0524c769fdd83eafdc54798d249b09b3.pdf

Media

Part of Alberto Giacometti / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2007 t.61 z.3-4

extracted text
MI CHEL LEIRIS

Ż

yjemy w okresie w każdej mierze bez polotu,
a fetyszyzm, który, podobnie jak w najdawniej­
szych czasach, leży u podstaw naszej ludzkiej eg­
zystencji, z rzadka jedynie ma okazję zadowolić się,
występując w niezamaskowanej postaci. I dlatego miłośnicy słabowitych fantomów (naszych imperaty­
wów moralnych, logicznych i społecznych) - czepiamy
się fetyszyzmu przekształconego, czyli imitacji tego,
który ożywia nas dogłębnie, i ów zły fetyszyzm pochła­
nia największą część naszej aktywności, nie zostawia­
jąc niemal miejsca na fetyszyzm autentyczny, jedyny,
którym naprawdę warto się zajmować, ponieważ jest
całkowicie siebie świadomy i z tego powodu nie ucie­
ka się do żadnego oszukiwania.
Pośród dzieł sztuki niewiele znajdziemy przedmio­
tów (obrazów czy rzeźb) zdolnych z grubsza choćby
sprostać podstawowym wymogom tego prawdziwego
fetyszyzmu, to znaczy miłości - rzeczywiście pełnej mi­
łości - nas samych, uzewnętrzniającej się pod twar­
dym pancerzem, zamykającym ją w obrębie rzeczy do­
tykalnej, umieszczonej, tak jak mebel, którym możemy
się posłużyć, w tej rozległej, obcej izbie, zwanej prze­
strzenią.
Przedmioty te, będące przecież tworami ludzkich
rąk, wydają się na ogół jeszcze bardziej nam obce niż
produkty natury, których stanowią zaledwie uległe,
a zarazem bardzo osłabione refleksy, niepozorne cienie
na granicy parodii, zbyt wątłe, by posłużyć nam za prze­
ciwny biegun wewnętrznego bieguna naszej miłości.
To dlatego, że nie są wewnętrznie spójne, że nie są
autonomiczne, dzieła sztuki w znakomitej większości
przeraźliwie nas nudzą, są nudniejsze niż deszcz, w su­
mie bowiem dzieli je od nas więcej niż od kropli wody
- bo piękne, ciekłe kulki wody przywodzą na myśl łzy,
przynajmniej swą formą, jeśli nie smakiem, a ta wilgot­
ność, ta płynność, ewokuje fale błogości, przepływają­
cej przez nasze członki, kiedy kochamy się, albo kiedy
poczujemy czyjś dotyk.
W chwili obecnej niewielu jest artystów, których
dzieło wymyka się tej okropnej nudzie. A w przeszło­
ści było ich jeszcze mniej. Wszakże wśród rzadkich
nam współczesnych, którzy dzięki szczególnemu daro­
wi nie podlegają tej regule, można wymienić Giacomettiego.
Są takie momenty, które można określić mianem
kryzysu, i tylko one są ważne w życiu. Chwile, kiedy
nagle to, co zewnętrzne, zaczyna zgadzać się z żądania­
mi wysyłanymi w jego stronę z naszego wnętrza, chwi­
le, w których świat na zewnątrz otwiera się po to, by
między nim a naszymi sercami zawiązała się nagle nić
porozumienia. Przywołuję w pamięci kilka tego rodza­
ju przeżyć - wszystkie odnoszą się do zdarzeń z pozoru
błahych, wypranych z wartości symbolicznej, tudzież,
jeśli chcecie - bezinteresownych: na rozświetlonej rue
Montmartre Murzynka z trupy Black Birds trzyma
obiema rękami bukiet zroszonych wodą róż, parowiec,

Alberto Giacometti

na pokład którego dopiero co wsiadłem, zwolna odda­
la się od nabrzeża, docierają do mnie strzępy jakichś
piosenek nuconych przypadkowo, w ruinach w Grecji
natykam się na jakiegoś dziwnego ptaka, który musiał
być chyba czymś w rodzaju olbrzymiej jaszczurki... Po­
ezja zrodzić się może tylko z takich kryzysów i tylko te
dzieła się liczą, które dostarczają ich ekwiwalentu.
Lubię rzeźbę Giacomettiego, ponieważ wszystko,
co on robi, wydaje się utrwalaniem takiego kryzysu
w kamieniu i odznacza się intensywnością nagłego in­
cydentu, błyskawicznie schwytanego i zastygłego
w bezruchu, kamieniem przydrożnym, który daje temu
świadectwo. Mimo to nie ma w tej rzeźbie niczego
martwego, wręcz przeciwnie, wszystko jest, jak
w prawdziwych fetyszach, którym można oddawać
hołd (prawdziwych, to znaczy tych, które są do nas po­
dobne i stanowią zobiektywizowaną formę naszego
pragnienia), żywe aż do przesytu, eksponujące powab
życia, mocno nasycone humorem, pięknym wyrazem
tej uczuciowej ambiwalencji - temu delikatnemu
sfinksowi wciąż dajemy strawę, zazwyczaj sekretnie,
w samym centrum istnienia.
Więc nie domagajcie się ode mnie jakiegoś wywo­
du o rzeźbie. Ja wolę dywagacje - ponieważ te piękne
przedmioty, które mogę zobaczyć i dotknąć, są zaczy­
nem tylu moich wspomnień...
Niektóre z jego rzeźb są puste jak szufelka albo jak
wydrążone owoce. Inne są pełne dziur, przez które
przechodzi powietrze, to poruszające struktury, usta­
wione między wnętrzem a światem zewnętrznym, sita
zżerane przez wiatr, ukryty wiatr, który wciąga nas
w olbrzymi czarny wir, w te minuty niesamowite, któ­
re wprowadzają nas w trans.
Giacometti urodził się 10 października 1901 r.
w Szwajcarii (w kantonie Gryzonia). Jest synem mala­
rza. Do czternastego roku życia przebywał w rodzin­
nym miasteczku, potem w 1915 roku rozpoczął naukę
w liceum, które po czterech latach rzucił, aby upra­
wiać malarstwo i rzeźbę, czemu już od wczesnych lat
chciał się oddać. Przez pół roku studiował w Ecole
d’Arts et Metiers w Genewie, ale nie przypadło mu to
do gustu. Cały rok 1921 spędził, podróżując po W ło­

163

Michel Leiris • ALBERTO GIACOMETTI

szech. Dziewięć miesięcy upłynęło mu w Rzymie.
W 1922 r. przyjechał po raz pierwszy do Paryża. Przez
trzy lata bywał tam od czasu do czasu, a od 1925 r. za­
mieszkał w Paryżu na stałe, z wyjątkiem dwóch, trzech
miesięcy w roku, które spędza w rodzinnych stronach.
Początkowo uczęszczał na Akademię, żeby pracować
według natury, ale od kilku lat pracuje sam.
Giacometti to zatem rzeźbiarz bardzo młody. Idio­
tyczne jest bawić się w przepowiadanie przyszłości, ileż
to razy prorocy nie różnili się od zwiastunów nieszczę­
ścia. Ale jak nie szczędzić pochwał na widok tych fi­
gur powstałych pod jego palcami, tak konkretnych,
tak oczywistych, absolutnych jak twory, które się wiel­
bi, skamieniałe w ulotną sól, ale bez cierpkości śniegu,
jak kurz opadający pod palcami tego, kto je poleruje ten nieuchwytny popiół dla pasjonatów powinien stać
się relikwią - i ta cudowna sól, którą tylu dawnych po­
szukiwaczy pragnęło wydobyć z łona ziemi, słoność fal

i gwiazd, które też mają własne przypływy, a wreszcie
sól łez, łez od śmiechu, łez z rozpaczy, czy łez w obłę­
dzie, łez lekkich i jakby złośliwych, łez dziwacznych,
karkołomnych, czy też ciężkich łez nasączonych solą
kośćca i zlodowaciałych szkieletów, wciąż te krople
wody, które padają niestrudzenie, czasem w niemej
skale istnień dowiercając się oślepiających źródeł,
zgęszczonych kropli wody, przypominających tę sól,
która zawsze będzie zaspokajała nasz głód, sól morską,
sól gorzką, sól łamiącej się falangi, sól zębów, sól po­
tów, sól spojrzeń... I w końcu kamienna uczta, potra­
wa z brązu, cudownie żywa, i na długi czas zdolna nas
pobudzać, podsycać nasz wielki głód.
Przełożył Marek Kędzierski
*Tekst pochodzi z „Documents” 4/1929

Alberto Giacometti Patrząca głowa, 1929. Alberto Giacometti-Stiftung.
Publikowane w „Documents” 4/1929. Za: „Kwartalnik Artystyczny” 2-3/2003.

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.