544dbdf430aed0d78023a2bf42b8c2d6.pdf

Media

Part of Pokaż mi swoje notatki... / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1995 t.49 z.3-4

extracted text
Pokaż mi swoje notatki...
Jerzy S. Wasilewski

Rzadko zaglądam do swoich mongolskich materiałów tereno­
wych. Niechętnie czytam siebie z tamtych czasów. Ciarki
przechodzą mnie na myśl, że najstarsze zapiski mają 25 lat.
Dzisiaj j a to ktoś inny. Lubię za to oglądać swoje zdjęcia. Tu nie
mam kłopotów z identyfikacją. Na jednym - siedzę przed jurtą
i zapisuję to, co przez tłumacza objaśnia mi para starszych
rozmówców; oboje w kapeluszach, z długimi fajkami w rękach.
Na drugim - opisuję: klęczę przy kultowym stosie kamieni owoo,
spisuję co się na nim znajduje - drobne obiekty ofiarne, teksty
modlitewek. Na trzecim wreszcie - po prostu piszę: wieczorem,
przy świeczce, wpisuję do zeszytu jakąś notatkę z minionego dnia.
Leżę na ziemi, w rozchylonym polowym namiocie, nad głową
mam surowy połeć mięsa - nasze ekspedycyjne pożywienie. Co
piszę - jakieś wrażenia z dnia, impresje na temat pejzażu, luźne
deliberacje na temat stosunku koczownika do przestrzeni?*
To chyba właśnie takie notatki miał na myśli Zbigniew
Benedyktowicz, kiedy sugerował, by napisać o tym, co w materia­
łach terenowych może być pisarskiego, co jako „literatura" nie
przedostało się do akademickich publikacji. T y m zamówieniem
wkracza Redakcja w jeden z największych obszarów niedomó­
wień, istniejący w naszej dyscyplinie - w sferę „tabu notat­
kowego". Nie ma w naszym środowisku zawodowym zwyczaju
pokazywania notatek z terenu. Nawet w trakcie ekspedycji
mongolskiej robienie zapisków należało do tych nielicznych
czynności, które staraliśmy się wykonywać na osobności. Jako
student nie widywałem materiałów terenowych swoich nau­
czycieli, dzisiejsi studenci też ich pewnie nie oglądają - ja im
w każdym razie swoich nie pokazuję.
Jest bowiem co ukrywać, nawet przed sobą samym. Błędy
warsztatu, młodzieńcze naiwności, niedopytania, grafomańskie
sformułowania. Z upływem lat narasta poczucie dysproporcji
między wysokimi kosztami zdobycia materiałów a niewielkim ich
wykorzystaniem, a także obawa, że to co pozostało nieopublikowane zmienia się nieuchronnie w makulaturę. Niejeden z nas
przeżywa pewnie swoją wersję takiego oto koszmarnego snu: na
sądzie ostatecznym staje w kornym pochyleniu przed Wiekim
Ozyrysem, trzymając zwoje swych papirusów w ręku, a ten mówi
doń: „Pokaż mi swoje materiały terenowe, a powiem ci, jakim
byłeś etnografem".
Moje materiały mają przeważnie postać zapisanych obustron­
nie (by wozić jak najmniej papieru w teren) arkuszy papieru
maszynowego. Pisane są ręcznie ale czytelnie, długopisem
i ołówkiem. Długopisem - a więc wyraźnie, trwale, „dla potom­
ności" - pisane są wywiady i „obiektywne" opisy zjawisk
etnograficznych: wesele, stypa, obchód w klasztorze; tylko to
nazywam materiałami terenowymi. Ołówkiem zapisywałem luź­
niejsze obserwacje, własne refleksje i to czego byłem mniej
pewien, co formułowałem „dla siebie"; to wszystko określam
jako „zapiski" czy „notatki".
Nie mam poczucia, że tylko te pierwsze wykorzystuję w pracy
naukowej, choć oczywiście do druku trafiła praktycznie tylko
zawartość tej teczki. Zwłaszcza w dydaktyce jest miejsce na luźną
relację, taką jaka została utrwalona w zapiskach, na pozaetnograficzną dygresję, anegdotę, szkic pejzażu. Ale czy to co
' Trzy powyższe terminy stanowią oczywiste nawiązanie - choć nie
całkiem serio - do Cliffordowskiego rozróżnienia inscription - trans­
cription - description. Patrz ważny artykuł w wartej polecenia pub­
likacji: J. Clifford, Notes on (field) notes, |w:| Fieldnotes. 'lite Makings
of anthropology, ed. R. Sanjek, Ithaca and London (Cornell University
Press) 1990

32

pozostałoby w notatkach, gdyby wykreślić z nich wszystko co
wykorzystane w publikacjach lub ustnie upublicznione, to juj
tylko odpady, szlaka po wytopie cennego metalu? Warto moż
zrobić rachunek - co zostało zgubione w notatkach:
e

1. Po pierwsze, przemyślenia i wiadomości, które spóźniły щ
do d r u k u - pojawiły się już po zakończeniu pracy nad publikacją
omawiającą dany temat. Oto przykład takiego zapisu:
„Klasztor kobiecy Demczigijn chijt w somonie Chan-Bogdo
w ajmaku południowogobijskim. Żyło w nim 108 chandmaa
(mniszek), dla nich zbudował go w latach trzydziestych Nojonchutugt Rawdżaa, „piąty chubiłgan", postać znana w ówczesnej
Mongolii, intelektualista, pisarz, poeta, uczył naród, stanął na
czele tego klasztoru. Mniszki obchodziły klasztor - zamknięty dla
postronnych - w kierunku pod słońce [odwrócenie ogólnie
obowiązującej reguły] co staruszek rozmówca tłumaczył takim
właśnie kierunkiem rozchodzenia się orgazmu po ciele kobiecym,
w przeciwieństwie do kierunku u mężczyzny - ze słońcem."
Nie jest to wypis z wywiadu; zapisałem go w luźnych notat­
kach, bo trafił mi się przypadkiem, z drugich ust, kiedy temat
symboliki ruchu obrotowego miałem całkowicie opracowany
i oddany do druku. Aż tu nagle, dzięki tej nieproszonej informacji,
pojawił się dodatkowy wymiar - jego związek z parą pojęciową
„męski-żeński".Jak wszystko, z czym związany jest żal niespeł­
nienia, tak i ten nieopublikowany zapis generuje ciągłą refleksję
i nie ginie z pola uwagi - w odróżnieniu od takich zdobyczy
terenowych, które petryfikują się po przetworzeniu w systematy­
czną wiedzę. Do dziś szukam więc lepszych wyjaśnień dla tego
zwyczaju niż prosta asocjacja opozycji binarnych. Pytam, czy nie
jest to fragment jakiejś chińskiej albo indyjskiej - taoistycznej czy
tantrycznej - ezoterycznej wiedzy o ciele, o krążących w nim
energiach. Zastanawiam się - i wpisuję to do aktualnych notatek
- jak ta wiedza seksualna doszła do mongolskich pasterzy, nie
mówiąc już o czcigodnych mniszkach.
2. Rozproszyły się po notatkach sprawy wstydliwe. Najwczw
niejszy taki szczery zapis powstał już w kilka dni po moim
pierwszym wyjeździe w teren. „Widząc siedzącego przed jurtą
starszego mężczyznę, który heblował deskę, ofiarowuję się, że mu
ją zhebluję - porwany myślą, że oto ja, przedstawiciel osiadłej
cywilizacji mogę pokazać stepowcowi jak wygląda praca rzemie­
ślnicza. Poheblowawszy chwilę, zadowolony oddaję robotę i wte­
dy zauważam, że na desce była dokładnie zaznaczona kreska, do
której należało dojechać, a której tylko przypadkiem nie przeje­
chałem. Facet coś pod nosem komentuje. Skądinąd hebel*
cacko, na pewno chiński, wąziutki na 2 cm, z drzewa przypomina­
jącego m a h o ń . " Notatka ta upamiętniła moje zawstydzenie, że tak
naiwnie rozumiałem słowa tych zwietrzałych lektur, którym
karmiłem się przed wyjazdem, wedle których kultura pasterski
nie zna rzemiosł wytwórczych, ograniczając się do biemeg
wykorzystywania środowiska.
1

0

|lL

Wstydliwość niektórych zapisków bierze się z porus/a "
w nich tematyki. Oto taki ołówkowy fragment o pł
zwierząt: „W porze iiaadomu [święto, którego składnikiem й
wyścigi koni] stare konie, które kiedyś brały w nich udzi*
przychodzą do koniowiązu przy jurcie, gdzie były trzymane prz^
3-4 tygodnie przed biegami, żeby za dużo nic jadły, i płaczą 1
tęsknoty za wyścigami]. Płacze też wielbłąd, umierający J*
pogryzień wilków, kiedy ludzie przychodzą dawać mu z l i ' *
pić, a także wielbłądzica, szukająca w stepie małego, porwanej
przez w i l k i " .
01

Są formułki przekleństw wraz z refleksja nad ich kulturowa
Ifcyfika. Np. przytaczając te zalecające osobie nimi obdarzanej„brażanej stosunek z matką (mong. echee och!) zastanawiałem się
j ich możliwym mitologiczno-Edypowym sensem oraz nad
dlaczego nie ma takiej propozycji w polszczy nie, choć języki
JJjjednie i dalsze chętnie się do niej odwołują.
Jest zapis rozmowy na temat zarzynania barana - w typowo
2olski sposób, przez przerwanie aorty. Rozmówca śmiał się.
wspominając instruktaż z broszurki dla pasterzy, opisujący to tak,
uśmiercenie zwierzęcia przypomina stosunek seksualny (pisk,
jjjehy wszystkich czterech kończyn, na końcu bezwładne opad­
nięcie). Notuję, że jest to dla mnie zbliżenie do problematyki
podobieństwa seksu i śmierci, znanej mi dotąd tylko z Modliszki
Rogera Caillois.
A skądinąd, z radością wpisałem dalszy ciąg tej kwestii
w dwadzieścia lat później, do swych notatek z Kirgizji. Na
wysokogórskich pastwiskach Ticn-szanu brałem udział w świę­
cie, na które zabijano konia. Pastcrz-kołchoźnik opowiedział mi,
że kiedy widział scenę zabijania owcy na filmie Michałkowa
Urgu. wyciąganie okrwawionej ręki z wnętrzności zrobiło na
„jm wstrząsające wrażenie; natomiast kirgiskie podrzynanie
jardla i spuszczanie krwi traktuje jako normalne, choć wie, że
Mongołowie i inni byliby pewnie zaszokowani.
n a (

[уП1

nl0rl

г е

t0

3. Nie warto ukrywać, że spora część moich zapisków to
stowotok, podejrzanej jakości etnozofia i etnografomania. To
chyba normalny objaw okresu intelektualnego raczkowania:
potrzeba wypisania się, usilne poszukiwanie własnych sfor­
mułowań w kwestiach elementarnych, dotąd poznawanych tylko
pośrednio, przez lektury. Produkowałem więc sążniste deliberaejc
na takie tematy jak symbol, mit, mentalność, stosunek do
przestrzeni czy „charakter narodowy" koczownika. Dziś traktuję
tę domorosłą Volkerpsychologie jako nieuniknione penetrowanie
granic naukowości, jako higieniczne uwalnianie się od takich
natręctw nawiedzających etnograficzny umysł, które nie spełniają
wymogów akademickiego dyskursu.
4. Są w notatkach p o d r ó ż n i c z e romantyzmy - zdania, które
można by przenieść do awanturniczej powieści o Azji Centralnej
pierwszych lat X X wieku. Czasem zapisywałem je na końcu
wywiadu, w którym padały, ale z. reguły przenosiłem do własnych
wieczornych zapisków. „Za jedno poroże jelenia chińscy kupcy
płacili 24 cegły prasowanego czaju". [...] Okolice Czandmani
óndor [północna, tajgowa część Mongolii] - wizyta w domku
myśliwego: slegowa chata, dach z. płatów modrzewiowej kory,
nad wejściem szczęka dzika, nad chojmorem [miejscem honoro­
wym] łapa niedźwiadka z ziołami altan gagnuur, za slegami
barania łopatka, bagt [kość piszczelowa]. Drewniane sprzęty,
archi [wódkal nalewana z naczynia z kory brzozowej (nie
przecieka, pytałem). Półmrok XlX-wieczny, choć wszystko nor­
malnie, bez jakiejkolwiek teatralnej egzotyki". [...] „Baaka
opowiada, jak jedził z karawaną po zboże i broń dla chińskich
kupców i swoich nojonów [feudałów] do Ałma-Aty, pędzili bydło
)Ло /apłatę, droga trwała 3 d n i " [...] „Sambuu mówi. że w jego
klasztorze w Cecerlegu było przejście w ścianie jednej ze świątyń,
Przez które przechodzili pielgrzymi: w ciemnym pomieszczeniu
N ścianą jakby stół, pod nim dziura, przepełzało się na kolanach
"Ibo na brzuchu. A kto był wielkim grzesznikiem tego ściana
Przyduszała, dlatego wszyscy się bali, kobiety w ciąży w ogóle nie
Przechodziły, on sam prześlizgnął się będąc dzieckiem".
Są i opisy przyrody do takiej powieści - szkice stepowego
'Mpustynnego pejzażu, opisy wielokilometrowych przejazdów:
Trawa i trawa, rzednąca z każdym kilometrem na południe, dalej
"Żółto, to piasek ze zdrewniałymi roślinami, potem już prawie
Pustynia - skaliste góry z poprzylepianymi do nich starymi
decami wapiennymi (poukładane bloki kamienne, wyglądają jak
"'ale warownie). W wąwozie, zapełnianym jesienią przez sezonol - rzekę, trafia się parę drzew saksaułowych. olbrzymich,
hych, kształtu baobabu. Sępy mają na nich gniazda, pod nimi
Wyjadane łupiny jeży. Drzew jest pięć czy sześć, odległych od
SUc

siebie o 100-200 metrów, na ich widok Mongołowie wołają las
saksaułowy!, następna taka grupa będzie 40 km dalej, a jurty są
jeszcze rzadziej".
Czasem trafia się na ślady ludzi sprzed półwiecza: „Opus­
toszałe klasztorne miasto, rzędy glinianych domków wokół
świątyni z wyprutym wnętrzem, lamowie dawno pouciekali,
gobijski wiatr otwiera i zamyka okiennice, przykoczowała jedna
jurta, koń stoi pod siodłem, ale gospodarza nie ma, wyszedł
zostawiając otwarte drzwi jak to jest we zwyczaju na Gobi, byś
mógł wejść jeśli potrzebujesz, a dalej jezioro z żurawiami jak
z chińskich malunków, lazurowe [...].
Nie miałem zamiaru pisać powieści w stylu Ossendowskiego.
Jeśli zbierałem takie zdania, to raczej dlatego, że będąc w Mon­
golii chciałem w takiej opowieści żyć. Jakaś część ekspedycyj­
nego bytowania dawała pożywkę dla młodzieńczo-romantycznych rojeń, wzorowanych na podróżniczych opowieściach. Mój
osobisty orientalizm (robię tu oczywiście aluzję do Edwarda
Saida i jego oskarżeń orientalistyki europejskiej o skrzywienie
postawy poznawczej wobec Wschodu poprzez jego egzotyzację)
żywił się wizjami stepu jako areny przygody - w końskim siodle,
w karawanie, z berdanką w ręku.
Podobnemu kreowaniu rzeczywistości służył też inny, niewer­
balny rodzaj notatek - zdjęcia. One również miały utrwalić
w pamięci - a może wręcz uczynić składnikiem mego życia
- wymarzony, półfikeyjny obraz Orientalnej Eskapady. Reżyse­
rowane przeze mnie samego fotografie, na których przemierzam
konno step, a trawy sięgają końskich brzuchów albo w tle widać
ośnieżone szczyty Ałtaju to kreacja osobistego mitu Wielkiego
Podróżnika, zaś te gdzie uczestniczę w życiu w jurcie - to przecież
lekko pochlebiony portret Śmiałego Badacza.
5. Nie wszystkie notatki prezentują mnie w upozowaniu
i w kostiumie. Jest w nich też autorefleksyjne przedstawienie
siebie wobec Innych. Notuję własne reakcje - satysfakcję,
zmęczenie, niezgodność rzeczywistości ze zmityzowanymi wy­
obrażeniami. Jest refleksja nad paradoksami poznawania kraju,
gdzie trzeba pokonać tak wiele przestrzeni, dającej zero infor­
macji, by nagle znaleźć się wobec niepojętego jej nadmiaru
- natrafiwszy na opuszczony klasztor, którego ściany pokryte są
niejasnymi symbolami, albo nawet jurtę, równie gęstą od sym­
boliki. W afgańskim notatniku odnajdę szczegółowy zapis dwu­
dniowego przejazdu przepełnioną ciężarówką przez góry Paropamisu, gdzie jako jedyny Europejczyk jestem kolejno obiektem
wszystkich możliwych uczuć ze strony jadących. Podsumowuję
słowami: „nachalstwo nużące o zacięciu pederastycznym".
Etnograficzne spotkanie niesie radość, gdy trafia się na kogoś
starego i mądrego, kto przedstawi swoją kulturę w jej najlepszym
wydaniu." Bułgan - wizyta u trzech staruszków, każdy z innej
grupy (Torguci Wangijn i Belijn oraz Urianchaj). a mimo to
wysokie poważanie, precyzja w podawaniu tabakierek i archi,
kultywowana forma - nie bacząc na wieloletnią pewnie przyjaźń
(...). Wiedza prezentowana w wywiadzie i potem, gdy każdy
z nich wygłasza kolejno jeroł [toast] na moją cześć, dotykając
głowy dłonią, żebym był mądrym i wielkim uczonym. Uprzej­
mość polegająca na godnym obniżeniu siebie, cofnięciu się do
własnej (upozorowanej) niewiedzy (...) Im więcej jeździ się
w teren, tym bardziej znika dysproporcja, niezgodność między
systemem jaki tworzę sobie w gabinecie, w oparciu o lektury, a tą
wersją jaka prezentuje się w żywym badaniu. Wiele zależy od
informatorów, bo ci najlepsi, jak owi trzej staruszkowie, dają
poczucie ładu, a od złych wychodzi się z chaosem w głowie".
Notuję swój entuzjazm, widząc jak precyzyjnie moi rozmówcy
ustawiają kostki cukru, by pokazać jak układano trzy kamienie
domowego ogniska. Podobnie zapiszę swoje wrażenia z tokijskiej
giełdy rybnej, gdzie w nieprawdopodobnym młynie akcji jest
miejsce na precyzyjne rozcinanie wielkich ryb, nożami długimi
jak samurajskie miecze, w skupieniu godnym praktyk zen.
Od etnograficznego spotkania, przez pisanie o nim, aż po
późniejsze odczytywanie i przeżywanie na nowo - gęsty splot
męki i radości.

33

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.