-
extracted text
-
1. Choć ta rycina nie jest ilustracją Rękopisu znalezionego w Saragossie Jana Potockiego, chciałoby się podpisać ją jego pierwszymi słowami:
H rabia Olavidez jeszcze nie był sprowadził osadników do gór Sierra Morena. Strome to pasmo, które oddziela Andaluzję od Manszy, zamieszki
wali wówczas kontrabandziści, rozbójnicy i kilku Cyganów [...] Podróżny, który odważył się zapuścić w tę dziką okolicę, napastowany bywał, jak
mówiono, przez tysiączne okropności, na których w idok drżała najzimniejsza odwaga [...] a niewidzialne ręce popychały w bezdenne przepaście.
1.
Etnolog w podróży (4)
Etnograf, który wybierze się na turystyczną wypra
wę w góry wysokie, znajdzie się - patrząc z zawodowe
go punktu widzenia - nieomal na pustyni. M ało tu
kultury m aterialnej, trudno o przyzwoite wywiady,
skromne pole do obserwacji kulturowo utrwalonych
zachowań. Rośnie pokusa introspekcji - można obser
wować własne przeżycia wobec m ajestatu, piękna,
grozy itd., a potem konfrontować je z zapisanymi
w kulturze przekazami, w których góry stanowią źró
dło uniesień i romantycznych zachwyceń. N o ale ileż
można przeżywać? W ostatecznym rachunku przeważa
żmudny mozół wchodzenia i schodzenia - godziny,
dni, tygodnie na stale takich samych zboczach, osypiskach, piargach. Krótko mówiąc - nuda gór.
Niestrudzony w przerabianiu inform acji umysł po
szukuje w trakcie tych m onotonnych wędrówek tem a
tów do analizy, każe wydobywać drobiazgi, chce ukła
dać je w całostki. By mu dostarczyć materiału, trzeba
zniżyć się do obserwacji zachowań potocznych, bła
hych i przygodnych, jakie pojawiają się w trakcie ob
cowania z górami w dobie turystyki masowej.
Przed kilkoma laty w jednym z alpejskich schronisk
zbierałem się do kilkunastodniowego obejścia masywu
Ecrins, otoczonego popularną turystyczną obwodnicą
G. R. 54. Posuwając się po niej, można kolejno doko
nywać ambitniejszych, dośrodkowych wypadów ku
centralnie położonym szczytom (mnie pociągał zwłasz
cza blisko czterotysięczny La M eije, w ścianach które
go działał Wawrzyniec Żuławski, autor m.in. Wędrówek
alpejskich i Tragedii tatrzańskich —niezapomnianych, bo
umiejętnie dydaktycznych lektur dzieciństwa). Kiedy
JERZY
S. W A S I L E W S K I
Kto komu mówi
bonjour na Mont Blanc?
Próba antropologii
zachowań zdawkowych
turystów (paniom brakuje jedynie toczków na gło
wach, które są de rigueur w przypadku Japonek); mają
ze sobą nawet czekany, najzupełniej zbyteczne, niemające choćby podpórkowej funkcji ciupagi, zresztą zgoła
tandetne, bo kupione w sklepie z pamiątkami na dole.
Nie inaczej na zachodniej półkuli. N a trasach Yel
lowstone czy Grand Teton spotyka się nieskazitelnie
wykreowane turystki w świeżutkich koszulach (bywa
że białych - wszak przy campingu na dole jest pralnia),
którym nie wypada nie powiedzieć z uśmiechem hello!
(skądinąd, wymóg kupienia nowego kompletu ubrania
przed wyjazdem na wakacje jest w Am eryce formuło
wany mocniej niż gdzie indziej). Może trochę inaczej
jest w dolinie Yosemite, gdzie roi się od ambitnych wy
czynowców, wspinających się półnago po wielkiej ścia
nie El Capitan. Tacy nie witają się z nami, kiedy ob
wieszeni szpejami podchodzą pod ścianę - ale to już
inny, wyobcowany świat.
pytałem prowadzącego schronisko, w którą stronę le
piej wyruszyć w tę kolistą drogę, usłyszałem: „niech
pan idzie tak jak wszyscy, bo jak pan pójdzie w przeciw
ną stronę, to tout le mond będzie panu mówił bonjour
2.
Dlaczego na górskich ścieżkach nieznani sobie lu
i wszystkim będzie pan musiał odpowiadać”.
To rzeczywiście zmora najpopularniejszych szlaków
Alp: niepisany obowiązek ciągłego mówienia, a przynaj
mniej odpowiadania bonjour, buongiorno czy salute, G ru etzi albo Gruess Gott. Nie inaczej oczywiście w Tatrach,
po obu ich stronach: cześć, dzień dobry (zależnie od wie
ku) albo na zdar! I tak chyba wszędzie na świecie, gdzie
dotarła turystyka. Po rosyjsku w górach Azji Centralnej,
po nepalsku na himalajskich trasach trekingowych (na
potkany m nich czy miejscowy tragarz do swojego namaste doda jeszcze złożenie dłoni przed twarzą), po japońsku w okolicach Nagano, w tzw. Japońskich Alpach,
gdzie podziwiający koyo (złotoczerwoną jesień) wymie
niają trzy standardowe powitania, zależne od pory dnia
- o-hayo godzaimasu wcześnie rano, konnichi-wa przed
południem i kom ban-w a po południu.
Z kolei koreańskie hagni haseio słychać stale w gór
skich parkach narodowych Korei, gdzie - podobnie jak
w Japonii - na wzorowo utrzymanych, łatwiutkich
ścieżkach, widzi się grupy odświętnie wyekwipowanych
dzie, zamiast m inąć się bez powitania, jak to robią we
wszystkich innych sytuacjach życiowych, odczuwają
potrzebę wymówienia, a przynajmniej wymamrotania
czy odburknięcia zdawkowego powitania? Jaki jest sens
tego zachowania? Czy w ogóle ma sens pytanie o jego
sens, a zwłaszcza o jeden sens? I - chciałoby się zapytać
- kogo o ten sens pytać? Przynajmniej w tej ostatniej
kwestii mamy niezłą podpowiedź. Pada ona wprawdzie
w pewnej scenie obrzędowego unikania, a więc jakby
przeciwieństwa zwyczajowego witania, ale można ją
odnieść do różnych zachowań symbolicznych.
Ryszard Wagner, Tristan und Isolde, akt I, scena 5.
Tristan na pokładzie okrętu wiezie Izoldę do jej przy
szłego męża a swego wuja, króla Marka. Izolda raczej
umrze, niż go poślubi, Tristan także gotów jest razem
z nią oddać swe życie. A le służka Brangena zamieniła
już flakoniki i oboje zamiast trucizny wypijają napój
miłosny. Tristan broni się jeszcze, chce wytrwać w swej
roli wysłannika-dziewosłęba, Izolda ma mu to za złe.
Dlaczego mnie unikasz? - pyta. „Bo tam, gdzie żyłem,
165
Jerzy S. Wasilewski ♦ E T N O L O G W PO DROŻY
zwyczaj uczy (Sitte lehrt): dziewosłęb w przedweselnej
drodze z daleka trzyma się od oblubienicy”. „A z jakiej
to obawy?” - chce wiedzieć Izolda. „Pytaj Pani zwycza
ju !” (Fragt die Sitte!) - odpowiada młodzieniec, świa
dom kulturowego imperatywu, ale przecież nie jego
uwarunkowań.
No właśnie, „pytaj zwyczaju” - wskazanie enigma
tyczne niczym słowa wyroczni. Zgodzi się z nim etno
graf, który dobrze wie, że rozmówca może mu wyjaśnić
dużo, tyle że wcale niekoniecznie to, co jego jako ze
wnętrznego obserwatora najbardziej trapi, a co często
on sam potrafi ująć jedynie w ogólnikowym, naiwnym
i nieporadnym pytaniu „dlaczego”. W ie, że musi pytać
najpierw informatora, ale nie może na tym poprzestać,
bo przecież ten nie potwierdzi i nie zweryfikuje skoja
rzeń, jakie pojawią się w oczytanym umyśle badacza,
dostrzegającego zastanawiające analogie i otwartego na
odległe uwarunkowania. Rozmówca nie jest w stanie
ani zrekonstruować historycznego pochodzenia tych
treści kulturowych, które wyjawia, ani dostrzec wszyst
kich ich głębokich znaczeń i sensów. Potrafi przypo
mnieć sobie ludową etymologię, wymyślić wtórną racjo
nalizację, zbudować teorię informatora, przedstawić
swój osobisty związek z daną praktyką, aczkolwiek z re
guły poprzestanie na jakiejś odmianie klasycznego „na
sze dziaduczki i pradziaduczki tak robili, to i my tak robim”
albo po prostu „taki nasz mongolski obyczaj”.
Aby zrozumieć w ięcej, trzeba już pytać zwyczaju.
Ale jak? Spróbujmy zoperacjonalizować to zalecenie.
Mówiąc ogólnikowo - należy umieścić rzecz w najod
powiedniejszym dla niej kontekście, zobaczyć ją na tle
całego - zmieniającego się - otoczenia kulturowego,
nie odbiegając zbyt daleko abstrakcyjnymi i arbitralny
mi skojarzeniami, ale też nie poprzestając na rejestra
cji sensów jawnie deklarowanych. Zacznijmy od upo
rządkowania intuicji.
Można spokojnie założyć, że omawiany zwyczaj bo przecież jest to skonwencjonalizowana, spetryfikowana forma zbiorowego zachowania, a nie indywidu
alny odruch psychiczny czy poryw em ocji - sformował
się w czasach, gdy chodzenie po górach było zajęciem
nielicznych, a towarzyszyły mu poważniejsze niż obec
nie lęki, bo też większe było ryzyko i zagrożenie. Spo
tykający się - nieczęsto - na górskich szlakach ludzie
dawali sobie znać, że mogą na siebie liczyć. A ch, gdy
by można było dziś z górskiego powietrza odczytać
tamte rozmowy! W ram ach naiwnej rekonstrukcji te
go, co działo się w A lpach od, powiedzmy, dwóch i pół
stuleci (w Tatrach od niespełna dwóch) można sobie
wyobrazić, że w czasach pionierów były to dłuższe roz
pytywania o przebieg drogi, warunki w górze, zagroże
nia. Poprzedzało je konw encjonalne przywitanie oczywiście inne w ustach „panów”, inne u lokalnych
przewodników i napotykanych bliżej szałasów górali.
Wszystkie te pochwalony... niech B óg prowadzi... ostań
cie z Bogiem... i inne życzenia szczęśliwej cesty... Czy
wokół nich powstawały jakieś małe tradycje, niesformułowane wymogi savoir vivre’u l K to komu powinien
pierwszy powiedzieć „dzień dobry”: może idący w górę
schodzącemu (jakby młodszy starszemu), a może ten
co ma dogodniejsze warunki, albo - jak zawsze - ten
grzeczniejszyl
Jakby nie było, w wysokogórskim otoczeniu, w wa
runkach niepewności, rodzi się wzmożone zapotrzebo
wanie na ludzką solidarność, a też - prawem wzajem
ności - gotowość do jej świadczenia. Rozmowa daje
wyraz tym nadziejom. Nawet w formie zredukowanej
do jednowyrazowego pozdrowienia (ale przecież zakła
dającego obustronność) jest nie tylko religijnym życze
niem, by Bóg szczęścił, ale też niesie taki oto kom uni
kat: znaleźliśmy się w nielicznym gronie śmiałków,
wchodzących w groźne obszary, winniśmy sobie poma
gać - tak jak ty możesz liczyć na mnie, tak ja liczę na
ciebie. Postępujące oswajanie gór przyniesie oczywi
ście banalizację wrażeń, konwencjonalizację komuni
katu, a więc i stereotypowość powitań.
Nie lekceważmy - my, przechodnie wydeptanych
szlaków - elementów grozy, niewiadomego i nieprzewi
dywalnego w percepcji pierwszych eksploratorów. Wszak
„dzikość” była dla ich kartezjańskich umysłów sferą nie
obliczalności.1 Kiedy 18 czerwca 1741 roku Anglik Wil
liam Windham w towarzystwie ośmiu rodaków i pięciu
miejscowych, z końmi jucznymi etc. wyrusza z ówczesnego
„Chamougni” na lodowiec Montenvers (tam gdzie dziś
wjeżdża się kolejką na M er de Glace; nawiasem mówiąc,
jak okropnie to banalna jazda dzisiaj, a jakie wydarzenie
towarzyskie przed kilkudziesięciu laty), to proszę sobie
wyobrazić, że wszyscy Anglicy zabierają ze sobą pistole
ty. Zawierająca rady i przestrogi relacja z tej eskapady w której obyło się bez strzelaniny - to bodaj pierwszy no
wożytny podręcznik turystyki alpejskiej.2 Skądinąd an
gielscy gentlemani długo jeszcze będą pionierami eksplo
racji alpejskich - zrazu turystycznych, później ściśle
wspinaczkowych, ale także intelektualnych, dostarczają
cych języka pojęciowego do opisu nieoglądanych dotąd
z tak bliska wysokogórskich pejzaży.
Jednym z najpopularniejszych p ojęć będzie Burk e’owska kategoria estetyczna sublime - wzniosłości,
przygniatającej potęgi, porażającej m aleńkiego czło
wieka niezmierzonym ogromem. Góry stają się wy
obrażeniem scenerii metafizycznej czy eschatologicz
n ej: każą widzieć w sobie pierwszy stopień do tronu
Najwyższego M ajestatu, przedsionek krain możli
wych do odwiedzenia tylko przez wyzwolone z ciała
dusze - ja k w malarstwie metafizycznych Am eryka
nów, np. Fredericka C hurcha. Ukute przez Joh n a Ruskina określenie „góry — katedry św iata” powraca też
2. Przebieg wejścia na M ont Blanc od Chamonix i Les Houches
166
lab/'êjt
le'Retit P6nt,
'Chalelde.Cerro
mw
Pré V Siçy ;
JaTannua
.Vit* ...
laHenjliére’
îs
Tiembla^
Gens
iß o in tu e .
ie Planet
: ,,y6ranges
'/ d e s Faux_
W e sifia y e a u *
6 ellevartfe¿t
le P e t it 'B é c h a r
ie ^ ^ a n d e lîy s =
té c h a rM
;
® |1
tochèKf e n d u e 1
-¿'^^i^^ArâWâ^llys
mt^achat 2Ú¿
Co/ du M t Lâchât
^
™ \1
f'Æêftw
M Bd
Vue Z) urier
->v ifls ôratidei
j&s inf --
C o l de
îft»„ TaB'envç
bises
••V .->1
■If
Pian
G la c ie r
Rocher-
l^ît/sne
'
!îauis;A médeï
¡jsssés&iafl
Wmesi
Jerzy S. Wasilewski ♦ E T N O L O G W PO DRÓŻY
dobrze już wytyczonych i łańcuchami okutych szlakach.
Jeśli nawet z takich zapisów dowiadujemy się, jak
ówcześni reagowali na góry (czy raczej - w jakiej kon
w encji je opisywali), to zupełnie nie wiemy, jak reago
wali na obecność innych, napotykanych nieuchronnie
na ścieżkach. Chyba że sami przyznają się do autocen
zury w relacjach z takiego spotkania. N ie pow tarzam
ich [juhasów] rozmowy, gdyż niewymownie przykre na
mnie zrobiła wrażenie. J a sądziłem, że tutaj kał i występek
nie przekroczy przez olbrzymie granity zbudow ane ręką
B oga — lecz ja k okropnie rozczarow ała mnie rozmowa
tych górali!... W ięc wy, moi miejscy panicze, nie zdołacie
się pow ściągnąć ani na chwilę, aby nie roznieść waszego
zepsucia n a ten biedny, ciemny lud, więc nie umiecie usza
n ow ać jego niewinnej prostoty? - woła Lucjan Lipiński,
lwowski notariusz, który dzielnie dał się przewieźć kil
ku juhasom przez Morskie O ko (1860).
W takiej świątyni nie może się znaleźć żadna n ie
czystość, w tym kościele nie ma miejsca dla innowier
ców. W razie spotkania - przemilczeć albo zapłonąć
gniewem. Przynajmniej jeden taki gniewny tekst po
3. Stanisław Witkiewicz, N a przełęczy
w polskich litaniach wzniosłych wyrażeń: a to jako
„Tatry — kościół św iatów ” (J. N. Kam iński), a to
„chram tatrzański” (Zaruski), czy „swobody ołtarze”,
świadectwa „wielkości Boga, nicości Stw orzenia” (Rautenstrauchow a).
W powstających wówczas romantycznych z ducha
opisach Tatr próżno by szukać opisów powitań z inny
mi ludzkimi istotami. W góry jechano przecież po to,
by zmierzyć się sam na sam z Przedwiecznym, spodzie
wając się widoków z czasów dla oka ludzkiego niedo
stępnych: Ja k iś nieład, coś do chaosu podobnego wkoło
nas się rozlegało. Wszystko poprzew racane, zburzone, ja k
by nazajutrz po potopie. G óral z Bukowiny mówił, że tam
ja k przed stworzeniem, mnie się zaś zdawało, że po skoń
czeniu świata tak będzie. Trzeba się też zachować tak,
jakby doznało się osobistego spotkania ze Stwórcą a przynajmniej trzeba opisać swe wrażenia przez przy
równanie do takiego spotkania: Wybiegłam, spojrzałam
i padłam n a kolana, na twarz... oczy obu rękami przykry
łam, jakbym odbicie Boga, a przynajmniej tron jego ujrza
ła (oba fragmenty z opisu wyprawy Łucji Rautenstrauchowej do Morskiego O ka w 1839 r.).
Ci, co donoszą o swych „uroczystych wrażeniach”,
opisują to tak, jakby w góry wybrali się w pojedynkę i ni
kogo tam nie spotkali. W takim pejzażu nie ma miejsca
na innego. Tatry — to pustynia. Pustynia skalna — dzika,
groźna i niebezpieczna - pisze Zaruski jeszcze w 1912 r.,
wyraźnie ślepy na setki ceprów, letników i kuracjuszy na
zwolę sobie przypomnieć - chociaż wstyd, ale dziś, gdy
dużo gorsze sprawki wychodzą, nie ma co drzeć szat, że
tak myślał wielki Stanisław W itkiewicz i zapisał to
w swej tatrzańskiej relacji, zgodnie uznawanej za n a j
wybitniejszą w polskim piśmiennictwie.
Zanim oddamy mu głos, przypomnijmy że W itkie
wicz, który na pierwszych, wprowadzających stronach
swojej opowieści bardzo trzeźwo pisze o góralach i ich
mitologizowaniu przez ceprów, zmienia język, kiedy
w opisie wstąpi na ścieżkę wiodącą w góry. Przemie
niają się oni w bohaterów eposu (Homerem zostaje
Sabała) związanych z górami tak, jakby ich wioski le
żały pod Kościelcem czy Rysami; w nieskalanym oto
czeniu tym bardziej razi autora wtręt etnicznie obcy.
Wszystko roztapia się w powietrzu, w blaskach, staje się
czymś niepokalanie czystym, kryształowym... Oczy spoczywają
w tej harmonii barw nikłych, przeźroczystych, pełnych światła.
Bezludna, bezpłodna pustynia, zawalona ruinami świata,
otulona w miękkie, fioletowe opary, traci swoją grozę i dzikość
i leży pod naszymi stopami ja k ciche pogodne morze...
Nagle na tle błękitów i opalów staje komiczna figura w ser
daku na długim paltocie, w obwisłych, wlokących się spodniach.
Zdejmuje kapelusz, kłania się, uśmiecha z odcieniem pokory,
strachu i chęci przypodobania się, defiluje przed całą bandą
w ciągłych umizgach i znika ja k widmo, zostawiając za sobą tro
chę znajomego w dolinach zapachu. Skąd się tu wziął ten Zydek?
Z kim przyszedł, za kim poszedł? Nikt nie wie.
Trywialne, fantastyczne widmo, które w tejże chwili zaludni
ło Zawrat całymi tłumami myszuresów, handlem, warchołem
małomiasteczkowym, brudami, smrodem, kwestią żydowską...
Zewsząd przez czyste otchłanie powietrzne zlatywały się
brudne „cienie” i obsiadały wyobraźnię.
Ten grzeczny Zydek przyszedł tu jak „cień nieprzyjaciela”, który
zjawia się w „Wallenrodzie”, „aby krew mieszać w puchary wesela.
Nareszcie zaczynamy się staczać z Zawratu (...) ”.3
168
Jerzy S. Wasilewski ♦ E T N O L O G W PO DRÓŻY
W izerunek tego anonimowego Zyda - narysowany
przez samego Witkiewicza, w pozie ni to franta, ni to
miszigene - mógłby wejść do zbiorów Narodowej G ale
rii Wykluczonych.
zostaje poprawiona w skali indywidualnej (przez idealizację dzieciństwa, a zwłaszcza okresu płodowego ja
ko czasu beztroski, w opozycji do dorosłości) i wresz
cie wymiar społeczny; w tym ostatnim idealność jest
osiągana poprzez próby okresowej, obrzędowej realiza
cji communitas —społeczeństwa równościowego, opar
tego nie na dom inacji i grze ról w rygorystycznym po
rządku, ale na wspólnotowej, wolnej koegzystencji
osobowości.4
Przestrzeń Natury, przeciwstawionej skażeniom
Kultury czy wynaturzeniom Cywilizacji, bywa również
traktowana jako obszar idealny - i to zarówno w sys
tem ach archaicznych, mimo całej ambiwalencji „dzi
kości”, jak i w mitologiach współczesnych. Tylko
w „czystym”, „nieskażonym” obszarze mogą się odbyć
rytualne realizacje ideału.
Z am knięta w rezerw atach N atura, chroniona
przed eksploatacją i polucją, pozbawiona swej grozy
przez n ad anie jej statusu „parku narodow ego”
(a przecież p a r k nie może być wrogi człowieko
wi - nie jest to groźny l a s) jest idealnym środowi
skiem do realizacji współczesnego święta: niedzieli-weekendu, ferii, wakacji, a zarazem do wyretuszowania jego społecznej kondycji. Działa tu jakiś autom a
tyzm czy raczej szczególny kulturowy przymus: znala
4.
A le, w racając do górskich spotkań i pozdrowień,
jeszcze raz: nie śmiejmy się z „rzekomej” grozy i „nie
prawdziwej” pustki skalnych ścieżek. Przygoda Hansa
Castorpa w śnieżycy pokazuje, jak łatwo w czarodziej
skich górach ulec pokusie wyniosłej samotności, za
którą z kolei trzeba błyskawicznie płacić - co najmniej
wizją własnej śmierci albo popadnięciem w obłąkanie
- i to będąc nie dalej niż pół godziny od hotelu So n
nenhof. Każde spotkanie z innym w górach odpędza
grozę, każde pozdrowienie usuwa deprywację, przy
wraca normalność.
Zmieńmy jednak kontekst, w jakim patrzymy na
zwyczaj, od którego oczekujemy odpowiedzi na pyta
nie „dlaczego?”. Bo przecież zagrożenie nie jest jedy
nym kontekstem, w jakim rodzi się wspólnota, której
wyrazem są słowa powitania. Takie same konw encjo
nalne pozdrowienia słyszy się przecież na bezpiecz
nych, nizinnych szlakach.
Zejdźmy z gór do nizinnej oazy Natury, do rezerwa
tu przyrody, choćby takiego jak Chicontigue na atlan
tyckim wybrzeżu U SA . Idylliczny krajobraz, raj nie tyl
ko dla ornitologów, bo nieopodal jest odludna plaża
dla nudystów, gdzie przywdziawszy strój Adamowy
można w rócić do rajskiej kondycji. A na śródleśnych
ścieżkach mijane starsze panie mówią nam radośnie
hello! (jeśli nie zdążymy pierwsi) i choć można by wi
dzieć w tym także po amerykańsku socjotechniczną
prewencję - zapobieżenie incydentowi na odludziu, to
przecież zasadnicze sensy i konteksty są inne.
W takich sielankowych m iejscach, tak samo jak na
trudnych drogach górskich, człowiek czuje powinność
pokazania się od swojej lepszej, otwartej, nieegoistycznej strony. Dlaczego?
W czasach minionych kilkanaście lat temu, kiedy
z entuzjazmem konstruowaliśmy paradygmaty antro
pologii symbolicznej, udzielałem sobie takiej oto cało
ściowej odpowiedzi - znajdując dla zachowania m iej
sce w pewnym systemie. D la zrozumienia ludzkich za
chowań symbolicznych kluczowe znaczenie ma fakt,
że odnoszą się one z reguły do wyobrażeń o stanie ide
alnym, który albo jest zupełnie niemożliwy (jako mi
tyczny, rajski), albo nie występuje na co dzień (jest
trudny do urzeczywistnienia); jest on jednak postulo
wany i symbolicznie odtwarzany, zwłaszcza w sytu
acjach obrzędowych początków i święta. Ów stan ide
alny ma różne, acz przenikające się płaszczyzny i wyra
żany jest w kilku wzajemnie wymiennych i uzupełnia
jących się kodach. M a swój wymiar stricte mitologicz
ny (obrazy złotych czasów, które istniały i/lub nastą
pią), dalej wymiar osobniczy, gdzie ludzka kondycja
złszy się w naturalnej przestrzeni (w czasie świątecz
nym) wracamy do swej naturalnej/idealnej kondycji:
kiedy ustaje obowiązek pracy, podległość i opresja
4. Stanisław Witkiewicz, N a przełęczy
169
Jerzy S. Wasilewski ♦ E T N O L O G W PO DRÓŻY
społeczna, wtedy zmniejszają się też dystanse między
ludzkie, rodzi się poczucie wspólnoty. W itanie, po
zdrawianie, uśmiechy.
5.
Rozważania takie jak powyższe prowadzą do dwóch
równie uzasadnionych, choć w zasadzie odległych
punktów dojścia. W witaniu się można widzieć zarów
no reakcję na zagrożenie, jak też demonstrację rado
snej, idealnej wspólnoty. Czy te wyspekulowane kon
kluzje można sprawdzić w trakcie obserwacji etnogra
ficznej, która przyznałaby rację którejś z dwóch hipo
tez, a zarazem przydała ustaleniom więcej realności?
N ic nie stoi temu na przeszkodzie. Wybierzmy się na
M ont B lan c i zobaczmy, w jakich m iejscach po drodze
ludzie będą nam mówili bonjour (turyści niefrancuskojęzyczni - z reguły hello!).
Z Cham onix dojeżdżamy kilka kilometrów do Les
Houches, skąd podchodzimy stromą leśną ścieżką,
m ając po lewej ręce erozyjne leje Arandellys. Wąsko
tu i cienisto, prawie nikt nie schodzi, raz czy drugi
trzeba coś powiedzieć przy mijaniu - inne zachowanie
byłoby tak niekulturalne, że aż nienaturalne. Nocleg
jeszcze w lesie, ale rano już po krótkim marszu otwie
ra się widok na szczyty. Ścieżka dochodzi wkrótce do
torów kolejki, która kilkaset metrów dalej, na stacji
końcowej (to dopiero 2372 m) wyrzuca z siebie tłu
mek tych, dla których jest to maksymalna osiągalna
5. Stanisław Witkiewicz, N a przełęczy
bliskość Białej Góry. I tu właśnie, dwadzieścia metrów
od stacyjki, zaczyna się wysyp bonżurów. Rodzice
z młodzieżą, ładne panie - a więc konieczne słowo po
witania, drobna mimika ust.
Ścieżka wkrótce pustoszeje, zaczynają się suche
zbocza Rognes, a u ich kresu pusty kamienny baraque
forestiere —nie wiadomo dlaczego forestiere, skoro gra
nica lasu daleko poniżej. Ktoś tu będzie nocować, trze
ba trochę porozmawiać i iść dalej, do schroniska pod
szczytem Tete Rousse. Poranne wyjście odbywa się
jeszcze po ciemku. Przez śniegowe pole lodowca
(w rozstawionych tu nam iotach ktoś jeszcze śpi) kie
rujemy się ku osławionemu W ielkiemu Kuluarowi,
który trzeba przetrawersować.
Gdy piszę te słowa, m ając już to przejście za sobą,
nie umiem obiektywnie scharakteryzować stopnia je
go ryzykowności. O to co mówi kompetentny autor:
Szacuje się, że na samym tylko M ont Blanc straciło do tej
pory życie ok. 7000 ludzi (...) D użą ich liczbę pochłania
osławiony trawers w skroś wystawionego na lawiny k a
mienne wielkiego kuluaru Aiguille du G oû ter n a grani
G oûter-Bosses. I to pom im o założonych w tym miejscu lin
poręczow ych [nieprawda, żadnych poręczówek tu nie
ma - JS W ]. Przewodnicy nazywali ten trawers „rosyjską
ruletką”, z trudnymi do uniknięcia kamieniami, które czę
sto i w nieprzewidziany sposób ze świstem spadają w dół.5
Dlatego właśnie jesteśmy tu o świcie, kiedy kam ie
nie są jeszcze przymarznięte i ryzyko bombardowania
mniejsze. Dużo groźniejsza niż później w ciągu dnia
jest za to półka, którą prowadzi przejście - oblodzona,
wąska, grożąca zsunięciem się w dół; po raz pierwszy
naprawdę przydają się czekan i raki jako nieodzowne
ekstensje ostrożnie operujących kończyn własnych.
Nikogo tu jeszcze nie ma, więc nie istnieje problem
witania się, ale każdy jest zbyt skoncentrowany na wła
snych ruchach, by zważać na innych. Dopiero na skal
nej grzędzie po drugiej stronie żlebu, wyprowadzającej
pionowo w górę, ale ubezpieczonej łańcuchami, można
odetchnąć, czując się jak na Orlej Perci. N a szczycie,
czy raczej na skalnej krawędzi schronisko pod Aiguille
du Goûter, a wokół niego przedpołudniowy ruch. Nie
oczekujmy powitań, kiedy kręcimy się wokół, ale kiedy
już wyruszymy po posiłku w dalszą drogę, znów przez
lodowcową połać, to kilkakrotnie miniemy wracają
cych z przechadzki po lodowcu, odwzajemniając ich
jednowyrazowe pozdrowienia i uśmiechy.
Długa droga przez łagodnie wznoszącą się śniegową
pustać. Zanocujemy z konieczności w ostatnim przed
szczytem możliwym punkcie, schronie Vallota (4347
m ). Ta bezzałogowa aluminiowa puszka o arktycznej
konstrukcji smagana jest huraganowym wiatrem, któ
rego do wnętrza nie wpuszcza specjalne wejście-śluza.
W środku są już jacyś Niemcy, którzy z satysfakcją fo
tografują to chyba najbrudniejsze pomieszczenie Euro
py: sterty puszek, papierów, stare i brudne materace.
W ielu tu się zatrzymuje, a nikt nie wynosi po nich
śmieci - można się pośmiać z niedbalstwa Francuzów.
170
Jerzy S. Wasilewski ♦ E T N O L O G W PO DRÓŻY
Nad ranem, jeszcze po ciemku wyruszamy na ostat
ni etap. Podejście szczytową granią to najpiękniejszy
chyba epizod wyprawy. Kilkuosobowe grupki połączo
nych liną wspinaczy majaczą jak kolumny duchów.
Z daleka widać tylko światełka czołówek - robaczki
świętojańskie posuwają się powoli do góry. Wszyscy idą
uważnie po krawędzi, na której byłoby stromo jak na
dachowej kalenicy, gdyby nie gruba warstwa śniegu,
w której wydeptujemy bezpieczną, głęboką ścieżkę.
N a wierzchołku jest już zupełnie jasno. Krótki
triumf, jakieś okrzyki, zdjęcia, ale każdy woli sam pa
trzeć na panoramę szczytów i cieszyć się sukcesem.
Zresztą wiatr głowę urywa, a ona przecież i tak trochę
boli na tej wysokości.
A zatem - by odpowiedzieć na pytanie z tytułu nikt nikomu nie mówi bonjour na M ont Blanc. Podob
nie w pospiesznym zejściu, kiedy wszyscy chcą szybko
znaleźć się na dole, bo najgorsze, co się może przyda
rzyć, to załamanie pogody na lodowcowych połaciach
bez punktów orientacyjnych, a do tego poprzecina
nych niżej szczelinami. I znów schron Vallota, znów
ostrożne wnioski. A więc, kiedy znajdujemy się na bar
dziej empirycznym poziomie badania, bliżej rzeczywi
stości, to dostrzegamy, że ludzkie zachowanie i działa
nie (każdorazowa realizacja danego zwyczaju, jego
praktykowanie) uwarunkowane jest zupełnie innymi
względami, niż to się wydawało, kiedy patrzyliśmy
z odleglejszej, idealizującej i spekulatywnej perspekty
wy. Chciałoby się powiedzieć, że psychologia triumfu
je wtedy nad etnologią.
Może zresztą te konkretne determinanty nie unie
ważniają tam tych ogólnych, ale trzeba uczciwie odno
tować, że górskie powitania nie wypadają ani w chwi
lach zagrożenia, ani w m om entach podziwu dla natu
ry (w obu tych sytuacjach człowiek koncentruje się na
sobie), ale przy spotkaniach przelotnych i migawko
wych. Nie wynikają z głębokich doznań, ale są sposo
bem reagowania na przygodność - sytuację dość dylematyczną i wymagającą arbitralnej decyzji.
Jej niedogodność polega na tym, że w warunkach
otaczającej pustki każde, nawet przelotne zetknięcie
z innym człowiekiem nabiera charakteru spotkania.
ktoś go fotografuje, a więc zdawkowe półuśmiechy.
Podobnie parę razy przed samym dojściem do schroni
ska, w którym można sobie wreszcie pozwolić na obia
dowe rozluźnienie.
Potem, w stromym zejściu skalną grzędą, nie ma się
ochoty odzywać do nieporadnych a panikujących mło
dych Amerykanek, przypinających się krótką uprzężą
do każdego kawałka metalu na tej śmiesznie łatwej
drodze, bo w głowie ma się jedno: jak będzie wyglądać
trawers kuluaru? Jest popołudnie, kamienie mogą spa
dać często-gęsto. Czy uratuje przed nimi kask albo
zręczne uchylenie ciała?
Odpowiedź - zdecydowanie negatywną - otrzymu
ję natychmiast. A kurat kiedy doszedłszy do wylotu
ścieżki wyglądam zza grzędy w pionowy lej żlebu, prze
latuje tamtędy istna torpeda - wielki blok skalny, któ
ry pędzi na dół długimi susami, odbijając się co kilka
metrów od ścian. Jedyna nadzieja, że teraz będzie spo
kój przez kilkadziesiąt sekund potrzebnych na szybkie
przejście ścieżki, o tej porze dnia już odtajałej i wydep
tanej. Nie ma mowy o odzywaniu się do kogokolwiek
przed i po przejściu. Po drugiej stronie następuje od
prężenie, bo dalej nie ma już zagrożeń. Chyba sporo
osób przeżywa te kilkadziesiąt sekund jako rozpaczliwy
skok skazańca - jeśli się udało, to trzeba gnać dalej,
nie oglądając się za siebie. Tak przynajmniej myślę pa
trząc na niemałą ilość markowych czekanów, zosta
wionych - najwyraźniej przez zapomnienie - w m iej
scu, gdzie wszyscy zdejmują i chowają niepotrzebny już
sprzęt. Sam też zmykam, nie odzywając się do nikogo.
Nieznajomy staje się na chwilę kimś fizycznie bliskim,
wręcz jedynym, trzeba więc to odnotować, wejść
z nim w relację, przywitać. W gruncie rzeczy niewiele
różni się to od przygodnych sytuacji, których pełno na
co dzień: w windzie, w przejściu, przy stole. Powstają
cą tam mikrorelację społeczną można albo milcząco zi
gnorować, albo zdawkowo zaakcentować jakimś lako
nicznym komunikatem: dziękuję, przepraszam, bon
appetit, oops itp. Ogólnie przyjęte standardy kulturalności przecinają ten dylemat, kierując się także pew
ną psychiczną ekonomią: ma więcej sensu uśm iech
n ąć się raz, zdawkowo, do współtowarzysza w windzie
niż przez cały czas patrzeć na czubki własnych butów.
Kultura każe nam akcentow ać społeczny wymiar ta
kiej sytuacji, choć wygodny egocentryzm wolałby go
zignorować.
W itanie się ma związek z odbiorem danej sytuacji
jako społecznej, nawet w kategoriach pewnej powin
ności. Dlatego zawsze powiedzą nam bonjour rodzice
z dziećmi, dbali o należyte ich wychowanie oraz ładne
panie i aspirujący nowicjusze, ceniący poprawność
form bardziej niż stare wygi.
Wiąże się też ono z uznaniem danej sytuacji za re
lację międzyludzką, międzyosobową, a nie za frag
m ent bezosobowego tłumu. Istnieniem takiego percepcyjnego rozróżnienia tłumaczyłbym fakt, że nie ma
zwyczaju pozdrawiania się i dziękowania np. sąsiado
wi z krzesełka na wyciągu narciarskim (zupełnie nie
spotyka się go w przeludnionych stacjach alpejskich,
błyskawicznie zanika też w Polsce). A za to na pewno
przywitają się przy mijaniu osoby na nartach biego
6.
wych w podwarszawskim lesie. Nie ma wtedy wysoko
górskiego poczucia wartości współczłowieczeństwa na
bezludziu, ale jest chwilowe doznanie wspólnoty n ie
licznych pasjonatów, może coś więcej niż zdawkowy
żeton savoir vivreu.
Przy wszystkich oczywistych niedostatkach powyż
szej relacji, mimo umowności przyjętej „procedury ba
dawczej”, można chyba zdecydować się na jakieś
171
Jerzy S. Wasilewski ♦ E T N O L O G W PO DRÓŻY
7.
8.
A może jednak zachowania zdawkowe - traktuję
już to słowo jak termin techniczny, oczywisty i zrozu
miały, choć, o ile wiem, nikt go dotąd w antropologii
nie używał - ukrywają jakąś głębszą tajemnicę? Może
coś jest w nich zapisane jakimś starym, nieczytelnym
pismem, zrozumiałym tylko dla etnologa?
Amerykański folklorysta A lan Dundes podpowiada
nam - na marginesie swej większej pracy o wierzeniach
na tem at płynów i wilgoci jako istoty życia - by zwró
cić uwagę na funkcjonujące do dziś w różnych trady
cjach europejskich wyrażenia i życzenia, wypowiadane
w trakcie zbiorowego posiłku.6 Zadajmy zatem pytanie,
dlaczego siadając do stołu albo na widok jedzących
mówi się enjoy your meal, bon appetit, buen provecho,
G uten Appetit, smacznego, prijatnogo apetita itp.
N a początek wywodu należy przypomnieć sformu
łowaną przez George’a Fostera (od którego wychodzi
Dundes) koncepcję istnienia w m entalności tradycyj
nej w różnych kulturach europejskich takiej oto „idei
ludowej”: przekonania, że w świecie jest tylko ograni
czona ilość dóbr, z czego wynikała obawa, iż każdy
obiekt, który żywi się, wzrasta i rozwija, czyni to n ie
Ale zgódźmy się, że nie żyjemy już w czasach, do
których stosowałyby się takie fo lk ideas. Jaki jest zatem
najbardziej współczesny, ch cąc-n iech cąc supernowo
czesny i ponowoczesny kontekst zwyczaju alpejskiego
witania?
Jego tłem i sceną są przecież nie tylko Alpy bezlud
ne, ale w równej mierze Alpy społeczne, cywilizowane,
wręcz coraz bardziej ukulturowione. Historii owego
odwiecznego procesu nie da się w tym miejscu nawet
zarysować, ale przynajmniej uporządkujmy parę oczy
wistości.
Naturalny pejzaż Alp poddany jest od wieków pro
cesowi przemiany w pejzaż kulturowy. Gdyby pisać h i
storię ludzkich prac i środków materialnych, którymi
przekształcano góry, to za symboliczny początek moż
na by przyjąć ów sławetny ocet winny, który służył
Hannibalowi do kruszenia skał w pochodzie na Italię.
W późniejszych epokach byłyby to kilofy i rozliczne in
ne narzędzia drążących sztolnie górników kruszco
wych, alchemików i poszukiwaczy skarbów.7 Chętnie
przeczytałbym dzieło, sumujące w antropologiczny
sposób wielkie opus późniejszych czasów: udostępnie
nie gór poprzez sieć dróg z imponującymi tunelami, gi
gantyczne roboty hydrotechniczne, tworzenie kolosal
nej infrastruktury narciarskiej i turystycznej, zabezpie
czeń antylawinowych itd.
Kogo mianować symbolicznym patronem tych
przedsięwzięć? Dajmy spokój Hannibalowi i jego sło
niom; Alpy były dla niego tylko przeszkodą, a nie ce
lem, acz zapiszemy mu na plus, że wybrał sobie na
uchronnie kosztem innego, sąsiedniego obiektu, od
bierając mu tę siłę. Stąd biorą się wierzenia w niepo
wodzenie siewu wspólnie rozpoczynanego przez
dwóch siewców, złego wpływu płodu na niemowlaka
w rękach ciężarnej, wspólnie rozpoczynanej kon
sumpcji.
N a tej właśnie zasadzie, powiadają Foster i Dundes, wspólne jedzenie musiało - w przekonaniach tra
dycyjnych - grozić nierównym korzystaniem z ograni
czonych dóbr. (Czytelnik, którego nie przekonuje taka
teza, niech łaskawie przypomni sobie duży materiał
Frazerowski w Złotej gałęzi o magicznych zagrożeniach
w trakcie wspólnego jedzenia i sposobach jego unika
nia). Jednym z nich stała się słowna deklaracja dobrej
woli -wypowiedziane głośno życzenie, aby współbie
siadnikom jedzenie też poszło na zdrowie, tym bardziej
obowiązujące gdy jest się niejedzącym - a więc poten
cjalnie najbardziej zawistnym - świadkiem, np. prze
chodzącym obok stołu.
Takim świadkiem jest - jak zauważa Foster -
przejście piękne Cham onix. To zresztą pewnie tylko
legenda: dziś przyjmuje się raczej, iż przeprawiał się ze
swymi zwierzętami przez Alpy Kotyjskie, chyba poko
n ując przełęcz pod Petit M ont Cenis, a zresztą jest
tych hipotez bodaj około trzydziestki.
Może zatem cofnąć się - korzystając z odkrycia
sprzed 12 lat na przełęczy ponad doliną Oetztal, na sa
mej linii austriacko-włoskiej granicy - do epoki brązu
i postawić na piedestał owego znakomicie zachowane
go w lodzie osobnika, który nie wiedzieć po co polazł
w wieczny śnieg, na wysokość 3 2 0 0 m? Zadziwiający
ten epizod ma zapewne prozaiczne wyjaśnienie: skoro
ów Oetzi został tam zabity (a ma ranę w plecach), to
pewnie w napadzie - może przy próbie zagrabienia wy
pasanych tam owiec.
Pasterstwo owiec, bieda i rzadkie zaludnienie - h i
przede wszystkim podający do stołu, czyli w lokalach kelner. To on stanowi zagrożenie, a jednocześnie to je
go pozbawiają osoby jedzące magicznych mocy wzro
stu. Musi mu to zostać wyrównane. Czym? - Napiw
kiem! Nie przypadkiem w różnych językach słowo to
odwołuje się do okoliczności, że za te pieniądze kelner
ma sobie kupić coś do picia. Mogą to być, co znamien
ne, różne płyny: ogólnikowo Trinkgeld, propine, gorgeta,
napojnica, niskoalkoholowo pourboire, zgoła bezalko
holowo na czaj, czajewyje (dieńgi). Proponowany jest
napitek, bowiem to właśnie płyny stanowią (co ilu
struje oddzielnie Dundes) pierwiastek życia.
storia ludzkiej penetracji Alp symbolicznie zaczyna się
od tych motywów i będzie stać pod ich znakiem aż do
współczesnej inwazji masowej turystyki. Pochodzący
z biednej tyrolskiej wioski Reinhold Messner powtarza
do znudzenia w swej najnowszej książce, zawierającej
przemyślenia zrodzone w czasie spotkań z góralami
wszystkich kontynentów, że jego dzieciństwo upływa
ło w warunkach niewiele różniących się od życia Szer
172
Jerzy S. Wasilewski ♦ E T N O L O G W PO DRÓŻY
pów, Dardów i Kalaszów - stąd tak dobrze się z nimi
porozumiewa. Wszędzie w górach widzi to samo para
doksalne zjawisko: coraz dalsza eksploracja turystycz
na, a jednocześnie regres demograficzny i ekologiczny
- obniżanie granicy stałego osadnictwa, porzucanie
trudnego i ryzykownego pasterstwa, wyludnianie wsi
powodowane odpływem do pracy we wchłaniającym
wszystkich przemyśle turystycznym.8
Chyba nie zdajemy sobie sprawy, jak wiele zmian
jest owocem dopiero ostatniego półwiecza. Jeszcze
w 1949 r. wioska Saas Fee, dziś masowo uczęszczany
kurort niedaleko Zermatt, była połączona ze światem
jedynie ścieżką dla mułów, a jej drewniane domy na
przedwojennych zdjęciach naprawdę przypominają
Nepal albo Bałkany. Z drugiej strony trzeba też pamię
tać, na co w tych domach można było - paradoksalnie
- natrafić. Opowiadał profesor Dynowski, jak to kie
dyś, jeszcze przed wojną, wszedł do takiej chaty (trzech
groszy byś, synu, za nią nie dał) , z której dochodził mia
rowy terkot, a w środku brodaty góral na nożnej tokar
ce wyrabia kółka zębate do zegarków - pewnie na zle
cenie jakiejś niezbyt renomowanej firmy. Historyka
m entalności trzeba by pytać, jakie znaczenie dla naro
dzin szwajcarskiego zegarmistrzostwa miała prote
stancka akuratność i szacunek dla czasu u górali oko
lic Genewy; etnograf doda, że innym owocem tych po
staw było też koronczarstwo albo wyrób pozytywek idealne zajęcia na długie zimowe miesiące.
Powie ktoś, że to anegdoty i jednostkowe przykła
dy. A le co innego może stwierdzić turysta, któremu
jednostkowe spostrzeżenia układają się stale w ten
sam wzór: supernowoczesne dodatki na archaicznym
podłożu. Przecież nadal spotyka nawet na wysokości
u podstaw szczytu - o geologicznych początkach, n a
stępne o przyrodzie i o żywych istotach, a na samym
wierzchołku - najbardziej wzniosły i ogólnikowy. Peł
na uniwersalność, do tego w czterech językach: po
francusku, niemiecku, angielsku i japońsku.
Pobyt w górach najwyraźniej wzmaga zapotrzebo
wanie na mistykę. W idać to zwłaszcza w kurortach po
włoskiej stronie Alp, gdzie księgarnie zawalone są lite
raturą na tem at lokalnych, co bardziej tajem nych ry
tuałów (przebierańcy, demonologia, karnawał), ale też
mistyki Tybetu, hermetycznych mitologii gór - od ezoteryczno-himalaistycznych zainteresowań twórców SS
po opracowania na tem at mistycznych krain: Szambhali, Shangri-la i Agarthy. Tam - w księgarniach trzeba więc badać dzisiejszą duchowość, a potem już
konstruować nową definicję kultury, która zastąpi sta
re, Tylora czy Malinowskiego: kultura jest to system
sposobów używanych do produkcji, a przede wszyst
kim sprzedaży i dystrybucji dóbr.
Skończyły się czasy kiczowatych posągów świętych,
takich jak strasząca wielkością złota Madonna na
uczęszczanej przełęczy M onte Moro ponad Macugnagą.
Zamiast popularności miejsca to właśnie jego niedostęp
ność kwalifikuje do wystawienia tu pomnika. W skałach
Congo Star, trudnego szczytu wspinaczkowego wznoszą
cego się ponad M er de Glace, na skraju przepaści stanę
ła pięciometrowa sylwetka z lśniącej w słońcu nierdzew
nej stali - rozkrzyżowana postać, puszczająca ręką ni to
3200 m te same co za czasów hom o tyrolensis owce, ty
le że wszystkie one mają w uszach plastikowe trójkąty
identyfikacyjne z kodem kreskowym. Zarządzają tym
pewnie wielkie koncerny, D anone czy Bridel, i niedłu
nowej estetyzacji Alp? Ja zaryzykuję tylko spostrzeże
nie, że nawet umieszczana w alpejskiej scenerii rekla
ma (billboardy, plakaty z luksusową biżuterią, zegarka
mi, słodyczami) powoduje jakieś odwrotne niż to do
tąd przyjmowano konsekwencje. To nie góry dodają
atrakcyjności reklamowanym na ich tle dobrom kon
sumpcyjnym - to raczej atrakcyjność tych dóbr prze
nosi się na szczyty, w scenerii których są eksponowane
(reklam ow ane na sta cja ch k olejek, wystawiane
w sklepach o najlepszej lokalizacji, z górskimi widoka
mi w tle).
Czekolada z regularną piramidą M atterhornu na
samolot, ni to ptaka; umieszczono ją w miejscu niedo
stępnym, a nawet niewidocznym dla nikogo poza za
awansowanymi wspinaczami (droga T D + ).
Jakiego teoretyka ponowoczesności prosić o celną
charakterystykę zjawisk, które składają się na proces
go przyjdzie dzień, kiedy geostacjonarny satelita b ę
dzie odczytywał te kody i komputerowo kierował ru
chem stad.
Duchowa kulm inacja procesu kulturowego podbo
ju środowiska naturalnego to umieszczanie w górach
materialnych rekwizytów kultu. Tu zamyka się n aj
większe koło historii - od liczących 20 tysięcy lat enig
matycznych znaków w Val Cam onica i tylu innych
m iejscach w Alpach, przez kaplice w m iejscach daw
nych, przedchrześcijańskich kultów i górujące nad do
linami krzyże, po nowoczesną sztukę na szczytach. D o
znania duchowe w górach wspomagane były zawsze
scenografią religijną - dziś przyjmuje ona coraz czę
ściej postać pozakonfesyjną, abstrakcyjną. Wzdłuż
drogi na szczyt Roterrothorn niedaleko Zermatt stanął
ostatnio zespół pięciu takich nowoczesnych quasi-kapliczek - obiektów kontemplacyjnych. N a m etalo
wych stojakach umieszczono kolorowe szklane tafle,
a do nich krótkie natchnione teksty - enigmatyczne,
ale w czytelnym, wstępującym porządku: pierwszy,
opakowaniu dodaje szlachetności tej bardzo przecież
kamienistej i lawiniastej górze, która dzięki niej staje
się łatwiejsza do przyswojenia. W szechobecne wize
runki szw ajcarskich zegarków, nastaw ionych na
uśm iechniętą godzinę 10.09, w ielokrotnie na plaka
tach reklamowych powiększone i przez to bardzo su
gestywne, jeszcze przydają takim szczytom gracji.
Zwłaszcza, gdy są to marki takie jak Breguet, Blancpain czy V acheron-C onstantin (by spośród najbar
dziej ekskluzywnych wymienić tylko te, które założo
no w osiemnastym stuleciu; wszak Bregueta nosił
Oniegin, aczkolwiek wykonanego jeszcze w Paryżu,
173
Jerzy S. Wasilewski ♦ E T N O L O G W PO DRÓŻY
Przypisy
przed przeniesieniem firmy do doliny Joux w szwaj
carskiej Jurze). Związane z nimi wyobrażenia punktu
alności, niezawodności i wyrafinowania przenosimy
na otaczający pejzaż, oplatając go - niczym szczyt K-2 poręczówkami na słynnym zdjęciu, ilustrującym
hasło ekologów „Uwolnić góry” - siatką skojarzeń
oswajających, odbierających mu dzikość i nieprzewidywalność. Tylko człowiek z charakterem Diogenesa
nie ulegnie presji tych ikon elegancji i nie zauważy, że
podnoszą one status przyjeżdżającego, dodają wykwintności całem u pobytowi, więcej - uszlachetniają
same Alpy.
1
M. Oelschlager, The Idea o f Wilderness, New Haven 1995
2
W. Windham, A n Account o f the Glaciers or Ice Alps o f Savoy,
London 1744
3
4
S. Witkiewicz, N a przełęczy, Warszawa 1891, s. 147
J. S. Wasilewski, Tabu a paradygmaty etnologii, Warszawa 1989
5
G. Hattingh, Najpiękniejsze drogi wspinaczkowe świata, Katowice
6
A. Dundes, Wet and Dry, the Evil Eye. A n Essay in Indo-Europe
2000, s. 82
an and Semitic Worldview (w:) Interpreting Folklore, s. 102-105,
Bloomington 1980
7
Warto przypomnieć uroczą rozprawkę Jacka Kolbuszewskiego
Skarby króla Gregoriusa, Katowice 1971 oraz zbiór studiów Józe
fa Szaflarskiego Poznanie Tatr, Warszawa 1972. Niedoścignio
Góry robią się coraz bardziej eleganckie - i tego sa
mego oczekują od wszystkich tych, którzy w ich oto
czeniu się znaleźli. Za pobyt każą płacić nie tylko pla
stikową kartą, ale też zdawkową m onetą dobrego wy
chowania.
nym w swej erudycji studium postrzegania gór pozostają oczywi
ście Góry niewzruszone. O różnych wyobrażeniach przyrody
w dziejach nowożytnej kultury europejskiej Jacka Woźniakowskie
go (Warszawa 1974).
8
R. Messner, Bergvoelker. Bilder und Begegnungen, Muenchen
2001
Afganistan. W drodze do Jalalabachu. Fot. A nna Beata Bohdziewicz
174