2eecc9711c53a74aea18cd2bb6f1dd86.pdf

Media

Part of Formy duszy/ Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2005 t.59 z.4

extracted text
latach 60. zaistniałeś w bardzo ważnym
ciągu działań artystycznych, jakie miały
miejsce w Toruniu, a ich zwieńczeniem
było związanie się ze słynną już wtedy grupą foto­
graficzną Zero-61. Wyglądało na to, że droga na
szczyt artystyczny jest otwarta. Ale Ty coraz bar­
dziej się ograniczałeś, pod koniec lat 70. znalazłeś
wieś Osiek nad Wisłą i zacząłeś pracować, także ar­
tystycznie, na rzecz tego małego, lokalnego środo­
wiska. Co o tym zdecydowało?

W

Podczas plenerów w latach 70. zrobiłem nawet ta­
ką pracę Ucieczka z Torunia. Czy to była ucieczka od
sztuki, którą bym robił w Toruniu? Pewnie tak. Byłem
przerażony. Czułem pustkę, nie miałem już bodźców
do tworzenia, to było mielenie piachu. Do tego doszło
gorzkie doświadczenie stanu wojennego. Dlatego mu­
siałem wrócić do spraw dzieciństwa, moich światów,
które są osadzone w człowieku, w rodzinie, w pejzażu.
To są dla mnie wartości największe, najważniejsze.
Stąd lepiej widzę zgiełk miasta, anonimowość miesz­
kańców, zawrotne tempo ulic, nad którym czuwa mo­
numentalny i liryczny zarazem toruński gotyk. Tym
bardziej że tyle lat w prasie pracowałem, i to może jesz­
cze bardziej mnie wypaczyło.

Stałeś się artystą zawieszonym pomiędzy awan­
gardą a kulturą ludową. Z czego to wynika?
Moje obecne działania artystyczne wypływają z
pracy ludzi mieszkających w Osieku. Przeżyłem szok,
gdy tutaj przyjechałem i spotkałem autentycznych,
odizolowanych twórców - rzeźbiarza Józefa Kamińskiego, plecionkarza Juliana Orenta i jego żonę, hafciarki Barbarę Marycz i Józefę Orent. Była poetka A n­
na Słupczewska, z typowymi, ludowymi wierszami, i to
mnie fascynowało. No i kuźnia, cały ród Florkiewiczów, stelmach, który naprawiał bryczki, wozy, koła.
Byli przewoźnicy wiślani - Lewandowski, Wilmanowicz, Jenczewski, leśni drwale... Jeszcze 30 lat temu to
wszystko funkcjonowało tutaj na co dzień.

To było Twoje pierwsze spotkanie z taką kulturą?
Znałem to już z mojej młodości, miasteczka-wsi
Łobżenicy. Od dziecka wędrowałem po takich warsz­
tatach, a ci ludzie byli dla mnie tajemnicą. To były la­
ta 50. Będąc na studiach, wracałem do tych ludzi i do
tych zdarzeń, żeby o nich robić filmy.

O takich właśnie ludziach?
Dokładnie takich! O szewcu czy grajku, który na
weselach grał. Za ten film dostałem 3. nagrodę na ogól­
nopolskim festiwalu filmów amatorskich w Bielskub iałej w 1967 roku. Wracałem do łobżenickiej kok­
sowni, gdzie ludzie ten koks ręcznie wyrabiali - pla­
stycznie to było bardzo ciekawe, te dymy, ta wieża...
Chodziłem tam do piekarzy. Piece na węgiel były, ale
jaki bochen wychodził! To była forma! Chodziłem do
115

Formy duszy
Z Michałem Kokotem
rozmawia Hubert Czachowski

kowala, Oseska, cudowny człowiek! Z jednej strony
podkowy przybijał, a z drugiej skrzypce do ręki brał. Łą­
czenie surowości jego ogromnych dłoni o potrójnej,
a nawet poczwórnej, przepalonej skórze z delikatnością
skrzypiec - o tym właśnie robiłem film, ale nie doku­
mentalny, bo pewne rzeczy aranżowałem... Kilka lat te­
mu pojechałem tam raz jeszcze, bo chciałem napisać o
tej kuźni tekst. Ale zostało po niej tylko palenisko, pie­
ca nie ma, same mury. W pamięci mam moją drogę do
szkoły: uliczka, mróz, mnóstwo koni, szron, opary
mgieł, uderzenia kowalskiego młota - to był koniec lat
50. Przy tej kuźni ludzie opowiadali o swoich kłopo­
tach, często przy kwaterce, ćwiartce gorzałki. Wszyst­
ko odbywało się na luzie, nikt nikogo nie gonił, konie
były spokojne, podawały kopyta, czekały, nie było tej
dzisiejszej nerwowości. Gospodarze załatwiali swoje
sprawy, jeździli po węgiel, po nawozy, handlowali - tam
była cała dramaturgia dnia od rana do wieczora.

Ulegałeś urokowi codzienności?
To była fascynacja miejscem i atmosferą! Szkoda,
że na lekcjach historii było inaczej, nie tak jak dzisiaj.
Wtedy nie mówiło się o tożsamości małej ojczyzny,
zresztą o wielu innych rzeczach też nam nie mówiono.
Patriotyzm miał wówczas inne znaczenie. Panował za­
chwyt systemem, ustrojem, tymi przemianami po woj­
nie, zajmowano się raczej teraźniejszością, nikt nie za­
glądał tak głęboko i daleko w wieś, w dom, w rodzinę,
to było owiane jakąś wielką tajemnicą.

Czy w samym mieście widziałeś coś pociągającego?
Stacja kolejki wąskotorowej, koksownia i wieża
wodociągowa, duża, solidna, jak wieżowiec - te trzy
elementy w sensie bryły, tajemniczości i swojego wnę­
trza fascynowały mnie niesamowicie. Bałem się, że ta
wieża może się przewrócić, więc wyobraźnia pracowa­
ła, spać nie mogłem...

Budynki to jedyne rzeczy, w których dostrzega­
łeś tajemnicę?
Jeszcze przedmioty, i to takie powszechne, były dla
mnie kopalnią niesamowitych przeżyć. N a przykład
ogromny dół, gdzie zwożono śmieci - grzebałem w nich

FORMY DUSZY. Z MICHAŁEM KOKOTEM ROZMAWIA HUBERT CZACHOWSKI

Fot. Michał Kokot

Fot. Michał Kokot

Fot. Michał Kokot
116

FORMY DUSZY. Z MICHAŁEM KOKOTEM ROZMAWIA HUBERT CZACHOWSKI

Fot. Michał Kokot

Fot. Michał Kokot
117

FORMY DUSZY. Z MICHAŁEM KOKOTEM ROZMAWIA HUBERT CZACHOWSKI

i znajdywałem te różne kształty - patelnie, żelazka, ka­
fle, piecyki, lampy naftowe, czajniki, dzbanki, maszyny
do szycia, jakieś części. Gromadziłem je w moim poko­
iku i malowałem, fotografowałem. Te przedmioty mia­
ły duszę, bo według mnie każdy przedmiot ma duszę.
Dziadek mi tłumaczył, że za szybko rozstajemy się z
przedmiotami, którym poświęciliśmy wiele lat życia.
Swoim cierpieniem, swoją codziennością, swoim obco­
waniem z przedmiotem, używaniem go w różnych sytu­
acjach w ciągu dnia, podczas płaczu, radości, uświęca­
my go i dajemy mu duszę - nie tę boską duszę, ale jej
odcisk na przedmiocie. I mama zawsze mi mówiła, że
gdyby człowiek bardziej obcował z rzeczami, gdyby
wchodził w ich głębię, symbolikę, która tam jest, to
może wtedy łatwiej przypomnieć sobie matkę, czy po­
wracającego do domu ojca... Tam jest bowiem ekspre­
sja czasu płynącego w ciągu dnia, jego rytmu.

brat Michał byli artystami, robili kołowrotki. Jeden
z nich mam w piwnicy jako relikwię. Jeździłem z mo­
im cudownym dziadkiem na wozie do Kunowa, do
warsztatu, i tam obracałem nóżką, wprawiając w
ruch obrotowy własnej roboty drewnianą tokarkę!
Oni mieli zamówienia z całej północy, aż z Kaszub.
Te kołowrotki były trochę nietypowe, ale fanta­
styczne. Miały swoją rzeźbę, swoją bryłę, duszę. Pa­
trzyłem, jak powstawały, i teraz wiem, że to była
sztuka...

Dostrzegasz sztukę w wielu rzeczach, działa­
niach, zarówno w przedmiotach, jak i w procesie
ich powstawania....

Byłeś samotnikiem czy żyłeś wśród rówieśników?
Byłem lubiany przez swój optymizm i zachwyt
dniem. Chodziłem do kolegów pograć w klipę, ale też
dlatego, żeby zobaczyć, jak wygląda ich dom, kuchnia,
jak się zachowuje matka czy babcia. I fotografowałem,
notowałem kształt twarzy, rysy, w ogóle człowieka. By­
łem ogarnięty formą. Oczywiście to nie znaczy, że my­
ślałem wtedy tak akademicko, ale działałem podświa­
domie, intuicyjnie. Zbierałem materiał do później­
szych rozważań artystycznych.

T a fascynacja uwidacznia się nawet w nazwie
założonej przez Ciebie grupy artystycznej w latach
60. na studiach, grupie Formy właśnie?
Ależ tak, forma, kształt, bryła przedmiotu - to by­
ła moja propozycja. Do dzisiaj ta forma zamyka mi du­
sze, ma znaczenie symboliczne.

Często odwołujesz się do kategorii rodziny.
A jak funkcjonowała Twoja rodzina w Łobżenicy?
Ojciec był zwykłym inkasentem, prostym człowie­
kiem, a mama pochodziła ze wsi opodal Łobżenicy, z
Kunowa. Rodzice byli bardzo pracowici, przywiązywali
ogromną wagę do naszego wykształcenia. Było nas pię­
cioro i wszyscy skończyli studia. Rodzina była bardzo
patriotyczna, walczyła z Niemcami o każdą piędź ziemi.
A dziadek Józef Wachowski i jego brat Michał, po któ­
rym nadano mi imię, wywalczyli w 1920 roku Wysokie,
takie miasteczko koło Łobżenicy. Pojechali furmanka­
mi, z kosami, z kilkoma karabinami. Mama mówiła mi
o powstaniu styczniowym, były tradycje Warszawianki i
innych pieśni patriotycznych niepodległej Polski, które
śpiewała mi babcia, trzymając mnie za rękę.

Czyli najpierw było spotkanie z historią, nie ze
sztuką?

Tak, nawet pielęgnacja ogrodu przez Wachow­
skich była w moim pojęciu sztuką, którą odnosiłem do
słynnych ogrodów paryskich, ale tu były polskie cu­
downe kwiaty, piwonie na przykład. Aleje porobione
pod kątem prostym, piękny wybieg z domu do ogrodu,
gdzie się odbywały wszystkie ważne uroczystości, na
przykład chrzciny, wesela. To wszystko miało swój
sens. Dlatego moje wszystkie trzy córki - Sylwia, Pa­
trycja i Monika - również miały wesela na dworze,
z bryczkami... Pamiętam, jak do kościoła się jeździło
wolantem, do Bułgowa, niedaleko, 4 km od Kunowa,
droga pod górę, brukowana kamieniem, w dole rozle­
głe jezioro. I Górka Klasztorna - najstarsze sanktu­
arium maryjne w Polsce - też robiła kolosalne wraże­
nie. Ten słynny Gaj! N a tym wszystkim wyobraźnia
inaczej pracuje. Nasiąkłem takimi miejscami i zapa­
miętanymi obrazami.

Miałeś możliwość poznania sztuki, działań arty­
stycznych?
Przecież na tej mojej wsi czy w miasteczku nie by­
ło żadnego wykształconego artysty, nie było kółek,
galerii plastycznych dziecka itp. Nie było takiego
człowieka, do którego mógłbym pójść i zobaczyć, jak
obraz maluje. Był Wojczykowski, pokojowy malarz wtedy, pod koniec lat 50. wchodziły do mody tzw. pikassy. To były najbardziej artystyczne elementy, czy­
sta forma geometryczna. Chodziłem na harcerskie
zbiórki, robiliśmy różne przedmioty z drewna, ale ja
nigdy nie lubiłem techniki, chciałem tworzyć zupeł­
nie coś innego. Malowałem obrazy intuicyjnie, nie
mając o tym zielonego pojęcia. Kupowałem nie olej
lniany, ale zwykły, jadalny, słonecznikowy, i potem
obraz pół roku mi sechł. Układałem te obrazy w mo­
im pokoiku i bałem się, że ktoś będzie mi mazał, bo to
wszystko było mokre. Artystycznej ekstazy doznawa­
łem tylko oglądając obrazy w łobżenickiej farze Trój­
cy Świętej...

A początki fotografii?

Co do twórczości, to gdy wyjechałem z Łobżeni­
cy, uzmysłowiłem sobie, że mój dziadek Józef i jego
118

Już w Łobżenicy fotografowałem od 7. klasy. O j­
ciec kolegi miał przed wojną drogerię, a tam były ma­

FORMY DUSZY. Z MICHAŁEM KOKOTEM ROZMAWIA HUBERT CZACHOWSKI

teriały światłoczułe, powiększalnik i jeszcze przedwo­
jenne agfowskie papiery. Pierwsze odbitki tam robili­
śmy. W Łobżenicy był też Knajdek fotograf, ale na
początku niczego nie mogłem się od niego dowie­
dzieć, dopiero później, kiedy interesowała mnie fotoceramika, „wydębiłem” od niego dwumiechowy, wy­
ciągany aparat fotograficzny na duże klisze. W Łob­
żenicy wszyscy traktowali fotografię jako rzecz pa­
miątkową, a mnie to już nie wystarczało i będąc w 8,
9 czy 10 klasie aranżowałem i reżyserowałem sceny,
np. skakanie moich kolegów z mostu kolejki wąsko­
torowej.

A kiedy zacząłeś oglądać filmy?
Koło stacji kolejki było kino Tęcza. To było jedy­
ne okno na świat, gdzie mogłem podpatrywać kompo­
nowanie kadru. Nie patrzyłem na treść, nie śledziłem
fabuły, nie interesowało mnie, czy film skończył się
dobrze czy źle, ale ważne było oświetlenie, ujęcia. Bi­
blioteka w Łobżenicy była, więc znajdowałem w niej
jakieś amatorskie opracowania typu A BC filmu. Inte­
resował mnie kadr, światło, ruch kamery, jej prowa­
dzenie na torach, poruszanie się aktora, np. gdzie
wchodził, gdzie wychodził. Potem rozwinąłem to
wszystko w Pętli. Chodziłem do kina 3-4 razy w tygo­
dniu, każdy film starałem się obejrzeć 2-3 razy, np. Po­
piół i diament czy Piątka z ulicy Barskiej. Oglądałem na­
wet filmy dozwolone od 18 lat, za co w domu dostawa­
łem potem „wpieprz”.

Filmy w tamtych latach najczęściej mówiły o
wojnie. Czas był powojenny, czy to miało znacze­
nie?
Łobżenica była naznaczona krwią i męczeństwem,
we wrześniu 1939 roku Niemcy zamordowali kilka­
dziesiąt osób. Po wojnie nawet się dziwiłem, jak silna
była zaciekłość i zemsta w stosunku do Niemców jeńców i tych, którzy zostali. Zmuszano ich na przy­
kład, żeby gołymi rękami wykopywali zwłoki zamordo­
wanych Polaków. Znałem tych ludzi (teraz już nie ży­
ją) i niewątpliwie to także wpłynęło na moją psychikę.
Dlatego też umieszczałem w moich filmikach tego ty­
pu sceny, np. trup w skrzyni. To weszło mi w portrety
ludzi, w zmarszczki, w „zerowe” rzeczy, takie silne ele­
menty ekspresyjno-dramaturgiczne. Zrobiłem film
0 Pawełku, grajku, ale w taki sposób, że najpierw go
zakwalifikowano do filmów odrzuconych. Pokazywa­
łem tylko instrument, a twarz Pawełka ciąłem na po­
szczególne kadry, tak jakbym do niego strzelał - to by­
ło coś niesamowitego. Dźwięk grał zasadniczą rolę
1 kadrowanie. Słynni krytycy np. Ostrowski od filmu
amatorskiego, krzyczał, wrzeszczał: „jak można było
nagrodzić taki film? To jest wiwisekcja życia!” .
A Konwicki do mnie podszedł, bo mi wręczał tę na­
grodę, i powiedział: „Panie Michale, ja Pana widzę na
reżyserii w Łodzi” . Miałem potem rzeczywiście jechać,
119

tak jak Różycki, Robakowski i Mikołajczyk, ale nie ża­
łuję tego, że tak się nie stało, bo trafiłem do Osieka i...
do rodziny.

Dlaczego zdecydowałeś się studiować historię,
a nie kierunek artystyczny?
Bo się bałem. Wewnątrz czułem, że powinienem
iść na sztuki piękne, ale myślałem, że nie zdam. Wie­
działem, że nie mam techniki, nikt nie uczył mnie ry­
sunku. Dzisiaj mój syn, Jaś, ma talent - ćwiczy rysunek
i jest w tym dobry. Ja nie miałem żadnej podpory. Dla­
tego poszedłem na historię, chciałem się wyrwać z do­
mu. Historia była dla mnie łatwa i lubiłem ją. Bo prze­
cież tak naprawdę to ludzie, fakty grają rolę zasadni­
czą. Tak samo w Toruniu... te zaułki, cała architektu­
ra... Będąc na historii, chodziłem jednak na wykłady
ze sztuk pięknych - z Antkiem Mikołajczykiem na
malarstwo, tu konserwatorstwo kończył Józef Roba­
kowski, Andrzej Różycki, Jurek Wardak. Nieoficjalnie
jeździłem z nimi na plenery. Jeszcze miałem okazję roz­
mawiać z Tymonem Niesiołowskim.

Patrząc z perspektywy czasu, znalazłeś się wtedy
w tyglu sztuki, właściwie awangardy! W grupie Ze­
ro-61 przecież to nie było zwykłe fotografowanie.
Interesuje mnie to przejście od Łobżenicy do awan­
gardowej grupy operującej zupełnie innym języ­
kiem.
N a początku studiów poczułem się, jakbym dostał
łopatą w głowę - jak spojrzałem na Toruń - to widzia­
łem ratusz, ulicę Podmurną, a to gotyk, który na łeb
mi leciał! Dla mnie była to następna fascynacja, każ­
dym brukiem, każdą cegłą. Ale od razu szukałem kon­
taktu z fotografującymi, dowiedziałem się o Jerzym
Wardaku - trochę sobie z nim pogadałem, zobaczyłem
jego warsztat pracy, jego montaże, widziałem, jak on
to ręcznie składał, kawałek po kawałeczku. A potem
trafiłem do Czesława Kuchty, który już nie żyje. To był
dla mnie czas bardzo trudny, miałem dziekanki, chło­
paki mnie nieraz żywili, ratowali, żebym mógł zjeść
śniadanie. A ja cóż im mogłem dać? Tylko siebie, mo­
ją osobowość, moją inspirującą, wariacką duszę. Orga­
nizowałem plenery klubu filmowego Pętla. Dla mnie
nie było ważne czy jesteś z Pętli, czy z Zero, czy z For­
my, czy od Antka Mikołajczyka, który miał swoją gru­
pę Rytm. Ważne było, żeby skupić ludzi, którzy chcie­
li coś robić. Szukaliśmy pretekstów do pewnych dzia­
łań twórczych, fotografowaliśmy pewne elementy, de­
tale pejzażu, architektury, martwych natur, by wnieść
je później w nasze prace. Wystawy szły non stop. A ja
nocami techniki się uczyłem od Czecha, to muszę po­
wiedzieć. Chociaż marzyłem, żeby ktoś te odbitki robił
za mnie, ja chciałem tylko komponować, przygotowy­
wać tzw. plakaty poetyckie. A koledzy mnie gonili, go­
nili... Robakowski też mówił: „Michał, kurczę, mu­
sisz...”

FORMY DUSZY. Z MICHAŁEM KOKOTEM ROZMAWIA HUBERT CZACHOWSKI

T o był czas spotkania kolejnych ważnych oso­
bowości?
Tak, oni byli do mnie podobni. Wewnątrz skłóce­
ni ze sobą, gotowali się w środku podczas dyskusji
0 sztuce, które niejednokrotnie trwały do białego rana
1 każdy miał swoją wizję... Grupa Zero-61 nie miała
swojego programu, niektórzy mieli dojścia do zachod­
nich fotografii, ale głównym tworzywem była rzeczywi­
stość za oknem, przedmioty, ludzie - to przepuszczali­
śmy przez swoją wewnętrzną maszynę. Powiem szcze­
rze, miałem pewien uraz do sztuki zagranicznej, to
znaczy oglądałem almanachy, ale nie chciałem się
wzorować, szkoda było na to czasu, przeżywałem
wszystko na swój sposób, brałem to, co we mnie siedzi,
co może moją osobowość pchnąć do góry. Moją uwa­
gę zwrócił tylko Sudek, Czech, fotografujący to, co wi­
dział za oknem, jakie on kompozycje tworzył w tych
swoich ogrodach! Nastrój! To lubiłem, rozumiałem je­
go osobowość. Z polskich artystów ceniłem wówczas
Lewczyńskiego, Sunderlanda, Bułhaka, Dłubaka za
formę, Hartwiga...

W grupie były obecne nurty fotografii kreacyj­
nej, symbolicznej, konceptualnej, ale i reportaż...
Sam aranżowałem pewne sytuacje, które fotogra­
fowałem, czasami podejmując przy tym duże ryzyko.
Raz chcąc zaskoczyć i wywołać nowy nastrój, położy­
łem się pod tabun krów idących z pastwiska. Byłem
szalony, nie miałem przecież pewności, że ktoś tych
krów nie pogna! To były też ciągłe wzajemne inspira­
cje, bo obok był i Robakowski, i Bruszewski, i Wardak,
i Mikołajczyk. Nurty w fotografii mnie nie interesowa­
ły. To krytycy wymyślali ich mizerne znaczenia. Sztu­
ka jest jedna, niepodzielna.

Ale ten język sztuki nowoczesnej był inny niż ję­
zyk kołowrotków, czy były też punkty styczne?
Styczność była duchowa, wewnętrzna. Ta żyła szła
przez mój organizm i tam i tu. Może powiem inaczej,
że język jest ten sam, dusza jest ta sama, ale dziedzina
sztuki jest inna. Bo przecież wiele z tych elementów
fotografii przeszło w moją poezję. Nie wyobrażam so­
bie, żebym miał być tylko fotografikiem, malarzem czy
poetą - to się zazębia. Zawsze mi czegoś brakowało.
I muzyka ludowa tak samo - to wszystko siedzi w jed­
nym, ja nie mogę tego rozdzielić, patrzę na świat po­
przez te cztery dziedziny sztuki. Przy tworzeniu potra­
fię przywołać w tym samym momencie i fotografię,
i barwę, i muzykę, i tekst wiersza w wyobraźni. To
wszystko jest u mnie połączone.

Dopiero wtedy jest pełnia...
Tak, bo ja to widzę fotograficznie, malarsko, widzę
słowo, a zarazem jego śpiewność, muzykę. Ale to nie
jest tak, że ja sobie dzisiaj to, jutro tamto. W momen­
cie tworzenia te cztery człony młócą mnie. Mam dar
120

do szczegółów, do zapamiętywania nastroju, przypomi­
nania sobie moich wycieczek, nawet ścieżek, widzę
kształt źdźbła, widzę, jak się żyto kołysze, i wtedy leci
mi jakieś słowo, a jak ono się kołysze, to przynosi mi
taki rytm, a nie inny, czy to będzie w formie oberka,
poleczki, czy walczyka. A fotograficznie widzę np.
chłopa, który jest bohaterem tego kadru, i widzę też
barwę jego otoczenia.

Czy jest to poszukiwanie ciągle nowych środ­
ków wyrazu?
N a pozór tak. Bo koledzy zawsze odróżniali moje
prace. Dłonie, ręce, twarze, kadrowanie mocne i zde­
cydowane.

I w malarstwie też tak jest?
Tak, nawet w ostatnich wierszach.

Czyli w tych wszystkich, tak różnych dziedzi­
nach sztuki poruszasz się wokół tych samych tema­
tów?
Może jako reżyser robiłbym coś innego, ale z pew­
nością byłby to symbolizm, surrealizm w połączeniu z
prostotą sztuki ludowej. W filmie robiłbym takie rze­
czy jak Fellini - przepraszam, że używam takiego po­
równania - ale to mnie właśnie fascynowało, te meta­
fory, przenośnie, paralele, czerpanie z dzieciństwa. To
nie musi być Fellini, to może być każdy z nas. Ilu ja ta­
kich ludzi spotkałem! Po nocach mi się śnili i rybacy
w łodziach, i rolnicy! Przenosiłem to na grunt gazety,
w której pracowałem, a potem już tu w Osieku szuka­
łem podobieństw. Bóg mnie tu zesłał. Czesław Kuchta
pokazał mi tę miejscowość, przyjechał tutaj ze mną na
grzyby. Potem już sam wróciłem i zacząłem rozmawiać,
szperać w moich kierunkach, a co to za człowiek, a tu
się dowiaduję o rzeźbiarzu, a tu o plecionkarzach, bo
przecież nad Wisłą, to wiadomo - co drugi się tym pa­
rał. I ta fascynacja innością tych ludzi, w sensie psy­
chicznym, w sensie temperamentu, osobowości, ale
też rezultatami ich działań, ich wyrobów, w plastycz­
nym wymiarze, wręcz zniewalała.

Doświadczenia fotoreportera były ważne?
W „Nowościach” był dobry klimat, była tolerancja,
wrażliwość - wszystko to zależy od szefa. A ja to, co
osiągałem w sztuce, chciałem przenieść do gazety,
chciałem ludzi zatrzymać na 1,5-2 minuty, dlatego
w moich zdjęciach była refleksja i zaduma. Zdjęcia
miały oddziaływać w zupełnie inny sposób, artystycz­
nie. Żeby oprócz tego zwykłego faktu atakującego wi­
dza, dać jeszcze inne rzeczy, które są wokół, a nie no­
życami tylko ciąć, ciąć, ciąć, bo to ma być tylko i kon­
kretnie to i to. Chciałem to podać w sposób bardziej
poetycki, refleksyjny, radosny, w zależności od sytu­
acji. Bo dla mnie w zdjęciu równą wartość do główne­
go tematu mają elementy poboczne - fragmenty rze­

FORMY DUSZY. Z MICHAŁEM KOKOTEM ROZMAWIA HUBERT CZACHOWSKI

czy, brył, pejzażu czy nawet plamy otoczone konturem.
Dostawaliśmy wiele telefonów, ludzie dzwonili, że
piękne zdjęcia - oni chwytali ten specyficzny język fo­
tografii, no to chciało się pracować! Jednak popełni­
łem błąd i odszedłem do „Pomorskiej”, a tam była mo­
da na zdjęcia publicystyczno-polityczne, gdzie nie mia­
łem możliwości rozwijania się, bo moja psyche była za­
jęta fotografowaniem jednego czy drugiego politruka,
sekretarza, koniecznie z uśmiechem, człowieka dobrej
roboty, uścisku dłoni - to tragedia była... Zwolniłem
się stamtąd na własną prośbę. Wszyscy się pukali
w czoło, mówili: „Kokot to chyba zwariował, o co mu
chodzi? Tak dobrze tu ma, pensja ładna...”.

T a Twoja ucieczka na wieś nie była całkowita,
bo jednak w latach 80. brałeś udział w szeregu dzia­
łań w ramach tzw. kultury niezależnej, w wysta­
wach urządzanych w kościołach, salkach kateche­
tycznych, ale i w oficjalnych działaniach związku
fotografików. Czyli nie zerwałeś do końca?
Nie, bo jak spojrzałem na Toruń z perspektywy
pejzażu wiejskiego, inaczej to miasto widziałem. Ten
dystans mi pomógł, bo w plenerowych działaniach fo­
tograficznych w Toruniu zdobywałem nagrody, mia­
łem lepsze, świeże spojrzenie i nie byłem emocjonalnie
związany ze środowiskiem. Odizolowałem się, bo nie
chciałem przeżywać jego problemów, nie miałem tego
obciążenia.

W końcu postawiłeś na tych swoich współ­
mieszkańców wsi...
Ale to też jest krąg odbiorców. To odwieczny dyle­
mat, czy gdy przemawiam do tysięcy, moja sztuka jest
bardziej wartościowa niż w sytuacji, gdy mam pięciu
czy dziesięciu odbiorców? Wolę użyć takiego języka,
żeby być zrozumianym, cieszę się, że idę do ludzi, a nie,
że sam z własnym wnętrzem, problemami się borykam.
Od kiedy przebywam w Osieku, u tych prostych, zwy­
kłych ludzi, ciągle im się przyglądam. To jest dla mnie
bardzo ważne. Cieszę się, gdy przychodzą do mojej ga­
lerii, obserwuję ich reakcje, słucham opowieści rolni­
ka o jego problemach, malując i fotografując go rów­
nocześnie. Dla mnie świat takiego człowieka jest bar­
dzo bogaty, bogatszy od niejednego intelektualisty,
publicysty, pseudodziennikarza czy jakiegoś pismaka.
A taki prosty człowiek mówi swoim językiem, opowia­
da o zwykłych sprawach, o rodzinie, o swoich bliskich,
o swojej pracy, jej rytmie i rodzącym się z tego poczu­
ciu bezpieczeństwa i zadowolenia. Uprawa pola, kwia­
tów, chodzenie wśród bydła, koni też daje wewnętrzną
stabilizację, poczucie sensu życia. Może ktoś powie, że
te moje działania skupione zawsze wokół człowieka,
wokół rodziny, są naiwne, że nie intelektualizuję. Pro­
szę bardzo, mogę się zacząć zgrywać, bo to jest tylko
kwestia warsztatu, paru lektur, pewnych terminów,
ale co z tego - nie w tym rzecz!
121

I reżyserujesz tutaj?
Tak, nie żałuję tej filmowej reżyserii, bo jestem
reżyserem tutaj. I robię duży film, ogromny, fabular­
ny, dokumentalny, komediowy, każdy gatunek. Czu­
ję pewien poziom, do którego chcę dotrzeć, ale jed­
nocześnie nie chciałbym go przekroczyć. Mogę pod­
nieść poprzeczkę, w jakiś sposób to przetworzyć, ale
nie na tyle, żeby nie być zrozumiałym. Bo jeżeli lu­
dzie opowiadają mi jakieś historie, to chciałbym od­
dać ich klimat, atmosferę. Traktuję to też jak noto­
wanie i fotografowanie pewnych sytuacji obyczajo­
wych, które potem wykorzystuję w różnych tek­
stach.

Oprócz tego, że sam jesteś twórcą, stałeś się tu­
taj w Osieku takim reżyserem życia...
Ależ tak, również przez lata pracy w szkole. Mam
tam galerię Motyl, gdzie z dziećmi robię pewne rze­
czy w oparciu o kulturę ludową, o jej motywy, ale
wprowadzam nowe formy, np. witraże... To są też
pewne działania związane np. z wątkiem pobytu
Chopina na ziemi dobrzyńskiej, w Obrowie. Szuka­
my karczmy, która tam była, oczyma wyobraźni wi­
dzę małego Chopina tam stojącego, słuchającego
miejscowej kapeli i omawiam to z dziećmi, zestawia­
jąc ten obraz ze współczesnym skrzypkiem z naszej
wsi, który słyszał to, co grał jego ojciec, jego dziadek
Kamiński. Widzę tę wspólną drogę muzyki i o tym
mówię dzieciom...

Czy proponujesz też sztukę nowoczesną?
W szkole robię galerię profesjonalną, chcę tu za­
prosić ciekawych artystów, tych „wariatów”. Nie w sa­
lonach pięknych, gdzie przyjdą różni ludzie, szampana
wypiją, ale ani z tobą nie podyskutują, ani nie powie­
dzą czy im się podoba, tylko plotkują o bzdurach, sensacyjkach. Przyjdzie jakiś dziennikarzyna, który byle
co informacyjnie napisze, bez przemyślenia, bez auten­
tyczności, ja tego nie chcę. Wprowadzę do galerii M o­
tyl artystę, zderzę go z normalnymi odbiorcami. Dla
moich mieszkańców to będzie wielkie przeżycie. Oni
ubiorą się odświętnie, uszanują, spojrzą. Nie muszą
komentować obrazów jak krytyk sztuki. Wystarczy, że
się wzruszą lub wymienią się uwagami. A może też tam
będą zdjęcia z ich albumów rodzinnych i na chwilę
ucieszą się ową galeryjną atmosferą?

Czy czujesz się przez nich zaakceptowany, czy
patrzą na Ciebie ciągle jak na obcego?
Ale ja też wchodzę do zagród, idę do człowieka,
który np. mi nie chce sprzedać koszyka, a wiem, że tę
plecionkę dobrze robi i muszę tak sprowokować sytu­
ację, tak się zachować w jego kuchni, żeby mnie zapro­
wadził na strych i ten koszyk mi do Izby Regionalnej
dał. Ale nie mogę działać cwaniacko, albo dać mu pie­
niądze po prostu - muszę wywołać taką rozmowę, że­

FORMY DUSZY. Z MICHAŁEM KOKOTEM ROZMAWIA HUBERT CZACHOWSKI

by on się odkrył i zaufał. Muszę stworzyć taki nastrój,
że kobieta, która stoi przy garach, suszy grzyby, robi
masło, zaakceptuje młodego artystę, którego tam
wprowadzam, żeby sobie szkicował. I ten człowiek po­
częstuje cię chlebem, wyciągnie kielicha - dla wielu to
jest ciągle szok, że szklanka w pośpiechu niedomyta,
ale trzeba to zrozumieć i tę bakterię tego domu wypić.
Musisz się zachować jak ten człowiek, jeśli chcesz cze­
goś od niego. A wtedy poczujesz zapach, smród,
kształt, pot, zobaczysz tego człowieka i potem ekspre­
sja wychodzi sama.

Mówię tak: jeździsz samochodem, na chwilę prze­
siądź się na rower, używasz piły mechanicznej, spró­
buj wziąć na chwilę siekierkę, scyzoryk do ręki, napal
w piecu i zobacz ogień, bo świat tak pędzi, jest tak
szalony, że kiedyś trzeba się będzie cofnąć cywiliza­
cyjnie, żeby móc istnieć. Bo my będziemy zwykłymi
manekinami, automatami, troszeczkę podobnymi do
człowieka.

Czujesz w tych ludziach potrzebę takich dzia­
łań?
Tak, teraz ciszę się, że mój syn zaczyna rozumieć,
że sztuka jest potrzebna człowiekowi jak powietrze.
Inaczej człowiek się uwstecznia. A przecież tutaj
wszyscy mają sztukę, bo oni na co dzień robili łyżki,
kopanki, garnki, wszystko. Dlatego ten powrót do
pewnych manualnych czynności jest dla zdrowia, dla
lepszego psychicznego samopoczucia. Taki Felek,
chory, ma 80 lat, mówię: „Panie Felku, pan zrobi ta­
ki koszyk, jak pan robił”. „Ech, Panie, ja już zapo­
mniałem”. A gdy jednak zrobił, ja ten koszyk sfoto­
grafowałem i umieściłem w Izbie Regionalnej. Jak on
się poczuł dowartościowany, jaki dumny, na podwó­
rzu, w rodzinie, na ulicy! To są rzeczy niewspółmier­
ne, żadne tabletki tak nie pomogą! Być potrzebnym to może są slogany, co ja opowiadam, ale o te slogany
dzisiaj coraz trudniej. Anonimowość coraz bardziej
włada człowiekiem, jak na ulicy w Toruniu, czy
w jeszcze większej metropolii.

Jest w Tobie ogromna pasja pedagoga...
Zależy mi na tym, żeby ta szkoła tak funkcjonowa­
ła. Ale była dyrektorka mi mówi: „a co ty Michał my­
ślisz, że wieczny będziesz? Pora na nowych”. No i jak
ktoś przyjdzie bez wizji, jakiś akademicki teoretyk, to
się prawdziwa sztuka skończy, nie będzie żyła, będzie
półsztuką. Zatem niech to kipi rzeczywistością, w któ­
rej istniejemy. Oczywiście, trzeba realizować program
z zakresu plastyki, ale w oparciu o miejscowe, regio­
nalne tradycje, od kowala po hafciarkę. Trzeba czer­
pać na co dzień z ich talentów, odkrywać ich najprost­
sze rozwiązania kompozycyjne.

Gdy sięgasz do kultury ludowej w pracy z dzieć­
mi, to chcesz, żeby one wykonywały to tak, jak wy­
czytać można w pracach etnograficznych, książ­
kach?
Nie, nie. Ci ludzie muszą znać mechanizm tej ro­
boty. Namawiam ich, bo to się może przydać - to mo­
ja rada. Tak jak w stanie wojennym - robili koszyki,
miotły, sprzedawali na jarmarkach i dzięki temu mogli
trochę dorobić w tamtych ciężkich czasach. Ale jak
mam takiego osieckiego motylka zrobionego przez
babkę Orent w 1885 roku, to go wplotłem w dzisiejszą
rzeczywistość, czyli w logo, które wisi w szkole,
w Osieckim Ośrodku Kultury i galerii Motyl. Nie
wiem, może jakiś etnograf powie, że to nie tak, ale to
nieważne - dzisiaj ten motylek integruje i wskrzesza
tradycje. Jest herb Osieka wyrzeźbiony przez nieżyją­
cego Kamińskiego, który zrobił łódź z żaglem, a ja wraz
z dziećmi zamiast żagla wstawiłem tego motyla w for­
mie metafory i nadałem temu herbowi głębszy sens.
Może on jest mniej tradycyjny, mniej etnograficzny,
mniej historyczny, ale za to podniosłem w wyobraźni
dzieci zupełnie inną kwestię. Te rzeczy muszą być
przetransponowane na dzisiaj, na 2005 rok, tak musi
być.

Ale ciągle spotykamy się z pewnego rodzaju od­
górnym odruchem instrumentalnego traktowania
ludowych artystów, zespołów - byle wystąpić przed
jakąś tam urzędniczą władzą, gdzie nikt nie dostrze­
ga człowieka, tylko liczy się, że jakiś urzędnik będzie
bił brawo, a często z tego wynikają jakieś straszne
artystycznie rzeczy.

Mocno wiążesz przeszłość z teraźniejszością...
Zawsze mówię w ten sposób: pora się zatrzymać,
czyli wrócić do duszy przedmiotów, wspomnień ro­
dziców, dziadków, nie wolno ci usunąć ich z hory­
zontu. Zawsze robiąc cokolwiek, tworząc, musisz
mieć ich na myśli, bo to jest dla ciebie wielki skarb.
122

Zgadzam się. Tylko kto to ma robić? Różne zespo­
ły widziałem na takich imprezach, poziom nieraz żenu­
jący! W pewnej wiosce, tutaj niedaleko, powstał ze­
spół śpiewaczy i śpiewa „Majteczki w kropeczki”.
Wzruszają się przy tym. I teraz potrzeba kogoś, żeby
dotarł do nich i im spokojnie, sukcesywnie pokazywał
ich własne, starsze wartości, niezniszczone przez kul­
turę masową. To powinni być tacy poważni, auten­
tyczni animatorzy, z pasją, a nie z musu.

Twój „program” jest bardzo szeroki - uczysz,
tworzysz, reżyserujesz, zbierasz i pomimo rozpano­
szenia się kultury popularnej spod znaku disco-polo,
wykazujesz optymizm. Ciągle jest coś do zrobienia,
widzisz w tym sens?
Teraz wiele rzeczy ginie bezpowrotnie, wiele cie­
kawych „dusz” umiera, jak ja to mówię. Mam żal do
siebie, że pewnych rozmów nie nagrałem, mam tylko
trochę muzyki, tekstów. Dlatego właśnie założyłem

FORMY DUSZY. Z MICHAŁEM KOKOTEM ROZMAWIA HUBERT CZACHOWSKI

ten mały skansen tutaj w naszym domu. I wiem: to
jest od Florkiewicza, to od Rumińskiego, Ćwika, a to
od pani Piłatowskiej. Te wozy - najdoskonalsze po­
mniki - mają dla mnie podwójne znaczenie, nie tyl­
ko etnograficzne, ale też artystyczne. Traktuję je jak
dzieła sztuki, nieraz coś tam dodam, coś ujmę, czy
bardziej uwypuklę znaczenie, funkcję. Tu, u mnie,
było wiele wystaw, imprez. Jak na wozie umieściłem
namalowany duży portret gospodarza zamiast „żywe­
go” woźnicy, to ludzie dziwili się, ale widziałem, że to
przeżywają. Trzeba jednak uważać, nie może być tak,
żeby komuś krzywdę zrobić... To musi być przewarto­
ściowane. Pragnienie bycia lepszym musi być zrozu­
miane przez każdego widza i wtedy to ma sens. Ale
potrzebna jest do tego pewna prowokacja i ja ją mo­
gę zrobić.

* * *
wal pięścią w okno
zbij szyby mego domu
obudź mnie
owce czekają na siano
ptakom posmarować skrzydła
przed odlotem
już jesień
czas na chochoły
zapłakały brzozy
już nie obudzą go
mimo że posłano po dzięcioły
i tak co rok

boso uciekałem przed kosą
ukrytą w trawie
do stogu siana na zielonej łące
tu pęczniałem źdźbłami
od wiosny do jesieni z obłokami grałem w karty
schizofrenik
wyrwij ze mnie ten stóg siana
z zielonej łąki dzieciństwa
chcę się odmienić
bo inaczej z okna skoczę
i wreszcie dosięgnę ziemi
z pokorą o to proszę

* * *
nie dam się jeszcze śmierci
aniołowie nie pozwolą
ptaki nie napełnią łzami
garnka u psiej budy
piasek
słońce
w dłoniach łopata
i tak co dzień
moja Mario!

Michał Kokot przy lokomotywie chlebowej
123

FORMY DUSZY. Z MICHAŁEM KOKOTEM ROZMAWIA HUBERT CZACHOWSKI

Rodzina, fot. Michał Kokot

Ojciec, fot. Michał Kokot

Dyptyk polny, fot. Michał Kokot
124

FORMY DUSZY. Z MICHAŁEM KOKOTEM ROZMAWIA HUBERT CZACHOWSKI

*

• ■»

«■ ^

Rybak, fot. Michał Kokot

125

V

FORMY DUSZY. Z MICHAŁEM KOKOTEM ROZMAWIA HUBERT CZACHOWSKI

Strach, fot. Michał Kokot

Portret kawalera, uczestnika wojny polsko-bolszewickiej 1920, fot. Michał Kokot
126

FORMY DUSZY. Z MICHAŁEM KOKOTEM ROZMAWIA HUBERT CZACHOWSKI

Fot. Michał Kokot
127

FORMY DUSZY. Z MICHAŁEM KOKOTEM ROZMAWIA HUBERT CZACHOWSKI

HUBERT CZACHOWSKI

Między światami
- Michał Kokot

B

ardzo rzadko zdarzają się artyści, którzy prze­
chodzą taką drogę jak Michał Kokot. Już ilość
profesji, które uprawiał, wzbudza zaciekawienie.
Był Kokot (urodzony w 1944) fotografem-artystą
w awangardowej grupie, filmowcem, ale i prasowym
reporterem-dokumentalistą, malarzem i poetą, na­
uczycielem plastyki w szkole, działaczem ruchu regio­
nalnego, historykiem a ostatnio muzykiem - klarneci­
stą i saksofonistą w ludowej kapeli. Wszystko działo
się w jego życiu jakby na opak. Zaczęła się ta droga
w latach 60. na studiach historycznych na UMK
w Toruniu. Wtedy Toruń stał się jednym z najważ­
niejszych miast, gdzie powoli dokonywały się zmiany
w polskiej sztuce. Nie bez wpływu na to był charakter
miasta, jego atmosfera, a przede wszystkim fakt obec­
ności na uniwersytecie wydziału sztuk pięknych z całą
plejadą doskonałych artystów jeszcze z czasów przed­
wojennych z Wilna i z Lwowa. Kokot na początku lat
60. mimo że nie studiuje sztuk pięknych, znajduje się
w centrum powstających w środowisku studenckich
artystycznych grup, ze słynną grupą Zero-61 na czele.
Zakłada swoją grupę Formy i działa w studenckim
Klubie Filmowym „Pętla”. W 2. połowie lat 60. dołą­
cza do „zerowców”, której filarami były postaci na
trwałe zapisane w historii polskiej fotografii: Czesław
Kuchta, Jerzy Wardak, Józef Robakowski, Andrzej
Różycki, Antoni Mikołajczyk, Wojciech Bruszewski.
Grupa Zero - co wyraźniej jeszcze widać z perspekty­
wy czasu - była fenomenem artystycznym lat 60., wy­
przedzając swoją epokę, odnawiając język nie tylko fo­
tografii, ale ówczesnej sztuki w szerszym znaczeniu. Do
dzisiaj wiele z propozycji członków grupy (bo trzeba
zaznaczyć, że każdy z artystów operował własnym języ­
kiem) odznacza się świeżością pomysłu i nowatorskim
spojrzeniem. Do tego trzeba dodać także równoległe
eksperymenty filmowe w Pętli, gdzie zaczynali tacy
późniejsi wybitni twórcy filmu artystycznego, jak Le­
wandowski, Sławikowski, Kuziemski oraz Robakow­
ski, Mikołajczyk i Różycki (ci ostatni w latach 70.
związani ze słynnym Warsztatem Formy Filmowej).
Wszystko to musiało określać spojrzenie Kokota na
sztukę. Jako członek Pętli zdobywa nagrodę na Ogól­
128

nopolskim Festiwalu Filmów Amatorskich, bo w tym
czasie wszelkie tego rodzaju działania „studenckie”,
także te fotograficzne, były odgórnie kwalifikowane
w taki sposób.
W 1969 roku zostaje Kokot fotoreporterem toruń­
skich „Nowości”, zajmując miejsce zwolnione przez
Andrzeja Różyckiego. Po kilku latach przechodzi do
„Gazety Pomorskiej”, by dość szybko - pomimo sukce­
sów - zrezygnować z kariery dziennikarskiej. Ciągle
rozwija swoje działania artystyczne i w 1975 roku zo­
staje przyjęty do Związku Polskich Artystów Fotogra­
fików. Oprócz fotografii zaczyna malować, a bardzo
często łączy obie techniki, dorzucając do swoich kom­
pozycji jeszcze fragmenty przedmiotów. W katalogu
okręgowej wystawy fotografików w 1989 roku jeden
z najwybitniejszych polskich krytyków fotografii Jerzy
Busza pisał: „Michał Kokot to artysta o niebywałej
osobowości, wrażliwości, kulturze. Jest fotografem
i malarzem, obydwoma tymi technikami posługuje się
imaginacyjnie, tworząc metaforyczne obrazy o suge­
stywnej, lecz czytelnej symbolice, odnoszącej się do
człowieczego losu. Jest artystą na wskroś polskim,
w każdym bądź razie, swoje collage buduje z elementa­
mi symbolizującymi rodzime mitologie, wiejskie czy
narodowe, odwołując się do uniwersum czasu, do hi­
storii, zawsze odczuwanej jednostkowo, jako potężna
siła determinująca ludzkie poczynania. Michał Kokot
- wizjoner, po prostu jest poetą bólu życia".
Pod koniec lat 70. Kokot zaczyna coraz więcej cza­
su spędzać w nadwiślańskiej wiosce Osiek, a z czasem
osiedla się tam praktycznie na stałe. Właśnie życie
w Osieku nad Wisłą staje się dla Kokota dalszym miej­
scem artystycznej działalności, od 1979 prowadzi
Osiecką Izbę Regionalną, Stowarzyszenie Kultury Lu­
dowej i Wiejską Galerię Sztuki „Okiennica”. W la­
tach 80. artysta brał także udział w wystawach sztuki
niezależnej w kościołach i prywatnych galeriach, m.in.
w Galerii Spotkań u ojców jezuitów w wystawie zaty­
tułowanej Obecność, uczestniczył także w wystawie
poświęconej ks. Jerzemu Popiełuszce.
Jest bardzo aktywnym animatorem lokalnej kultu­
ry, inicjatorem wielu działań artystycznych, nie tylko
własnych, ale wciąga do nich wielu samorodnych
twórców ludowych, tworzących w Osieku i okolicy.
Z jego inicjatywy wydawane są tomiki poetyckie,
w tym jego własny, opublikowany w 1987 roku tomik
Osiecka studnia. W jego tekstach jeszcze bardziej wi­
dać zafascynowanie naturą, krajobrazem, życiem pro­
stych ludzi. Wyraźne wydają się nawiązania do prosto­
ty i poetyki tekstów poetów ludowych. Nie dziwi to,
bo także w plastyce, a nawet i fotografii pojawiają się
odwołania do symboliki ludowej, czy też do tematów
kojarzących się z ludową kulturą. Widać te fascynacje
także w jego domu w Osieku, będącym jedyną w swo­
im rodzaju galerią, gdzie w piwnicy znajduje się osob­
na sala wystawowa, przed domem ekspozycja narzędzi

FORMY DUSZY. Z MICHAŁEM KOKOTEM ROZMAWIA HUBERT CZACHOWSKI

rolniczych, ale nawet proste sprzęty domowe zyskują
nowe znaczenia poprzez ich nowe nazwanie. Można
zaobserwować u Kokota z czasem nasilające się ten­
dencje do upraszczania języka sztuki, zanik metafor aż
do granicy oczywistości.
Od 1987 roku pracuje jako nauczyciel plastyki
w Szkole Podstawowej w Osieku i ta praca staje się je­
go nowym, wielkim wyzwaniem. Ciągle jest aktywny
jako działacz lokalnego środowiska, będąc członkiem
Zarządu Stowarzyszenia Gmin Ziemi Dobrzyńskiej.
W latach 90. zaczyna występować w ludowej kapeli,

Studium, fot. Michał Kokot

129

namawia starych muzyków do wspólnego grania, sam
gra na klarnecie (oraz na saksofonie) i śpiewa, często
własne teksty, do starej ludowej muzyki. Zarówno
działalność Michała Kokota, jak i jego twórczość jest
wieloaspektowa. Jego droga artystyczna prowadzi jak
gdyby na odwrót - od awangardy do sztuki ludowej,
naiwnej, prostej. Jest to jeden z nielicznych artystów
łączących tak konsekwentnie i zdecydowanie te dwa
światy. Nie jest to tylko zwykła inspiracja ludowymi
wątkami, ale podobny sposób odczuwania i przeżywa­
nia świata.

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.