57858e8e5a446e9aa6c29bf45c549dca.pdf

Media

Part of Etnografie Brunona Schulza / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1998 t.52 z.3-4

extracted text
Etnografie Brunona Schulza
Próba antropologicznego ujęcia Ulicy Krokodyli
jako analizy miasta
Maciej J . Dudziak
Psychologia - to przeciętność, to wiara w uniformizm, w szare prawo
mrówki. Gdy wiek XIX strawił ostatniego wielkiego człowieka, nastała epo­
ka psychologii, jak dzień słoneczny i nudny bez końca. Ludzkość odetchnę­
ła z ulgą. Poprzysięgła sobie nie rodzić więcej wielkich ludzi. Zaprzeczyła
ich istnieniu. Nastała restauracja małości.
Bruno SCHULZ, Powstają legendy'

oszczędził i naszego miasta i zapuścił korzenie na skrawku jego
peryferii, gdzie rozwinął się w pasożytniczą dzielnicę.

I.

4

Bruno Schulz dość niechętnie odnosił „wprost" swoją
twórczość pisarską i malarską do powszechnie jawnej rzeczy­
wistości. Unikał tego, pisał jakby „obok".
Nie sposób - pisa! Schulz w Expose do Sklepów cynamonowych
- dosięgnąć najgłębszego dna biografii, ostatecznego kształtu lo­
su poprzez opisywanie zewnętrznego życiorysu ani przez analizę
psychologiczną, choćby nawet docierała jak najgłębiej.
2

Nie takie zresztą, rzec by można „sprawozdawcze" wy­
tyczne stawiał sobie autor Xsiegi bałwochwalczej. W jego
mniemaniu:
Zracjonalizowanie widzenia rzeczy tkwiącego w dziele sztuki
równa się zdemaskowaniu aktorów, jest końcem zabawy, jest zu­
bożeniem problematyki dzieła. Nie dlatego, żeby sztuka była logogryfem z ukrytym kluczem, a filozofia tym samym logogryfem - rozwiązaniem. Różnica jest głębsza. W dziele sztuki nie zistała jeszcze przecięta pępowina łącząca je z całością naszej pro­
blematyki, krąży tam jeszcze krew tajemnicy, końce naczyń
uchodzą w noc i wracają stamtąd pełne ciemnego fluidu.
3

Schulz oddala i przeciwstawia stare miasto nowej dzielni­
cy, której prawa miejskiego odmawia. To, co staje się dla nie­
go istotne, to podjęcie wysiłku przedstawienia ugruntowują­
cej się antynomii starego i nowego Drohobycza, starego ładu,
dawnych stosunków panujących w mieście. Bowiem:
Kiedy w starym mieście panował wciąż jeszcze nocny, pokątny
handel, pełen solennej ceremonialności, w tej nowej dzielnicy
rozwinęły się od razu nowoczesne, trzeźwe formy komercjali­
zmu. Pseudoamerykanizm zaszczepiony na starym gruncie mia­
sta wystrzelił tu bujną, lecz pustą i bezbronną wegatacją tandet­
nej i lichej pretensjonalności.
5

Schulz dochodzi tu do przedstawienia relacji między mie­
szkańcami starej i nowej części miasta. Antagonizuje ich,
ujawnia społeczno-kulturową (jak chciałby usłyszeć antropo­
log) specyfikę przemysłowej dzielnicy Drohobycza.
Rdzenni mieszkańcy miasta trzymali się z dala od tej okolicy, zamie­
szkiwanej przez szumowiny, przez gmin, przez kreatury bez charak­
teru, bez gęstości, przez lichotę moralną, tę tandetną odmianę czło­
wieka, która rodzi się w takich efemerycznych środowiskach.
6

Dlatego też tym bardziej zaskakujący jest tekst zamie­
szczony w tomie Sklepów cynamonowych opatrzony zna­
miennym tytułem Ulica Krokodyli, w którym Schulz daje
opis rzeczywistości niemalże etnograficzny, oczywiście: sto­
sując poetykę i ekspresję przedstawiania rzeczywistości sobie
właściwą. Lecz bynajmniej! Sztuki, sztuczki i wytrychy lite­
rackie zastosowane przez Schulza w tym tekście nie ujmują
mu nic z jego walorów opisowych.
Jest bowiem Ulica Krokodyli, przedstawieniem nowej
dzielnicy miasta Drohobycza, która rozpleniła się niczym na­
rośl u boku tego miasta właściwego, miasta, by ująć z Schulzowska, godnego. Mamy tu kolejne obrazy, które Schulz ser­
wuje z pozycji, rzec by można, Benjaminowskiego flaneura,
przechadzającego się po miejskich placach, chodnikach,
który - dość paradoksalnie dla Schulza - nie wzdragając się
od opisu, nie poprzestaje również na przedstawieniu zwy­
kłych „faktów", lecz wedłu credo własnego pisania sięga głę­
biej, do niższych pokładów rzeczywistości. Tak, bowiem
wprowadza nas autor Wiosny w ów:
Dystrykt przemyslowo-handlowy z podkreślonym charakterem
trzeźwej użytkowości. Duch czasu, mechanizm ekonomiki, nie

I dalej powiada Schulz tak, mówiąc, iż zdarza się czasem
w dniach upadku zabłąkać któremuś z mieszkańców starego
miasta do owego:

Bruno Schulz. Grupa przechodniów,

ok. 193? r

105

eldorada takich dezerterów moralnych, takich zbiegów spod
sztandaru godności własnej. Wszystko zdawało się tam podejrza­
ne i dwuznaczne, wszystko zapraszało sekretnym mrugnięciem,
cynicznie artykułowanym gestem.
7

Bowiem:
Najlepsi nie byli czasem wolni od pokusy dobrowolnej degrada­
cji, zniwelowania granic i hierarchii, pławienia się w tym płytkim
błocie wspólnoty, łatwej intymności, brudnego zamieszkania."

Zatem: pod wpływem „osadzenia" się nowej, przemysło­
wej dzielnicy Drohobycz zaczyna podlegać zmianom w po­
szczególnych sferach egzystencji; zmianie ulega system spo­
łeczny, gdyż pojawia się nieznana do tej pory w mieście no­
wa kategoria lichości i moralnej tandety, pojawiają się trze­
źwe formy komercjalizmu, zabijające ceremonialny i pokątny
handel panujący w starym mieście, miasto industrializuje się,
powiększa, przyciąga okolicznych chłopów do pracy w rafi­
neriach.
Fakt ten, pobudzający Schulza intelektualnie, znajduje
swoje odbicie również w innym źródle. W badaniach etno­
graficznych, które prowadziłem wśród poddrohobyckiej
wspólnoty zamieszkującej do 1945 roku wieś Rychcice, po­
wtarza się szereg informacji potwierdzających spostrzeżenia
Schulza zawarte w Sklepach cynamonowych.
W okresie międzywojennym na skutek uprzemysłowienia subre­
gionu drohobyckiego część Rychoziczan zatrudniła się w pobli­
skim Drohobyczu w charakterze robotników. Jak pootwierali ra­
finerie w Drohobyczu: Polmin i Dross, to chłopy zaczęty tam pra­
cować, bo nie było tak ciężko jak na gospodarstwie. Stała praca
i tylko osiem, dziesięć godzin.
4

Wszystko w Drohobyczu było: sukienki, ubrania dla chłopów,
wszystko. Nie trzeba było .samemu tego hm tyle robić, można by­
ło kupić, jak się miało pieniądze. A do Drohobycza to tylko kawa­
łek, przez polej"

Ulica Stryjska w Drohobyczu

0 komunikacji, i flaneur
Ulica jest szeroka jak bulwar wielkomiejski, ale jezdna, jak pla­
ce wiejskie, zrobiona jest z ubitej gliny, petna wybojów, kałuży
1 trawy. Ruch uliczny dzielnicy służy do porównań w tym mie­
ście, mieszkańcy mówią o nim z dumą i porozumiewawczym
błyskiem w oku. Szary, bezosobisty ten tłum jest nader przejęty
swą rolą i pełen gorliwości w demonstrowaniu wielkomiejskiego
pozoru. Wszelako, mimo zaaferowania i interesowności, ma się
wrażenie błędnej, monotonnej, bezcelowej wędrówki, jakiegoś
sennego korowodu marionetek. Tłum płynie monotonnie i , rzecz
dziwna, widzi się go zawsze jakby niewyraźnie, figury przepły­
wają w splątanym, łagodnym zgiełku, nie dochodząc do zupełnej
wyrazistości."

Chodzi bowiem o zobrazowanie procesu, tego, co jest
w Kulturze chyba rzeczą najtrudniejszą do zobrazowania ję­
zykiem literatury (równie i nauki, której piśmiennictwo zali­
czane jest już wszak w poczet gatunków literackich), do uka­
zania dynamiki przemian, tak, aby czytelnik tę metamorfozę
niemal „odczuł" uwikłał się w nią niejako, idąc tropem kognitywistów, 'w' empatował. Dotknął nie tylko, by sparafra­
zować Malinowskiego, koścea, lecz również tkanki. Rzecz
nie już o to, co jest najistotniejsze i czy przedstawienie jest
obiektywne, czy też nie - wszak umowa obiektywności, bo­
wiem o nią tu rzecz idzie, ma również odciśnięte piętno su­
biektywizmu - lecz o to, jak powiada Geertz, by interpreta­
cja, bo tylko z nią de facto mamy do czynienia, oddawała jej
sedno.
Schulz był, i zdaje się ciągle być awangardzistą, przednim
hufcem myśli humanistycznej, choć, jak powiada Zygmunt
Bauman: w świecie ponowoczesnym mamy do czynienia
z niemożnością awangardy , będąc równocześnie świado­
mym obserwatorem, jak świadomym interpretatorem rzeczy12

Xięga Bałwochwalcza,

106

rok 1936

wistości. Rzeczy ukazane w Ulicy Krokodyli były ukazaniem
niejednorodnego świata interpretowanej kultury, poddającej
się zmianom, wyrażały głęboko skrywaną nostalgię za świa­
tem już minionym, ukazując to na przykładzie nowej dzielni­
cy miasta, która:
była koncesją naszego miasta na rzecz nowoczesności i zepsucia
wielkomiejskiego. Widocznie nie stać nas było na nic innego, jak
na papierową imitację, jak na fotomontaż złożony z wycinków
zleżałych, zeszłorocznych gazet.
13

Schulz, sam podkreśla, i jest to bodaj wyjątek godny od­
notowania, iż formą ekspresji Ulicy Krokodyli jest s p r a ­
w o z d a n i e , zasadniczo odbiegające w wypowiedzi od
„zwyczajowo" stosowanych przez autora Sanatorium pod
Klepsydrą środków wyrazu.
Ma więc Ulica Krokodyli, jako utwór głęboko literacki,
swój odnośnik i związek z tak zwanym opisem etnograficz­
nym, który dziś można by z geertzowska przezwać „opisem
zagęszczonym" czy „pogłębionym", w którym rzeczywistość
podlega natychmiastowej inerpretacji, jest w nią uwikłana,
próbuje natomiast dotrzeć do jakiegoś sedna czy sensu.
Przedstawia również samego pisarza-badacza, uwikłanego
w własną interpretację, a to już z kolei jest bardzo bliskie
wielu antropologom z kręgu tekstualistów, z Jamesem Cliffordem na czele. Ulica Krokodyli, czyli ulica Stryjska w drohobyckim polis, jest przykładem owych zmian.
1 4

II.
Odkąd wiek XIX ukonstytuował etnografię, czyniono
usilne starania w celu unaukowienia dyscypliny, przypisania
jej tych wszelkich cech, których humanistyka pożądliwie

zazdrościła naukom przyrodniczym. Myśl, iż opis i inter­
pretacja, o których nazwanie właśnie w ten sposób pokusić
się nie było wówczas chętnych i że mogą one stanowić je­
dynie pewną wizyjną propozycję postrzegania rzeczywisto­
ści - stawała się tak nieznośna, że na mocy przyznanych so­
bie samej praw rozstrzygania o zgodności, czyli prawdzie
opisu, z jej bękarcią siostrą interpretacją będącą ze swej na­
tury ułomnym i niewłaściwie zmutowanym genem tej
pierwszej i fałszu, który przydawany był literaturze. Pomi­
nąć tu rzecz jasna można by okres literatury pozytywistycz­
nej, w której dbałość o obiektywny czynnik społeczny był
odwrotnie proporcjonalny, jak w ówczesnej raczkującej je­
szcze etnografii pełnej spoufaleń, ocen i wyroków. Zadzi­
wiające, jak literatura pozytywistyczna zmieniła się w to, co
z wielu dzisiejszych perspektyw nazwać by można właśnie
etnografią.
Opis „naukowy" to opis jakby koścca jakiegoś organizmu,
punktów orientacyjnych, po których na zasadzie domniema­
nia jedynie, dojść można do wyobrażenia o jakimś tworze.
Język analizy wypruty z tkanki ciała, z jedynie czasem po­
wiewającymi strzępami do końca nie zdartych mięsistych
włókien kultury lepiących się ostatnim wysiłkiem do obżar­
tych przez preparat odsączający rzeczywistości kości - uka­
zuje blady i martwy kościec, tak manipulowany, jak tylko ten,
co nieżywym manipulowanym być może.
Literatura, zakładam, dostarcza tkanki: i tej materialnej,
posieczonej arteriami żył, dającej się dotknąć w procesie po­
znania, i tej domyślnej, „urojonej", wizyjnej. Obie są niczym
innym, jak propozycjami kolejnych interpretacji znaczeń,
które Kultura podsuwa nam nieustannie i wciąż, na nowo pra­
gnąc, byśmy stanęli przed wysiłkiem jej zrozumienia.

Bruno Schulz. Ilustracja do Xicgi Bałwochwalczej.

1936

107

do określania właśnie w ten
sposób dawno już minęły.
Literatura naukowa jest słab­
Nauka przecie dysponuje
sza, stroną kiepskiej literatury:
równie niedostępnym języ­
kiem ciężej przyswajalnym,
Chciałbym teraz przedsta­
cechującym się tak ogrom­
wić „sposoby robienia etno­
nym natężeniem abstrakcyj­
grafii". Myślę, że etnografię
nych środków ekspresji, iż
podzielić można na:
nie tylko jest nieczytelna, ale
1. etnografię pośrednią
martwa, wymagając od czy­
I stopnia, którą jest
telnika edukacji naukowego
opis literacki sensu
metajęzyka.
stricto,
II stopnia, którą jest
Literatura naukowa pisana
modernistyczny
z pozycji ścisłych zasad lo­
opis naukowy, zza
gicznych, jest jedynie kośćktórego „nie widać
cem odartym z tkanki, jest
ludzi, lecz przed­
„kiepściejszą stroną słabszej
mioty, obrzędy, ry­
literatury". Tak samo, jak nie­
tuały, hafty i koron­
wiele dowiedzieć się można
ki",
z obserwacji samych tylko
wierzchołków gór o otaczają­
oraz
cych je dolinach, tak samo
2. etnografię bezpośre­
niepełne jest naukowe pisanie
dnią, która „dzieje się", jest
wszędzie i nie wymaga, ba!
0 rzeczywistości, bez sięgania
nie potrzebuje „oka uzbrojo­
do literackich środków wyra­
nego", gdyż jest niepostrzezu. Rola literatury polega bo­
galna, nie mieści się w kano­
wiem na wzajemnym dopeł­
nach naukowych przedsta­
nianiu i objaśnianiu, na wza­
wień świata. Są to relacje
jemnym wnikaniu w siebie, na
społeczne, które są płynne,
tworzeniu pola spotkania się
podlegają stałej zmienności,
światów: świata literatury
Bruno Schulz, Autoportret, 1919
konfiguracji i rekonfiguracji
1 świata nauki. Czy jest to
swoich kształtów i form, są w stanie ciągłego ruchu i nie są
możliwe? Składając swój głos po stronie głosujących na „tak",
po chwili już tym, czym przed ową chwilą jeszcze były,
posłuchajmy, co rzekł o kulturze i materii Bruno Schulz:
a przynajmniej tym, czym się objawiły.
Zdaje mi się, że niepokoi Cię i zbija z tropu fakt istnienia jakie­
Różnica między rejestracją, postrzeganiem, opisem a efek­
goś' niepisanego kodeksu wartos'ci. jakiejś' anonimowej mafii, ja­
tem końcowym w postaci spreparowanego etnograficznego
kiegoś' uchylającego się od kontroli consensus
omnium.
Poza wartościami oficjalnymi, które uznajemy i wyznajemy, kry­
opisu jest tak ogromna, iż - jak to często okazywało się w trak­
je się jakaś nieoficjalna, ale potężna zmowa, nieuchwytny i pod­
cie weryfikacji materiału etnograficznego gromadzonego lata­
ziemny system - cyniczny, amoralny, irracjonalny i kpiący. Ten
mi przez „tytanów eksploracji terenowych" - miały i mają się
system (ma on bowiem absolutnie cechy konsekwentnego syste­
nijak do permanentnie dynamizującej się kultury. Stąd etnogra­
mu) udziela swej sankcji niewierności przewrotnej kobiety, usta­
fia bezpośrednia posiada swoje walory takie same i może być
nawia paradoksalne hierarchie, nadaje druzgocącą silę kiepskie­
mu dowcipowi, zagarnia nas pod władzę solidarnego śmiechu
taką samą wizją kultury jak jej pobratymiec - nauka.
wbrew naszej woli i wiedzy. Ten nieuchwytny system, nigdzie
Intersubiekty wność, która jest podstawą wyróżniania lite­
nie zlokalizowany, przenikający niejako międzycząsteczkowo
ratury, a której to odmawia się literaturze właśnie. Prawdopo­
nasze wartościowania, uchylający się od odpowiedzialności i wy­
dobnie nauka w swym werbalizowalnym dyskursie zawła­
ślizgujący próbom osadzenia go i sklasyfikowania - nieuroczysty
szcza sobie prawo mówienia o niej, i to w kategoriach przez
i niepoważny, zabijający potężną bronią śmieszności - jest w sa­
mej rzeczy zjawiskiem niepokojącym i osobliwym. Nie wiem.
samą siebie ustanowioną. Intersubiektywność, cóż to za
czy ktokolwiek wolny jest od jego fascynacji."
rzecz, której literatura nie posiada, wszak obiektywne zapędy

III.

PRZYPISY
1

B. Schulz, Powstają legendy, „Tygodnik Ilustrowany", nr 22, 1935
B. Schulz. Expose o książce Brunona Schulza Sklepy cynamonowe,
(w:) Bruno Schulz. Księga listów, (red.) J. Ficowski, Wydawnictwo Lite­
rackie. Kraków 1975, s. 177
- B. Schulz, List do St. Witkiewicza, (w:) Bruno Schulz. Księga listów.
(red.) J. Ficowski, Wydawnictwo Literackie. Kraków 1975. s. 64-65
B. Schulz, Ulica Krokodyli, (w:) Sklepy cynamonowe, Warszawa
1997, s. 77
ibidem, s. 77
ibidem, s. 78
ibidem, s. 78
:

4

5

6

7

108

8

ibidem, s. 78
M . J. Dudziak, Plemię i szok, (maszynopis), s. 14
Inf. ur. 1919 Rychcice. wy w. nr 6/II, zam. Nowiny Wlk.
ibidem, s. 81
Z. Bauman. O niemożności awangardy, „Studia Kulturoznawcze",
Poznań 1996
B . Schulz, ibidem, s. 84
zob. ibidem.
" B. Schulz, Do Witolda Gombrowicza, (w:) Bruno Schulz. Księga
listów, (red.) J. Ficowski, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1975,
s. 71
9

10

11

13

13

14

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.