9974cc2fd33286070f5306098c47bff0.pdf
Media
Part of Francis Bacon, en face i z profilu / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2007 t.61 z.3-4
- extracted text
-
MI CHEL LEIRIS
Ich verlange in allem - Leben, Möglichkeit des Daseins, und
dann ist 's gut; wir haben dann nicht zu fragen, ob es schön, ob
es hässlich ist. Das Gefühl, dass, was geschaffensei, Leben habe,
stehe über diesen beiden und sei das einzige Kriterium in Kunst-
Francis Bacon:
en face i z profilu
sachen.
Georg Büchner, Lenz
„Ja żądam we wszystkim - życia, prawdopodobieństwa,
istnienia, wtedy - wszystko w porządku; nie ma już po co py
tać, czy rzecz jest piękna czy brzydka. Poczucie, iż to, co się
stworzyło, naprawdę żyje własnym życiem, przeważa nad
tamtymi dwoma i stanowi jedyny sprawdzian w dziedzinie
sztuki”
Georg Büchner, Lenc (przeł. Kazimiera Iłłakowicz)
Orestes, chwilę po tym, jak z trudem zdołał uśmie
rzyć gniew Erynii, Hamlet próbujący zebrać myśli po
konfrontacji z duchem, Don Juan nie większy super
man niż jego tchórzliwy lokaj, ale napinający każdy
muskuł, nim zuchwale wystąpi przeciw Piekłu, na któ
re skazał go Komendant, Maldoror, na poły anioł, na
poły orkusz, który chce zaczerpnąć oddechu po wygło
szeniu bluźnierczej tyrady w Pieśniach, raz jowialny, raz
marzycielski Falstaff, mimo wszystkich ekscesów nie
mal równie młodzieńczy jak wtedy, gdy był paziem
u księcia Norfolku - wielki gracz doskonale wyczuwa
jący własną, naznaczoną tyloma wstrząsami epokę, po
stać wyrafinowanie nowoczesna, zaskoczona przez nas
w absolutnie nieoczekiwanej chwili, kiedy nie bacząc
na godzinę, ma wszystko postawić na jedną kartę, czy
to w karty, czy w kości, czy w ruletkę... N a twarzy
Francisa Bacona, rumianej jak u jakiegoś osiemnasto
wiecznego empirysty angielskiego, który filozofuje nad
kieliszkiem koniaku czy sherry, na tej twarzy bez śladu
zarostu, dziecięco pucołowatej, ale i steranej życiem,
zdaje się malować zdumienie, otwierające oczy, inteli
gentny upór tudzież połączona z jakąś, czy ja wiem, se
kretną wściekłością, subtelna rozpacz kogoś świado
mego, iż w dzieciństwie najmniejsza rzecz potrafiła
wzbudzić w nim zachwyt.
Kosmyk włosów przekornie tnący czoło, linia, któ
rej nie brak na żadnym z autoportretów, to jakby znak
tego, że w głowie Bacona nic nie dzieje się podług gnuśnych reguł jakiegoś z góry wyznaczonego planu, lecz
jest nieodmiennie konsekwencją zawieszenia, załama
nia lub zakwestionowania. Czyżby owa niezgoda na
gotową konfekcję nie przejawiała się w nieco skrzy
wionej, a w każdym razie nie całkiem pionowej pozy
cji, w jakiej widzimy go na wielu fotografiach, która,
podobnie jak jego chód, niemal taneczny, może świad
czyć o wstręcie do statecznej równowagi u tych, pod
stopami których nigdy nie usunęła się ziemia?
W porównaniu z niedbałym, lecz absolutnie niena
gannym ubiorem tej postaci, której niepodobna rozwa
żać w jednym tylko aspekcie i którą należałoby także rezygnując z wszelkiego romantyzmu - przedstawić jako
pracoholika, malującego od wczesnego rana, bez wzglę
du na to, jak upłynęła mu noc, bezład panujący w jego
londyńskiej pracowni - istnej rupieciarni, z latami niesprzątaną podłogą - położonej w wymuskanej dzielnicy
mieszkaniowej, w jednym z tych mews [zaułków], gdzie
niegdyś mieściły się stajnie, każe myśleć, właśnie z powo
du wielkiego rozgardiaszu, o względnej kreacji porządku,
który nastaje symbolicznie wraz z namalowaniem obra
zu, a równocześnie stanowi - w oczach artysty, który
w pomieszczeniu, gdzie zazwyczaj sypia i zwykle też ma
luje, nagromadził tyle rzeczy (przybory malarskie, poroz
rzucane i niszczejące wszędzie fotografie etc.) - trójwy
miarowy ekwiwalent słynnego muru Leonarda da Vinci,
tak wiele podsuwającego wyobraźni.
Czy głównym celem sztuki, zarówno tej, która zdaje
sprawę z istniejących rzeczy, jak i tej, która rozwija się
przede wszystkim jako gra wyobraźni, nie jest wybawić
139
Francis Bacon Michel Leiris. Za: Bacon 1909-1992,
Cercle d'Art, Paris 1994
Michel Leiris • FRANCIS BACON: EN FACE I Z PROFILU
nas od nieszczęścia, celem, który może osiągnąć w ten
sposób, że obok zwykłego świata powołuje do życia świat
ułożony podług kaprysu naszego umysłu, rządzący się
własnym porządkiem i odcinający się od nieprawdopo
dobnego bałaganu otaczającej nas rzeczywistości? I czy
sztuki plastyczne, które wytwarzają wabiące oko obrazy,
obdarzone inną esencją niż niezliczone elementy świata
zewnętrznego, będące dla nas jakby punktami zaczepie
nia, nie są powołane do tego, by dać nam coś na podo
bieństwo ludzkich osad, wzniesionych przez cywilizację,
których uporządkowanie - obojętnie, jaki ma charakter
- trzyma w ryzach dzikość otoczenia? W ten sposób ar
tysta - jeśli przyjąć, że jego działalność wykracza poza
prostą rozrywkę - może znaleźć dla siebie rację bytu
w samym istnieniu chaosu, w którym jesteśmy zanurze
ni, zamieszania, pośród którego przyjdzie mu wypowie
dzieć coś własnego, choćby niezbyt mocnym głosem (ale
autentycznie ludzkim, takim, który dotrze do nas i w odróżnieniu od wytworów sztuki czysto utylitarnej wzbudzi w nas echo). Czy znaczy to wszakże, iż Bacon,
którego trudno opisać w aspekcie zewnętrznym, ponie
waż nie mieści się w żadnym sztywnym schemacie i nie
chce być niczym więcej niż malarzem i wyznawcą nie ty
le sztuki, ile nieniosącej żadnego przesłania gry, miałby
mieć głos o brzmieniu mniej opierającym się definicji?
Jakby płótno żyło własnym życiem i stanowiło nową
rzeczywistość, a nie było zaledwie jej kopią, pośrednią
aluzją do niej albo przykładnie wyważonym wzorem
(czyli czymś bez jadu, jak czysty ornament), to, co na
tychmiast się na nim dostrzega, i to, co narzuca się wi
dzowi nie zapośredniczone, obojętnie z jakich elemen
tów składa się obraz, także wtedy, gdy temat sytuuje go
na planie mitu, a nie codzienności i niezależnie od te
go, czy naszą reakcją będzie aprobata czy sprzeciw, to
swego rodzaju realna obecność ożywiających takie dzie
ła postaci, absolutnie nie zatrącająca o teologię. Dzięki
nim do nieuprzedzonego widza zaczyna przenikać pew
na dotykalna rzeczywistość, z krwi i kości, nieobca te
mu, czego w normalnym życiu doświadczyć on może
w akcie paroksyzmu, takim jak miłość fizyczna. Owa
realna obecność, przyodziana w niesamowitą wprost
niejednoznaczność i fascynujący połysk, daje się sma
kować z całą zmysłowością, ale - jakkolwiek wyrafino
wane byłyby środki malarskie - jest tak intensywna, że
ci, których odstręczają podobnie żrące efekty, widzą
w tym tylko szpetotę!
Dzieła Bacona nie tylko drażnią naskórek i zwraca
ją na siebie uwagę samym elementem pikturalnym,
ich oddziaływanie idzie dużo dalej - zachodzą za skó
rę, nie przestają nas sycić dobrą lub złą energią także
po upłynięciu tego w pewnym stopniu zawsze zdumie
wającego momentu, kiedy obraz zaczyna docierać do
umysłu, co (rzecz jasna) świadczy o ich wyjątkowej
wartości. Czymże bowiem jest dzieło malarskie, nie
zdolne do owładnięcia nami, które po dłuższym czasie
naszego z nim obcowania można niemal zredukować
do roli przypadku, przerywającego monotonię ściany,
na której zostało zawieszone? Tylko te dzieła istnieją
prawdziwie, te tylko osiągają pełnię realności, które
mają na nas trwały wpływ - do czego zresztą zdolne są
też rzeczy tak efemeryczne jak śpiew, gra aktora lub ta
niec (bo to kwestia jakości, nie czasu przedstawienia)
- i które gruntownie odmienią cały nasz sposób póź
niejszego odczuwania i myślenia, a nie tylko czymś nas
zafrapują, choćby i głęboko, nie zmieniając wszakże
niczego w naszych emocjonalnych reakcjach wobec
świata i nie pozwalając nam wyjść poza dyletantyzm.
N a większości swych obrazów, niezależnie od tego,
do której fazy jego twórczości należą, pominąwszy to,
co zjawia się tam wyłącznie jako akcesorium lub ele
ment dekoracyjny - Bacon pokazuje figuracje żywych
postaci bądź rzeczy, ogólnie biorąc, banalnych, odzna
czające się, przynajmniej z pozoru, pewną prawdziwo
ścią wizerunku pozostającą w bezpośrednim związku
z doświadczeniami zdobytymi kanałem wrażeń lub,
w szerszym ujęciu, wrażliwości, takich jednakże, z któ
rych jasno widać, że nie są one, jak fotografia, odbicia
mi otaczającego świata, tylko rezultatem całkowicie
swobodnego zastosowania technicznych środków ma
larstwa, przedstawieniami, których jednakowoż cha
rakter fikcji malarskiej powoli się zaciera, dzięki czemu
istnieją one mocniej niż proste reprezentacje (stano
wią, jak się wydaje, byty szczególnej kategorii, a nie
imitacje pozbawione własnego życia). Inaczej można
by to ująć w ten sposób, że istotnym celem Bacona jest
nie tyle namalowanie obrazu, traktowanego jako coś,
co warto obejrzeć, ile doprowadzenie do tego, by na
płótnie, branym za teatr działań wojennych, objawiły
się jakieś realności. W tym względzie artysta ten - któ
ry nie mając próżnej ambicji bycia nowoczesnym, na
leży niewątpliwie do drugiej połowy naszego wieku,
tak przez swój styl, jak i wprowadzane do gry elemen
ty - odróżnia się nie tylko od surrealistów (którzy,
opętani na punkcie snu i wynalazków fantazmatycznej
natury, uczynili z obrazu ekran, na który rzutowane są
projekcje świata wyobraźni), ale i od kubistów (dla
których wartość obrazu, rozumianego jako radykalna
transformacja prawdziwego motywu bądź uważanego
za taki, polegała na silnym ustrukturyzowaniu kompo
zycyjnym, wolnym od wszelkich sztuczek optycznych),
a także od ich wielkich poprzedników, impresjonistów
(dla których obraz był otwartym oknem lub dziurką od
klucza, obdarzającymi oko jakimś świetlistym lub przy
słoniętym wycinkiem codziennej rzeczywistości).
Unikając niespokojnego oświetlenia (co skierowa
łoby go w stronę ekspresjonizmu, on tymczasem kate
gorycznie sprzeciwia się tej tendencji i jako realista
gardzący przesadną emfazą tak samo jak dramatyzo
waniem czy satyrą usiłuje po prostu, niczego nie doda
jąc, jak najwierniej przenieść na płótno swoje wraże
nia), unikając również efektów wizualnych, tak
subtelnych, jak i jaskrawych (w stylu impresjonistów),
140
Michel Leiris • FRANCIS BACON: EN FACE I Z PROFILU
Bacon umieszcza na ogół to, co maluje, w ostrym
i równomiernym świetle elektrycznym, a jeśli w świe
tle słonecznym, to bez niuansów związanych z meteo
rologią. Wszystko odsłania się w jaskrawym świetle
południa - w szczytowym punkcie dnia i w godzinie
prawdy - bądź w świetle określanym w języku teatru
jako pełne reflektory. Czy nie można by z tego wnosić,
że na wszystkich swych płótnach ten człowiek o wielu
obliczach lubi grać w otwarte karty i bezzwłocznie, bez
staroświeckiej finezji gotów jest płacić natychmiast ży
wą monetą? Jest nią owa „bezpośredniość”, którą Ba
con sam dostrzega w niektórych swych pracach,
o czym mówi historykowi sztuki Davidowi Sylvestrowi
w jednej z wielogodzinnych rozmów nagranych na ta
śmie, a następnie spisanych (jest ich dzisiaj siedem,
plus jedna nie wydana). Dyskutują, z takim zacięciem
starając się rozwiać wszelką wieloznaczność, że dialog
ten mógłby toczyć się w nieskończoność. Te przykła
dowe dokumenty wykazują, jak mało zależy Baconowi
na kokieteryjnym maskowaniu natury swego dzieła
oraz że w parze z pozornym rozwichrzeniem idzie
u niego rzadko spotykana trzeźwość spojrzenia. Owa
„bezpośredniość”, chciałoby się rzec, polega nie tylko
na natychmiastowości uzyskanego efektu, lecz rów
nież na chłodnym przypieraniu do muru, któremu bez
litośnie poddany jest widz, zresztą (jak się wydaje) na
równi z autorem, który z takim samym zapamięta
niem, z jakim zazwyczaj maluje, teraz bez ogródek i bez
owijania w bawełnę udziela odpowiedzi na przebiegłe
pytania upartego i zawziętego inkwizytora.
Przestrzeń, w której oddychamy, tutaj, i czas,
w którym, teraz, żyjemy - właśnie to znaleźć można,
z paroma wyjątkami, na płótnach Bacona, płótnach,
których celem, jak się wydaje, jest bezpośrednie wyra
żenie czegoś bezpośredniego, płótnach, o których nie
wystarczy powiedzieć, że, ogólnie biorąc, są wolne od
egzotyki i archaizowania - odstępstwem od tej reguły
są tylko Krajobraz z nosorożcem z 1952 r. (na podsta
wie fotografii pochodzącej z Afryki Równikowej, póź
niej zniszczony, jak wiele innych obrazów Bacona),
Człowiek niosący dziecko (pamiątka długiego pobytu
w Tangerze w 1956 r.), seria Papieży (inspirowanych
w okresie 1949-52 słynnym Innocentym X Velazqueza)
tudzież do pewnego stopnia anachroniczne portrety
van Gogha (1957), spośród których parę, o nieco fo
wistycznej fakturze, to prace niemal - choć nie w peł
ni - nam współczesne. Między większością obrazów
Bacona - artysty, którego całkowitą oryginalność
w tym względzie chciałbym tu jeszcze raz podkreślić a człowiekiem, który na nie patrzy, bliskość jest w rze
czy samej większa, niż gdyby ich temat nie narzucał
dystansu w przestrzeni lub czasie. Choć dzieła tego ty
pu nie mają absolutnie charakteru trompe-l’oeil (ersatzu, który zresztą nie jest w stanie nikogo naprawdę wy
wieść w pole), a ich autor gwarantuje, że są one
autentycznymi kreacjami, równie odległymi od abs
trakcji, jak od tego, czemu przykleja pejoratywną ety
kietę „ilustracji”, można powiedzieć, że oglądającemu
dają one poczucie, „jakby tam był”, a nawet, że na
prawdę „tam jest ” (nie przed obrazem, tylko wewnątrz
niego), według formuły określającej pełne uczestnic
two, idącej dalej niż formuła „to jest”, którą Roland
Barthes ukuł w odniesieniu do fotografii w swym nie
wątpliwie światłym dziele, Światło obrazu [La Chambre
claire] dla oznaczenia, że czas przeszły został zastąpio
ny teraźniejszym: według której „to było” wyraża, że
fotografia, której paradoksalnym powołaniem jest
funkcjonować nie tyle jako otwarta i pozbawiona dy
stansu prezentacja jakiegoś zjawiska, ile dawać świa
dectwo post factum, bo świadectwo musi być post fac
tum, i autorytatywnie poświadczać, że coś istniało albo
się zdarzyło.
N a licznych płótnach Bacona, które wydają się z mojego subiektywnego, rzecz jasna, punktu widzenia
- najbardziej typowe, czyli należących do dojrzałego
okresu tego artysty, który, nie mając za sobą studiów
akademickich, wypracował swe rzemiosło jako samo
uk, dosłownie własnymi rękami, rzeczy pokazane są
w miejscu przedstawionym (mniej więcej) w myśl tra
dycyjnych reguł perspektywy i z tego względu są dla
nas wiarygodne. Całkiem z bliska, moglibyśmy je wziąć
za obiekty wielkości naturalnej, umieszczone na prze
dłużeniu podłogi, na której stoimy, oglądając obraz.
Jakbyśmy przestali być jedynie widzami i mieli bezpo
średnio do czynienia z przedstawionymi rzeczami. Na
tych płótnach - mających, owszem, swoją geometrię,
ale geometrię, którą można by nazwać peryferyjną
(dotyczącą jedynie przestrzeni otaczającej) nieodnoszącą się do samych figur, zbyt swobodnie potraktowa
nych, aby można je było zredukować do prostych
struktur - ogólna konstrukcja całości odpowiada
mniej celom dekoratywnym, czy też stricte plastycz
nym, niż nadrzędnym wymogom rozplanowania [na
obrazie], uscenicznienia i akcentowania [waloryzacji
znaczeniowej]. To z punktu widzenia powstającego
dzieła, natomiast z punktu widzenia oglądającego,
którego oko i umysł atakuje obraz - zdecydowanego
uobecniania. Zazwyczaj zamknięta i ciasna przestrzeń
obrazu - obszar, który nie wydaje się ani substytutem
naszego świata, ani modelem tegoż w pomniejszonej
skali, lecz jego repliką - jakby konstytuowała (nieza
leżnie od tego, czy mamy do czynienia z jakimś mało
oryginalnym pokojem, czy bardziej rozległą przestrze
nią na zewnątrz, zawsze banalną, zupełnie nic nam nie
mówiącą) rodzaj pudełka, w którym, w idealnej sytu
acji, zostanie zawarty widz, fikcyjnie wprowadzony na
to miejsce, gdzie, rzekomo w jego skali, zostanie mu
coś pokazane - tym samym zaszczyca go Bacon rolą
mniej pasywną niż przykutego do fotela widza i podno
si do rangi voyeura, na żywo uczestniczącego w czymś
w rodzaju sceny bez sprecyzowanej anegdoty, która
odsłania się na jego oczach - widz, schwytany w prze
141
Michel Leiris • FRANCIS BACON: EN FACE I Z PROFILU
strzeni przeważnie zamkniętej w sobie, lecz otwartej
dla niego, skoro może tam przeniknąć w wyobraźni,
wszystkie użyte środki jakby go do tego zachęcały.
Jest to zatem - podobnie jak i nasz czas - nasza
przestrzeń. Oprócz tych obrazów, gdzie można się do
szukać pewnych aspektów biografii artysty, który
przez jakiś czas był projektantem mebli, nim nagle
odezwało się w nim artystyczne powołanie (równie
nagle, jak w chłodnych strukturach jego obrazów od
zywa się prawdziwe malarstwo), pewna liczba dzieł
Bacona została tak pomyślana, jakby miała zademon
strować swoją aktualność. Nie tylko nowoczesne stro
je postaci i meble (funkcjonalne bez wyjątku), ale
i inne akcesoria wzięte wprost z naszej epoki: elek
tryczne żarówki i przełączniki, dywaniki, parasole,
maszynki do golenia, umywalki i sedesy, telefony,
aparaty fotograficzne, gazety z nieczytelnym tekstem
(które, podarte i pomięte na ziemi, sugerują zresztą
bałagan panujący w samym atelier artysty), niedopał
ki papierosów (które, odnosząc się do bieżącej chwili,
jakby podkreślały charakterystyczny dla obrazu
aspekt wyrwania z prawdziwego życia, schwytania na
gorącym uczynku, joyce’owskiej epifanii), strzałki,
które wydają się pochodzić ze znaków drogowych al
bo ze schematu działania zawartego w jakiejś instruk
cji technicznej. A wszystko to oddane mniej w typo
wo malarski sposób niż w stylu czysto informacyjnym
(bez estetyzacji wyprodukowanego przedmiotu, tak
jak to często praktykuje Fernand Léger, albo, z grub
sza, Man Ray w swoich „rayogramach”). Podobnie
jak przestrzeń obrazu oddana jest nam, oglądającym,
jako nasza, wydaje się, że Francis Bacon wyraźnie sy
gnalizuje - innymi środkami - że tego, co chce obda
rzyć pozorem życia, nie można szukać - tak jak z de
finicji wszelkiej rzeczy autentycznie żywej - w innym
czasie niż nasz teraźniejszy. Ubranie (banalnie współ
czesne) albo nagość (absolutnie nieakademicka) po
staci Bacona mogłyby, właśnie w tym momencie, na
leżeć do autora albo do nas.
Owo malarstwo w dwojakim sensie bezpośrednie,
(bo działa bezpośrednio i niemal zawsze mówi o rze
czach tu i teraz), nie niesie w dodatku żadnego prze
kazu - co Francis Bacon kategorycznie stwierdza już
w jednej z pierwszych rozmów z Davidem Sylvestrem,
przy okazji stanowczo odrzucając przylepioną mu po
chopnie etykietę ekspresjonisty. Czy to nie oczywiste,
że jego celem jest uprawiać malarstwo, że tak powiem,
bez najmniejszego dystansu? Sztuka tego typu tak sa
mo jak wyklucza oddalenie w przestrzeni i czasie, nie
daje się pogodzić z dystansem innego typu, który moż
na by nazwać dystansem refleksyjnym, charaktery
stycznym dla utworów, których nie sposób w pełni
przyswoić od razu i bez znacznego wysiłku umysłowe
go, ich podstawę stanowią bowiem aluzje, a ich od
działywanie jest okrężnym procesem, często wymaga
jącym dłuższej interpretacji, i daje się zauważyć
z pewnym opóźnieniem, co oczywiście osłabia bezpo
średni efekt, nawet jeśli wzmaga rezonans.
Choć ani ze względu na strukturę, ani ikonografię
malarstwo Bacona nie ma w sobie wcale surowości, moż
na w odniesieniu do niego użyć określenia „zubożenie”,
podkreślającego, do jakiego stopnia artysta nic sobie nie
robi z symboli tudzież czegokolwiek, co ma posmak folk
loru czy zjawisk niecodziennych w zwykłym kontekście.
To zubożenie w gruncie rzeczy da się porównać do gry,
czego zresztą można oczekiwać u kogoś, kto nie zadowa
la się byciem graczem w życiu (jest entuzjastą zwłaszcza
gier szybkich i opierających się na czystym przypadku, ta
kich jak ruletka), ale i uważa, że w naszych czasach ma
larstwo, pozbawione wszelkiej funkcji sakralizującej, mo
że być już tylko grą (pogląd bezsprzecznie budzący
wątpliwości, nie bierze bowiem pod uwagę, że malarstwu
można jeszcze przypisać rolę wychowawczą, nawet jeśli
niefortunnie). Czyż sztuka, tak jak ją postrzega Bacon
(sztuka odarta z mistycyzmu, oczyszczona z całej otoczki
religijnej tudzież pozbawiona jakiegokolwiek wymiaru
moralnego, co niemal na jedno wychodzi, a przez to głę
boko realistyczna, nawet w tych rzadkich wypadkach,
kiedy ten bywalec baru wielokrotnie uwiecznionej przez
niego na portretach już nieżyjącej Muriel Belcher, za
miast oddawać na obrazie zewnętrzną rzeczywistość,
chce urzeczywistnić, ucieleśnić ponad wszelką wątpli
wość coś czysto wewnętrznego, co istnieje tylko dla nie
go) oraz gra - owa czynność sama w sobie niemająca uza
sadnienia, którą jednakże można się na śmierć
pasjonować - nie stanowią obie czegoś z gruntu bezpo
średniego, ważnego tylko w danej chwili (i nie przez
wzgląd na jakąś finalność, która ją później zweryfikuje),
znaczącego wyłącznie w obrębie własnej dziedziny?
Jeżeli, jak powiada Bacon, sztuka w naszych cza
sach może być już tylko grą (koncepcja całkiem inna
niż sztuka dla sztuki, z uwagi na to, że nie sugeruje owej
szczególnej waloryzacji, która pod nieobecność sztuki
uświęcającej chciała uświęcić samą sztukę), to jakim
sposobem ten absolutny laik, niewierzący w jakąkol
wiek transcendencję, wykracza poza czystą rozrywkę
w tej grze, która owładnęła nim jeszcze bardziej szaleń
czo niż klasyczne gry hazardowe?
Odmiennie niż inny amator wielkiej gry, Picasso,
który wydaje się gustować w eksperymentach z najroz
maitszymi sposobami wytwarzania znaczeń, a tym sa
mym kwestionuje język pikturalny w ogóle, Bacon bliski w tym względzie swemu współczesnemu Giacomettiemu - jest raczej zwolennikiem jak najprecyzyj
niejszej i najskuteczniejszej figuracji. Gra jest dla nie
go nie tyle kwestią wymyślania znaków, ile przede
wszystkim starciem między artystą a znaczeniem, któ
re chciałby on wytworzyć, walką, która (będąc inter
akcją między przypadkowym charakterem tematu
a wyobrażeniem namalowanym przez zawierzającego
swym subiektywnym impulsom artystę) jest źródłem
owego postulowanego przez Bacona „napięcia”, nie
142
Michel Leiris • FRANCIS BACON: EN FACE I Z PROFILU
obecnego - i to całkiem naturalnie jego zdaniem w dziełach niefiguratywnych.
Pomijając parę wielkich kompozycji o bezsprzecz
nie tragicznej randze, zazwyczaj w rzadkiej dziś formie
tryptyków, tudzież grupę malowideł, które, choć biorą
motywy z natury, nie obejmują człowieka (ptaki, wy
jątkowo pejzaże, trawa, fontanna, wirujący piasek),
naczelnym tematem Bacona jest niewątpliwie żywa re
alność ludzkiej istoty. Z tego punktu widzenia zna
mienne, że w jego twórczości, dosyć przecież różno
rodnej, nie ma martwej natury - może z wyjątkiem
Studium postaci (1945-46), które sprowadza się do
płaszcza złożonego obok kapelusza i sterty kwiatów,
tudzież półotwartej torby podróżnej ze środkowej czę
ści tryptyku z 1967 r. inspirowanego, choć nie widać
tu oczywistego związku, „arystofanejskim melodrama
tem” T. S. Eliota Sweeney Agonistes. Znamienne rów
nież, iż nawet woda i piasek - wodotrysk albo wir pia
skowy - w przedstawieniach Bacona wydają się
ożywione gwałtownym ruchem, który przydaje im po
zoru życia, tego życia, które artysta, bez względu na to,
czy je odwzorowuje, czy wymyśla, chce przede wszyst
kim wyrażać - mniej zainteresowany przekształcaniem
i odtwarzaniem form kryjących się pod rzeczywistym
lub wyimaginowanym motywem i ewentualnie nada
waniem im znaczenia. Czyż zresztą, oprócz sposobu
przedstawienia postaci, sama struktura ogólna tych
obrazów, które w moim mniemaniu są najbardziej baconowskimi, nie każe nam myśleć o rytmie życia? Tak
jak przełomowe momenty życiowe (kiedy coś się za
czyna burzyć) ucinają banalność dnia codziennego, tło
tych obrazów - podobne spokojnej wodzie - tu i ów
dzie ustępuje ogniskom, w których spokój przechodzi
w burzę, partiom malowidła, które, w kontraście do
chłodu otaczającej scenerii, wydają się pęknięciami,
w których święty ogień malarza, tu już nie utemperowany, płonie w całkowitej wolności. Widząc Bacona,
jak sobie igra takim przeciwstawianiem - jasno usta
nowionego porządku ujmującego w ramy nieporządek
- mamy prawo przyjąć, iż dokonał on stopniowo, ra
czej przez intuicję artysty niż drogą logiki, odkrycia, że
aby przepływał prąd i powstawało coś podobnego ży
ciu, niezbędna jest różnica potencjałów.
U Bacona zatem płótno ma partie gorące, gdzie
wszystko aż wrze, oraz odcinające się od nich partie
neutralne, gdzie nic się nie dzieje. Te pierwsze zaprze
czają zdrowej mierze i można je porównać do tego, co
w jazzie określa się mianem breaks, wplecionych
w osnowę regularnych kadencji. W kategoriach kla
sycznych są to sprzeciwiające się częściom spokojnym,
lub apollińskim, części gwałtowne, albo dionizyjskie.
Stanowiłyby one, by powołać się romantycznie na po
etę płomienia i kryształu Stéphane’a Mallarmé, który
wychodząc od czarno-białych układów czcionki w typografii, na przykład tytułów gazet, nadał wysoce me
tafizyczny wymiar grze absolutnego przypadku, obsza
ry, w których kości rzucane są z gwałtownością hura
ganu (to tu toczy się wielka gra), gdy tymczasem pozo
stałe obszary to niewiele więcej niż „niezróżnicowana
neutralność otchłani” - służą tylko do zaznaczenia miej
sca, gdzie obrazowo objawią się pewne obecności, po
to, by jakby zaprzeczyć oskarżycielskiej formule nico
ści: nic prócz miejsca nie będzie miało miejsca. Owo miej
sce w tym wypadku praktycznie nie istnieje, lecz po
winno się je postrzegać jako miejsce (skoro obraz jest
esencjalnie sprawą bezpośredniej percepcji zmysłowej)
i z tego powodu należałoby je wyraźnie ustanowić,
choć samo raczej niewiele ma powodów do zaistnie
nia, jego jedyną funkcją jest bowiem udzielenie gości
ny osobie bądź osobom, które ożywiają obraz, jakby
było rodzajem abstrakcyjnego dodatku do przestrzeni
rzeczywistej, w której obraz jest wystawiony i w której
stoi widz, rodzajem continuum, dzięki któremu ogląda
jący staje na twardym gruncie tam, gdzie w pobliżu za
gęszczają się figury, przedstawione mu jako jego współ
cześni, tak że przynajmniej do pewnego stopnia nie
może się z nimi nie utożsamiać.
Skoro, z jednej strony, malarstwo, uwolnione od
wszelkiej funkcji „reportażu” (jak powiadał Bacon),
przejętej przez fotografię, może swobodnie rozwijać
właściwe sobie tylko sposoby figuracji, i skoro, z dru
giej, niemożliwe jest, żeby malarz figuratywny wzbudził
w nas wrażenie czegoś rzeczywistego, wytwarzając ko
pię, w takim wypadku bowiem fałsz skacze nam od ra
zu do oczu, musi ono pójść drogą inną niż transkryp
cja quasi-fotograficzna. Oglądający będzie miał szansę
uwierzyć w proponowaną figurę tylko wtedy, kiedy no
siła ona będzie żywe piętno (ręki) artysty (bez tego nie
zostanie nawiązany kontakt) i wtedy tylko, kiedy bę
dzie tam pewna miara dystansowania, choć takie dy
stansowanie, jeśli jest zbyt intensywne w dziełach
z natury realistycznych, jak u Bacona i jego słynnego
poprzednika, Picassa, może przyczynić się do nieporo
zumienia polegającego na wyjaśnianiu ich zawartości
intencją ekspresjonistyczną, gdy tymczasem w takich
dziełach nie ma karykaturalnego akcentowania wła
ściwego temu, co Bacon określa pejoratywnie mianem
„ilustracyjności”, tylko - trudniejsze i jednocześnie
bardziej radykalne, gruntowne przemodelowanie pla
styczne. Za pomocą niemotywowanego intencją dra
matyczną lub choćby po prostu estetyczną, zniekształ
cania postaci Bacon, malując ją, chce przedstawić
rzeczywistość prawdziwą lub fikcyjną, co do której
widz oglądający na płótnie jej projekcję niemal natu
ralnej wielkości nie będzie wątpił, że jest ona hic et
nunc, przedstawieniem wolnym od rutyny spostrzeżeń
- rutyny, z powodu której w powszedniej egzystencji
przestaje się (lub niemal) dostrzegać tę rzeczywistość a zamiast niej pragnie ukazać mu rzeczywistość „prze
mieszczoną”, wymykającą się tępiącym przenikliwość
spojrzenia przyzwyczajeniom i odesłać go bezpośrednio
do naszej epoki i naszego środowiska - czyż ta jego
143
Michel Lems • FRANCIS BACON: EN FACE I Z PROFILU
praktyka, bliska transmutacji, podobnie jak transmutacje nie jest wynikiem przypadkowości przeprowadza
nych działań? Niejednokrotnie zniekształcenie jest
tak drastyczne, że entuzjasta Oscara Wilde’a mógłby
nieopatrznie doszukiwać się tu odwrócenia słynnej sy
tuacji Doriana Graya, na którego portrecie uwidacz
nia się wyłącznie to, co zżera jego samego, w ten spo
sób chroniąc go przed poznaniem swego rzeczywistego
wyglądu, gdy tymczasem portrety Bacona mają w so
bie coś z wyroczni - ich modele już z góry portretowa
ne są jako stworzenia przeżarte rozpadem.
Owa enigmatyczna właściwość, niezależna od ja
kiejkolwiek estetyki i opierająca się wszelkiej analizie,
Baconowska obecność - wbrew temu, co można by po
myśleć - nie jest kwestią stylu: może jej nie posiadać
dzieło niesłychanie wyszukane, domagające się wnikli
wej lektury i wielkiego zaangażowania od nas - posta
ci w anonimowym tłumie (jakby ta obecność, która
konstytuuje życie obrazu, była teraźniejszością figury,
która powstaje w umyśle widza na podstawie elemen
tarnych danych percepcji), natomiast może ona poja
wić się w dziele niemal naturalistycznym, którego te
mat nasuwa się nam bez najmniejszej trudności.
Co do dzieł Bacona, to - przynajmniej na tych ob
razach, które uważam za najbardziej witalne, abstra
hując od wszelkiego wartościowania - ich krańcowa
intensywność jest, jak mi się wydaje, rezultatem para
doksalnego połączenia tych dwóch dróg: wyraźne
zniekształcenie postaci idzie tu w parze z dosyć naturalistycznym potraktowaniem ich otoczenia. Podobny
związek gorącego i chłodnego zdumiewa (bo tak bar
dzo odbiega od tego, czego mielibyśmy prawo oczeki
wać), i przyciągając ku sobie naszą uwagę, intensyfiku
je wrażenie obecności. To zresztą tylko jeden z wielu
przykładów sprzecznych tendencji, których pełne jest
tak dzieło Bacona, jak jego życie - na jednym obrazie
współistnieją (będę się przy tym upierać) pokaźne par
tie traktowane z wyraźną obojętnością (aplaty często
jako tło) oraz fragmenty należące do tego, co można
by nazwać pictura picturans, które, jak się wydaje, są
owocem wybuchu niepohamowanej energii, rozpasania tak głowy, jak ręki (figury). Okadrowanie względ
nie geometryczne, którego na ogół przejrzysta struktu
ra kontrastuje z czasami prawie niemożliwą do
zdefiniowania formą postaci, które, jak się wydaje,
jeszcze chwila, a stracą szkielet i przeobrażą się w dzi
waczne wysięki-wycieki albo zawirowania fuzjonującej
materii. Zwłaszcza w portretach - z jednej strony wol
ność, wynikająca z postanowienia, by nie ilustrować,
z drugiej ograniczenia wynikające z woli uzyskania do
kładnego podobieństwa, na ile tylko pozwoli na to
owa kwadratura koła: oddać to, co o wyglądzie posta
ci podpowiada artyście własna subiektywna i niemal
arbitralna intuicja, nie lekceważąc przy tym ogólnie
znanych cech, poświadczonych na fotografiach, które
w tym wypadku funkcjonują nie jako źródło inspiracji,
lecz środek kontroli (jak fotografie paszportowe, które
powinny być jak najmniej „artystyczne”, oczyszczone
ze wszystkiego, co mogłoby poddać ich dyktatowi wy
obraźnię, odgrywające zatem rolę bariery, a nie katali
zatora, którym były, na przykład, studia pozycji i ruchu
ciała na zdjęciach Muybridge’a z końca ubiegłego wie
ku, podobnie jak fotografie medyczne przedstawiające
wnętrza ust, dokumenty, które często były dla Bacona
punktem wyjścia w jego pracy). Ponadto: absolutnie
laicki charakter jego sztuki, która chce być tylko grą
i jako sztuka realistyczna nadawać swym motywom
charakter wyłącznie realistyczny, gdy tymczasem, for
malnie nie odsyłając wprost do malarstwa religijnego
(na przykład Baconowskie Ukrzyżowania, które zazwy
czaj nie mają, ikonograficznie, związku ze śmiercią
Chrystusa, ale przedstawione są w tryptykach, tak jak
by chodziło o jakiś wzniosły ceremoniał, wprawdzie już
wyzuty z treści, ale wciąż zachowujący swą rytualną
kompozycję. N a podobnej zasadzie Jamesowi Joyce’owi, niemal współczesnemu Bacona i niemal jego
rodakowi, plan starożytnej Odysei posłużył za model
do bardzo nowoczesnego Ulissesa), gdy tymczasem,
w moim mniemaniu, ta sztuka, zarazem przykładnie
skomponowana i wściekle spontaniczna, nie tylko
chętnie ucieka się do konfrontacji tradycji ze współ
czesnością (stąd tyle razy wybitnie klasyczna forma
tryptyku, osaczającego w pewnym sensie widza, której
pomysł, jak Bacon sam mi kiedyś wyznał, nasunął mu
panoramiczny ekran w kinach), ale z powodu chłod
nego kadrowania, które niejednokrotnie - takie mam
wrażenie - chce poskromić warzącą się w nim dziką
niemal przemoc, wydaje się charakteryzować rytualizmem przynajmniej na powierzchni, tak jak na zupeł
nie odmiennym planie codziennego życia, zdyscypli
nowany porządek według reguł dobrego brytyjskiego
wychowania - etykieta w związkach prywatnych - jest
u Bacona porządkiem czysto kurtuazyjnym, który
w żadnym wypadku nie wyklucza nieporządku, ani nie
przeobraża się w cenzurę popędów.
Zniekształcenie często tak poważne, że grozi roze
rwaniem na kawałki, wystarczające na pewno, by
uznać, że hasło Andre Bretona: piękno albo będzie konwulsyjne, albo go w ogóle nie będzie, zostało tu podnie
sione do rangi zasady obowiązującej absolutnie - za
mach na formy naturalne, prowadzący do ich
wymazywania, a nawet całkowitego zatarcia - w każ
dym razie poważne uszkodzenie, które widza może pe
szy, żenuje, a nawet gorszy, wynika z tego, że pragnąc
pozwolić nam poczuć rzeczywistość, daną bądź zmyślo
ną, którą w tym celu deformuje (a nie zaledwie ją opi
suje), Bacon przypuszcza atak nie tylko na formę (tak
jak kubiści, którzy, śmiało zrywając z tradycyjnymi
środkami języka malarstwa, skupieni na samym kon
turze, pomijali materialność przedmiotów), lecz rów
nież na samą substancję motywu, a zwłaszcza ciała
modela, które oddawał z całą jego ciepłotą i w całej
144
Michel Leiris • FRANCIS BACON: EN FACE I Z PROFILU
jędrności, a więc eksponując to, co jest nieodłączne od
samego życia. To nagłe odejście Bacona od motywu
po to tylko, by powrócić doń w bardziej wymownej
formie, oznacza bez wątpienia zamach na to, co real
ne, znacznie głębiej idący, i bardziej realny, niż gdyby
podważyć jedynie strukturę: deformację odbiera się
mocniej, kiedy motyw nie jest absolutnie odarty z materialności, tym bardziej że oddany jest jako coś zdecy
dowanie aktualnego (a więc bliskiego nam) i że, ogól
nie mówiąc, w potraktowaniu tła, a nawet zarysu całej
figury, respektuje się we względnie naturalistyczny
sposób perspektywę.
Ten malarz protagonistów, których - choć pozba
wieni są wszelkiego wymiaru psychologicznego - za
wsze przedstawia w całej substancjalności i okrywa, je
śli to stosowne, ubraniem (a tym samym ukazuje ich
w egzystencji materialnej sensu stricto i w egzystencji
społecznej), Bacon sam jest w dosłownym sensie ma
terialistą, czego można się zresztą spodziewać po kimś,
kto wyjaśniając własną koncepcję malowania, powo
łuje się nie na swoją osobowość, tylko na „układ ner
wowy”, demonstrując w ten sposób, że nie chce ucho
dzić za idealistę nawet w doborze słów, i kto ponadto
nigdy nie stosuje w malarstwie rysunku, jakby uciekał
od jego abstrakcyjnej nierealności i wolał od razu na
kładać kolor, pędzlem lub za pomocą innych technik,
aby wejść w bezpośredni kontakt z przedmiotem: mo
delować na nowo nie tylko formy, lecz urabiać samą
materię pod postacią miękkiej kolorowej masy i in
nych składników - podobna taktyka zapewne najle
piej pasuje do tych, którzy, jak Bacon, chcą dotrzeć do
samego tufu, najgłębszej warstwy, a traktując to, co
widzą, z największą wolnością, nie tyle chce wyrazić
rzecz realną, czy to postrzeganą, czy wykoncypowaną,
w każdym razie tłumaczoną subiektywnie, ile - jeśli
można tak się wyrazić - realność rzeczy, samą jej egzy
stencję, uchwyconą (jeśli to możliwe) ponad jej akcydensami, z której Bacon zachować chciał tylko ostrze,
tę gryzącą energię, którą zdołał przekazać tak dosad
nie (równie wielki przypadek), jak - by wziąć dosłow
nie patafizyczny humor Marcela Duchampa - ten, kto
potrafił izolować „ostrzeń”, rzekomo trzymany na za
pas w nieużywanych żyletkach.
Rozłożyć na czynniki pierwsze tę rzecz, by zacho
wać tylko jej nagą realność - Bacon zapewne do tego
właśnie dąży, a rzeczą tą, nawet jeśli jest ona tylko jed
nym z elementów całego wyobrażenia zaprezentowa
nego w powstającym dziele (to punkt wyjścia w pracy
ucieleśniania na płótnie pierwszego, poczętego w gło
wie malarza, wyobrażenia, potem, w dalszej pracy, za
stąpi je najczęściej zupełnie inne), nawet jeśli jest nią
coś na ogół realistycznego duchem, ale wyobrażone,
a nie jakiś motyw w miarę bezpośrednio zapożyczony
ze świata zewnętrznego, co tak naprawdę niemal nie
przydarza się Baconowi, artyście, który już nie robi po
zowanych portretów, tylko maluje je z pamięci, poma
gając sobie fotografiami, ponieważ, jak twierdzi, fizycz
na obecność modela przeszkadza mu w tym, żeby jego
wizerunek poddać zamierzonym deformacjom (i może
też przeszkadza w ogóle, bo kontakt z żywą rzeczywi
stością, którą miałby namalować, jest dla niego czymś
tak bulwersującym, że nie potrafi temu sprostać bez
pośrednictwa fotografii), deformacjom, na które
ośmiela się niejako z konieczności, gdyby nie one bo
wiem, namalowane wyobrażenie byłoby tylko wybla
kłą kopią, gdy tymczasem Bacon, żądny niezbywalnej
obecności, nie ukontentuje się ewokowaniem rzeczy
i osób rzeczywistych lub wyobrażonych, dla samego
wypełnienia nimi powierzchni obrazu, lecz upiera się
przy tym, by dać im, choćby w arbitralny sposób, pozy
tywnie zaistnieć w wyznaczonej im fikcyjnej przestrze
ni. Skoro prymat wiedzie nie idea, lecz wrażenie, bez
pośrednie albo przekazane za pośrednictwem
fotografii, zaś pierwszym motorem jest przemożna
chęć uchwycenia rzeczywistości, wolno chyba powie
dzieć, że Bacon, w porywie gniewu czy wzburzenia rzu
ca się na rzeczywistość, którą tak bardzo pragnie od
dać na obrazie, zaś ten szaleńczy ruch, w pewnym
sensie paniczny, stanowi afektywne przekroczenie gra
nic, za sprawą którego na fakturę płótna przedostaje
się owa konsternacja, którą on sam jako artysta od
czuwa, tak że to raczej nie tyle przez dystans mental
ny, ile, że tak powiem, dystansowanie się emocjonalne
(tak mocne czasami, że gotowi bylibyśmy uwierzyć, że
artysta posunąłby się nawet do malowania ciał rozmy
wających się, wręcz rozpuszczających) osiąga on tę
obecność, niemożliwą ani w kopii, ani w transkrypcji
czysto intelektualnej.
„Próba uchwycenia wyglądu wraz z całym zespołem
wrażeń, które ten właśnie wygląd we mnie wzbudza” tymi słowami zdefiniował Bacon, czym jest dla niego re
alizm, w liście do mnie, napisanym po francusku z po
mocą naszego wspólnego przyjaciela, choć Bacon na
prawdę wspaniale włada tym językiem, mimo że wciąż
obawia się, że nie zna go na tyle, by wyrazić swe myśli
z całkowitą precyzją i bez najmniejszej obawy o to, że
zostanie źle zrozumiany w intensywnych dysputach, do
których, jak się wydaje, ma szczególne upodobanie.
„Być może realizm w swym najgłębszym wyrazie jest za
wsze subiektywny”, dodaje w liście, nawiązując do na
szych uprzednich rozmów na ten interesujący mnie
wówczas generalnie temat, rozmów, w czasie których
powiedział mi, że istnieją także „wewnętrzne rzeczywi
stości” i że realizmu w sztuce nie powinno się zatem my
lić z prostą chęcią przełożenia na przekonywający język
obiektywnie istniejących zjawisk.
Motyw, czy to odkryty, czy wyimaginowany - wzię
ty z zewnątrz, czy znaleziony wewnątrz, wybrany w ja
snym świetle, czy wyrwany z ciemności, po obróbce,
jakiej go poddał ów preparator, czy wytwórca - artysta
- powinien wywołać u odbiorcy uczucie, jakby ten sta
nął nagle w obliczu jakiejś nowej realności, która ma
145
Michel Leiris • FRANCIS BACON: EN FACE I Z PROFILU
większą wagę niż samo wyobrażenie - na tym polega
dla mnie sens realizmu Francisa Bacona, realizmu
twórczego, którego wynikiem jest kreacja, a nie trans
krypcja, podobnego na przykład do realizmu Picassa.
Realizm tego typu pragnie nie tyle figurować rzeczywi
stość, ile ją konstytuować i może nawet tematycznie
wyjść poza granice podobieństwa, nie przybierając jed
nakowoż idealistycznego zabarwienia. Krańcowy wy
padek - pięknego przykładu dostarcza tu chwytający
wprost za gardło obraz z 1982 r., pomyślany początko
wo jako środkowa część tryptyku, na którym męskie
ciało, zwarta masa mięsa, umieszczone na stole, które
go cztery nogi tworzą jedną linię, zredukowane zosta
ło do torsu bez ramion ani głowy, cynicznie opatrzone
w seks i zwieńczone u góry dwoma zwróconymi ku
niebu wzniesieniami w formie wydatnego zadu. N a te
go zwartego w sobie idola składają się też - oprócz
odzianych w ciężkie pantofle stóp - dwie nogi, na pół
zasłonięte naudźcami i podobnymi do hokejowych
osłonami łydek, które unieruchamiają je na sposób
szyny chirurgicznej, a jednocześnie, przez rodzaj antyfrazy, silniej pozwalają je odczuć jako żywe członki.
W tym samym roku namalował Bacon kobiecy ekwi
walent tego obrazu (tors bez głowy zwieńczony dwie
ma piersiami, inspirowany rysunkiem Ingresa oraz
jeszcze jeden tors mężczyzny, bardzo rzeźbiarski, ale
nie sztywny, jako że figurowany w ruchu, co nawiasem
mówiąc, nie stanowi jedynej „futurystycznej” próby
Bacona, by oddać poruszające się ciało.
Płótna Bacona to nie „plasterki życia” w stylu pisa
rzy, którzy mieli się za naturalistów - są stricte reali
styczne, ale nie anegdotyczne, należą raczej do czegoś
w rodzaju flashes porównywalnych do epifanii Joyce’a.
Są tam rzeczy trywialne tak doskonale uchwycone
w swojej momentalności, że zaczynają emanować bul
wersującą obecnością: Pies, który jakby na ślepo zdąża
w naszym kierunku (1952) albo idzie obok cienia swe
go pana (Mężczyzna z psem 1953), chłopak o rozwia
nych przez wiatr włosach, prujący na rowerze, jakby
rozcinał powietrze, którym oddychamy (George Dyer
na rowerze, 1966); kobieta na trotuarze, na którym,
jak się wydaje, i my stoimy, a w tle auto na jezdni (Isa
bel Rawsthorne na ulicy w Soho, 1967), czy Leopold
Blum w postaci dwóch osób - mężczyźni siedzą obok
siebie w filcowych kapeluszach, jakby prowadzili kon
wersację na zapewne banalne tematy, tak przedsta
wieni, że gdybyśmy wytężyli słuch, moglibyśmy ich
usłyszeć (Dwie siedzące postaci, 1979).
Choć tematycznie płótna Bacona nie mają charak
teru anegdotycznego, a w każdym razie ta namalowa
na powierzchnia, nawet w tytule nigdy nie szukająca
sensacji, nie oddziaływa na nas z tego powodu, że ewokuje jakieś prawdziwe bądź przypuszczalne zdarzenie nie będzie to, przykładowo, akt homoseksualny lub,
jak w tryptyku z 1971 roku (gdzie można rozpoznać
obecnego na wielu obrazach George’a Dyera, który
umarł wówczas tragiczną śmiercią), człowiek, który
chce wejść na słabo oświetlone schody - można jed
nak powiedzieć, że obraz tego rodzaju to przede
wszystkim miejsce, w którym coś się dzieje, albo coś się
zdarza, coś w rodzaju happeningu, który ostatecznie
służy do tego, by wyłoniła się owa obecność, do której
ciąży, jak się wydaje, każde z wymienionych tu dzieł
i bez której cała rzemieślnicza praca artysty okazałaby
się bezużyteczna. Jest to z reguły obecność ludzka,
choć czasami również obecność, że tak powiem, jakiejś
elementarnej cząstki natury pozbawionej czegokol
wiek przypominającego duszę - może nią być trawia
sta przestrzeń stanowiąca centralny motyw Krajobrazu
z 1978 r. (praktycznie biorąc, zredukowana do małej
próbki trawy, starannie wyodrębnionej, tak żeby po
przez skoncentrowanie efekt transkrypcji miał większy
skutek), fontanna z 1979 r. (faktycznie namalowany
przy użyciu strumienia wody), wir piaskowy z 1981 r.
(przy wykorzystaniu tarcia lub proszkowania),
a w nowszych pracach - jak zwierzył mi się sam arty
sta - woda z kranu. Jest to obecność, którą - tak jak
w wypadku ludzkiej obecności, będącej, jak się wyda
je, głównym celem Bacona w różnych okresach twór
czości, nigdy zresztą nieosiągniętym całkowicie - in
tensyfikują, niejako okrężnymi drogami, rozmaite
zabiegi w swym charakterze obce ekspresjonizmowi,
stosowane na wielu obrazach (samodzielnych lub
w tryptykach) z lat 60. i 70.: cień przybierający bar
dziej materialną formę kałuży, utworzonej przez płyny
wyciekające z postaci, tym samym uzyskującej większą
wagę; odbicie jako dodatek albo sobowtór o konsy
stencji oryginału, którego realność podkreśla owa repetycja; pominięcie jednej części ciała, albo też od
wrotnie, zaakcentowanie jej przez coś dodatkowego
(werystyczne domalowywanie szyn chirurgicznych lub
innych akcesoriów, których funkcją jest złagodzenie
fizycznego bólu, ale które naprawdę nie tylko go nie
ukrywają, lecz wręcz podkreślają); czasami też karko
łomna, jeśli nie akrobatyczna pozycja ciała, o wyraźnie
zachwianej równowadze, może nawet o włos od upad
ku, ciała, przez to, jak można by powiedzieć, bardziej
świadomego siebie i z tego powodu bardziej przekony
wającego dla postronnego obserwatora; ewentualnie
też jakiś gest, tym bardziej frapujący, że wykonał go or
gan inny niż do tego powołany (na przykład, mężczy
zna obracający klucz w zamku stopą, główny temat
Malowidła z 1978 roku). Bacon, jak się wydaje, często
kroć niezwykle okrężnymi drogami poszukuje w swej
pracy rzeczywistości od razu uchwytnej - lub, precyzyj
niej mówiąc, konkretnego rezonatora, który natych
miast daje widzowi poczucie bezpośredniego zetknięcia
z tym, co realne. Odbywa się to zawsze w skrajnym na
pięciu, ponieważ właśnie przez czynną grę przeciwstaw
nych sił - z jednej strony, impulsy realisty, z drugiej,
pragnienie totalnej wolności w transkrybowaniu - ina
czej mówiąc, wychodząc poza romantyczne, czysto ze
146
Michel Leiris • FRANCIS BACON: EN FACE I Z PROFILU
wnętrzne zestawienie kontrastów, artysta ma najwięk
szą szansę osiągnięcia swego celu, którym jest: pozwo
lić, by ta bulwersująca obecność ukazała się nam z ca
łą „brutalnością faktu” (określenie rozmówcy Bacona,
Davida Sylvestra) i urzekała tym szczególnym życiem,
które powstaje pod spojrzeniem artysty.
Czy jednak do tego, żeby w naszych oczach tę dwu
wymiarową figurę naniesioną na płótno - choć wiemy,
że jest ona sztuczna (niezależna od biologii, będąca
produktem ludzkiej pomysłowości) - obdarzyć tak po
rywającym życiem, wystarczy, że nie będzie ona pasyw
ną kopią jakiejś rzeczywistości, tylko oryginalnym od
tworzeniem tejże przez wyobraźnię, i że powie nam
o czymś bardzo nam bliskim w przestrzeni i czasie? N a
wet jeśli Bacon nie był świadomy tej niewystarczalności, pozostaje faktem, że przy komponowaniu i realiza
cji swych płócien - chyba spontanicznie, raczej
w wirze pracy niż z premedytacją - nie wzbraniał do
stępu pierwiastkowi irracjonalnemu, a pewne logiczne
zwichnięcie przydawało im jeszcze dodatkowo życia.
Nie tylko liczył zawsze bardzo na to, co w rozmowie
z Davidem Sylvestrem nazywa „wypadkiem” (rozlanie
się farby przy malowaniu pędzlem lub szczotką, fałszy
wy ruch ręki, czy jakiekolwiek inne mimowolne odda
lenie się od pierwotnego planu), nie przestawał też
spekulować o umyślnym odwoływaniu się do przypad
ku (przypadkowy wynik bezpośredniego kładzenia ko
loru lub tarcia szmatą miał przynajmniej zaletę ograni
czania ilustracyjnego charakteru danego obrazu,
a może nawet umożliwiał zmianę kursu), często też bez
żadnego uzasadnienia tematycznego włączał do obra
zu ten lub inny szczegół, o którym można sądzić, że nawet jeśli wprowadzony został ze względu na jakiś
wymóg malarski, wymóg ten był na tyle luźny, że arty
sta mógł postępować z wielką arbitralnością. W ten
sposób wymknąwszy się normom idealnym, dzieło mo
że być otwarcie naznaczone tego samego rodzaju przy
padkowością, jaka cechuje wszystko, co na tym świecie obdarzone zostało życiem. Rozmaite okręgi, pełne
albo nakreślone przerywaną linią koła, elipsy albo pla
my o nie foremnym kształcie, rozrzucone po całym
płótnie, jak się wydaje, bez ładu i składu, strzałki, któ
re nie tylko przyciągają wzrok, ale kierują go w okre
śloną stronę, i może jeszcze długie pasma białej farby
sugerujące nagły wylew albo uderzenie biczem wszystkie te środki dodatkowo akcentują, w tym sen
sie, że - pozbawione znaczenia, będąc czystymi sygna
łami - wprowadzają w pewnej mierze elementy kapry
su lub nieporządku (samowoli albo wykroczenia) do
względnego porządku całości znaczącej, która bez tej
domieszki szaleństwa byłaby kompozycją zapewne cie
kawą, atrakcyjną, może i fascynującą, ale nie tą wibru
jącą życiem rzeczą, którą jest przy całej swej funda
mentalnej niepewności.
Tchnąć życie w postać - lub postaci - zamiast na
ginać się do organicznych imperatywów konstrukcji
(to byłoby zwrotem ku dekoracyjności), dać jej samej
decydować o tym, co pokaże się na obrazie - oto we
dług mnie jedna z żelaznych reguł Bacona, podpowie
dzianych, jak można przypuszczać, przez instynkt. Wy
jaśniłoby to na przykład, dlaczego zdarza mu się
wtłoczyć całkowicie, lub niemal, taką figurę - jakby
odlaną na nowo, choćby całkowicie wykrzywioną, ale
unikając dosłownej rekonstrukcji - w coś w rodzaju
węższej ramy wewnątrz ogólnej ramy obrazu, w kon
strukcję geometryczną czysto linearną, bez funkcji
przedstawiającej, ramy, która jednocześnie gra rolę
pośrednika między figurą a rzeczywistą ramą - sugeru
jąc porcję przestrzeni, w której ma znaleźć się postać oraz tworzy klatkę, widoczną zaledwie w zarysie,
w której de facto zamyka się figurę, tak jakby, dla uzy
skania maksimum siły, trzeba było odgrodzić, w opra
wę włożyć, zawrzeć wewnątrz tę tak spontanicznie
i z takim zacięciem namalowaną część obrazu. Innym
prostym i skutecznym sposobem wyodrębnienia posta
ci, również w celu intensyfikacji, jest dla Bacona po
kazanie jej na tle ekranu.
Bacon, jak się wydaje, często dokonuje zabiegu izo
lowania dla emfazy pewnej partii obrazu bądź odrywa
nia jej od reszty, raz precyzyjnie ją sytuując na płótnie
dzięki iluzji konstrukcji geometrycznej, innym razem
malując tło, które pozwala ją wyróżnić, i nie waha się
wynieść jej do rangi show-gwiazdy: to część najbardziej
witalna ze względów tematycznych, wobec której pozo
stałe partie pełnią funkcję scenografii, zaledwie wyzna
czającej miejsce akcji. Prawdopodobnie z tym samym
zamiarem umyślnie powiększa Bacon wysokość figur,
albo za pomocą cokołu, zresztą niewielkich rozmiarów,
pod meblem, na którym siedzi lub leży portretowana
osoba, albo nawet odrywając je od podłogi (tak jak
w tryptyku z 1970 r., na którym trzy figury kobiece
sterczą jak na żerdzi na czymś w rodzaju długiej zakrzy
wionej belki przechodzącej przez wszystkie trzy obrazy,
bądź na innym tryptyku z tego samego roku, w którym
po lewej i prawej stronie widzimy mężczyznę na siedzi
sku z umocowaniem, które mogłoby być czymś w ro
dzaju huśtawki). Trzeba odnotować - stwierdzając sam
fakt bez wnikania w przyczyny, których trzeba by się
doszukiwać na głębszym, znaczącym poziomie - że
w swoich wypowiedziach Bacon wykazuje szczególne
zainteresowanie podwyższaniem figur, przynajmniej
(jak nie omieszkał dodać) wtedy, kiedy są nimi postaci
ludzkie. Wspomina, na przykład, że był pod wielkim
wrażeniem - ze świeckiego punktu widzenia, jako
spektaklu - fotografii papieża w sedia gestatoria, uno
szonego przez tłum podczas intronizacji. Przyznaje rów
nież, że w temacie ukrzyżowania najbardziej frapujący
dla niego jest nie dramat religijny, którego protagonistą jest boski męczennik, lecz - pominąwszy aspekt
rzeźniczy obiektywnie zawarty w tym zdarzeniu - pozy
cja przestrzenna podwyższonego Chrystusa na Krzyżu.
Sztuka Bacona, niewątpliwie realizowana w kreacjach
147
Michel Lems • FRANCIS BACON: EN FACE I Z PROFILU
malarskich obcych wszelkiej wierze religijnej, o któ
rych on sam mówi, że nie niosą żadnego przesłania, jest
zbyt laicka i pozytywistyczna, by w jej kontekście ryzy
kować użycie słowa sacré. Ale czy nie jest prawdą, że ta
sztuka, którą uważa on, podobnie jak w ogóle sztukę
naszych czasów, w zasadzie za nic innego niż grę,
i z której czerpie niezłe profity, czego zresztą wcale nie
ukrywa, wręcz przeciwnie, z humorem podkreśla (taka
autodeprecjacja w pewnej mierze nawiązuje do nihili
zmu dadaistów i kwestionowania nie tylko tradycyjnej
estetyki, lecz samej podstawy sztuki w ogóle, a przez to
i postawy „artysty”), wydaje często dzieła, które można
by bez aberracji uważać za obdarzone aurą sacré, rzecz
jasna nie z powodu ich treści, ponieważ idzie tu o —
jeszcze raz podkreślałem - dzieło głęboko realistyczne,
o sztukę bez aluzji, w której to, co jest dane, jest dane
bez wskazywania na coś wybiegającego poza to, co
przedstawiono, ponieważ jednak każde z dzieł, o któ
rych mowa, jak się wydaje, rządzi się prawami walory
zującymi pewne elementy, które będą się wydawać tym
bardziej nasycone życiem, im bardziej oddalą się od ba
nalności tego, co świeckie (nietuzinkowe, wyrwane
z codzienności, postawione, w sensie dosłownym lub
przenośnym, na cokole, za pomocą różnych zabiegów
podkreślających to, czego może dokonać malarstwo
tam, gdzie, jakby za sprawą szczęśliwego przypadku,
rozszalał się malarski demon). Do celu tego wiodą róż
ne drogi, można go osiągnąć przez wyizolowanie figur,
tak jakby mimo prozaicznego charakteru były one nie
tykalnymi idolami; można przez niejednoznaczność fi
gur, które nie mając związku z ekspresjonizmem, często
są do tego stopnia zniekształcone, że wywołują uczucie
podobne do stanu ekstazy i niepokoju, określanego
mianem horror sacrum, doznawanego najostrzej wtedy,
kiedy, w momencie przełomu, którego źródła mogą być
krańcowo różne, wydaje się, że weszliśmy w osobisty
kontakt z naraz odsłaniającą się nam rzeczywistością;
czasami przez częściowy brouillage figur, który umyślnie
przydaje im aury tajemniczości, nie zacierając przy tym
w niczym ich realistycznego charakteru; przez uroczy
sty wydźwięk ogólnej kompozycji obrazu, zwłaszcza
w tryptykach, wyzbyty jednakowoż wszelkiej pretensji
do pompy, i z tego powodu jeszcze bardziej rażący;
przez zaznaczenie na obrazach - podobnie jak w malar
stwie minionych wieków, na których nabożnie figurują
donatorzy - obecności figur pobocznych, a czasem po
bocznych figur drugiego stopnia (że tak powiem po
bocznych spośród pobocznych), które wydają się mieć,
jak oficjanci lub kapłani służebni, miejsce ceremonial
nie przyznane im w hierarchii tudzież grać rolę pewne
go rodzaju gwardii honorowej wobec głównej postaci,
tym samym obdarzonej większym prestiżem czy władzą
- podobnie jak przydarza się Baconowi (wciąż w celu
zintensyfikowania obecności głównych figur) wzmoc
nić efekt przez umieszczenie obrazu wewnątrz obrazu,
tak jak męskie wizerunki w formie popiersia, które są
tylko portretami... Czy nie mamy podstaw, by uznać, że
celem wszystkich tych zabiegów jest przydanie owej
jednej konkretnej cechy każdemu dziełu, w którym zo
stały one zastosowane, pozwalającej schwytać widza
w sidła swoistej liturgii in blanco, nie odsyłającej do
żadnej transcendencji i istniejącej tylko dla samej sie
bie, która tym mocniej porusza, że nieskażona jest żad
nym ukrytym znaczeniem?
Będąc realistą, ponieważ - nawet wtedy, kiedy nie
wzbrania wstępu temu, co nieprawdopodobne, swój
ostateczny cel upatruje w wyrażaniu życia (tego, któ
rym żyjemy i które czujemy, my - istnienia w ciągłym
ruchu) i w wytworzeniu dzieła manifestującego tę
obecność, którą jest promieniowanie samego życia,
w percepcji nieprzesłoniętej najmniejszą mgiełką inte
lektualnego dystansu - realistą autentycznym, acz
wrogim anegdocie, która nawet wtedy, gdy jest poważ
na, nigdy nie przeniknie pod zewnętrzną otoczkę rze
czywistości, Francis Bacon wystrzegał się przeciążania
swoich płócien elementem stricte dramatycznym, in
nymi słowy: nie chciał intrygi, której intelektualne
zrozumienie oddala od celu i umniejsza zmysłowy
efekt dzieła, i jeśli w ogóle uciekał się do scenariusza,
to był on zredukowany do minimum, nie ostawało się
niemal nic (najbardziej artykułowanym był zapewne
ten ze środkowej części tryptyku Ukrzyżowanie z 1965
roku, gdzie mężczyznę, którego ledwie widać, z wyjąt
kiem trójbarwnej kokardy, molestuje ktoś z opaską ze
swastyką na ramieniu - nawiasem mówiąc jest to
szczegół, któremu autor nie przypisuje wymowy histo
rycznej, uzasadniając go po prostu potrzebą koloru
w tej partii malowidła, i wyjaśniając, że pomysł opaski
podsunęła mu stara gazetowa fotografia Hitlera w oto
czeniu nazistów). Niemniej pozostaje faktem, że zbyt
pasjonując się życiem, by odrzucić chociażby jego od
powiednik w śmierci implikujący brak stałości, Bacon
w kilku przypadkach dopuścił może nie tyle dramat zbyt bliski gazetowych sensacji i nazbyt zdający się na
narrację - ile tragedię, formę, która - nie popadając
w sentymentalizm - trafia u niego na tę część wrażli
wości, którą intryguje „zapach śmierci” , kojarzony
z miejscami, gdzie wystawiane jest rzeźnicze mięso.
Nie tylko różne wersje Ukrzyżowań, odarte z odniesień
do Wydarzenia z Ewangelii, są naznaczone stygmatem
krwi (maltretowanego ciała), natomiast wczesny tryp
tyk Trzy studia postaci na podstawie Ukrzyżowania
(1944) oparty jest na temacie wziętym z jednego z naj
posępniejszych epizodów mitologii greckiej, zemście
Erynii, również inny, znacznie nowszy (1981) został
wyraźnie zainspirowany Oresteją Ajschylosa. Choć
kompozycja ta nosi bez wątpienia rysy tragiczne, jest
przecież wolna od wszelkiego patosu i pozbawiona ja
kiegokolwiek elementu teatralnego: w tym prostym
i bezpośrednim dziele liczą się przede wszystkim zwar
tość ogólnej struktury oraz marmurowa niewzruszoność przedstawionych postaci, a więc jakości doskona
148
Michel Leiris • FRANCIS BACON: EN FACE I Z PROFILU
le odpowiadające samej naturze tragedii, która
(w przeciwieństwie do dramatu, gdzie bohaterowie
działają poruszani uczuciem i reagują na bieg zdarzeń)
przedstawia protagonistów wyciosanych z jednego ka
mienia, marionetki w rękach surowej powinności lub
fatalizmów. Tu również, całkowicie unikając anegdo
ty, Bacon manifestuje postawę głębokiego realisty, na
wet wtedy, gdy zwraca się ku mitowi: to, co nam po
kazuje, to tylko bycie tu, epifaniczne, coś zbyt gęstego,
byśmy mogli się od tego odciąć. Podobnie w tryptyku
z 1976 roku, a więc o kilka lat wcześniejszym od inspi
rowanego Oresteją, którego centralnym motywem jest
figura - nie zawaham się jej określić mianem prome
tejskiej - mężczyzny z głową podziobaną i zmasakro
waną przez drapieżnego ptaka z rozpostartymi skrzy
dłami, drapieżnika tej samej proweniencji jak mniej
majestatyczny ptak u stóp rozprutego zwierza (praw
dopodobnie świni) w Padlinie i drapieżnym ptaku
z 1980 roku, innej pracy Bacona, którą trudno byłoby
zinterpretować w kategoriach jakiejś historii, choćby
tylko z grubsza, ale która za sprawą monumentalnej
pozycji i barwy zawieszonego wysoko mięsa osiąga tra
gizm sceny ofiarnej. Trzeba tu również wymienić obraz
z 1969 roku zatytułowany Corridas - jego prawdziwość
tym bardziej zadziwia, że nie wyszedł spod pędzla ja
kiegoś aficionado - w którym Bacon podjął, w duchu
realizmu, temat uważany przez wielu z nas za jedno
z nowoczesnych wcieleń tragedii antycznej.
Pod szkłem, które według Bacona pomaga „spłasz
czyć” materialne nierówności powierzchni obrazu, ale
którego rolą - jak podejrzewam - jest także utemperować nieco wojujący realizm artysty, ewentualnie też
dodać nieco uroczystego lśnienia tym przedstawie
niom osób zazwyczaj uchwyconych na gorąco, jak się
wydaje, w erotycznym starciu, albo w najbanalniej
szych sytuacjach czy to snu, czy jawy, jeśli nie wręcz
przy spełnianiu niższych potrzeb życiowych, albo roz
szerzyć na całość obrazu (łącznie z płaskim tłem) i sfi
nalizować dzięki niemal dosłownemu zamknięciu pro
ces wyodrębniania, oddzielania od neutralności
codziennego życia, co osiąga się, jeśli idzie o pewne je
go cechy, rozmaitymi drogami, płótna Francisa Baco
na, zarazem niespokojne i opanowane, dają temu, kto
patrzy na nie jako całość i chce uchwycić je w pełnym
bogactwie, uderzający wizerunek tego wyjątkowego
artysty naszej epoki w całej jego złożoności, złożono
ści, którą miałem nadzieję wyraźnie zredukować, pa
trząc na niego przez pryzmat jego dzieła. Ta nadzieja
okazała się chyba jednak płonna - portretowanie sztu
ki Bacona, nawet z pomocą jego pouczających dysku
sji z Davidem Sylvestrem, okazuje się w końcu niemal
tak usiane przeszkodami, jak byłoby namalowanie je
go portretu, i nie lepiej go zresztą wyjaśnia (raczej
upraszcza). Moja porażka byłaby przeto gwarantowa
na, gdyby nie to, że po pospiesznym przeglądzie, abso
lutnie pozbawionym ambicji doszukania się jakiegoś
symbolicznego podłoża u Bacona, mimo wszystko
w bardzo ogólny sposób mogłem wskazać na ważność
i rangę jego dzieła.
Choć sam artysta twierdzi, że nie ma dla nas żadne
go przekazu, z mojego osobistego doświadczenia wyni
ka, że jego dzieła wydatnie pomagają nam odczuć to,
czym jest dla kogoś pozbawionego iluzji sam fakt egzy
stencji. Odczucie nasze będzie tym bardziej przenikliwe,
że to właśnie w naszej teraźniejszości, jasno wypunkto
wanej wieloma szczegółami, obraz objawia całą swoja
obecność, jako obraz i jako źródło wyobrażeń, które w dziełach aktualnych, tak ze względu na działanie, ja
kie mają one na nas, jak ich aktualność chronologiczną
- nie mają innej racji bytu niż niemal raniąca obecność.
I jeszcze poza tym, czyż tego rodzaju sztuka, gdzie w każ
dym niemal wyobrażeniu występują suwerennie połą
czone piękno i jego negacja, nie odzwierciedla podwój
nej natury momentów, które tak sobie cenimy jako
chwile najbardziej specyficznie ludzkie, kiedy to - zafa
scynowani i uwiedzeni aż do zawrotu głowy - mamy
wrażenie, że dotykamy bezpośrednio samej rzeczywisto
ści, że wreszcie żyjemy własnym życiem, jednocześnie
czując, że w naszą radość wkrada się dziwny dysonans:
niepokój wywoływany przez tę instancję bezwzględnie
wrogą, śmierć, którą w najskrytszych warstwach nasze
go jestestwa nieodmiennie demaskuje refleksja pragną
ca objąć całość życia. To właśnie z powodu tej zasadni
czej ambiwalencji Francis Bacon, artysta hiperwrażliwy
i bardzo żądny rzeczywistości, traktuje rzeczywistość po
woływaną do życia na obrazie tak, jak inni mogliby
traktować rzecz świętą: różnymi sposobami chce ją
umieścić w cudzysłowie albo w egzerdze jak cudowną
rzecz, której niejednoznaczny charakter (na pół zakli
nanie, na pół groźba) prowokuje nas tak do stłumienia,
jak i egzaltacji.
Wypowiadając się o płótnach Bacona, których za
korzenienie w nowoczesności wybiega daleko poza
chwytliwe szczegóły na powierzchni, David Sylvester
używa słowa relevance [związek z rzeczą, posiadanie
znaczenia dla sprawy], przypisując im cechę pojawiania
się „akurat w porę”, robienia lub mówienia czegoś
w najwłaściwszym momencie. Te obrazy bez podwój nego dna, w których nie należy doszukiwać się czego
kolwiek poza tym, co na nich widzimy, ponieważ autor,
malując, nie chce mieć na myśli niczego innego niż to,
co maluje, i krótko ucina wszelki komentarz natury
światopoglądowej, obrazy, które znaczą tylko miejsca
pojawiania się czystych, żywych obecności, nie odsyła
jących do niczego poza sobą, pod nieobecność sensu a zatem będąc nonsensem - wydają się, w swojej pora
żającej nagości tego akurat momentu (nieodwołującej
się ani do tego, ani do tamtego świata i niewmieszanej
w cokolwiek, co ma zabarwienie literackie) przedsta
wieniami adekwatnymi do nicości naszej sytuacji na
ziemi, gdzie - ulotne istnienia - jesteśmy bytami bar
dziej niż inne zdolnymi zaledwie do błyskotliwego i bez
149
Michel Leiris • FRANCIS BACON: EN FACE I Z PROFILU
użytecznego upojenia. Krótko mówiąc, bytami odpo
wiadającymi chyba współczesnej wersji stanu ducha,
który ongiś nazywało się mal du siècle: z naszym żarli
wym poczuciem obecności otwartej na wszystkie uroki
świata, niezbyt dla nas życzliwego, połączonym z lodo
watą pewnością, że, bezsilni, tylko tym jesteśmy. I do
tego jeszcze, na śmiesznie krótki czas.
N a wzór Samuela Becketta, którego rzekomo po
zbawione tajemnicy zdania wzniecają marzenia o dys
kretnych emanacjach z żarzącego się torfu, Francis Ba
con - bez napuszonej retoryki ani odwoływania się do
mitologii, w sposób wzbudzający naszą ekscytację cel
nością i wigorem sformułowań, tam gdzie powinna nas
przygniatać milcząca, twarda prawda, wyraża to, czym
jest właściwa kondycja ludzka (kondycja człowieka po
zbawionego trwałego raju, którą dostrzeże dzisiaj każ
dy, kto potrafi uczciwie przyjrzeć się sobie) i z tego
względu mamy prawo opatrzyć go etykietą realisty, bez
względu na to, jak silny będzie - na poziomie mniej co
dziennym - tragiczny komponent tej twórczości, poja
wiający się często podskórnie, a ewokowany explicite
przez Bacona w tryptyku na kanwie Orestei, aluzjach
do Erynii (albo brutalnie, jak w Trzech studiach postaci
na podstawie Ukrzyżowania, albo rykoszetem, jak
w wolnej parafrazie plastycznej poematu Sweeney Ago
nistes, w którym, w epigrafie wziętym z Choeforów, Ore
stes mówi o swych prześladowczyniach). Jeżeli naj
trwalszym osiągnięciem artysty takiego jak Bacon,
płynącym z jego prób bezpośredniej reprezentacji, jest
natychmiastowe uzmysłowienie u zafascynowanych
widzów dziwności, jeżeli nie absurdalności samego ich
istnienia (przypadkowego, na które nie ma odpowiedzi,
choć wiecznie się pyta) ten artysta może - unikając
wszelkiego patosu - jedynie pokazać przerażająco czar
ną odwrotną stronę błyszczącego medalu. Autentyczna
ekspresja człowieka Zachodu naszych czasów, dorobek
Francisa Bacona - człowieka, który wspaniale wyjaśnił,
kim jest i jaki pożytek płynie z mówienia o, po nietzscheańsku nazwanej, „radosnej rozpaczy” (exhilarating
despair) - nie może nie odzwierciedlać, mimo iż artysta
zawsze się tak wzbraniał przez pouczaniem i perorowa
niem, konsternacji trapiącej kogoś, komu przyszło żyć
w tej epoce horroru upudrowanego cudami piękności
i przyglądać się jej z przytomnością umysłu.
Przełożył Marek Kędzierski
Francis Bacon i Michel Leiris, 1970. Za: „Magazine Littéraire” nr 302/1992.
