3999ac4846e29fc4c7235e234c0d7c54.pdf

Media

Part of Połowa lata, Pogórze / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1995 t.49 z.3-4

extracted text
Połowa lata, Pogórze
Andrzej Stasiuk
O czwartej nad ranem noc powoli unosi czarny tyłek jakby ożarta wstawała od stołu i szła spać.
Powietrze jak zimny atrament spływa asfaltowymi drogami i gdzieś tam na samym dnie dolin
rozlewa się i krzepnie w czarne bajora. Jest niedziela, ludzie jeszcze śpią i w tym opowiadaniu
powinno zabraknąć fabuły, bo przecież żadna rzecz nie może przesłaniać innych rzeczy gdy
zmierzamy ku nicości, ku stwierdzeniu, że świat jest jedynie chwilowym zakłóceniem
w swobodnym przepływie światła. Lutcza, Barycz, Harta, Mały Dół, Tatarska Góra, spłowiałe
zielone drogowskazy pokazują kierunki lecz tam nie dzieje się nic, nic się nie porusza prócz snów,
które jak koty albo jak nietoperze widzą w mroku i krążą muskając ściany i święte obrazy,
pajęczyny i co tam kto jeszcze przez lata nagromadził. Słońce tkwi jeszcze głęboko, drąży inny
świat lecz za godzinę wyjdzie na powierzchnię, wydostanie się jak kołatek ze starego drewna.
Warkot samochodu słychać pewnie na wiele kilometrów. Szosa biegnie grzbietami wzgórz,
opada, znów się wspina, za każdym razem wyżej i wyżej i w tej niepełnej ciemności sprawia
wrażenie spiralnej pnącej się w przestrzeni Wieży Babel. O tej porze niebo ledwo oddziela się od
ziemi, granica nic jest jeszcze ustalona; to tylko inne rodzaje mroku w którym może hulać
wyobraźnia. Lecz cóż takiego może sobie wyobrazić człowiek, cóż oprócz tych wszystkich
rzeczy, które wcześniej widzieli w tym miejscu inni ludzie, rzeczy banalnych, złożonych
z zamazanych i mdłych kształtów rzeczywistości; to tylko ograniczona odmienność kurzej
ślepoty, tylko komedia głuchego telefonu. Wzrok ociera się o chłodne, ciemne i wilgotne barwy
tak samo, jak dłoń o gładki aksamit, o ciepłą podszewkę palta gdy na dworze ziąb, tak samo
bezmyślnie i z taką samą przyjemnością.
Nie będzie fabuły, nie będzie historii, zwłaszcza w nocy gdy przestrzeń pozbawiona jest
orientacyjnych punktów, gdy jedziemy z Rogów do Równego i dalej przez Miejsce Piastowe
podróżujemy pomiędzy nazwami w roztworze czystej idei. Rzeczywistość nie stawia oporu więc
wszystkie stare wierne małżeństwa przyczyny ze skutkiem są jednakowo pozbawione znaczenia.
Kombornia. Skąd biorą się te nazwy? Jak wiele czasu minęło od chwili gdy miały jakikolwiek
sens. Podniebny parkot samochodu przypomina pyrkot maszyny do szycia. Ciemność rozłazi się
w szwach i fastryga podróży na nic się nie zda. Horyzont na wschodzie jaśnieje jak srebrny wąż
który spoczął wyciągnięty na szczytach pagórków. Ta zimna barwa zapowiada skwar i kurz
i trzeba się spieszyć, wspinać na te znieruchomiałe fale, ześlizgiwać się w dół. na dno martwego
morza gdzie domy otrząsają się z mroku jak psy z wody, bieleją jak czaszki w czarnych okularach.
I oni wszyscy tam są. Leżą na wznak, na boku, plecami do góry i śnią swoje sny spoceni albo
spokojni, przykryci albo w skopanej pościeli, niektórzy w sobotnich ubraniach. Nie mają pojęcia,
że ktoś może o nich myśleć, że tym razem ktoś wstał wcześniej. Właściwie me istnieją. Umysły
odpoczywają, choroba życia przycichła i podobni są do kawałków ciężkiej materii, prawie
martwej i prawic szczęśliwej. Jan, Stanisław, Florian, Anna, Cecylia - litania do starych świętych.
Jeszcze chwila i czas zdmuchnie ich wiatr świeczki. Przeniosą się w minione i nic już i m nie
zagrozi, żaden wstający świt, żaden upalny dzień. Cienie w mroku. Domaradz. Mgła idzie do
nieba, odsłania kopy siana, czarne płoty, ostre dachy. Powietrze jest ciemnozielone. Gęste niebo
odrywa się od horyzontu. W tym pęknięciu widać blask innego świata i ci co zdychali, ci co
umierali myśleli, że idą właśnie tam.
Spadł śnieg i wciąż nie mogę skończyć tego opowiadania. M o ż e pod koniec zimy, gdy wzrok
zaczyna ślepnąć z nudy i pragnie jakiejś barwy która nie byłaby bielą.
W końcu pisanie w pewnym stopniu polega na zaspokojeniu tęsknoty za czymś czego brak.
Najlepsze książki próbują opisać przecież rzeczy utracone na zawsze. Ale czy tęsknota jest
kategorią literacką? Przecież najmocniej tęsknotę odczuwają zwierzęta.
Psy z niej zdychają a koty pokonują dziesiątki kilometrów, nawet ludzie gdy tęsknią mówią, że
„usychają" z tęsknoty czyli używają terminu bliższego nawet nie zoologii ale botanice.
Cóż w takim towarzystwie robi John Milton ze swoją hipertęsknotą Raju Utraconego?
Zwierzęta i rośliny nie odczuwają czasu. Ich zmysły przystosowane są do rozpoznawania
innych rodzajów materii - akurat tych które nie zadają śmierci, a przynajmniej nie zadają jej
zawsze, nieodwołalnie i bezwarunkowo. Ich pamięć jest konkretna, obejmuje zdarzenia i uczucia
ale nie obejmuje egzystencji, nie jest pamięcią końca. Właściwie z własnego punktu widzenia są
nieśmiertelne.
Zmysły człowieka są do niczego. Boimy się ciemności, nasze miasta i domy są coraz jaśniejsze.
Więdną nam uszy, nasza muzyka jest coraz głośniejsza. O węchu lepiej nie wspominać

177

- potrafimy rozpoznać zapach jedzenia i ulubionego alkoholu a nasze kobiety muszą używać
perfum których wyrafinowanie jest wprost proporcjonalne do ceny i w zależności od stopnia
uczuciowego zaangażowania jedno albo drugie przyprawia nas o zawrót głowy.
Żeby mieć szanse przeżycia w tym świecie dostaliśmy albo też, jak chcą inni, wykształciliśmy
sobie pamięć. Lecz dzięki temu darowi (albo osiągnięciu) staliśmy się jedynymi istotami które
żyją w długim cieniu śmierci. Bo jak powiedział lis do Małego Księcia - nie ma rzeczy
doskonałych. Owszem, mamy kurę, czyli inteligencję i historię, ale mamy też myśliwego, czyli
pamięć końca. Zwierzęta tęsknią w sposób prosty i bezwarunkowy. Pragną powrócić do tego co
było dobre. W wypadku ludzkiej tęsknoty można mieć podejrzenie, że jej istotą jest nie tyle
poczucie, że kiedyś było lepiej, co uzasadniony strach, że będzie gorzej.
Nic dziwnego, że cofamy się w przeszłość. Przyszłość jest opryszkiem w ciemnej ulicy i jeśli
nawet wiemy, że spotkanie jest nieuniknione, wolimy odłożyć je na później. Poza utopią
hibernacji i śmiesznością makrobiotyki literatura, a zwłaszcza proza, jest na razie najlepszym
sposobem gry na zwłokę. Nie obiecuje wprawdzie nieśmiertelności ani zmartwychwstania ciał ale
posiada ograniczoną władzę nad czasem. Jej materią jest zawsze przeszłość. Niekoniecznie
w sensie tematu. Bo czy można sobie wyobrazić historię, książkę, opowiadanie, powieść napisane
albo opowiedziane w morderczym czasie przyszłym? (W literaturze jedynie poezję stać na
podobny zabieg, ale poezja jest sztuką heroiczną i jako jedyna chyba nie lęka się śmierci
a przynajmniej ów lęk potrafi ukryć w prawdziwie męski sposób).
W prozie wszystko zaczyna się od początku, od wczoraj, od przedwczoraj, albo po po prostu
w innym czasie, w prozie wszystko jest powrotem i ponownym pokonywaniem odcinka opowieści
i czasu. Żeby to wyrazić w sposób bardziej egoistyczny czyli bardziej zrozumiały, można
powiedzieć, że proza to życie cudzym życiem czyli czysta oszczędność własnego. W tym sensie
literatura (poza poezją oczywiście) jest antytezą modlitwy która zawsze skierowana jest
w przyszłość bo tylko ona ma jakieś podstawy, by żywić nadzieję wpływu na to co będzie. Proza
zna swoje miejsce. Jest skończenie ziemska. Ale na swój skromny sposób rzuca wyzwanie
nieubłaganej linearności czasu i próbuje sprawić, żeby to co było albo być mogło stało się raz
jeszcze. W odróżnieniu od modlitwy która chce przebłagać przemijanie i poezji która chce je
pokonać, proza usiłuje je przechytrzyć. Być może jej naiwność jest dalekim odbiciem
średniowiecznej wiary, iż człowiek przebywający w kościele nie osiąga wprawdzie nieśmiertelno­
ści ale przynajmniej trochę wolniej się starzeje.
Leży śnieg, wieje z północy, opowiadanie leży od pół roku a ja niczym ambitny krytyk próbuję
sformułować definicję natchnienia. Lecz wychodzi z tego jedynie nieprecyzyjna algebra czasu
i języka. Z podobnym skutkiem można próbować polizać powietrze. Ale przecież tylko my wiemy
jaki będzie koniec i tylko my potrafimy mówić. Konsekwencja, matka paranoi, wskazuje jasno, że
w związku z powyższym powinniśmy bezustannie rozprawiać właśnie o końcu. Na szczęście
język w bardzo małym stopniu jest dzieckiem konsekwencji. Bo proszę sobie wyobrazić sytuację
w której wszyscy piszący mieliby do napisania jeden, i w dodatku taki sam utwór. Taka rzecz
mogła by się przyśnić jedynie Borgesowi albo komuś w Ministerstwie Kultury.
Ignacy Loyola powiedział, że rozmowa jest grzechem kiedy jest bezładna. Miał rację. To
najskuteczniejszy grzech przeciwko fundamentalnemu porządkowi, porządkowi czasu który jest
niezachwiany w swojej prostej drodze od do. Pod tą przyganą gadulstwa tkwi jednak głęboka
wiedza o wolności. Bo tam gdzie rozmowa przestaje służyć utylitarnym celom edukacji,
wzniosłym celom pouczenia moralnego, w miejscu gdzie przestaje służyć czemukolwiek, gdy
zaczyna być czystą przyjemnością czczej gadaniny, właśnie tam zaczyna się literatura czyli próba
ucieczki przed tym co nieuniknione.
„Aleśmy się z a g a d a ł y " - mówią dwie panie na rogu. Wystawiły świadectwa wspólnym
znajomym, zwierzyły się z chorób i marzeń i przepuściły dwa jadące według nieubłaganego
rozkładu tramwaje. Albo dżentelmeni w lokalu za stołem: rozgadani, zasłuchani a na koniec wręcz
tonący w żywiole mowy albo i onomatopei. Czas ich omija, opływa jak nurt rzeki opływa wyspęI dopiero „panowie, j u ż zamykamy" napowrót wtrąca ich w codzienność.
Albo dwaj chłopcy. Wychodzą ze szkoły i jeden odprowadza drugiego a potem wracają pod
dom pierwszego i z powrotem i raz jeszcze powtarzają trasę. Snują opowieści w których nie ma
jeszcze żadnych przeczuć a ich wędrówka przypomina drogę wahadła, lego dziwnego mechaniz­
mu który odmierza odcinek czasu lecz zaraz jakby go przekreślał. W końcu chłopcy rozstają s' '
każdy wchodzi na swoje schody a w drzwiach czekają na nich matki - „Znowu, znowu spóźniłeś
się na obiad".
e

Od tego właśnie zaczyna się literatura, od czasu zmarnowanego, od czasu który wykradliśmy
bogom, losowi albo po prostu życiu pojętemu jako szereg mniej lub bardziej koniecznych
czynności.

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.