9a68b00194ac616d8966796f738be46e.pdf

Media

Part of Ikona i zapomniane przykazanie Dekalogu / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1996 t.50 z.3-4

extracted text
Ikona i zapomniane przykazanie Dekalogu
Wojciech Michera
W ikonosferze katolickiej ważne miejsce zajmują „święte
obrazki", male, kolorowe, malowane, lub w formie zdjęć,
rozdawane przy różnych okazjach dzieciom i dorosłym. Przed­
stawiają czasem świętych, czasem ładne widoki, bywają z pod­
pisami i bez. Najniezwyklejszy z tych, które widziałem,
przedstawia w technice trójwymiarowej Chrystusa na krzyżu,
mrugającego to jednym, to drugim okiem. Miejsce, w którym po
raz pierwszy dosięgło mnie owo traumatyczne przeżycie, nadaje
zdarzeniu sens anegdoty: było to w Rzymie, przed witryną
sklepu z dewocjonaliami, przy via delia Concilizionc, prowa­
dzącej wprost do Watykanu. W takim miejscu, i wobec takiego
zjawiska, trudno było nie pomyśleć o tym z przykazań Dekalo­
gu, które uległo zapomnieniu i na próżno szukać by go
w katolickim katechizmie.
Istnieją bowiem trzy sposoby dzielenia tekstu Dekalogu na
dziesięć stów. Pierwszy, żydowski, ujmuje jako pierwsze
przykazanie to, co w układzie chrześcijańskim jest wstępem:
Jam jest Pan, Bóg twój, który cię wywiódł z ziemi egipskiej,
Z domu niewoli. Chrześcijanie, pomijając w numeracji ową
preambułę, musieli rozdzielić na dwoje jedno z pozostałych
dziewięciu przykazań. Większość ojców Kościoła zrobiła to
z pierwszym (w Biblii hebrajskiej - drugim):
(/) Nie będziesz miał Bogów cudzych przede mną. (2) Nie uczynisz
sobie ryciny, ani żadnego podobieństwa,
które jest na niebie
w górze, i które na ziemi nisko, ani z. tych rzeczy, które są w wodach
pod ziemią. Nie będziesz się im kłaniał ani służył (...)

W Kościele rzymskim jednak przyjęło
ostatnie:

się, by rozdzielać

(9) Nie będziesz pożądał domu bliźniego twego: ani będziesz,
pragnął żony jego, nie sługi, nie służebnice, nie wołu, nie osła, (10)
ani żadnej rzeczy, która jego jest".
(Ks. Wyjścia 20, wg tłum. x. J. Wujka):

Jeśli porównać zapis dziesięciorga przykazań w szkolnych
katechizmach Kościoła katolickiego i prawosławnego, okaże
sie, że odmienność ta ma charakter nic tylko porządkowy: nie
chodzi tylko o to, które z przykazań zostaje rozdzielone, ale też
w jaki sposób. Mówiąc dokładniej: jak bardzo, na użytek
praktyczny, je skrócono. Oto bowiem dziesiąte przykazanie
w układzie prawosławnym zawiera treść zarówno dziewiątego,
jaki dziesiątego przykazania katolickiego (jest mowa i o „żonie
bliźniego", i o „każdej rzeczy, która jego jest"); pierwsze
natomiast przykazanie w układzie katolickim mówi o zakazie
zci dla „cudzych b o g ó w " , pomija jednak sprawę sporządzania
obrazów i podobizn.
Za katolicką redakcją Dekalogu poszli, o dziwo, luteranie,
eszcze bardziej jednak zaskakujący może się wydawać fakt, że
Pamięć tego przykazania trwa, w sposób nie naruszony, właśnie
prawosławiu, w tej tradycji chrześcijańskiej, która wykształ­
ca niezwykłą wrażliwość na obraz, która obrazowi - i szerzej:
Р'екпи nadała walor świętości. Jak to możliwe - narzuca się to
Pytanie by bez wpadnięcia w sprzeczność teologiczną łączyć ów
^onoklastyczny zakaz ze sztuką ikony? Czyż nie jest nazywane
wschodnim chrześcijaństwie świętem ortodoksji (obchodzoj.
drugą niedzielę Wielkiego Postu) zwycięstwo czcicieli
nad obrazoburcami? M o ż n a oczywiście tłumaczyć ten
foks powikłaną historią, swoistym przebiegiem wydarzeń
, y y c h , działaniem różnorakich sił dziejowych i społecztuvLw^
$
dopuszczają, a nawet wymuszają i utrwalają
ne sprzeczności. T y m razem jednak, jak sądzę, sprawa ma
c

wymiar czysto teologiczny i w pozornej sprzeczności kryje się
głęboki sens.
Nie tylko bowiem obrazoburstwo, ale i bezkrytyczność
wobec religijnych obrazów zagraża świętości ikony. Stojąc
przed witryną rzymskiego sklepu, wspomniałem też nauki
głoszone przez Martina Heideggera o „czasie marnym'', w któ­
rym przyszło nam żyć. Przypomnijmy tezę znanego eseju: czas
jest marny, gdyż nie odczuwamy potrzeby istnienia poetów,
a w konsekwencji brakuje w naszym świecie prawdy; to poeci
bowiem prawdę tę stanowią. Jak wiadomo, Heideggerowi nie
chodzi o prawdę rozumianą jako trafne odtworzenie rzeczywis­
tości. Mówi on o stanowieniu prawdy, bowiem za sprawą
poetów prawda rzeczywistości się dzieje.
1

1

Czas zatem jest marny, bo nie interesuje nas stanowienie
prawdy, bo nie chcemy być poetami: słowo ma wartość jedynie
środka technicznego, przekazu informacji, nie jest naszym
zamieszkiwaniem w świecie. Rzeczywistość dotykana wyłącz­
nie językiem technicznym zamyka się, kryje, pozbawiając nas
do siebie dostępu. Nie wiemy jednak o tym i tę zwiniętą
powłokę, zredukowaną do prostej obecności „tu-i-teraz", bie­
rzemy za autentyczną rzeczywistość.
Przed podobnym pójściem na łatwiznę przestrzegali już
biblijni prorocy, od Mojżesza począwszy, a ich zadanie było
równie trudne, co zadanie współczesnych hermeneutów. Spój­
rzmy tylko na biblijną historię początków Izraela. Jakże
nieracjonalne wydaje się zachowanie ludu wybranego przez
Boga. Zdumiewa, że namacalna wręcz bliskość Jahwe, jego
opieki i gniewu, mogła być nieustannie lekceważona. Lecz ta
historia nieustannych upadków, niekończących się rozstań
i powrotów, ma oczywiście głębszy sens. Jest transpozycją
najważniejszego chyba w religii zagadnienia: w całej swej
dialektyce pokazuje wątpliwości i ryzyko, na jakie skazany jest
człowiek podejmujący wyzwanie wiary. Człowiek zwracający
się do Boga słowem, gestem, myślą musi bowiem postawić
sobie pytanie: kim On jest? Drugie, nie mniej ważne pytanie
brzmi: czy uzasadniona jest nadzieja, że On wysłucha słów,
z którymi się do Niego zwracam?
K i m zatem jest Bóg? Najczęstsza odpowiedź mówi, że
wszystkim, wszechmocą, transcendencją. Nie ma sposobu, by
przeniknąć zasłonę kryjącą jego oblicze: „nie można Go ujrzeć
i pozostać ż y w y m " (Ex. 33, 20). Nawet Serafinom tylko dwa
spośród sześciu skrzydeł służyły do latania; pozostałymi za­
krywały sobie twarz i stopy, gdy wołając: „Święty, święty,
święty..." zbliżały sie do palącej Chwały Boga. Nawet blask
bijący z twarzy Mojżesza, konsekwencja rozmowy z Jahwe, był
nie do zniesienia dla jego braci. Każde spotkanie z Bogiem jest
porzuceniem wszystkiego co znane. Jest wejściem w nieskoń­
czoną ciemność, wywołującą lęk i drżenie.

w

w

n

czn

n

6

c

z

s

t

o

Kto więc odważy się wyjść na spotkanie osoby tak obcej, tak
odległej, a zarazem obdarzonej nieskończoną mocą? Kto
opanuje chęć uniknięcia niebezpieczeństwa, ominięcia ryzyka
spotkania? Przede wszystkim jednak musi paść pytanie o sens
podobnej próby, bo przecież wątpić można, czy Ktoś Taki
zechce w ogóle wysłuchać człowieka. Osoba wierząca może się
obawiać, że Bóg, w swym oddaleniu i odmienności, po prostu jej
nie potrzebuje (Kierkegaard przedstawia tę rozpaczliwą sytua­
cję przytaczając słowa: „Wróbel może żyć, to jest zrozumiałe,
bo on przecież nie wie, że istnieje wobec Boga. Ale wiedzieć, że
się jest w obliczu Boga i nie zwariować, albo nie stać się niczym
niepodobna!" ). Obie te wątpliwości nurtowały Izraelitów.
3

37

Z jednej strony trwożnie unikali wypowiadania świętego,
groźnego imienia Boga; z drugiej jednak szukali bliskości,
kontaktu z nim tworzyli więc sami „świętość u d o m o w i o n ą " ,
złote cielce i bałwany na praktyczne, codzienne potrzeby.
Człowiek zawsze ufał nadmiernie technice. A technika skłaniała
do bałwochwalstwa.
Pierwszym zatem niebezpieczeństwem, które zagraża ikonie,
nie jest ikonoklazm, lecz czynienie z niej idola, zamykanie
transcendencji, inności Boga w tożsamości, prostej obecności,
dającej się opanować i zawładnąć. Jest to marny czas fał­
szowania i manipulacji prawdą. Reakcją na to zło (przypomina­
jące Kierkegaardowską rozpacz skończoności) jest owo drugie,
ikonoklastyczne przykazanie Dekalogu. Nie mogą się bez niego
obejść Żydzi, nie może również chrześcijańska ikona: zapobie­
ga ono sporządzaniu idoli, dokonuje otwarcia na nieobjęte, na
transcendencję. Dzięki niemu sens ikony nie może być już
limitowany, ograniczany, manipulowany. Można go określać
tylko w kategoriach nadmiaru. Jeśli ten nadmiar jest mocą, to nie
możemy się łudzić, że kiedykolwiek j ą usidlimy.
Lecz ikonoklazm to oczywiście bardzo niebezpieczny lek.
Związane z nim zagrożenie Kierkegaard nazwałby rozpaczą
nieskończoności.
Rzeczywistość dotknięta nihilizmem absolut­
nego braku, nihilistycznym sceptycyzmem, traci związek z kon­
kretem, zrywa swe kotwice, rozpływa w fantasmagoriach
i bezgraniczności. Wszystko jest w niej możliwe, ale nic pewne.
Wobec takiego radykalnego ikonoklazmu ikona traci rację
swego istnienia.
Te dwa niebezpieczeństwa to dwa bieguny, między którymi
zawieszone jest istnienie świętego obrazu, jak i cała ludzka
egzystencja, pozostająca w ciągłym napięciu, rozrywana prze­
ciwstawnymi siłami, czerpiąca jednak z tego swą moc. Dwa
niebezpieczeństwa i dwa wzajemne zabezpieczenia; jak woda
i ogień. Richard Kearney nazywa tę sytuację podwójną wierno­
ścią: wobec ikonoklazmu, nie pozwalającego zamknąć się na
transcendencję, oraz wobec wcielenia.*
Dzięki Wcieleniu ikona jest w ogóle możliwa. Pisze Olivier
Clement, że Wcielenie „jest podstawą ikony, a ikona objawia
Wcielenie (...). Przed Wcieleniem obraz był zakazany: musiałby
być idolem. Po Wcieleniu jest nie tylko możliwy, ale i koniecz­
ny: jego brak podważałby naszą wiarę we W c i e l e n i e " .
Starotestamentowy ikonoklazm przygotowywał Wcielenie
od strony, można powiedzieć, negatywnej. O. Clement zwraca
jednak też uwagę na przygotowanie mające charakter pozytyw­
ny: są nim biblijne koncepcje Oblicza, Imienia, Obecności czy
też Chwały Bożej. Teologicznie rzecz biorąc, Wcielenie po­
twierdziło, że prawdziwą ikoną jest - jako obraz Boga - sam
człowiek. Jest manifestacją transcendencji w konkrecie i otwar­
ciem konkretu na transcendencję. Twarz człowieka to moż­
liwość wyjścia poza wymiar dosłowności, możliwość istnienia
w wymiarze symbolicznym. Jest ona rozdarciem, „dziurą
transcendencji". W ikonie twarzy krzyżuje się skończoność
i nieograniczoność, upadek cierpienia i piękno chwały. Piękno
zjawia się w grymasie twarzy Izajaszowego „cierpiącego
s ł u g i " , w upadłej materii pozbawionej transcendencji - doko­
nując jej transfiguracji.
5

Niewolnika nie można było „ z o b a c z y ć " . Nie posiadał on
twarzy, był aprosopos. Ale to ogołocenie było ogołoceniem „ze
wszystkich masek n i c o ś c i " (O. Clement). W języku możliwa
jest gra słów, która doskonale wyraża tę myśl: chodzi tu
mianowicie o wyrzeczenie się dosłowności, można powiedzieć
PRZ
' M. Heidegger, Cóz po poecie?, w: Budować, mieszkać, myśleć, tłum. K.
Michalski, Warszawa 1977. „Cóż po poecie w czasie marnym" - jest to
zdanie z poematu Holderlina Chleb i wino.
M. Heidegger, L'origine de Voeuvre d'art, w: Chemins qui ne menenl
nullepart, (tytuł oryg. niemieckiego: Holzwege), tłum. W. Brokmeier, Paris
1962, s. 84; por. B. Baran, Saga Heideggera, Kraków 1990, s. 145 n.
S. Kierkegaard, Choroba na śmierć, tłum. J. Iwaszkiewicz, Warszawa
1982 s. 169.
!

5

38

wyrzeczenie pierwszego stopnia. Po nim mogło nastąpić wy.
rzeczenie (tym razem w sensie: wypowiedzenie) dosięgające
prawdy. Upadek i cierpienie prowadzą ku chwale i pięknu.
„Cierpiący s ł u g a " wyrzeka się twarzy, będącej technicznym
wymiarem obecności; ikona, będąca twarzą „ o d k r y t ą " , wy.
rzeka się technicznego, iluzyjnego uczestniczenia w rzeczywistości. Dzięki temu jednak może dopiero wypowiedzieć o niej
prawdę.
Ikona to zawsze więcej niż to, co jest. Przypominają się słowa
Blake'a: „Cysterna ma ile ma, źródło się przelewa". Ikona nie
pozwala na idolatryczną rozpacz skończoności. Nie pozwala
więc też na próżne lenistwo widza. Zmienia się zasada rozumie­
nia jej obecności. Nie można jej po prostu oglądać, nie można
ograniczyć się do biernej percepcji, nie chodzi o nasycenie
wzroku obserwatora. Ikona jest ekstatyczna, jest ucieczką ku
nadmiarowi, jest symboliczna. Jej właściwym stanem istnienia
nie jest aktualność, autotożsamość, lecz „dzianie s i ę " , stano­
wienie prawdy. Jeśli prawda się w niej dzieje, nie może być
dojrzana z jednego, statycznego punktu obserwacji. Przyjęcie
takiego punktu widzenia jest zabiegiem bałwochwalczym,
wywołuje złudzenie, że obraz jest bytowo tożsamy z tym, co
przedstawia. Tymczasem jest on miejscem spotkania, które
wymaga od człowieka zgody na nie i decyzji przyjścia.
Niebezpieczeństwo idolatrii zwiększa się tam, gdzie chcemy
powiedzieć zbyt dużo, lub zbyt dokładnie określająco, definiująco i decydująco. Pisze M . - L . Chauvet: „Punkt krytyczny
teologii chrześcijańskiej nie polega na apofatycznym oczysz­
czeniu naszych pojęć po to, by określić Boga (pour dire Dieu),
ale na naszym użyciu tych pojęć, czyli na postawie, idolatrycznej bądź nie, którą one wywołują z naszej strony. Tradycja
zresztą podkreślała to od dawna: pojęcia najbardziej wysubtelnione mogą pełnić funkcję idoli; przeciwnie, najbardziej mate­
rialne antropomorfizmy (Panie, jesteś moją skalą) mogą być
najprecyzyjniejszymi wyrażeniami radykalnej odmienności
i świętości B o g a . " Tajemnica objawia się nie w zracjonalizo­
wanym koncepcie (nie w słowie traktowanym jako zracjonali­
zowany koncept), lecz w posługującym się symbolem języku
Biblii, poezji, liturgii. Symbol bowiem nie jest zwykłym
ekwiwalentem sensu. Obraz symboliczny, ikona, jest oknem,
przez które możemy ów sens przywoływać, ewokować. A po­
nieważ wołanie można ponawiać, więc i odpowiedź przy­
chodząca w symbolu jest pełniejsza, ma zdolność ujmowania
sprzeczności.
6

Ikona domaga się tego wołania. Sama jest po-wołaniem. Jej
istnienie jest nierozdzielnie związane z modlitwą, choć niejesl
od niej zależne w sensie przyczyny i skutku. Ikona bowiem
zawsze poprzedza modlitwę, jest „ s y t u a c j ą " , w jakiej i wobec
której postawiony jest wierny. Ale ikonę da się zobaczyć tylko
w transfigurującym jej materialność świetle modlitwy.
Ikona nie może być prawdziwa lub fałszywa. Nie odtwarza
bowiem (lepiej lub gorzej) zaistniałej wcześniej sytuacji
Prawda zawarta w ikonie jest nierozdzielna z samym jej
istnieniem, a ono polega na zdolności objawiania. Dlatego
zbyteczna jest w niej iluzja trzeciego wymiaru i fotograficzna
dosłowność.
Ikona fałszywa nie jest ikoną lecz bałwanem, znakiem „czasu
marnego", którego fałszywi prorocy mrugają do nas z trój­
wymiarowych fotografii.
1991

PISY
4

1

R. Kearney, Poetique du possible. Phenominidogie hermeneutiqued ^
figuration, Paris 1984, s. 136n. Zob. też J.-L. Marion, L'idole el
„Revue metaphysique et de la morale" 4, 1979, oraz inne prace tego autoff
O. Clement, Apercus sur la spiritualite de /'/сипе, Paris, b.d.
^
L.-M. Chauvet, Symbole i sacrement. Une relecture sacramentM
l'existence chr'etienne, Paris 1987, s. 46
5

ft

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.