b231d9ca293f2205ef816a8f9c4332f4.pdf

Media

Part of Ziemscy bogowie / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1994 t.48 z.3-4

extracted text
Ziemscy bogowie
Zbigniew Libera
Zdanie ukraińskiego etnografa V. Gnatjuka (13, s. 254):
„Chłop do doktorów nie idzie, bo to dużą sumę kosztuje,
a po drugie to daleko, u czorta za drzwiami, a trzecie: czy oni
by coś pomogli?" - wyraża niemal powszechne przekonanie
etnografów, które wydają się potwierdzać liczne wypowiedzi
i zachowania samych chłopów, że wieś nie korzystała
z pomocy dyplomowanych lekarzy z tych właśnie powodów.
W pewnym stopniu racje ekonomiczne stanowiły istotną
przeszkodę w korzystaniu z usług lekarza. Od Średniowiecza
aż po wiek X I X , gdzieniegdzie jeszcze przez kilkadziesiąt lat
naszego wieku, ubożsi mieszkańcy miast i wsi leczyli się sami,
bądź też szukali pomocy we dworze, u księży, zwłaszcza
u znachorów, bab, dziadów, olejkarzy, Cyganów, Żydów
itp., natomiast u znacznie droższych (i nielicznych) lekarzy,
cyrulików, aptekarzy leczyła się szlachta, zamożni miesz­
czanie, nierzadko bogatsi gospodarze. Nad Niemnem w koń­
cu X I X w. niektórzy lekarze zadowalali się niskimi za­
płatami, leczyli nawet bezpłatnie. Jednakże koszt lekarstw
z aptek, które przepisywali choremu przerastał możliwości
biednych i przeciętnie zamożnych chłopów. Znachor czy
„lekarka" też kosztowali chłopa, ale w inny sposób. Za ich
porady i leki chłop mógł dać kawał słoniny, płótna, trochę
mąki, lnu, kurę, jajka itp. Mieszkańcy Żmiącej (pow.
limanowski) najczęściej chodzili do znachora z pobliskiej wsi
Laskowa, który za poradę brał 40 groszy, podczas gdy lekarz
żądał 1 koronę. St. Spittal (39, s. 22, 35, 37) zauważa, że
lekarz „stanowi u większości wieśniaków końcowe zło czy
konieczność", lecz natychmiast dodaje: „znawcy duszy włoś­
ciańskiej: wędrowni, Cyganie dokonują największej sztuki,
bo otwierania i to szeroko wieśniaczej kieszeni zamkniętej
dla właściwych lekarzy"; „za drogie pieniądze" kupowali
chłopi leki „od znachorów, wędrowców z dalekich krajin".
Znachorzy i czarownicy, szczególnie ci, którzy słynęli
z wielkiej mocy i mieli liczną klientelę, należeli do najzamożniejszych mieszkańców wsi, a wielu z nich utrzymywało się
wyłącznie ze znachorstwa. Chociaż wielu również klepało
w rzeczywistości biedę, wśród chłopów panowało powszech­
ne przekonanie - które narzucała logika wierzeń („każdy
bogaty musi trzymać z diabłem", „kto trzyma z diabłem jest
bogaty") - iż ci ubodzy skrywają swe bogactwa przed
ludźmi. To właśnie ich materialne powodzenie skłaniało
wielu do zajęcia się znachorstwem.
Chłopi na ogół nie żałowali wydatków na leczenie, ale
u swoich „doktorów". Nie tylko wieś bogaciła znachorów
i czarowników. Rosyjscy, białoruscy i ukraińscy znachorzy
za wróżby i leki, a zwłaszcza za zlikwidowanie czaru,
pokaranie wroga wyznaczali dość znaczne zapłaty pieniężne
(od 1 kopiejki do 5 i więcej rubli) lub/i w naturze: bydło,
odzież, płótno, wódkę, mąkę, masło itp. Pewien stary Żyd
- słynny zamawiacz ukąszenia żmiji z miasteczka Trzciany
(pow. białostocki) często rozkładał należność na raty, jeśli
jego ubogi klient nie był w stanie od razu zapłacić kilku­
dziesięciu złotych. Zwłaszcza w opowiadaniach wyolbrzy­
miano ich zarobki. W gub. mińskiej opowiadano, że chłop za
wyleczenie bogacza wziął 25 rubli. W ukraińskim opowiada­
niu znachor nasyłał żmije na ludzi, by potem ich leczyć za 100
reńskich; morawska czarownica za odnalezienie konia,
wskazanie złodzieja brała 50 reńskich, podczas gdy nadrab-

ski czarownik żądał za poradę 1 reńskiego, a w Czarnym
Dunajcu chłopi płacili lekarzowi parę reńskich. Często
wydatek nie sprowadzał się do zapłaty jednemu znachorowi.
Bywało nieraz, że chory tygodniami, nawet latami objeżdżał
okręg na kilkadziesiąt i więcej wiorst (mil) w poszukiwaniu
skutecznej pomocy.
Takie wędrówki czy wręcz wyprawy na kilka, kilkadziesiąt
i setki wiorst (mil) do znachorów, słynących w danej okolicy
z wielkiej mocy, dość częste były w Polsce, w Czechach i na
Słowacji, na Łemkowszczyźnie, Ukrainie, Białorusi, w Rosji,
niemal w całej Europie.
Nietrudno dostrzec, że te - kilkakrotne nieraz - wędrówki
pochłaniały sporą ilość czasu, odrywały rodzinę chorego od
zajęć w gospodarstwie, w połączeniu z wielokrotnymi za­
płatami należnymi znachorom, znacznie podnosiło to koszty
leczenia. Widać przy tym, że odległości nie były przeszkodą
w korzystaniu z usług miejskich lekarzy. Chłopi ze wsi
oddalonych o 2 wiorsty od Połocka jeździli wiele mil do
sławnych znachorów. W poł. X I X w. w Czechach, w osadzie
Hofićky żył „lekarz" Antoni Pich (słynący głównie ze
skutecznego leczenia złamań), do którego przyjeżdżali cho­
rzy z Czech, Moraw, Śląska, Austrii, Węgier, Niemiec
i Francji. Do tzw. „Ilinki" - słynnej w latach 1860-1868
serbskiej znachorki, zjeżdżali chorzy z Serbii, Rumunii,
Węgier, Turcji, która za swe porady rzadko kiedy brała
mniej niż dukata; właśnie znachorstwu zawdzięczała swą
znaczną zamożność.
Ani brak środków (pieniędzy), ani odległość ze wsi do
miast nie tłumaczy sporadycznych w X I X i na pocz. X X w.
kontaktów chorego chłopa z dyplomowanym lekarzem. Nie
może objaśnić tego ksenofobia wsi, bo „doktorem" chłopa
był niemal każdy „obcy". Nie wyjaśnia tego także brak
lekarzy. A n i w „ciemnych stronach" Polski, wsch. i płd.
Słowiańszczyzny, gdzie w końcu X I X i na pocz. X X w. jeden
lekarz przypadał nawet na kilkaset tysięcy osób, ani, np. na
Śląsku posiadającym w tym czasie stosunkowo niezłą opiekę
medyczną, lekarze nie cieszyli się większym wzięciem u chło­
pów. Pewien niemiecki chirurg w podaniu do władz pruskich
(z 1797 r.) prosił o przeniesienie go z Łubnowa do Radomierzyc, gdyż mieszkańcy tej wsi nie mają do niego zaufania
i sporadycznie tylko korzystają z jego usług; liczył natomiast
na zaufanie i wzięcie u niemieckiej ludności osiadłej w Radomierzycach. Na początku naszego wieku w okolicy Hrubie­
szowa było już 10 lekarzy, lecz chłopi udawali się do nich
bardzo rzadko, z niewiarą w skuteczność ich leczenia.
W niektórych jednak okolicach - pisał M . Udziela (44, s. 45)
- „Lud wiejski dość często zasięga rady lekarzy, czasem
szuka jej nawet zbyt daleko, mając, że się tak wyrażę, pod
nosem lekarza. Częściej jednak udaje się o pomoc do
samorodnych dochtorów wiejskich."
Dlaczego więc dominującą postawą chłopów wobec dyp­
lomowanych lekarzy w X I X , a gdzieniegdzie nawet w latach
60. obecnego stulecia, była nieufność, niewiara w ich wiedzę
i umiejętności, nie korzystanie wcale, bądź niezwykle rzadko
z ich pomocy, a jednocześnie można obserwować dość częste
kontakty chorych z pewnymi lekarzami, spore do nich
zaufanie i szacunek?
Do końca X V I I I w. i jeszcze na pocz. w. X I X niemal

113

1

wszystkich leczących: znachorów, babki, dziadów, wędrow­
nych, pospolitych oszustów podających się za lekarzy,
łaziebników, balwierzy, felczerów, księży, zakonników oraz
najmniej licznych lekarzy, cyrulików, aptekarzy łączyły ze
sobą i z ich pacjentami podobne, czy też identyczne wyob­
rażenia o naturze chorób, posługiwanie się często tymi
samymi technikami i środkami leczenia. Na przełomie
X V I I I - X I X w. nastąpił nowy okres w historii medycyny.
Odtąd dyplomowani lekarze zaczęli posługiwać się wiedzą
medyczną nowego typu.
Tych to właśnie lekarzy chłopi unikali. Sporadycznie,
zwykle w ostateczności, zwracano się do nich o pomoc, gdy
wszystkie środki domowe i znachorów zawiodły. Lecz
wówczas i oni byli bezsilni, niewiele lub wcale nie mogli już
pomóc choremu. To uwiarygodniało przekonanie, że bar­
dziej szkodzą, niż pomagają. Jeśli nawet chory - z różnych
powodów, w rozmaitych okolicznościach (np. za namową
księdza, dworu) - trafił do lekarza, często nadal korzystał
z rad znachora. Skuteczność leczenia nigdy nie przypisał
temu pierwszemu, choć jeden i drugi stosowali nieraz, np.
przeciw wściekliźnie, syfilisowi te same leki. U podstaw
przekonań, że dyplomowany lekarz nie może pomóc chore­
mu, leży niewspółmierność tych systemów medycznych (bo
medycyna „miastowa" to „pańska fantazja"); że umie leczyć
tylko „pańskie słabości", a chłopskich nie zna wcale; nie
potrafi rozpoznać, nie wie jak leczyć kołtun, czar, urok, różę,
zawianie, opętanie, oberwanie itd.
Osiadły na prowincji lekarz, który nie liczył się z „zabo­
bonnym systemem", „nie umiał czy nie chciał zniżyć się do
pojęć ludu", „nie miał tu po co siedzieć", „nie miał kogo
leczyć i miał się biednie" (34, s. 189-191; 37, s. 197; 38, s. 33).
Pewni lekarze, którzy „wyszli z ludu", przez długie lata
praktykowali na prowincji i utrzymywali się z leczenia
chłopów, respektowali ten „zabobonny system". To właśnie
tych lekarzy obdarzano sporym zaufaniem, wzywano ich lub
udawano się do nich bez obaw. Ich praktyka lekarska
zbliżona była do praktyk znachorskich lub lekarzy miejs­
kich, ale tych z X V I I I wieku i wcześniej.
Znaczna część wiedzy (nie tylko) medycznej była wspól­
nym dobrem wsi a nie tylko wyspecjalizowanych profesjo­
nalistów: wiejskich „lekarzy". Umiejętności medyczne po­
siadał prawie każdy: leczyli mężczyźni, a zwłaszcza kobiety,
także starcy i dzieci, krewni, sąsiedzi itd. W każdym domu
dysponowano mniejszą lub większą znajomością leków
i sposobów leczenia, a gdy tej wiedzy i umiejętności nie
wystarczało zwracano się o pomoc do sąsiadów, krewnych.
„Każdy wieśniak, to lekarz dla siebie i swoich bliskich oraz
sąsiadów, im starszy tym pewniejszy fachowiec" (38, s. 4).
Ze starością łączą się brak siły, choroby, śmierć, ale też
mądrość i wiedza. To zbliża ludzi starych do kategorii
znachorów, czarowników. Toteż o czary posądzani bywali
starcy, zwłaszcza staruchy; do nich zwracano się o zdjęcie
czaru, uroku, usunięcie różnych chorób. W białoruskich
wsiach zamawianiem zajmowali się prawie wszyscy starcy
i staruchy. Na rosyjskim Pomorzu „znający" starzy mężczy­
źni i kobiety bronili przed kołdunami. Nierzadko stawali się
oni znachorami czy znachorkami. Na Opawie starcy leczyli
(obok owcarzy) bydło i ludzi, znano ich w okolicy i mówiono
o nich „chłop" („muz"), „żena". Gdy jednak okazywali się
„umiejętnymi" mówiono o nich „dochtur", „dochtor", bo
wiedzieli wszystko: potrafili odnaleźć zguby, wskazać zło­
dzieja, sprawcę choroby, leczyć, na znaczne odległości
słyszeli, co o nich mówiono (bo trzymali z diabłem). Łączenie
wiedzy i umiętności magicznych z ludźmi starymi ma jeszcze
głębsze mitologiczne motywacje. Głównie ze względu na
wiedzę, moralną i fizyczną czystość szczególną rolę od­

114

grywali oni - często obok dzieci i dziewic - w obrzędach
oborywania wsi przed zarazą, powodowania deszczu, pozys­
kiwania roślin, w obrzędach rolniczo-hodowlanych, rybo­
łóstwie itd. Z białoruskim zakazem: nie mogą pozyskiwać
roślin ludzie „ni u końcu, ni pry naćalu", czyli w średnim
wieku, gdyż zebrane przez nich zioła nie mają mocy,
korespondują pospolite wierzenia i praktyki, iż znachorską
wiedzę wolno przekazać tylko najstarszemu (pierworod­
nemu) lub najmłodszemu dziecku, nigdy średniemu. Dziec­
ko, dziewica, („pierwszy", „początkowy", „nowy"), jak
i człowiek stary („końcowy", „zniszczony") znajdują się
poza pełnią życia, są „nieużytecznymi", inaczej mówiąc:
brak im dyferencjacji - podstawowego wyznacznika życia
i kultury.
Powyższe uzasadnienia czynią zrozumiałym przypisywa­
nie magicznych mocy dzieciom, zwłaszcza w początkowym
okresie ich życia. Według Ukraińców „wieszczą one, gdy
durne jeszcze". Dziecko pierworodne - szczególnie to, które
„jeszcze nic nie rozumie", najskuteczniej zamawiało, nie­
zwykle skutecznie leczyło, głównie takie choroby (np. urok,
czar, opętanie, konwulsje), których pochodzenie wiązane
było z siłą nieczystą; bały się go wiedźmy i nie miały nad nim
mocy. Niektóre z dzieci, wskutek zyskania naturalnej łączno­
ści z zaświatami, a przez to uzyskując naturalne predyspozy­
cje, które ujawniały się już w dzieciństwie, stawały się
wiedźmami, kołdunami, upiorzycami, znachorami itp. - „sa­
moukami". Tymi niezwykłymi ludźmi zostawali poczęci
wskutek złamania zakazu (np. ze stosunków krewniaczych),
urodzeni w nocy (o północy), w noc Bożego Narodzenia,
Wielkanoc, św. Jana itp., w poniedziałek, niedzielę - szcze­
gólnie na nowiu, urodzeni pod „ciemną (nieszczęśliwą)
gwiazdą (planetą)", urodzeni z zębami, z 2 duszami lub
sercami, z ogonkiem, w czepku, po 7 miesiącach życia
płodowego, 1, 3, 5, zwłaszcza 7 i 13 dziecko, urodzeni „po
zadnjem końcu" itp.
Eksponowana rola kobiety w lecznictwie domowym opie­
ra się przede wszystkim na tym, że wewnętrzna przestrzeń
domu jest przestrzenią żeńską. Nadto, kobiety z racji swej
nieczystej natury stawały się „lekarkami".
Z dużym powodzeniem miały one leczyć dzieci i bydło.
W ok. Załoziec uważano, że „chrypkę dziecka najlepiej leczy
okład z pończochy, względnie onucy matki, bo prócz potu
działa miłość macierzyńska" (39, s. 112). Według Ukraińców
matki, babki, niańki najlepiej rozumieją dzieci, z kolei
dziecko - tylko je rozumie. To wzajemne rozumienie się
dziecka i matki bierze się stąd, że oboje do 6 tygodnia po
porodzie nie zerwali łączności z „tamtym światem" i przyna­
leżą jakby do obu światów jednocześnie. Dzięki temu matka
leczy dziecko i , co znamienne, jej ciało, mocz, ślina, pot,
pokarm, wymioty, koszula miały właściwości lecznicze,
a dziecko (do 1, 2, 3, 4, 7 roku życia), np. u Ukraińców,
spełniało rolę wieszczuna. Z tego powodu leczyć mogła także
ciężarna kobieta, np. jeżeli stanie nogą na ciele chorego albo,
gdy swoim fartuchem owinie chore dziecko. Więź duchowa
gospodyni (głównie) z krową, gospodarza z koniem tłuma­
czy także to, że leczeniem bydła, świń, drobiu zazwyczaj
zajmowały się kobiety, koni zaś mężczyźni.
Jednakże natura kobiet sprawia, iż ich moc leczenia jest
ograniczona. Zamawiały, leczyły one gorzej od mężczyzn.
Na Rusi Karpackiej doradzano: jeżeli nie pomoże „prymiwnyczka" iść trzeba do „prymiwnyka". W związku z ich
rzekomymi predyspozycjami pozostają wierzenia, że wiedźmaków, kołdunów jest mniej niż wiedźm, kołdunie (bo,
według Ukraińców, jako słabsze istoty częściej oddają duszę
diabłu). Także ich natura (złość, złośliwość, mściwość itp.)
wyjaśnia to, że na białoruskim Polesiu bardziej bano się

znachorek, niż znachorów, a w gub. kostromskiej „przystrzyżyny" (kłosów zbóż w noc Iwana Kupały) częściej
robiły kołdunice od kołdunów. Z drugiej strony uważano, iż
kołduni potężniejsi są od kołdunie, strzygoń groźniejszy od
strzygi, wiedźmaki, znachorzy, upiory rządzą wiedźmami.
Te ograniczenia zdolności leczenia i czarowania (szkodzenia)
biorą się stąd, iż są one po prostu słabsze fizycznie i umys­
łowo. Mimo iż - jak się sądzi - rozum zawsze zwycięża siłę
fizyczną, jest ona w praktykach magicznych często koniecz­
na. Walczących z burzą płanetników i dzwonników zlewały
strugi potu, nabrzmiewały im żyły od wysiłku, po każdej
takiej walce wracali do domu wycieńczeni, słabi, trzęsąc się
z zimna; toteż, żeby mieć siły do oddalania burz nie mogli
ciężko pracować.
Brak sił tłumaczy dlaczego chory nie zawsze mógł leczyć
się sam. Według pewnej znachor ki z ok. Sambora sama
chora mogłaby usunąć chorobę, zażegnać „złe", ale „nie
wytrzymałaby tego", ze względu na duże osłabienie. Często
jednak chory leczył sam siebie i innych, tak samo jak, np.
białoruski znachor. Tak jak znachory, czarownik, wiedźma
był chory niebezpieczny dla otoczenia jako sprawca chorób
(nieszczęść), a z drugiej strony - podobnie jak menstruująca
kobieta, ciężarna, położnica, trup - uzdrawiał. Zwłaszcza
wydzieliny jego ciała miały uzdrowicielskie właściwości.
Chory - „ni żywyj, ni miortwyj" - widzi, słyszy i czuje to
czego inni żywi, ale zdrowi, nie widzą, nie słyszą. M.in.
położnice, widzą śmierć, choroby, zmarłych, pokazuje się im
„tamten świat". Opętany w chwili ataku potrafi wyczytać
w myślach grzechy ludzi, wie co każdy ma w kieszeni, wróży.
Chory dysponuje więc zdolnościami podobnymi do trupa,
ponieważ nie zerwał łączności z „tym światem": słyszy,
widzi, czuje, co się wokół niego dzieje, rozmawia się z nim jak
z żywym. Te zdolności niedostępne dla innych, zdrowych
ludzi podziela chory ze znachorami, czarownikami, wiedźmakami itp. W Polsce, Czechach, na Słowacji, Ukrainie
opowiadano, że znachor, worożbyt, strzygoń czy cioty znają
myśli ludzi (choćby mieszkali w innej wsi), wszystko słyszą
(nawet to „szcz my teper o nim howorymo"), widzą i wiedzą,
np. kto idzie do nich po radę, co się stało, przewidują zamiary
innych (wiedźmak zna plany wiedźm, wie, co która z nich
robi, gdzie przebywa itp.). Chorzy umysłowo, ułomni fizycz­
nie nierzadko stawali się kołdunami, wiedźmami, znachora­
mi. Opętana Masza Muchanowska z Muchanowa (gub.
Riazań), ciesząca się wielką sławą i wziętością (codziennie
przyjmowała kilkanaście, kilkadziesiąt osób), leczyła wodą
umysłowo chorych, epileptyków, alkoholików itp. W tej
samej gubernii, inna nienormalna Anuszka z Padowiecze
tylko rozpoznawała choroby i wróżyła. Chorobliwy wygląd
(np. nabrzmiała, z krostami, zmarszczona, bez życia twarz)
cechował m.in. wiedźmy (bo kochały się z czartami), czarowników-owcarzy (bo mieli stosunki seksualne z leśną). Według
Ukraińców zdarza się, iż chory, często także położnica,
każdy człowiek podczas zwykłego snu, pod wpływem cięż­
kich przeżyć - „zamirae", tj. zapada w letargiczny sen.
Wówczas jego dusza opuszcza ciało, wędruje po „tamtym
świecie", Bóg lub święci odsłaniają przed nią przyszłość,
przekazują jej swą wolę. Po powrocie duszy do ciała
„zamiralniki" czy „zamiruchy" ożywają, po czym przepo­
wiadają przyszłość, znają cudze grzechy; nierzadko stawali
się znachorami, szeptuchami, znachorkami. Pewną chorą
dziewczynę pozostającą w długim letargu, wykorzystywał
worożbyt jako „pośrednicę" między „tym", a „tamtym
światem", wieszczył tłumaczące wypowiadane przez nią
słowa. Podobne duchowe wędrówki odbywać mieli huculscy
„ziemscy bogowie" (udawali się na granice na narady),
poleska znachorka (zwiedzała niebo i piekło), w Istrii

i Słowenii „kerstnicy", w Serbii, Bośnii, Hercegowinie,
Czarnogórze „zduhace", w Czarnogórze „vjegodonje", buł­
garscy „nestinarzy", węgierski „taltos" czy „benandati"
z północnowłoskiego regionu Friume (wówczas pod przy­
braną postacią walczyli z innymi niezwykłymi ludźmi,
demonami w obronie wsi, o urodzaj pól itp.).
Wspólne zdolności chorego i znachora, wynikające z ich
związków z zaświatami motywują - wielokrotnie poświad­
czane - udzielanie porad przez tych „znających" pod
nieobecność pacjenta, na podstawie relacji „kogoś z rodzi­
ny" o symptomach choroby lub w oparciu o oględziny jego
moczu, krwi, włosów, koszuli przesiąkniętej potem, znajo­
mości jego imienia, wieku, płci. Szczegółowych uzasadnień
dostarczają tutaj przekonania o zbliżonej naturze członków
rodziny; choroby osadzając się w „sokach" odpowiednio
zmieniają wygląd krwi, moczu itd.; że z wiekiem i płcią
chorego wiążą się określone schorzenia i sposoby ich lecze­
nia; powszechna wiara, iż znajomość imienia i daty urodze­
nia daje moc, władzę nad osobą będącą przedmiotem
leczenia czy czarów; że z imieniem człowieka łączy się jego
natura; że istnieją niebepieczne lata w życiu człowieka.
Ze swej natury stawać się mieli czarownikami, wróżami,
znachorami również „obcy", których cechą rozpoznawczą
(dla chłopów) było wykonywanie nierolniczych zawodów.
Tak więc z racji wykonywanej profesji czarownikiem i/lub
znachorem, wróżem itp. był młynarz, pastuch, leśnik, pasie­
cznik, piwowar, kowal, rybak, myśliwy, ksiądz, pop, gra­
barz, cieśla, garncarz, muzykant, krawiec, mieszczanie,
a nawet przedstawiciele biedoty wiejskiej, czyli nierolnicy.
Stąd też znachorstwo, czarownictwo, wiedźmostwo pojmo­
wane było jako rzemiosło. Na Ukrainie „naturalna" wiedź­
ma (tj. urodzona z ogonkiem), wprowadzając kobietę do
cechu wiedźm, rzucała ser do wody (który szybko chwytały
gady), mówiąc: „Tak 'rasterzajut' ćerti tvoju duśu na tom'
svete za remeslo veduny". Wielu rosyjskich chłopów sądziło,
że kołdunami mogą być tylko przedstawiciele zawodów
nierolniczych.
Jednakże ci, którzy posiadali niezwykłe właściwości i zdol­
ności ze swej natury, z urodzenia, dysponowali mniejszą
mocą magiczną od pozostałych znachorów, znachorek,
wróżów, kołdunów, wiedźm. Białorusini uważali, że złym
byłby pastuch, gdyby nie znał się z chlewnikiem, młynarz
z wodnikiem. Dzięki związkom z diabłem (któremu sprzedali
duszę) osiągali wyższy stopień wtajemniczenia i możliwości.
Według płanetnika W. Rachwała - wtajemniczonego przez
pewnego księdza, władającego mocą daną od Boga - jego
praktyki silniejsze były od środków stosowanych przez baby
(palenie ziół na ogniu, zapalenie gromnicy, modlitwy itd.),
księży, dzwonników i innych płanetników.
Dlatego też w sytuacjach bardziej skomplikowanych,
kiedy umiejętności i wiedza domowników oraz sąsiadów
okazywały się niewystarczające, gdy, np. urok, który prawie
każdy umiał odczynić okazywał się za ciężki dla odczyniają­
cego, bo tu prócz wiedzy trzeba było mieć moc - w tych
i podobnych przypadkach trzeba było iść do znachora czy
znachorki.
Byli oni w środowisku wiejskim bardzo cenieni, obdarzani
ogromnym zaufaniem, podziwem, szacunkiem, byli uważani
za „wybrańców bożych". Jednak stosunek do nich - przypo­
minający stosunek do sacrum - był nacechowany ambiwalencją. Cieszyli się opinią ludzi niezwykłych, nawet
świętych, ale jednocześnie w kontakcie z nimi odczuwano
strach, lęk. Zdaniem pewnego znachora z Sambora: „Jeśliby
ktoś śmiałby się z niego (...) popełnia grzech nie tylko
względem siebie, ale też i względem niego (znachora)" (11, s.
118). W Kieleckiem wierzono, iż ten, który szydzi z guślarzy

115

I

oniemieje, język mu uschnie. Chłopi byli głęboko przekonani
0 skuteczności ich rad, a oni sami wierzyli we własną moc
1 uważali się za ludzi niezwykłych.
Wspomniano już o tym, że ich sława nieraz rozchodziła się
na znaczne obszary. Lecz zakres działania większości z nich
ograniczał się do granic parafii albo tylko wsi. W każdej wsi
przynajmniej jedna osoba trudniła się stale (profesjonalnie)
leczeniem. Nierzadko we wsi było kilku, a nawet kilkunastu
„dochtorów": wieś Umer (kieleckie) miała 1 znachora,
2 babki, 2 felczerów, 1 konowała, którzy obsługiwali 5 okoli­
cznych wsi; przed 1914 r. we wsi Łosie (gorlickie) żyło 13
baczów-znachorów; kilkunastu znachorów mieszkało we wsi
Jadachy (tarnobrzeskie); w wielu huculskich wsiach żyło
kilku, kilkunastu głośnych na okolicę znachorów, prymiwnyków i prymiwnyc.
Bardziej i mniej sławni „lekarze" rzadko kiedy pomagali
we wszystkich sprawach. Babki (zazwyczaj w granicach
swojej wsi) odbierały dzieci i cielęta, były specjalistami od
chorób kobiet i dzieci. Na chorobach owiec, bydła, złama­
niach kończyn zwierząt i ludzi najlepiej znali się owcarze
i pastuchy. Umiejętności magiczne młynarzy związane były
z ich profesją, niekiedy nawet z rodzajem obsługiwanego
młyna. Młynarza z wiatraka prosili Białorusini o leczenie
zawiania, oddalenie wichru i burzy, a młynarza z młyna
wodnego o zamówioną wodę do leczenia lub nasłania
choroby. Rodzaj wykonywanych zajęć nie musi wcale okreś­
lać specjalizacji znachorskich. Zaklinaniem burz zajmował
się krawiec ze Starego Sambora. W ok. Jasła, Sanoka
i Brzozowa upustami krwi zajmowali się znachorzy, baby,
wróże, cyrulicy, ale wśród nich byli specjaliści, którzy
puszczali krew z (1) wszystkich żył, prócz żyły pod języcz­
kiem; (2) tylko spod żyły pod języczkiem (pierwsi i drudzy
nazywani byli „suszczaczami", „duochtorami"); (3) bydłu
- tzw. „konowały" oraz (4) cyrulicy, którzy wyłącznie
stawiali cięte bańki. Najmniej było specjalistów od ciężkich
chorób, jak np. w gub. riazańskiej od „sybirki". W Nadrabskiem zażegnywacz, np. „żaby" nie mógł zażegnywać wściek­
lizny, bo straciłby „swą moc na żabę i na wściekliznę"
- dlatego też byli osobni zażegny wacze żab, osobni wściekliz­
ny, choć jeden i drugi stosowali te same środki zapobiegaw­
cze.
Byli tacy co leczyli wyłącznie wodą lub ziołami, gliną,
sadłem itd., niektórzy zamawiali jedną, kilka, rzadko wszyst­
kie choroby.
Tylko nieliczni z nich umieli zarazem rozpoznać chorobę,
jej etiologię, sprawcę, wróżyć i leczyć, odnaleźć zguby,
wskazać złodzieja itd., jak np. niektórzy z łemkowskich
znachorów-baczów, huculskich balników, lasowiackich
wróżów. Lecz takich „co wszystko umieją robić", którzy
ceszyli się nadzwyczajną sławą i wziętością, było - sądzono
- niewielu.
Owe specjalizacje wskazują nie tylko na znajomość okreś­
lania natury pewnych chorób, umiejętność wykonywania
pewnych praktyk, lecz wyrażają także zasób posiadanej
wiedzy, mocy, stopień wtajemniczenia „znającego". Łącząc
specjalizacje z gradacją mocy, Łemkowie na przykład,
uważali znachorów-baczów za najpotężniejszych „lekarzy",
bo umieli określić naturę chorób, wskazać sprawcę nieszczęś­
cia, wróżyć, czarować, unieszkodliwiać upiory. Niżej od nich
stali worożki, którzy odgadywali przyszłość, odnajdywali
zguby, wskazywali złodzieja itp. Najliczniejszą i najniższą
kategorię stanowiły osoby leczące ludzi i bydło oraz bosorki
(czarownice). I m więcej specjalności opanował znachor, tym
bardziej uchodził za lepszego od innych, miał opinię wybit­
nego mistrza, cieszył się sławą i wziętością większą od
pozostałych „znających". Także do Boga („Pan Bóg najlep-

116

i

szy lekarz"), a u wsch. Słowian również do św. Mikołaja i św.
Pantelejmona można było zwracać się o pomoc w każdej
potrzebie, odmiennie niż do wyspecjalizowanych śwętych
„doktorów".
Hierarchizacja wiejskich „lekarzy" związana była także ze
stosowanymi przez nich środkami leczniczymi, które rów­
nież podlegały gradacjom. Jeżeli więc znachorka-zielarka
i jej zioła nie pomagały, to - według Hucułów - iść trzeba
było do prymiwnyka, którego „żywe słowo" bardziej skut­
kowało. Pomimo tego, że etnomedycyna w głównej mierze
opierała się na ziołolecznictwie, chłopi traktowali leki po­
chodzenia roślinnego jako jedne z najsłabszych, powoli
działających środków. Ich właściwości mogły być dowolnie
kształtowane za pomocą zamówień. Właśnie zamówienia
- święte, „boże słowa", uważane niekiedy za pochodzące od
Boga, wierzono niemal powszechnie m.in. w Polsce, na
Ukrainie i Białorusi, przynoszą prędszy skutek niż stosowa­
nie innych środków (zwłaszcza ziół). Podobnie wielka skute­
czność strzałek piorunowych i wody bywała motywowana
ich związkami z nieziemskimi mocami. Według pewnej
wieśniaczki (zwanej św. Niedzielą) z Mokwiczni na Wołyniu
(gdzie wodę traktowano jako najlepszy lek) oraz ukraińskich
letargików wodę do leczenia dała im Matka Boska.
Ciekawe, że często nie szukano pomocy u znachora we
własnej wsi, ale poza nią, albo też udawano się do nich
w mało ważnych sprawach. Z kolei do tych znachorów
przychodzili ludzie z dalszych okolic. W Wysowej i Blednarce opowiadano o wielkiej mocy baczy Leszno Babeja z Blechnarki, ale sąsiedzi i znajomi śmiali się z niego, miał on we wsi
mały autorytet i nieliczną klientelę. Za to sporo ludzi
przychodziło do niego ze Słowacji. Na Witebszczyźnie chory
lub ktoś z jego rodziny jechał do znachora z sąsiedniej wsi,
który choć umiał wiele (określić chorobę, wróżyć, leczyć)
nierzadko nie podejmował się leczenia, lub też jego leki nie
pomagały (znaczyło to, że nie jest taki mocny) - wtedy
udawano się do znachorów mieszkających w dalszych stro­
nach. Huculska wieś Zelena miała kilku znachorów i czarow­
ników, lecz w ważniejszych sprawach jej mieszkańcy szli do
„najgolovnyc majstriv na ti r i k i " , tj. wsi nad Prutem.
Lasowiacy rzadko chodzili do swoich znachorek a zwykle
udawali się do znachorek z dalszych okolic, bądź sprowadza­
li je do wsi. Rodzime znachorki natomiast cieszyły się sławą
i poważaniem wśród mieszkańców obcych wsi.
Te wędrówki chłopów do znachorów albo sprowadzanie
ich z obcych wsi nie były bynajmniej sporadycznymi zdarze­
niami. Jeśli nie zdarzały się one nader często to dlatego, że
taką samą lub większą nawet mocą odczyniania i zarazem
powodowania złego władali przybysze z zaświatów, pośred­
nicy między „tamtym" a „tym światem" - „obcy". I m
z dalszych stron przybywali czy pochodzić mieli, tym
bardziej uchodzili za potężniejszych czarodziejów i znacho­
rów. Każdy, np. Cygan lub Żyd miał być zarazem najlep­
szym wróżem, czarownikiem i „lekarzem". U wsch. Słowian
żołnierz przybywający z dalekich krain władał większą
wiedzą od kołduna; nad nim kołdun i wiedźmy nie miały
mocy. W czasie służby wojskowej, od włóczęgów, żebraków,
dziadów, kraarzy, obraźników, furmanów, Cygnaów itp.
można było nauczyć się sztuki czarowania i leczenia. W wielu
stronach, jak np. w ok. Załoziec mieli „obcy", tj. Cyganie,
włóczędzy i dziady liczniejszą klientelę niż znachorzy. Pewna
Polka (która wyszła za mąż za żołnierza), znana w ok. Olchy
(gub. Riazań) pod ,,01'chovskoj koldun'i", swą liczną
klientelę leczyła za pomocą polskiego pdręcznika medycz­
nego - niezrozumiałe słowa robiły na chłopach wielkie
wrażenie. Na Zakarpaciu chłopi pytali o recepty lecznicze
każdego napotkanego „obcego". Przekonał się o tym sam P.

Bogatyrev. Jedna ze spotkanych kobiet prosiła go o lek na
ból głowy. Na jego radę, aby zwróciła się do lekarza,
odpowiedziała: „О! к vracu, śtoby jemu platit! A vot
prochożij celovek, vrode nas, vylecil by menja, esli by tol'ko
zachotel" (5, s. 245).
Zatem, gdy pomoc domowników, sąsiadów, krewnych,
znajomych była nieskuteczna iść trzeba było po poradę do
rodzimej znachorki, znachora lub kołduna, wiedźmy, miesz­
kających na skraju wsi (lub: w lesie, górach, nad rzeką, blisko
„krzyżówki", samotnie w przysiółku, na dzikim i jałowym
polu itp.). Lekarze ze wsi chorego byli zwykle bezsilni, bo jak
sądzono na ukraińskim Polesiu ich moc rozciągała się na
obcych, dlatego też swoim nie mogli pomóc. Trzeba więc
było szukać pomocy w sąsiednich wsiach, następnie w dal­
szych stronach, słynących z posiadania znachorów i czarow­
ników o nadzwyczajnej mocy.
Obserwujemy tutaj narastanie wiedzy, umiejętności, mo­
cy, skuteczności działań wraz z oddalaniem się od centrum
oswojonej przestrzeni - domu. Każdorazowe wyjście z domu
w poszukiwaniu skutecznych rad u rodzimych albo u obcych
znachorów oznacza zawsze swego rodzaju wyprawę w za­
światy, bo przestrzeń - w zależności od punktu odniesienia
- poza domem, wsią, parafią waloryzowana jest jako obca,
nieoswojona, niezależnie od tego czy usytuowana jest kil­
kaset metrów czy kilkaset kilometrów poza domem. Jednak­
że ta przestrzeń podlega gradacjom. Im dalej od domu, bliżej
pozagrobowego świata, tym potężniejsza tkwi tam uzdrowicielska siła. Dlatego też wszyscy ci, którzy w dalekich
stronach żyją lub stamtąd przybywają są uważani za potęż­
nych czarodziejów, znachorów, wróżów. Im dalej od Hofićky - czeskiej osady, w której żył Antoni Pich znany
w środkowej Europie z „naprawy" złamań, tym bardziej
przesadne opowieści krążyły na jego temat, m.in. że „wszyst­
ko leczył".
Wiązanie mocy magicznej z tak wartościowaną segmenta­
cją przestrzeni powodowało, że leki roślinne - zazwyczaj
uznawane za jedne z najsłabszych, pochodzące z dalszych
stron uchodziły za lepsze od tych, które pozyskiwano
w najbliższej okolicy - traktowano je jako cudowne, często
uniwersalne leki, płacono za nie spore sumy pieniędzy
znachorom, wędrownym zielarzom, Cyganom itp. „Im
droższe było lekarstwo, im z dalszych stron pochodziło tym
większą mu przypisywano skuteczność, tak zresztą jak
i dzisiaj" (8, s. 76).
Ten wzrost mocy magicznej „znających" i leków ma
uzasadnienie w tym, że źródła tej mocy i wiedzy umiejs­
cowione zostały w zaświatach. W zgodzie z dualizmem
mitologiczno-religijnym liczne teksty folkloru (m.in. zamó­
wienia, modlitwy, podania etiologiczne, legendy, bajki,
pieśni) mówią zarówno o czarcie, śmierci, demonach chorób,
upiorach, boginkach, rusałkach, wiłach i wężach, krukach
itp., że uzdrawiają, pomagają w nieszczęściach lub uczą
wykorzystywać różne środki, głównie rośliny jako leki, że
swych wybrańców uczą znachorstwa, bądź wręcz nakazują
być znachorami, jak i o Bogu, Matce Boskiej, świętych, iż od
nich pochodzi wiedza i umiejętności leczenia, oni też przy­
wracają ludzi do zdrowia i życia.
W bliskich związkach z niebem, Bogiem, świętymi pozos­
tawali znachorzy, wróże, babki, wszyscy ci, którzy trudnili
się oddalaniem nieszczęść. Nadrabscy, słowaccy, łemkows­
cy, ukraińscy, białoruscy itd. znachorzy i znachorki „z
pomocą bożą" wyłącznie pomagali, swą mądrość na dobro
i korzyść wykorzystywali, w co oni sami i chłopi głęboko
wierzyli. Wielu z nich twierdziło, iż zajęli się znachorstwem
z woli Boga, Matki Boskiej lub świętych, od których
otrzymywai moc uzdrawiania, lecznicze środki. W X V I I I w.

w procesach czarownic (właściwie znachorek) na Słowacji,
zeznawały one, że lecząc wykonywały polecenie Boga, który
objawił się im we śnie i przekazał teksty zamówień. Podobnie
ukraińscy „zamiralniki", zapadający w letargiczny sen z woli
Boga, po powrocie z „tamtego świata" nierzadko stawali się
znachorami - odtąd byli pobożni, zmieniali się ze złych na
dobrych, prowadzili ascetyczne życie, izolowali się od ludzi.
By moc od Boga zachować byli znachorzy i znachorki
bardziej niż inni pobożni, bogobojni, często modlili się,
pościli, spowiadali i przyjmowali komunię świętą, powstrzy­
mywali się od stosunków seksualnych, posługiwali się
w swych praktykach kościelnymi (cerkiewnymi) rekwizyta­
mi, bezgrzeszni przystępowali do leczenia. Ich religijność
była - jak zauważył K . Dobrjański (11, s. 123) - „jakaś
nienormalna, mistyczna".
Z tego samego źródła czerpią uzdrowicielską siłę osoby
słynące z pobożności, „mili Bogu", „słudzy boży": księża,
popi, słudzy cerkiewni, dziady. Z powodzeniem leczyli oni
pod warunkiem zachowania czystości duchowej: ksiądz bez
grzechu („o czystej duszy") mógł wypędzić diabła z opętane­
goPonieważ znachor w czystości fizycznej i duchowej leczył
w „imię boże", nie mógł pod karą utraty mocy pomagać
stworzeniom nieczystym: Żydom, psom, kotom, ani nawet
leczyć w ich obecności. Znachory czy znachorka przy­
stępujący do leczenia w stanie bezgrzeszności byli szczególnie
narażeni - co często odnotowywano u zach. i wsch. Słowian
- na niebezpieczeństwa w walce z chorobą; na nich przecho­
dziła nieczystość chorego; w trakcie zażegnywań odczuwali
bóle (odpowiednie do leczonych symtomów chorób); groziła
im utrata zdrowia, nawet życia; ta walka tak ich niekiedy
wymęczyła, że musieli ją odchorować. To przechodzenie
choroby na leczących może tłumaczyć fakt, że łemkowski
znachor przepijał pieniądze uzyskane za leczenie, bo uważał
je za nieczyste. Zwłaszcza choroby z czaru, od diabła
uchodziły za nieczyste, ciężkie, trudniejsze do wyleczenia.
Z tego powodu sądzono, iż - np. na Ukrainie - znachor nie
zawsze mógł pomóc oczarowanemu, chyba że znał sprawę
nieszczęścia i poprosił go o odrobienie. W gub. riazańskiej
chory starał się uwolnić z diabelskiej choroby (np. opuchliz­
ny) za pomocą Boga, tj. początkowo udawał się do znachora
lub znachorki a następnie do „bożego człowieka", tj.
obłąkanego. W razie nieskuteczności ich rad szedł do
wspólnika diabła - kołduna, żeby zdjął swe czary. W kielec­
kim, gdy nie pomógł guślarz, związany z Bogiem, nadzieję na
wyleczenie łączono z owcarzem - sługą diabła, który na­
kazywał, żeby pacjent nie wzywał księdza, bo jego leczenie
nie byłoby skuteczne.
Widać, że związek znachora z Bogiem stanowi ogranicze­
nie jego mocy. Znachor, podobnie jak Bóg nie był wszech­
wiedzący ani wszechmocny, chociaż o jednym i drugim
czasem tak mówiono. W mitach, np. wersjach bułgarskich
Bóg włada ograniczoną wiedzą i mocą tworzenia, podstępem
uzyskuje wiedzę od swego przeciwnika. Analogicznie: o wie­
lu znachorach opowiadano, iż wykradli wiedzę nieczystej sile
(podsłuchując rozmowy demonów, gadów, roślin); jeden
znachor kradł ją drugiemu. Opowiadano w Czechach, że
Jakub Pich został znachorem dzięki temu, że podpatrzył
jakimi roślinami wyleczył się zraniony przez niego wąż. Tymi
samymi roślinami miał potem uzdrawiać ludzi. (Według
innych nauczył się swego rzemiosła od pewnego felczera).
Rzadziej mówi się o znachorach, częściej o kołdunach,
wiedźmach, strzygach, bosorkach, iż wiedzę i moc magiczną
uzyskali od nieczystej siły: demonów, chorób, śmierci,
upiorów, rusałek, wił, demonów domowych itp. Także i tutaj
napotykamy na hierarchizację mocy w zależności od tego

117

I

kto, od kogo, w jaki sposób, gdzie tę moc uzyskał. Mimo iż
rytualno-magiczne warunki jakie musiała spełnić wtajem­
niczana przez diabła, demony, gada osoba nie różniły się
wiele, bądź wcale od tych, które obowiązywały w trakcie
pobierania nauk u starego kołduna czy wiedźmy, zdobycie
wiedzy wprost od demonów, gadów, zwłaszcza ich cara
(carycy) uchodziło za bardziej niebezpieczne, wymagające
więcej odwagi, droższe, ale przez to cenniejsze. Z kolei zasób
wiedzy i umiejętności osób wtajemniczonych przez diabła
czy za pośrednictwem starego kołduna lub wiedźmy, przewy­
ższał moc tych, którzy weszli w jej posiadanie w naturalny
sposób, „samouków" (zob. wyżej), poprzez „przyuczenie",
tj. bliskie kontakty, długie przebywanie w towarzystwie
wiedźm (stąd ich mężowie, dzieci, rodzeństwo wiedzieli
więcej od innych). Podczas, gdy kołdun, wiedźma, a często
i diabeł uczyli tylko jednej sztuki czarowania, np. sposób
odbierania mleka lub robienia „danja", zdolności uzyskane
od węży oraz dzięki zdobyciu kwiatu paproci obejmowały
rozumienie mowy zwierząt, roślin i/lub „jasność wzroku",
widzenie duchów, i/lub bogactwo, szczęście, młodość, nowe
siły. Zdobycie tych darów - często się to podkreśla - pozos­
tawać miało poza zasięgiem wielu, nawet znachorów czy
czarowników. Ale ten, który pokonał strach, wykazał dużo
sprytu zostawał wielkim znachorem.
Uzyskać wiedzę magiczną można było także w zamian za
uwolnienie (w lesie) króla wężów (węża), wzięcie (spotkanej
w drodze) śmierci w kumy, za duszę (podpisanie cyrografu),
za ser, masło, jajka itp. Niektórzy zostawali znachorami,
kołdunami, wiedźmami przypadkowo, wbrew swojej woli.
W Rosji kołdun-pastuch nie mając komu przekazać wiedzy
rzucał batog na drogę - ten kto go znalazł i podniósł stawał
się kołdunem, lub też dotykał wybraną osobę owym bato­
giem.
Dzięki temu właśnie, iż przekazywanie przed śmiercią całej
wiedzy i mocy (dotąd z nikim nie dzielonej, użytkowanej
w tajemnicy) zazwyczaj najstarszemu lub najmłodszemu
dziecku, osobie tej samej, bądź przeciwnej płci, zawsze
młodszej, było obowiązkiem „znających" - znachorstwo,
wiedźmostwo i kołdowstwo stały sę zajęciami dziedzicznymi.
Ze znachorstwa słynęły rodziny Baczów z Keckovec i Rydzy­
ków z Blechnarki na Łemkowszczyźnie. Na Antonim Pichu,
zmarłym w 1865 г., który nie miał syna, skończyła się
rodzinna profesja, dziedziczona po jego ojcu Marcinie,
dziadku Wacławie i pradziadku Jakubie, który zaczął leczyć
w 1778 r. Zdarzało się, jak na Ukrainie, że zmarły znachor
nie przekazał wiedzy synom, którzy ani myśleli o zajęciu się
znachorstwem - „Sąsiedzi jednak jednego z nich wybiorą
i gwałtem wmówić usiłują, że on coś wie ze sztuki ojca, jeno
się tai (...). To też, wybranego na to stanowisko zaciągają do
karczmy, poją, zachęcają datkami i stopniowo doprowadza­
ją, że chłop się rozpróżniaczy, widząc, że pieniądze bez pracy
płyną, zasmakuje mu gorzałka, sam uwierzy, że chyba coś
wie skoro ludzie gadają i - zostaje znachorem..." (35, s. 303).
Kołduni, czarownicy, wiedźmy, wiedźmaki, strzygi, bosorki, ci znachorzy, którzy chcąc zdobyć i utrzymać moc
czarowania w związku z niczystą siłą musieli wyrzec się Boga,
zapomnieć o nim, nie modlić się, nie chodzić do koścoła
(cerkwi), ale kiedy już tam poszli (dla zmylenia ludzi) stali
tyłem do ołtarza (ikonostasu), modlili się na opak, nie
widzieli świętości. Na Ukrainie wtajemniczana przez starą
wiedźmę zdejmowała krzyż, kładła go pod stopy, „ce i znacit'
śćo vona od' Chrysta vidstupae" (16, s. 168). Rosyjski
kołdun pragnąc nasłać chorobę, robiąc „załom" („zawitkę"), „przystrzyżyny", szkodząc weselnikom, odbierając
miłość, spędzając płód, podczas zdejmowania czaru itd.
zdejmował z siebie (i klienta) krzyż (wcześniej nie mył się, nie

118

i

czesał, odżegnywał od Boga), stawał twarzą w kierunku
zachodnim lub północnym, w zamówieniach prosił zabitych,
wisielców, niechrzczeńców, „bezimiennych", szatana, żeby
szkodzili wskazanemu człowiekowi.
Uzyskanie wiedzy - niezależnie na jakich warunkach
- ustanawiało współzależność między znachorami, czarow­
nikami, wiedźmami a nieziemskimi siłami. Za życia służyły
im demony, gady, za pomocą których czarowali, wróżyli,
leczyli, którzy nasyłali im klientów, dzięki którym byli
bogaci. Za to po śmierci należeć mieli do czarta i stawali się
nieczystymi zmarłymi („założnymi"). Zwłaszcza u wsch.
Słowian rozpowszechnione były wierzenia, iż śmierć ich była
długa, ciężka, rzadko kiedy umierali „swoją" (naturalną)
śmiercią. Nagła, gwałtowna śmierć nie pozwalała im na
przekazanie wiedzy. Dlatego też poza grobem - ciała zmar­
łych kołdunów, wiedźm i innych nieczystych zmarłych nie
przyjmowała ziemia, nierozkładały się-musieli oni żyć okres
układu z czartem. W tym czasie - według wsch. Słowian
- stając na czele „założnych" nasyłali na ludzi nieszczęścia
(epidemie, susze, nieurodzaje itp.). Przy czym istniało powszecne przekonanie, iż kołdun, wiedźmak, wiedźma tym
bardziej potężni byli za grobem, im bardziej byli takimi za
życia, wśród ludzi.
Liczne teksty folkloru wyznaczają taki zakres szkodliwych
działań kołdunów, wiedźmaków, czarownic, bosorek itp.,
który niemal w zupełności pokrywa się z działaniami demo­
nów i nieczystych zmarłych. Bowiem łączy się z nimi
szczególnie czar, choroby, lecz także odmienianie dzieci
położnicom, szkodzenie młodym podczas wesela, zamęcza­
nie bydła i koni, nieurodzaje, susze, grady, burze, niszczenie
lub kradzież słońca, księżyca, gwiazd itd. Nieprzypadkowo
jednak w wielu, nie tylko wscodniosłowiańskich, ale m.in.
w polskich zamówieniach uroku, czaru, róży, w modlitwach
o opiekę bydła itd. wymienia się jako możliwych sprawców
nieszczęścia „swoich" i „obcych" kołdunów, kołdunice oraz
eretników i eretnice (tj. zmarłych czarowników), ponieważ
były między nimi istotne różnice, wyznaczane zwłaszcza
przez ich profesję, związki z określonymi demonami. Zresztą
na marginesie warto tutaj dodać, iż liczne zamówienia
niezwykle drobiazgowo wskazują na krąg możliwych spraw­
ców nieszczęścia, poprzez zastosowanie klasyfikacyjnego
schematu, zbudowanego z głównych semiotycznych opozy­
cji: męski - żeński (mężczyzna, chłopiec, kołdun, pop, diak
itp. - kobieta, dziewczyna, kołdunica, popada itp.), stary
- młody (starucha, matka, dziewka, dziecko itd.), „swój"
- „obcy", z dodatkowymi wyróżnikami „obcości", według
kryteriów socjalnych (chłop, pan, diak, ksiądz itd.) i etnicz­
nych (Cygan, Żyd, Tatar, Litwin itd.), ludzki - nie-ludzki
(„od wszelkiego złego człowieka" - wiatr, woda, słońce itd.).
W związku z tym, że działalność tych „znających" łączona
była najczęściej ze szkodami, niszczeniem zdrowia, szczęścia,
dobrobytu, spotykamy się z takimi przeświadczeniami, iż
czarownice i czarownicy wcale lub prawi nigdy nie pomagali
w nieszczęściu, potrafili tylko wyrządzać zło, umieli czar
„porobić", lecz nie wiedzieli jak go „odrobić". Sporo było
takich - i ci oczywiście uchodzili za lepszych - którzy mogli
nasłać, a potem zdjąć czar własny i innych. I m czarownik był
większy, tym łatwiej zniweczył czary przeciwnika. Dlatego
też według rosyjskich chłopów kołduni byli sobie wrodzy,
prowadzili między sobą śmiertelne walki, a Białorusini
o walce silnego kołduna ze słabym mówili: „naśla kosa na
kamen'". Większość czarowników znała tylko niektóre
sposoby czarowania. W tym tkwiła - według Białorusinów
- główna różnica między „ważnymi", „prawdziwymi" cza­
rownikami a małymi specjalistami, którymi zwykle byli
kowale, młynarze, leśnicy, pasiecznicy, pastuchy. Ten ogra-

niczony zakres czarowania brał się stąd, że np. młynarzowi
pomagał wodnik (toteż potrafił on tylko „dać wodę"),
pastuchowi demon lasu i chlewu. W ok. Starego Sambora
pewien znachor uchodził za wybitnego specjalistę od ukąsze­
nia żmiji, ponieważ - jak sądzono - rozmawiał z nimi w polu,
słuchały one jego poleceń, wiedział więc, który z nich ukąsiła
danego człowieka.
Powszechnie w Polsce, Czechach i na Słowacji, na wsch.
Słowiańszczyźnie wierzono, iż czarownicy, kołduni, wiedźmaki swoje związki z nieczystą siłą mogli wykorzystywać na
pożytek. Białorusini uważali, że znachor, choć zna się
z diabłem, jeśli nie jest „zapamiętałego serca", pomoże
w potrzebie. Jednakże chłopi, np. w Rosji rzadko korzystali
z pomocy kołdunów. Udawali się do nich głównie w takich
sprawach jak nasłanie choroby na wroga, dowiedzenie się
o sprawcę nieszczęścia, zdjęcie czaru, uroku, spędzenie
płodu, w przypadkach chorób bydła, w celu odpędzenia
rusałek czy demona lasu od zagrody, z pól itp., czyli w takich
przypadkach, gdy sprowokowanie nieszczęścia lub też usu­
nięcie jego przyczyn i skutków wiązane było z nieczystą siłą.
Także i to, że chłopi z ok. Przemyśla szli z epileptykiem
- opętanym przez żydowskiego diabła - do rabina, a nie do
„sługi bożego" - znachora, tłumaczy związek „znających"
z nieczystą siłą, który określa ich kompetencje.
Podobnie jak świat znachorów - tych związanych z Bo­
giem, świat kołdunów, wiedźm, czarowników został hierar­
chicznie zorganizowany. Według niektórych Ukraińców
moc wszystkich wiedźm i wiedźmaków była jednakowa, ale
nad nimi stał ich „główny nauczyciel", „ataman", „starszy
wiedźmak", nazywany także „upiorem"; inni sądzili, że
„naczelnikiem" wiedźm uczonych były upiorzyce, tj. wiedź­
my „rodzime" (z urodzenia). W niektórych stronach Rosji
wierzono, że kołduni mają swą organizację na danym
obszarze, współpracują ze sobą a rządy nad nimi sprawuje
kniaź-kołdun. Podobne wierzenia były odnotowywane także
w Polsce, m.in. na Kaszubach, gdzie na czele czarowników
- jak sądzono - stał czarnoksiężnik.
Wspólnymi cechami tych, którzy szkodzili była złość,
gniew, mściwość, zazdrość itp. W różnych miejscach od­
notowywano, że; złym i mściwym bywa Bóg, który karze
w gniewie; zmarli przodkowie rozzłoszczeni pochowaniem
„założnego" na cmentarzu nasyłają choroby, nieurodzaje,
susze; demon domowy szkodzi ludziom i bydłu tylko wtedy,
gdy ktoś go rozłości; chciwymi, zazdrosnymi, złośliwymi są
chorzy, ciężarne kobiety w ogóle kobiety; źli, złośliwi stawali
się czarownikami i czarownicami, i jako tacy szkodzili
w złości. Czarownicy i wiedźmy - wierzono - bez złości nie
mogli zaszkodzić; w takim stanie ducha musieli szkodzić,
dawać robotę swym pomocnikom - czartom; nie mogli
opierać się pragnieniu oczarowania, bo zaszkodziliby sobie,
zamęczyłby ich czart. Pragnienie oczarowania pojawiało się
u rosyjskiego kołduna, białoruskiego wiedźmaka, słowac­
kiego czarnoksiężnika nagle, mimo woli, ich wola podlegała
wówczas nieczystej sile, szkodzili więc w złości, nawet szale.
Pewnemu staremu kołdunowi żal było niszczyć wesele
wnuczki. Kazał zamknąć się na czas wesela w komórce. Po
skończonej ceremonii znaleziono go martwego. Podobnie
tatrzański baca-znachor nie mógł zaprzestać swych praktyk,
bo nieszczęścia, choroby, śmierć spadałyby na jego ród.
Wyrządzanie zła w złości, gniewie, z zawiści, zemsty itp.,
znajduje wytłumaczenie w tym, że w leksyce i materiale
etnograficznym te stany ducha wiązane są z jadem, jadowitością oraz ogniem, pieczeniem, kłuciem.
Chłopi bali się więc gniewu, konfliktu, nawet odwiedzin
kołdunów, wiedźm, wszystkich tych, których podejrzewali
o związki z nieczystą siłą, stronili od nich, starali się nie

dopuścić ich do własnej zagrody, lecz z drugiej strony
obdarzali ich niemałym szacunkiem, poważaniem. Na Biało­
rusi matka lub ojciec młodych zapraszali na wesele zawsze
jako pierwszego kołduna lub kołdunicę. Na uczcie weselnej
przeznaczano dla nich najbardziej eksponowane miejsce,
zwracano na nich szczególną uwagę. Ze strachu, żeby nie
rozłościć kołduna, który mógł zemścić się za złe przyjęcie,
obdarzano go „pierwszym kęsem", „pierwszym kielisz­
kiem". Niezadowolony z przyjęcia, bądź niezaproszony na
wesele kołdun mógł zniszczyć wesele, weselników przemienić
w stado wilków. Gdy wśród gości weselnych nie było
miejscowego kołduna, jednym z drużbów musiał być zna­
chor lub inny, silniejszy od niezaproszonego kołdun. Ale tacy
mieli być rzadkością. Toteż chcąc nie chcąc prosili kołduna
na wesele.
Stosunek do kołdunów, wiedźm itp. był więc podobnie
nacechowany jak do „wybrańców bożych" - znachorów.
Wiele nazw, atrybutów i funkcji łączy ze sobą te dwie
kategorie „znających". Różnice między znachorstwem a kołdowstwem, wiedźmostwem były niezbyt wielkie. Dobrze
oddaje to wiele etnograficznych źródeł, na podstawie któ­
rych, trudno nieraz orzec, czy mamy do czynienia z opisem
kołduna czy znachora, wiedźmy czy znachor ki. Złożyło się
na to szereg różnorodnych przyczyn.
Do transformacji wierzeń o znachorach, wiedźmach i koł­
dunach przyczyniła się działalność Kościoła oraz sprzymie­
rzonych z nim instytucji państwowych. Te instytucje stawiały
znak równości między znachorami i znachorkami a czarow­
nicami, wiedźmami. W procesach o czary, m.in. w Polsce,
Czechach i na Słowacji w X V I - X V I I I w. większość do­
mniemanych czarownic była w istocie znachorkami. Jeszcze
w końcu X I X i w I poł. X X w. Kościół poprzez duchownych,
tym razem głównie z ambony, lecz nierzadko z pomocą
sądów walczył nadal ze znachorami, znachorkami, wróżami
itp., traktując ich zawsze jako czarowników, czarownice.
Słynna na Pokuciu wróżka, Jewdokia Bończuk, uchodziła
także za czarownicę, czemu sprzyjało to, iż była „w ciągłej
wojnie" z Kościołem, żandarmerią, często wzywana była do
sądu, który nakazywał, żeby zaprzestała praktyk. Znany na
Mazowszu znachor Ludwik Organowski z ok. Makowa,
zwalczany był przez duchowieństwo. Jeden z księży napięt­
nował go z ambony jako sługę diabła. Dało to taki skutek, że
wieś podzieliła się na dwa obozy: jedni widzieli w nim
świątobliwego, obdarzonego łaską niebios znachora, inni
- wspólnika diabła, któremu zaprzedał duszę. Pewnej biało­
ruskiej wróżce pop zakazał leczyć i wróżyć. Ta słuchając
poleceń popa nie leczyła w dni postne, ale zdarzało się, że
i wtedy dawała wodę i zioła ch orym, pod warunkiem jednak,
iż wezmą oni grzech na siebie.
Na przekształcenie wierzeń o znachorstwie, kołdowstwie
i wiedźmostwie zezwalała logika tych systemów wierzenio­
wych. Według powszechnej wiary znachorzy w zasadzie
czynili dobro, odwracali nieszczęścia, ale czasem w gniewie
zaszkodzili, powodowali nieszczęścia. Kołduni, wiedźmy,
wiedźmaki, strzygi, bosorki itp. z reguły wyrządzali zło,
działali na szkodę ludzi, lecz czasem też pomagali w nie­
szczęściu. Bowiem, zgodnie z szeroko rozpowszechnionymi
przekonaniami, kto potrafi zdjąć czar, wyleczyć, odwrócić
zło, umie również czarować (szkodzić), zwłaszcza w najbliż­
szym otoczeniu. Z tym łączy się rzadka działalność znacho­
rów na rzecz własnej wsi, utrzymywanie w tajemnicy swego
rzemiosła. Dlatego też wieś nie zawsze traktowała poważnie
swoich znachorów, podejrzewała ich o to, że służą nie tylko
Bogu, ale i diabłu. W niektórych okolicach Wielkopolski,
Podlasia, Mazowsza wierzono, że „ m ą d r a " z łaski Boga
leczyła, nigdy nie szkodziła, lecz w tej samej wsi jedni uważali

119

I

ją za znachorkę, inni za czarownicę. Część mieszkańców
Zaleczą Wielkiego (pow. wieluński) była przekonana, iż
guślarz trzymał ze „złym", pozostali - że z Bogiem, „bo
odmawiał świętości". Na Łemkowszczyźnie znachorzy, aby
oddalić wątpliwości chłopów czy czarują z Bogiem czy bez
niego, demonstrowali swą religijność. Wydaje się jednak, iż
przynajmniej niektórzy z nich wierzyli w to, że służą
jednocześnie Bogu i diabłu. Najsłynniejszy na Witebszczyźnie znachor-wiedźmak, tzw. „Staraselski C i f ", który leczył,
zdejmował czar, nasyłał choroby na wrogów swoich klien­
tów, nie chodził do cerkwi, ale zbudował kapliczkę. Jednakże
wiara w to, że jest możliwe służenie jednocześnie Bogu
i diabłu stoi w jawnej sprzeczności z dominującym jeszcze
w X I X w. wierzeniami, iż znachorzy zawdzięczają swą moc
i zachowują ją dzięki wyłącznemu związkowi z Bogiem,
świętymi, Kościołem, natomiast kołduni, wiedźmy czarują
tylko z pomocą nieczystej siły, wyrzekają się Boga i Kościoła.
Ponieważ znachorów z kołdunami i wiedźmami łączyła
umiejętność leczenia, wróżenia, zamawiania, czarowania,
jednych i drugich nazywano „zażegnywaczami", „szeptuchami", „prymiwnykami", „wróżami", „worożbytami",
„czarodziejami", „zielarzami", zielarkami" itp. Czarowni­
kami, czarownicami mogły być określane nie tylko te osoby,
które szkodziły z pomocą nieczystej siły, ale wszyscy ci,
którzy dysponowali mocą większą od zwykłych ludzi. Bo­
wiem słowo „czar" znaczyło moc, złą i nieczystą siłę,
„czarować" - wyrządzać zło lub zadać, uczynić, odczynić,
odrobić. Także słowa znaczące „lekarza", „leczenie" obej­
mowały czarownika, czar, wróżenie, zamawianie. Przekon­
anie, że wiedza magiczna znachorów, wróżów, kołdunów itp.
pochodzi z zaświatów (wyraju) utrwalone zostało w ich
nazewnictwie: „vyraj" - znachor, czarownik, „vyrit" - naszeptywać, zamawiać, zajmować się znachorstwem, wróżyć,
czarować. Wiara w ich nadzwyczajną wiedzę została od­
zwierciedlona w nazwach typu: „znachor", „wiedźma",
„mądra" wywiedzionych od słów znaczących wiedzę, mąd­
rość. Ukraińcy i Białorusini zwali znachorem zarówno
„świętego", „bożego człowieka", jak i tego, który swą
wiedzę i moc zawdzięczał diabłu.
Pomimo tego na Słowiańszczyźnie powszechnie odróż­
niano tych, którzy trudnili się oddalaniem nieszczęść od tych,
co owe nieszczęścia powodowali. Sami znachorzy przeciw­
stawiali się kołdunom, wiedźmom, bosorkom, upiorom itp.
O tym, że jedni uważali się za znachorów, inni za czarow­
ników i za takich brało ich otoczenie decydowało przede
wszystkim to, jakim nieziemskim mocom zawdzięczali swą
wiedzę i umiejętności magiczne, w konsekwencji czego pełnili
(niezupełnie) odmienne funkcje. Według Ukraińców zna­
chor i worożbyt związani byli z Bogiem, nic nie mieli
wspólnego z czartem, uważali ich za świętych ludzi, którzy
nic złego nie robili, choć mogli; rządzili wiedźmami i czarow­
nikami, walczyli z nimi oraz ze zmarłymi, a przy tym zawsze
zwyciężali ze złem. Pewna rosyjska kołdunka (Maria Szerstjukowa) zaczęła chodzić do cerkwi, leczyć za pomocą traw,
zamówień, przestała czarować, bo miała przekazać wiedzę
innej osobie - „peredela svoich ćetej, teper' ne możet'"
(szkodzić) - objaśniali chłopi. W krakowskim czarownica
zwracała diabłu ser, on rzucał w nią jajkami, które otrzymał
od niej, gdy uczył czarowania, przez co zrywała z nim
związki, przestawała być czarownicą.
Związek znachorów z niebem, Bogiem i świętymi a koł­
dunów, wiedźm z nieczystą siłą, królestwem zmarłych tłuma­
czy często wyrażane przekonanie, że są oni sobie wrodzy. Na
Witebszczyźnie bano się chłopa, który wystąpił przeciwko
znachorowi i brano go za wiedźmaka. Słowacy i Czesi
z chorobami „porobionymi" przez czarownice szli najpierw

120

do bosorek a następnie do przeciwstawianych im ,,vedomkyni", „bohyni", chłopa-chirurga. Wsch. Słowianie wzywali
znachorów lub osoby duchowne do chorób spowodowanych
przez diabła (np. egzorcyzmowania padaczki), zniszczenia
czaru (np. „załomu") kołduna czy wiedźmaka. Za pomocą
gromowej strzałki likwidował czar kołduna rosyjski znachor.
W związku z powszechnymi przekonaniami, że burze nasyła­
ją kołduni, wiedźmaki, czarownice, że mają oni także moc
nad gadami, warto odnotować jeszcze, iż w ok. Starego
Sambora „chmurnyk" rozpędzał burze „w imię Michała
Archanioła" i miał przy sobie kawałek żelaza, a rosyjski
znachor trzymał żelazo za pasem w trakcie zamówienia
ukąszenia żmisji (w którym to zamówieniu wzywał pomocy
św. Jerzego, Michała Archanioła, św. Ilję, Chrystusa itp.).
Znamienne jest właśnie wielokrotnie w różnych miejscach
odnotowywane przeciwstawienie antagonistom znachorów
gromu: według tatrzańskich górali grzmi, gdy baca wyrzeka
się Boga; wspomniany „Staraselski C i f " bał się burzy
i gromów; zdaniem Białorusinów nieustanna błyskawica
wyróżniała noc po św. Ilji - wówczas odbywał się główny
sabat wiedźm. Wiara Ukraińców i Białorusinów, iż kowal
jest najlepszym znachorem, którego boją się wszystkie
wiedźmy, który znęca się nad nimi, można zestawić z mito­
logicznymi wyobrażeniami Gromowładcy, bądź jego pomo­
cników jako kowali w indoeuropejskich tradycjach; w folk­
lorze wsch. Słowian św. Kuźma-Demian (w niektórych
wersjach, np. Adam), w bułgarskich pieśniach i rumuńskich
bajkach zaś św. Jerzy jako „pierwsi kowale" niegdyś walczyli
ze Smokiem (lub też z Babą-Jagą, czartem, wiedźmą itp.) za
pomocą rozpalonego do czerwoności żelaza, złotego młota
itp., który to pojedynek kończyło pokonanie przeciwnika
„boskich kowali".
Już na tej podstawie widzieć można w postaci znachora
funkcjonalne przedłużenie obrazu Gromowładcy, a w jego
przeciwnikach transformacje mitycznego antagonisty Boga
Gromu.
Mitycznym przeciwnikiem Piorunowładcy był na grancie
wschodniosłowiańskim w okresie pogaństwa Wołos - Weles.
Prawdopodobnie jego kapłanami byli wołchwy, na co wska­
zują etymologiczne i semantyczne związki imienia tego boga
(„Volos") i jego czarowników („volchv"), nawiązujące do
włosów, skóry. Ten związek odzwierciedlają zwłaszcza diale­
kty północnej części wsch. Słowiańszczyzny, gdzie szczegól­
nie rozpowszechniony był kult Wołosa i skąd (głównie
z Jarosławia, Smoleńska, Nowogrodu) pochodzili wołchwy.
Postać wołchwa przypomina szamana: w ekstatycznym
stanie przywoływał duchy, bogów, jak szaman padał na
ziemię, leczył, wróżył, czarował; miał władać tak nadzwy­
czajną wiedzą tajemną, że potwierdzają to letopisy. Zaraz po
przyjęciu chrześcijaństwa byli oni zwalczani oraz ze starą
religią, ale zdołali dość długo przetrwać poza miastami. To
właśnie na zespole wierzeń i praktyk związanych z tymi
kapłanami Wołosa wyrosło kołdowstwo i wiedźmostwo
u wsch. Słowian.
Postać rosyjskiego kołduna i białoruskiego wiedźmaka
może więc uznać za historyczne, po części funkcjonalne
przekształcenie postaci kapłanów Wołosa. Wyjaśnia to
szereg charakterystycznych ich atrybutów i funkcji. Przede
wszystkim zakres działań kołdunów i wiedźmaków: czary,
wróżenie, leczenie, związek z wodą (władanie deszczem,
burzą), królestwem zmarłych, przeciwstawianie ich znacho­
rom i Gromowładcy odpowiada charakterystyce wołchwa
i Wołosa. Rosjanie, Białorusini, a także m.in. Łemkowie,
Słowacy traktowali kołdunów, wiedźmaków, czarowników
jako specjalistów od chorób bydła, co koresponduje z funkc­
jami Wołosa - opiekuna stada, boga bydlęcego. Podobnie

jak wołchw rosyjski kołdun i białoruski wiedźmak działali
w ekstazie, uniesieniu, opętaniu. Wołchwy osiągali ekstaty­
czny stan za pomocą środków narkotycznych. Natomiast
rosyjski kołdun osiągał podobny stan wypijając spore ilości
wódki. Nieodłączną cechą rosyjskich kołdunów, białorus­
kich wiedźmaków i wiedźm, łemkowskich baczów-znachorów, znachorów z Puszczy Sandomierskiej, z ok. Kielc itd.,
było to, że byli pijakami i pijani przystępowali do roboty.
Rozpoznawczymi cechami królestwa zmarłych była m.in.
ślepota, milczenie, chromość, włochatość, głupota, ale i mąd­
rość, brzydota, ale i piękno. Dlatego też powierzchowność
i cechy charakteru czarowników i czarownic bardziej przy­
pominają istoty „tamtego świata" niż ludzi. Charakteryzo­
wały bowiem te postacie złe (przenikliwe, zaczerwienione,
mętne, ponure) oczy, wzrok dziki (wilczy, latający), pat­
rzenie spode łba, unikanie wzroku ludzi, posiadanie „kozioł­
ków" w oczach; zły język, głos chropawy, rozmowy z samym
sobą (a właściwie z diabłem), milczenie; byli dotknięci
paraliżem, zgarbieni, mieli za dużo lub za mało palców;
twarz ich była odrażająca, stara, bądź przeciwnie: byli
młodzi, piękni, nie starzeli się: byli nadmiernie owłosieni,
o zrośniętych brwiach, długich, skołtunionych lub rozpusz­
czonych włosach, mieli długie brody i wąsy (także czarow­
nice); byli nadmiernie pobudliwi seksualnie; źli, mściwi,
stronili od ludzi, cieszyli się z nieszczęść, smucili szczęściem;
ubierali się śmiesznie, inaczej niż pozostali ludzie. Niektóre
z tych atrybutów (np. broda, długie włosy, chromość,
małomówność) charakteryzują również znachorów, analogi­
cznie jak wiele cech i funkcji łączy Gromowładcę z jego
mitycznym antagonistą.
W tym kontekście naturalną jest rzeczą, że Polacy, Czesi,
Słowacy, Ukraińcy, Białorusini, także m.in. Słoweńcy zna­

chorów, balników, worożbytów, czarowników, charakterników, wiedźmy, strzygi, bosorki itp., od których zależał los
ludzi i którzy kierowali sprawami „tego świata", nazywali
„bogami", „ziemskimi bogami". Tak to wyjaśniali Huculi:
„Pań Bog, toj, śo s'vit uves trimae, tot śo nad nami ne goden
sevo zrobiti - śo licha duśa, tiki e znachori... Se Zelena uże
mae tich zemlenich bogiv. Tuj sami cirivniki, ta tarachterniki
- Boże prosti" (29, s. 103-104). Nie dziwią zatem nierzadkie
opowieści o próbach ożywiania zmarłych, a nawet stworze­
nia człowieka przez ziemskich bogów. W gub. niżgorodzkiej
opowiadano, iż dawno temu żył czarodziej Brus', który wiele
„chytrości" znał i czynił, aż doszedł do tego, że chciał
stworzyć człowieka. W tajemnicy zrobił ciało człowieka,
chciał włożyć weń duszę, ale podpatrzyła to jego żona,
uderzyła tę formę, zniszczyła ją.
Formuła „dawno temu", otwierająca wiele tekstów folk­
loru, odniesiona do opowieści o ziemskich bogach ma
podwójny walor. Sakralizacja przeszłości, traktowanie Po­
czątku jako praźródła mocy magicznej tłumaczy wielokrot­
nie odnotowywane przekonania, iż dawniej żyli potężniejsi
znachorzy, kołduni, wiedźmy. Ponadto w I I poł. X I X
i w I poł. X X w. w wielu stronach nie było już wcale, bądź
tylko nieliczne osoby trudniące się znachorstwem, kołdowstwem czy wiedźmostwem. Rozkład dotychczasowej kosmo­
logii, w konsekwencji także solidarności grupowej - zna­
miennej dla społeczności chłopskich, sprawił, iż w oczach
otoczenia praktyki współczesnych „znających" odbiegały od
- pamiętanych jeszcze, branych za wzór - praktyk dawniej­
szych ziemskich bogów. To także może tłumaczyć stopniowe
porzucanie znachorów, wróżów czy czarowników przez
chłopów, coraz częstsze już w końcu X I X w. wizyty chorego
chłopa u lekarza.

BIBLIOGRAFIA
(wybór)
1 Anickov E. V... Jazycestvo i ilrevnaja Rus', S-Petcrburg 1911
2 Badura W., Wiejscy lekarze, „Lud" l . 9, 1903

23 Kuzela Z.. Dytvna v zvycajach i viruvunijacli ukrainskoho narodu,

„Materiały do ukrainskoi etnologii", t. 8, 1906 i t. 9. 1907

3 Baranowski В., W kręgu upiorów i wilkołaków, Łódź 1981

4 Bilij V.. Opoviat/uiiija ukraińskich zumiral'nikiy, „Enografićnij Zbirnik". kn. 9, 1930
5 Bogalyrcv P.. Voprosy teorii uarodnogo isskustva, Moskva 1971
6 Bogdanowie A. E., Pereźilki dremjago mirosozercanija u Belorussoy',

Grodna 1895
7 Boltarovic A. E., Z narodnoi medicinii ukrainciv Polissja, „Narodna
8 Bystroń J. St., Dzieje obyczajów w dawnej Polsce, t. I I , Warszawa 1976
9 Cajkanova E„ Z.yyky. Гш/ove liecenie. (w.) Banicka detlina Żakarorce.

red. J. Mjartan, Bratislava 1956
10 Ćubinskij P. P.. Trudy etnograficesko-slaiistiieskojckspedici
ną- Russkij kraj. t. I . Sankt-Pclerburg 1872

K., Znuchorstwo

w Samborskiem,

v Zapad­

„Lud",

t.

33.

12 Fcderowski M., Lud białoruski na Rusi litewskie, t. 1, Kraków 1901

13 Gnatjuk V., Poclioronni zvihii i obriadi, „Etnograficnij Zbirnik", t.
31 32, 1912
14 Horvathova-Cajkanova E., Lieeebne praktiky carodejnic nu serero-zupadnom Slovcnsku v prvej polovicii 19 stor, „Slovenskv Narodopis", r.

7, 1959
15 Horvathova F.., Abergkiubische yorstelhmgen uber die Natur und
ubcrnaturliche Wesen, (w:) Die Slovukisce Volkskultiir, hsg, E. Horvathova,

U. Urbancova, Bratislava 1972
16 Ivanov P.. Nurotlnye razskuzy о ved'mach i upyrjach',

„Sbornik

Chur'kovskogo istoriko-filologićcskogo obsecstva", t. 3. 1891
17 Karlowie/. J.. Czary i czarownice w Polsce, „Wisła", t. I , 1890
18 Kisielewska A„ Wojciech Rtichwal - planemik z Przysietnicy, (w:)
Między dawnymi a nowymi łuty... Studiu folklorystyczne,
pod red. R.

Górskiego i .1. Krzyżanowskiego. Wroclaw 1970
19 Kisielewska A., Czarownik pogody z Lachowic, „Roczniki Muzeum
Etnograficznego w Krakowie", r. 8, 1983
20 Klaniczanay G.. Elementy szamanisłyczne

w wiedimostwie

Środkowej

Europy, „Euhcmcr Przegląd Religioznawczy". 1984, nr 4 (134)
21 Kolberg O.. Dzieła wszystkie, t. 1 -68, Wroclaw 1961 1975
22 Kuchowicz Z., Leki i gusła dawnej wsi. Warszawa 1954

w Polsce w XV

25 Milicevie, 7A\ot srbu seljaka, „Srpski etnografski zbornik", kn. I ,
1894
26 Nikiforovskij К. J., Nećisłiki. Vil'na 1907
27 Nikitina А.. К voprosu о nisskicli kołdunach, „Sbornik Muzeja
Antropologii i Etnografii", t. 8. 1928
28 Oniśćuk A.. Muterijuli

ivorcisl' la etnografija", 1986, nr 2, (1989)

11 Dobrjański
1934 1935

24 Koranyi K„ Czary i gusła pod sądami kościelnymi
i pierwszej polowie XVI wieku, „Lud", l . 26, 1927

tło gucul'skoi

dcmonol'ogii, „Materiały do

ukrainskoi etnologii', t. U, 1909
29 Oniśćuk A., Z uarodnogo żitja Guculh; „Materiały do ukrainskoi
etnologii", t. 15, 1912
30 Piotrowicz St., Znaelwrka

i wróżka Jewtlokiu Bojczuk, „Lud", t. 13,

1903
31 Rak St., Nieco o magii w lecznictwie ludowym, (w:) Prace i materiały
z badań etnograficznych, Rzeszów 1968
32 Reinfuss R., O łemkowskich worożkuch. baczuch, czarowikach, „Mu­

zeum Budownictwa Ludowego w Sanoku", 1984, nr 28
33 Reznićek V., Lidovi lekaii

Pichove

(Pechanovce)

na

łloiickach,

„Cesky Lid", r. 21, 1911
34 Rubinskij N.. Znacharstvo

v' Skopinskom' i Dankovskom' uezdacli'

Rjazuuskoj guberni!, „Żivaja Starina", G. 6, 1896
35 Sarnecki M.. Znachory na Ukrainie. „Wisła", t. 1, 1890
36 Setkowicz J., Babiogórski haca-zuachor, „Lud", t. 67, 1983
37 Słomka J., Pamiętniki włościanina, Kraków 1929
38 Spittal St.. Lecznictwo ludowe w Zaloźcach i okolicy, Tarnopol 1938

39 Świętek .1., Lud nudrabski. Kraków 1893
40 Sejn P. V., Materiały dlju izucenija byta i jazyka nisskogo miseleniju
SeyerojZupudnogo kraju, t. I I I , Sankt-Petcrburg 1891 1893
41 Slubski Al., Matur'jalyda yyyucen'ja foTkljoru imovy vicebscyny, C l .

Minsk 1927
42 Tokarev A.. Religioznyje verovanija vosiocnoslavjanskich
narodov
XIX uuculu XX veka, Moskva 1957
43 Udziela M„ Medycyjna i przesądy lecznicze ludu polskiego, Warszawa

1891
44 Wollman F'., Vampyyrickepovesti

v ob/usti stfednoevropske. „Narod-

nopisany Vestnik Ceskoslovcnsky", r. 14 18, 1921- 1926
45 Zelnin D. K., Ocerki russkoj mi/b/ogii. Pctrograd 1916

121

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.