ed4468a4940a9c60256f2eac5ef91a1e.pdf
Media
Part of Pochwała zbieractwa / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1975 t.29 z.1-2
- extracted text
-
Aleksander Jackowski
0.4
POCHWAŁA
Hobbystów jest wszędzie coraz więcej, za granicą
i u nas. Zrzeszają się w klubach i stowarzyszeniach, spo
tykają na aukcjach i pchlich targach, wydają dziesiątki
pism — dla wędkarzy, filumenistów, modelarzy, hodowców
kanarków... Poczty wszystkich państw emitują wciąż nowe
serie znaczków, z różnej okazji, kolorowe, atrakcyjne,
często tak duże, że trudno je nalepić na kopertę, ale nie
chodzi przecież o wygodę wysyłającego list, lecz o wielki
rynek filatelistyczny. Znaczki te — jak giełdowe akcje —
mają swoje kursy, notowania. Czym rzadsze, t y m są droższe
i bardziej poszukiwane. Podobnie dzieje się z innymi przed
miotami zbieractwa, a kolekcjonuje się rzeczy najróżniejsze:
hotelowe nalepki, stare żelazka, podpisy idoli, o których
za lat kilka wszyscy zapomną. Kolekcjonuje się także medale,
plakaty, obrazy, wyroby sztuki ludowej.
Hobbyzm jest w swej obecnej, masowej postaci pro
duktem współczesnej cywilizacji, aktywnym wyrazem
różnych zainteresowań, uczestnictwa w kulturze. Kompen
suje rozliczne potrzeby człowieka — aktywności, gromadze
nia, wyżywania się, wyróżniania. Zbierając, angażując się
w jakimś kierunku — ludzie przeciwdziałają stanowi alie
nacji, zagubienia, wypełniają pusty czas, stwarzają sobie
cele w życiu, czasem tylko dodatkowe, czasem wręcz jedyne.
Hobbyzm wprowadza inną hierarchię wartości, pozwalając
jednostce osiągnąć satysfakcję wyróżnienia się w grupie
społecznej, a zarazem wzmagając poczucie więzi z t ą grupą.
Oczywiście — zbieractwo popierają, z czysto merkantylnych
powodów, różne instytucje, zbieractwem można sterować —
jak modą, to wszystko prawda, ale warunkiem koniecznym
zbieractwa poważnego i nie chwilowego jest istnienie
wśród ludzi odpowiednich dyspozycji i potrzeb.
Zbierają ludzie w różnym wieku i z różnych kręgów
społecznych. Młodzież i ludzie dojrzali, robotnicy i inteligenci.
Niektóre zainteresowania mają charakter powszechny, jak
np. filatelistyka, inne są popularne w określonych środo
wiskach czy grupach wieku. Wśród górników na Śląsku
dominuje hodowla gołębi i kanarków, emeryci chętnie hodują
różne odmiany róż, kaktusów, młodzież zbiera znaczki
pamiątkowe, turystyczne. Podjęcie świadomej decyzji zbie
rania określonych przedmiotów zależy jednak nie tylko od
zainteresowań, ale i od możliwości materialnych, finansowych
i lokalowych. Zrozumiałe więc, że w naszych warunkach,
zwłaszcza w dużych miastach, rzadko powstają wielkie
księgozbiory, kolekcje rzeźb, obrazów, antyków. Częściej
natomiast spotyka się zbiory plakatów, monet, druków
(np. okupacyjnych), przedmiotów sztuki ludowej, jarmar
cznej a nawet kiczu.
Kolekcjonerstwo wynika z różnych motywów i zaspo
kaja różne „piętra" potrzeb duchowych człowieka. Naj
prymitywniejszą formą jest zbieranie dla samego zbierania.
Znałem człowieka, który gromadził roczniki gazet wraz
z książkami, które dodawano przed wojną, jako premię,
prenumeratorom. Nie czytał ich, a gdy bomba padła na dom,
ratował z gruzów właśnie te zakurzone stosy gazet i książek.
Zbieranie dla samego zbierania może stać się nałogiem,
ZBIERACTWA
manią a nawet czynnością ograniczającą horyzonty myślowe'
inteligencję, wrażliwość. Niemniej nawet takie hobby może
pełnić funkcje pozytywne, stwarzając konkretny cel, anga
żując czas, myśli i uczucia człowieka.
Poważne kolekcjonerstwo przekracza ramy samego
„hobby", wiedzie do umiłow&nia wybranej dziedziny zain
teresowań, do pogłębienia wiedzy o przedmiocie. Zbieractwo
bywa dla wielu swoistą szkołą, a nawet uniwersytetem.
Niemiecki korespondent — poprzez swe zainteresowania
zbieracze — stał się naprawdę doskonałym znawcą polskiej
sztuki nieprofesjonalnej, węgierski eksporter win — eksper
tem w dziedzinie karpackiego malarstwa na szkle, polski
dyplomata: Antoni Wawrzyniak — znawcą sztuki indo
nezyjskiej. Zbieractwo, którego początkiem było przypad
kowe nawet zainteresowanie czy oczarowanie, wiodło do
coraz większej dyscypliny naukowej, do konsekwencji
w kształtowaniu profilu zbiorów.
O ile jednak w zbiorach tego rodzaju wyraźnie dostrzec
można, zwłaszcza na początku, pewną przypadkowość, brak
wyraźnej koncepcji w pozyskiwaniu eksponatów, to zbiory
specjalistów, towarzyszące ich określonym zainteresowaniom,
są zazwyczaj świadectwem ich wiedzy i mają wysoką wartość
naukową. Wymienię t u przykładowo niewielki, ale jakże
istotny zbiór ceramiki prof, dr Romana Reinfussa, zbiór
ceramiki dr Aleksandra Rybickiego czy ciekawy zestaw
obrazów, zebranych w toku pracy klinicznej w Stroniu
Śląskim przez psychiatrę, doktora Andrzeja Janickiego.
Zjawiska tego rodzaju są czymś jakościowo innym
niż masowy ruch hobbystów. Różnica polega na tym,
że u źródeł masowego ruchu leży chęć zbierania, kompleto
wania, posiadania — często czegokolwiek, chęć uczestnicze
nia w całej ceremonii należenia do klubu, dokonywania
wymian, targów, pozyskiwania upragnionych obiektów,
podczas gdy kolekcje poważne, przemyślane — są rezultatem
zainteresowań konkretną dziedziną, a nierzadko towarzyszy
temu świadomość ich roli kulturowej, społecznej.
Zbieractwo sztuki ludowej, a szerzej biorąc — przed
miotów kultury ludowej i sztuki niezawodowej ma rozmaite
źródła, co dobrze chyba pokazuje cykl zamieszczonych
w t y m numerze artykułów.
Zbieranie różnorodnych przedmiotów kultury ludowej
wiąże się przeważnie z emocjonalnym stosunkiem do daw
nych tradycji, do wartości, które chce się uchronić przed
zapomnieniem. I na t y m właśnie polega różnica — nikt
bowiem nie zbiera w t y m celu znaczków czy kart do gry,
czy wizytówek. Nie przypadkiem wiele, jeśli nie większość
tych kolekcji, stało się zaczątkiem regionalnych muzeów
lub uzupełniło zbiory już istniejących. Zadaniem nad
rzędnym przy tworzeniu takich kolekcji była więc świado
mość ich społecznej użyteczności, tego że utrwalają dorobek
regionu, ludu. Ten motyw przesądził o powstaniu bochnieńskich zbiorów Stanisława Fischera, kilkutysięcznej kolekcji
pp. Chrząstowskich z Podegrodzia, prywatnego muzeum
dr Balickiego z Łańcuta czy pp. Szymańskich w Zakopanem.
3
Również umiłowanie sztuki ludowej, wartości ideowych
i estetycznych, które w tej sztuce dostrzegano, prowadziło
i prowadzi do tworzenia zbiorów. Szczególnie silnie uwidocz
niło się to na Podhalu, oczywiście za sprawą Witkiewicza
i mody na góralszczyznę. Zbierał sam Witkiewicz i Maria
Dembowska, a nieco później Stanisław Barabasz, kopiując
motywy i formy zdobnictwa, dekoracji malarskich. Mniejsze
czy większe kolekcje rzeźb i obrazów na szkle z terenu
całej Polski gromadzili artyści plastycy, jak chociażby
Władysław Skoczylas czy Zbigniew Pronaszko, a w ślad
za nimi miłośnicy sztuki.
Moda na sztukę ludową w naszym trzydziestoleciu
przyczyniła się do tego, że nie tylko u znakomitych współ
czesnych plastyków znaleźć można w domu cenne rzeźby
czy obrazy, ale i wśród studentów, architektów, przedsta
wicieli wolnych zawodów. Prawda — dawniej zbierano
w terenie, po wsiach, obecnie coraz częściej kupuje się
w Cepelii, na kiermaszach regionalnych. Współczesną sztukę
ludową i jarmarczną zbiera się, ponieważ jest ładna, dekora
cyjna, ożywia mieszkanie, jest zabawna, „draczna". Waż
ne — jest tania. To nawet bardzo ważne. Można przyjąć,
że wielu ludzi, mogąc swobodnie decydować się na „styl"
swojego mieszkania, wolałoby antyki czy naprawdę piękne
meble nowoczesne, takie jakie widuje się na ilustracjach
zagranicznych czasopism. Ale sztuka ludowa jest tania:
kilka ptaszków, mata, rzeźba, garnek, tkanina, sztuczne
kwiaty — i już pokój ma charakter — jest barwny, przy
tulny. Przedmioty ludowe daje się przy tym łączyć z meblem
cepeliowskim, ale i z meblościankami, a nawet wkomponowa
nym we wnętrze antykiem. Taniość odgrywa tu dużą rolę
i mimo wszystkich narzutów i wyśrubowanych cen — posłu
żenie się przedmiotami rzemiosła i sztuki ludowej (czy
cepeliowskiej) wciąż jest nieporównanie tańsze od wszelkiego
innego sposobu urządzenia stylowego wnętrza. Jest to
różnica rzędu co najmniej kilkudziesięciu tysięcy złotych.
Skoro zaś coś jest ładne i niezbyt drogie, chętnie dokupuje
się przy kolejnej okazji jeszcze jeden garnek, jeszcze jeden
„Włocławek", jeszcze jedną rzeźbę. Powoli gromadzi się ich
coraz więcej i rośnie pokusa, aby mieć jeszcze więcej.
Zwłaszcza że jest to wciąż u nas kolekcjonerstwo na miarę
zwykłego człowieka.
Zbieranie sztuki współczesnej daje ponadto poczucie
„uczestnictwa w kulturze", zmusza do samodzielnego wy
boru, do określania swego stanowiska, sądów estetycznych.
Wprowadza element rywalizacji z muzeami, chęć pozyskania
prac tych twórców, których się szczególnie ceni. Wiąże się
z tym satysfakcja, jaką daje kontakt z artystą. Wielu
zbieraczy, jeśli nie większość, stara się kupić bezpośrednio
od ludowego twórcy. Gdy mogą — jadą do wiejskich rzeźbia
rzy, nawiązują z nimi serdeczne stosunki, czasem — wyko
rzystują ich, czasem naprawdę pomagają.
0
Ale kontakt z twórcą daje coś więcej niż możliwoś
tańszego kupna czy większego wyboru; zbieracz angażuje
się emocjonalnie, śledzi losy i twórczość zaprzyjaźnionego
artysty, staje się doradcą, mecenasem, przyjacielem. Tak
Emil Zegadłowicz pomagał Jędrzejowi Wawrze, gromadząc
w Gorzeniu bogaty zbiór jego prac. Co więcej, zamawiał
konkretne tematy, a nawet zachęcił Wawrę do robienia
„piecątek", co było herezją z punktu widzenia etnografa •—
purysty, ale niezwykle ciekawe dla badania procesu twór
czego, relacji między tradycją a inwencją, nie mówiąc już
o tym, że dzięki Zegadłowiczowi sztuka nasza zyskała
kilkanaście znakomitych drzeworytów (wydanych następnie
w tece przez pisarza).
Leonem Kudła opiekował się Karol Tchorek, wprowadził
nawet go do Związku Polskich Artystów Plastyków. Zgro
madził też dużą i nader pełną kolekcję dzieł kozienickiego
rzeźbiarza, z której część znajduje się już w zbiorach Pań
stwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie.
4
Nikifora „odkrył" i kupował artysta-plastyk Seweryn
Turyn, później malarz Jerzy Wolff, autor pierwszego studium
0 krynickim Matejce, a po wojnie Andrzej Banach, który
wraz z żoną dużo pomógł Nikiforowi, gromadząc przy t y m
ogromną i wszechstronną kolekcję jego dzieł. Wydali oni
dwie książki o Nikiforze, a prace jego pokazali na licznych
wystawach w kraju i za granicą.
Oczywiścio można t u wtrącić uwagę, że zbieranie nie
zawsze jest filantropią, że kolekcja Tchorka czy Banacha
w ciągu lat nabrała wartości, ale nie zmienia to faktu,
że w Polsce (w odróżnieniu od Zachodu) motyw zysku
pojawia się sporadycznie i to raczej w fazie późniejszej,
gdy okazuje się, że tanio zdobyte dzieła warte są niewspół
miernie dużo. Na ogół dominuje zainteresowanie sztuką
1 osobą twórcy.
Zainteresowanie to bywa jednym z powodów powstawa
nia zbiorów. Zimmerer wręcz mówi, że go nie interesuje
„sztuka", alo dzieło jako wyraz osobowości, psychiki.
Śledzi on rolę, jaką odgrywa twórczość w życiu ludzi.
Dr Janicki gromadzi rysunki, rzeźby, obrazy, tkaniny —
nie tylko dla ich wartości estetycznych, ale przede wszystkim
ekspresywnych, emocjonalnych, widząc w nich wyraz osobo
wości człowieka. Twórca — zaciekawienie jego osobą, sta
nowi też ważny motyw w tworzeniu kolekcji pp. Erberów
z Kielc, Jana Sznajdra z Konina czy Ferdynanda Kijak-Solowskiego z Krakowa.
Nieco inną motywację, choć również nie „artystyczną"
przedstawia Wojciech Siemion. Rzeźby, obrazy — są dla
niego rodzajem „pamiątek", wiążą się ze wspomnieniami
kontaktów z plastykami zarówno zawodowymi, jak i ludo
wymi, naiwnymi.
Szczególną, graniczną postacią kolekcjonerstwa i pasji
naukowej, i artystycznej — jest gromadzenie nie samych
obiektów, a sporządzonych przez siebie ich wizerunków.
Jeszcze w początkach naszego stulecia fotografowała ludowe
budownictwo Bronisława Kondratowiczowa, a Stanisław Ba
rabasz rysował i kalkował to, co najciokawsze było na
Podhalu. Władysław Skoczylas utrwalił w szkicowniku
wszystkie kapliczki podhalańskie. A w czasach nam współ
czesnych kapitalną kolekcję „strachów" sfotografował
Jan Kurkiewicz. Lata całe chodził z aparatem po beskidz
kich polach, wyszukując wciąż nowe obiekty. Rysunki
„remontowe" na szybach dokumentował i zbierał fotografik
toruński Jan Krippendorf, obrzędy, ceremonie sekt i róż
nych wyznań utrwalił w pełnych ekspresji zdjęciach Adam
Bujak.
Niekiedy przedmioty o charakterze ludowym zbierane
są w ramach zainteresowań obejmujących określoną tema
tykę, np. obrzędową, myśliwską, regionalną czy historyczną.
Wszystko, co dotyczy historii nowotarskiego powiatu,
zwłaszcza z okresu ostatniego pięćdziesięciolecia, gromadzi
w Nowym Targu pracownik PTTK Antoni Pajerski. Z terenu
Rzeszowszczyzny duży i bardzo różnorodny zbiór ma
doc. dr Franciszek Kotula. Krakowski plastyk Zbylut
Grzywacz zbiera z kolei tematykę „końską". Rzeźby, obrazy
i grafiki, ozdoby, pamiątki, a także ludowe zabawki czy
wycinanki z motywem konia.
Właśnie ta rozpiętość punktów widzenia i wyboru
przedmiotów zainteresowań decyduje o tym, że kolekcjo
nerstwo jest ciekawe, a czasem i cenne, że niejednokrotnie
właśnie ono ratuje dla kultury pewne zjawiska, które
inaczej skazane byłyby na zagładę.
Przecież gdyby nie wspomniany t u Jan Kurkiewicz,
o strachach wiedzielibyśmy bardzo niewiele. Żadne muzeum
nie pomyślało nawet o dokumentowaniu ich, bo też nie
mieściły się w tradycyjnym repertuarze etnograficznych
muzeów i nie umiano spojrzeć na nie jak na obiekty intere
sujące od strony artystycznej. Nie przypadkiem strachami
zainteresował się mniej więcej w tym samym okresie,
w końcu lat pięćdziesiątych — Tadeusz Kantor, który za
mierzał nawet wraz z Haliną Ptaszkowską zrobić wystawę
„strachów", redaktor Irena Groszowa z „Gromady", na
której apel nadesłano nawet sporo „strachów" z terenu,
rzeźbiarz — Jerzy Jarnuszkiewicz, który namawiał redakcję
„Polskiej Sztuki Ludowej" do podjęcia tego tematu.
Alo tylko Kurkiewicz doprowadził zamysł do końca. Warto
przypomnieć, że był on artystą grafikiem.
Jest symptomatyczne, że na zjawisko to zwrócili uwagę
przede wszystkim plastycy i to ci, o których najchętniej
mówi się „nowocześni". Trudno t u więc mieć pretensję
do muzeów, zwłaszcza że sam charakter tych z natury
rzeczy szacownych instytucji skłania do myślenia konser
watywnego, tradycyjnego. Muzea dokumentują bowiem
przeważnie przeszłość, a z tego, co się dzieje współcześnie,
wybierają wartości już uznane, ucukrowane, nie budzące
sporów. Muzea działają metodycznie i fachowo, w myśl
z góry ustalonych założeń. Obce im są wszelkie szaleństwa,
ryzyko wydawania na wątpliwe zakupy społecznych pie
niędzy, których nigdy nie za wiele. Muzea mają komisje,
a wiadomo, że system komisyjny prawie zawsze powoduje
obcinanie wszelkich skrajności. Zespół wieloosobowy,
w którym na dodatek wielu członków stara się myśleć tak —
jak ich zdaniem powinien myśleć przedstawiciel instytucji,
którą reprezentują — często wybiera te wartości, które
są już znane, sprawdzono. Dodajmy do tego konserwatyzm
niektórych wybitnych specjalistów starszego pokolenia,
którzy autorytetem swym również oddziaływali hamująco
na politykę zakupów, dodajmy opieszałość w decyzjach
o zakupie, w wypłatach, konieczność uzyskania różnych
akceptacji — aby jasne się stało, dlaczego muzea, z powodów
obiektywnych, a w każdym razie psychologicznie zrozu
miałych, nie są forpocztą nowego.
7
Mówię t u oczywiście o muzeach etnograficznych, ra
dykalne zmiany zachodzą bowiem w muzeach sztuki współ
czesnej, które — wręcz programowo — zaczęły uczestniczyć
w procesie kształtowania współczesnej twórczości.
Otóż u nas muzea etnograficzne przy wielkich zasłu
gach, których nikt nie neguje, nie zauważyły: ekranów
ulicznych fotografów, malowideł strzelnic, lunaparków,
karuzel, „sztuki" jarmarcznej, zaliczanej od razu do „kiczu",
nie zauważyły okresów przejściowych pomiędzy strojem
„tradycyjnym" a miejskim, lokalnych i czasem efemerycz
nych mód i tylko niekiedy rejestrowały fakty nowej obrzę
dowości (Bytom, Poznań). Oczywiście zarzut ton równie
dobrze można odnieść i do instytucji zajmujących się bada
niami terenowymi, nie chodzi t u jednak o rozwijanie tej
tematyki, lecz o pokazanie dlaczego nawet w kraju o tak
silnej sieci muzeów jak u nas, wciąż istnieje sens prywatnego
zbieractwa jako czynnika uzupełniającego.
7
Zbieracz działa natomiast na innych prawach. Sam
sobio jest panem, nikomu nie musi się tłumaczyć, co i dla
czego zbiera. Ma prawo do ryzyka, do szaleństwa, które —
czasem — może okazać się błogosławione, gdy się okaże,
że w tym swoim pozornym szaleństwie zdołał dojrzeć to,
co muzea spostrzegły już po fakcie, albo czego w ogóle
nio dojrzały.
Społecznie sytuacja jest t u z punktu widzenia Państwa
bardzo wygodna. Kolekcjonerzy ratują na własny koszt
ślady przeszłości i współczesności, a wiadomo, iż prędzej
czy później większość tych zbiorów przejdzie do muzeów
(w formie dotacji czy zakupów).
7
Chciałbym być dobrze zrozumiany. Nie atakuję po
szczególnych muzeów, oceniam tylko sytuację obiektywnie
istniejącą. Czy można ją naprawić ? Częściowo tak, i w ostat
nich latach widać w yraźną zmianę na lepsze — ale częściowo
nie, ponieważ w naszych warunkach finansowych muzea
nie mogą być śmietnikiem* rzeczy byle jakich, ich prawo
7
do ryzyka musi być społecznie kontrolowane, a przepisy,
nawet skądinąd uzasadnione, hamują inicjatywę ludzi.
A sami ludzie ? Oni przecież decydują w końcu o wszyst
kim. W muzeach są pracownicy, często po prostu urzędujący
„od—do", wielu trafiło tam po studiach raczej przypadkowo
czy z rozsądku, a nie z przemożnej pasji. Muzealnictwo,
które kiedyś, w początkach swych było zamiłowaniem,
stało się zawodem, jak każdy inny. Ale kolekcjonerstwo
zawsze jest zamiłowaniem. Nie daje profitu, jest bezintere
sowne. Prawda, zbieracz staje się czasem niewolnikiem swej
kolekcji — ale nigdy urzędnikiem. Gdyby nie miał pasji
do tego co robi, nie zbierałby. To chyba oczywiste.
Śpieszę t u dodać, że znam i w muzeach cudownych
ludzi, których nazwisk nie wymienię, raz — że znam przecież
nie wsz5 stkich, dwa — że nie chcę utrudniać im życia.
Ludzi autentycznie zaangażowanych, dbających o swe
muzeum, o zakupy, nie patrzących na zegarek, mających
czas na zajmowanie się konkretnymi twórcami, na prawdzi
wą nad nimi opiekę. Współpracowało więc z Józefem Piłatem
Muzeum Świętokrzyskie, kupowało jego rzeźby, wożono go
do sanatorium, leczono... W Nowym Sączu opiekowano się
Marią W nęk, w Sieradzu — Edwardem Korpą czy Fran
ciszką Grala, we Włocławku — Stanisławem Zagajewskim
i malarkami fajansu, w Zakopanem — Sutorem i malarzami
na szkle, w Łęczycy zaś muzeum od początku patronuje
rozwojowi tego ośrodka ludowej rzeźby. Nie muszę dodawać,
że dzięki temu patronujące muzea mają naprawdę reprezen
tacyjny wybór prac swych podopiecznych.
7
r
Czasem opiekę sprawują inne placówki — Dział Plastyki
Wojewódzkiego Domu Kultury we Wrocławiu dba o spra
wy bytowe i właściwą „politykę" zakupów rzeźb przez
muzea, opiekując się zwłaszcza Bolesławem Musiałem,
Janem Zworskim i Józefem Lurką. Z twórcami ludowymi
współpracuje P D K w Myślenicach, w Węgorzewie.
Nie zmienia to jednak faktu, że i t u prywatny kole
kcjoner wnieść może swój pozytywny wkład. Niektórzy
zbieracze mają ścisłe i serdeczne kontakty z jednym czy
kilkoma twórcami, zbierają nie tylko ich dzieła, ale i listy,
zapiski ze spotkań, pomagają, radzą. W rezultacie nie tylko
legitymują się zbiorami, ale i wiedzą o ludziach. Wykorzystu
ją tę wiedzę w pracy naukowej czy publicystycznej, lite
rackiej.
Zbieractwo jest więc nie tylko prywatnym zaintereso
waniem czy nawet nałogiem, ale i czynnikiem liczącym się
w kulturze, wartym uwagi i pomocy zwłaszcza ze strony
muzeów, dla których kolekcjoner może być sojusznikiem
w ich działaniu. Bzecz tylko w tym, aby nie traktować
zbieraczy jak uprzykrzonych konkurentów czy wrogów.
Przykładów pozytywnych jest sporo, wymienię t u choćby
spotkania z kolekcjonerami oraz pokazywanie ich zbiorów
przez muzea (np. Narodowe i Etnograficzne w Krakowie
oraz Warszawie).
Współpraca taka może iść jednak znacznie dalej, warto
kontaktować się ze zbieraczem-znawcą, zapraszać kolekcjo
nerów do dyskutowania programów pracy, omawiania
nowych nabytków. Zbieracz, zwłaszcza poważny, to natu
ralny sojusznik muzeum, a nawet więcej... Nie zapominajmy,
że większość zbiorów muzealnych powstała przecież w opar
ciu o zbiory prywatne.
Kolekcjoner t y m się bowiem różni od przypadkowego
zbieracza kilku rzeźb czy obrazów, że docenia wartość
swego zbioru, czasem nawet przecenia, stąd tak częste
dążenia do przekształcenia prywatnej kolekcji w muzeum,
w izbę regionalną — gdy nie ma po temu ani realnych
warunków, ani sensu. Kolekcjoner jest do dorobku swego
życia przywiązany. Naturalne jest, że z troską myśli o dal
szych losach zbioru. Człowiek nawet gdy musi pozbyć się
psa czy kota, stara się, aby trafił w dobre ręce. Cóż dopiero,
5
gdy chodzi o kolekcję. Zrozumiałe, że zbieracz w pewnym
momencie swego życia zaczyna myśleć o tym, aby eksponaty
nie zostały rozproszone. Większość zbieraczy, których znam,
widzi w przyszłości miejsce dla swych zbiorów właśnie
w muzeum. Ale chcieliby mieć pewność, że ich dar nie
zostanie rozproszony ani zniszczony. Kto wie, czy w szczegól
nych sytuacjach nie wrócić więc do dawnej praktyki poka
zywania ofiarowanych kolekcji w całości, bez rozpraszania
ich po różnych działach, skazywania na niepewną wegetację
w nie zawsze najlepiej urządzonych magazynach.
Współpraca muzeów może polegać —- a są przecież już
precedensy — na konserwacji cenniejszych obiektów w ob
jętej opieką prywatnej kolekcji, w pomocy przy inwenta
ryzacji, w dokumentacji fotograficznej, w uzyskaniu dla
zbieracza przywilejów lokalowych, w staraniach o przyznanie
specjalnej renty na starość itd. Wiem, że o tych sprawach
myśli się w Ministerstwie Kultury, ale czasem nawet wyższa
instancja nie jest konieczna, a wystarczy dobry klimat,
serdeczność, rzetelność i dobra wola.
Chciałbym t u dodać jeszcze jeden argument przema
wiający ,,za" kolekcjonerstwem. To nie kolekcjonerzy obra
bowali z rzeźb przydrożne kapliczki, nie oni ukradli modli
tewnik Nikifora (zakupiony potem za ciężkie pieniądze
przez Muzeum w Nowym Sączu), pięknego Frasobliwego
z kościoła w Grzegorzewicach itd. Nie twierdzę, że tego
rodzaju wypadki nie mogły mieć miejsca — ale jest to
margines. Kradli raczej ci nie związani blisko z kulturą
ludową, nie rozumiejący jak głęboko ranią ludzi, zabierając
im przedmiot kultu, ślad po ojcach, przeszłości. Kradli
turyści, studenci, plastycy — najlepiej doceniający wartość
zabytku. Ileż rzeźb i ikon wywędrowało za granicę, ile
utonęło w prywatnych mieszkaniach... Tylko cząstka trafia
czasem do salonów Desy, w których zresztą muzea etno
graficzne na ogół nie kupują (!).
Kupują natomiast zbieracze i uważnie śledzą, co się
pojawia w Desie czy Cepelii. Docierają sobie tylko znanymi
drogami do osób mających interesujący ich obiekt, moles
tują, targują latami i przeważnie w końcu pozyskują taką
rzeźbę czy obraz. Kolekcjonerzy d r e n u j ą c pokątny rynek
sprawiają, że rozproszone a wybitne dzieła sztuki trafiają
do kolekcji — a już to zwiększa ogromnie szansę ich po
zyskania k i e d y ś przez muzeum, uwzględnienia w pra
cach naukowych, przy organizacji wystaw itd.
Nie wszystko jednak odbywa się bezkolizyjnie. Są
sytuacje drażliwe i dwuznaczne, trudne do uniknięcia,
gdy np. pracownik muzeum gromadzi własną, prywatną
kolekcję. Znam kilka takich przykładów i wiem, jak trudno
zachować w opinii innych absolutnie czyste ręce, zwłaszcza
gdy od tego pracownika zależy kwalifikacja prac do za
kupu. Zresztą wiadomo jak silna jest żyłka kolekcjonerska,
jak trudno nie sięgnąć po okazję, być przez 24 godziny
na dobę pracownikiem muzealnym, nie kupić najładniejszej
figurki dla siebie, gdy się nawet prywatnie pojechało do
wiejskiego rzeźbiarza. Dlatego jestem z zasady przeciwnikiem
takich sytuacji.
Inna rzecz, gdy pracownik muzeum zbiera dla muzeum
i czyni to z pasją kolekcjonera, gdy identyfikuje siebie
z placówką. Trudno nie myśleć z podziwem o zbiorze ościeni
i narzędzi rybackich zgromadzonych przez prof, dr Marię
Znamierowską-Prufferową w toruńskim Muzeum Etnogra
ficznym, czy o kolekcji ceramiki włocławskiej zebranej
w Muzeum Włocławskim przez mgr Romualdę Hankowską.
Są zbiory muzealne bezosobowe i są takie, których by
nigdy nie było, gdyby nie zainteresowanie i szczególna
troska konkretnego człowieka. Gdybyśmy tak umieli to
doceniać i ludziom związanym przez całe życie z kolekcją
muzealną dawali zasłużoną satysfakcję, zwłaszcza po ich
odejściu na emeryturę czy przejściu do innej placówki.
W placówkach naukowych i uniwersyteckich sposób taki
6
jest — profesor po przejściu na emeryturę zatrzymuje gabi
net, nadal ma możność współpracy, udziału w Radzie
Naukowej, kształtowaniu planu naukowego placówki itd.
A w muzeach? Następca niezwłocznie zmienia ekspozycję,
trzeba czy nie trzeba, byle szybciej wycisnąć własne piętno
na placówce, a zatrzeć pamięć poprzednika.
Sytuacje drażliwe, wręcz niedopuszczalne, mają miejsce
wówczas, gdy zbieracz izoluje odkrytego przez siebie malarza
czy rzeźbiarza, uzależnia go od siebie i eksploatuje, starając
się nie dopuścić do niego muzeum, czyni histeryczne grymasy
i grozi pozbawieniem swej opieki — gdy rzeźbiarz sprzeda
swe prace do muzeum. Z ostatnich miesięcy znam trzy
takie przykłady. Jeden jest szczególnie przykry. O cieka
wych obrazach ludowej malarki spod Krakowa dowiedziałem
się zupełnie przypadkiem od lekarza z RFN, interesującego
się sztuką „naiwną". Pan, który go zawiózł do malarki,
prosił usilnie, aby nie pokazywać jej prac i nie ujawniać
nikomu jej adresu. Widziałem też wizytówki, w których
ustosunkowany kolekcjoner łaskawie zezwalał podopiecz
nemu rzeźbiarzowi na sprzedanie rzeźb... muzeum regional
nemu. Wysłany za granicę zabrał ze sobą część kolekcji,
z której niektóre obiekty rzeczywiście wystawiał, niektóre
natomiast... znaleziono zupełnie przypadkowo w jednej
z galerii sztuki. W podobny sposób dotarły do galerii fran
cuskich i amerykańskich akwarele Nikifora.
Są to przykłady negatywne, świadczące tylko o tym,
że ludzie bywają różni, często nie tacy, jak o t y m sami
deklamują.
To, że zbieracze bywają różni, że zjawisko samo ma
pozytywy i negatywy — jest zrozumiałe. Na pewno jednak
łatwiej byłoby unikać stron negatywnych — wzmacniając —
czy w ogóle ustalając kontakty muzeów ze zbieraczami.
Sądzę więc, że warto zainwestować w zbieracza, w jego
kolekcję, aby mieć potem możliwość pierwokupu. Mimo
wszystkich możliwych zastrzeżeń — warto stworzyć bodźce
dla kolekcjonerów, a szczególną i znaczną opieką otaczać
tych, których działalność ma charakter publiczny, ważny
dla naszej kultury.
Na koniec warto powiedzieć kilka zdań o t y m kim są
zbieracze. Czy jest jakiś związek między profilem zbieranych
dzieł a zawodem i środowiskiem społecznym kolekcjonera ?
Otóż jest. Zdecydowanie przeważają, i to jest zrozumiałe,
przedstawiciele inteligencji, zwłaszcza wolnych zawodów.
Ale są też, nieliczne co prawda, przykłady zbieractwa wśród
robotników, chłopów. Są to fakty jednostkowe, niemniej,
a może właśnie dlatego, warto o nich wspomnieć. Przy
wiązuję do nich wagę, ponieważ widzę je na tle innych
przejawów świadczących o rosnącej randze sztuki wśród
niektórych grup robotników i chłopów. Mam t u na myśli
przede wszystkim wzrost zainteresowania sztuką ludową,
folklorem, tradycją zawodową i regionalną, a także i roz
wijający się ruch amatorski, zwłaszcza wśród górników
i robotników.
G ó r n i c y . Wiadomo mi tylko o nielicznych przypad
kach. Ktoś zbiera lampy górnicze, kto inny folklor, inny
minerały, kawałki węgla z odciśniętymi śladami żyjątek,
flory. Największy jest zbiór różnych przedmiotów wiążących
się z życiem i kulturą górniczą — Ryszarda Broi. Założył
on własnym sumptem prywatne muzeum w Polanicy, czynne
też i obecnie, już po śmierci zasłużonego zbieracza.
R o l n i c y . Przykład jeden, ale znamienny, świad
czący o rosnącej randze sztuki, o prestiżu, który w środowisku
dać może nie tylko dobre gospodarzenie — ale i aspiracje
artystyczne, kulturowe. Józef Brzozowski spod Łowicza
wybudował muzeum, gromadząc tam ludową twórczość
matki i wuja, własne rzeźby i prace córki — absolwentki
liceum plastycznego.
Oba fakty wydają się symptomatyczne, mówią o prze
mianach w świadomości, o dumie z własnej kultury, którą
chcą popularyzować, zachować dla potomnych. Górnik —
świadomy wartości kultury swych przodków, zdolny do
licznych wyrzeczeń, by materialne wytwory tej kultury
zebrać i udostępnić innym. Chłop — który dobrze gospoda
rzy, jest zaradny, a przy tym gotów wraz z rodziną poświęcić
wiele, by odtworzyć obraz przeszłości, ofiarować społeczeń
stwu to, co jest wkładem jego rodziny. Muzeum własnych
rzeźb, przeznaczone głównie dla turystów i wycieczek szkol
nych stworzył również drwal — znakomity rzeźbiarz Józef
Lurka z Bystrzycy Górnej, pow. Świdnica. Znamienne jest,
iż twórcy ludowi widząc szacunek i zainteresowanie dla swej
działalności, włączają się samorzutnie w różne akcje patrio
tyczne i społeczne. Zmarły niedawno Ignacy Kamiński
wybudował w Oraczewie, na własnym gruncie, pomnik na
Tysiąclecie Państwa Polskiego. Maria Lenczewska ofiaro
wała szkołom paręset obrazów ilustrujących śląskie legendy.
Waldemar Paciuk sam odbudowuje drugi już z kolei pałac,
ratując go przed zniszczeniem i zdobiąc zgodnie z własnymi
nawykami estetycznymi. Sztukę ludową regionu zbiera
i wystawia w swym domu-muzeum korzenioplastyk z Augus
towa — Stanisław Szostak.
Izby Regionalne, dotowane przez Cepelię, powstały
również dzięki patriotyzmowi lokalnemu wybitnych twórców
ludowych, którzy nie szczędzą czasu i wysiłku, by pokazać
turystom piękno miejscowego folkloru.
Przejdźmy z kolei do omówienia zbieractwa przedsta
wicieli wolnych zawodów.
L e k a r z e . Nie ma zawodu, który równie silni
łączyłby się w powszechnej świadomości z postawą społecz"
nikowską. Toteż mówi się (niestety coraz rzadziej) o Judy
mach, wspomina Tytusa Chałubińskiego czy dr Jordana.
Zo środowiska lekarskiego wywodzi się wielu wybitnych
pisarzy, dramaturgów, znawców sztuki, plastyków-amatorów, zbieraczy. Zainteresowania ich idą w różnych kierun
kach, od historii medycyny, poprzez kolekcjonowanie
militariów, dzieł sztuki, numizmatów, medalierstwa — aż po
zainteresowania ludową twórczością. Zbierają więc — cha
rakterystyczne, że właśnie poza wielkimi centrami —
dr Hoffmann ze Żnina (rzeźbę ludową), dr Balicki z Łańcuta
(rzeźbę i wszelkie przedmioty ludowej kultury), dr Piotrow
ski w Wadowicach. Wymieniam t u tylko kilka przykładów.
Dodam, że dr Hoffmann część zbioru już ofiarował muzeum,
a dr Balicki kolekcję swą udostępnia publicznie w ofiaro
wanym mu w t y m celu budynku dawnej bóżnicy.
6
Zbierają też p r a w n i c y . Liczną i niezłą kolekcję
rzeźb ma dr Bolesław Nawrocki z Warszawy, czasowo
przebywający w Szwajcarii, gdzie zorganizował kilka wystaw
rzeźb ze swych zbiorów, połączonych z odczytami. Toruński
adwokat, Henryk Zawadzki, zgromadził ok. 60 kropielniczek ceramicznych, napisał też kilka prac etnograficznych.
Współczesną rzeźbę zbiera w Rzeszowie adwokat Edmund
Samborowski. Przypuszczam, że zbierających przedstawi
cieli palestry jest znacznie więcej.
K s i ę ż a . Powołanie — ale i zawód. Sam status
księży ułatwia im żywy kontakt z miejscową ludnością.
Księża malują, kupują książki, zbierają dzieła sztuki. Bywają
księża głęboko zrośnięci z kulturą regionu, rozmiłowani
w sztuce ludowej, zwłaszcza miejscowej. Przypomnę księdza
bVdynanda Macha ya, znawcę kultury orawskiej, księdza
Mieszko z Kurpi czy ks. Świstka, którego wielki zbiór
znajduje się obecnie w Muzeum Etnograficznym w Krakowie.
Nierzadko księża zbierali nie dlatego, że im się sztuka miej
scowa tak podobała, ale jako świadectwo religijnych uczuć
parafian. Inspirowali zresztą tematykę religijną np. wyci
nanek kurpiowskich, obrazów czy rzeźb. Najciekawszy
zbiór współcześnie powstały ma ks. Nitka z Paszyna pod
Nowym Sączom. Dzięki niemu Paszyn stał się wyjątkowo
interesującym ośrodkiem ludowej rzeźby, która rozwija się
tam w sposób niespotykany dawniej. Powodem działalności
księdza Nitki nie była oczywiście chęć osiągnięcia efektów
czysto artystycznych, ale przede wszystkim motywacja
społeczna, religijna. Sam zresztą ksiądz jest postacią nie
przeciętną, wyjątkowo barwną. Pochodzi ze wsi, z nieda
lekich stron, jest naprawdę zżyty ze swymi podopiecznymi,
rubaszny, by nie rzec „ludowy" — w sposobie bycia, bar
dziej może z Jana Chryzostoma Paska niż z liturgicznych te
kstów , toteż nie stąpał w swej karierze duchownej po różach...
7
Niestety, wiele z cennych, a niewielkich kolekcji prze
pada po przeprowadzce na inne miejsce lub po śmierci
kolekcjonera. Wiem o wielu zbiorach unikalnych, po których
niestety ślad zaginął.
N a u c z y c i e l e . Grupa szczególnie ciekawa. Nauczy
ciele zbierają sztukę ludową regionu, ale inaczej niż adwokaci,
lekarze czy księża.
Inteligencja w mniejszych ośrodkach kraju ma nadwyżki
czasu wolnego, odczuwa nieraz dotkliwie brak środowiska,
w którym realizowałaby swoje zainteresowania humanistycz
ne. Zbieranie stwarza dodatkową oś zainteresowań, poczucie
społecznego i nie tylko doraźnego sensu tego działania •—•
podobnie jak studia nad historią regionu.
Ale nauczyciele, przy podobnym stosunku do historii
regionu, do tradycji, kultury artystycznej — są pedagogami.
Nie mają czasu wolnego, pozaszkolnego. Nie szukają dodat
kowych zainteresowań czy celów życia. Żyją i pracują
w kontakcie z młodzieżą, ucząc i wychowując. Gdy zbierają
ślady przeszłości — czynią to nie tylko po to, by je w ogóle
uchronić, ale by wychowywać na nich młodzież. Nie zbierają
sami dla siebie. Są przede wszystkim inicjatorami, działają
przez młodzież, tworząc szkolne galerie sztuki ludowej.
Nie przychodzi to łatwo, czego dowodzi przejmujący tekst
Jana Plucińskiego, zamieszczony w tym numerze pisma.
Aż dziwne, że władze szkolne nie umiały do dziś stworzyć
właściwych bodźców dla tego rodzaju działalności, która jest
przecież w pierwszym rzędzie wychowaniem obywatelskim,
wychowaniem w atmosferze szacunku dla kultury swych
ojców, dla sztuki, dla kraju.
D z i e n n i k a r z e . Tak jak cechą zbiorów księży
czy nauczycieli jest ich lokalny charakter, tak dziennikarze
zbierają przeważnie prace ludzi, z którymi się zetknęli,
o których pisali. Wiem o licznych takich kolekcjach kom
pletowanych przez dziennikarzy prasy miejscowej, zwłaszcza
gdy dziennikarz w jakiś sposób patronował miejscowemu
rzeźbiarzowi czy malarzowi. Mają też zbiory dzieł sztuki
ludowej i nieprofesjonalnej •— jeżdżący wiele po kraju —
reportażyści prasy centralnej, tygodników, radia, telewizji.
Spotykają się w swej pracy z ciekawymi twórcami, piszą
0 nich, a otrzymany czy kupiony obraz lub rzeźba stają się
nie tylko przedmiotem artystycznym, ale i śladem kontak
tów, pamiątką, dokumentem. Ryszard Wójcik rozdział
swej książki Odmieńcy poświęcił Irenie Trzaskowskiej —
ma też jej obrazy. Anna Strońska pisała o Marii Wnęk
1 Antoninie Juszczak — ma też ich prace.
Podobnie, zbiór jako świadectwo kontaktów, obcowania
artysty z artystą, mają jeżdżący często po kraju a k t o r z y .
Wymienię t u dwóch — Wojciecha Siemiona i Ferdynanda
Kijak-Solowskiego. Obaj związani byli od dzieciństwa z kul
turą ludową, obaj związków tych nigdy nie starali się
zatrzeć. Obaj często jeżdżą po kraju, co sprzyja kontaktom
z wiejskimi twórcami. I znów — pozyskane dzieło jest tu
zarazem i przedmiotem artystycznym i pamiątką spotkania.
Wyraźnie podkreśla to w drukowanym dalej tekście Wojciech
Siemion.
Natomiast p l a s t y c y zbierają przede, wszystkim
to, co ich zafrapowało. Dla nich najważniejsze są: forma,
świeżość widzenia, fantazja, szczerość, naiwność. Po kilka —
kilkanaście rzeźb, malowideł, obrazów (ostatnio również
gipsów jarmarcznych i makatek) ma bardzo wielu artystów7
П. 1, 2, 3. Leluje, wycinanki Rozalii Polak z Kadzidła, pow. Ostrołęka. Kolekcja sztuki kurpiowskiej Haliny Nowosadowej
plastyków, architektów. Niektórzy mają większe kolekcje,
z reguły dobrze dobrane, ciekawe od strony artystycznej.
Tadeusz Kulisiewicz i Alfons Karny — Nikifory, Karol
Tchorek •— rzeźbę Kudły, Barbara Jonscher — baranki
wielkanocne, Zbigniew Kowalewski, Józef Wilkoń, Emil
Warzecha — rzeźby, kapliczki. Jan Kurkiewicz zbierał
„strachy". Przed laty piękne zbiory malarstwa na szkle
i snycerki huculskiej miał Zbigniew Pronaszko, dużą kolekcję
zgromadzili, eksplorując zwłaszcza obszar Kurpi — Wincen
t y i Leon Śliwińscy. Obecnie małe prywatne muzeum w oko
licach Krynicy zakłada Stanisław Fortecki.
Zbieractwu sprzyjają więc, jak widać, pewne okolicz
ności. Nadwyżka czasu wolnego, zawód ułatwiający po
zyskiwanie eksponatów, kontakty z twórcami, dobra sy
tuacja materialna, odpowiednie warunki lokalowe, z reguły
lepsze w małych miastach, gdzie nie obowiązują ograni
czenia metrażu.
Zbieractwo w naszych warunkach ma szansę rozwoju
i duże pole działania. Zarówno wtedy, gdy jest wyraźnie
zorientowane metodologicznie, jak i wówczas, gdy penetruje
nowe obszary, nie dostrzegane jeszcze czy lekceważone przez
oficjalne placówki. Jest zjawiskiem w naszej kulturze
ważnym i ciekawym, zarówno dla etnografa, socjologa czy
psychologa. Dlatego redakcja „Polskiej Sztuki Ludowej"
zdecydowała się na przygotowanie tego podwójnogo zeszytu
poświęconego kolekcjonerstwu sztuki nieprofesjonalnej,
a zwłaszcza ludowej — a i nadal zamierza poświęcać uwagę
temu zagadnieniu.
Fot.: St. Deptuszewski
Redakcja „Polskiej Sztuki Ludowej" zwraca się do wszystkich kolekcjonerów sztuki ludowej z prośbą o nadesłanie
informacji o posiadanych zbiorach, w miarę możności ze zdjęciami najcenniejszych obiektów zarówno sztuki dawnej, jak
i współczesnej. Chcielibyśmy nadal publikować co pewien czas artykuły i informacje o zbiorach, a jeśli okaże się to celowe,
stworzyć kolekcjonerom możliwość wzajemnego kontaktu i współpracy. Sądzimy, iż najwłaściwszym miejscem dla tego
rodzaju kontaktów będzie Państwowe Muzeum Etnograficzne w Warszawie, które deklaruje gotowość otoczenia zbie
raczy swoją opieką i zainteresowane jest żywo w rozwoju kolekcjonerstwa etnograficznego w Polsce.
8
