c113f88b11435f6b3e9fe3ef037bd15f.pdf

Media

Part of Przedmiot, podróż, miejsce mityczne / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1998 t.52 z.3-4

extracted text
Przedmiot, podróż, miejsce mityczne
Projekt netnologii
Magdalena Radkowska
Zbyt długo żyliśmy pod terrorem niedościgłej doskonałości Demiurga (...) zbyt długo doskonałość je­
go tworu paraliżowała naszą własną twórczość. Nie chcemy z nim konkurować. Nie mamy ambicji mu do­
równać. Chcemy być twórcami we własnej niższej sferze, pragniemy dla siebie twórczości, pragniemy roz­
koszy twórczej, pragniemy -jednym słowem - demiurgii.
Bruno Schulz
Nazywam się Adam Niezgódka, mam dwanaście łat i już od pół roku jestem w Akademii Pana Kleksa.
W domu nic mi się nigdy nie udawało. Zawsze spóźniałem się do szkoły, nigdy nie zdążyłem odrobić lek­
cji i miałem gliniane ręce. Wszystko upuszczałem na podłogę i tłukłem, a szklanki i spodki na mój widok
pękały i rozlatywały się w drobne kawałki, zanim jeszcze zdążyłem ich dotknąć. Nie znosiłem krupniku
i marchewki, a właśnie codziennie dostawałem na obiad krupnik i marchewkę, bo to pożywne i zdrowe.
Kiedy na domiar złego oblałem atramentem parę spodni, obrus i nowy kostium mamy, rodzice postanowi­
li wysłać mnie na naukę i wychowanie do pana Kleksa. (...) Wszystkie furtki [w murach Akademii] pro­
wadzą do rozmaitych sąsiednich bajek, z którymi Pan Kleks jest w bardzo dobrych i zażyłych stosunkach.
Na każdej furtce jest tabliczka z napisem wskazującym, do której bajki prowadzi. Są tam wszystkie bajki
pana Andersena i braci Grimm, bajka o dziadku do orzechów, o rybaku i rybaczce, o wilku, który udawał
Żebraka, o sierotce Marysi i krasnoludkach, o Kaczce-Dziwaczce i wiele innych. Nikt nie wie dokładnie,
ile jest tych furtek bo kiedy je zacząć liczyć, nie można się nie pomylić i po chwili nie wiadomo już, co
się naliczyło przedtem.
Jan Brzechwa

Jest zwykłym, najczęściej szarym pudełkiem. Albo zbio­
rem kilku pudełek. Ale to nie ma znaczenia. Równie dobrze
mógłby być wielkim, czerwonym, miękkim sercem, dmucha­
ną kaczką, przezroczystą kulą z migającymi w środku świa­
tełkami czy pamiątką z sypiącym śniegiem. Przedmiot ten
jednak zajmuje w domu (i nie tylko w domu) sporo miejsca wymaga zbudowania pewnej przestrzeni wokół siebie, naj­
chętniej czegoś na wzór świętego kąta (często wręcz osobne­
go - cichego i czystego pokoju), lubi być pielęgnowany, od­
kurzany i traktowany z szacunkiem. Wymaga od swoich użyt­
kowników choć nieznacznej wiedzy na temat swojej budowy
i zasad funkcjonowania. Już dawno przestał być czymś elitar­
nym i dostępnym tylko dla wybrańców, ale nadal jest szano­
wany i podziwiany.
Komputer jest jednym z tych wielu przedmiotów (cho­
ciaż nazywanie go przedmiotem budzi pewne opory), który
odsyła nas gdzieś głębiej, do innej rzeczywistości, pomaga
przekraczać granice i otwierać się na świat. Tutaj można
wskazać jego podobieństwo na pewno do książek, Schulzowskich znaczków pobudzających wyobraźnię, rodzinnych
zdjęć, pocztówek, instrumentów muzycznych, radia, telewi­
zora, gier planszowych, obrazów francuskich impresjoni­
stów, zestawu Perky Pat z Dickowskich Trzech stygmatów
Palmera Eldritcha, dioramy Daguerre'a, małego kryształku
LSD, barokowego malarstwa sufitowego, filmu, fotoplasty­
konu i wielu innych rzeczy będących pewno nieodłącznym
atrybutem kultury.
Komputer jednak dawno już przekroczył granicę czystej
wyobraźni czy iluzji, a może przez swoją definicyjną zerojedynkowość i matematyczną strukturę od początku im zaprze­
czał. Więc nie tutaj chyba trop jego antropologicznego pozna­
nia. Nie interesuje mnie też jako przedmiot sam w sobie, ja­
134

ko zbiór układów scalonych. Chciałabym się zastanowić nad
przestrzenią, którą tworzy nie wokół siebie, ale przez siebie nie sam jeden - ale cała ich gigantyczna rodzina umożliwia­
jąca spotykanie się milionom ludzi na całym świecie,
podróżowanie nieskończonej liczby informacji, przestrzenią
niematerialną, ale też nie czysto mentalną. Przestrzenią wir­
tualną, choć lepiej i ściślej jest mówić o niej cyberprzestrzeń.
Czym jest zatem cyberprzestrzeń? Trudno to jednoznacz­
nie zdefiniować. William Gibson, autor prekursorskiego dla
cyberpunku Neuromancera: Cyberprzestrzeń. Mimowolna
halucynacja... danych, wyabstrahowanych z banków każdego
komputera, przedstawionych graficznie w systemie ludzkim.
Niewyobrażalna złożoność. Linie światła sięgającego nieprzestrzeni umysłu, zbitki i konstelacje danych (za: Davis
1998, 108). Jednak pójść tropem pisarzy książek tego gatun­
ku, to chyba przekroczyć kompetencje antropologa na rzecz
wizjonera. Nie potrafimy jeszcze żyć dosłownie na tym ob­
szarze i cały czas możemy określać się tylko nawzajem po­
przez relacje: ja przed monitorem, a sieć informacji, bank da­
nych, przekazy od innych użytkowników, gry komputerowe
itd. ukazujące mi się na ekranie. I na tym etapie naszych wza­
jemnych stosunków chciałabym się zatrzymać, ze świadomo­
ścią tego, że one właśnie otwierają pole dla nowych doświad­
czeń i procesów poznawczych, one niewątpliwie mają wpływ
na postrzeganie czasu, przestrzeni i innych kosmicznych ka­
tegorii.
Wielu autorów widzi w cyberprzestrzeni realizację wiel­
kich, odwiecznych marzeń ludzkości o porzuceniu własnej
cielesności, o świecie bez nieczystości, bólu i śmierci, nieo­
graniczonego narcyzmu i doskonałego samopoczucia. Rze­
czywistość całkowicie odwracalną, w której podjęte decyzje
nie są ostateczne, która daje możliwość przełamania wszel-

kich ograniczeń materii. Jest także czystą demokracją i rów­
nouprawnieniem. Nasza tożsamość może być kształtowana
niezależnie od naszej cielesności, historii czy doświadczeń.
Każdy ma możliwość brania wszystkiego, co w cyberprze­
strzeni się znalazło, ale także dania, zostawienia cząstki sie­
bie, na którą rzeczywistość nie musi mieć ochoty. Nawet je­
śli nie mamy nic do powiedzenia, możemy powiedzieć i nie
ma znaczenia, czy ktoś nas słucha. Nie polega to tylko na ilu­
zji kontaktów międzyludzkich. Te kontakty rzeczywiście ist­
nieją. Tu ludzie porozumiewają się naprawdę, lepiej niż w ja­
kiejkolwiek ziemskiej komunie. Cyberprzestrzeń jawi się
nam jako spełnienie Wielkiej Ucieczki od świata, który się
nie sprawdził, ku temu, który spełnienie nie tylko obiecuje,
ale i umożliwia. Dla niektórych jest nawet formą obiecanego
zbawienia, religijnego osiągnięcia poprzez technologię (por.
Bóhme 1996).
Obok oczywiście postawy tak bardzo afirmującej popular­
na jest postawa wręcz przeciwna: tę znamy chyba najlepiej:
dehumanizacja, egoizm, postawa nieuznawania dotychczaso­
wych wartości kształtujących etykę, negacja historii, a przez
to kultury, nieodróżnianie prawdy od fałszu, itp.
To, co pewne i zachwycające to interaktywność. I nie jej
złudzenie, jak w przypadku telewizji, gdzie ma się pozór
możliwości wyboru, poprzez istnienie czterdziestu kanałów,
a w rzeczywistości nadal jest się całkowicie biernym, ale
prawdziwa, dwustronna wymiana. Cyberprzestrzeń nato­
miast - przynajmniej dotąd - proponuje raczej akceptację niż
dominację. Nie jest to narzędzie transmisji z kilku ośrodków
(jak prasa, radio czy telewizja), ale interaktywnej komunika­
cji między grupami ludzkimi, umożliwiające kontaktowanie
się niejednorodnych wspólnot (...) telewizja i prasa są narzę­
dziem dezinformacji i manipulacji znacznie skuteczniejszym
od Internetu, ponieważ mogą narzucić „jedyną " wizję rzeczy­
wistości i uniemożliwić krytyczną reakcję i konfrontację
odmiennych stanowisk. (Levy 1997, 53). Oto ziszczenie ma­
rzenia o równouprawnieniu języków, spełniony projekt lyotardowskiego uprawomocnienia przez paralogię.
Jak ja zamierzam opisać tę ogromną, choć fizycznie nie i stniejącą, przestrzeń? Oczywiście przez analogię: najmodniej, pewno najłatwiej, a może i najlepiej. Zacznę od klasyki,
z nadzieją, że nikt nie poczyta mi tego za profanację. Jeszcze
tylko muszę zaznaczyć, że to, na czym chciałabym się skupić,
to Internet - niewyobrażalna sieć danych, rozkraczona
ośmiornica milionów komputerów trajkoczących jeden do
drugiego jak świat cały i szeroki, wypełniających dokumenty,
dostarczających serwisów danych i zbliżających do siebie
sieciowych użytkowników poprzez rozmaitość wspólnych
przestrzeni (Davis, 110). W dużej mierze jednak moje refle­
ksje dotyczą całej cyberprzestrzeni.
W poszukiwaniu innego świata, w wykraczaniu poza ob­
szar naszej rzeczywistości człowiek specjalizuje się od daw­
na. Niewątpliwie istniejące granice realności, historycznego
i biologicznego uwarunkowania przeszkadzają mu, choć dają
bezpieczeństwo. Co zrobić, aby przekroczyć tę barierę? Moż­
na podróżować (o tym później), można medytować, poddać
się pustyni, zagłębić się w ciekawej lekturze itd. Można też
szukać Inności w marzeniu sennym, fantazji i wyobraźni. Tą
drogą idzie Bruno Schulz (przepraszam jeśli uprościłam po­
przez nazwanie stanów, które wprowadza mały Józef, chodzi
tylko o zarysowanie sytuacji). I jego opisy mają nam pomóc
nawiązać rozmowę ze współczesną technologią.
Mieszkaliśmy w rynku, w jednym z tych ciemnych domów
o pustych i ślepych fasadach, które tak trudno od siebie

odróżnić. Daje to powód do ciągłych omyłek. Gdyż wszedłszy
raz w niewłaściwą sień na niewłaściwe schody, dostawało się
zazwyczaj w prawdziwy labirynt obcych mieszkań, ganków,
niespodzianych wyjść na obce podwórza i zapominało się
o początkowym celu wyprawy, ażeby po wielu dniach, wraca­
jąc z manowców dziwnych i splątanych przygód, o jakimś
szarym świecie przypomnieć sobie wśród wyrzutów sumienia
dom rodzinny. (Schulz, 1994, 27) Internet to oczywiście cho­
dzenie, spacerowanie, jak się później okaże także podróżowa­
nie i żeglowanie. W każdym razie na pewno szukanie. Ale
czy czegoś konkretnego? Z początku często tak. Jednak szyb­
ko zamienia się to właśnie w błądzenie bez konkretnego ce­
lu, bez wyznaczenia punktu dotarcia. Ciągłe skręcanie
w boczne uliczki, ni stąd, ni zowąd powracanie do tego same­
go miejsca, by szybko stracić z oczu pozorną mapę, która
okazuje się być niemożliwa. Błądzenie, by nagle, bez żad­
nych problemów wrócić do domu rodzinnego. Labirynt - tak
niewątpliwie pasuje tu ten mityczny, symboliczny, a nade
wszystko archetypiczny pomysł na wędrówkę. Ale w Interne­
cie zawsze mamy funkcję „wstecz" - to nić Ariadny. Mamy
także możliwość po prostu z niego zrezygnowania poprzez
wyjście z programu - to otworzenie oczu, tak jak w przypad­
ku gry wyobraźni. Brak w tym labiryncie tylko Minotaura, bo
nie ma tam centrum.
Czy chodzenie po sieci jest bezpieczne? Fizycznie niewąt­
pliwie tak. Brak jakiegokolwiek uświadamianego ryzyka.
Może jednak stać się nałogiem, tak jak nałogiem stają się po­
noć podróże. Można także wejść w miejsce dla nas nie prze­
znaczone i poznać zakamarki ciemnego świata, zbyt wcze­
śnie zostać poddanym inicjacji, zdobyć doświadczenie nie
zawsze łatwe, można nagle znaleźć się w dzielnicy nowojor­
skich artystów, niczym bohater „Po godzinach", można za­
błądzić na ulicę Krokodyli, gdzie wyzywająco ubrane, w dłu­
gich koronkowych sukniach przechodzą prostytutki. Mogą to
być zresztą żony fryzjerów lub kapelmistrzów kawiarnianych.
Idą drapieżnym, posuwistym krokiem i mają w niedobrych,
zepsutych twarzach nieznaczną skazę, która je przekreśla; ze­
zują czarnym, krzywym zezem lub mają usta rozdarte, lub
brak im koniuszka nosa. Lecz Mieszkańcy miasta dumni są
z tego odoru zepsucia, którym tchnie ulica Krokodyli. Nie ma­
my potrzeby niczego sobie odmawiać - myślą z dumą - stać
nas i na prawdziwą wielkomiejską rozpustę (s. 83).
W Internecie także nikt niczego sobie nie odmawia. Słyn­
na jest już tamtejsza rozpusta, nagie ciała proszą o to, by cho­
ciaż je obejrzeć. Rozpusta w Internecie nie zna granic. Także
znajdziemy w nim tandetność i jarmarczność rodem z dzisiej­
szego Montmartre'u i Schulzowskiej ulicy Krokodyli. Bły­
skotki, świecidełka, istne targowisko próżności. Ale są też
rzeczy istotne, ważne i ciekawe. Do nich próbujemy dotrzeć
ulegając nieraz czarowi internetowych prostytutek - jak
w prawdziwej podróży. I dlatego może Jest lekkomyślnością
nie do darowania wysyłać w taką noc młodego chłopca z mi­
sją ważną i pilną, albowiem w jej półświetle zwielokrotniają
się, plączą i wymieniają jedne z drugimi ulice. Otwierają się
w głębi miasta, żeby tak rzec, ulice podwójne, ulice sobow­
tóry, ulice kłamliwe i zwodne. Oczarowana i zmylona wyo­
braźnia wytwarza złudne plany miasta, rzekomo dawno zna­
ne i wiadome, w których te ulice mają swe miejsce i nazwę,
a noc w niewyczerpanej swej płodności nie ma nic lepszego
do roboty, jak dostarczać wciąż nowych i urojonych konfigu­
racji. Te kuszenia nocy zimowych zaczynają się zazwyczaj
niewinnie od chętki skrócenia sobie drogi, użycia niezwykłe­
go lub prędszego przejścia. Powstają ponętne kombinacje
135

Do.tęp do wpiło ATM przez:
zwykłe linie telefoniczne,
stale tacza dzierżawione,
KOMERTEL, ISDN,
POLPAK, VSAT.
Oferujemy:
Whine konto w Internecie
w ciągu 30 minut.
Modemy i oprogramowanie
przeznaczone do pracy w sieci.
Instalacje oprogramowania,
modemów i serwerów
w siedzibie Mienia.
Szkolenia związane
z Internetem:
od podstawowych
po specjalistyczne.
Możliwośi
bezpłatnego
wykorzystania
serwera
'i
World Wide Web
do promocji
swo/е/ firmy.

przecięcia zawiłej wędrówki jakąś nie wypróbowaną prze­
cznicą (s. 68).
Czym się różni świat sklepów cynamonowych od s'wiata
Wide webl Zapachem, którego w tym drugim brak, onirycznością karzącą przymykać oczy wyobrażając sobie Schulzowskie krainy, a może naszym do nich stosunkiem. Świat
cyberprzestrzeni wiecznie jest otwarty dla swoich użytkowni­
ków, w tym sensie nie ma granic. Można po nim podróżować,
ale można go także tworzyć. Od początku do końca zrobiony
jest przez człowieka - na wzór i podobieństwo tegoż. Nawet
kiedy ręka poety dotknie go i zostawi tam ślad, znajdzie się
on obok miliardów innych śladów i nie ma większego wpły­
wu na całokształt. Swoista addytywność cyberprzestrzeni
i pewne równouprawnienie składających się nań klocuszków
(przynajmniej na razie, nie wykluczam, że to się może zmie­
nić) jest jednym z czynników, który nie pozwala nam mówić
0 niej jako o świecie w pigułce, nie do końca broni się także
nazwanie jej mikrokosmosem, a tym bardziej zwierciadłem
rzeczywistości. Co najwyżej możemy mówić o marnej meta­
forze współczesności. Jest nową jakością, nowym tworem,
wiecznie na nas otwartym i czekającym na ciekawe uzupeł­
nienia. Jest także miejscem spotkań ludzi z całego świata, za­
negowaniem przestrzeni fizycznej, gwoździem do trumny
Euklidesa. World Wide Web na nas czeka, chatlisty z nami
rozmawiają (te drwią już z wszelkich tradycyjnych zasad
1 ograniczeń konwersacji), a gry komputerowe zabawiają.
Świat Schulza przed nami ucieka, jest tak fascynujący, że
chcemy się w nim znaleźć, ale to wymaga ogromnego wysił­
ku. W przeciwieństwie do cyberprzestrzeni, która dostępna
jest dla każdego, sklepy cynamonowe pojawiają się, by zaraz
zniknąć, ulotnić się i rozpłynąć. Są czystym, nieziszczalnym
marzeniem, a Internet marzenie urzeczywistnił, tym samym
je likwidując.
Powróćmy jeszcze raz do samych cynamonowych skle­
pów: słabo oświetlone, ciemne i uroczyste ich wnętrza pach­
niały głębokim zapachem farb, laku, kadzidła, aromatem da­
lekich krajów i rzadkich materiałów. Mogłeś tam Znaleźć
ognie bengalskie, szkatułki czarodziejskie, marki krajów daw­
1

136

no zaginionych, chińskie odbijanki, indygo, kalafonium z Malabaru, jaja owadów egzotycznych, papug, tukanów, żywe sa­
lamandry i bazyliszki, korzeń mandragory, norymberskie me­
chanizmy, homunkulusy w doniczkach, mikroskopy i lunety,
a nade wszystko rzadkie i osobliwe książki, stare folianty peł­
ne przedziwnych rycin i oszałamiających historyj (s. 69).
Cyberprzestrzeń nie jest poezją, brak jej cynamonowego
zapachu i swoistej subtelności, aleja wierzę, że podczas mo­
ich wędrówek po tej nieograniczonej krainie dotrę kiedyś na
ulice świata sklepów cynamonowych, do jego najciekaw­
szych zakamarków i znajdę w nich elementy, o których zapo­
mnieć i których odrzucić nie warto. Bez tej wiary nie byłoby
sensu po takiej rzeczywistości podróżować, a traktowanie jej
tylko i wyłącznie instrumentalnie jako narzędzia i bazy da­
nych wydaje się być niemożliwe. Zbyt dużo czasu się jej po­
święca, zbyt dużo uwagi na niej skupia, za wiele tam świeci­
dełek i koronek, tandety i mądrych słów, by móc nie zatrzy­
mywać się, a tylko wyszukiwać proste informacje na temat.
Pamiętam, kiedy ostatnio podróżowałam po Internecie w po­
szukiwaniu wirtualnej superdziewczyny Lary Croft, to ani ra­
zu nie zostałam zaspokojona informacjami, ciągle chciałam
wiedzieć więcej i więcej zobaczyć. Cały czas ma się bowiem
świadomość, że można jeszcze znaleźć ciekawsze rzeczy, że
źródło jest niewyczerpane, a na dodatek po drodze tyle inte­
resujących dygresji.
Co jeszcze urzeka w cyberprzestrzeni? Obiecuje ona speł­
nić marzenia każdego podróżnika - poprzez postawienie sto­
py na obcej ziemi oswaja się ją, ogarnia, poznaje, a tym sa­
mym opanowuje. Podróż jest równa podbojowi. Sieć pokazu­
je świat już podbity i ogarnięty - zapisany i paradoksalnie ca­
ły czas otwarty na nasze dodatki. Chaos opanowany. Złudze­
nie wszechwiedzy, bo cała wiedza ludzkości jest w zasięgu
naszej ręki. Banki danych zawsze są do naszej dyspozycji,
więc my - my jako ludzkość - wiemy wszystko. Potencja
nieograniczona kusi obietnicą ogarnięcia i poznania wszech­
rzeczy. Cyberprzestrzeń odsłania pragnienia o wiele starsze
niż komputery cyfrowe: mistyczne pragnienie świadomości
totalnej, magiczne pragnienie totalnej kontroli nad informa-

puchnie i rośnie w pustą, wydętą narośl, wystrzela szara i lek­
cją. Ze swymi nieskończonymi granicami i rozległą hierar­
ka wegetacja puszystych chwastów, bezbarwnych włochatych
chią galaktyk i konstelacji, drogami i miastami, cyberprze­
maków, zrobiona z nieważkiej tkanki majaku i haszyszu. Nad
strzeń jest czymś' więcej niż mapą - jest kosmosem. Jeden
całą dzielnicą unosi się leniwy i rozwiązły fluid grzechu i do­
Z etapów przejścia przez Corpus Hermeticum zawiera zbiór
my, sklepy, ludzie wydają się niekiedy dreszczem na jej go­
tekstów ezoterycznych z późnego antyku, które stały się pod­
rączkującym ciele, gęsią skórką na jej febrycznych marze­
stawą europejskiej magii, alchemii i innych gnostycznych
niach. Nigdzie, jak tu, nie czujemy się tak zagrożeni możliwo­
wzlotów - ujawniony Umysł mówi do Hermesa Trismegistuściami, wstrząśnięci bliskością spełnienia, pobladli i bezwła­
sa: „Jeżeli obejmiesz myślą wszystkie rzeczy jednocześnie,
dni rozkosznym struchleniem ziszczenia. Lecz na tym się też
czasy, miejsca, substancje, jakość i ilość, być może zrozu­
kończy.
miesz Boga". (Davis, 108)
Czy jednak nie za duże znaczenie nadajemy sieci i jej
Przekroczywszy pewien punkt napięcia, przypływ zatrzy­
przestrzeni? Czy niebawem nie dostrzeżemy w niej faktycz­
muje się i cofa, atmosfera gaśnie i przekwita, możliwości
nego podobieństwa do ulicy Krokodyli? (Teraz pozwolę so­
więdną i rozpadają się w nicość, oszalałe szare maki ekscyta­
bie na jeszcze jeden długi cytat, uważam bowiem, że opis uli­
cji rozsypują się w popiół.
cy dokonany przez Schulza może być wykorzystany jako bar­
Będziemy wiecznie żałowali, żeśmy wtedy wyszli na chwi­
dzo celny literacki komentarz między innymi do zjawiska cy­
lę z magazynu konfekcji podejrzanej konduity. Nigdy nie tra­
berprzestrzeni i moich o niej refleksji.)
fimy już doń z powrotem. Będziemy błądzili od szyldu do szyl­
A jednak - a jednak czy mamy zdradzić ostatnią tajemni­
du i mylili się setki razy. Zwiedzimy setki magazynów, trafimy
cę tej dzielnicy, troskliwie ukrywany sekret ulicy Krokodyli?
do całkiem podobnych, będziemy wędrowali przez szpalery
książek, wertowali czasopisma i druki, konferowali długo
Kilkakrotnie w czasie naszego sprawozdania stawialiśmy
i zawile z panienkami o nadmiernym pigmencie i skażonej
pewne znaki ostrzegawcze, dawaliśmy w delikatny sposób wy­
piękności, które nie potrafią zrozumieć naszych życzeń.
raz naszym zastrzeżeniom. Uważny czytelnik nie będzie nie
przygotowany na ten ostateczny obrót sprawy. Mówiliśmy
Będziemy się wikłali w nieporozumieniach, aż cała nasza
0 imitatywnym, iluzorycznym charakterze tej dzielnicy, ale sło­ gorączka i podniecenie ulotni się w niepotrzebnym wysiłku,
wa te mają zbyt ostateczne i stanowcze znaczenie, by określić
w straconej na próżno gonitwie.
połowiczny i niezdecydowany charakter jej rzeczywistości.
Nasze nadzieje były nieporozumieniem, dwuznaczny wygląd
Język nasz nie posiada określeń, które by dozowały nieja­
lokalu i służby - pozorem, konfekcja była prawdziwą konfek­
ko stopień realności, definiowały jej giętkość. Powiedzmy bez
cją, a subiekt nie miał żadnych ukrytych intencyj. Świat ko­
ogródek: fatalnością tej dzielnicy jest, że nic w niej nie do­
biecy Ulicy Krokodylej odznacza się całkiem miernym zepsu­
chodzi do skutku, nic nie dobiega do swojego definitivum,
ciem, zagłuszonym grubymi warstwami przesądów moral­
wszystkie ruchy rozpoczęte zawisają w powietrzu, wszystkie
nych i banalnej pospolitości. W tym mieście taniego materia­
gesty wyczerpują się przedwcześnie i nie mogą przekroczyć
łu ludzkiego brak także wybujałości instynktu, brak niezwy­
pewnego martwego punktu. Mogliśmy już zauważyć wielką
kłych i ciemnych namiętności.
bujność i rozrzutność - w intencjach, w projektach i antycy­
Ulica Krokodyli była koncesją naszego miasta na rzecz
pacjach, która cechuje tę dzielnicę. Cała ona nie jest niczym
nowoczesności i zepsucia wielkomiejskiego. Widocznie nie
innym jak fermentacją pragnień, przedwcześnie wybujałą
stać nas było na nic innego jak na papierową imitację, jak na
1 dlatego bezsilną i pustą. W atmosferze nadmiernej łatwości
fotomontaż złożony z wycinków zleżafych, zeszłorocznych ga­
kiełkuje tutaj każda najlżejsza zachcianka, przelotne napięcie
zet, (s. 83, 84)

Po tej dłuższej refleksji, która nie musi być odczytywana
jako jednoznaczna krytyka, a moją intencją umieszczenia jej
w tym miejscu była raczej pewna obawa, a może nawet deli­
katna przestroga przed beztroskim poddaniem się uwiedzeniu
temu urzekającemu światu, wróćmy do podróżowania. Czy to
kwestia atrakcyjności tkwiącej w samej metaforze podróży
czy faktyczne podobieństwo, że używa się tego określenia
nagminnie przy omawianiu cyberprzestrzeni? Już wcześniej
zarysowałam pewne cechy wskazujące, że nie jest to przypa­
dek. Spróbuję pójść jeszcze kawałek dalej. Podróż to niewąt­
pliwie poruszanie się w przestrzeni i w czasie. Sieć pozwala
nam pokonać wszelkie granice, dostać w każde miejsce: jed­
no kliknięcie i Luwr, drugie i zwiedzamy Disneyland, trzecie
poznajemy borgesowskie labirynty , itd. Podróżujemy po ca­
łym świecie, po wszystkim, co człowiek wymyślił i wsadził
do komputera (jeśli coś tam jeszcze nie jest zapisane, to nic
nie stoi na przeszkodzie, żeby to zrobić). Zostawiamy czas
płynący w domu, aby poddać się innemu. Czas podróży jest
czasem niezwykłym, bo odmiennym od porządku codzienno­
ści, bo toczącym się we własnym, swoistym rytmie. Jest cza­
sem nieciągłym, czasem bez przeszłości i bez przyszłości, jak­
by zawieszonym w innej, sobie właściwej rzeczywistości. Jest
czasem, w którym możliwe są wydarzenia i sytuacje odmien­
ne od rutyny codzienności, nie mieszczące się w jej ramach.
(Tarkowska, 1995). To się zgadza z podróżą internauty.
Podróżny to ten zawieszony między początkiem a końcem,
ten już nie w domu, ale jeszcze nie u kresu. Tutaj podróżują­
cy po sieci przypomina raczej skoczka z miejsca na miejsce,
albo włóczęgę wielce ciekawego świata. Dla internauty nie
istnieje strach, niebezpieczeństwo, techniczne ograniczenia.
To czysta wędrówka, bezcielesna tułaczka. Ale podróż to tak­
że miejsce spotkań z innym, rozmów bardzo ważnych i tych
niezobowiązujących, zostawiania śladów w nieoczekiwanych
miejscach i ludziach. Wszystko się zgadza. Podróżując po In­
ternecie możemy gdzieś odpowiedzieć komuś na zadane py­
tania, dodać własne zdanie na liście dyskusyjnej, zwierzyć się
wirtualnemu psychoanalitykowi. Na internetowym murze na­
pisać: „tu byłem". A ciągle przy tym jesteśmy w ruchu, prze­
mierzamy kilometry bajtów, aby poznać, dowiedzieć się, za­
smakować Nowego. A jednak przez to, że cyberprzestrzeń
umożliwiła nam bycie równocześnie w kilku miejscach, wy­
eliminowała w jakimś stopniu czynnik czasu i stuprocentowo
odległości. Także poprzez kontakty w sieci może tworzyć no­
we podziały społeczne oparte na wspólnych zainteresowa­
niach i możliwościach poruszania się w obrębie podobnych
tematów.
2

Wszystko wskazuje na to, że mamy do czynienia z nową
formą podróży, całkiem abstrahującą od fizycznych odległo­
ści i uniedogodnień terenu. Ale jednocześnie Internet, na tro­
chę już innym poziomie, prawdziwą (czy żeby tak nie warto­
ściować powiedzmy dotychczasową) podróż niweluje. Nie
tylko pozwala będącemu w podróży na nieustanny kontakt
z osobami pozostawionymi w domu, ale także daje możli­
wość obcowania ze swoją codzienną przestrzenią: chociażby
przez możliwość włączenia ulubionej rozgłośni radiowej,
przeczytania gazety lokalnej, dowiedzenia się o wynikach li­
gi piłkarskiej. Z drugiej strony kiedy włączy komputer, ma do
czynienia z dokładnie tą samą cyberprzestrzenią, z którą ob­
cuje na co dzień. Internet naprawdę drwi sobie z geografii
i skutecznie udaje mu się pokazać, że nie jest ona warta za­
chodu.
Simon Penny twierdzi, że nie ma tu wcale jakiejś radykal­
nej zmiany, gdyż rzeczywistość wirtualna liczy sobie co naj­
138

mniej dwa tysiąclecia. Śledząc w historii różne iluzje i marze­
nia o symulacji, wskazuje m.in. na teatry optyczno-mecha­
niczne. Jeden z nich miał być tak przedstawiony w ówczesnej
prasie: Nikt chyba z odwiedzających wystawę nie zdoła się
oprzeć pokusie (...) odbycia podróży mającej wszelki pozór
prawdziwości, a nie narażającej na koszty i niebezpieczeń­
stwa (...) nawet na wzburzonym morzu wśród szalejących ży­
wiołów można w każdej chwili zejść na twardy grunt. Podob­
nie bezstresowo podróżował markiz de Selby: Podczas swego
pobytu w Anglii, mieszkał przez pewien czas w Bath, skąd mu­
siał się udać w pilnej sprawie do Folkestone. Potraktował to
w sposób raczej niekonwencjonalny. Zamiast pójść na dwo­
rzec i zasięgnąć informacji o pociągach, zamknął się w swo­
im pokoju zaopatrzony w duży wybór pocztówek ukazujących
miejsca, przez które musiałby przejeżdżać podczas podróży
Miał też wiele zegarów i barometrów oraz przyrząd do regu­
lowania lampy gazowej tak, by dostosować ją do zmieniają­
cego się na zewnątrz światła. Co działo się w jego pokoju i do
czego posłużyły markizowi liczne instrumenty - tego dokła­
dnie nie wiemy. Wydaje się jednak, że po kilku godzinach wy­
szedł z pokoju przekonany, że był w Folkestone i że prawdo­
podobnie odkrył taki sposób podróżowania, który nie przypa­
dnie do gustu kompaniom kolejowym i okrętowym, (za: Pen­
ny 1996, 147).
Internet jednak to nie iluzja rzeczywistości, on nie ma pre­
tensji do bycia doskonałą symulacją: to inna forma poznania,
to nowy sposób kontaktowania się ze światem, oryginalne do­
świadczenie całej niemal kultury. I dlatego nie ma potrzeby
traktowania rzeczywistości wirtualnej jako alternatywy dla
rzeczywistości realnej, człowiek bowiem może wybrać obie.
Jak bardzo, przynajmniej na razie, sieć nie może się obyć bez
odniesienia do realności, świadczy między innymi metafory­
ka opisująca poruszanie się po Internecie. Tak więc obok
podróżowania mamy wielce popularną nazwę: infostrada. In­
fostrada na wzór autostrady, z tym, że na tej pierwszej
z ogromną prędkością przemieszczane są informacje (ponoć
najdroższy produkt współczesnego świata). Podobnie ruch
odbywa się tu nieustannie, tylko że nie ma ograniczeń ilo­
ściowych. Jednak poruszający się po sieci to ktoś mieszczący
się na przeciwnym biegunie w stosunku do kierowcy tira czy
innego auta. To wolno i z refleksem przemierzający wcale nie
pustą i antyludzką (jak w przypadku autostrady) przestrzeń.
On ma prawo zajrzeć, kiedy tylko chce, do ciekawego miej­
sca, kupić niepotrzebną rzecz, zatrzymać się nie tylko na pa­
pierosa. On ma prawo błądzić, skręcać i zapominać o celu.
Może dlatego bardziej popularna jest jeszcze inna metafora:
żeglowania, nawigacji i surfowania.
O żeglowaniu mówią wszyscy: począwszy od poważnych
redaktorów specjalistycznych gazet komputerowych, którzy
na pewno obruszyliby się, gdyby ktoś powiedział im, że po­
sługują się metaforą, przez śmieszniastych piszących o grach
komputerowych, do socjologów i teoretyków cyberprzestrze­
ni, w końcu i sami użytkownicy sieci. Żeglarskie artefakty
bardzo często pojawiają się w reklamach sprzętu komputero­
wego czy w nazwach i czołówkach programów. Nic nie zna­
czący przypadek (Lakof i Johnson nie uznaliby tego tłuma­
czenia), zwykła atrakcyjność tak popularnej metafory czy
może coś więcej w tym jest? Pójdźmy tropem trzeciego
podejrzenia.
Nawigacja morska jest gałęzią wiedzy, która umożliwia
przeprowadzenie statku bezpieczną drogą z jednego punktu
na powierzchni Ziemi do drugiego. (Czajewski 1986, 9). Bez­
pieczeństwo jest raczej zapewnione, chyba, że boimy się

komputerowych wirusów lub złośliwych hackerów. Co z że­
glarską wiedzą? Czy interżeglarz faktycznie posługuje się ja­
kąś konkretną techniką i umiejętnościami, aby dotrzeć do ce­
lu? Tak, jeśli wyznaczy sobie konkretny cel (a ten, jak wyżej
wspomniałam, bardzo łatwo ulega zapomnieniu), to musi po­
znać, która przeglądarka jest najlepsza, gdzie szukać, jakich
typów wiadomości itp. Musi starannie omijać przeszkody, nie
dać się zdryfować na nieznane tereny i być cierpliwym. Jed­
nak większość nałogowych internautów ani myśli o narzuca­
niu sobie surowej dyscypliny, chyba że rachunek telefonicz­
ny przekroczy granice przyzwoitości . Raczej termin nawiga­
cja wskazuje na potrzebę dostania narzędzi i mapy do poru­
szania się po tej niewyobrażalnej przestrzeni. A może zakła­
da jakiś talent czy nabytą umiejętność, mimo wszystko ogar­
niania bezkresu. Ale tu żeglarzem może być każdy i żadnego
patentu nikt nie wymaga.
A co z surfowaniem, może ono okaże się lepszym określe­
niem. Jeśli uznać, że jest ślizganiem się po powierzchni, bez
zagłębiania się (bo w tym kontekście głębi nie ma), jechaniem
na fali, to dobrze. Jednak surfowanie to także cała otoczka: ko­
lorowe stroje, deska najlepszej firmy, długonogie dziewczęta,
białozębni chłopcy. I tutaj znajdziemy analogię do Internetu.
Surferzy mają kontakt z oceanem - w jakimś stopniu odpowie­
dnikiem cyberprzestrzeni, jako czymś nieogarnialnym, chao­
tycznym, bez widocznego końca, otwartym, nie narzucającym
kierunku. Pełna dowolność wyboru. Surfer, podobnie jak inter­
nauta: idzie, żegluje, mówi dość, wraca. Bez zobowiązań, bez
nocowania w obcym porcie, po prostu. I w tym jest bliższy mi­
łośnikowi sieci od swojego starszego brata żeglarza. Liczy się
kontakt z wodą, ale nie z niebezpiecznym żywiołem. Chociaż
internauta, podobnie jak żeglarz to ten, co ma dostęp do wiel­
kiego świata, ten, któremu nie wystarcza najbliższa okolica,
ten, który pragnie poznania, ciągłego zrywania jabłka z drzewa
wiadomości; ten drugi jest symbolem odwagi, siły, indywidu­
alności, życiowej mądrości. Zdarzają się jednak marynarze bez
tej całej głębokiej ideologii, nawet u Josepha Conrada: Kapitan
McWhirr pływał po powierzchni oceanów jak niektórzy ludzie
prześlizgują się po latach życia, by łagodnie zapaść w spokoj­
ny grób, nieświadomi życia do ostatka, nie wiedząc, ile w nim
3

1

Chatlisty to coś na kształt internetowych kawiarni, miejsce niezobowią­
zujących pogawędek, nieraz bezsensownych dialogów; cieszą się ogrom­
ną popularnością wśród użytkowników. Podobną rolę spełniają grupy
dyskusyjne (tematyczne), gdzie także każdy może w każdej chwili wy­
powiedzieć się i poznać wypowiedzi innych.

zdrady, brutalności i przerażenia. I na morzu, i na lądzie, zda­
rzają się ludzie tak uprzywilejowani - lub tak lekceważeni
przez los albo morze. (Conrad 1973, 31). Nie ma co jednak
ukrywać, że większość bohaterów morza to ci doświadczający
niebezpiecznego żywiołu, dotykający śmierci romantyczni he­
rosi lub szaleńcy. To bieda i ascetyczny styl życia, to wielkie
ideały i legendy. A w sieci? Przeciwnie - bardziej barok niż ro­
mantyzm, raczej jarmark niż pustynia (bez wartościowania).
Na statku jestem sam, muszę liczyć przede wszystkim na sie­
bie i tylko listy pomagają mi utrzymać kontakt z resztą świata.
W sieci: z pozoru samotny przy komputerze, przez Internet
kontaktuję się z masą ludzi. Nie mam prawa czuć się samotny,
w każdej chwili mogę pogadać, cały czas mam świadomość
równoczesnego istnienia w tej samej przestrzeni tłumu innych
- mojej społeczności. To jeszcze raz warto zapytać, skąd to że­
glowanie w Internecie? Chodzi o nieistnienie wytyczonych
szlaków, o wolność czy o poszukiwanie? A może sieć ma coś
wspólnego z chińskimi morzami, o których znowu Conrad: Są
to morza pełne zwyczajnych faktów, które mówią same za sie­
bie - wysp, mielizn, raf, bystrych i zmiennych prądów - skom­
plikowanych zjawisk, które jednak przemawiają do marynarza
językiem jasnym i precyzyjnym, (s. 27).
Woda, jako dobre określenie zjawiska, które tu staram się
opisać, pojawia się jeszcze w innym kontekście. Telekomuni­
kacja i za nią to, co tworzy cyberprzestrzeń, zostały przez
Pierre'a Levy przyrównane do biblijnego potopu: Drugi potop
nigdy się nie skończy. Ocean informacji jest bez dna. Potop to
nowa kondycja, z którą musimy się pogodzić. Nauczmy nasze
dzieci pływać (nawigować?), utrzymywać się na powierzchni,
a może nawet sterować. Wśród powszechnego falowania jed­
no jest pewne: idea stałego lądu jest przedpotopowa.
Patrząc przez okienko swej arki Noe, to znaczy każdy
z nas, jak okiem sięgnąć widzi inne arki. Płyną po wzburzo­
nym oceanie komunikacji numerycznej. Każda z nich dokona­
ła własnej selekcji. Każda pragnie ocalić różnorodność. Każ­
da chce przekazać informację. Arki będą dryfować bez końca
po powierzchni wód. (s. 46). Teraz nie pozostaje mi nic inne­
go, jak patetycznie przypomnieć za starożytnymi: „Navigare
necesse est, vivere non est necesse".

2

Notabene to właśnie borgesowski labirynt wydaje się być świetną me­
taforą internetowego świata. Chyba już nieraz wykorzystaną.
Z takich czysto technicznych ograniczeń należy wskazać także na fakt.
że wiele stron w Internecie jest płatnych, mogą dostać się na nie tylko po­
siadacze karty kredytowej.
3

BIBLIOGRAFIA:
Bóhme, Hartmut
1996 Teologia leleobecności, tłum.: Aleksandra Ubertowska, „Maga­
zyn Sztuki", nr 10(2/96)
Brzechwa, Jan
1968 Akademia Pana Kleksa, Warszawa
Conrad, Joseph
1973 Tajfun, (w:) Tajfun i inne opowiadania, tłum.: Halina CarrollNajder, Warszawa
Cząjewski, Jacek
1986 Nawigacja morska, Warszawa
Davis, Frank
1998 Komputer. Wszechświat, tłum.: Marzena Beata Guzowska, „Ma­
gazyn Sztuki", nr 17 (1/98)

Levy, Pierre
1997 Drugi potop, tłum.: Justyna Budzyk, „Magazyn Sztuki", nr 13-14
(1-2/97)
Penny, Simon
1996 2 tysiąclecia rzeczywistości wirtualnej, tłum.; Jadwiga Węgrodzka, „Magazyn Sztuki", nr 9 (1/96)
Schulz, Bruno
1994 Sklepy cynamonowe, Warszawa
Tarkowska, Elżbieta
1995 Czas podróży, włóczęgi, wędrówki. „Res Publica nowa", nr 7-8
(82-83)

139

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.