967bd29e8f673f8e0b065921feff4109.pdf

Media

Part of Bycie tam/w Polsce/ Barbarzyńca 2005 nr 10

extracted text
Fran Bartkowski

BYCIE TAM/ W POLSCE

„Jak to było, być tam?", zapytała moja studentka.
Tam to Auschwitz/ Birkenau; tu to sala wykładowa w Newark w stanie New Jersey w styczniu 2004.
Omawiając wspomnienia i autobiografie kobiet, w trze­
cim tygodniu semestru przeszliśmy z Dziennika Anny Frank
do książki Charlotty Delbo After Auschwitz [Po Auschwitz].
Na poprzednich zajęciach wspomniałam, że minionego lata
odbyłam podróż do świętego miejsca Polski. Wyczułam zdu­
mienie połączone z szokiem i przerażeniem. Jeszcze tego
samego dnia dałam im do oglądania kilka fotografii pól, ba­
raków i ruin krematoriów Birkenau. Gdy fotografie wędrowa­
ły po klasie, my dyskutowaliśmy o pierwszym tomie książki
Charlotty Delbo None ofus will return [Nikt z nas nie powró­
ci]. Mówiliśmy o paradoksie, o jałowej przestrzeni w języku
i historii, którą Delbo odmalowuje w powojennym Paryżu,
gdzie za pomocą słów przeistacza swoją traumę, wyczeku­
jąc końca roku.
Kiedy moja studentka niewinnie zapytała „Jak to było,
być tam?", temat ten wszedł d o naszej dyskusji jako non
sequitur. Sięgając po swój pedagogiczny przywilej, wybra­
łam konsekwencję i uzyskałam trochę czasu; zapewniłam ją
i grupę, że powrócę do odpowiedzi nieco później. Na pięć
minut przed końcem zajęć, kiedy wiedzieliśmy, że spotkamy
się dopiero w przyszły wtorek, wróciłam do odpowiedzi.
Starając się być sumiennym nauczycielem, powtórzyłam
pytanie i wzięłam kilka niespiesznych, głębokich oddechów
- „Jak to było, być tam?".
Niniejszy esej stanowi kolejną próbę znalezienia odpo­
wiedzi na to celne pytanie. Była to podróż autoetnograficzna
i historyczna - odbyłam ją w połowie lipca 2003. W przecią­
gu dwóch tygodni podróżowaliśmy na w s c h ó d , w napiętym
oczekiwaniu jadąc z Paryża przez Pragę i Ołomuniec do Kra­
kowa. Wtedy to miał miejsce punkt zwrotny - jeden dzień
spędzony w Auschwitz-Birkenau. Ale aby opowiedzieć, jak
to było, być tam - stać i spacerować cały dzień po obozie
Auschwitz-Birkenau - muszę cofnąć się wstecz, co pozwoli
mi posuwać się coraz bardziej d o przodu.
Przez całą dekadę wiedziałam, że tam pojadę. Polska od
zawsze znajdowała się w moich planach, gdyż rodzice spę­
dzili tam swoją młodość. Dla nich jednak - tak jak dla więk­
szości znanych mi osób, które przeżyły Holokaust - Polska
była miejscem, do którego nie mieli najmniejszej ochoty wra­
cać przez resztę swego dorosłego życia po wojnie. Jednak­
że u niektórych otwarcie granic Europy Wschodniej w latach
90. oraz podeszły wiek zmieniły stosunek do przeszłości.
Myślałam, że wybiorę się w tą podróż z ojcem, wychowa­
nym w Sosnowcu, do którego po 1942 roku nigdy nie wrócił;
mówił, że jeśli zdrowie mu pozwoli, pojedzie tam, jak skoń­
czy siedemdziesiątkę. Lecz gdy w połowie lat 90. zbliżały się
jego 70. urodziny i nadszedł czas na planowanie wyprawy,
wyznał mi, że nie czuje się na siłach. W gruncie rzeczy mój
ojciec nigdy nie był obieżyświatem w jakimkolwiek znacze­
niu tego słowa. Mieszkał w trzech krajach i posługiwał się

kilkoma językami, lecz od kiedy jako emigrant przybył do
Ameryki w 1950 roku, opuścił ją tylko raz.
Choć urodziłam się w obozie dla przesiedleńców w Ba­
warii, rodzice przeprowadzili się d o USA, kiedy miałam dwa
lata. Moje podróże po Europie zaczęły się w 1967 i kontynu­
owałam je do wczesnych lat 70. Były to czasy, kiedy moja
żydowska tożsamość wyrażała się - jeśli w ogóle się wyra­
żała - w tym, jak bardzo od zawsze czułam się nie-Amerykanką. W tamtym czasie Europa wydawała mi się swojska
i frapująca. W roku 1971 na krótko zawitałam do miasteczka,
w którym się urodziłam. Znalazłam się tam żądna przygód,
bez zobowiązań, w znikomy sposób świadoma tego, że mam
szczęście, że żyję. Będąc dwudziestotrzylatką z amerykań­
skim paszportem, zapytałam równie młodego niemieckiego
żołnierza, czy mogłabym pospacerować wokół bazy wojsko­
wej, w której według moich mglistych przeczuć mieścił się
ów obóz przejściowy. Kiedy zmieszany odpowiedział, że tu­
ryści nie mają wstępu do tego miejsca, przeżyłam coś w ro­
dzaju łagodnego szoku kulturowego. Nie zwracając uwagi
na osobliwość spotkania z tym żołnierzem - gdy język i hi­
storia nie były adekwatne do zgłębienia tego, co zaszło mię­
dzy nami - oddalając się od niego, zdałam sobie nagle spra­
wę, że kiedy moi rodzice mieszkali w tym miasteczku, byli
w moim wieku i mieli już za sobą obozy. Obozy te zawsze
nazywałam „obozami koncentracyjnymi" - zwrot ten był czę­
ścią mojego dziecięcego słownika, zawsze wymawiany jak­
by na głębokim oddechu, nie posiadał jeszcze skrótowej for­
my „Holokaust". Przez 30 lat spotkanie to istniało w postaci
anegdoty, do której często wracałam, dziwiąc się, że tak
zwyczajnie przyjechałam i wyjechałam z miasteczka Landsberg am Lech.
Tymczasem jesienią 2002 roku wróciłam do Landsberga.
Szukałam wydanej niedawno książki o tym miejscu, o której
po raz pierwszy usłyszałam w Berlinie. Nie tylko znalazłam
książkę, ale szczęśliwym trafem spotkałam miejscowego
emerytowanego nauczyciela historii, którego córka, Edith
Fłaim, była autorką tej ilustrowanej historii miasta zatytuło­
wanej A Place like any Other [Miejsce jak każde inne]. Dzięki
pomocy jego i jego przyjaciela Antona Lichtensterna - człon­
ka rady miasta i autora pieszego przewodnika po Landsbergu - opuściłam miasto obładowana materiałami na temat
okresu powojennego, w tym kopiami mojego aktu urodze­
nia i aktu ślubu rodziców.
Książka Raim stanowiła fotograficzną historię tego mia­
steczka, które było zarazem podobne i różne od innych nie­
mieckich miasteczek epoki nazistowskiej. Przed wojną Landsberg był często odwiedzany przez zwolenników Hitlera, któ­
ry odbywając w mieście karę więzienia, podyktował tu Mein
Kampf. Po wojnie miejscowy garnizon wojskowy został prze­
kształcony w jeden z największych obozów przesiedleńców
w amerykańskiej strefie okupacyjnej. To właśnie ta wizyta

BAWZfŃCĄ
PISMO ANTROPOLOGICZNE

i

Fran Bartkowski
w Niemczech w 2002 roku, kilka lat po tym, jak w wieku 74
lat umarł mój ojciec, doprowadziła do mojej decyzji o odwie­
dzeniu Polski minionego lata.
A więc „jak to było, być tam"?
Pewnego popołudnia gdzieś na polskiej wsi.
Był sobotni poranek, 8:30. Nasz samochód jako pierw­
szy zatrzymało się na niewielkim parkingu; jakiś autokar
wysadził właśnie pasażerów, który udali się do Muzeum Au­
schwitz-Birkenau. Próbując ogarnąć fakt, że się tam zaleźli­
śmy, zawahaliśmy się na moment - nie wiedzieliśmy, w którą
stronę ruszyć. Nie wyciągaliśmy aparatu aż do momentu,
kiedy dowiedzieliśmy się, że jedziemy kilka kilometrów da­
lej, z Auschwitz do Birkenau. Lecz przez następne kilka go­
dzin przemierzaliśmy obie strony ulicy, na której znajdowały
się prymitywne ceglane baraki obozu - obecnie pawilony
poświęcone państwom, których obywatele zginęli w tej hekatombie. Nie wiedziałam o tym tamtego ranka, ale po połu­
dniu obóz Auschwitz I stopniowo zaczął nabierać niemalże
intymnej skali, po tym, jak wchłonęliśmy ogrom przemysło­
wego obozu śmierci w Birkenau.
Byliśmy piątką przyjaciół, którzy przemierzali, w grupie
lub pojedynczo, kameralne uliczki kompleksu wojskowego
w Oświęcimiu - mieście przemianowanym i przerobionym
na Auschwitz.
Byliśmy piątką odizolowanych ludzi, których wyobraźnie
rejestrowały okruchy historii, które tu przynieśliśmy: Eva, Nick,
Andy, Jim i ja. Tego dnia przynieśliśmy różne rzeczy. Eva
i Nick byli już w Auschwitz poprzedniego lata, lecz było wte­
dy późno i nie zdążyli zobaczyć Birkenau - chcieli wrócić
tam z nami. Przyjechali więc nocnym pociągiem z Ołomuń­
ca do Krakowa i wyruszyliśmy po śniadaniu; towarzyszył nam
lekki niepokój, czytaliśmy na głos kolejne opowiadania Kafki
w wynajętej niebieskiej Skodzie; pięcioro nas stykało się na
siedzeniach; nasze głosy kolorowały powietrze. Przez więk­
szość dnia jechaliśmy w milczeniu; czasem odzywaliśmy się,
a słuchający z reguły milczał do momentu, gdy czuł potrze­
bę zabrania głosu. Trzymaliśmy się blisko siebie, starając
się zachować dystans. W dużej mierze byliśmy sami pośród
ogromu tego, o czym wiedzieliśmy, że nie było miejscem
dobrowolnej samotności.
Nie wiem, czy potrafiłabym odpowiedzieć na pytanie, jak
to jest, być tam, nawet wówczas kiedy tam stałam, szłam
wzdłuż torów, patrzyłam na żwir przebijany przez dzikie kwia­
ty, spoglądając na bezkresne pola i próbując zapamiętać
wskazówki ze schematu sytuacyjnego przy bramie. Więc tu
były kobiety z Węgier, tu znajdował się obóz Cyganów, a tu
francuskie więźniarki (wśród nich Delbo) - mapa bez wąt­
pienia jednego z najniższych kręgów piekła XX wieku. Za­
stanawiam się, jak „gdzie indziej" staje się doświadczeniem,
w miarę jak opisujemy je, wróciwszy z powrotem.
Spoglądaliśmy na siebie i doglądaliśmy się nawzajem,
podczas gdy nasze wyobraźnie próbowały zrozumieć to
miejsce, o którym Jim powiedział, że ma przeczucie, jakby
znał je od zawsze. Czy w naszej wyobraźni po Holokauście
nosimy sceny z połowy lat 40. XX wieku? Poprzednie stule­
cia składowały nadwyżki swoich bezimiennych, niezliczo­
nych zmarłych w katakumbach; artyści wojny i ciała ukazy­
wali ich za p o m o c ą pióra i pędzla. Fotografia i kino przy­
oblekły się w cielesność i sprawiły, że przeszłość przesuwa
się na naszych oczach. A teraz w epoce aparatów cyfro­
wych potrafimy w e d ł u g własnego kaprysu w y c h w y t y w a ć
i wymazywać to, o czym już wiemy, że wykracza poza wy­
powiadane słowa.

A jednak każde z nas zostało tu przyciągnięte przez sto-1
wa, które czytaliśmy, którymi myśleliśmy, uczyliśmy i z który-1
mi od lat zmagaliśmy się. Jim i ja, nigdy o tym otwarcie nie I
mówiąc, jakoś wiedzieliśmy, że kiedyś razem pojedziemy do
Auschwitz. On urodził się w niewielkim miasteczku w Karoli-[
nie Północnej w 1945 roku - ja w obozie dla uchodźców |
w Bawarii w 1948. Poznaliśmy się, ucząc francuskiego, teraz
od już 20 lat jesteśmy dozgonnymi przyjaciółmi - poświęcili-l
śmy mnóstwo czasu na opisywanie hańby i Shoah. Nasi zna-l
jomi przebywali wówczas w Pradze. To było idealne lato na
wizytę w Auschwitz. Chcieliśmy pojechać stamtąd do Krako-[
wa. To był odpowiedni moment. Dla mnie podróż ta była kro­
kiem wstecz w język moich rodziców i rodzinne miasto mojej |
matki - Kraków.
Rozważmy powikłania lingwistyczne, polityczne i histo-|
ryczne: był lipiec 2003. Polskie wojsko zostało niedawno
wysłane do Iraku, aby wspomóc Amerykanów. Pewien star-1
szy Polak, słysząc jak mówimy po angielsku na parkowej!
ławce, przyłączył się do nas na chwilę, wystarczająco długą,!
by zdążył wypróbować na nas swój skromny angielski: Geo-|
rge Bush-great man [George Bush - wielki człowiek!] Przez
naszą nieznajomość polskiego, wszystko, co chcieliśmy mu|
odpowiedzieć, musiało pozostać niewypowiedziane. Byćl
może jeszcze bardziej niesamowitą rzeczą była muzyka do­
chodząca z pobliskiego placu - Hava Nagila na akordeonie,
Nie wiedzieliśmy wówczas, że coroczny Festiwal Kultury Ży-|
dowskiej zakończył się przed paroma dniami tuż przed na-f
szym przyjazdem. Wiedzieliśmy jednak, że byliśmy częścią|'
zjawiska turystyki obozowej. W recepcji hotelu znajdowały
się fotosy przedstawiające miejscowe atrakcje i informacja!
o autokarach wycieczkowych do Zakopanego; tuż obok le-|
żała broszura o Oświecimiu-Brzezince, Auschwitz-Birkenau, t
Szczęśliwy splot przypadków akademickich naprowadził!
nas na Mariusza Czaję, który jesienią wybierał się do USA|
by prowadzić badania do pracy doktorskiej. Spotkaliśmy j
w barze, w którym wdaliśmy się w rozmowę; później opro-1
wadził nas wieczorem po Rynku Głównym. Przeszukiwałam I
kawiarnie, zastanawiając się, gdzie moja matka mogła wy­
chodzić z rodziną podczas specjalnych okazji. Gdzie mój I
d z i a d e k - ż y d o w s k i prawnik, który być może mieszkał gdzieś!
na Kazimierzu - mógł zabierać moją mamę i jej siostrę bliź-f
niaczkę, kiedy były dziewczynkami w Krakowie lat 20.? Pod-1
czas tej dwudniowej wizyty nie znałam polskiego wystarcza­
jąco dobrze, by dowiedzieć się, gdzie mogli mieszkać, ani I
hebrajskiego, by odnaleźć rodzinne groby na żydowskim
cmentarzu, na którym być może chowane były poprzednie
pokolenia. Lecz nie szukam takich szczegółów - szukam let­
niego światła, zapachu ulic, rynków i piekarni, dźwięku prze­
chodniów w różnym wieku i z różnych środowisk mówiących
po polsku do mego ucha, właściwości kamienia, drewna,
metalu ziemi i rzeki, smaku pierogów na ulicy, wyrazów twa­
rzy t y c h , p o ś r ó d których ktoś taki jak ja m ó g ł dorastaćj
w innym świecie i czasie.
„Jak to było, być tam?"
W Auschwitz, wczesnym rankiem, znalazłam się samaj
w komorze gazowej. Pomieszczenie było puste, oświetlone
kilkoma nieosłoniętymi żarówkami u sufitu; pośrodku na
podłodze znajdowała się żelazna kandelabra, w której mi­
gotały światełka wiecznych lampek. Jakaś cząstka mnie czu­
ła, że mogłabym po prostu zemdleć i zostać właśnie tu, ogar­
niając to, co miało tu miejsce. To pomieszczenie, ta komora
- przestrzeń, której wymiary zmierzyłam swoimi krokami,
wspomnienie jej ciemnej pustki, która potrafi dziś do mnie
powracać.

Numer 10/2005

BYCIE T A M / W P O L S C E
najbardziej zagadkowy był pewien piskliwy dźwięk - nie wie­
dzieliśmy, co słyszymy, zwierzę czy maszynę - lecz to coś
wyrażało grozę doświadczaną przez nas w tym miejscu.
Uznaliśmy, że to musiała być jakaś piła z pobliskiego gospo­
darstwa - ale to jak przeszywała powietrze tego letniego dnia
tak bardzo współgrało z niepokojem, który towarzyszył na­
szemu pobytowi tam. Wyrażało żałobną niezwykłość, która
wypełniała ciszę wokół nas.

W Birkenau, po południu, tak wiele rzeczy rozdziera ser­
ce i umysł; rząd za rzędem trzypoziomowych pryczy, na któ­
rych spali ludzie, pożyczając ze zbiorowego życia ciepło, z
trudem przepływające z ciała do kości i z powrotem. Rozkle­
kotany wózek stojący przed budynkiem z wieloma komina­
mi, który służył za kuchnię. Ten wózek z pewnością przewo­
ził zwłoki. Droga idąca przez środek obozu - Lagerstrasse tu dokonywała się selekcja i stąd szło się bezpośrednio do
miejsca śmierci. Lecz oprócz obrazów były też dźwięki: pta­
ki, krowy, psy gdzieś w pobliżu, zza ogrodzenia wciąż okala­
nego drutem kolczastym, który niegdyś był pod napięciem;
gdy szliśmy do krematoriów i pobliskiego miejsca pamięci

Istnieje fotografia pewnej chwili tego dnia, na której czte­
ry osoby spośród naszej piątki znajdują się fizycznie bardzo
blisko siebie, a jednocześnie każda z nich stoi osobno, spo­
glądając w różnych kierunkach, marszcząc brwi, mrużąc
oczy. Na naszych twarzach maluje się zawahanie przed po­
ruszeniem się, mówieniem, zdobyciem się na wypowiedź.
Nie wyobrażałam sobie, że znajdę sposób na to, by opowie­
dzieć ten dzień; a słowa, które przychodziły, zdumiewały mnie
swoją eliptyczną orbitą, po której krążyły wokół „ t a m " tego
miejsca. Zbyt wiele miejsc na ziemi kryje w sobie pola śmier­
ci; upamiętnianie śmierci na masową skalę w coraz więk­
szym stopniu staje się częścią publicznego dyskursu, szcze­
gólnie po 11 września 2001. Być może moja pewność, że
o d b ę d ę tę pielgrzymkę, jest dla mnie bardziej zrozumiała
teraz, gdy skupiam się na mojej teraźniejszości, na tych go­
rączkowych wysiłkach, aby stworzyć miejsce, które ludzie
będą odwiedzać, aby upamiętniać zmarłych. Dzieje się to
tu, gdzie mieszkam, po drugiej stronie rzeki od miejsca, któ­
re być może już zawsze będzie nazywane Ground Zero, jak
gdyby te słowa przez ten czas czekały na swój odpowiedni
desygnat.

Fran Bartkowski
Spacerując po Krakowie

Walking in Krakow

Gdy przyjeżdżamy
wita nas szara chmura
To tylko smog.

A gray cloud greets us
on arrival.
It's only pollution.

Potem nadchodzi burza
oglądamy ją z holu w hotelu.
To tylko pogoda.

Then comes a thunderstorm
we watch from the hotel lobby.
It's only weather.

Wyruszamy na poszukiwania.
W naszej przygodzie
czujemy się niepewnie.
„Jesteśmy w Polsce"
powtarzamy sobie.

We begin to explore.
We are tentative
in our adventure.
„We are in Poland,"
we reiterate.

A kiedy Polak
we francuskim berecie
nalega, by uścisnąć
nasze amerykańskie dłonie
i pocałować moje,
widzę w jego ukłonach i skłonach
łuk pleców mego ojca
gdy idzie
ze splecionymi z tyłu
rękami
nieomylna oznaka
wolnego czasu

And when the Pole
wearing a French beret
insists on shaking
our American hands,
and kissing mine,
I see in his bowing and bending
the arc of my father's back
as he walks
hands clasped
behind him
some sign of
leisure time

naśladując staruszków
których podglądał w pewnej mieścinie
mniej światowej niż to miasto
mające za sobą epizody
krzywdy i klęski
chluby i chwały.

imitating the old men
he watched in a small town
less worldly than this city
with its histories of
sacking and surrender
and glory and grandeur.

PISMO ANTROPOLOGICZNE

Fran Bartko'

Chodzę krokami
mojej matki
zgadując dokąd
wiodły ją
z Kazimierza
niedzielne spacery
gdy odważnie wypuszczała się
na szeroki świat.

it s my mother s steps
that I am walking in
wondering where
from Kazimierz
she might have
strolled Sundays
adventuring into
broader avenues.

Fran Bartkowski
Arbuz

Arbuz

Byłeś moim arbuzomanem
gdy nadchodziło lato
przewracałeś oczami
oblizywałeś wargi
i pomrukiwałeś
w oczekiwaniu

You were my watermelon man
Summer would come
and you'd roll your eyes
lick your lips
and hum in
anticipation

na jedną
z wielkich
czerwonych
przyjemności
życia

of one of life's
great
red
pleasures

„Arbuz", mówiłeś po polsku
jakbym powinna wiedzieć
razem z tobą
jak bardzo przywołuje to
czas miniony
czas stracony

"Arbuz," you'd say
as if I should know
with you
how it conjured
time past
time lost

każde lato
twojego dzieciństwa
w tej
wiejskiej okolicy

summers of your
childhood
in this
countryside

w której obecnie jest
połowa lipca
i
arbuzy
leżą dojrzałe
przy drodze

where it is now
mid-July
and the
arbuz
are ripe
along the roadside

Nie zatrzymujemy się
by kupić je
wracamy
w stronę granicy

We don't stop
to buy
we are making our way
back across the border

opuszczamy ten kraj
jego zrujnowane krematoria
i trzygwiazdkowe hotele

away from this country
with its ruined crematoria
and three-star hotels

i nienawiść do Żydów
która nie ustaje
choć Żydzi odeszli

and jew-hating
that doesn't quit
though the jews are gone
Przełożył Justyn Hunia

Numer 10/2005

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.