważny w rozważaniach Steine
ra:
„My w najwyższych zdolnościach muzyki widzimy jedy
ną nadzieję sztuki. Muzyka zrodziła nam ponownie mit; tym
samym duch naukowy musiał ustąpić pola. We wszystkich
sztukach jesteśmy krytykami, tu, w muzyce, jesteśmy jeszcze
pełnymi żywymi ludźmi. Tu tkwią wszelkie nadzieje".
Nie są to, odnotujmy spostrzegawczo, jakieś nadzieje bli
żej nieokreślone. Oczywiście, cała nadzieja w Wagnerze
i w wagnerowskiej liturgii celebrowanej w Bayreuth. Te sło
wa pisze jeszcze Nietzsche zadurzony w twórcy Parsifala,
bezkrytycznie wierzący w jego dziejową misję. Sądzę jednak,
że tę entuzjastyczną charakterystkę sztuki Wagnera, można
zasadnie rozszerzyć na sztukę dźwięków w ogóle. Nietzsche
naprawdę dostrzegał w muzyce, sztuce wywodzącej się
wprost z dionizyjskiego źródła, siłę zdolną ożywić trupa eu
ropejskiej kultury. To muzyka właśnie pozwala dostrzec
(a raczej: usłyszeć - jakże okocentryczny jest nasz język!)
dojmująco i bezpośrednio, grozę i niebezpieczeństwo przeży
wanego świata. Muzyka ma moc zrywania poznawczych za
słon i nicowania przynoszących pociechę wizji. Jako ekstrakt
prawdziwego życia, była bronią wymierzoną w zmurszałe
struktury logokracji. Receptą na konający logos chrześcijań
skiej Europy miał być pogański melos sztuki dźwięków.
22
23
Lekcja jakiej udziela nam, współczesnym słuchaczom, ro
mantyczna refleksja nad muzyką - przy pominięciu nieistot
nych w tym miejscu odmienności poszczególnych ujęć sprowadzałaby się do kilku elementarnych ustaleń:
1. Muzyka nie jest jedynie formalną grą układów dźwię
kowych, dającą się w pełni opisać i zamknąć w terminach
analizy muzykologicznej.
2. Muzyka jest sztuką wyrażającą. Przypomina pod tym
względem język, ale nim nie jest, chyba że w przybliżonym,
analogicznym trybie. Komunikuje co prawda „sens", ale czy
ni to inaczej niż język. Nie da się przypisać figurom muzycz
nym żadnego trwałego znaczenia. Nie sposób skonstruować
słownika dla „języka" muzycznego. Toteż niemożliwy jest
przekład „znaczeń" muzycznych na język dyskursywny;
idiom muzyki jest nieprzetłumaczalny na inne języki. Jest za
tem muzyka rzeczywistością wyższego rzędu, operuje bo
wiem w rejonach, do których język nie ma wstępu.
3. Muzyka jest .językiem" doskonale wyrażającym emo
cje (w ogólnej, oczyszczonej formie), opisuje tedy świat „we
wnętrzny"; ale może również dotykać „zewnętrza", wnikać
wprost w podstawowe struktury rzeczywistości, które, osta
tecznie, są natury duchowej. Muzyka jest zatem dźwiękowym
analogonem rzeczywistości, oddaje ją w całej jej pełni
i skomplikowaniu.
4. Sens muzyki nie ogranicza się do jej zadań estetycz
nych. Muzyka jest sztuką niosącą poznanie, ma realną, choć
nie mierzalną obiektywizującymi parametrami, wartość po
znawczą. Nie piękno zatem, tradycyjna kategoria estetyczna,
j t tą wartością która charakteryzuje ją najlepiej, ale prawda.
Przy czym, muzyka ujmuje i komunikuje ją, zdecydowanie
duchu antymimetycznym.
5. Muzyka ma/może mieć poważne funkcje kulturotwór
cze i terapeutyczne. Przywraca wyobraźni wizję świata ideal
nego (Wackenroder). Zawiesza działanie woli pomnażającej
cierpienia (Schopenhauer). Wydobywa z sieci kulturowych
iluzji (Nietzsche).
Wszystkie te wątki, acz w różny sposób: przetworzone,
strawestowane, przedefiniowane, pojawiają się w Rzeczywi
stych obecnościach. Zanim powrócimy do Steinera, przyj
rzyjmy się bliżej, jeszcze jednej postaci, ważnej dla jego roz
ważań. Wobec przywołanych tu płomyków dyskursywnej ilu
minacji, byłby to ledwie przelotny ognik. W jego książce za
świecił raz jeden, na stronie 20.
e s
w
Robert Fludd, Three Octaves of the Soul
3. Leitmotivy i mitemy
D.E: Czy są śpiewacy operowi, których szczególnie lubi Pan słuchać?
C. L.-S: Oczywiście: padam na kolana przed Elizabeth Schwartzkopf.
D. E.: A nie przed Callas?
C.L.-S: Przed Callas także.
Claude Levi-Strauss, Didier Eribon, Z bliska i z oddali
Już w zbiorze wykładów, W zamku Sinobrodego, na stro
nach, w których mowa o trwałym w myśli europejskiej zało
żeniu obwieszczającym prymat muzyki nad językiem (od
orfików po Nietzschego [WzS,138]), pojawia się dość zadzi
wiające odwołanie do Levi-Straussa: „W Mythologiques Le
vi-Strauss stwierdził, że w melodii zawiera się klucz do 'mystere supreme de l'homme'. Spróbuj uchwycić zagadkę po
mysłu melodycznego, naszego wyraźnie wyznaczającego po
czucia harmonicznego akordu, a dotkniesz korzeni ludzkiej
świadomości" [WzS,138]. Cytacja z dzieła ojca-założyciela
strukturalizmu w jego antropologicznej odmianie - tutaj je
szcze w języku oryginału - powróci w niemal niezmienionej
wersji w Rzeczywistych obecnościach, ale już w tłumaczeniu:
„Stwierdzenie Claude'a Levi-Straussa, że 'wynalezienie me
lodii stanowi najwyższą tajemnicę człowieka', jest moim
zdaniem trzeźwą oczywistością" [RO,20]. Po francusku,
przyznajmy, brzmi to lepiej. Trochę jak zaklęcie, jak litur
giczna inkantacja albo jak czarodziejska formuła otwierająca
dostęp do epistemologicznego Sezamu. Błyszczy światłem
odkrycia i nazywa je po imieniu. Ma moc niepodważalnego
pewnika. Ta formuła, coś jak wzorzec metra z Sevres, sank
cjonuje steinerowski paradygmat rozumienia muzyki. Zdzi
wienie bierze się stąd, że Steiner, tak mocno i konsekwentnie
podkreślający swoje obrzydzenie do myślenia, które wywo
dzi się ze strukturalizmu, daje nagle posłuch papieżowi tego
kierunku. Steiner jednak wie co robi. W końcu, niechęć nie
chęcią, ale papież jest przecież nieomylny! Ale i coś jeszcze:
można odnieść wrażenie, że to trochę alibi dla filologa, który
ma pełną świadomość, że uprawiana przezeń profesja jest co
najwyżej wiedzą, nigdy nie osiągnie statusu Prawdziwej Na
uki. A Claude Levi-Strauss, na tle intuicyjnej, impresyjnej,
wiecznie siebie niepewnej i intelektualnie rozmemłanej wie
dzy humanistycznej, to prawdziwa opoka: bo to i Prawda
i Metoda, i Uczoność do kwadratu i Nauka uprawiana more
geometrico. Można tedy nie bawić się w żmudne i jałowe do
wodzenia, ale po prostu ogłosić: Levi-Strauss dixit. A my już
sobie dopowiemy: no, skoro Levi-Strauss...
Pomińmy jednak steinerowską niekonsekwencję. Sprawa
jest poważna a i myśl Levi-Straussa intrygująca. Warto zrobić
parę kroków tropem wskazanym lakonicznie przez Steinera
i zaraz przezeń porzuconym. Bo rzecz nie dotyczy tylko owe
go lapidarnego bon motu na temat cudownego wynalazku
melodii. Wzajemne związki obydwu badaczy w odniesieniu
do muzyki są znacznie bogatsze.
W rozmowach z Didier Eribonem, Levi-Strauss całkiem
niekonwencjonalnie nawiązuje do uwagi Steinera o irytują
cym go fakcie wszechobecności muzyki w życiu codzien
nym, uczynieniu z niej dźwiękowej tapety. Levi-Strauss nie
wstydzi się przyznać, że muzyka jest przy nim nieustannie,
towarzyszy mu również podczas pracy: „Słucham jej cały
czas, pracuję przy muzyce. Może to na mnie ściągnie naganę
melomanów, którzy zarzuciliby mi robienie z muzyki podkła
dowego hałasu. Rzecz jest bardziej skomplikowana i trudno
29
о
Al
or
Mi<
Pav
Da
Mi
He
Ph
Ji
Al
*=*
Tc
О
В
by mi było wytłumaczyć
związek między moją pracą
a muzyką, chyba że za pomo
cą jakiegoś porównania. Dla
czego akt zajmuje tak ważne
miejsce w malarstwie? Można
by sądzić, że to z powodu we
wnętrznego piękna ciała.
Przyczyna wydaje mi sie
odmienna. Nawet najbardziej
zdegustowanemu malarzowi,
przyzwyczajonemu do pozu
jących modeli, nie może za
braknąć na widok pięknego
ciała doświadczenia pewnej
ekscytacji erotycznej. To lek
kie rozdrażnienie stymuluje
go i wyostrza percepcję; ma
luje lepiej. Świadomie lub
nieświadomie, artysta poszu
kuje tego stanu łaski. Mój
związek z muzyką jest tego
samego rodzaju: lepiej myślę,
słuchając jej. Relacja kontra
punktowa ustala się między
artykulacją dyskursu muzycz
nego i nicią mojej refleksji.
Już to idą razem, już to roz
chodzą się, potem wreszcie
zbiegają. Ileż to razy zauwa
żyłem - ale po fakcie - że słu
chając jakiegoś dzieła, prze
stawałem go słuchać, gdy wy
łaniała się jakaś idea! Po tym
Robert Fiudd. The Divine Monochord
26
czasowym oddzieleniu, które czyniło ją autonomiczną, moja
myśl na nowo puszcza się w ruch nad dziełem, jak gdyby
dyskurs mentalny zastąpił na chwilę dyskurs muzyczny,
nadal z nim współdziałając".
Trzy fakty godne są tu zauważenia. Obecność erosa w spo
tkaniu z muzyką (do tego wątku przyjdzie jeszcze wrócić).
Muzyka jako medium wyzwalające twórczość. Związek po
między muzyką i myśleniem, paralelność frazy muzycznej
i frazy myślowej. Ten ostatni temat (w muzycznym rozumie
niu słowa) podejmuje Levi-Strauss w pomnikowych Mythologiques.
Mythologiques, to, w zasadzie, rozpisana na cztery tomy
wielka pochwała muzyki. Muzyka przenika tu całe dzieło,
organizuje układ formalny całości. Dokładnie jak dzieło ope
rowe: rozpoczyna się Uwerturą, kończy Finałem. Ale nie tyl
ko tytuły rozdziałów - Fuga pięciu zmysłów, Sonata dobrych
manier itp. - są dowodem na mocne zakorzenienie tej pracy
w materii muzycznej. Pojawiające się tu terminy muzyczne,
to coś więcej niż efektowne i poręczne metafory, okazjonal
nie przyczepione do analizowanego materiału mitycznego.
Wyraźnie rezygnuje tu Levi-Strauss z wcześniej sygnalizo
wanego rozumienia mitu w oparciu o model lingwistyczny.
Levi-Strauss stara się na różne sposoby opisać i przenik
nąć związki łączące mit i muzykę. Ważną rolę w śledzeniu
tych związków odegrała bardzo wczesna fascynacja muzyką
Wagnera. Francuski antropolog podejmuje tu problem, jak
24
25
30
widzieliśmy, zauważony i do
brze rozpoznany przez wcze
snego Nietzschego: „Wagner
odegrał
zasadniczą
rolę
w moim wychowaniu intelek
tualnym i w mojej skłonności
do mitów, nawet jeśli uświa
domiłem to sobie na długo po
mych latach dziecinnych, kie
dy to rodzice odprowadzali
mnie do Opery. Wagner nie
tylko zbudował swe opery na
mitach, ale zaproponował ich
segmentację - co użycie leitmotivow czyni wyraźnym: le
itmotiv prefiguruje mitem.
Ponadto kontrapunkt leitmotivów i wiersza dopełnia swe
go rodzaju analizę struktural
ną, ponieważ nakłada on.
przez przesuwanie się i prze
mieszczenia, momenty intry
gi, które w przeciwnym razie
następowałyby po sobie tylko
w czasie. Już to leitmotiv mu
zyczny i wiersz zbiegają się
ze sobą; już to leitmotiv przy
pomina jakiś epizod będący
w strukturalnym związku
z tym, którego jest się świad
kiem, niezależnie czy przez
analogię czy przez kon
trast".
Tak wyglądały narodziny
antropologii strukturalnej z ducha wagneryzmu. Inkorporowane przez młodego wagnerystę treści muzyczne, zepchnię
te w początkach pracy nad mitologiami w podświadomość,
miały się odezwać wiele lat później. Struktura dramatu mu
zycznego umożliwiła Levi-Straussowi lepsze, jak sam twier
dzi, zrozumienie struktury narracji mitycznych.
Podstawa wywodu Levi-Straussa tkwi w twierdzeniu, że
muzyka i mit są zjawiskami z tego samego porządku. Pokre
wieństwo bierze się stąd, że tak muzyka, jak i mit są języka
mi, ale bardzo szczególnego rodzaju. Obydwa bowiem prze
kraczają poziom języka artykułowanego. Paralelnie do języ
kowych fonemów, proponuje Levi-Strauss wyróżnienie
w „tekście" muzycznym: sonemów, a więc najmniejszych
jednostek, które same w sobie nie mają żadnego „znaczenia"
(pojedyncza nuta), nabywają je dopiero poprzez zajęcie miej
sca w określonej sekwencji dźwięków. " Muzykę i mit łączy
i to, że choć rozwijają się w czasie, to służą temu, by czas po
wstrzymać. Są maszynami do unieruchomiania czasu. Wy
miar diachroniczny nieustannie przeplata się tu z planem syn
chronicznym. Mit, rozłożony na czynniki pierwsze, rozpisa
ny na wiązki mitemów, może być czytany dokładnie tak sa
mo, jak „tekst" partytury: linearnie (melodycznie), respektu
jąc chronologię wydarzeń i przekrojowo (harmonicznie), od
dając pokrewieństwa i współbrzmienia motywów. Prócz tego,
w muzyce i w mitach następuje charakterystyczne odwróce
nie relacji nadawca-odbiorca. W języku mówionym, to
27
2
nadawca decyduje o treści komunikatu; słuchając muzyki czy
mitu, to słuchacz nadaje znaczenie temu, co odbiera. Warto
w tym miejscu wspomnieć o jeszcze jednej fascynującej pa
raleli, na którą zwrócił uwagę Jurij Łotman, badacz, podob
nie jak Levi-Strauss, wywodzący się z kręgu strukturalno-semiotycznego myślenia o kulturze. Łotman eksponuje, w dość
szczególnym dla nas kontekście, wyjątkowość snu jako spe
cyficznego, niedookreślonego semantycznie, a przecież wiel
ce znaczącego języka: „Marzenie senne wyróżnia się wielo
języcznością (...) Jest to 'nierzeczywista rzeczywistość'. (...)
Sen potrzebuje interpretatora: obojętne, czy nim będzie
współczesny psycholog, czy pogański kapłan. Sen posiada je
szcze jedną właściwość: jest indywidualny, nie można prze
niknąć do cudzego snu. Zatem jest to 'język dla jednego czło
wieka'. Z tym jest również związane maksymalne utrudnie
nie komunikacyjnej funkcji tego języka: opowiedzieć sen jest
tak samo trudno, jak, dajmy na to, opowiedzieć słowami
u t w ó r m u z y c z n y " . (podkr. DC)
29
30
Prócz tego, mocno podkreśla Levi-Strauss somatyczne, fi
zjologiczne wręcz oddziaływanie muzyki i mitu. Specyficz
na, rytmicznie uporządkowana narracja muzyczna i mityczna
wywiera wpływ na pewne ośrodki w mózgu, dając w efekcie
pobudzenia natury emocjonalnej, ale i intelektualnej. Zaska
kująco w tym kontekście podobne, przy oczywistej różnicy
językowych ujęć, są w tym miejscu uwagi Levi-Straussa
i Nietzschego. Obydwaj podkreślają, że muzyka angażuje
nie poszczególne władze poznawcze, ale, by tak rzec, c a ł e
go człowieka.
Precyzyjna analiza strukturalna muzyki i mitu, charaktery
styka powtórzeń i wariacji tematycznych, miałaby wydobyć
na powierzchnię nieświadome zasady funkcjonowania ludz
kiego umysłu. Z interesującego nas punktu widzenia, bardziej
niż pożytki - rzeczywiste czy domniemane - jakie można
osiągnąć z analizy formalnej tych zjawisk, istotne jest co in
nego: podkreślana przez Levi-Straussa ich kulturowa wymienność, mająca swe źródło w pokrewieństwie struktural
nym. W niezwykle frapującym wywodzie, zwraca LeviStrauss uwagę, że na pewnym etapie europejskiej historii, dochochodzi do wyraźnego osłabienia myśli mitycznej - ów
proces ma miejsce w wieku XVII - przy jednoczesnym uak
tywnieniu się refleksji naukowej i ekspresji powieściowej:
„W tym czasie jesteśmy świadkami innego zjawiska, które
uważam za ściśle związane z poprzednim: narodzin tego, co
nazywa się wielką formą muzyczną, która, jak mi się zdaje,
'odzyskuje' struktury myśli mitycznej. Sposoby myślenia po
padłe w zapomnienie w sferze wyrażania rzeczywistości, za
wsze obecne w nieświadomości, szukają nowego zastosowa
nia. Nie artykułują już znaczeń, ale dźwięki. I z ich dawnego
użycia wynika, że dźwięki tak artykułowane zyskują dla nas
jakieś znaczenie".
11
32
Chciałoby się rzec: nic w kulturze nie ginie. Muzyka inten
sywnie wchodzi na miejsce opuszczone przez mit. Zaczyna
pełnić w myśleniu europejskim funkcje, które wcześniej speł
niał wzorzec mityczny. Zaburzona homeostaza kultury zosta
je, dzięki muzyce, przywrócona. I naprawdę, nie interesuje
mnie w tym miejscu, czy Levi-Strauss ma rację, czy jego wy
jaśnienie doniosłego dla Europy przełomu mentalnego jest
metodologicznie poprawne, a z punktu widzenia historyka
kultury, przynajmniej: prawdopodobne. Fascynujące jest już
samo pojawienie się takiej propozycji intelektualnej: dostrze
żenie w muzyce środka przywracającego kulturze zachwianą
równowagę organizujących ją podstawowych elementów. Po
wrót, poprzez muzykę, do fundamentów, które wraz z cywi
lizacyjnym rozwojem uległy nadwątleniu.
Tu warto odnotować jeszcze na marginesie, że uwagi LeviStraussa służyć również mogą jako wygodne alibi dla niniej
szych rozważań. To na wypadek, gdyby ktoś znienacka zapy
tał, czy antropolog naprawdę nie ma już nic lepszego do ro
boty od zajmowania się muzyką.
4. Po Babel
„Na afiszu przy drzwiach kościoła, zapowiadającym
Sztuką fugi. ktoś nagryzmolił wielkimi literami: BÓG
UMARŁ. I to w związku z muzykiem zaświadczającym,
że Bóg. jeśli nawet zmarł, może zmartwychwstać - wła
śnie w czasie, gdy słuchamy jakiejś kantaty bądź fugi!"
Emil Cioran, O niedogodności narodzin
Czy można napisać coś o muzyce? Jak widać: można. Czy
można wysłowić adekwatnie to, „o co chodzi" w muzyce?
Nie można. Steiner świadom jest w pełni tej antynomii. Cała
jego książka jest na niej oparta. Stwierdza on, z jednej strony,
że niewiele, bądź zgoła nic na temat muzyki powiedzieć się
nie da, że język raczej przesłania niż odkrywa to, co w niej
najważniejsze, a z drugiej strony, mnoży słowa, ujęcia, przy
bliżenia, stara się nieustannie o jak najlepsze, najbardziej pre
cyzyjne wydobycie i nazwanie muzycznej esencji. Przez całe
191 stron swojej książki, Steiner nic przecież innego nie
m ó w i jak tylko to, że o muzyce m ó w i ć się nie da. To jak
by rozpisana na szereg głosów wariacja potwierdzająca traf
ność epigramatycznej „definicji" muzyki, którą znajdujemy
u Rilkego: „Muzyko....Mowo, gdzie mowy / kończą się ,,.
Wariacja, która kończy się ścianą. O co w tym wszystkim
chodzi?
33
Co kilka stron, w refrenicznych nawrotach, pojawia się
u Steinera znajoma i rozpoznawalna formuła: „obraz, sonata,
wiersz". Nic w tym dziwnego. Swoją, teologiczną u korzeni,
koncepcję estetyki, rozciąga on całą sztukę, na wszystkie te
działania, które obejmuje i zawiera w sobie grecki rzeczow
nik poiesis. Każda z jej ekspresji, choć organicznie zanurzo
na w materii, w dotykalnym, widzialnym i słyszalnym, osta
tecznie okazuje się jakąś mową transcendencji, epifanią Inne
go: „wierzę, iż poezja, sztuka i muzyka zbliżają nas bardziej
bezpośrednio do tego w istnieniu, co nie jest nasze" |RO,187]
I chociaż ów powracający refren pozwala zasadnie sądzić, że
dla Steinera wszystkie sztuki są równe, to nie da się jednak
że zaprzeczyć, że w końcowych, kulminacyjnych (również
i dramaturgicznie) fragmentach książki, jedna z nich jest wy
raźnie równiejsza: „Muzyka i metafizyka, w swym najbar
dziej rdzennym sensie, muzyka i odczucie religijne, są w za
sadzie nierozłączne. I to właśnie w muzyce i poprzez muzy
kę znajdujemy się najbardziej bezpośrednio (wszystkie
podkr. DC) w obecności logicznie i werbalnie niewyrażalnej,
lecz całkowicie namacalnej energii istnienia, która komuni
kuje naszym zmysłom i naszej refleksji tę odrobinę, jaką
zdolni jesteśmy pojąć z nagiego cudu życia. Uważam, iż mu
zyka jest nazywaniem nazywania życia. Jest odruchem sakra
mentalnym, nie mieszczącym się w jakiejkolwiek liturgicznej
czy teologicznej konkretyzacji. Lub, jak powiedział Leibniz,
SI
'muzyka jest tajemną arytmetyką ducha nieświadomego fak
tu, że liczy' (...).
Dlatego w swojej argumentacji przeznaczyłem dla muzyki
miejsce centralne". [RO,178]
W dalszej części, zapewnia Steiner kolejny raz, że muzy
ka nie transponuje się w żadne struktury logiczne (chyba że,
za Levi-Straussem, przyjmiemy, że jest to logika mityczna),
czy konstrukcje werbalne. Zapewne, można by się spierać,
czy forma, którą znajdujemy w muzyce („W muzyce forma
jest treścią, treść formą" [RO, 179]) jest bardziej oporna na
dyskursywny przekład niż forma, którą spotykamy w wierszu
czy w obrazie. Czy naprawdę można opowiedzieć „własnymi
słowami" Celana, czy można przełożyć na słowa Cezanne'a?
Czy jest to zadanie łatwiejsze niż opowieść o formie w mu
zyce? Czy w wierszu i obrazie, gdy chodzi o to, co w nich
idiomatyczne, forma również nie jest treścią, a treść formą?
Przy pewnym rozumieniu „formy" obecnej w dziele sztuki,
zadanie translatorskie okaże się równie beznadziejne we
wszystkich tych przypadkach. Zostawiamy jednak spory
(bo nie o nie tu przede wszystkim chodzi), powracając do re
konstrukcji poglądów Steinera na muzykę. Sięgnijmy jeszcze
raz do tekstu.
34
wszelkie formalne credo. Spróbujmy przedstawić to odwrot
nie: dla wielu ludzi religia to muzyka, w którą uwierzyli.
W ekstazach muzyki pop i rock takie utożsamienie szczegól
nie rzuca się w oczy". [RO, 179-180]
W ekstazach opisu tego stanu rzeczy - również.
Muzyka, wychodząc w swej warstwie akustycznej z „tego
świata", celuje więc wprost w „inną" rzeczywistość, przez
„ten świat" nie ograniczoną. Będąc, w istocie, fenomenem
słuchowym, przebija zmysłową powłokę świata. Dotyka ob
szaru opisywanego przez Rudolfa Otto jako ganz andere?
Albo: jest tym, co Gerardus van der Leeuw określił w swej te
ologii estetyki muzycznej mianem „muzyki, która jest czymś
więcej niż muzyką" , a więc tym, co język mistyków nazy
wał słowem canor - niebiańskim śpiewem. W obliczu, meta
fizycznej w swym rdzeniu, choć nie ograniczonej do żadnej
liturgii czy konfesji muzyki, stajemy wprost wobec przebły
sku Rzeczywistej Obecności. Podobnie, jak widzieliśmy,
mówili już, choć nieco innym językiem, i Wackenroder,
i Schopenhauer, i Nietzsche. To tropy na które wskazał sam
Steiner.
5
36
Widać wyraźnie, w którą stronę zmierza jego myśl. Pod
kreśla on, że w odniesieniu do muzyki, w mówieniu o niej,
najczęściej bywamy zanadto „ludzcy", arcyludzcy. Pochło
nięci rozstrząsaniem i analizą tego, co da się pojąć i opisać,
tracimy z oczu (i uszu!), to co najważniejsze: zapominamy
nieustannie o jej nie-ludzkim pochodzeniu. W spostrzeżeniu,
które gładko sprzymierza Kiekegaarda z Schopenhauerem,
przypomina Steiner o władztwie jakie muzyka ma nad nami,
bez względu na to z jakiego - demonicznego czy boskiego źródła ono pochodzi [RO, 179]. Temperatura rośnie. W aka
picie podsumowującym steinerowską metafizykę muzyki
czytamy:
Jest jednak myśliciel - czasowo i językowo znacznie mu
bliższy od wspomnianych - którego Steiner w książce nie
wymienia, a którego myślenie o muzyce wykazuje daleko
idące, uderzające wręcz zbieżności z jego rozpoznaniem. To
Emil Cioran. Poza podobnym, cholerycznym temperamen
tem i skłonnością do stylistycznej rafinady, w zasadzie wszy
stko ich dzieli. Czy może zaistnieć choćby cień porozumienia
pomiędzy teologicznie motywowaną releksją nad „rzeczywi
stymi obecnościami" a myślą, która przez lata wyżywa się
w filozoficznej celebracji słowa „Nic"; pomiędzy obrońcą eu
ropejskiego kanonu kultury a ironicznym prześmiewcą za
chodniego dziedzictwa? Teoretycznie nie. Ale, ufam tu
w ciemno Steinerowi, teorie - jak kłamstwa - mają krótkie
nogi. Przyjrzyjmy się raczej tekstom.
„Muzyka jest ostateczną materializacją tego wszystkiego,
co usiłowałem zasugerować na temat rzeczywistej obecności
w znaczeniu, wówczas gdy obecności tej nie sposób ani uka
zać analitycznie, ani sparafrazować. Muzyka wnosi do nasze
go codziennego życia bezpośrednie spotkanie z logiką sensu
innego niż sens rozumu. Jest to bez wątpienia najprawdziw
sze ze znanych określeń logiki aktywnie obecnej w źródłach
istnienia, logiki tworzącej żywotne dla nas formy. Muzyka
celebruje tajemnicę przeczuwania transcendencji, począw
szy od pieśni Orfeusza, kontr-twórczych wobec śmierci, do
Missa Solemnis, od późnych sonat fortepianowych Schuberta
do Mojżesza i Arona Schoenberga i Quatuor pour la fin du
temps Messiaena. Nie sposób zliczyć tych wszystkich przy
padków, kiedy pomiędzy takim celebrowaniem a religią za
dzierzgnęła się oczywista więź. Jednak najważniejsza z tych
więzi dalece wykracza poza wszelki religijny motyw czy pre
tekst. Muzyka sprawia, w sposób tak oczywisty, że każda
próba jego określenia przypomina zużytą kliszę, a jednocze
śnie w sposób nieokreślony i przepotężny zarazem, że w na
sze istnienie jako ludzi władne jest wkroczyć to, co mieści się
poza granicą werbalizacji, co przewyższa naszą zdolność
analizy. Muzyka jest wyraźnie nie ograniczona przez świat,
bowiem ten ostatni podlega naukowemu opisowi i praktycz
nemu ujarzmieniu. Znaczenia muzyki są transcendentne
(wszystkie podkr. DC). Od dawna była ona - i jest nadal niepisaną teologią tych, którym brak lub którzy odrzucają
Oczywiście, Steiner, czciciel klasyków, nigdy by się nie
zgodził z surrealnym żartem Ciorana, że gdy chodzi o głęb
szy, filozoficzny wgląd w rzeczywistość, podobne funkcje jak
lektura Platona, może spełniać dźwięk saksofonu. Ale, co
do reszty... Bliskie zapewne Steinerowi, wywodzącemu się
w części z Schopenhauera, byłoby, cytowane przez Ciorana
twierdzenie Carnapa, o tym że metafizycy, to muzycy bez ta
lentu do muzyki. Są i poważniejsze filiacje.
Lament Steinera nad niedostawaniem słowa do muzyki,
nad nieredukowalną ułomnością językowych ujęć muzyki,
u Ciorana uzyskuje jeszcze radykalniejszą, trudno ukryć, że
konsekwentniejszą, postać: „Przestałem pisać, uważam, że
nie warto tego ciągnąć dalej, ale tę posuchę wypełnia muzy
ka. Życie bez muzyki jest dla mnie naprawdę absurdem. No
i nie ma potrzeby pisania, skoro nie możemy przełożyć na
słowa odczucia o charakterze muzycznym. Nic więc z tego,
co jest sensem muzyki, nie przechodzi do pisarstwa. Jeśli tak,
to po co pisać?"
To Cioran byłby przykładem, modelowym wręcz, jednego
z tych, wspomnianych przez Steinera, wierzących inaczej, dla
których muzyka jest przebraną teologią. I myślę, że ten ostat
ni, wykazałby więcej poczucia humoru i zmysłu ironii niż
Zygmunt Kubiak (patrz: redakcyjna dyskusja), czytając taką
oto deklarację wiary rumuńskiego myśliciela: „Bez Bacha
Bóg byłby pomniejszony. Bez Bacha Bóg byłby figurą trzecioplanową. Bach to jedyna rzecz napełniająca nas prze-
32
37
38
39
świadczeniem, że wszechświat nie jest dziełem chybionym.
Wszystko w nim jest głębokie, rzeczywiste, nie udawane. Po
Bachu Liszt jest nie do zniesienia. Jeśli istnieje absolut jest
nim Bach. Takiego wrażenia nie może dać dzieło literackie,
bo u Bacha nie ma języka. U Bacha są co prawda teksty, ale
nieszczególne. Dźwięk jest wszystkim. Bach nadaje sens re
ligii. Nadweręża wyobrażenie tamtej strony jako nicości. Nie
wszystko jest złudzeniem, gdy słucha się tego wezwania. Ale
to jedynie Bach, tylko Bach to sprawia; w życiu był człowie
kiem przeciętnym. Bez Bacha byłbym nihilistą absolut
nym". Czy naprawdę tak trudno dostrzec w tym „bluźnierstwie", w tej pozornej negacji, przewrotną afirmację wyższe
go porządku. Sceptycyzm, w takiej postaci, w jakiej znajdu
jemy go u Ciorana, jest w istocie - czy koniecznie trzeba po
wtarzać stary banał - pewną postacią mistyki.
40
W innym miejscu, wraca Cioran do tego wyznania wiary
w muzykę. Zaskakujące jest przy tym podobieństwo pomię
dzy opisanym przez Steinera doświadczeniem muzyki, kon
templacyjnym zatopieniem się w niej a nazwaniem przez
Ciorana, tego wyjątkowego w porządku poznawczym dozna
nia, odmianą przeżycia mistycznego. A kiedy Cioran opisuje
muzykę jako , język transcendencji", podobieństwo przecho
dzi w głos brzmiący ze Steinerem unisono: „To jedyna sztu
ka nadająca sens słowu 'absolut'. Jest to absolut przeżyty,
jakkolwiek przeżyty za pośrednictwem ogromnej iluzji, bo
rozwiewa się z chwilą nastania ciszy. Absolut efemeryczny,
w sumie paradoks. To doświadczenie, żeby mogło się utrwa
lić, musi być ponawiane w nieskończoność, podobnie jak
przeżycie mistyczne, którego ślad ginie z chwilą, gdy ponow
nie włączamy się w powszedniość. (...) W nocy nabiera ona
(muzyka] jakiegoś niezwykłego wymiaru. Ekstaza muzyczna
łączy się z ekstazą mistyczną. Czujemy, że docieramy do ja
kiejś granicy, że nie można już poza nią wyjść. Nic innego już
się nie liczy, i nie istnieje. Zanurzeni jesteśmy w jakimś świe
cie upajająco wręcz czystym. Muzyka jest językiem transcen
dencji. Tłumaczy to tajemne więzi, jakie rodzi ona między lu
dami. Zanurza ich w świat, w którym granice przestają ist• «I 41
mec .
Jak cytaty, żywcem wyjęte ze Steinera, brzmią uwagi Cio
rana o tajemniczym, całkiem innym, z innego porządku po
chodzącym „języku" muzyki. Zrzyma się on na Prousta,
który przy całej swojej subtelności, nie przekroczył jednak
w swoim rozumieniu muzyki poziomu estetycznego: „Praw
dziwego niepokoju metafizycznego nie znał. Jego przeżycia
muzyczne zawsze łączą się z jego historią osobistą. Nie wy
rywają go one z jego życia - z życia po prostu. W świat mu
zyki wkraczamy naprawdę tylko wówczas, gdy wychodzimy
poza to, co ludzkie. Muzyka jest światem nieskończenie real
nym, choć niepochwytnym i zwiewnym. Ktoś, kto będąc
wrażliwy na jej magię, nie potrafi w ten świat przeniknąć, po
zbawia się wręcz racji istnienia. Najwyższe jest mu niedo
stępne. Rozumieją ją tylko ci, którym jest niezbędna. Muzy
ka musi cię przyprawiać o szaleństwo, inaczej jest niczym".
Uderzające jest istnienie „miejsc wspólnych" w wypowie
dziach o muzyce Ciorana i Steinera. Muzyka jako świat ist
niejący w sposób rzeczywisty. Jako to, co naprawdę, w moc
nym, ontologicznym sensie słowa: j e s t . Mimo swej znikliwej natury, eterycznej niepochwytności, to świat o mocnej
bytowej konsystencji. Słuchanie muzyki jako, dające się po
równać jedynie z przeżyciem mistycznym, intensywne do
42
świadczenie pełni. I wreszcie: Muzyka jako jedno z imion najważniejsze! - transcendencji.
Dochodzimy w tych rozważaniach do punktu chyba naj
bardziej ryzykownego. Nie ma co kluczyć w niedopowiedze
niach i mglistych sugestiach. Powiem wprost: czytając, pisa
ne eon fuoco, wywody Steinera na temat osobliwości muzy
ki, jej metafizycznego rdzenia, o tym, że na zdrowy rozum
czegoś takiego w przyrodzie być nie powinno, a mimo wszy
stko jest, nieodmiennie przywoływałem w pamięci ten nie
zwykły sylogizm zapisany przez ojca Pawła Florenskiego
w Ikonostasie, na marginesie jego uwag o teologii ikony;
wnioskowanie, którego „logika" jest równie zniewalająca jak
jego objawiająca prostota: „Ze wszystkich dowodów filozo
ficznych na istnienie Boga najbardziej przekonywająco brzmi
właśnie ten, o którym nawet nie wspomina się w podręczni
kach. Można go na przykład sprowadzić do następującego
wnioskowania: 'Jest Trójca Rublowa, a więc jest Bóg'". Czy
nie jest tak, że Steiner, świecki teolog, konstruuje, nie wprost
oczywiście, podobny „dowód" na istnienie Transcendencji.
Tyle że w jego wypadku ikonę zastępuje muzyka. Naśladując
Florenskiego, ale i Ciorana (czy nie dziwne to sąsiedztwo?),
finał jego rozważań mógłby tedy zabrzmieć, na przykład tak:
„Jest Kunst der Fugę Bacha, a więc jest Bóg". Tak czy inaczej,
w konsekwencji, byłby to Deus ex musicae. Można by powie
dzieć, że w muzyce usłyszał Steiner „dowód" na realność gło
su płynącego z całkiem innego świata. Krokiem dalej - ale czy
dozwolonym? - byłoby powiedzenie, że w muzyce objawił
mu się His Master's Voice.
43
W czym ryzyko takiego myślenia? Przypomijmy, tak bli
skie Steinerowi pod pewnymi względami, a przy tym tak wy
raźnie odległe od jego myślenia o muzyce, uwagi Gabriela
Marcela z zakończenia jego Tajemnicy bytu: „Powtarzając
jedno z muzycznych porównań, do których, jak wiecie, mam
nieprzezwyciężoną słabość, powiedziałbym, że od chwili,
gdy pozwalamy się przenikać niewidzialnym wpływom, my,
którzy na początku byliśmy tylko niewprawnymi, a jednak
zarozumiałymi solistami, staramy się stawać powoli przyjaz
nymi i zachwyconymi członkami orkiestry, w której niesłu
sznie nazywani przez nas zmarłymi są niewątpliwie bliżej niż
my Tego, o kim nie należy chyba mówić, że dyryguje symfo
nią, ale że j e s t symfonią w jej głębokiej nadzmysłowej jed
ności, w jedności, jakiej możemy spodziewać się dostąpić
tylko niepostrzeżenie poprzez jednostkowe doświadczenia,
których nieprzewidywalnego dla nikogo z nas ogółu nie da
się przecież oddzielić od osobistego powołania".
44
W zasadzie, niby wszystko się zgadza... Nie ma jednak
sensu chrzcić Steinera na siłę. Widać od razu gdzie są różni
ce. Jedna zwłaszcza rzuca się w oczy. Marcel, kiedy opisuje
doświadczenie transcendencji w terminach muzycznych, kie
dy sięga do metaforyki, do której ma taką słabość, mówi tu
wyraźnie z wnętrza religii, ze środka głębokiego doświadcze
nia religijnego. Steiner, tak bliski w podstawowych intuicjach
Marcelowi, mówi jednak wyraźnie „z zewnątrz", spoza ob
szaru konfesyjnego przyporządkowania. Poza tym, zbyt jest
Steiner dionizyjski, zbyt podkreśla orgiastyczny, a to znaczy,
również i demoniczny aspekt muzyki, by gładko przejść nad
różnicami i stwierdzić, że w obydwu przypadkach mamy do
czynienia dokładnie z takim samym typem myślenia o „mu
zyczności" transcendencji. W niczym to, oczywiście, nie
odbiera autentyczności ani głębi sformułowaniom Steinera.
33
Spostrzeżenie to, prowadzić może wszakże do pojawienia się
kilku wątpliwości. Czyjego, religijna w istocie, perspektywa
rozumienia muzyki (ogólniej: sztuki) nie jest pewnego rodza
ju próbą uczynienia ze sztuki religii? Czy nie mamy tu do
czynienia z jakimś nawrotem do modernistycznych koncepcji
„religii sztuki", do kreowania artystów na kapłanów nowego
obrządku? Czy sztuka nie jest tu „zamiast" religii? Czy nie
jest jej wyrafinowaną estetycznie protezą? Metafizycznym
pocieszeniem? A może zwykłym ersatzem? Czy muzyka
z rozważań Steinera, nie jest, dla jednych: „aż", ale już dla in
nych: „tylko", teologią tych, którzy nie są zdolni przyjąć bądź
odrzucają „wszelkie formalne credo"! Ale, znowu, czy tak
myśląc, nie posługujemy się wąską, zredukowaną ledwie do
wymiaru estetycznego (tu w rozumieniu etymologicznym:
ograniczoną do poziomu zmysłowego), koncepcją sztuki?
Czy ustanawiając dla sztuki zadania mieszczące się w grani
cach rozumu (i zmysłów), nie konstruujemy kolejnego, opar
tego na arbitralnych przesłankach, dekretu?
Steinera, zdaje się, kwestie te przesadnie nie przejmują.
Wypowiada się on przecież przede wszystkim jako orędow
nik poszukujących i to z nimi dzieli się dobrą nowiną o „nie
ludzkiej" mocy muzyki. Poza tym ciężar jego rozważań mie
ści się tak naprawdę gdzie indziej.
Sądzę, że centralną figurą symboliczną, wokół której opla
ta się myśl Steinera i która pozwala głębiej wniknąć w jego
muzyczne rozważania, jest biblijny mit wieży Babel. To tutaj,
w opowieści o pomieszaniu języków mieszkańcom równiny
Szinear, bije główne źródło jego mitycznej narracji o muzy
ce. W swojej intelektualnej autobiografii, Errata, dowodzi
Steiner, że tradycyjna, moralistyczna interpretacja, która ka
że widzieć w pomieszaniu języków karę za grzech pychy jest
nie utrzymania. Historia ta, twierdzi on, jest nade wszystkim
opowieścią o utracie językowej niewinności. Pomiędzy sło
wem i światem pojawiła się rysa. (Czyżby już tu miała miej
sce prefiguracja „zerwanego kontraktu" z Rzeczywistych obe
cności!). Nie potrafimy już opowiadać „adekwatnie" o świe
cie, język przestał nazywać rzeczy „po imieniu". Nie ma już
prostej referencji między słowem i rzeczą. Gorzej: pomiesza
nie języków, wprowadziło nieusuwalne bariery między ludź
mi. Odtąd nie rozumiemy już dobrze świata i siebie nawza
jem. Wszyscy żyjemy teraz w przestrzeni komunikacyjnej,
która jest - by wykorzystać tytuł innej książki Steinera - rze
czywistością After Babel. Święty język Początku uległ bez
powrotnej zatracie. Skazani jesteśmy, tak w relacjach „pozio
mych", jak i „pionowych" na niepełny i ułomny ze swej na
tury przekład.
45
Czy rzeczywiście? Rdzeniem opowieści Steinera o muzy
ce jest niewyartykułowane wprost, ale czytelne, przekonanie,
że w dzisiejszym świecie, takim językiem, „językiem poza
słowem", jest właśnie muzyka. Że jest narzędziem komuni
kacji wyjątkowym, językiem nad językami. Łamie ona nie
tylko bariery międzyosobowe, międzykulturowe, ale daje
nam dostęp - co prawda chwilowy, efemeryczny, może
i złudny - do świata sprzed Upadku. Steiner brzmi tu zadzi
wiająco zgodnie z intuicjami Herberta Whone'a, brytyjskiego
skrzypka, który próbuje myśleć i pisać o muzyce przez pry
zmat mitu. W konkluzji swojego eseju o znaczeniu i roli mu
zyki w świecie powszechnej dysharmonii i dystrakcji stwier
dza on: „W artykule tym, zamierzałem zasugerować tylko ty
le, że dźwięk i muzyka leżą u korzeni naszej egzystencji. Jak
34
powiedzieliśmy, istnieje tylko jedna opowieść. I jest to opo
wieść prosta. Podstawowy Ton wszechświata rozproszył się
i rozdzielił na szereg subdźwięków i przydźwięków, aż do te
go stopnia zróżnicowania, że fakt ten powołał do życia orkie
strę, której na imię Babel. (...) Jako że czas płynie, muzyka
rozprzestrzenia się i przedstawienie trwa dalej. To właśnie
muzyk, tu na dole, jest tym, który zastępczo oferuje możli
wość powrotu i który ma, w najgłębszym sensie, do odegra
nia jedną z najważniejszych ról w ludzkim życiu". Muzyka
jako droga do osiągnięcia stanu sprzed pomieszania języ
ków...To z pewnością byłoby Steinerowi bliskie.
46
Czy to nie dziwne, że w zasadniczych rozwiązaniach do
tyczących muzyki, spotykają się ze Steinerem myśliciele tak
różni jak Wackenroder, Nietzsche, Levi-Strauss, Cioran
i wielu innych, tu nie wymienionych. W istocie: trudno nie
uwierzyć, że muzyka ma realną moc budowania porozumie
nia ponad podziałami. Że jednoczy raczej niż dzieli, że spaja,
choć na krótko, sfery rzeczywistości, zdawałoby się, wzaje
mnie nieprzywiedlne. Czym więc jest muzyka? Jaka formuła
określała by ją najlepiej? Roland Barthes powiada, że wartość
muzyki być może na tym polega, że jest dobrą metaforą.
Możliwe. Zwłaszcza idea „przenoszenia" znaczeń, tkwiąca
greckim źródłosłowie, byłaby nie do pogardzenia. Weźmy
pod uwagę jeszcze jedną możliwość. Utrzymuje Paul Ricoeur, że związek pomiędzy metaforą a symbolem mogą opisać
tylko dwa wzajemnie sprzeczne twierdzenia. Tak więc, meta
fora zawiera więcej niż symbol: to, co w symbolu pomiesza
ne, wypowiedź metaforyczna doprowadza do względnej
przejrzystości. Ale też symbol zawiera jednak więcej niż me
tafora: „Symbol jest związany w inny sposób niż metafora.
Symbol ma korzenie. Symbole pogrążają nas w tajemniczym
doświadczeniu mocy". Dwuwymiarowa struktura symbolu,
którego metafora jest językową powierzchnią, swą jedną czę
ścią, zanurzona jest w niesemantycznym obszarze sacrum.
Zmylmy więc tropy... Czy nie lepiej byłoby może powie
dzieć, jak choćby Albert Schweitzer , że „naturalną" mową
muzyki jest symbol? Jest jeszcze jedna okoliczność przema
wiająca za takim wyborem. Symbol już w swej etymologii
(obojętnie, czy wyprowadzonej od symbolon czy symballein)
niesie z sobą ideę łączenia, spajania, przywracania jedności.
W rozważaniach Gadamera na temat sztuki znajdujemy okre
ślenie symbolu, które nawiązuje do etymologii, ale też wpro
wadza element, który pozostaje w ścisłym związku z naszy
mi ustaleniami: „Przez symbol (...), przez doświadczanie
symboliczności rozumiemy, że to, co jednostkowe, szczegól
ne jest niczym ułamek bytu, że coś, co z nim koresponduje,
jest obietnicą uzupełnienia całości i szczęścia, albo też że ta
wciąż poszukiwana uzupełniająca całość cząstka (podkr.
DC) jest drugim odłamkiem pasującym do naszego fragmen
tu życia".
47
48
49
50
Żyjemy, przypomina nam wciąż Steiner, w świecie ducho
wo chorym. W obliczu doskwierających nam kłopotów z bra
kiem referencyjności znaków słownych, z tworzeniem się
wokół nas szklanej kuli słownych samoodniesień, w obliczu
bolesnego przeżywania „rzeczywistej nieobecności" Trans
cendencji, myśl Steinera zdaje się kulminować w jednym za
leceniu, prostym, acz o dalekosiężnych konsekwencjach:
S ł u c h a j c i e a znajdziecie.
Tak brzmi dzisiaj trzeźwiący aforyzm świeckiego proroka.
Tako rzecze Steiner.
5. Con amore. Finale presto
jest surowy; każdy jest przeniknięty tym, co mówi. Ten głos
kocham - całe życie go kochałem".
Naprawdę, nie ma znaczenia, kto jest przedmiotem adora
cji. Czy marmurowe pomniki: Mozart i Beethoven, czy mało
komu znany Charles Panzera. Tę listę uwiedzionych można
by dowolnie wydłużać: Nietzsche ze swoim uwielbieniem dla
Wagnera (obróconym później w nienawiść), Levi-Strauss pa
dający na kolana przed Elizabeth Schwartzkopf, Cioran spra
gniony muzyki Bacha, itd, itd, itd... Mówienie o muzyce wy
klucza obiektywizm. Dyskurs muzyczny, albo jest równocze
śnie dyskursem erotycznym, albo nie ma go wcale. Potwier
dzałoby to przenikliwą uwagę Barthes'a, że muzyka „nie
podpada pod żaden metajęzyk, lecz tylko pod dyskurs warto
ściujący, pochwalny: pod dyskurs miłosny".
Rzeczywiste obecności to tekst, pod względem gatunko
wym, niejednorodny. Bo to i pamflet, i manifest, i filipika,
i intymny list, i quasi-teologiczny traktat (ktoś niechętny, po
wiedziałby może: kazanie). Ale nad tym wszystkim góruje
namiętny ton miłosnego wyznania. Jeśli jest coś, co spaja
wszystkie te formy, coś, co sprawia, że nie obcujemy z dzielem-hybrydą, ale ze spójną całością, to właśnie ów głos czło
wieka nieprzytomnie zakochanego. Książka Steinera, to
rzecz składająca się w znacznej części z barthes'owskich
„fragmentów dyskursu miłosnego". Ale też to, co wprawia
w ruch język, co każe mu mówić, mówić, mówić, wyklucza
wszelką dyskusję. ,JCocham-cię jest bez niuansów. Likwidu
je wyjaśnienia, uzgodnienia, stopnie, skrupuły". Steiner
przecież nie argumentuje, ale sławi swoją oblubienicę: muzy
kę. Cały roznamiętniony, płonący, chory z miłości. I , jak każ
dy zakochany, powtarza się, mówi wciąż to samo, tylko w in
nej formie. Domaga się przy tym, by na obiekt jego wes
tchnień spoglądać wyłącznie jego oczyma. Na pewno: to nie
jest książka dla wszystkich. Steiner szuka takich jak on.
Zwraca się do mnie, do ciebie, do tych, dla których, jak dla
Ciorana, muzyka jest do życia koniecznie potrzebna.
54
„Kochać - to nie pytać o nic"
z repertuaru Piotra Szczepanika
Czy można napisać coś sensownego o muzyce? Można.
Ale jak? Połuchajmy jeszcze na koniec kilku z tych, którzy
o muzyce potrafili powiedzieć najwięcej:
Kierkegaard: „Ale jestem na tyle dzieckiem, czy raczej je
stem jak młoda dziewczyna w Mozarcie zakochany, że za
wszelką cenę muszę go umieścić jak najwyżej. (...) O nie
śmiertelny, któremu wszystko zawdzięczam, i to, żem rozum
utracił, i duszę mam zachwyconą, i że przejął mnie najgłęb
szy dreszcz, o ty, któremu zawdzięczam, że nie muszę iść
przez życie jak jeden z tych, których nic poruszyć nie zdoła;
ty, któremu dzięki niech będą za to, że nie umrę nie zaznaw
szy miłości, choć miłość moja była nieszczęśliwa".
Barth: „Wierz mi, proszę: wiele uszu i serc, zarówno uczo
nych, jak i tych prostych, jak moje, w dalszym ciągu kochają
cię słuchać, wciąż na nowo - nie tylko w roku twojej roczni
cy!"
Gombrowicz: „Od kilku lat przebywałem poza muzyką.
(...) Jednakże przed paru miesiącami wysłuchałem przypad
kowo kwartetu f-moll, jedenastego - i nie wiem, czy tego
dnia byłem szczególnie łasy na muzykę, czy może podbiło
mnie bogactwo polifoniczne kwartetu (...) zaraz następnego
dnia kupiłem sobie płyty z tymi jego kwartetami....i utoną
łem. (...) Zapewne gdyby nie ten wykwintny czwórśpiew
smyczkowy, nie owo polifoniczne wyrafinowanie kwarteto
we, dzięki któremu wszelka muzyka, która się dostanie mię
dzy te cztery instrumenty, ulega niezmiernemu wysubtelnieniu, nie byłbym może znienacka zachorował na Beethovena".
51
52
53
Barthes: „Refleksje, jakie zamierzam wam przedstawić,
mają w sobie coś z paradoksu: chciałbym w nich złożyć wy
jątkowy i szczególny hołd swojemu ukochanemu wykonaw
cy pieśni francuskich, którym był Charles Panzera.(...) Mój
stosunek do głosu Panzery ma charakter miłosny: nie chodzi
o jego surowy, fizyczny głos, ale o to, jak ów głos wnika w ję
zyk, w nasz język francuski, jako pożądanie: żaden głos nie
PRZ
1
G.Steiner. Rzeczywiste obecności, przet. O.Kubińska, Instytut Kul
tury, stowo/obraz terytoria. Gdańsk 1997. Następne przytoczenia z tej
książki lokalizuję w tekście, numery stron w nawiasach kwadratowych:
[ROI
G.Steiner, W zamku Sinobrodego, przet. O.Kubińska, Atext, Gdańsk
1993, s. 131; dalsze cytaty z tej książki zaznaczam w tekście w nawiasach
kwadratowych: |WzS]
Choć uczciwie trzeba powiedzieć, że krytyka Steinera nie osiąga
pułapu umysłowej aberracji, jak to zdarza się czasem w konserwatyw
nych połąjankach. U Allana Blooma czytamy np. taką oto złotą myśl:
„Młodzi ludzie wiedzą, że rock ma rytm stosunku płciowego", co mimo
wolnie potwierdza trafność tytułu jego książki, por. A.Bloom Umysł za
mknięty, przeł. T.Bieroń, Zysk i S-ka, Poznań 1997. s.85
2
1
4
„Przedmiotem nabożnego zachwytu konsumenta są pieniądze, za
które kupił bilet na Toscaniniego. Sam przyczynił się do sukcesu, który
reifikuje i uznaje za obiektywne kryterium, nie rozpoznając w nim swe
go udziału. Ale jest 'twórcą' tego sukcesu nie dlatego, że koncert mu się
spodobał, lecz dlatego, że kupił bilet.", Ober den Fetischcharakter in der
Musik und die Regression des Hórens, „Zeitschrift fur Sozialforschung"
1939, rocznik VII, cyt. za: K.Sauerland, Od Diltheya do Adorna. Studia
Z estetyki niemieckiej. Warszawa 1986, s. 198
55
56
Pewnej ironii dodaje fakt, że aby się tego wszystkiego do
wiedzieć, niekoniecznie trzeba było książkę Steinera prze
czytać. Wystarczyło spojrzeć na dedykację: „Dla Jacqueline
Werly. będącej źródłem muzyki".
PISY
5
N.Harnoncourt, Muzyka jako mowa dźwięków.
przet.M.Czajka,
Fundacja „Ruch Muzyczny", Warszawa 1995, s.7
'' I.Kant. Krytyka władzy sądzenia, przeł. J.Galecki, Warszawa 1986.
s.264
W.Wackenroder. Dichtung, Schriften, Brie)'e, Berlin 1984, s.312,
cyt. za: E.Fubini. Historia estetyki muzycznej, przet. Z.Skowron. Musica
Jagiellonka. Kraków 1997, s.260
" W.Wackenroder, Werke und Briefe. Heidelberg 1967, s.451, cyt. za:
C.Dahlhaus, Idea muzyki absolutnej i inne studia, przet. A.Buchner.
PWM. Warszawa 1988,' s.159
Wackenroder, Dichtung
s.261
S.Kierkegaard, Stadia erotyki bezpośredniej,
przeł. J.Iwaszkie
wicz, w: Albo-albo , Warszawa 1982,1.1, s.76
'' Tamże, s.77
Tamże, s.75
" Naturalnie, pojęcie formy u Hanslicka, nie jest ani tak jednoznacz
ne, ani tak redukcyjne, jak zwolennicy czarno-białych (forma versus
treść) modeli estetycznych chcieli by to czasem widzieć, por. Dahlhaus.
Idea..., s. 117-121
A.Schopenhauer, Świat jako wola i przedstawienie, przel. J.Garewicz, PWN, Warszawa 1994, t.l, s.395-396
7
4
10
12
14
55
15
Tamże, s.405
Tamże, s.406-407
Tamże, s.405
F.Nietzsche, Narodziny tragedii czyli hellenizm i pesymizm, prze).
L.Staff, Warszawa 1907, s.20
F.Nietzsche, Pisma pozostałe 1862-1875, przeł. B.Baran, inter es
se, Kraków 1993, s.205
Tamże, s.210
Nietzsche, Narodziny
s.50-51
Tamże, s. 148, 149
Tamże, s.234
C.Levi-Strauss, D.Eribon,, Z bliska i z oddali, przeł. K.Kocjan,
Opus, Łódź 1994, s.208-209
Por. E.Mieletynski, Poetyka mitu, tłum. J.Dancygier, przedmowa
M.R.Mayenowa, PIW, Warszawa 1981, s. 103
Tamże, s.205
C.Levi-Strauss, Mythologiques I: Le cru et le cuit, Paris 1964, t.l,
s.24; Octavio Paz polemizuje z tą tezą, twierdząc, że aby coś przekro
czyć, trzeba to najpierw osiągnąć, muzyka natomiast nigdy nie przekra
cza języka artykułowanego, bo po prostu nigdy do tego poziomu nie do
chodzi. O .językowym" charakterze muzyki można mówić tylko per
analogiom, O.Paz, Levi-Strauss albo Nowa Uczta Ezopa, przeł. P.Fomelski, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1997, s.52
16
17
18
19
2 0
21
2 2
2 3
2 4
2 5
2 6
2 7
2 8
C.Levi-Strauss, Myth and Meaning. Cracking the Code of Culture,
forward W.Doniger, New York 1985, s.52
Podobną intuicję zanotował w swoim dzienniku Witold Lutosław
ski: „Po raz tysięczny: muzyka nie wyraża żadnych określonych uczuć,
stanowi tylko ramy formalne (pokr.DC), w które przy jej odtwarzaniu
każdy wlewa swoje własne emocje; takie na jakie go stać. Stąd bardzo
proste wytłumaczenie łez gestapowców słuchających Mozarta", por. Lu
tosławski. Homagium. Wydawnictwo Galerii Zachęta, Warszawa 1996,
s.30
2 9
3 0
J.Łotman, Kultura i eksplozja, przeł. i wstępem opatrzył B.Żyłko,
PIW, Warszawa 1998, s. 199-200
, J oto pytam się: czego ż ą d a całe moje ciało od muzyki w ogóle?
Sądzę, że ulgi: tak jakby lekkie, śmiałe, swawolne, pewne siebie rytmy
miały przyspieszać wszystkie funkcye zwierzęce: tak jakby złote, dobre,
łagodne harmonie pozłacać miały spiżowe, ołowiane życie", F.Nietzsche,
Wiedza radosna, przeł. L.Staff, Warszawa 1907, s.338
3 1
3 2
Levi-Strauss, Eribon, Z bliska..., s.206; warto zazanaczyć, że
podobnie o związku muzyki i mitologii pisał Karl Kerenyi, wychodząc
w swoim myśleniu z zupełnie innych przesłanek: „Mitologia, zupełnie
tak samo jak muzyka, może być bardziej lub mniej zgodna ze swoim cza
sem. Mogą być czasy, które to coś największego, co 'myślały', zdolne są
wyrazić tylko w muzyce. Ale to coś największego jest w tym przypadku
właśnie czymś takim, co jedynie w muzyce może być wyrażone", K. Ke
renyi, Czym jest mitologia, przeł. I.Krońska, „Twórczość", 2:1973, s.90
3 3
R.M.Rilke, Muzyka, w: Rilke, Poezje, wybrał, przełożył i posłowiem opatrzył M.Jastrun, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1987.
s.347; przekład angielski mówi raczej o języku: Music..Language whe
re/ language ends, R.M.Rilke, Music, przeł. Robert Bly, w: „Parabola",
Volume V, number 2, 1980, s.59; Niezwykle zabawną, acz kuriozalną jest
próba Anthony Burgessa przekładu na „muzykę" słów I części, sławne
go Allegro molto, z Symfonii g-moll Mozarta (K.550). Przez swoją skraj
ność, unaocznia ona daremność szukania dla dźwięków muzyki słowne
go ekwiwalentu, wyraźnie stawia nas, czytelników i słuchaczy, wobec
granicy nie do przebycia: „The squarecut pattern of carpet. Squarecut the
carpet's pattern. Pattern the cut square carpet. Stretching from open door
to windows. Soon, if not burned, ripped, merely purloined, as well all too
likely, other feet would, other feet would tread. He himself, he himself,
he he himself trod in the glum morning"... i tak dalej, w tym duchu...,
A.Burgess, Mozart & Wolf Gang, Vintage, London 1992, s.81; w sprawie
związków poezji z muzyką por. J.Błoński, Ut musica poesis?, „Twór
czość" 9:1980, s.l 10-122
5 4
Por. np. rozumienie formy zaproponowane przez Wiesława Ju
szczaka, W. Juszczak, Zasłona w rajskie ptaki albo O granicach „ okresu
powieści", PIW, Warszawa 1981, s.49-52
36
3 5
„(...) schematyzacja elementu irracjonalnego muzyki dzięki prze
żywaniu jej przez człowieka udaje się tylko na pewnych odcinkach i wy
rywkowo, właśnie dlatego, że muzyka sama w sobie nie ma bynajmniej
za swą treść serca ludzkiego ani też tylko jakiegoś drugiego narzecza
swego wyrazu obok tego zwykłego, lecz właśnie jest także 'czymś in
nym', czymś, co dzięki podobieństwu spotyka się z tamtym na pewnych
odcinkach, ale nie zlewa się z nim w wielkich i bezpośrednich związ
kach", R.Otto, Świętość, Elementy irracjonalne w pojęciu bóstwa i ich
stosunek do elementów racjonalnych, Książka i Wiedza, Warszawa 1968,
s.84; o metafizycznym wymiarze muzyki zob. liczne teksty i książki
Bohdana Pocieja, szczególnie porządkujący artykuł: Inspiracja religijna
w muzyce, w: W kierunku religijności, red. B.Bejze, ATK Warszawa
1983, s.328-357
3 6
G.van der Leeuw, Sacred and Profane Beauty. The Holy in Art,
preface M.Eliade, transl. D.E.Green, Weidenfeld and Nicolson, London
1963, s. 261
„Po co wczytywać się w Platona, skoro saksofon też może nas
otworzyć na inny świat", Z Cioranem rozmawia Benjamin Ivry , w: Roz
mowy z Cioranem, przeł. I.Kania, Wydawnictwo KR, Warszawa 1999,
s.l 70
Z Cioranem rozmawia Louis Jorge Jalfen, w: Rozmowy...., s.86
Z Cioranem rozmawia Michael Jakob, w: Rozmowy...., s.246
Z Cioranem rozmawia Benjamin Ivry, w: Rozmowy...., s.170-171
Z Cioranem rozmawia Sylvie Jaudeau, w: Rozmowy...., s.186-187
Tamże, s.l87
P.Florenski, Ikonostas i inne szkice, przeł. Z.Podgórzec, PAX, War
szawa 1984, s.125
G.Marcel, Tajemnica bytu, tłum. M.Frankiewicz, przedmowa
K.Tarnowski, Znak, Kraków 1995, s.390; obecność metaforyki muzycz
nej w filozoficznych rozważaniach godna jest osobnego namysłu, por.
rozważania Barbary Skargi o związkach czasu i muzyki u Bergsona i Bachelarda, B.Skarga, Dwie formy czasu, w: tejże, O filozofię bać się nie
musimy. Szkice z różnych lat, PIW, Warszawa 1999, s.53-69
3 7
3 8
3 5
4 0
4 1
4 2
4 3
4 4
4 5
G.Steiner, Errata, Yale University, 1988; Warto może też zazna
czyć, że sytuacja ta nie jest dla Steinera jednoznacznie negatywna. Wie
lość języków, to wielość interpretacji świata, docieranie do jego „istoty"
różnymi drogami. Każdy język w inny sposób „otwiera" rzeczywistość.
Główne myśli z autobiografii Steinera referuje krótko J.Anders, Cierpli
wość intuicji, „Literatura na świecie", 11-12:1998, s.269-276
4 6
H.Whone, Music, the Way of Return, .parabola", Vol.V, 2: 1980,
s.13
4 7
R.Barthes, Muzyka, głos, język, przeł. K. Kłosiński, „Pamiętnik L i
teracki", R . X C , 1999, z.2, s.9
P.Ricoeur, Język, tekst, interpretacja, przeł. P.Graff, K.Rosner,
PIW, Warszawa 1989, s.l55
A.Schweitzer, Bach, przeł. M.Kurecka, W.Wirpsza, PWM, Kra
ków 1987, s.327; w niejednoznacznie pojmowanej kwestii symbolu
w muzyce, zob. dwugłos C.Dahlhausa i H.H.Eggebrechta, Co to jest mu
zyka?, przeł. D.Lachowska, wstęp M.Bristiger, PIW, Warszawa 1992,
s.l 13-125
4 8
4 9
5 0
H.G.Gadamer, Aktualność piękna. Sztuka jako gra, symbol i świę
to, fłum.K.Krzemieniowa, Oficyna Naukowa, Warszawa 1993, s.43
Kierkegaard, Stadia...s.50
K.Barth, Wolfgang Amadeus Mozart, foreword J.Updike, transl.
C.K.Pott, Eerdmans Publishing Company, Grand Rapids 1986, s.23
W.Gombrowicz, Dzienniki 1957-1961, Paryż 1962, s.211-212
R.Barthes, dz. cyt., s.5-6
Tamże, s.9
R.Barthes, Fragmenty dyskursu miłosnego, przekład i posłowie
M.Bieńczyk, wstęp M.P.Markowski, Wydawnictwo KR, Warszawa 1999.
s.214.
51
5 2
5 3
5 4
5 5
5 6
Wszystkie ilustracje Roberta Fludda za: J. Godwin, Robert Fludd:
Hermetic Philosopher and Surveyor of Two Worlds, Shambhake Publica
tions 1979
