ec4d2640b69f7b9a1b747117ab89fd48.pdf

Media

Part of Mikro-makro market / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1998 t.52 z.3-4

extracted text
Mikro-makro market
przyjemność i groza ponowoczesnego rynku
Maciej J . Dudziak

Obcym jest każdy z nas, gdy wychodzi na ulicę
M. Schluter i D. Lee, The R Factor

1. Schulz, Geertz a antropologia codzienności.
Zamiast wstępu
Bruno Schulz tak pisał o drohobyckim rynku:
W sobotnie popołudnia wychodziłem z matką na spacer. Z pół­
mroku sieni wstępowało się od razu w słoneczną kąpiel dnia.
Przechodnie, brodząc w złocie, mieli oczy zmrużone od żaru,
jakby zalepione miodem, a podciągnięta do góry warga odsłania­
ła im dziąsła i zęby. I wszyscy brodząc w tym dniu złocistym
mieli ów grymas skwaru (...) Rynek był pusty i żótty od żaru,
wymieciony z kurzu gorącymi wiatrami, jak biblijna pustynia.
1

Schulz nie przypadkiem sytuuje swój dom właśnie w ryn­
ku. Rynek jest bowiem istotnym - jeśli nie najważniejszym
miejscem, na którym wspiera się fundament podtrzymujący
całe miasto. W rynku lub w jego okolicach mają miejsce naj­
ważniejsze wydarzenia Schulzowskiej prozy, owe mityczne
bajania i historyje , wyznaczające sens każdego, nawet - wy­
dawałoby się - najbardziej banalnego zdarzenia w historii
drohobyckiej agory. Oto bowiem:
2

Kupka obdartusów, ocalała w kącie rynku przed płomienną mio­
tłą upału, oblegała kawałek muru, doświadczając go wciąż na no­
wo rzutami guzików i monet, jak gdyby z horoskopu tych meta­
lowych krążków można było odczytać prawdziwą tajemnicę mu­
ru, porysowanego hieroglifami rys i pęknięć. Zresztą rynek był
pusty. Oczekiwało się, że przed tę sień sklepioną beczkami w i niarza podjedzie w cieniu chwiejących się akacyj osiołek Sama­
rytanina, prowadzony za uzdę, a dwóch pachołków zwlecze tro­
skliwie chorego męża z rozpalonego siodła, ażeby go po chłod­
nych schodach wnieść ostrożnie na pachnące szabasem piętro.

Schulz wychodząc od zdarzeń banalnych, prostych, co­
dziennych, przechodzi do rekonstrukcji mitycznych ciągów
zdarzeń. W opisach przedmiotów, miejsc i ludzi:
... czuje się bliski odczuciom Antyku, sądzi, że swą kreację, swe
fantazjowanie i snucie wywiódł z pogańskiego pojmowania ży­
cia, jak to już dla starożytnych genealogia własnego rodu pogrą­
żała się w micie po odejściu drugiej czy trzeciej generacji,
a wzrok obrócony wstecz dostrzega! historię rodziny znajdującą
swe rozwiązanie w mitologii.
5

Tak interpretowane codzienne zdarzenia, tkwiące swymi
korzeniami w micie, lub korzystając z antropologicznego le­
ksykonu - w kulturze, można przerzucić intelektualny po­
most pomiędzy postulatami antropologii interpretatywnej
i tym, co Clifford Geertz nazwał opisem zagęszczonym (thick
description) , a bajaniem i historyjami Schulza. Różnice ba­
zują jedynie, jak mniemam, na stopniowalności rejestrowa­
nych wydarzeń, co znaczy, iż Geertz rozpoczyna od postulatywnej rejestracji wydarzenia, faktu kulturowego (np. walk
kogutów na wyspie Bali), a kończy na skomplikowanej inter­
pretacji owych zarejestrowanych uprzednio zdarzeń. Schulz
natomiast, wykorzystując - pomimo wszystko - przywileje
należne literaturze, „odrzuca" ową stopniowalność akcji,
koncentrując się wyłącznie na interpretacji, która u niego sui
generis jest konstruowaniem mitu.
6

2. Dwa typy ponowoczesnego rynku

3

Studiując zachowania prawdopodobnie grupy włóczę­
gów - zdawałoby się banalnie pospolite - Schulz dochodzi
do interpretacji, w której z prostego faktu społecznego, ja­
kim są owi „obdartusi", czyni kontynuację przypowieści bi­
blijnej. Zwykłe wydarzenie z drohobyckiego rynku nabiera
w tym świetle mocy mitu dziejącego się stale i ciągle. Bo­
wiem:
Zapominamy o tym - pisze Schulz w jednym ze swych esejów operując potocznym słowem, że są to fragmenty dawnych
i wiecznych historyj, że budujemy, jak barbarzyńcy, nasze domy
z ułamków rzeźb i posągów bogów. Najtrzeźwiejsze nasze poję­
cia i określenia są dalekimi pochodnymi mitów i dawnych histo­
ryj. Nie ma ani okruszyny wśród naszych idei, która by nie po­
chodziła z mitologii - nie była przeobrażoną, okaleczoną, przei­
stoczoną mitologią.
4

140

2.1. Typ pierwszy: mikromarkef
Witnica jest 7-tysięcznym miasteczkiem położonym kil­
kanaście kilometrów od granicy z Niemcami. Ludność miasta
i okolic rekrutuje się w znacznej liczbie z przesiedleńców
z terenów Kresów Wschodnich I I Rzeczypospolitej. Brak tu
ludności autochtonicznej zarówno pochodzenia polskiego,
jak i niemieckiego.
Głównym rynkiem w liczącej blisko 20 tysięcy mie­
szkańców gminie są place położone w centrum miasta oraz
łączące je ulice. Znaleźć tu można różnorakie sklepy w wiel­
kiej ilości, okolicznościowe i stałe targi, na których kupić
można przemycane zza wschodniej i zachodniej granicy pa­
pierosy i alkohol, spędy bydła, koni i trzody, targowiska pło­
dów rolniczych, bary i pijalnie piwa, w których zawsze spo­
tkać można przemytników, pijaczków i drobnych złodziei,
8

których osobną kategorią jest tzw. jurna, czyli grupy „awan­
turniczych" młodzieńców wyruszających za zachodnią grani­
cę w poszukiwaniu „łupów" pochodzących z kradzieży.
Wśród starych kamienic odszukać można zakłady szewskie,
fryzjerskie czy trumienne, kawiarnie i cukiernie, w których
obok „zwyczajowych" usług zrealizować można również za­
mówienie na samochód czy „spożywkę" zza rzeki. W dni od­
pustów, kiermaszy czy wyprzedaży kupić można poniemiec­
ką książkę, plastikową relikwię lub najnowszej marki szwaj­
carski kalkulator. Z rzadka zaglądają tu stróże prawa; jest to
samoregulujący się mechanizm.
Przestrzenie rynku są niejednorodne; wypełnione ludźmi
różnego pochodzenia, mającymi różne cele, poglądy, etc.
Wpaść tu można na kobietę zwracającą się do każdego męż­
czyzny „Panie Burmistrz!", czy na podeszłego wiekiem zbie­
racza żelastwa i butelek. W kątach rynku, przy ławach skle­
powych nie brak drobnych pijaków i obiboków. W przyle­
głych rynkowi szynkach i kawiarniach podsłuchać można
przemytników, jumaków czy miejscowych Cyganów. W sa­
mym rynku - mieszanina strojów, twarzy, języków i zapa­
chów: obok polskiego „urzędowego", usłyszeć można specy­
ficzne „zabużańskie zaciąganie", co ciekawe, nawet wśród
najmłodszego pokolenia, dalej - język handlujących ukraiń­
skich bazarowiczów, przezywany tutaj „hahłackim", język
niemieckich i duńskich turystów.
Rynek jest miejscem, gdzie formuła Obcy jest jedynie for­
malną klasyfikacją bliskości, nie natomiast wartościującą ka­
tegorią stawiającą owych obcych w rzędzie „gorszych",
z uwagi na jedną prostą przyczynę - ekonomię, czyli zysk ze
sprzedawanych towarów.
Wychodzi się „do miasta", bo taka formuła jest przyjęta,
nawet jeśli mieszka się w samym rynku, to wychodzenie do
„miejsca", wyraźnie określonego miejsca spotkania, gdzie
można nie tyle być, co żyć, odnowić znajomości, zawrzeć so­
jusz czy transakcję. Kupowanie ma nie tylko znaczenie
wprost, zaopatrzeniowe, ma też równoważne znaczenie sym­
boliczne: „kupuje się" informacje, „kupuje się" relacje, „ku­
puje się" związki, sympatię, bądź antypatię, zjednuje sobie
sklepikarzy, a sklepikarze zjednują sobie klienta. Podczas ku­
powania odbywa się swoista gra językowa powołująca do ży­
cia sferę wokół samego kupowania. Towar nabiera wartości
poprzez mówienie o nim, poprzez targowanie się, niemależ
„rytualne" narzekania. Mimika niezadowolenia, gesty sklepi­
karza - wszystko to nie ma jedynie efemrycznego charakteru,
lecz podlega konwencji, bez użycia której niemożliwe było­
by kupno. Na przykład:
9

- Sklepikarz: Rybeńko kochana, co to dla ciebie dzisiaj?
- Kupująca: Aaa, Panie Piotrusiu, co ja tam mogę tego kupic'.'.Za
co, za te grosze, co nam dają?
- Sklepikarz: Może kupić, może kupić, u mnie prawie darmo,
kochana. Co tam będzie? Dobra...
- Kupująca: Daj mi kawę, pieprz, mąkę, tak z pół kila... Czło­
wiek nie ma za co, nie ma za co...
- Sklepikarz: Się już robi, moja złota - mąka mała, śnieżnobia­
ła, a jak dam kilo, się coś stanie? Nie stanie się! Dobra, jedziemy
dalej!

Rynek - jest zapewne jedną z tych nie uświadamianych
społecznie transzei komunikacyjnych, które zapewniają spo­
łeczności terytorialnej względną koherencję. Kontakt tu na­
stępuje „twarzą w twarz", wszak nie sposób dostrzegać i być
dostrzeganym, przecinając place i ulice ze spuszczoną gło­
wą. Z rzadka można dostrzec tutaj Benjaminowskiego fla-

10

neura, przemierzającego samotnie miejskie przestrzenie.
W kulturowo skonstruowaną optykę widzenia, by rzec za
Emmanuelem Levinasem, „tego Drugiego", zdaje się immanentnie wpisana zasada konieczności dostrzegania, ko­
nieczności nawiązania kontaktu z owym Drugim; nie sposób
przejść przez rynek wstrzymując oddech. Próba izolowania
się, spuszczania wzroku zarezerwowana jest wyłącznie dla
obcych, nie znających zasad ani wymogów tubylczego kode­
ksu. Chcąc żyć we wspólnocie - a nie sposób w niej nie żyć,
będąc związanym relacjami i zależnościami - trzeba żyć
w rynku. Rynek lub też mikromarket mogą być metaforą
współczesnego - idąc w pewnym sensie tropem podrzuco­
nym przez Michela Maffesoli - rodzącego się czy też reinkarnującego się Howoplemienia," które oparte o strukturę
poniekąd zachowaną, a poniekąd zdekonstruowaną biegiem
ciągów historycznych, wspólnot tradycyjnych w historycz­
nym sensie tego słowa, odnajduje, kierowane wewnętrznymi
mechanizmami samoregulującymi, płaszczyznę porozumie­
nia, na której być może (być może również na wielu innych)
odbudowuje lub też na nowo zbuduje swoją nową tożsa­
mość, opartą na regułach panujących właśnie na rynku - mikromarkecie.
W świecie zdekonstruowanych wspólnot o bogato rozwi­
niętej obrzędowości objawiającej się wprost kultura typu lo­
kalnego potrzebuje budulca, by móc funkcjonować „normal­
nie". Takim - być może - tworzywem jest właśnie rynek, łą­
czący w sobie po części funkcje platońskiej agory i nowocze­
snego marketu.
Jeszcze jedna ważna uwaga: rynek mieści się w środku
miasta, w jego żywo bijącym centrum.
Jednak, jak będę chciał pokazać w drugiej części, nie za­
wsze rzeczywistość jest tak optymistyczna.
12

13

u

2.2. Typ drugi: makromarket

Gorzów Wielkopolski jest dużym miastem z rozbudowaną
siecią marketów, sklepów i restauracji. Od ponad dwóch lat
funkcjonuje tutaj hipermarket „Hit", jeden z pięciu tego typu
centrów handlowych znajdujących się na terenie Polski i na­
leżących do niemieckiego koncernu handlowego.
Market stoi na obrzeżach miasta, jakby samym swoim
położeniem zdawał się informować o swojej eksterytorialności. Ponieważ nie przynależy do nikogo lub raczej należ­
ny jest każdemu - znaczy to, iż jest niczyj, a skoro nikt nie
jest tu gospodarzem, nikt nie jest postrzegany jako „swój"
lub jako „obcy". Wszyscy jednako znajdują się w przestrze­
ni niczyjej, przynależnej wyłącznie stosunkom handlowym,
wyłącznej hiperkonsumpcji. Rozmyciu podlega najpierwot­
niejsza funkcja społeczna kreująca postrzeganie świata, bu­
dująca tożsamość - antynomia: „my" i „oni", „swój" i „ob­
cy". Nikt nie przybywa tutaj dla samej przyjemności bycia,
spotkania.
Ekskluzywność tego miejsca jest o tyle specyficzna, iż
wejść tu może każdy, kto godzi się na pewne warunki dykto­
wane w tym miejscu. Są to specyficzne warunki, w których
pochodzenie, przekonania, kolor skóry są nieważne i nieistot­
ne. Na taki brak rozróżnienia godzić m u s i się każdy wkra­
czający w świat hipermarketu. Nawet najłatwiej czytelna
z reguły w „ludzkiej masie", by rzec za Benjaminem, seman­
tyka ubioru, pozostaje nie penetrowana przez receptory, kult
jednostki sprowadzony do wymiarów absurdalnej gry, w któ15

141

rej wolność wyboru jednostki dyktowana jest subtelnym znie­
woleniem grupy. Zresztą na jakąkolwiek inność i tak nikt
uwagi nie zwraca. Ludzie trwają w uporze dopięcia celu z reguły - nieznanego jeszcze w momencie rozpoczęcia „że­
glugi po oceanie marketu". W niemym zacięciu, z rzadka je­
dynie wymieniając zdawkowe słowa, jeśli podróż trwa w gru­
pie, odbywa się ponura nawigacja wśród zwałów towaru.
Zresztą jakakolwiek rozmowa i tak nie ma sensu; struktural­
nym elementem miejsca jest hałas. Dźwięk bez źródła, ponie­
waż nikt go nie dostrzega. Niedostrzeganie Drugich, jak po­
wiada Levinas, jest wpisane w kodeks jednolitego miejsca, na
który godzi się każdy wraz z opłatą zezwalającą na wkrocze­
nie w inny wymiar.
Nie sposób znaleźć tutaj osoby przybyłej, w innym niż
kupowanie celu. Brak tutaj jakiejkolwiek enklawy, łamiące­
go jednolitość przestrzeni miejsca; wszystko podporządko­
wane jest jednej i jedynej funkcji - kupnu. Sprytnie usytuo­
wane produkty, przy misternym wykorzystaniu zdobyczy
socjotechniki, tętniąca, rytmiczna muzyka, komunikaty pły­
nące z umieszczonych w całym budynku głośników infor­
mujących o bieżących wydarzeniach, promocjach poszcze­
gólnych produktów i ich usytuowaniu, dokładnie ustawione
systemy kontroli w postaci licznych kamer telewizyjnych
oraz wszędobylska ochrona łatwo dająca wyodrębnić się
z tłumu - uzbrojona i czujna. Wszystko jednolite, dyskret­
ne, subtelne. Człowiek demokratyczny nie godzi się na
odbieranie wolności wprost, lecz chętnie i bez zastrzeżeń
przeznacza swoją wolność innym, nieznajomym, bardziej
niż on odpowiedzialnym za niego, a choćby i maszynom, je­
śli tylko spełniają rolę ekspertów. Czyż wielką byłoby róż­
nicą w owym hipermarkecie, gdyby zamiast kasjerki obsłu­
gującej podliczający rachunki komputer - w imię sprawno­
ści działania - znajdowała się wyłącznie maszyna, obdarzo­
na przez nas zaufaniem? Czyż zatem nie łatwiej zaufać ma­
szynie?
16

Zaraz po wejściu przeraża ogrom przestrzeni: wiele tysię­
cy metrów kwadratowych w sposób totalny i całkowity ofe­
ruje zaspokojenie potrzeb każdego z odwiedzających: obok
sklepów mieszczą się tu restauracje zaprojektowane w taki
sposób, by szybko je opuścić, zwalniając miejsce kolejnemu
klientowi lekko znużonemu koszmarem zakupów, jednakże
na tyle jeszcze zdrowemu, by samodzielnie po krótkiej chwi­
li popasania mógł opuścić zajmowane miejsce; liczy się ilość
i jakość, liczy się usługa.
Wszystko sprowadzone do kupowania, brak rozmów, je­
dyne relacje, jakie można dostrzec, to relacja klient - towar.
W świecie tym, wydawałoby się pozbawionym jakiegokol­
wiek posmaku irracjonalności, towar z d a j e się nabierać
walorów kultowych. Przedmiotem pożądania stają się nie ty­
le jego utylitarne cechy, ile on sam. Na myśl przychodzą jak­
że aktualne słowa Mircea Eliadego:
Uważam za rzecz bardzo ważną odnalezienie mitologii oraz teo­
logii przyczajonej nawet w najbardziej nijakim życiu człowieka
współczesnego; od niego tylko zależy, aby wrócił ku źródłom
i na nowo odkrył głębsze znaczenie wszystkich tych wypłowia­
łych obrazów i zdegradowanych mitów. I nie mówcie nam, że ta
spuścizna nic już nic obchodzi współczesnego człowieka, żc na­
leży ona do „zabobonów przeszłości", szczęśliwie zlikwidowa­
nych przez wiek X I X , że obrazy, nostalgie i tęsknoty to dobre dla
poetów, dzieci i prostaczków, ale - na Boga! - ludziom serio po­
zwólcie myśleć i „robić historię": tego rodzaju rozdział między
„poważnym życiem" a „rojeniami" nic odpowiada rzeczywisto­

142

ści. Człowiek współczesny może sobie lekceważyć mitologie
i teologie, co nie zmieni faktu, że nadal będzie karmił się upadły­
mi mitami i zdegradowanymi obrazami."

Więc...?
Nie każdy może wejść na teren marketu - dopuszczeni są
tylko ci, którzy są „zuniformizowani" w celu - kupnie. Brak
tu wszelkich „obcych" (pijaczków, obnośnych handlarzy, że­
braków), czyli wszystkich łamiących konwencję miejsca.
Przestrzeń marketu jest zuniformizowana i jednorodna;
przekłada się w jednorodną wspólnotę jednoczącą się i zor­
ganizowaną podług przestrzeni zajmowanej. Obcym jest
każdy (tak jak każdy jest „swoim"), nawet z rzadka spoty­
kani znajomi zdają się wymieniać poza spojrzeniami jedy­
nie - w najwyższej konieczności - przelotne i nic nie
mówiące pozdrowienia, po czym z pośpiechem oddalają
się, wtapiając pomiędzy zwały towarów, jak powiada Alicja
Kuczyńska:
Miejsce dialogu werbalnego zajmuje milczenie, błysk, moment,
wspólnota rozumienia, wymiana realności na fikcję, ale nie na
odwrót: nie napięcie, ani emocje."
1

Spojrzenia powoli przyzwyczają się do niedostrzegania,
już nie obcych, ponieważ ich brak, lecz Drugich. Przechodnie
stają się po chwili jedynie tłem, czasem przeszkodą, którą na­
leży wyminąć lub w najgorszym wypadku zmienić transzeję
drogi; stają się jeszcze jednym towarem, który można - jeśli
ochota - dowoli, aczkolwiek ostrożnie, oglądać.
Wszystkich ogarnia namiętność kupowania, słodka roz­
kosz nabywania, bachanalia odbywane w szeleście setek
stóp. Brak tutaj jakkolwiek zakreślonego centrum. Można
chodzić po swoich śladach, które jednak po chwili zostają
zmyte przez kolejnych nieznajomych. Przebywanie w marke­
cie nacechowane jest - nawet pomimo częstych odwiedzin efemerycznością. Miejsce to nie toleruje odznaczania i wy­
różniania - żaden klient przybywający do marketu nigdy nie
zostanie rozpoznany, bowiem anonimowość wkalkulowana
jest w cenę towaru. Nie trzeba tutaj wstrzymywać oddechu
z przerażającą człowieka ponowoczesnego myślą, iż zostanie
się rozpoznanym.
Istota tego miejsca zawiera się w jego b r a k u , bowiem
w rzeczywistości ponowoczesnej nie ma miejsca na wyprepa­
rowane z nakładających się na siebie kontekstów znaczenia,
gdyż takie, wyznaczane arbitralnie, nie istnieją w sposób
trwały czy uchwytny, lecz jedynie chwilowy i jednostkowy,
a etnograf, czy ktokolwiek chcący „kreślić człowieka", ko­
rzystając z retoryki Clifforda Geertza, zawsze ze swoim opi­
sem „przychodzi po fakcie"...

3. Parę wniosków
W Ulicy Krokodyli Bruno Schulz pisał:
Był to dystrykt przemysłowo-handlowy z podkreślonym jaskra­
wo charakterem trzeźwej użytkowości. Duch czasu, mechanizm
ekonomiki, nie oszczędził i naszego miasta i zapuścił korzenie na
skrawku jego peryferii, gdzie rozwinął się w pasożytniczą dziel­
nicę.
Kiedy w starym mieście panował wciąż jeszcze nocny, pokątny
handel, pełen solennej ceremonialności, w tej nowej dzielnicy
rozwinęły się od razu nowoczesne, trzeźwe formy komercjali­
zmu. Pseudoamerykanizm, zaszczepiony na starym, zmurszałym
gruncie miasta, wystrzelił tu bujną, lecz pustą i bezbarwną wege­
tacją tandetnej, lichej pretensjonalności.
14

Jak w Schulzowskim Drohobyczu sprzed lat 80, tak
i w dzisiejszej rzeczywistości końca wieku, końca tysiąclecia
niemalże programowo ogłasza się koniec pewnej rzeczywi­
stości minionej. Wiąże się to zazwyczaj z potęgującą industralizacją i komercjalizacją, z urynkowieniem etc. Innymi
słowy: objawia się zmierzch pewnych „starych porządków",
ustępujących progresowi ludzkiego pochodu przez czas.
Przy okazji, wokół dwóch bastionów, czyli Postępu i Wstecznictwa (socjologia powiada, iż jest to liberalizm i konserwa­
tyzm), organizują się grupy gotowe bronić - odpowiednio starych/nowych porządków. Z reguły, jedni i drudzy głoszą,
iż nowy „stan rzeczy" jest biegunowo odległy od starego,
choć pożywka dla uprawianego przezeń ogrodu, by sparafra­
zować Zygmunta Baumana, jest wciąż taka sama, o takiej sa­
mej zawartości „próchna kulturowego" w glebie, a zmienne
pozostają jedynie warunki pogodowe.
Niemniej, pozostaje tęsknota za czystym stanem, za jed­
noznacznością, którą jedni nazywają nostalgią, a inni tęskno­
tą za rajem; są przecież jacyś „my" i jacyś „oni"...
Opisane dwa typy ponowoczesnego rynku są reprezenta­
tywne jedynie i wyłącznie dla siebie, swego własnego konte­
kstu. Są to dwa przeciwległe bieguny, pomiędzy którymi ist­
nieje morze różnorodności wzorców, przekonań, preferencji
często, z pewnych punktów widzenia diametralnie przeciw­
stawnych. Rzeczywistość jest bowiem, by przywołać Stani­
sława Lema, o wiele bardziej skomplikowana. Nie można jej
zatem wyrazić za pomocą opisu rzeczywistości według Weberowskich „stanów czystych".
Ani więc witnickie rynki, ideowo spokrewnione z Platonowską agorą, czy choćby z „tradycyjnym" rynkiem mienią­
cym się różnorodnością wzorców, będących nostalgicznym
odniesieniem dla wielu badaczy-entuzjastów, nie reprezentu­
ją Całości, ani też ów hipermarket Hit, o którym rzec by moż­
211

21

na ustami Conradowskiego Marlowa z Jądra ciemności
„Ohyda, ohyda!" nie reprezentuje wszystkich typów i relacji,
w jakie uwikłany jest człowiek ponowoczesny.
Nie tekstualnymi jedynie bohaterami są przecież ludzie
uwikłani w biegunowo odległe (zdawałoby się) systemy. Ale
przecież i w owej małej, nostalgicznie nakreślonej wspólno­
cie stoją nieopodal dwa markety na równi odwiedzane przez
tych samych ludzi, a w „dużym" mieście ludzie również
„chodzą" do małych sklepików. Można by ująć sprawę, uży­
wając metafory organizmu, z którego została wypreperowana jedna tkanka; sama nie potrafi egzystować, gdyż jest tyl­
ko fragmentem jakiejś większej całości, natomiast będąc
owym fragmentem, w specyficzny sposób uosabia kondycję
Całości organizmu. Tak i tutaj: markety są jedynie wyprepa­
rowanym fragmentem większej Całości, który - jeśli przy­
wrócić go życiu, swej pierwotnej konstrukcji, z której dla ce­
lów analitycznych został pobrany - rozmywa swoje (rzecz
jasna!) nadawane znaczenie, po czym wtapia się na powrót
w organizm.
Rzeczywistość nas okalająca bowiem podąża w wiele,
często przeciwstawnych na pierwszy rzut oka, kierunków,
które zderzając się ze sobą, powodują kolizje, bowiem
w świecie przygodności, ironii i chwilowej solidarności koli­
zje należą do tych „przywilejów", czy przywilejów, które są
nieuniknione. Świat dzisiejszy to świat mikro- i makro-marketów, z których każdy może pretendować zarówno do miana
pełnego przyjemności, jak i grozy, jak i obu tych rzeczy od­
czuwanych naraz lub osobno, przez moment, chwilę. Brak
dziś światów czystych, światów wyizolowanych - są nato­
miast światy „w większości", światy „w przewadze" i , jak
konstatuje w wielu swych propozycjach Zygmunt Bauman,
to czego nam najbardziej potrzeba, jako istotom przygodnym
to - stalowe nerwy.

PRZYPISY
1

B. Schulz, Sierpień, (w:) Sklepy cynamonowe. Warszawa 1997, s. 20
Zob. B. Schulz, Mityzacja rzeczywistości, (w:) Opowiadania. Wy­
bór esejów i listów, Kraków, Wydawnictwo Literackie 1973, s. 364-366
B. Schulz, Sierpień, (w:) Sklepy cynamonowe. Warszawa 1997,
s. 20
B. Schulz, Mityzacja rzeczywistości, (w:) Opowiadania. Wybór ese­
jów i listów. Kraków, Wydawnictwo Literackie 1973, s. 366
B. Schulz, Expose o książce Brunona Schulza „Sklepy cynamono­
we", przet. J. Ficowski, (w:) B. Schulz. Księga listów. Zebrał, opracował,
wstępem, przypisami i aneksem opatrzył J. Ficowski, Kraków 1975,
s. 177-178
Por. C. Geertz, The Interpretation of Cultures. New York 1973
Omawiany „mikromarket" znajduje się w miejscowości Witnica,
położonej 23 km na zachód od Gorzowa Wlkp. - przyp. aut.
Używając terminu „rynek" mam na myśli kompleks ekonomiczno-usługowy mieszczący się w centrum miasta, którego podstawowym charakteryzatorem jest geograficzne usytuowanie - przyp. M.J.D.
W mieście znajduje się dzierżawiony przez Duńczyków ośrodek
wypoczynkowy - przyp. M.J.D.
'" Zob. W. Benjamin, O kilku motywach u Baudelaire'a, tłum. B. Surowska, „Przegląd Humanistyczny" 1970, nr 5. s. 69-84; nr 6,
s. 105-117, cyt. za R. Różanowski, Szok i przeżycie albo „odrażające
przeżycie epoki industralizacji",
(w:) Pisanie miasta. Czytanie miasta,
(red.) A. Zeidler-Janiszewska, Poznań 1997, s. 118
2

3

A

5

6

7

8

9

" Zob. M . Maffesoli, „Affectual"
..Threshold", t. 4, s. 42

Post-Modernism and

Megapolis,

12

Są wszak tutaj miejsca do gry w szachy - szachownice miejskie,
parki, kawiarnie, w których można wypocząć do woli, bez potrzeby spo­
glądania na zegarek - przyp. M.J.D.
Zob. M. Eliade, „Nasz świat" znajduje się zawsze w środku, (w:)
Sacrum, mit, historia, PIW Warszawa 1974, s. 66-70
Omawiany „makromarket" znajduje się w odległym od Witnicy
o 23 kilometry Gorzowie Wlkp. - przyp. M.J.D.
A. Kuczyńska, Agora nasza powszednia, w: Pisanie miasta. Czy­
tanie miasta, red. A. Zeidler-Janiszewska, Poznań 1997, s. 162
Zob. Z. Bauman, Wieloznaczność sprywatyzowana, (w:) Wielo­
znaczność nowoczesna. Nowoczesna wieloznaczność,
PWN, Warszawa
1995, s. 251-260
M . Eliade, Wiecznotrwalość obrazów, (w.) Sacrum, mit, historia,
PIW Warszawa 1974, s. 26
A. Kuczyńska, ibidem, s. 167
B. Schulz, Ulica Krokodyli, (w:) Sklepy cynamonowe, Warszawa
1997, s. 77
Ów „zmierzch starych porządków" jest charakterystyczny dla każ­
dej epoki w dziejach człowieka. Przykładem z kręgu humanistyki jest te­
oria „kryzysu paradygmatu" Thomasa Kuhna, która rozciągnięta na po­
wiedzenie Umberto Eco, iż „każda epoka ma swój postmodernizm", mo­
głaby dość adekwatnie tłumaczyć „nowe i stare porządki" - przyp. M.J.D.
13

14

15

16

17

18

19

2 0

21

W tej sprawie zob. W.J. Burszta, Nostalgia i mit, albo o mechani­
zmie powrotu, (w:) Czytanie kultury. Pięć szkiców. Łódź 1996, s. 80-107.
M . Eliade, Mefisto i Androgyn. czyli tajemnica pełni, (w:) Sacrum, mit.
historia, PIW, Warszawa 1974, s. 199-253

143

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.