78d4aadeaadd4f4697b09077b95bbb37.pdf
Media
Part of Myśmy ustanowili przyrodę - rozmowa / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1994 t.48 z.3-4
- extracted text
-
Myśmy ustanowili przyrodę
O przyrodzie, ptakach, zwierzętach i okrucieństwie
rozmawiają:
Wiesław Myśliwski, Roch Sulima, Aleksander Jackowski
Przyroda i formuły
R.S. - Można by zacząć od ogólnie przyjętej, a przy tym
zdroworozsądkowej tezy, iż chłop nie stawał na zewnątrz
przyrody, nie wyodrębniał się z niej jakimś aktem świadomo
ści. Dlatego też - może to zabrzmi ryzykownie, przyroda nie
mogła być właściwie do pewnego momentu, źródłem prze
żyć, czy doznań estetycznych - w naszym rozumieniu.
Trzeba rozgraniczyć dwie rzeczy. Przyrodę, naturę i obraz
przyrody np. w słowie ludowym czy w plastyce ludowej.
Z jednej strony przyroda byłaby księgą pracy - zapisywaną
w chłopskim działaniu; z drugiej strony mogłaby być księgą
wyobraźni - modelem poznawania tego, co nieznane. To
dwa wstępne ustalenia. Bo przyrody - w naszym rozumieniu
- jako przedmiotu kontemplacji nie zna pieśń ludowa, nie
zna bajka.
Są w nich konwencjonalne znaki natury, to samo mamy
w malarstwie ludowym, gdzie przyroda jest symbolicznie
zaznaczona, dopisana do architektury, ale nie analizowana.
Jest jakby wtórna, np. w stosunku do architektury w średnio
wiecznej ikonie, czy na freskach Giotta. Pejzaż w sztuce
ludowej rodzi się bardzo późno i mówimy wówczas raczej
o sztuce naiwnej, a nie ludowej. Tak samo, pamiętamy: nie
ma przyrody w chłopskiej fotografii. A jeśli jest, to też jest
sztuczna i pochodzi raczej z miastowego atelier, gdzie
występuje konwencjonalna brzoza, strumień, ogrodzenie.
Jest to raczej inkrustacja drugiego planu, rzadko nato
miast obiekt autonomiczny, pierwszoplanowy. W świadect
wach chłopskiej kultury znaki przyrody są konwencjonalne.
Na przykład w tekstach archaicznych: w micie czy bajce
czarodziejskiej mamy oczywiście las, źródło, pole, górę,
drogę... Ale to są kategorie - byty; kategorie, od których nie
można się uwolnić. Są to fakty dominacji świata nad
człowiekiem, a nie kategorie poznawania czy opisu tego
świata, czy nawet tylko porządkowania rzeczywistości. Po
prostu przyroda jest jak moc, siła, energia, nie ma natomiast
obrazu przyrody, a więc czegoś, co nie jest nią samą, a jest jej
doznaniowo równoważne, jest jej słowną czy ikoniczną
iluzją. Nie ma tym bardziej przyrody, która mogłaby być
przedmiotem kontemplacji. Można powiedzieć, że to czło
wiek przynależy do lasu, źródła i pola, a nie są one we władzy
człowieka. Mówiąc w dużym skrócie: obraz przyrody poja
wia się w pieśni ludowej za sprawą formuły językowej
w sposób konwencjonalny, jako przestrzenny substrat czy
tło rzeczy i postaci. Śpiewa się w pieśni: „tam nad wodą
kalina stojała, a pod tą kaliną dziewczyna płakała". Zawęże
nie obrazu! Zawężenie obrazu, ale to też jest tylko pewna
formalna kwestia, „Tam nad wodą kalina..." może znaczyć
- gdziekolwiek!
Natomiast, jak sądzę, obraz przyrody, a więc coś, co już
jest wyraźnie przedmiotem kontemplacji, pojawia się wtedy,
kiedy chłopi sięgają po pióro; wtedy kiedy zamyka się
„epoka kolbergowska" - epoka anonimowej twórczości. Po
prostu problem słowa wyzwala dopiero spojrzenie na przy
rodę. Poprzez słowo, przede wszystkim jednak literackie,
poetyckie, „cudze" np. słowo Lenartowicza, Konopnickiej,
dochodzi się do obrazu przyrody, który wygląda tak schema
tycznie i konwencjonalnie, że w tzw. pisanej poezji ludowej
bywa on semantycznie pusty, przezroczysty. Sądzę, że słowo
chłopskiej poezji (z nielicznymi wyjątkami np. Jan Pocek) nie
wnosi nic odkrywczego do obrazu przyrody w literaturze.
Nie znaczy to jednak, że nia ma ludowego języka praktycz
nego, w którym mówi się o przyrodzie. Są np. ludowe nazwy
kwiatów, ptaków, gwiazd, obłoków. Dla nas brzmią one
niezwykle poetycko. Rejestrowali je dialektolodzy, interp
retują dziś etnolingwiści.
Powstaje zatem jakiś własny, ludowy wizerunek świata
przyrody. Nie bądźmy przecież naiwni: dla chłopa przyroda
była też księgą zapachów, księgą barw, księgą strachów.
Zapewne te wartości były mu dostępne. Tylko że zapach był
prawdopodobnie informacją, a nie przedmiotem kontemp
lacji, tak jak to my czujemy, gdy wchodzimy do perfumerii
wybrać np. jakiś zapach, co znaczy - wybrać jakiś styl. Po
prostu nie była to alegoryczno-symboliczna księga natury,
tak jak w renesansie czy baroku, ale - jak już powiedziałem,
była to księga informacji sensualnej, dotykowej; natura była
księgą pracy, może księgą metafizyki, ale nie księgą estetyki.
Są to - powtórzę - zdroworozsądkowe tezy.
O milczeniu rzeczowników
W. M. - Ale, żeby na tym nie skończyć, coś powiedział - bo
można nawet się zgodzić z tym wszystkim - to trzeba trochę
zamieszać w tej dyskusji. Po pierwsze: chłop, mówisz, nie
wyróżniał, nie wyodrębniał się z przyrody, tu jest pierwsza
wątpliwość. A może tylko nie wyrażał tego? A jeśli nie
wyrażał lub wyrażał to inaczej, niż my wyrażamy - to
dlaczego? Bo jeśli w zapisach chłopskich (to nie tylko
dotyczy poezji, to dotyczy różnych zapisów „koniecznych"
czy użytkowych) są konstatacje jedynie typu rzeczowniko
wego - to może jest to kwestia języka? Otóż mowa chłopska
jest w gruncie rzeczy bezprzymiotnikowa. Natomiast każda
kontemplacja jest przymiotnikowa. I zauważ jedną rzecz,
nawet w tym kawałku cytatu, który przytoczyłeś, jest np.
rzeczownik woda. I w tym cytacie nam się jawi obraz tej
wody, przez strukturę sytuacji, przez strukturę zdania,
w którą wkomponowany jest ten rzeczownik woda. I tak jest
na ogół zawsze w chłopskich zapisach. Można by powie
dzieć, że chłopskie zapisy są właściwie najbardziej idealnymi
zapisami literatury, ponieważ prawdziwa literatura też po
winna być bezprzymiotnikowa. Ale to nie znaczy, że tam nie
ma kontemplacji. W tym cytacie o kalinie jest właśnie
kontemplacja. Sytuacja, opisana w tym zdaniu, jest sytuacją
kontemplacyjną.
Moja uwaga dotyczy właśnie tego, że chłop wyrażał
inaczej swoje miejsce w przyrodzie ponieważ inny był
chłopski język. I to by nas prowadziło - do zastanowienia się
nad chłopskim sposobem wyrażania przyrody. To jest inny
w ogóle stosunek do przyrody nie mieszczący się w naszych
konwencjach. I dlatego wyciąganie wniosków musi być
bardzo ostrożne, musi przede wszystkim prowadzić najpierw
do zastanawiania się nad systemem języka, w którym chłop
w ogóle określał swoją sytuację.
133
I
Być może kultura chłopska jest przede wszystkim kulturą
milczenia. Słowo w tej kulturze ma zatem znaczenie sym
bolu, metafory, znaku nie tylko komunikacyjnego. Jeden
rzeczownik w tej kulturze znaczy czasem więcej niż cały nasz
opis. I na ogół nie wyraża się tego, co się widzi, bo to jest.
I przez samo to, że jest, jest już mową, chłop - stwierdzam to
w formie pytania - rozmawiał milczeniem z tą przyrodą.
Prawdopodobnie także przyroda rozmawiała z nim. Mieli
wzajemny kod, stanowiący dla naszego inteligenckiego myś
lenia tajemnicę.
R. S. - To nie wyklucza tezy postawionej na początku
naszej dyskusji...
W. M . - Nie, oczywiście nie, ale to nie znaczy np. że chłop
nie przeżywał zachwytów nad przyrodą, tylko wyrażał swój
zachwyt, swój podziw, swoje wartościowanie - inaczej.
Jeśli chłop powiedział: o niebo! - dajmy na to - to w tym
było wszystko. Jemu niepotrzebny był żaden przymiotnik.
Bogactwo samej nazwy, spektrum znaczeń, jakie było w sa
mej nazwie, było inne niż w naszych nazwach, choć pozornie
są to te same nazwy. Bo jak czytasz np. chłopskie zapisy,
powiedzmy, testamenty, to nie możesz powiedzieć, że egzys
tencja toczy się na zewnątrz przyrody, że chłop jest wywłasz
czony z przyrody; że nie czuje z nią związku, że nie czuje
emocji wobec przyrody. Tylko, wydaje mi się, że jeśli mamy
mówić o relacjach: chłop - przyroda, to czy chcemy, czy nie
chcemy, musimy przede wszystkim mówić o języku, starać
się wniknąć w ten chłopski język.
A. J . - Rzecz dotyczy nie tylko wrażliwości na przyrodę,
pewna sfera odczuć chłopa nie jest nam znana, nie opisują jej
żadne teksty, np. testamenty. Nie wiemy jak reagowano np.
na śmierć, a przecież ograniczając się tylko do opisu
etnograficznego z zewnątrz, widzimy jedynie skonwenc
jonalizowaną formę zachowań. W środowiskach miejskich
literatura, zwłaszcza początku wieku, wykreowała obraz
rozpaczy kobiety, która straciła dziecko. Umierało się
z miłości. A na wsi? Czy też się umierało z miłości, czy też
wszystko toczyło się w sposób mniej egzaltowany. Śmierć,
stale obserwowana w przyrodzie, była zjawiskiem po prostu
bardziej naturalnym. Nieuniknionym.
Sprawa wartościowania estetycznego: dla mnie ładna
krowa, to kształtna, zgrabna, pięknie sklepiona. A Jacek
Olędzki pytając o preferencje estetyczne chłopów na Kur
piach dowiadywał się, że krowa ładna, to duża, tłusta, dająca
dużo mleka. A więc użyteczna.
Wartościowanie tylko estetyczne stanowi przywilej ludzi,
którzy nie muszą zwracać uwagi na inne funkcje. Venus
z Willendorf miała rozłożyste biodra, ponieważ w tamtych
warunkach dawało to szanse urodzenia dziecka. Marylin
Monroe nie miała żadnych szans u ludów kopieniaczych,
zmuszona do ciężkiej harówki na polu.
R. S. - Ideał urody u rosyjskich chłopów (analizowany
zresztą przez uczonych) jest dokładnie taki sam, podobnie
Handzia w „Konopielce". A kobiety w filmie „Mondo
cane"?
A. J . - No właśnie. Jednocześnie Olędzki stwierdza, że
ocena estetyczna krajobrazu zależy od przyzwyczajenia. Dla
Kurpia góry są brzydkie, zaś góral źle się czuje nad morzem
czy na równinie. Pojęcie piękna wiąże się więc z tym, co
kształtuje nasza podświadomość. Mówiąc o „pięknie" roz
mawiamy innymi językami.
W. M . - Absolutnie się z tym zgadzam. Tu dochodzimy
właśnie do istoty rzeczy. Nie możemy w spojrzeniu na
chłopską kulturę, na chłopskie zachowania, na chłopską
estetykę - posługiwać się naszymi pojęciami, naszymi przy
zwyczajeniami, naszym językiem. To jest podstawowy błąd,
metodologiczny, poznawczy. I dlatego, jeśli będziemy naszy
mi narzędziami tę sprawę badać, to dojdziemy do kon
statacji, że chłop nie wyrażał stosunku estetycznego na
przykład: nie miał skali przymiotnikowej - wobec tego nie
134
wyrażał zachwytu. On nie miał potrzeby wyrażać. Zachwyt
wynika zawsze z pewnej obcości, z pewnego dystansu, czy
nawet niewiedzy: coś się nagle zobaczyło - i zdziwienie. On
nie miał powodu być zdziwionym. On o przyrodzie, w której
żył, wiedział wszystko. Wysysał jej znajomość z mlekiem
matki. Czerpał tę wiedzę z doświadczenia pokoleń, na
kładając na to własne doświadczenie. Był skazany na
przyrodę tak samo jak na los. Czuł wobec przyrody pokorę.
A pokora jest najwyższym stanem zachwytu, najwyższą
formą kontemplacji. Podany tu został klasyczny przykład,
gdy chłop przeniesiony ze swojej przyrody w inną przyrodę,
przestawał żyć. To była miara. Czy to jest miara estetyczna?
- Oczywiście, też. To jest miara tak głęboko estetyczna, aż
tożsama z miarą ontologiczną.
A. J . - Tylko nie zwerbalizowana.
0 samorództwie i sacrum
R. S. - Jak poznać to, co nie wyrażone, czy nawet
niewyrażalne? Jak poznać stosunek chłopa do przyrody? On
się zawiera w samej etymologii słowa przyroda, w zwrotach:
„przyrodzenie", „przyrodni". Bo przyroda jest odpowied
nikiem tego, czym w łacińskiej tradycji jest natura. W języ
kach słowiańskich jest to właśnie oznaczenie czegoś, co jest
przyrodzone, wrodzone, co jest samorództwem, co nie jest
dodane, co nie jest wniesione z zewnątrz. Przyroda jest
hipotezą wszechogarniającej, samoodradzającej się „cało
ści".
A zatem mówienie o przyrodzie rzeczywiście nie musiało
istnieć jako coś, co ma osobny słownik, osobny styl, nie
musiała istnieć osobna mowa. To był w zasadzie język bytu.
Mówienie czy ustosunkowywanie się do przyrody, to tyle
samo, co bycie w tej przyrodzie. Ale czy przyroda nie była też
swego rodzaju lustrem, w którym chłop dostrzegał siebie.
1 nie tyle mógł wówczas powiedzieć: - to właśnie „ja", ile
raczej mógł w tym lustrze natury dostrzec swój i n n y od
wszystkiego, co go otaczało - kontur, sylwetkę.
A. J . - Chłop był od przyrody niesłychanie uzależniony:
od jej rytmu, od długości dnia, od tego czy będzie deszcz czy
tego deszczu nie ma. Od tego zależał jego byt, stąd próby
oddziaływania na przyrodę wiążą się z religijnością ludową;
z mitologiami.
W. M . - Ja bym to jeszcze uzupełnił. Chłop nie tylko był
uzależniony od przyrody ale też prawdopodobnie sądził, że
i przyroda jest w równym stopniu uzależniona od niego. Stąd
cała rytualizacja jego stosunku do przyrody. To, co ja tam
w Kamieniu napisałem o tej kromce chleba, bez której ziemia
nie urodzi. Nie może się zacząć cykl życia bez rytualnego
początku. To było przecież przypisanie sobie równorzędnego
znaczenia. Że ta ziemia bez niego jest bezradna. Że się nie
oswoi, nie otworzy, nie zamknie.
To świadczy w gruncie rzeczy o integralności równopraw
nej. Bo prawdziwa integralność nie jest tylko poczuciem
istnienia w czymś, ale jest poczuciem istnienia w równopraw
nym związku. A rytualizacja innych rzeczy? Pan tu wspo
mniał, jak chłop przeżywał śmierć. Ale on miał i sposoby na
tę śmierć! W mitologii chłopskiej przetrwało mnóstwo
świadectw przekładania sobie śmierci na dogodną chwilę.
Odpędzania śmierci. Targowania się ze śmiercią. Partnerst
wa wobec śmierci.
R. S. - Tak, myślę, że problem ten jest szczególnie ważny.
Rytualizacja stosunku do rzeczywistości, posiadająca uzasa
dnienie magiczno-mityczne, zaczęła nakładać się i przenikać
z chrystianizacją chłopskiego stosunku do przyrody. Sądzę,
że wraz z pojawieniem się chrześcijaństwa, czy zagospodaro
waniem przez chrześcijaństwo kultów pogańskich, stosunek
do przyrody zaczął się zmieniać. To znaczyło bardzo wiele.
A. J . - Dlaczego? Co się zmieniło w odczuciu magicznego
związku z przyrodą?
R. S. - Można by powiedzieć, iż nauki kościelne uprawo
mocniły inne siły sprawcze, ustanowiły (choć proces tego
ustanawiania jest długi i skomplikowany) innego gwaranta
status quo w tym świecie. Sacrum chrześcijańskie - na
kładające się na sacrum magiczne, w różny sposób z nim
poprzenikane, stworzyło jeszcze inny typ uzasadnień - doko
nało wyłomu światopoglądowego. Oto jest jeszczejakiś inny
sposób wyjaśniania tego, że zboże rośnie, las trwa, a kwiaty
rozchylają swoje pąki.
W. M. - Ja bym się częściowo z tą tezą zgodził pod
warunkiem, że chrystianizacja polegała m.in. na próbie
nauczenie chłopa przyrody w taki sam sposób jak nowej
wiary. Nazwałbym to latynizacją przyrody w chłopskiej
kulturze.
R. S. - Jako księgi wiary
W. M. - Mniej więcej. Bo co to właściwie znaczy przyroda?
To jest nasze pojęcie, ludzi wykształconych.
Znowu wracam do poczucia pierworodności. Są pewne,
przynajmniej pośrednie, dowody na to, że nie istniało
w chłopskim kosmosie - bo tak to trzeba nazwać - coś
takiego jak przyroda. To jest pojęcie stworzone przez kolejne
etapy rozwoju świadomości ludzkiej. Prawdopodobnie
w kulturze chłopskiej wyobrażenie przyrody jest zupełnie
inne i na czym innym polega. Tak jak wyobrażenie śmierci
wyobrażenie zaświatów, wszechświata, Boga. Bo kiedy my
mówimy - przyroda, to od razu wyodrębnia nam się pewna
wizja, jakby oddzielna od nas, (o właśnie!) którą musimy
podziwiać, którą musimy kochać, którą musimy ratować.
R. S. - Ale właśnie chrystianizacja - jak słusznie powie
działeś - umożliwiła postrzeganie przyrody jako czegoś
osobnego i nam w jakimś sensie podległego. Zapewne
chrześcijańskie przekonania czy wobrażenia raju mogły się
okazać dla chłopa pewnym wzorcem estetycznym; mogły
uzasadniać inne spojrzenie - na te same kwiaty, tę samą łąkę,
na drzewa czy ptaki. Ileż w ludowych legendach, ludowych
nazwach świata przyrody jest aluzji i nawiązań do rajskich
wyobrażeń?
W. M. - To jest dalszy ciąg mojej pierwszej kwestii, czyli
j ę z y k a . A właściwie jej podpunkt: czy chłop w ogóle
wyróżniał nie tyle siebie z przyrody, tylko przyrodę z siebie.
Tu każdy z nas ma na pewno wiele nieoczekiwanych
zaskakujących przykładów na stosunki chłopa z przyrodą.
Ja pamiętam, jak opowiadano m i , że chłopi, po powodzi
batożyli rzekę; Samo pojęcie przyrody należy więc zrewido
wać i starać się, jeśli to jest możliwe, zrozumieć, jak świat
przyrody, w różnych formach swego istnienia mógł kształ
tować się w wyobraźni chłopskiej, i jak tę wyobraźnię
kształtował.
A poza tym. Jeśli my mówimy: przyroda, to przecież samo
pojęcie przyrody nie tylko wyodrębniamy, ale w jakiś sposób
zubożamy, bo to dla nas jest pejzaż, coś poza nami, przed
nami, obok nas, lecz nie w nas. Tymczasem w kulturze
chłopskiej - bo wolę używać tego pojęcia - podejrzewam,
a nawet miałbym na to dowody, przyroda była częścią
osobowości człowieka, była integralna z nim, istniała przede
wszystkim w nim, a na zewnątrz była jakby odbiciem tego
istnienia wewnętrznego. Ta przyroda „zewnętrzna" była
przecież usymboliczniona. Ptaki, drzewa miały swoje rangi,
swoje znaczenia pozaprzyrodnicze, wycie psa, skrzek sroki,
nawet kształty chmur obdarzone były ludzkimi przeczuciami
itd.
R. S. - W kulturze niechłopskiej była sprawa stosunkowo
jasna. Od czasów antyku, powiedzmy od Arystotelesa, to
wszystko było jakoś uporządkowane. Wystarczy także
wspomnieć wczesnochrześcijańskiego Fizjologa czy średnio
wieczne bestiariusze, aby stwierdzić, że przyroda była jakoś
opisana: każdy ptak, każde zwierzę miało swoje miejsce,
swoje funkcje. Natomiast w kulturze chłopskiej, jeszcze tej
XIX-wiecznej, to wszystko mogło być tylko powtarzalnym
doświadczeniem, przekazywanym przez tradycję mówioną.
Nie medytowano na ten temat w sposób systematyczny.
System przyrody, który istniał za sprawą człowieka, domino
wał nad systemem myśli spekulatywnej.
O ptakach i przysłowiach
A. J . - No dobrze, ale teraz mów nie jako ten, kto jest
posiadaczem różnych systematyk czy bestiariuszy, ale mów
o stosunku do zwierząt jako człowiek, który jest za wsi.
W. M. - Sądzę, choć to może ryzykowne, że stosunek
chłopa do zwierząt był zawłaszczający. To znaczy, że wszyst
ko co się rusza, chłop by najchętniej udomowił. Udomowił
co prawda parę zwierząt, ale pewnie gdyby mu się dało
udomowić i sarny i zające i ryby - to by to zrobił. A nawet
prawdopodobnie udomowiłby wszystkie te wyobrażeniowe
smoki itd.
To jest również jego stosunek do przyrody, w którym nie
czuł się wyłącznie podporządkowany, ale w różnym stopniu
czuł się - równorzędny. To jest pierwsza sprawa. Coś
udomowić. Przecież spotykaliśmy w swoim dzieciństwie
takie rzeczy пр.: jeśli się kawka dała udomowić, to się ją
udomawiało. Przypomnijmy tylko stosunek do bociana.
Przecież bocian nie spełniał takiej roli, jaką spełniała: krowa,
pies, kot. On przylatywał i odlatywał; on się nie dał tutaj do
niczego zaprząc ... choć nieprawda! - On się dał zaprząc, ale
w innym sensie.
R. S. - Był jednak jakoś bezinteresowny?
W. M. - Tak, budowało mu się gniazdo, patrzyło się, czy
bociany są. On był ptakiem - już domowym. Znaczył swoją
bezinteresownością, coś symbolizował. On wiosnę przynosi,
bocianowi narzucono też parę funkcji: czy stoi, czy leży, czy
ma dwoje piskląt, czy ma troje - wszystko to coś zawsze
znaczyło.
Sroka, bardziej niezależna od bociana, została tak samo
wprzęgnięta w całą tę chłopską użyteczność. W mojej
rodzinie, po zachowaniu sroki przeczuwało się nieszczęścia.
Jak sroka siadała na gałęsii blisko domu - ja do dnia
dzisiejszego nie mogę się tego wyzbyć - i zaczęła skrzeczeć, to
moja babka mówiła, coś się stanie, nie ma rady. I zganiała ją.
A dziadek mówił - i tak nie pomoże, bo już zaskrzeczała.
R. S. - W chłopskim świecie wszystko wydaje się wyjaś
niać, nawet to, co dla nas jest logiczną sprzecznością. Nie
darmo powiada się, że „na wszystko jest przysłowie" i „na
dwoje babka wróżyła". Ostatecznie, funkcją przysłów jest
neutralizowanie sprzeczności.
W. M. - Nie tylko. Jest taki piękny esej Karela Ćapka
O mądrości przysłów ludowych. Chyba tak tytuł brzmi. Otóż
Ćapek próbuje dociec, skąd ta sprzeczność przysłów, że
jedne drugim zaprzeczają i na każdą sytuację można znaleźć
przysłowie, choćby i sytuacje sobie zaprzeczały. I dochodzi
do wniosku, że ów paradoks jest przejawem głębokiej
mądrości życiowej. Że przysłowia ludowe są niczym innym
jak wielką księgą pocieszenia. Ich zadaniem jest przychodzić
z pomocą człowiekowi w każdej sytuacji.
Lecz skoro jesteśmy już przy ptakach, to na przykład nie
rozgryzłem do dnia dzisiejszego jednej rzeczy, stosunku
chłopa do jaskółki i do wróbla. W gruncie rzeczy jaskółka
jest umiłowana. Jest pod strzechą.
A. J . - Jest ptakiem Matki Boskiej.
W. M. - Natomiast wróbel jest z pogardą traktowany.
Pamiętam, jak kiedyś mój wujek mówił - to na gównie siada.
R. S. - W tradycji ludowej, co do wróbla jest sporo
określeń. Najczęściej, że to jest żyjąca, naoczna, ćwierkająca
pospolitość.
W. M. - Ale właśnie, czy nie dochodzimy tutaj do
wyodrębnienia pewnej kategorii estetycznej? Siada na gów
nie... Nie mówi się, czy on jest ładny, czy brzydki. Jaskółka
lot ma podniebny i nie siada na gównie.
135
1
R. S. - A więc są dwie sfery ptasie?
A. J . - Ale jaskółka równocześnie mówi o tym, czy będzie
deszcz. Czy ona wie więcej, niż ten pospolity wróbel?
W. M . - Ale on też jest pożyteczny, bo na przykład nie tępi
się na wsi wróbli. Wróbli jest zatrzęsienie. I potrafią być
szkodnikami, a nie tępi się wróbli.
R. S. - Tak, wróbel jest chłopskim symbolem vanitas,
symbolem marności przemijania, ale też pospolitości i mno
gości, właśnie czegoś nie dającego się zdefiniować. Ot po
prostu - wróbel! Wszystkie zwierzęta, które są związane ze
sferą gnojną, np. świnie, mają konotacje także negatywne,
oprócz użytkowych, a przy tym, świnia uchodzi za niezwykle
mądre zwierzę.I też tajemnicze właśnie. Bardzo tajemnicze,
a więc coś tam jest niedopowiedzianego, niedogadanego
i zapewne chłop nie chce wszystkiego wiedzieć. Przy chłops
kim „etosie obowiązku" taka wiedza o czymś, czego nie
powinno się wiedzieć, działałaby paraliżująco.
R. S. - Szatan dobudowuje świat po kawałku, tylko że jest
to zawsze kawałek zły. Ale wracając do grzybów, to wszyst
kie one są świadkami tamtego świata, stale się same z siebie
rozmnażają, jako i dobro i zło!
W. M . - Ja bym tutaj ostrożnie z tym i tamtym światem.
Bo w chłopskim kosmosie nie ma czegoś takiego.. Jest jeden
świat.
A. J . - Wróćmy do grzybów. Czy jeżeli się grzybnię
odsłoni, to później grzyb nie urośnie?
R. S. - Tak, nie wolno dotykać ręką, tak jak nie można
dotknąć wyobrażeń, bo dla mnie grzybnia to coś z wyo
braźni.
Ważne jest to magiczno-mityczne przekonanie o „prze
świcie" do tamtego świata, jaki by on był, przekonanie
o tajemnicy. To przekonanie znaczy tyle samo, co siły
przyrody. Odpowiednikiem naszego umysłu jest tam Tajem
nica.
O tajemnicy
O zróżnicowaniu na istoty dobre i zle
A. J . - Istnieje zróżnicowanie na istoty nacechowane
pozytywnie i negatywnie. Na przykład kiedy mówimy
0 zwierzętach, o ptakach, to jedne są diabelskie - te czarne,
np. kruki - przynoszące nieszczęście, a drugie są od strony
nieba, od tej strony przylatuje jaskółka, pojawia się bocian.
1 ten podział też istnieje. Niektóre rzeczy trzeba zgnieść
i tępić - bo są złe, a niektóre są dobre, pożądane.
W. M . - Ale jeszcze jedno, w tym, co pan powiedział, jest
zawarta cząstka odpowiedzi na to pytanie, od któregośmy
zaczęli. Czy to nie są właśnie kategorie estetyczne? Czy nie są
nimi rozróżnienia na: pożyteczne - niepożyteczne; złe - dob
re; spełniające takie lub inne role? Dające się zaprząc do
takich lub innych powinności - obojętnie czy pragmatycz
nych, czy wyobrażeniowych. Nie ma tam takiego rozróż
nienia, to my sobie tu rozróżniamy. Czy w tym nie jest
zawarta już przymiotnikowa estetyka.
R. S. - Podział na jasną stronę i ciemną stronę świata?
W. M . - Niekoniecznie, dlatego, że tu była cała skala
niuansów; tu nawet nie dałoby się tak rozrąbać na dwie
strony.
A. J . - A jest tak, że wobec rzeczy, które należą gdzieś do
sfery niebieskiej, zachowujemy szacunek, jesteśmy wyrozu
miali; natomiast tam, gdzie występuje sfera piekielna, tam
możemy wszystko niszczyć, jeżeli się tylko tego nie boimy.
R. S. - Kreta jeżeli się wyłonił, trzeba było zabić.
W. M . - W ziemi go zabijano!
R. S. - Ropucha też była znienawidzona.
W. M . - No tak. Ale się jej jednocześnie nie zabijało, bo
zadanie ropuchy, to...
A. J . - Tak, tak, to jest cały świat. Nie można wydzielić
przyrody ze świata filozofii.
W. M . - Tak jest. Powolutku jakbyśmy się trochę wsączali
w tej chwili w świat przyrody. Zarysowuje się nam zupełnie
inna koncepcja świata. Z innymi pojęciami, innymi katego
riami. Z innym językiem.
O grzybobraniu
R. S. - W przestrzeni podniebnej są gołębie, ... jaskółki,
bociany, ale także pszczoły. Wszystko to należało do sfery
boskiej.
Miód miał zawsze coś z magii i boskości. Natomiast
grzyby mają bardzo ambiwalentną wartość, to jakby twory
wyrastające ze stale odradzającego się, tajemniczego i nie
zniszczalnego podziemia.
A. J . - Szatan zawsze naśladuje Pana Boga, tylko psoci.
Jeśli mamy prawdziwki, to ich wrednym naśladownictwem
są szatany.
136
A. J . - Jest jakaś tajemnica Wszechświata. O właśnie!
Żyjemy w nieustannym poczuciu tej tajemnicy. Ja myślę, że
właśnie to,co jest charakterystyczne dla życia chłopa - to jest
przeświadczenie, że tajemnica istnieje wszędzie. I ta tajem
nica nas osacza wszędzie. O niej się nie myśli, bo ona jest
częścią naszego bytu.
W. M . - Otóż chłop żył w przeświadczeniu, że świat jest
tajemnicą. I świetnie, że jest tajemnicą. Dopóki jest tajem
nicą, jest w ogóle coś wart. I nie należy naruszać tej
tajemnicy. Bo gdyby się naruszyło tajemnicę świata - właś
ciwie naruszałoby się własną osobowość. Własny sens. Tak
jak my dziś naruszamy, kiedy chcemy poznać wszystko.
A. J . - To tak, jakby kamień wyjąć.
W. M . - Tak. Naruszamy... i to naruszanie tajemnicy
prowadzi nas przecież coraz bardziej do pesymizmu, do lęku
przed brakiem tajemnicy, upowszechniania się bezsensow
ności istnienia i tym podobnych rzeczy.
R. S. - A w naszej zracjonalizowanej kulturze, jak się
wydaje, tajemnicę gotowi jesteśmy przyznać człowiekowi.
Sens ludzkiego świata trwa dla nas, dopóki tajemnicą jest dla
nas „drugi" człowiek. Inaczej, niepotrzebna byłaby literatu
ra, sztuka... Odmiennie rzecz wygląda - nazwę to tak
- w humanistyce chłopskiej. Tam przyrody nie wolno
odzierać z tajemnicy.
A. J . - Co to znaczy, że nie chcemy naruszyć tajemnicy
człowieka? Bardzo chcemy naruszyć. Tylko mamy wpojone
różne zakazy. To są zakazy, wniesione, ale nasze zaintereso
wanie cudzą tajemnicą oczywiście istnieje.
R. S. - Ale w chłopskim świecie stosunek do innego
człowieka to był stosunek do sąsiada, krewnego, a więc do
kogoś posiadającego konkretny grupowy (społeczny) status.
Wtedy nie zakładało się, że nie trzeba o nim czegoś
wiedzieć, że nie wolno wiedzieć, ale raczej chciało się wiedzieć
wszystko. Był to stosunek duszoznawczy, psychoanalitycz
ny. Chociaż swoje sny opowiadało się nawet sąsiadom.
Inaczej, po prostu zmarnowałyby się.
W. M . - Nie, tam właśnie nie tyle się chciało wiedzieć, tam
się wiedziało. Co było też naturą, było czymś, co nawet nie
budziło zastanowienia.
R. S. - I być może większą tajemnicą była jaskółka,
wróbel, las niż drugi człowiek.
W. M . - Tak, bo skoro się żyło od dziada, pradziada
w ciasnej gromadzie, to wiedza o wszystkich ludziach,
mieszkających razem od paru pokoleń była tą samą wiedzą,
co o swoich najbliższych. To było coś naturalnego.
A. J . - I to była wiedza życia praktycznego. Natomiast
sądzę, że istniała pewna sfera, w którą się nie wchodziło;
pewna sfera - również myśli.
W. M . - Nawet dbało się, żeby nie wchodzić.
A. J . - Przestrzegało się. Wiadomo, że na wsi występowały
różne preferencje seksualne. A co my o tym wiemy? W ogóle
- sfera erotyki pozostaje w ukryciu. Pieśni, nawet te ob
sceniczne też ulegają skonwencjonalizowaniu. Samo słowo
„parobek" może mieć dziwne konotacje. Nietypowe skłon
ności musiały występować; występują w każdej populacji,
w pewnym wieku rozwoju osobniczego. Tylko my o tym nic
nie wiemy. To były rzeczy okryte sferą milczenia, tajemnicy.
W. M . - Ciągle mi się z dzieciństwem kojarzy pewne
zdanie. Kiedy jako dziecko pytałem o to coś, to słyszałem:
a po co ci to wiedzieć?
A. J . - Chłopa strzeżono, aby samodzielnie nie myślał, nie
zadawał trudnych pytań. Przecież jeszcze przed I wojną
światową, ale gdzieniegdzie i do dzisiaj jeszcze zakazują
czytania chłopom Nowego Testamentu, żeby przypadkiem
nie powstały herezje.
R. S. - Oczywiście, żebyś nie zaczynał myśleć o wszystkim.
Dlatego w średniowieczu znane było przekonanie, że niepiś
mienny jest bliżej Boga, a do Boga należało się modlić
śpiewem. Przyroda też śpiewała Bogu.
A. J . - Bo Bóg to jest intuicja...
O okrucieństwie
A. J . - Mówiliśmy o tym, że nie można przekładać
pewnych pojęć ukształtowanych na gruncie naszej świado
mości, naszej kultury. Przykładem sprawa o k r u c i e ń s
t w a , np. zabijanie świń. Dla człowieka z miasta, to jest
okrutne, krew jest w ogóle okrutna, choć zabite zwierzęta
jadamy. A przecież krew jest czymś naturalnym. W naszej
sferze zakazów cywilizacyjnych czy konwencji kulturowych
krew łączy się z czymś niedobrym, tragicznym, przekrocze
niem granic życia. Odczuwamy to sami po sobie. I na tym tle
dopiero rysuje się odmienny stosunek chłopa do zwierzęcia.
Jest on naturalny; ja lubię tę krowę, lubię tę świnkę - ale
potem ją zarżnę. Bo tak być musi, bo w tym celują hoduje.
R. S. - Ale jednak jakieś ludzkie wyroki zapadały w stosu
nku do zwierząt. Ktoś mi opowiadał, że kiedy zabijano przed
świętami świniaka to uderzono go tak niefortunnie obu
chem, że się wymknął z obejścia i na trzy dni zniknął. Gdzieś
go wreszcie znaleziono. I taki świniak nie mógł już po raz
drugi stawać do egzekucji na tym samym podwórku.
A. J . - Przeczytaj sobie Anatola France'a Poglądy księdza
Hieronima Coignardal I tam masz to samo, opowiastkę
o kimś, kto stanął przed katem, a ten źle uderzył, skaleczył
ofiarę, i już nie mógł powtórzyć ciosu toporem. Uważano
- widać Bóg tak chciał.
R. S. - To można nazywać personifikowaniem natury.
Uczłowieczaniem jej. Uczłowieczona natura dramatycznie
nakłada się na naturę ubóstwioną, boską!
A. J . - Tak to bardzo ciekawe, co w tej chwili powiedziałeś.
W. M . - A co do koni, to przypominam sobie, ze swojego
dzieciństwa w czasie okupacji, że przyjechali do naszej wsi
jacyś tacy z Warszawy, zdaje się szmuglerzy, i założyli
u jednego z gospodarzy w podwórku stację zabijania koni.
Mięso przemycali do okupowanej Warszawy. I pamiętam, że
to był szok, szok we wsi, że się konie zabija na mięso, że się
w ogóle konie zabija. Panowało bowiem przekonanie, że koń
powinien zdechnąć w sposób naturalny. Krowa nie, świnia
nie. Koń powinien zdechnąć w sposób naturalny. Znamy
z opisów takie obrazy śmierci konia.
A. J . - Takie właśnie, prawie ludzkie umieranie. I jest to
później w legendzie naszych powstań: koń grzebie nogą grób
ułanowi. Stosunek: człowiek - koń jest zawsze paralelny.
R. S. - Tak, ale z pobojowisk znane są sceny, kiedy ludzie
zmarznięci rozcinają wnętrze konia i wkładają tam nogi,
żeby się ogrzać i ocaleć.
A. J . - Ale jednocześnie mamy opowieść, że koń ratuje
życie człowiekowi, przeprowadza przez bezdroża, odczytuje
złowróżbne znaki, unosi śmiertelnie rannego z pola bitwy.
W. M . - Kiedy mówimy o stosunku chłopów do zwierząt,
to właściwie trudno byłoby uogólnić, że jest on jednakowy
\
do wszystkich zwierząt. Trzeba go zróżnicować tak jak do
ptaków, jak do ziół. Podobnie do konia. Z tego wynika, że
świat jawi się w sposób bardzo poszczególny. Poszczególność
wynika z tego, że każda rzecz obdarzona została swoją rolą
w świecie.
R. S. - Przyroda jest właśnie księgą tych rzeczy, ale czy
także księgą ludzi?
W. M . - Nie ma rzeczy niepotrzebnych, nie ma rzeczy
zbędnych, nie ma rzeczy tylko dla samego zachwytu. W ogó
le - nie ma zachwytu. Podobnie jak nie ma okrucieństwa dla
okrucieństwa. To się tak powszechnie sądzi, że chłopi są, czy
też bywają okrutni wobec zwierząt.
R. S. - Chłop żywemu nie przepuści...
W. M . - Ja bym w ogóle próbował spierać się z tezą, że
chłopi wobec zwierząt są jakoś szczególnie okrutni. Ciągle
dochodzą słuchy, że ktoś swojego psa wywiózł i zostawił na
drodze, bo wybierał się na urlop. Jeśli się nasłuchamy
różnych rzeczy o zwierzętach domowych, a więc ku radości
tylko trzymanych, to przepraszam bardzo, nie kwestionując
okrucieństwa chłopów wobec zwierząt, trzeba powiedzieć, że
to jest najbardziej z h u m a n i z o w a n e
okrucieńs
t w o . Tam jest zawsze z jakiejś przyczyny to okrucieństwo;
nie jest dlatego, że mi się tak podoba, że coś mi jest nagle
niewygodne; coś mi przestało być potrzebne lub przestało
być lubiane.
My natomiast w miastach bywamy okrutni w sposób
„odhumanizowany" - jeśli można tak powiedzieć. Proszę
zasięgnąć informacji w schroniskach dla bezdomnych psów.
Przerażająca jest wymyślność sposobów pozbywania się
zwierząt.
A. J . - Jednym z moich silnych przeżyć z dzieciństwa było,
kiedy widziałem jak woźnica bił straszliwie konia, który nie
mógł ciągnąć pod górę ciężkiego wozu. On go walił za to, że
żona taka wstrętna; że ma życie paskudne - odkuwał się na
tym zwierzęciu. A na wsi nie wiem czy to istnieje. Ja tego na
wsi nie spotkałem.
W. M . - Powiedział bym tak: na wsi okrucieństwo jest
praktyczne. Dam przykład, oszczeniła się suka. Miała czwo
ro małych, jednego się zostawiło na chowanie. Co z tymi
trzema zrobić? A no idź do Bartosza może wezmą. Nie chcą
Bartosz, bo już mają. Idź do tamtego. Idź do owego. Mają,
mają. Co z nimi zrobić? Przecież czterech psów nie będzie się
chować. Trzeba te trzy wziąźć w worek i potopić. Niejako
selekcja naturalna. Wspomniał pan tu o koniach. Biją konie,
prawda, pod tę górę nie może koń wyciągnąć, ale przecież
i ten gospodarz popycha mu ten wóz, jest cały zgrzany,
umordowany. I przecież wie, że musi pod tę górę wyciągnąć
- i przykłada. Czyli jak powiadam okrucieństwo spraktycyzowane. Nie ma natomiast okrucieństwa (choć wyjątki
zdarzają się wszędzie), o którym tu przed chwilą mówiliśmy,
że coś mi się nie podoba; nie te uszy, nie ten nos, dziecko
przestało się interesować pieskiem, czy wyjeżdżam na urlop.
A. J . - Potrzeba wyładowania agresji. Pamiętam, na
Syberii tatarskich wozaków, którzy wyciągali zwalone drze
wa, spośród pni, z wykrotów. Walili je lagami, wściekli, bo
też byli zesłani, i oni na te konie krzyczeli: każdy koń się
nazywał: jeden Wiaczesław Michąjłowicz (Mołotow), drugi
Josif Wisarionowicz (Stalin), trzeci tak jak Beria - Leonid
Pawłowicz. Więc bili i wrzeszczeli: Josifie Wisarionowiczu, ty
skurwysynu, ja ci nery odbiję. I wali, piana mu na usta
wychodzi. Tak odreagowywali swoją krzywdę.
W. M . - Myślę, że to okrucieństwo jest jakoś integralne
z całym tym światem.
A. J . - W lecie widziałem w Koszalińskim - na polu beczka
żelazna i pies przywiązany; wodę mu tylko wieczorem
donosili; i on w tej rozprażonej beczce - krótko uwiązany,
przeciwko dzikom! I to okrucieństwo, żeby tej wody jemu nie
dać.
W. M . - To jest taki sam stosunek, jak chłop bije babę, tak
137
samo i przykłada koniowi. Po prostu. Bije dzieci - za coś. Za
swoje krzywdy.
A. J . - Bicie rozładowuje.
0 drzewach
A. J . - Nigdy nie myślałem o tym, skąd się biorą deski
1 belki, przeżyłem bardzo silnie, kiedy zwaliłem w lesie (na
Syberii) pierwsze drzewo. To odczułem jakbym człowieka
zabił.
R. S. - Właśnie, miałeś przez kulturę, sztukę czy literaturę
wszczepiony określony stosunek do natury. Natomiast sto
sunek chłopów do drzew jest inny.
W. M. - Moim zdaniem do drzew jest stosunek w jakiejś
mierze sakralny. Szczególnie do drzew domowych. Co
innego do drzew w lesie, a co innego do drzew we wsi, do
drzewa przed moim domem, w moim obejściu.
A. J . - Kiedy powieszono na nim kapliczkę, stawało się
święte.
W. M. - Pamiętam takie sytuacje, wiadomo było, że
drzewo się zwali i trzeba je ściąć, bo chałupę przygniecie. I to
był dramat. To drzewo wrosło w nasz świat. I to tak, jakby
wyrąbał kawałek - ja wiem? - nieba, czegoś tam.
R. S. - Bo drzewo jeszcze odkładało pamięć przodków.
Było zegarem, kalendarzem, kroniką i historią rodu. Znane
były też zaślubiny z drzewem, braterstwo z nimi.
W. M. - Masz rację, ze wszystkich przedmiotów - w tym
otoczeniu - drzewo było obdarzone pamięcią. Pamięć chłop
ska - jak wiadomo była krótka, to znaczy jeśli chodzi
0 pamięć genealogiczną. Ale pamięć drzewa była bardzo
długa. Pamiętam, spotkałem się z tym wielokrotnie, ludzie
niewiele wiedzieli o swoich dziadkach, pradziadkach itd. Ale
wiedzieli, że to tam jakiś pradziadek Kacper posadził to
drzewo. Później mogła być pustka - ale to drzewo wiedziało.
A. J . - Drzewo widziało wydarzenie historyczne. Drzewo
jako świadek. Drzewo w samej strukturze jest kalendarzem,
bo ono każdy rok odkłada. W słojach widać, co kiedy było.
To jest kalendarz. Ludzie potrafią według słoi powiedzieć
w jakim roku był pożar, powódź.
W. M. - Poza tym stosunek do drzew był różny w zależno
ści od rodzaju drzewa. Na przykład, my w miastach, żeby
drzewo nam szybko urosło, sadzimy topole. Topola na wsi
była w pogardzie. Nie widziałem nigdy, żeby ktoś z własnej
woli posadził topolę. Topole same wyrastały. Sadzić można
było: jesion, wiąz, akację (każde drzewo szlachetne, trwałe
drzewo, które długo rosło.
R. S. - Morze białej piany na kwitnących akacjach i słodka
wszechobecna woń, to są pierwsze zapachowe „wymiary"
krajobrazu mojego dzieciństwa.
W. M. - Wierzbę się sadziło, ale też ze względu praktycz
nego, na przykład nad rzeką, bo wierzbę to tylko uciąć,
wsadzić i rośnie. Ale ją się sadziło z zupełnie innych
względów: żeby umocnić brzeg, bo brzeg rzeki był permanen
tną troską gospodarza, a żeby można było jeszcze kawałek
przesunąć, to się robiło faszynowe zastawy. Poza wierzbę nie
masz prawa przesunąć swojego brzegu. Natomiast inny
stosunek był do twardych drzew.
A. J . - Twardych, to znaczy długotrwałych?
W. M. - Tak! wiecznych drzew.
R. S. - Jak pamiętam, moje pierwsze doznania strachu
z dzieciństwa, skojarzone były z topolą. Kiedy szła chmura,
(mieszkaliśmy pięknie nad łąką) to słyszałem huczący młyn
1 złowieszczy szum topoli. Do dnia dzisiejszego skojarzyły mi
się te dwa szumy z doznawaniem niepokoju.
W. M. - Topola ci wyrośnie, jeszcze piorun ściągnie
- mówiło się.
O ustanowieniu przyrody
R. S. Powrócę do tezy, iż świadomość obrazu przyrody
zaczęła się pojawiać w kulturze chłopskiej dosyć późno.
Można zresztą zaryzykować ogólniejszą tezę, że krowa jako
138
obiekt kontemplacji a nie konwencjonalny element pejzażu
pojawiła się w polskiej tradycji estetycznej mniej więcej
w tym samym czasie co motocykl czy maszyna w ogóle.
Sięgnę jednak po przykłady z kultury ludowej. Warto
zapytać, kiedy zaczęły się na dobre upowszechniać ogródki
kwiatowe przed chłopskimi domami? To są, jak sądzę lata
trzydzieste i efekt działalności „Wici". To chyba dobry
przykład, pokazujący wyodrębnienie się Natury z natury,
kwiaty przestają być kwiecistą łąką lub polem. Model
przyrody przydworkowej, czy wręcz miejskiej, mamy oto
przed chłopskim domem. Mamy ów: „maleńki ogródek,
ścieżkami porznięty..."
W. M. - Wtedy już w tę kulturę chłopską wchodzi
przymiotnik.
A. J . - To już są ł a d n e k w i a t y , piękny ogródek.
R. S. - Mam jeszcze drugi przykład. Czytałem kiedyś
pamiętnik młodego robotnika wywodzącego się ze wsi.
Pracował w Nowej Hucie. Relacjonuje, jak wyszedł ze
swojego zakładu i zobaczył żniwujących ludzi na polu. On
dopiero zobaczył, z nowej perspektywy, czym jest pole,
zobaczył powoje w zbożu, chabry i ten zapach. Dopiero
w tym momencie odkrył pole po prostu. I było to odkrycie
estetyczne. Zresztą w pamiętnikach młodych robotników
pejzaż pojawiał się przeważnie w jednym tylko momencie:
- jako tło miłosnych uniesień.
W. M. - Powiedziałeś chabry - to jest taki klasyczny
przykład, jak pole pełne chabrów czy maków widzi miesz
czuch. Jakie piękne pole ! - mówimy. A dla chłopa, chabry
czy maki - zapaskudziły mi pole.
R. S. - Jak dzieci rysują pole to głównie się na te maki
nastawiają. Bo one „uczą się" przyrody w szkole poprzez
literackie konwencje i stereotypy. „Estetyka przyrody na
śladuje estetykę sztuki" - twierdził Stanisław Ossowski.
Wizerunek przyrody, nazwijmy to - miejskiej - dotarł więc
do chłopskiej mentalności. A to, że istnieje wspólne różnym
warstwom i grupom społecznym „piękno przyrody" świad
czy nie tylko o demokratyzacji procesów kultury, ale także
składa się na naszą tradycję estetyczną dziś.
A. J . - Przyroda stawała się dla chłopa niewidoczna, bo
naturalna, bo go otaczała od kolebki. A teraz weźmy hutnika
na Śląsku, koszmarny świat, który go otacza, i nagle znajdzie
się on na polu - wtedy przyroda zadziała na niego intensyw
nie swoją istotą. Zachwyci go.
W. M. - Nie tylko. Wyodrębnienie przyrody łączy się
z ucieczką po ratunek ku przyrodzie. Chłop tego nie
potrzebował. M y tego ciągle potrzebujemy. Wyodrębnienie
nastąpiło wraz ze zmianą funkcji przyrody - a więc ze zmianą
naszej świadomości.
A. J . - Po to są wakacje.
W. M. - Odkryliśmy nagle przyrodę - ale odkryliśmy ją
pod wpływem zaistniałych powodów: tych fabryk, tych
zadymionych miast...
A. J . - ... zanieczyszczenia wody, powietrza
W. M. - ... odkryliśmy przyrodę jako możliwość ucieczki.
R. S. - Po to są działki, dacze, wczasy, turystyka.
W. M. - Oczywiście odkryliśmy nowe funkcje przyrody.
Stąd obdarzyliśmy ją zachwytem.
R. S. - Na przykład Tatry są już elementem kultury, a nie
natury. Tam jest już wszystko oznakowane, zagospodarowa
ne, doszczętnie zużyte poznawczo, zneutralizowane emoc
jonalnie.
W. M. - Dokonało się to pod wpływem cywilizacji. Bo tu
nawet trudno rozróżnić miasto - wieś. Pod wpływem roz
woju cywilizacyjnego wyodrębniliśmy przyrodę i nadaliśmy
jej inną funkcję po prostu. Funkcję przedmiotową. Nawet
powiedziałbym, że to z jakichś motywów tragicznych wyod
rębniliśmy ją, zachwyciliśmy się nią. Nagle przyroda w tym
niepewnym świecie stała się naszym ratunkiem. Można by
nawet powiedzieć myśmy ustanowili przyrodę.
R. S. - Tak, cywilizacja zbudowała przyrodę.
W. M. Ustanowienie przyrody to efekt ludzkiej rozpaczy.
A. J . - I to jest pointa naszej rozmowy.
