053c11a57a36feeec4c24b197ea92fe7.pdf

Media

Part of Starorzecze.Krzyżyk z mosiężnej blachy, Piesek puk, Maszyny do pisania / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2003 t.57 z.1-2

extracted text
W

ANTONIKROH

Warszawie za carskich czasów kandydat na

majstra musiał wykonać w obecności komisji
tak zwany majstersztyk. Egzaminowanie mo­

gło trwać tydzień i dłużej. Odbywało się w warsztacie.

Starorzecze

D e l i k w e n t pracował, a komisja, jedząc i popijając na je­
go rachunek, pilnowała, by n i k t m u nie pomagał, oraz
przerzucała się d o c i n k a m i p o d jego adresem. N a noc

Krzyżyk z mosiężnej blachy,
Maszyny do pisania,
Piesek Puk

warsztat starannie plombowano. Dziadek A n t o n i miał
dyplom mistrzowski w dziedzinie blacharstwa i kotłów
gorzelniczych, a krzyżyk, który obecnie należy do mnie,
był jego majstersztykiem, pracą dyplomową. N i e w i e l k i
stojący blaszany krzyżyk, z zamkniętymi obło ramiona¬
m i , u dołu lekko wywinięty na zewnątrz, pusty w środku.

zyty, t a k i był szczęśliwy, tak nie wiedział, jak i c h uho¬

Zagadka polega na t y m , że nie widać jakiegokol¬
spawu. N a j p r a w d o p o d o b n i e j

norować, że nie b y l i w stanie wykrztusić, co i c h spro¬

Dziadek wymodelował go z jednego kawałka blachy.

wadza. Posiedzieli, pogadali, w y p i l i herbatę. Prosił, że¬

A l e jak?

by w p a d a l i częściej. N a d r u g i dzień wzięli się w garść

wiek

śladu łączenia,

i odwiedzili go raz jeszcze.

Pokazałem krzyżyk znajomemu m e t a l u r g o w i , ab¬
solwentowi p o l i t e c h n i k i . Oglądał na wszystkie strony,

Dziadek A n t o n i miał braci i bratanków ustawio¬

przybliżał do lampy, obracał. Zniecierpliwił się, odsta¬

n y c h w życiu, nie chcieli się z n i m kolegować, więc po

wił na półkę, zaczął mówić o czymś i n n y m . Z n o w u się¬

śmierci syna jedyną bliską m u osobą była synowa, czyli

gnął, obejrzał, odłożył.

moja M a m a . N o i w n u k i . Co sobotę przyjeżdżał do nas

Przyszedł po p a r u d n i a c h .

na Bielany, zostawał do niedzieli. Przywoził dzieciom

- Ja do twojego krzyżyka.

cukier - w butelce po oranżadzie, takiej z porcelano¬

Wyjął z teczki reflektorek, jakiego używają laryn¬

w y m kapslem; nie mógł kupować cukierków, bo samot¬

golodzy, umocował sobie na czole, poświecił. Wsunął

n y m emerytom k a r t k i na c u k i e r k i nie przysługiwały.

do wnętrza krzyżyka maleńkie lusterko na t r z o n k u . Pa¬

Trzymał u nas skrzypce, czasem grał i śpiewał Rosła

trzył przez silnie powiększające szkło.

lina z liściem szerokim albo o więźniu, który miał w celi

ka­

- Hm.

przyjaciela-pajączka, to znów o kibitce pędzącej w odle­

Tyle się dowiedziałem.

gły szlak, a dzwonek tylko słychać z oddali jak

Dziadek A n t o n i wcześnie owdowiał, sam wychowy¬

umarłych

pogrzebowy

znak. Czytał Czechowa, Turgieniewa, Gogola,

L w a Tołstoja, Puszkina, mieliśmy to w d o m u . M a m a

wał dzieci: A n t k a (mojego ojca) i A l ę . G d y pokończy­
l i studia, spełnił swoje marzenie: kupił działkę w Zie¬

kupowała rosyjską klasykę, która była wtedy w Polsce

lonce, zbudował d o m e k . A l a była lekarką. Zginęła już

bajecznie tania, starannie wydany t o m kosztował tyle

po upadku powstania, na szosie p o d Pruszkowem.

co dwa przejazdy tramwajem albo mniej, podobno jakiś

Chciała p o m ó c jakiemuś r a n n e m u , o d r u c h o w o wyszła

prywaciarz kupił większą ilość dzieł Stalina oprawnych

z szeregu, w a c h m a n krzyknął i zdjął karabin z ramienia,

w skórkę, którą zużył na produkcję galanterii, a że nie

nie zwróciła na to uwagi. Gdzieś za wczesnego Gomuł¬

znosił marnotrawstwa, zawiózł do składu makulatury

k i , miałem wtedy ze szesnaście lat, poszedłem do punk¬

kilkaset kilogramów odpadów poprodukcyjnych i dostał

t u skupu makulatury, magazynierka warknęła: - Na¬

za to piętnaście lat. Tak p l o t k o w a l i dorośli, myśląc, że

zwisko! A d r e s ! - bo władza musiała mieć czarno na

skoro A n t o ś przykucnął w kącie i b a w i się k l o c k a m i , to

białym, jak się nazywa i gdzie mieszka obywatel, który

nic go nie obchodzi i można swobodnie rozmawiać.

przyniósł do sprzedania piętnaście i pół kilograma sta¬

W czerwcu osiemdziesiątego dziewiątego r o k u , wkrótce

rych gazet. Odwarknąłem t y m samym t o n e m : - K r o h !

po wyborach, które komuniści tak pięknie przegrali,

- i nagle magazynierka rozpromieniła się, zapytała ser¬

wyszły spóźnione o parę tygodni dzieła Lenina w białej

decznie, czy może jestem k r e w n y m p a n i d o k t o r A l i c j i

delikatnej skórce, kaletnicy natychmiast w y k u p i l i cały

K r o h , która pracowała na Sadybie? I czy p a n i doktor

nakład, radio cieszyło się t y m przez k i l k a d n i .

żyje? Jeśli tak, proszę ją koniecznie pozdrowić, H a n n a

Babcia, dziadkowie znali rosyjski z czasów młodo¬

Woźniak jestem, z ulicy Obserwatorów, już p a n i d o k t o r

ści. Babcia, gdy podliczała coś w pamięci, mamrotała

będzie wiedziała. Powiedziałem, że to moja ciotka, nie

po rosyjsku, dopiero w y n i k ogłaszała po polsku. M a m a

żyje. - O J e z u , ona też? Jak zmarła? - Zwyczajnie, Nie¬

chodziła na kursy organizowane przez Towarzystwo

miec ją zastrzelił. Patrzę, a na kwicie dziesięć kilo ma¬

Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. N i e musiała daleko cho¬

kulatury więcej, niż się należało.

dzić, odbywały się u niej w biurze, w godzinach służbo¬

Ojciec zginął w w y p a d k u samochodowym w l i p c u

w y c h , przyjemnie było. Ciocia Jadzia mieszkała p o d

czterdziestego szóstego. Dziadek Felicjan i M a m a po¬

N o w y m Sączem, była nauczycielką w szkole rolniczej,

jechali do Z i e l o n k i zawiadomić Dziadka A n t o n i e g o .

dyrektor kazał jej d o d a t k o w o uczyć rosyjskiego. Za¬

Dziadek A n t o n i t a k się ucieszył z niespodziewanej w i -

skomlała, że rosyjskiego nie zna, na to dyrektor, że nie
121

Antoni Kroh * STARORZECZE. KRZYŻYK Z MOSIĘŻNEJ B L A C H Y , M A S Z Y N Y D O P I S A N I A , PIESEK PUK

przyjmuje t a k i c h dziecinnych wykrętów, przecież i n n i

w dolne gniazdko, bo t a m jest lepszy prąd, w o d a się

nauczyciele też nie znają, a p r o g r a m trzeba realizować.

szybciej zagotuje. - Chyba nie - odpowiadała M a m a

N i e bądźcie aspołeczna, koleżanko L e d n i c k a , w a m

po głębokim namyśle - bo t e n d o l n y prąd m a dłuższą

0 wiele łatwiej, bo znacie francuski i n i e m i e c k i i nie

drogę do przebycia. - Może tak - myślała na głos pa¬

macie dzieci. W i ę c uczyła się sama, wieczorami. Co

n i K w i a t k o w s k a - ale rozpędza się z góry, m a większy

wkuła wieczorem, tego uczyła następnego dnia, wy­

i m p e t , w sumie prędzej grzeje, chociaż m u dalej. Pani

przedzała uczniów o jedną lekcję. Opowiadała o t y m

K w i a t k o w s k a i p a n i K r o h to były jedyne p o l o n i s t k i

przy stole, gdy przyjechała na święta.

w Instytucie Geodezji i K a r t o g r a f i i . K i e r o w n i k zapo¬

M a m a zawołała: Skandal! I d i o t y z m !

minał, z czym przyszedł, żegnał się skwapliwie, rozpie¬

Dziadek Felicjan: Drogie dzieci, h m . Chłopi na Są-

rała go satysfakcja, gdyż dysponował k o l e j n y m niezbi¬

decczyźnie tak czy o w a k nie będą czerpać fachowej

t y m d o w o d e m wyższości i n t e l i g e n c j i technicznej n a d

wiedzy z rosyjskich podręczników a n i czytać Turgie¬

humanistyczną oraz umysłu męskiego n a d k o b i e c y m .

niewa w oryginale. W i ę c na j e d n o wychodzi. Chociaż,

G d y Dziadek A n t o n i którejś soboty nie przyjechał,

prawdę powiedziawszy, też się nie zachwycam t a k i m

zaniepokojona M a m a pojechała do Z i e l o n k i . Usłysza¬

stawianiem sprawy.

ła o d sąsiadów, że p a n K r o h zamknął się w mieszkaniu,
nikogo nie wpuszcza i całymi godzinami głośno śpiewa

Babcia: Biedna Jadziunia. Pomogłabym ci, gdybyś

po polsku i po rusku. Zawołała, poznał j ą po głosie,

mieszkała bliżej...

otworzył, przeprosił za b r a k i w garderobie. Wyjaśnił, że

Jadzia: M o j a droga Zosiu, nie trzeba się obrażać na

czuje się słabo, bo o d p a r u d n i nie jadł, ale po p r o s t u

cały świat, trzeba brać ludzi t a k i m i , j a k i m i są.

nie jest głodny, a poza t y m wiele już w życiu zjadł i po¬

M a m a : W ł a ś n i e biorę ludzi j a k i m i są, a nie moja

w i n i e n odpocząć. Powiedziała, że m u s i wyjść na chwi¬

w i n a , że są i d i o c i .

lę, m a pilną sprawę do załatwienia. Pobiegła na pocz¬

Dziadek mruknął po francusku, żeby nie dawać

tę, sprowadziła pogotowie. Przyjechała karetka, lekarz

dzieciom złego przykładu. A l e już było za późno.
Dorośli wkładali m i do głowy, żebym się pilnie uczył

zdecydował: D r e w n i c a . N i e powiedział „szpital psy¬

rosyjskiego, bo każdy Polak p o w i n i e n znać język naszych

chiatryczny" czy „dom wariatów", tylko użył oczywi¬

śmiertelnych wrogów. W i ę c prosiłem Dziadka Antonie¬

stego eufemizmu. Warszawiacy lewobrzeżni

go, żeby m i czytał opowiadania o zwierzętach z syberyj¬

T w o r k i , prawobrzeżni - D r e w n i c a , K r a k o w i a c y - Ko¬

skich lasów, autorstwa mojego śmiertelnego wroga M i ¬

bierzyn, Poznaniacy - Dziekanka. Wygnańcy ze Lwo¬

chaiła Priszwina. Bardzo go polubiłem i sporo m u za¬

w a używali z w r o t u : - Ta na Kulparków! - c h o ć wie¬

wdzięczam, a także A n t o n i e g o Czechowa, którym wte¬

dzieli, że K u l p a r k o w a także nie zobaczą.

dy nasiąkłem, a teraz wracam do niego, gdy m i smutno.

mówili

G d y dojeżdżali, Dziadek spytał:

W t e d y był t a k i m i l i c y j n y przepis, że w każdym

- A czemuż to nie jedziemy w stronę Warszawy?

mieszkaniu musiał być zeszyt, do którego główny lo¬

Wieziecie m n i e do czubków, czy jak?

k a t o r miał obowiązek wpisywać każdy nocleg osoby

- Tymczasowo, u Dzieciątka Jezus generalny re¬

niezameldowanej na stałe. L p . , nazwisko i imię, sto¬

m o n t - wyjaśnił przytomnie kierowca.

pień pokrewieństwa, data przyjazdu, skąd przyjechał,

Odwiedzała go j a k mogła najczęściej, czyli co dwa

data wyjazdu, dokąd wyjechał, uwagi. Ten zeszyt przy¬

tygodnie.

niósł n a m dzielnicowy. Pouczył, że nocowanie osoby

- Wiesz - powiedział kiedyś - to grubo nie w po¬

postronnej bez wpisania do zeszytu podlega karze (po

rządku, żebyś t a k się męczyła. Myślałem n a d t y m

l a t a c h widziałem w t a r n o w s k i m h o t e l u wywieszkę

wszystkim i doszedłem do w n i o s k u , że kobieta powin¬

„Zabrania się wpuszczania do łóżka osób trzecich").

na być szczęśliwa. Niedługo umrę, spotkam A n t k a ,

M a m a t w a r d o wpisywała: A n t o n i K r o h , teść, data,

p o w i e m m u , niechże coś zaradzi. A l a też pomoże,

z Z i e l o n k i , data, do Z i e l o n k i , A n t o n i K r o h , teść, da¬

przecież to rozgarnięta dziewczyna. N a p e w n o coś

ta, z Z i e l o n k i , data, do Z i e l o n k i i t a k przez parę kar¬

wspólnie wymyślimy, t a k przecież nie może być.

tek, któregoś d n i a powiedziała, że j ą to nudzi, bo sko¬

- N i e c h m u Ojciec powie, żeby się nie martwił, da¬

ro m i l i c j a jej do tej p o r y nie zwinęła za nocowanie te¬

ję sobie radę.

ścia, to bez łaski, więcej wpisywać nie będzie. To był

- Oczywiście, oczywiście, znakomicie dajesz sobie

jej u l u b i o n y greps: gdy pracowała w Instytucie Geo¬

radę, ale napomknę delikatnie, żeby jednak... N i e bój

dezji i K a r t o g r a f i i , kiedyś z nudów powiedziała kie¬

się, nie sprawię m u przykrości.

r o w n i k o w i , że nie będzie się szczepić obowiązkowo

Następnym razem wyznał jej półgłosem, aby szlaf-

przeciw gruźlicy, bo po co: tyle razy się szczepiła, a nie

k a m r a c i nie słyszeli: w jego sprawie obraduje bardzo

zachorowała. Ciasno jej było w Instytucie Geodezji

ważna komisja, c h c ą m u przyznać order i wysoką eme¬

1 K a r t o g r a f i i . Razem z koleżanką, panią Kwiatkowską,

ryturę. Siedzą d r u g i dzień i dyskutują, jeszcze nie

która miała Krzyż W a l e c z n y c h za powstanie, płatały

skompletowali dokumentów. O n sam m a niewielkie

rozmaite figle. G d y k i e r o w n i k niespodziewanie wcho¬

potrzeby, tylko na bieżące w y d a t k i , resztę będzie jej

dził i pytał o coś, p a n i K w i a t k o w s k a mówiła o d nie¬

oddawać. - Dobrze, podzielimy się po połowie. - N i e ,

chcenia: p a n i Zofio, n i e c h p a n i przełoży wtyczkę

nie po połowie. M n i e wystarczy jedna czwarta, nawet
122

Antoni Kroh • STARORZECZE. KRZYŻYK Z MOSIĘŻNEJ B L A C H Y , M A S Z Y N Y D O P I S A N I A , PIESEK PUK

jedna piąta. N i e spieraj się, ja w i e m lepiej, m a m tutaj

niędzmi dziur w d o m o w y m budżecie, bo i tak nie za­

więcej czasu na myślenie. Najwyżej jedna piąta.

tka, lecz kupić coś użytecznego i trwałego. W t e n spo­

Zadzwonili do M a m y do pracy z administracji szpi¬
tala, żeby sobie zabrała

sób O j c i e c bardziej będzie z n a m i . Wysiadła na placu

zwłoki w terminie trzydziestu

sześciu godzin, bo jak nie, to pogrzeb będzie

W i l s o n a , w d o m u t o w a r o w y m stał czarny walizkowy
r h e i n m e t a l l . Kupiła, żeby dzieci uczyły się pisać. Praw­

państwowy.

W t a k i sposób dowiedziała się, że umarł. N a p r y w a t n y

dopodobnie raz dwa rozniosą maszynę na strzępy, ale

pogrzeb nie było jej stać, państwowy wyglądał tak o t o .

jeśli zdążą się przedtem nauczyć, to póki i c h życia, pó-

Był ciepły wiosenny dzień. Wysiadła z c i u c h c i ra-

ty pieniądze za śmierć ojca będą procentować. Zosia

dzymińskiej. Czuła się trochę j a k na wagarach: dosta¬

miała w t e d y k i l k a miesięcy, ja cztery lata, A n i a osiem.

ła dzień wolnego, c h o ć personalna twierdziła, że jej

Uczyłem się pisać na maszynie prawie równocześnie

nie przysługuje, bo ojciec nieżyjącego męża to w myśl

z nauką stawiania liter. Wolałem maszynę, bo nie robiła

przepisów nie rodzina. A l e M a m a napisała podanie,

kleksów i n i k t mnie nie przyrównywał do kury skrobią¬

umotywowała, dyrektor własnoręcznie

cej pazurem. Skutek taki, że sprawniej piszę na klawia­

w drodze wyjątku pójść na

zaparafował:

turze niż ręcznie, a gdy muszę coś napisać hand made,

rękę.

Załatwiła formalności w administracji, gdzie ją po¬

uroczysty list albo własnoręczny życiorys, najpierw stu¬

uczono, żeby nie stawiała wódki grabarzom, bo to rów¬

kam, a p o t e m pracowicie przepisuję. Udaje m i się to za

nież pacjenci, po a l k o h o l u dostaną małpiego r o z u m u

drugim, trzecim razem (pisząc ręcznie, robię zbyt dużo

i k t o będzie odpowiadał.

błędów maszynowych). Hand made to zwrot z polszczy­

Stała p o d kostnicą godzinę, może dwie, n i k t n i c

zny potocznej - tak mówią góralki na targu, zachwala¬

nie wiedział. Wreszcie podjechała f u r m a n k a , na niej

jąc skarpety i swetry cudzoziemskim turystom. Po an¬

trzech mężczyzn w d r e l i c h a c h . O t w o r z y l i drzwi, wy¬

gielsku mówi się by hand, gdyby to kogoś interesowało.

nieśli papierowy w o r e k , t a k i j a k po cemencie tylko

Najgorzej było w liceum. M o j e zeszyty były przed­

trochę dłuższy, rzucili na wóz. Jeden powoził, d r u g i

m i o t e m miażdżącej k r y t y k i , zaś pojednawcze sugestie:

siadł o b o k f u r m a n a , trzeci z tyłu, p l e c a m i do k i e r u n k u

no to może, p a n i profesorko, ja wszystko ślicznie prze­

jazdy. Uśmiechał się do M a m y , która kroczyła za t y m

piszę na maszynie? - jedynie dolewały oliwy do ognia.

karawanem, fajtał nogami, wystawił twarz do słońca

Już lepiej było nie pokazywać zeszytu, zainkasować

i śpiewał na całe gardło przedwojenne szlagiery. Czar­

dwóję i cześć pieśni. N a rozdaniu m a t u r p a n i o d pol¬

nikczemnie.

skiego po raz pierwszy i ostatni w życiu uśmiechnęła się

Wszyscy w krąg się ze mnie śmieją że ja łudzę się nadzie¬

do m n i e mówiąc, że do twarzy m i w krawacie, a poza

ją, a ty nie wrócisz do mnie już.

t y m ogromnie się cieszy, że już nie usłyszy ode m n i e te¬

na Rita szydzi ze mnie, żeś mnie rzucił tak

W j e c h a l i w brzezinkę. Był t a m świeży dół, a obok

go idiotycznego pytania: czy można oddać wypracowa¬

pryzma złotego mazowieckiego p i a c h u . W r z u c i l i w o r e k

nie na maszynie? Czy można przynieść maszynę na kla­

do dołu. K i l k a ruchów łopatą i po wszystkim.

sówkę? Teraz szanowny p a n jest dojrzały, może pisać na

- Pani wsiada. Lepiej marnie j e c h a ć , j a k dobrze

maszynie, ile chce, nawet poematy i listy miłosne.

drałować - powiedział śpiewający w a r i a t i uśmiechnął

W szkole tępiono nie t y l k o maszynopisanie, ale

się życzliwie.

i pióra k u l k o w e , później nazwane długopisami. A l e
postęp nie dawał się okiełznać. I t a k zostało do dziś.

- Dziękuję, przejdę się.
Odwróciła się, poszła w przeciwną stronę, na Rem¬

Tadeusz opowiadał, że jego dziesięcioletni syn dostał

bertów. Pomyślała, że t a k i wiosenny spacer to h o j n y

polecenie o d n a u c z y c i e l k i - za karę przepisać sto ra¬
zy „nie będę przezywał koleżanek", więc siadł do

prezent o d teścia.
Po p a r u miesiącach Prezydium Miejskiej Rady Na¬

k o m p u t e r a , napisał cztery słowa, stuknął gdzie trzeba

rodowej w Zielonce wezwało obywatelkę Zofię K r o h

i w sekundzie miał sto l i n i j e k . Tadeusz zrobił uwagę,

do naprawienia rynny. Odpisała, że nie jest właściciel¬

że nie pisze się kolerzanek

ką, r y n n y naprawiać nie będzie. N a p r a w i l i sami i przy¬

wystukał polecenie „zamień", p o t e m „drukuj" i robo¬

t y l k o koleżanek,

więc syn

słali r a c h u n e k . Odesłała z wyjaśnieniem, że nie jest

ta g o t o w a . - Czyś t y zwariował? - przeraził się Tade¬

właścicielką i płacić nie będzie. Następnej wiosny

usz - przecież to bezczelność! O n a cię z t y m w y r z u c i !

przysłali r a c h u n e k za smołowanie d a c h u . Odesłała

Miałeś przepisać sto razy, a nie wklepać j e d e n raz! -

z wyjaśnieniem, że nie jest właścicielką. Po miesiącu

Tato, coś ty, ona się nie t r o p n i e . - D o b r a , oberwiesz

dostała kolejne pismo, ale go nie otwierała, tylko na¬

to oberwiesz, t w o j a sprawa. N a d r u g i dzień syn wró¬

pisała na kopercie „Adresat zmarł, przesłać nadawcy"

cił ze szkoły rozpromieniony. - Jeszcze m n i e pochwa¬

i wrzuciła do skrzynki. Korespondencja ustała.

liła, że t a k ładnie przepisane, bez jednego błędu.

-

A widzisz, widzisz, j a k chcesz to potrafisz! - powie¬

Maszyny do pisania

działa. - Tato, przecież o n a nigdy w życiu nie siedzia¬
ła za k o m p u t e r e m , mózg by się jej chyba zlasował.

Ojciec stracił życie podczas pracy, M a m i e wypłaco¬

Bardzo chciałem mieć swoją maszynę, zwłaszcza

n o odszkodowanie. J e c h a ł a t r a m w a j e m do d o m u , ści¬

gdy już nie mieszkałem z M a m ą . Oczywiście m a r k i

skała torebkę i myślała, żeby nie zatykać t y m i pie-

R h e i n m e t a l l , j a k moja pierwsza miłość. Były lata
123

Antoni Kroh * STARORZECZE. KRZYŻYK Z MOSIĘŻNEJ B L A C H Y , M A S Z Y N Y D O P I S A N I A , PIESEK PUK

sześćdziesiąte, nie czterdzieste: m o w y nie było, żeby o t

ła, czy aby nie da się czegoś wymontować i użyć po¬

t a k wejść do sklepu i kupić. Rzecz wyglądała o wiele

n o w n i e . Tego d n i a skasowano kilkanaście maszyn,
stare aparaty fotograficzne i coś jeszcze. K a d r y decy¬

romantyczniej.

dują o wszystkim.

Młodość mojej towarzyszki życia upłynęła w Kance­
larii Sejmu PRL. Gdy do Polski dotarły pierwsze maszy­

Jeszcze była Efka. Tak mówili na nią mechanicy,

n y elektryczne m a r k i O l i v e t t i o snobistycznym, m o d ­

uśmiechając się j a k do starej znajomej. - O r a n y , Efka,

n y m k r o j u czcionki, mówiono na nie chyba skoropisy,

gdzie p a n ją podłapał? Świetnie się trzyma j a k na swój

mój r h e i n m e t a l l , jak inne z Kancelarii Sejmu, został

w i e k ! Efka - bo powstała w F K , Fabryce Karabinów na

przeznaczony na złom. Otóż po Sejmie kręcił się, chy¬

W o l i . Produkcję rozpoczęto wiosną, a może l a t e m trzy¬

ba z przyzwyczajenia, dziarski staruszek, przedwojenny

dziestego dziewiątego, na l i c e n c j i Hermes Baby, zdążo¬

socjalista Stanisław Szwalbe,

n o wyprodukować kilkaset sztuk. M o j a Efka miała zbi¬

wicemarszałek

Sejmu

Ustawodawczego w 1947 r o k u , który kładł podwaliny

ty n u m e r fabryczny (he, he, pewnie służyła w A K -

Polski L u d o w e j , a gdy już je położył, we wrześniu 1948

powiedział znajomy, oglądając j ą czule na wszystkie

r o k u wyleciał ze stanowiska przewodniczącego Rady

strony - poręczna, niezawodna, cicha, wszelkie zalety

Naczelnej PPS. N i e b a w e m partie się zlały, powstała

k o n s p i r a t o r k i . W i e l e b y m w t e d y za nią dał). Po w o j n i e

PZPR, tow. B i e r u t poradził Szwalbemu: „wy sobie lepiej

dwadzieścia parę lat leżała nieużywana w k r a k o w s k i m

dajcie spokój z polityką", więc tow. Szwalbe został dzia­

mieszkaniu, jako lokata kapitału p e w n y c h państwa.

łaczem społecznym, między i n n y m i założył Towarzy­

Kupiłem j ą z ogłoszenia. Cóż to była za radość. Zanio¬

stwo i m i e n i a M a r i i K o n o p n i c k i e j (już po Październiku).

słem do mechanika. - Efka! - zawołał -

Był to człowiek starej daty - nie znosił, gdy coś się mar¬

sztuka, zrobię p a n u poza kolejką. Nazwisko, imię, ad¬

nowało. Postarał

res, n u m e r d o w o d u osobistego. - A n t o n i K r o h , M u ¬

się więc, żeby maszyny, zupełnie

wspaniała

sprawne, ale już spisane do kasacji, przekazano Towa¬

zeum Tatrzańskie. - Jak to, mieszka p a n w muzeum? -

rzystwu. Pracował t a m przyjaciel M a m y , zadzwonił, po¬

N i e . - W i ę c proszę podać adres zamieszkania. - N i e

biegłem na Stare M i a s t o , obejrzałem kilkadziesiąt ma¬

m a m mieszkania. - To gdzie p a n mieszka? - Różnie.

szyn, wybrałem najmniej rozklekotaną, zapłaciłem... To

- A gdzie p a n jest zameldowany? - W Warszawie.

znaczy oficjalnie nie płaciłem, byłoby to przestęp­

- A w Z a k o p a n e m gdzie? - Nigdzie. - To co ja p o d a m

stwem; maszynę dostałem za darmo i nielegalnie, bo

na milicji? - zafrasował się m e c h a n i k , człek prosto¬

komisja Towarzystwa też ją przeznaczyła do kasacji -

duszny. - Przecież mogę p a n u niezłego g n o j u narobić.

ale akurat tego samego dnia, wiedziony szlachetnym

Wyznał, że jest zobowiązany podawać m i l i c j i wzory

p o r y w e m serca, z własnej a nieprzymuszonej w o l i wpła¬

czcionek wszystkich n a p r a w i a n y c h przez siebie maszyn

ciłem dwa i pół tysiąca złotych do kasy Towarzystwa

wraz z d a n y m i właścicieli. - Niezameldowany w Zako¬

i m . M a r i i K o n o p n i c k i e j jako członek wspierający. Wy¬

p a n e m , a do tego kupił sobie maszynę. O n i się, nie daj

biegłem ze słodkim ciężarem p o d pachą, zaniosłem na

Boże, zaczną n a d t y m zastanawiać. I będą pióra.

Marszałkowską do prywatnego zakładu, gdzie maszyna

- Dziękuję... Przyjdę kiedy indziej.

została poddana generalnemu r e m o n t o w i za drugie

Zawiozłem Efkę do Warszawy, nie pytano m n i e

dwa i pół tysiąca. Spisana na straty przez dwie komisje,

o n i c , wszystko zrobiono j a k należy. K a d r y decydują

d w u k r o t n i e zmartwychwstała, służyła m i wiernie, a gdy

o wszystkim.

po latach przesiadłem się na komputer, ofiarowałem ją

Efka była wspaniała, ale j a k na moje potrzeby za

Polakowi z Wileńszczyzny, co zresztą także nie było cał¬

delikatna - przyjmowała najwyżej dwie przebitki. Cie¬

kowicie legalne, gdyż ówczesne władze litewskie niemi¬

szę się, że poszła w dobre ręce. Żyje się jej spokojnie,

le widziały na swym t e r y t o r i u m maszyny z polską

obecna właścicielka łagodnie się z nią obchodzi - cza¬

czcionką, że tak to delikatnie ujmę.

sem list, r a c h u n e k , pisemko do administracji.

N i e wszystkie maszyny miały tyle szczęścia. D u n i a

Najśmieszniej było w stanie w o j e n n y m . Pracowa¬

z M u z e u m Tatrzańskiego l a t a m i pisała n a starym wa¬

łem w M u z e u m Okręgowym w N o w y m Sączu, Od¬

l i z k o w y m mercedesie, wypożyczonym z L i c e u m Ke¬

dział w Podegrodziu. Codziennie jeździłem więc do

nara. Któregoś d n i a zadzwonili, żeby i m w te pędy

Podegrodzia. Potrzebna m i t a m była maszyna, mu¬

oddać maszynę, bo ją muszą komisyjnie skasować, ta¬

zeum nie dało służbowej, bo nie miało, poprosiłem

kie m a j ą zalecenie p o k o n t r o l n e . D u n i a c h c i a ł a pła¬

o samochód, żeby przewieźli moją prywatną (miałem

cić, pytała, co zrobią jak, nie o d d a (wytoczą sprawę

w t e d y wielkiego biurowego u n d e r w o o d a ) . Pan Ma¬

sądową i naślą k o m o r n i k a z m i l i c j ą ) , proponowała

r i a n , kierowca, aż się za głowę złapał. Panie A n t o ś ,

h a n d e l w y m i e n n y , rozpłakała się, mówiła, że maszynę

czyś p a n chory? W i e ź ć prywatną maszynę państwo¬

k o c h a , zrosła się z nią, chce na niej skończyć książkę,

w y m samochodem? Jak ja i m to wytłumaczę na sztraj-

a jeśli nie mogą sprzedać a n i dać, to n i e c h przekażą

fie? Toż to przecie gorsze j a k k a r a b i n maszynowy!

do m u z e u m j a k o zabytek. N i c z tego proszę p a n i , po¬

Miał rację - na granicy miasta, przy zabytkowej figu¬

rządek m u s i być! Zebrała się komisja, u s t a w i l i maszy¬

rze M a t k i Boskiej z Dzieciątkiem, była wojskowa ro¬

nę na p n i a k u , p a n Z i u t e k chwycił s i e d m i o k i l o w y

gatka, wszystkich l e g i t y m o w a l i , zaglądali do toboł¬

m ł o t na długim t r z o n k u i walił, a komisja sprawdza-

ków, bagażników. A l e jakieś sto metrów przed rogat124

Antoni Kroh * STARORZECZE. KRZYŻYK Z MOSIĘŻNEJ B L A C H Y , M A S Z Y N Y D O P I S A N I A , PIESEK PUK

ką odbijała o d szosy zwykła p o l n a droga. Przeniósł się

skakał o k n e m z trzeciego piętra, postradał w t e d y o k o .

t a m prawie cały r u c h kołowy. Z r o g a t k i było doskona¬

Krzyknąłem, wrócił. Nosiłem go, trzymając za ucho, to

le widać, j a k w i e j s k i gościniec, używany przez miej¬

znów za ogon, Babcia przyszywała - aby prędzej, t a k i m

scowych z częstotliwością j e d e n t r a k t o r na godzinę,

k o l o r e m włóczki, j a k i miała p o d ręką, rzecz wymagała

nagle zaroił się o d aut. A l e stróżów porządku to nie

natychmiastowej i n t e r w e n c j i . Ślady widać do dziś. Pil¬

obchodziło - rozkazano i m pilnować szosy, to pilno¬

nował m n i e d n i e m i n o c ą w dziecięcym szpitalu na

w a l i , a po sąsiedzku mogłyby jeździć c h o ć b y amery¬

W o l i , wykaraskaliśmy się jakoś. W k r ó t c e zacząłem się

kańskie czołgi. Baliśmy się obaj z p a n e m M a r i a n e m -

go wstydzić. Czekał na dnie szafy przywalony tekstylia¬

nie kary, bo przecież nie popełnialiśmy żadnego prze¬

m i , złego słowa nie mruknął.

stępstwa, tylko przerażającej perspektywy wyjaśnia¬

Przeprowadzał się ze m n ą niezliczoną ilość razy,

nia, co właściwie robimy. Okazało się, że niepotrzeb¬

z anielską cierpliwością. Teraz stoi za m o i m i p l e c a m i

nie. D r o g a p o l n a nie była obstawiona, mogliśmy tam¬

na regale, rozgląda się czujnie po okolicy. Przed paro¬

tędy spokojnie przewieźć Bujaka

ma laty niepostrzeżenie minęły nasze pierwsze i zara¬

z Frasyniukiem,

a cóż dopiero głupiego u n d e r w o o d a .

zem ostatnie złote gody.

Czarna w a l i z k o w a maszyna m a r k i R h e i n m e t a l l ,

Ciocia Terenia przez całą wojnę mieszkała z n a m i

k u p i o n a p o n a d pięćdziesiąt l a t t e m u , jest w ideal¬

na Sadybie. Sadyba była to elegancka dzielnica willo¬

n y m stanie. M a m a , siostry i j a pisaliśmy na niej d l a

wa, jej budowę zakończono tuż przed wojną; nazwę

zarobku i d l a własnych potrzeb. N i e u m i e m określić,

miała symboliczną, gdyż w dawnej polszczyźnie sadyba

ile k a r t e k przez nią się przewinęło - dwieście, trzysta

znaczyło warownia, obóz wojskowy, strażnica na kre¬

tysięcy? K i l k a g r u b y c h książek p a n a W a ń k o w i c z a ,

sach. W latach siedemdziesiątych pola między Sadybą

które przepisywałem z siostrami (pięć p r z e b i t e k , pil¬

a D o l n y m M o k o t o w e m zabudowano b l o k a m i , oficjal¬

n o w a ć kolorów b i b u ł k i ! ) , rozkazy k o m e n d y h u f c a

nie mówi się na to Ursynów, potocznie Usrynów, może

Mokotów

niezbyt w y k w i n t n i e , ale stosownie, bo przecież praw¬

Zachód

(na b l a c h a c h p o w i e l a c z o w y c h ,

trzeba było m o c n o walić w klawisze, żeby się odci¬

dziwy Ursynów to klasycystyczny pałac i park, ongiś

s n ę ł o ) , kilkanaście tomów czeskiej i słowackiej pro¬

własność Juliana Ursyna Niemcewicza, dziś Szkoły

zy w m o i m przekładzie ( p o p r a w i a n i e , p o p r a w i a n i e ,

Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, położony kilkana¬

każda strona po sześć i więcej razy, t r z y s t u s t r o n i c o -

ście kilometrów na południe. Jeden Ursynów, trochę

w a książka to d l a maszyny około dwóch

dalej d r u g i Ursynów. Jeśli tak, to może uchwalmy, żeby

tysięcy

s t r o n ) , audycje M a m y , artykuły, listy, co n a j m n i e j

odtąd każde polskie miasto nazywało się R a d o m .

p i ę ć prac magisterskich, n o t a t k i , chałtury, chałtury,

Ciocia Terenia oficjalnie była uczennicą kursów b u -

chałtury, przepisywania grzecznościowe, bo j a w i e m

chalterii, ale przede wszystkim tkwiła po uszy w konspi¬

co jeszcze. Jeszcze rozmaite próby wytrzymałościo¬

racji. Poszła do powstania, słuch po niej zaginął, nie by¬

w e , d o k o n y w a n e przez troje dzieci, nie licząc P T ko¬

ło w i a d o m o , czy żyje. Wypędzono nas z Sadyby, wędro¬

leżanek i kolegów. Podróże. O t ó ż po półwieczu ta¬

waliśmy p o l a m i , gdzie p o t e m zbudowano osiedle rządo¬

kiej służby maszyna wygląda bez porównania lepiej

we, zwane Zatoką Czerwonych Świń, dalej na południe

niż polskie łuczniki p o rocznej p r a c y n a państwo¬

polami, gdzie jakiś biznesmen chce wznieść buławę So¬

w y m . N i e w i e m , czy f i r m a R h e i n m e t a l l jeszcze ist¬

bieskiego, to znaczy ogromną wieżę w kształcie buławy

nieje, ale gdyby c h c i a ł a ładnie się znaleźć, niechże

z obrotową restauracją na wierzchołku, nie chciałbym

m i zapłaci za t e n h y m n p o c h w a l n y . Wyśpiewuję go

zgadywać, j a k warszawiacy to nazwą, i dalej p o l a m i , na

z pełnym p r z e k o n a n i e m - w odróżnieniu o d a k t o r e k ,

których m a stanąć Świątynia Opatrzności Bożej, ale

które

detergentów

nie w i a d o m o , czy stanie, bo kolejne zwycięskie projek¬

N i e d a w n o musiałem coś na niej napisać. Okazało

wsi W o l i c a . Ostatecznie, po rozmaitych perypetiach

się, że już nie u m i e m . Z a p o m i n a m , że trzeba przesunąć

osiedliśmy w Grójcu. W pierwszych d n i a c h stycznia

ględzą w t e l e w i z j i o zaletach

i biorą za to niezły szmal.

ty są coraz bardziej nie do przyjęcia - aż dotarliśmy do

wózek albo że nie ma co szukać klawiszy control czy alt.

czterdziestego piątego r o k u ktoś zdobył gazetę „Poszu¬

A l e dźwięk maszyny t a k i sam j a k w dzieciństwie. T a k i

kiwanie się Wzajemne", wydanie nadzwyczajne znane¬

sam. I to jest ta sama maszyna. W z n a k o m i t y m stanie,

go szmatławca „Goniec K r a k o w s k i " , który w czasie po¬

gotowa do pracy. Coś niesamowitego.

wstania

publikował

całostronicowe

fotoreportaże

o u r o k a c h lata, obozach H i t l e r j u g e n d w Beskidzie Zy-

Piesek Puk

w i e c k i m i wspaniałych zbiorach jabłek. D o d a t e k miał
cztery k o l u m n y po sześć szpalt nonparelem, nazwiska

N o s i angielskie imię, bo przybył z L o n d y n u . Tuż po

w przypadkowej kolejności, a wśród n i c h : Teresa

w o j n i e , w pierwszej paczce o d C i o c i Tereni.

nicka,

N i e było m u łatwo. G d y wyskoczył z pudła i rzucił

Gefangenennummer

Mählberg/Elbe,

106238,

obóz

Lechjeniecki

szuka matki i sióstr. Babcia długo płaka¬

m i się w r a m i o n a , miał puszystą, pomarańczową sierść.

ła. Parę d n i później do Grójca weszli bolszewicy, kore¬

N i e b a w e m zupełnie wyłysiał, nie ze swojej winy. Bez

spondencja z Rzeszą stała się niemożliwa. Pana Miko¬

szemrania realizował moje wizje, na przykład kiedyś

łaja Pajdowskiego, starego przyjaciela jeszcze z czasów
125

Antoni Kroh • STARORZECZE. KRZYŻYK Z MOSIĘŻNEJ B L A C H Y , M A S Z Y N Y D O P I S A N I A , PIESEK PUK

roboty niepodległościowej sprzed pierwszej wojny, któ¬

Jeszcze przez cały r o k po w o j n i e mieszkaliśmy

ry w Grójcu organizował p o m o c warszawiakom, byliby

w Grójcu, n i m wróciliśmy do Warszawy. Jak Ojciec zała¬

j a k nic rozwalili, bo znaleźli u niego w b i u r k u znaczki

twił mieszkanie na Bielanach, nie w i e m . Skąd wiedzieli¬

pocztowe Generalnej G u b e r n i z H i t l e r e m , ale Pan M i ¬

śmy, że Ciocia Terenia osiadła w A n g l i i , jak zdobyliśmy

kołaj miał schowany na czarną godzinę baniak spirytu¬

jej adres, a ona nasz - nie m a m już kogo spytać. A l e pa¬

su, przeżył, a m y przy okazji, dziś by się powiedziało, że

miętam pierwszą paczkę z L o n d y n u , c h o ć miałem wtedy

przeżyliśmy na krzywy ryj; p o t e m długo pracował w lu¬

cztery, pięć lat. Może zresztą ta pierwsza zlała m i się z na¬

belskim oddziale P T T K , prowadził wycieczki po Rozto¬

stępnymi, a tylko m i się zdaje, że ją pamiętam.

czu. Jesienią 1963 r o k u przemawiał w Poznaniu n a d

Ciekawe, j a k przyszły h i s t o r y k Polski L u d o w e j

trumną Dziadka Felicjana, a gdy skończył, p a n Leon,

oszacuje, ile pieniędzy w p o m p o w a l i do k r a j u emigran¬

facecjonista w d o b r y m , szlagońskim stylu, uścisnął m u

ci, j a k opisze rolę zagranicznych paczek w naszej kul¬

dłoń i rzekł z powagą: Mikołaju, przeszedłeś sam siebie!

turze materialnej i d u c h o w e j , szczególnie w pierw¬

Pan Pajdowski ogromnie był d u m n y z tej pochwały,

szym p o w o j e n n y m dziesięcioleciu, c h o ć później oczy¬

chwalił się M a m i e k i l k a razy.

wiście też. T r u d n o sobie wyobrazić, aby ów t e m a t zo¬

W czterdziestym piątym r o k u w Grójcu Babcia ga¬

stał całkowicie pominięty; już prędzej można wątpić

wędziła z żołnierzami radzieckimi, podobnie j a k w Se-

w powstanie uczciwej i wyczerpującej m o n o g r a f i i cy¬

rebryszczach w r o k u dwudziestym i trzydziestym dzie¬

wilizacji PRL.

wiątym. Świetnie to robiła - uprzejmie, z dystansem.

A l e , na wszelki wypadek, może w a r t o podsunąć

C z u l i przed nią respekt; absolwentka carskiego gimna¬

pewną daleką analogię.

zjum znacznie lepiej czytała i pisała po rosyjsku niż

Tak zwany k u l t cargo narodził się p o d koniec X I X

w i e l u z n i c h . D y k t o w a l i jej listy. Wspominała sierżan¬

w i e k u wśród p i e r w o t n y c h ludów Oceanii, zwłaszcza

ta, który postawił na podłodze skrzynkę buraczanej

N o w e j G w i n e i , ogarnął setki tysięcy wyznawców i t r w a

marmolady, zabraną z magazynu spółdzielni Społem,

do dziś. Tubylcy uznali, że przybycie białych eksplora¬

z kieszeni bluzy wyjął list i poprosił, żeby przeczytać.

torów i misjonarzy to powrót przodków, w i d m o białej

- M o j liubimyj Misza! Codziennie myślę o tobie, ko¬

skórze. Okręty, później samoloty, załadowane towara¬

c h a m cię, rozpowiadam dzieciom, że u n i c h ojciec bo¬

m i ( cargo) tak wspaniałymi, że mogły pochodzić tylko

hater, są z ciebie d u m n e . Jestem c i w i e r n a , Misza, cze¬

z zaświatów, wysyłane były - jakże inaczej - przez du¬

k a m , aż wrócisz, będę k o c h a ć tylko ciebie aż do mogi¬

chy zmarłych Melanezyjczyków bądź Papuasów dla i c h

ły. O g r o m n i e m i ciebie brak, ale w i e m , że musisz wal¬

żyjących potomków, słusznie więc należały się miejsco¬

czyć za naszą radziecką Ojczyznę, za nasze dzieci, nasz

w y m . Przybysze, z biegiem czasu uznani za ludzi (gdy

d o m . D o b i j j a k najprędzej faszystowską gadzinę w jej

wyszło na jaw, że są śmiertelni), wprowadzali chrześci¬

legowisku i wracaj. U nas tego r o k u sroga zima, śnie¬

jaństwo, a zarazem nieustannie odbierali transporty,

gu napadało. O n a s się nie martw. Powrócisz i będzie¬

więc tubylcy doszli do wniosku, że n o w a religia jest,

m y szczęśliwi. Twoja małżonka Natasza. Babcia czyta¬

jakby to powiedzieć, sakralną technologią pomnażania

ła, a żołnierz co chwilę parskał śmiechem, brał się p o d

dóbr m a t e r i a l n y c h . Następowały masowe nawrócenia,

b o k i i machał rękami, jakby się oganiał o d osy. N i e wy¬

po których przyszedł ogromny zawód, skoro wyszło na

trzymała. - Z czego się śmiejecie, co t u śmiesznego?

jaw, że przyjęcie chrztu i uczestnictwo w niedzielnej

Spojrzał, nie rozumiejąc. - Z czego? A n o z tego, że tak

mszy świętej nie zapewnia natychmiastowego dobroby¬

ładnie pisze, a przecie w i a d o m o , bzdury, czepuchu boł-

t u . Czarni starali się ze wszystkich sił, na różne sposo¬

tajet, na p e w n o już kogoś ma, nie było m n i e w d o m u

by, przeniknąć Wielką Tajemnicę, lecz b i a l i wciąż b y l i

cztery lata, co ona myśli, że ja durny, życia nie znam?

górą, towary przychodziły wyłącznie do n i c h . Widocz¬

N i e wierzę w a n i jedno słowo, no, może o śniegu. Pew¬

nie zataili przed czarnymi te najskuteczniejsze zaklęcia.

nie uczycielka jej to pismo pisała, o t . Dopił herbatę,

K i e d y podczas drugiej w o j n y światowej n a d O c e a n i ą

podziękował, Babcia przetarła stół, przygotowała b l o k

przerzucono most powietrzny z A u s t r a l i i i niebo zaroiło

listowy, pióro, kałamarz. - D r o g a Nataszo, moja naj¬

się o d samolotów, k u l t cargo nasilił się; na niedostęp¬

ukochańsza małżonko! U m n i e wszystko w porządku,

n y c h wyżynach Papui-Nowej G w i n e i tubylcy b u d o w a l i

zdrów jestem, nie narzekam, tylko bardzo m i ciebie

z płótna i gałęzi podobne konstrukcje, aby zwabić n i m i

brak. Tęsknię za tobą, często m i się śnisz. W o j n a nie

skrzydlate p t a k i pradziadów wypełnione

wieczorynka, śmierć nie wybiera, ale wierzę, że wrócę

Wyrąbywali, wypalali lądowiska w puszczy, stawiali

do ciebie i będziemy szczęśliwi. Kolegów m a m do¬

wieże k o n t r o l n e , rozpinali kable telefoniczne z l i a n za¬

ładunkiem.

b r y c h , major dla nas słowno ojciec. Z i m a t u łagodniej¬

kończone

sza jak w naszych stronach, Polacy mówią, że sroga,

A skoro to nie skutkowało, znaleźli w sobie dość deter¬

ale gdzie t a m sroga, u nas bywają sroższe. K o c h a m cię

m i n a c j i , aby pójść dalej. D l a j e d n y c h k u l t cargo stał się

słuchawkami

z puszek po

konserwach.

i wierzę, że kiedyś do ciebie powrócę. D z i e c i ucałuj

zaczynem ruchów narodowowyzwoleńczych, i n n i po¬

i dobrze chowaj. M i t i a już pewnie w i e l k i chłopak i nie¬

p a d l i w mistycyzm - cierpliwie czekają, aż zdobędą nie¬

długo popadnie w pioniery. W i ę c e j nie m a m co pisać.

śmiertelność, uwolnią się o d chorób i obowiązku pracy.

Twój na w i e k i sierżant Mikołaj Prochorow.

B i a l i staną się czarnymi, czarni białymi, przodkowie
126

Antoni Kroh • STARORZECZE. KRZYŻYK Z MOSIĘŻNEJ B L A C H Y , M A S Z Y N Y D O P I S A N I A , PIESEK PUK

zmartwychwstaną i powrócą na ziemię. Jak widać, k u l t

złote krążki ze staniolu, k u obopólnej radości, póki

cargo jest spójny, logiczny, konsekwentny, oparty na

ktoś się nie tropnął, że to nie odznaki, lecz egzotyczne

doświadczeniu j e d n o s t k o w y m i zbiorowym,

prezerwatywy. A n i a , córka C i o c i Tereni, zapamiętała,

mocno

osadzony w tradycji, a zarazem o t w a r t y na rzeczywi¬

że goście z K r a j u , przyjeżdżający do n i c h do L o n d y n u ,

stość, zdolny do wchłaniania n o w y c h elementów.

gdy po 1956 r o k u stało się to wreszcie możliwe, nie po¬

O d kiedy pamiętam, wiedziałem - podobnie jak

zwalali wyrzucać opakowań, bo takie piękne. Wyjeż¬

m o i rówieśnicy - że na Zachodzie każdy może sobie

dżając, rozstawali się z n i m i z żalem. Za Gierka w nie¬

kupić na co tylko m a o c h o t ę , pieniędzy t a m j a k liści

j e d n y m p o l s k i m d o m u stały na meblościance b u t e l k i

na drzewach, a w sklepach jest wszystko, na przykład

po peweksowskich alkoholach, świadcząc o d o s t a t k u

pióra k u l k o w e , tak się nazywają, bo zakończone kulka¬

i d o b r y m guście gospodarzy. G d y - mniej więcej za

m i zamiast stalówek, nie trzeba i c h maczać w kałama¬

pierwszej Solidarności - pojawiło się p i w o w puszkach,

rzu, dużo lepsze nawet o d naszych wiecznych. A więc

u znajomego księdza w salonie podziwiałem starannie

dobrobyt zależy wyłącznie o d miejsca p o b y t u . K t o

rozstawione rzędy ekskluzywnych, pustych puszek, na

mieszka w A n g l i i , Francji, A m e r y c e , jest bogaty, po¬

telewizorze, na szafie, napisami do przodu.

nieważ t a m mieszka. Uczyliśmy się w szkole o kapitali¬

Kakao z paczki, jeśli było przeznaczone do kon¬

stycznym m a r n o t r a w s t w i e i wyzysku, ale każdy wie¬

sumpcji w gronie r o d z i n n y m , a nie na sprzedaż, jedli¬

dział, że to bujda, żałosna, jak i n n e szkolne bujdy. Za

śmy z talerzyka, wymieszane z c u k r e m . Każdy oddech,

to realny, c h o ć egzotyczny, a może nawet pochodzący

każde nie w porę wypowiedziane słowo albo, co gorsza,

z zaświatów, był zapach paczek.

kichnięcie, mogło wzniecić kakaowy pył i złorzeczenia
współbiesiadników.

Kiedyś n i z tego, n i z owego dostaliśmy spado¬
c h r o n . Cały pokój wypełnił się białą tkaniną, która nie

Kawa o d C i o c i Tereni nie była napojem, a n i nawet

dała się z p o w r o t e m wcisnąć do pudła. - O j e j k u , jak

przysmakiem,

fajnie. Czy to prawdziwy? K i e d y będziemy skakać?

w pracy.

Z dachu? Z balkonu? Ja pierwszy! - Syneczku, proszę

tylko walutą. M a m a sprzedawała



Rolę w a l u t y pełniły także zagraniczne żyletki. Kra¬

cię, spójrz. O n jest w kawałkach, nie nadaje się do ska¬

jowe

kania. N i e c h ci broń Boże coś do głowy nie strzeli. -

i twórczości satyrycznej.

To po co Ciocia go przysłała? - Żeby z niego poszyć

służyły głównie

do t e m p e r o w a n i a ołówków

C h c ę się golić, więc się mydlę,

b l u z k i i koszule. - Eeee... W czterdziestym siódmym,

ale nożyk nie chce.

czterdziestym ósmym r o k u co druga elegancka warsza¬

To nie nożyk, ale bydlę,

w i a n k a paradowała w j e d w a b i u z wojennego spado¬

nie tnie, tylko ł e c h c e .

c h r o n u . Niektóre starzały się w t y c h kreacjach. Jeszcze

W i ę c skowyczę: oby, oby

za Gierka można było w barze m l e c z n y m spotkać sta¬

wyginęły brakoroby!

ruszkę w pożółkłej, charakterystycznej bluzce.

Pani Muszka przez wiele lat dostawała z L o n d y n u ,

Pomarańcze... Babcia pytała: dzieci kochane, czy

regularnie raz w miesiącu, wyłącznie pończochy, t a k

ewentualnie miałybyście o c h o t ę . . . ? A l b o jeszcze wy¬

zwane nylony. O d narzeczonego, z którym zaręczyła

t w o r n i e j : a może reflektujecie... ? Siadaliśmy w skupie¬

się l a t e m trzydziestego dziewiątego r o k u . Tuż po woj¬

n i u , zaczynało się m i s t e r i u m obierania i sprawiedliwe¬

nie n y l o n y były t y l k o z paczek, ale w takiej ilości, że

go dzielenia, p o d czujną kontrolą trzech par oczu.

aż weszły do m o w y potocznej. Albo cnota, albo nylony

D w i e pomarańcze na sześć talerzyków - zostawić dla

-

p o w i a d a n o w różnych sytuacjach,

niekoniecznie

M a m y , zostawić dla Gosposi, nakryć, żeby nie wyschło

damsko-męskich. W połowie lat pięćdziesiątych poja¬

do wieczora. Potem się jadło. P o w o l u t k u , po troszecz-

wiły się pończochomajtki, wymyślono dla n i c h nazwę

k u . Skórki też były bardzo cenne. Pierwszy raz w życiu

rajstopy,

zobaczyłem pomarańcze w sklepie, o t tak po prostu

c h o ć przecie wynalazek, jeśli w o l n o się t a k wyrazić,

czekające na klientów, na początku lat sześćdziesią¬

nie miał n a myśli stóp. Pierwszy m i l i o n rajstop na uli¬

t y c h w Pradze; zamurowało m n i e ze zdziwienia, że coś

cach p o l s k i c h miast też oczywiście pochodził z pa¬

takiego w socjalizmie jest możliwe.

zręczne

słowo, n a t y c h m i a s t się

przyjęło,

czek, dopiero po dwóch, trzech l a t a c h i nie w i e m i l u

Każda pomarańcz (Babcia mówiła „ta pomarańcz";

naradach na najwyższym szczeblu pojawiły się krajo¬

uważając formę „pomarańcza" za prostacką) była owi¬

we. Te, n i c z y m podziemna rzeka w D o l i n i e Kościeli¬

nięta w białą gofrowaną bibułkę z w y t w o r n y m nadru¬

skiej, wpadały do magazynów G a l l u k s u , znikały, by

k i e m . Bibułki miały wielką wartość kolekcjonerską

wychynąć na bazarze Różyckiego - w cenie uwzględ¬

i były wyznacznikiem prestiżu, więc Babcia wręczała je

niającej p r a w a podaży i p o p y t u . Gazety piętnowały tę

n a m z namaszczeniem, starannie pilnując kolejności,

karygodną spekulację; aby jej przeciwdziałać, rozpro¬

by kogoś nie zranić. N i e tylko my, również dorośli mie¬

wadzano rajstopy przez związki zawodowe w zakła¬

l i słabość do eleganckich opakowań: Pierwszego d n i a

d a c h pracy. Trzyosobowe komisje, listy na tablicy

Festiwalu Młodzieży i Studentów w Warszawie w 1955

ogłoszeń, by uniknąć podejrzeń. Damskie rajstopy

r o k u delegaci z krajów ciemiężonych przypinali w do¬

p o d społeczną kontrolą -

wód przyjaźni przedstawicielom krajów obozu p o k o j u

Warszawy". W l a t a c h siedemdziesiątych po parze raj127

donosiło d u m n i e „Życie

Antoni Kroh * STARORZECZE. KRZYŻYK Z MOSIĘŻNEJ B L A C H Y , M A S Z Y N Y D O P I S A N I A , PIESEK PUK

stop dawano k o b i e t o m pracującym z okazji D n i a Ko¬

miesiąc wcześniej - mówiono - k r e w n i z zagranicy za¬

biet. N i e oznacza to b y n a j m n i e j , że rajstopy zachod¬

łataliby dziurę paczkami. A więc jeszcze dwadzieścia

nie przestały cieszyć się zainteresowaniem.

pięć lat po w o j n i e paczki z Z a c h o d u wpływały na bieg

Polska odmiana k u l t u cargo czeka na swego dziejo-

wydarzeń w Polsce, ponieważ stanowiły istotna pozy¬

pisa. Listy proszalne do królów, prezydentów, zachod¬

cję w d o m o w y c h budżetach.

n i c h gwiazd ekranu, prezesów koncernów były w latach

Za Gierka weszła w modę i n n a k o n w e n c j a : co ro¬

pięćdziesiątych i sześćdziesiątych zjawiskiem masowym.

k u na początku grudnia można było przeczytać w ga¬

Panie Ford, tyle p a n tych samochodów produkujesz,

zecie i usłyszeć w d z i e n n i k u telewizyjnym, że płyną

przyślij m i pan jednego, co p a n u zależy. Generale A j -

statki z cytrusami „na nasze świąteczne stoły", już mi¬

zenhałer, melduję się i proszę o nowe dobre radio. Sza¬

nęły duńskie cieśniny, już są na Bałtyku, zdążą na czas,

n o w n y Panie Premierze, ja tak k o c h a m Francję, przy¬

dla wszystkich wystarczy, tyle a tyle t o n .

dałby m i się n o w y garnitur, dla pana to przecież drob¬

O z a g r a n i c z n y c h lekarstwach niewiele m a m do po¬

nostka. W pierwszych słowach mojego listu zapodaję,

wiedzenia. Pan d o k t o r zapisywał, wysyłało się receptę

że będę się modlić za wszystkich pracowników firmy

C i o c i Tereni, przychodziło lekarstwo i tyle.

Fiat, ale przy okazji chciałbym nieśmiało napomknąć...

w aptece wysyłkowej Grabowskiego, L o n d o n , Jakaś-

Może

Adresaci niszczyli te listy, choćby dlatego, że były głów¬

t a m road, przechowują jeszcze nasz warszawski, daw¬

nie po polsku, ale jakąś i c h część przekazywano organi¬

n o n i e a k t u a l n y adres. Kawał h i s t o r i i Polski, apteka

zacjom h u m a n i t a r n y m , a stamtąd, w pękatych worach,

Grabowskiego w L o n d y n i e .

na Mokotowską przy placu Zbawiciela, do centrali Pol¬

Odbiór paczek na poczcie zorganizowany był tak,

skiego Czerwonego Krzyża. N a którymś piętrze tego bu¬

żeby się l u d z i o m w głowach

d y n k u była redakcja pisma „Twoje Dziecko", t a m jakiś

W p i e r w należało opłacić cło. Następnie pokwitować,

czas pracowała M a m a ; przeciskała się między t y m i wo¬

że wszystko jest w porządku i adresat nie w n o s i zastrze¬

rami, zwalonymi na klatce schodowej.

nie

poprzewracało.

żeń. D o p i e r o p o t e m można było zajrzeć do środka. Za¬

Tadek, kolega z ławy szkolnej, pochwalił m i się kie¬

wartość zgadzała się ze spisem albo nie. N i e k i e d y zga¬

dyś, że dostanie skuter. Zdobył adres Szweda, który

dzała się w sposób szczególny, na przykład pozycja „po¬

chce korespondować z rówieśnikami, więc napisze do

marańcze" oznaczała skórki i bibułki, pozycja „sweter"

niego; obieca, że co dwa tygodnie będzie słać listy, je¬

celofanowe opakowanie. Kiedyś deliberowaliśmy n a d

śli t a m t e n przyśle skuter, dla takiego Szweda to prze¬

nadgryzioną czekoladą, ile z niej odkroić. Reklamacje

cież drobnostka. N a przeszkodzie stał p r o b l e m tech¬

na poczcie nie miały sensu - co się pani czepia, ja tego

niczny - Szwed chciał korespondować po angielsku al¬

pani nie zjadłam,

bo po n i e m i e c k u . Tadek poprosił panią profesorkę, że¬

schowała

skąd mam wiedzieć,

albo paczki dostają,

czy sama pani nie

a jeszcze im źle.

by przetłumaczyła list. Widziałem z daleka, j a k coś do

A l e najsilniejsze moje wspomnienie, związane z za¬

niej mówił, wyciągnął kartkę, gestykulował, po c h w i l i

granicznymi paczkami, było innego rodzaju. Warsza¬

zrobił się czerwony, zabrał kartkę. Podszedł do m n i e .

wa, poczta główna, środkowy Gomułka. H o l , zwykle

Długo milczał, aż wreszcie wyksztusił: ale głupia kro¬

pustawy, t y m razem n a b i t y ludźmi. Kolejka do jednego

wa, co jej zależało...

okienka

straszliwie powykręcana,

z kilkaset osób.

Za Gomułki świąteczne łakocie były głównie z pa¬

Przeważały biednie ubrane, starszawe kobiety. Niektó¬

czek. Pamiętam, j a k na początku lat sześćdziesiątych

re siedziały na składanych r y b a c k i c h krzesełkach. Każ¬

„Życie Warszawy" napisało o przedświątecznym zaopa¬

da trzymała otwarte pudełko, osobno papier p a k o w y

trzeniu sklepów, że jest dość mąki, kaszy, słoniny oraz

i sznurek. Zaczepiłem pierwszą z brzegu i co usłysza¬

„innych smakołyków". Pan H e n r y k , człowiek skąd¬

łem: władze radzieckie oznajmiły, że o d pierwszego

inąd kulturalny, gołębiego serca i abnegat w sprawach

przyszłego miesiąca przestaną wpuszczać paczki żyw¬

m a t e r i a l n y c h , dostał a t a k u złości, czytając o t y c h sma¬

nościowe, więc starsze panie chciały skorzystać z oka¬

kołykach, wykrzykiwał straszne rzeczy w miejscu pu¬

zji, może ostatniej, by wysłać na W s c h ó d woreczek ka¬

blicznym, m i a n o w i c i e w e m p i k u na rogu A l e j i Nowe¬

szy, mąki, torbę c u k r u , parę główek czosnku, słoik to¬

go Światu. - N i e c h p a n sobie pójdzie, bo jeszcze ktoś

pionej słoniny z cebulką. Wczoraj pogotowie zabrało

zauważy, że p a n nie pijany i będą kłopoty - poradziła

celniczkę, zasłabła z przepracowania.

bufetowa, a p a n H e n r y k przytaczał wielekroć t e n afo¬

A m n i e dopiero w t e d y przyszło do głowy, że Ciocia

ryzm jako przykład nieugiętego polskiego ducha.

Terenia zaczynała po w o j n i e w L o n d y n i e z dziesięcio¬

Jednym z detonatorów robotniczego gniewu na

m a palcami, w jednej bluzie, bez języka, bez zawodu.

Wybrzeżu 1970 r o k u była okoliczność, że drastyczną

Pewnie dostała z wojska jakąś odprawę na opędzenie

podwyżkę cen żywności ogłoszono niespodziewanie

najpotrzebniejszych wydatków. I chyba za te pieniądze

tuż przed Bożym N a r o d z e n i e m , 12 grudnia. Nagle się

kupiła kawę, herbatę, daktyle, rodzynki, pieska Puka.

okazało, że ludzi nie stać na przygotowanie świąt.

W t e d y w A n g l i i żywność też była na k a r t k i , j a k u nas.

Prawdopodobnie była to bezmyślność, nie celowa szy¬
kana - lecz ludzie poczuli, jakby i m n a p l u t o w wigilij¬
n y talerz. Gdyby podwyżkę zapowiedziano choćby
128

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.