5dd7158111ff5ff7382c0e349e85cf7c.pdf

Media

Part of Skonać przed śmiercią / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1986 t.40 z.1-2

extracted text
Konstanty Gebert

S K O N A Ć PRZED Ś M I E R C I Ą

„ A n a cóż b y to nasza mądrość była, g d y b y p r z e d śmiercią
skonać nie uczyła?" — pytał Z o r i a n w Królu-Duchu.

t y l k o około ' 2 0 % zgonów należy do w y m i e n i o n y c h wyżej k a t e ­

Pytał re­

g o r i i . Ogromna większość l u d z i u m i e r a n a d a l z p o w o d u przewlek­

torycznie, rzecz j a s n a ; wątpić można czy mądrość nie zawierają­

łych chorób i — po p r o s t u — ze starości. U m i e r a n i o t a k i e nio

ca t a k i e j n a u k i znalazłaby uznanie w jego oczach. M y zaś dziś

znajduje j e d n a k p r a w i e wcale odbicia w sztuco masowej.

nie t y l k o nio w i e m y , j a k można uczyć się k o n a n i a , ałe n i e rozu­

W niodalekiej jeszcze przoszłości było inaczej. K a r t y X I X -

m i e m y toż, dlaczego konanie i śmierć t o nie t o samo. N i e u m i e m y

-wiccznycli powieści obfitują w sceny u m i e r a n i a l u d z i s t a r y c h ,

już konać; dokonać, dokończyć żywota; zwłaszcza zaś nie prag­

czy złożonych chorobą. Sądzę, że prawio całkowita nieobecność

n i e m y nawot, b y dokonanie t o miało być doskonale. Jest t y l k o

t a k i c h scen w l i t e r a t u r z e współczesnej nie jest kwostią

śmierć -— goły p r z e r y w n i k . Dlatego też skłonni jesteśmy p y t a n i e

p a d k u . Skoro nasza k u l t u r a nie może już śmierci usensownić,

bohatera

Słowackiego

przypisać

r o m a n t y c z n e m u uniesieniu

to m u s i ją uczynić przypadkową, niekonieczną. T y l k o

przy­
wtedy

pooty, a więc czemuś bądź niepoważnemu, bądź c h o r o b l i w e m u .

p y t a n i e o j e j sens samo nio będzie miało sensu. T y l k o w t e d y

T a k odtłumaczony p r a b l o m z n i k a z obszaru naszych zaintere­

przestanie być groźne. Śmierć t a k przedstawiona nie

sowań, pozostawiając co najwyżej

b y się do n i o j przygotować — skoro jost nagła. N i o u j a w n i a toż

osad n i e p o k o j u , który już

wymaga,

łatwo dajo się zagłuszyć. D o czasu — aż cudza śmierć, bądź

niczego o charakterze naszej egzystencji -

groźba śmierci własnej, nie przerwą naszej obojętności,

ją w o l a innego człowieka, a nie charakter naszoj i s t o t y . Wresz­

zaiste

godnej nieśmiertelnych.

skoro spowodowała

cie — śmierć t a k a niesie ze sobą paradoksalną otuchę.

Г о raz pierwszy uświadomiłem t o sobie g d y — j a k o młody

Cóż b o w i e m w y n i k a z i n f o r m a c j i , że p a n K o w a l s k i wpadł

psycholog — zajmowałem się psychoterapią psychoz. Myślenie

o 17.30 p o d t r a m w a j na rogu Alej i Nowogo Światu, ponosząc

i mówienie o śmiorci, lęk przed nią, jej wszechobecność, nale­

śmierć n a miejscu ? Otóż t o także — a możo przede w s z y s t k i m —

żały do stałego zestawu objawów m o i c h pacjentów i stanowiły

żo g d y b y znalazł się o n t a m minutę wczośniej czy minutę później,

jeden z ważnych wskaźników i c h odmienności, i c h „wariactwa"

g d y b y w ogóle tamtędy nie przochodził, bądź g d y b y t r a m w a j

— w sensie e t y m o l o g i c z n y m tego słowa. N i e pamiętam już j a k

jechał odrobinę szybciej l u b odrobinę wolniej

się nazywał młody chłopak, sehizofrenik, który n a m o j e p y t a ­

żyłby n a d a l . Jego śmierć jest p r z y p a d k i e m , a nio koniecznością.

n i e : „Dlaczogo t a k często myślisz o śmierci?", odparł: „ A dla­

A więc — o ilo u d a n a m się wystrzec przypadków, jesteśmy nie­

czego t y myślisz o niej t a k r z a d k o ? " Właśnie — dlaczego?

śmiertelni. T y m s a m y m znajduje potwierdzonie naszo i n t u i c y j n e

- to Kowalski

Żyjemy w obrębie k u l t u r y p o d wieloma względami bezpre­

przeświadczenie o własnej nieśmiertelności, oparte n a zaufaniu

cedensowej. Jedną z najbardziej niezwykłych j e j cech jest t o ,

do e m p i r i i . Doświadczenie b o w i e m uczy m n i e , że śmierć t o coś,

że n i e \v\ tworzyła ona własnej eschatologii a t a , którą odziedzi­

co zdarza się wyłącznio i n n y m : j a sam wszak jeszcze a n i r a z u

czyła, coraz gorzej przystajo do pozostałych k u l t u r y tej elemen­

nie umarłom...

T

tów. I n n y m i słowy — funkcjonują n a d a l podstawowe elementy
chrześcijańskiej

wizji

życia

pozagrobowego,

chrześcijańskich

rites de passage — locz i c h w y z n a w c y n i e mają już tej n i e w z r u ­
szonej pewności, że rytuały owe są właściwe, a w i z j a — p r a w d z i ­
wa. Treści religijne coraz m n i e j — zdawałoby się —

znajdują

odzwierciedlenia i potwierdzenia w ' i c h życiu. Dlaczego miałoby
być inaczej z i c h śmiercią?

listę

paradoksów

reagowania

długo

jeszcze

możnaby

ciągnąć.

było sobie p r a w o o b y w a t e l s t w a wo współczesnej refleksji n a d
kulturą: śmierć jest w naszej k u l t u r z e nieobecna — stłumiona
bądź z m i s t y f i k o w a n a — podobnie, j a k seks był nieobecny w dzie­
więtnastowiecznej k u l t u r z e mieszczańskiej. Nieobecność t a p r z y ­
biera postać ogromnej

Mało tego. Każda k u l t u r a , j a k t w i e r d z i francuski a n t r o p o l o g ,
L o u i s - V i n c e n t Thomas, jest sposobem

Ową

Potwiordzają ono przeświadczenie, któro o d pewnego czasu zdo­

trafia

się

zamaskowanej

przypadkowo.

Paradoksy,

przepaści, na którą na­
sprzeczności,

nerwowy

n a śmierć.

śmiech — oto reakcja człowieka który nagle w i d z i przepaść t a m ,

Nasza nie w y m y k a się spod tej prawidłowości i , choć j a w n i e

gdzie nie p o w i n n o być niczego. Możnaby się zastanawiać n a d t y m ,

śmierć jest w niej nieobecna, t o zawiera ona przecioż zbiór prze­

czy nie istnieje wspólny powód t a k szczególnego podejścia do

konań na t e m a t i s t o t y śmiorci, t y l e t y l k o , że wyrażony nie

spraw seksu i śmierci właśnie w naszym kręgu

wprost. A b y t o stwiordzić, w y s t a r c z y

Być może część p r z y c z y n leży w t y m , że doświadczenie sek­

przyjrzeć

się treściom

sualno i doświadczenie u m i e r a n i a ujawniają

k u l t u r y masowej w t y m zakresie.
Śmierć nie jest w k u l t u r z e masowej nioobecna t a k , j a k jest
ona nioobecna w naszych rozmowach i rozmyślaniach. Przeciw­
nie — s i a n o w i ona jeden z glównj-ch motywów p o p u l a r n e j po­
wieści czy f i l m u . Istnieją cało g a t u n k i — kryminały, t h r i l l e r y —
zbudowane wokół n i e j j a k o wątku głównego. T y l e

t y l k o , że

jest to śmierć szczególna, nagła i — najczęściej — spowodowana
czyimś a k t e m w o l i . Śmierć przedstawiona w różnych dziełach
k u l t u r y masowej

t o , przede w s z y s t k i m , m o r d e r s t w o , samobój­

stwo, śmierć w w y p a d k u l u b zawał serca. Z a w a l t e n spowodowany

kulturowym.

zasadniczą biolo-

giczność naszej i s t o t y , nasze zakorzenienie w N a t u r z e , nieusu­
walną autotoliczność f i z j o l o g i i . Zauważmy b o w i e m , żo wszelkio
inno przojawy naszej biologiczności — jedzenie, picie, oddycha­
nie, spanie, defekacja i t a k dalej dają się zinstrumentalizować
j a k o czynności niezbędno d l a sprawnego f u n k c j o n o w a n i a ciała,
j a k o w a r u n k i realizacji dalszych celów j a k i e człowiek — właści­
ciel ciała — sobie stawia. J e d y n i e śmierć i seks n i e dają się t a k
zredukować.
Idąc dalej t y m t r o p e m zauważmy, że cała złożona s t r u k t u r a

jest często czyimś działaniom, a więc także śmierć taką można

społecznych i n t e r a k c j i

interpretować j a k o efekt a k t u czyjejś w o l i . I n n e rodzaje śmierci

jest na zasadzie odroczenia nagrody. N i g d y p r a w i e nie jest t a k ,

w o m a w i a n y c h dziełach n i e występują p r a w i e wcale.

że nagrodę społeczną — niezależnie od tego, j a k a jest j o j postać —

Otóż, j a k w y n i k a ze s t a t y s t y k amerykańskich — a n i e m a
p o w o d u sądzić, żo dane polskie bardzo b y się o d n i c h różniły —

wewnątrz której

się obracamy

oparta

o t r z y m u j e się n a t y c h m i a s t p o w y k o n a n i u czynności, za którą
ona przysługuje. N i e p r z y p a d k o w o

t r e n i n g tolerancji n a odro-

17
I

ćzenie n a g r o d y
eoojalizaeji
A
i

jest

jednym

z istotnycłi

elementów

procesu

dziecka.

tymczasem

seks

oferuje

niezmiernie p r z y

tym

atrakcyjną...

gratyfikację
A

natychmiastową

tymczasem

śmierć

wziął i u m a r ł ! " Z a w a r t a w t y m z d a n i u agresja czytelna jest nawet
g d y się n i e słyszy t o n u , w j a k i m było ono wypowiedziane.

No

ostrzega, że n a g r o d y odroczonej można się n i e doczekać... N i c

t a k , b o jeśli m e d y c y n a walczy ze śmiercią, t o człowiek umiera­

więc dziwnego, że t y m dwóm a n a r c h i s t o m k n e b l u j e się usta.

jący staje się... zdrajcą.

Pozostaje n a t o m i a s t do wyjaśnienia f a k t , że — j a k się wydaje —

Niewielu

zapewne lekarzy

zgodziłoby

się z

powyższym.

nie sposób stłumić o b u n a raz. W tłumiącej seks epoce wiktoriań­

A jednak — czymże jest terapeutyczna zażartość, z jaką u t r z y ­

skiej śmierć była wszechobecna.

Dziś — o d w r o t n i e . Mnożą się

m u j e się p r z y życiu l u d z i nieraz po k i l k u śmierciach k l i n i c z n y c h ,

najbardziej n a w e t dosłowne podręczniki ars a m a n d i ; daremnie

j a k n i e w y r a z e m osobistej r y w a l i z a c j i lekarza ze śmiercią, jego

j e d n a k byś szukał t r a k t a t u ars m o r i e n d i .
Zaś podręcznik t a k i wydaje

osobistej z nią w a l k i , w której w o l a pacjenta n i e l i c z y się już

się czymś niezbędnym. Póki

zupełnie ? Zresztą,

sprawę tę można

zanalizować

na

innym

żyjemy, unikając śmierci cudzej i n a w e t myśli o śmierci własnej,

przykładzie — wystarczy przyjrzeć się t e m u , j a k pacjenci u m i e ­

jesteśmy bezpieczni.

rający są — a raczej: n i e są — i n f o r m o w a n i o s w y m stanie.

K o n a n i e kogoś bliskiego, czy zapowiedź

naszego własnego krosu, rozbija jednak t o złudne poczucie i zo­

Także i t u n i e liczy się w o l a samego pacjenta, locz „interes te­

stawia nas bezradnych i przerażonych. Co począć wobec śmierci?

r a p i i " , r o z p a t r y w a n y niezależnie o d n i e j .

J a k się zachować ?

Z badań w y n i k a dość jednoznacznie, że większość pacjentów

N i e u s u w a l n y t r a g i z m śmierci pogłębia d o d a t k o w o f a k t , że

chce móc uzyskać wiarygodną informację o s w y m stanie — jeśli

j e d n o s t k a zostaje z niej w dużym s t o p n i u wywłaszczona. U m i e ­

tego zapragną. W polskiej m e d y c y n i e obowiązuje wszelako zasa­

r a m y najczęściej w s z p i t a l u — w miejscu które nie jest nasze,

da, że pacjenta umierającego wolno informować o jego stanie

i do którego reguł m u s i m y się dostosować. S z p i t a l narzuca n a m

t y l k o w p r z y p a d k a c h wyjątkowych, w pozostałych zaś należy

swój sposób postępowania — b a ! — nawet pozbawia nas wiedzy

uchylać się o d odpowiedzi l u b wręcz kłamać. Co więcej — często

0 t y m , czy śmierć już jest b l i s k a . Otaczają nas ludzie, którzy

k r y t y k u j e się, bezwzględnie j a k o b y obowiązującą n a Zachodzie

szamoczą się między swą rozpaczą a lękiem, między próbą doroś-

zasadę i n f o r m o w a n i a w s z y s t k i c h i w każdej s y t u a c j i , za j e j b r u ­

nięcia do wymogów dokonującego się a k t u , a skłonnością do

talność i antyhumanistyczność.

ucieczki w kłamstwo, chroniące i c h bardziej niż nas. Wreszcie —

Takie postawienie sprawy — albo informować należy wszyst­

umieranie dokonuje się poza k o n t e k s t e m społecznym; t o ostatnie

k i c h , albo nikogo — jest po p r o s t u n i e p o r o z u m i e n i e m . Pacjent

wydarzenie w życiu człowioka pozbawione jest społecznie war­

m a prawo wiedzieć, j a k i jest jego stan, ale m a także p r a w o n i e

tościowanych odniesień. P r z y j r z y j m y

się konsekwencjom

tego

s t a n u rzeczy.

wiedzieć — i t y l k o o n w i n i e n t u decydować. G d y lekarz podej­
m u j e tę decyzję za niego, t y m s a m y m t r a k t u j e sprawę jego u m i e ­

t o hasło

najpełniej

r a n i a j a k o mieszczącą się w obszarze s w y c h k o m p e t e n c j i , j a k o

wyraża istotę dominującej n a d a l ideologii medycznej.

Faktycz­

zagadnienie

„Medycyna

walczy

ze śmiercią" —

czysto medyczne,

techniczne. Zaprzeczony

zostaje

n i e jest t a k , że począwszy o d przełomu połowy ubiegłego w i e k u ,

t y m s a m y m w y m i a r psychologiczny,

n a u k i medyczne kroczą o d sukcesu do sukcesu w dzieło leczenia

f i z y c z n y u m i e r a n i a . Znów jest t y l k o śmierć. N i e m a konania.

1 profilaktyki

większości chorób; s t a t y s t y c z n a długość

wydłużyła się znacznie;

wreszcie

u z n a w a n y c h za nieuleczalne

życia

— szereg stanów uprzednio

obecnie

n i e nastręcza

społeczny, b a ! —

Śmierć jest w r o g i e m lekarza, pacjent zaś — j e d y n i e

meta­

terenem

ich bitwy...

większych

W y d a j e się rzeczą oczywistą, że t r a k t o w a n i e pacjenta j a k o

trudności t e r a p e u t y c z n y c h . I choć te sukcesy w walce z chorobą

osoby w y m a g a , b y t o j e m u pozostawić decyzję, czy i k i e d y m a

są imponujące, t o nie zmienia t o podstawowego

się o n dowiedzieć p r a w d y o s w y m stanie. Jest t o możliwe j e d n a k

jako przeciwnik, musi

f a k t u : śmierć,
zwy­

jedynie w t e d y , g d y między lekarzem a pacjentem wytworzą się

cięstwo. Lekarze wyznający ideologię w a l k i ze śmiercią skazują

stosunki oparte n a zaufaniu i szacunku. Jeżeli j o d n a k pacjent

się n a serię n i e u s t a n n y c h klęsk.

nieuchronnie odnieść ostateczne

jest świadkiem — j a k t o się często zdarza — j a k n a jego szpitalnej

N a t y m j e d n a k n i e koniec. S y t u a c j a pacjenta umierającego

sali umierają i n n i pacjenci, którym lekarz mówił wszak, że w y ­

staje się, w kontekście „walki m e d y c y n y ze śmiercią", mocno

zdrowieją — t o o t a k i c h stosunkach n i e m a m o w y . Przeciwnie —

II.

18
i

dwuznaczna. Jakże często zdarzyło m i się słyszeć z ust lekarzy
t a k i e sformułowanie: „ J a go d w a razy reanimowałem, a o n m i

1. N a d trumną s t o i najbliższa r o d z i n a . G r a b i e , w o j . k r a k o w s k i e , 1931 r .
F o t . w y k . f o t o g r a f K a r a ś z N i e p o ł o m i c , nadesłała Stanisława W i l k

I

pacjent t r a c i zaufanie do swojego lekarza i pozostaje

sam ze

postrzegane

j a k o wiarygodne przez m i l i o n y czytelników c z y l i

s w o i m lękiem. Jego tragiczna bezradność wobec własnego umie­

że spełniają niezwykle istotną rolę, której t r a d y c y j n e eschato­

r a n i a zyskuje jeszcze jeden w y m i a r .

logie nie są już w stanie spełnić w świecie, w którym sankcja

W środowisku s z p i t a l n y m nio sposób uniknąć komunikatów
n a t e m a t zbliżającej się śmierci — t y l e t y l k o , że k o m u n i k a t y
te są maskowane. T a k więc, nagły wzrost czy spadek zaintereso­
w a n i a ze s t r o n y porsonolu często jost konsekwencją

prognozy

jego zgonu w niedalekiej przyszłości. W o b u p r z y p a d k a c h m a m y

n a u k i zastąpiła, w dużym s t o p n i u , sankcję objawienia. Fenomen
Moody'ego stosuje się do p r a w a wyłożonego przez C G . J u n g a w
jego t r a k t a c i e o U F O — ludzie niegdyś w i d z i e l i n a niebie anioły
a teraz — obce s t a t k i kosmiczne. Potrzeba pozostaje
n i o n a ; jej zaspokojenie

niezmie­

zaś przybierać może różne f o r m y .

do czynienia z odreagowaniem przez personel swej bezradności,

Większość pacjentów t e r m i n a l n y c h nie wie j e d n a k n a d a l

czy t o przez nadmierną aktywność (zwłaszcza charakterystyczną

n i c o M o o d y m , zaś księdza wzywać nie chce, gdyż oznaczałoby

d l a personelu niższego, i g d y pacjent był l u b i a n y ) , czy t o przez

t o przyznanie, że śmierć rzeczywiście jest tuż. I n n y c h rozmówców

bierność —

zaś właściwie nie mają; pozostaje więc jedynie samotna w a l k a .

typową d l a lekarzy, przegrywających

swą walkę

ze śmiercią. T e n o s t a t n i sposób zachowania się b y w a często i n ­
I n n y m zbiorem sygnałów są informacje, podpowiadano przez
współpacjentów. I n f o r m a c j o te mogą być — i najczęściej są —
zupełnie fałszywe, w s y t u a c j i j e d n a k g d y pacjent odcięty jest
przez swego lekarza o d źródła i n f o r m a c j i w i a r y g o d n y c h , odgry­
wają pewną rolę. Wreszcie, wskaźnikiem b y w a t u zachowanie się
odwiedzających pacjenta jego najbliższych. W polskiej p r a k t y c e
medycznej przyjęte jest i n f o r m o w a n i e r o d z i n y o stanie chorego,
z równoczesnym zakazem i n f o r m o w a n i a go o t y m — d l a jego
dobra. O w a niewypowiedziana wiedza ciąży n a d odwiedzającymi,
sprawia, że zaczynają o n i unikać rozmów n a t e m a t jego s t a n u
l u b — przeciwnie — ujawniają nieoczekiwany o p t y m i z m . Pacjent
odczuwa zmianę, lecz n i e jost w stanie dowiedzieć się o j o j p r z y ­
czynia. W i e t y l k o , żo k o n t a k t z n i m staje się d l a najbliższych
trudniejszy.
pacjent, są więc różnorodne i niepewne. W s z y s t k i e j e d n a k wiążą
się z osłabieniem jego k o n t a k t u z i n n y m i ludźmi, z u t r u d n i e n i e m
k o m u n i k a c j i . Pacjent nie wie, j a k a jest tego p r z y c z y n a — choć
może, w b r e w sobie, domyślać się j e j . T o , czego doświadcza n a
poziomio społecznym, zbliżone jost do odrzucenia. N a poziomie


bezradność. N a poziomie

metafizycznym

wreszcie — niopowność i lęk. E m o c j a m i t y m i n i e m a się on z re­
guły z k i m dzielić — d l a większości jego p o t e n c j a l n y c h rozmów­
ców są one równio zagrażająco. Ze swą niewypowiedzianą śmiercią
pacjent pozostaje

więc sam.

N i e p o w i n n a więc dziwić ogromna popularność książek
R a y m u n d a Moody'ego, który w Życiu po życiu i
Heflcksjach
o życiu po życiu przedstawił eschatologię obdarzoną sankcją
naukową. N i o m a sensu, w t y m miejscu, dyskutować n a t e m a t
naukowej wiarygodności prac Moody'ego. W y s t a r c z y , że są

tę zawdzięczamy w

dużym

s t o p n i u p i o n i e r s k i m p r a c o m E l i s a b e t h Kubler-Ross. F a k t , że
psychologia zaczęła badać śmierć wzbudza j e d n a k a m b i w a l e n t n e
uczucia. Z jednej b o w i e m s t r o n y jest t o w y r a z e m zainteresowania
psychologii p o d s t a w o w y m i p r o b l e m a m i l u d z k i e j k o n d y c j i , nie­
zależnie o d — w t y m w y p a d k u o g r o m n y c h — trudności meto­
dologicznych, j a k i e wzbudza i c h badanie. Z drugiej j e d n a k nie
sposób n i e zauważyć, że t y m s a m y m umieranie staje się domeną
k o l e j n y c h speejalistów, po lekarzach i przedsiębiorcach pogrze­
b o w y c h . N i e w y k l u c z o n y m wydaje

się t a k i rozwój

wypadków

który s p r a w i , że n a t e m a t śmiorci n i e będzie można wypowiadać
się nie posiadając solidnego zaplecza naukowego, zaś samo zja­
wisko uznawane będzie za szczególny rodzaj stresu, budzącego
reakcje psychologiczne. Już b o w i e m wygłasza się, na zjazdach
t o w a r z y s t w p s y c h i a t r y c z n y c h , referaty n a t e m a t
żałoby, już w z y w a

Sygnały, j a k i o w związku ze s w o i m u m i e r a n i e m odbiera

psychologicznym

W psychologii w i a d o m o już trochę o psychologicznej d y n a ­
mice procesu u m i e r a n i a . Wiedzę

t e r p r e t o w a n y przez pacjentów j a k o odrzucenie.

umierających

Psychopatologii

się psychiatrów, b y m o d y f i k o w a l i

w k i e r u n k u pożądanym przoz

reakcje

i c h lokarzy. T o j

ostatniej sprawie poświęcimy poniżej nieco u w a g i .
E l i s a b e t h Kubler-Ross jest autorką znanej koncepcji w myśl
której

większość

umierających

przechodzi

przez

kolejne,

wyraźnie różniące się między sobą stadia r e a k c j i psychologicz­
n y c h , o d m o m e n t u dowiedzenia

się, w t e n czy i n n y sposób,

o t y m , że niebawem umrę — aż p o zgon. Stadia te, t o k o l e j n o :
zaprzeczenie, agresja, targowanie się, rezygnacja

i akceptacja.

W a r t o pamiętać, że występują one w sposób c z y t e l n y j e d y n i e
u osób, które nie doświadczają ostrego chronicznego bólu, bądź
u których ból t e n jest p o d skuteczną kontrolą farmakologiczną.
W a r t o także zauważyć, że u poszczególnych osób kolejność sta­
diów może być różna, niektóre stadia mogą nie wystąpić wcale,
bądź też występować p o k i l k a razy. B a d a n i a k l i n i c z n e j e d n a k
świadczą o t y m , że model t e n jest o d p o w i e d n i w z n a k o m i t e j
większości przypadków.

I I . 2. P o g r z e b A n d r z e j a Wąsika, 1940 r . F o t . nadesłała Elżbieta F i l i p e k z L u b l i n a

19

N i e będziemy t u przedstawiać treści poszczególnych stadiów.

t u r y , m i m o l i c z n y c h i różnorodnych zafałszowali, j a k i m i konanie,

Książki Kubler-Ross znane są w Polsce, i do n i c h odsyłam Czy­

i śmierć zostały poddane. Ocalała w ,,ludowej t a n a t o p s y c h o l o g i i "

t e l n i k a . W a r t o jodnak zastanowić się n a d k i l k o m a szczegółowymi

Moody'ogo,

t r a k t o w a n e j t u j a k o przykład pewnej

sprawami.

kulturowoj;

ocalała także w samej

W y d a j e się, że opisana przez amerykańską lekarkę d y n a m i k a
— o d zaprzeczania
akceptację

prawdziwości i n f o r m a c j i o zagrożeniu, po

samego zagrożenia —

jest c h a r a k t e r y s t y c z n a nie

możliwości

naturze u m i e r a n i a , stwa­

rzającej szansę na dokonanio żywota w zgodzie ze sobą i światem.
Jednakże, choćby nawet zniknęły opisane powyżej

przeszkody

i b a r i e r y , t o szansa t a pozostałaby szansą t y l k o , a równic byłaby

t y l k o d l a u m i e r a n i a , lecz generalnie d l a w s z y s t k i c h procesów go­

daleką o d spełnienia. J a k k o l w i e k b y t o b o w i e m dziwacznio n i e

dzenia się z nieuchronną stratą. Potwierdzają to badania n a d

brzmiało, u m i e r a m y zawsze komuś. B y konanie miało sens, t o n

ludźmi tracącymi w z r o k , a także niektóre kazuistyczne dane n a

ktoś m u s i pozostać z n a m i w nieobojętnym dialogu.

t e m a t zachowania się przyszłych samobójców przed p l a n o w a n y m

Naturalnym

targnięciem się n a własne życie. Więcej — w p o d o b n y sposób

r o d z i n a , przyjaciele.

zdajemy

X I X - w i e c z n e j powieści. Jakże często n a j e j k a r t a c h można było

się reagować n a stratę psychologiczną czy społoczną.

Opisane przez Kubler-Ross stadia znakomicie oddają

przebieg

„rozmówcą"

umierającego

byli

jego

bliscy,

Znów pragnę się odwołać do przykładu

spotkać scenę u m i e r a n i a jakiegoś godnego starca, głowy r o d u .

godzenia się z utratą czyjejś miłości. Ów w y m i a r ogólności sta­

Leżał

n o w i d o d a t k o w e potwierdzenie wartości tego m o d e l u .

w napięciu na jogo słowa. Napięcie t o zaś wynikało nie t y l k o

Z drugiej s t r o n y , w a r t o zauważyć żo, m i m o pewnej różno­

na swym

łożu

otoczony

najbliższymi,

wyczekującymi

z tego, że umierający mógł rozdysponować swój majątek między

rodności i c h występowania u różnych l u d z i , stadia w tej k o l e j ­

zgromadzonych. Jogo podstaw'a leżała głębiej, w — być może

ności, w j a k i e j opisała je badaczka, wynikają z siebie w sposób

nie w pełni uświadamianej — stracie, jaką ponosiła cała grupa.

logiczny i kolejno się warunkują. T a k więc można się spodziewać,

Razom

że w-ystąpienie

całe jogo życiowo doświadczenie, s u m m a wiedzy,

s t a d i u m akceptacji

możliwe

jest

dopiero

po

z t y m starcem umierało przecież, ginęło

bezpowrotnie
przekonań,

w y c z e r p a n i u się m o t y w a c j i do agresji czy rezygnacji ze stadiów

mądrości zgromadzonych

i doskonalonych przez dziesięciolecia

wcześniejszych. Jeżeli t a k jest, to wszelka interwencja w psycho­

życia w świecie, który przecież był zasadniczo t a k i sam j a k świat

logiczne funkcjonowanie umierającego byłaby niewskazana.

t y c h , którzy pozostawali p r z y życiu. T a bezcenna wiedza ginęła;

się inaczej. P s y c h i a t r a — k o n s u l t a n t

słowa, j a k i e starzec wypowiadał n a łożu śmierci miały być jej

jodnego z w i e l k i c h warszawskich s z p i t a l i opowiadał m i , że do

podsumowaniem i przez t o były podwójnio cenne i ważne. Takżo

l u d z i umierających jest w z y w a n y z reguły po t o , b y n a życzenie

i d l a umierającego, sądzić można, oczekiwanio to było znaczące.

Tymczasem

dzieje

ich l e k a r z y farmakologicznie osłabiać i c h agresję bądź w y d o b y ­

Oto jego śmierć n i o była już j o d n o s t k o w y m i p r z y p a d k o w y m

wać i c h z rezygnacji. W o b u w y p a d k a c h m a m y do czynienia

przerwaniem ciągu b a n a l n y c h zdarzeń. Nabierała w y m i a r u ogół-

z k o n f l i k t e m między interesami personolu a p a c j e n t a : w t y m

nogo, stawała się w y d a r z e n i o m i s t o t n y m d l a i n n y c h l u d z i . Świa­

d r u g i m j e d n a k m a m y do czynionia ze szczególnym lekeeważoniem

domość t a k a , j a k sądzę, ułatwiała akceptację śmiorci i ułatwiała

p r a w tego ostatniego. Jeśli b o w i e m agresywność pacjenta jest

uczonio się k o n a n i a .

zapewno poważnym u t r u d n i e n i e m w życiu oddziału i , być może,
powinna

dla ogólnego

d o b r a być spacyfikowana,

to

pacjent

w fazie rezygnacji n i e w a d z i n i k o m u . Przeciwnie — jest b i o r n y ,
obojętny, w y c o f a n y z otaczającego go świata. Lekarze są zdania,
żo pacjent t a k i utracił wolę w a l k i z chorobą i nie współpracuje
w t e r a p i i ; jest t o zapewne p r a w d a . I s t o t n e jest j e d n a k p r z y c z y n a ,
dla której t a k się dzieje.

Opisałem wcześniej liczne b a r i e r y k o m u n i k a c y j n e , pojawia­
jące się dziś między umierającym a pozostającymi p r z y życiu.
Zapewne nie n a j m n i o j ważną z n i c h jest t o , że s y t u a c j a t a k a
j a k t a , zapewne dziś n i o mogłaby mieć miejsce. I mniejsza już,
że w y m a g a ona sceny, n a której umierający byłby głównym pod­
m i o t e m , a n i e j e d n y m z przedmiotów, j a k dzieje się to n a szpital­
nej sali. Ważniejsze jest, że t r u d n o sobie wyobrazić, co u m i e r a ­

G d y zacząłem pracować j a k o psycholog w s z p i t a l u ogólnym,

jący dziadek miałby dziś do powiodzenia swemu dorosłemu w n u ­

jedną z m o i c h pacjentek była sześćdziesięcioletnia prawie kobieta,

k o w i . J a k i o treści miałby m u przokazać, b y obaj m i o l i pewność,

umierająca

że są one znaczące? Jaką wiedzę objawić, skoro jest t o wiedza

z p o w o d u nieuleczalnego

n o w o t w o r u , i świadoma

swego stanu. Skierował m n i o do nioj j e j lekarz

prowadzący,

uskarżając się n a jej apatię i bierność. N a moje

nieporadne

sam ze s w y m przeświadczeniem, że bagaż doświadczeń całego

próby nawiązania z nią k o n t a k t u i poprawienia j e j n a s t r o j u ,

jogo życia jego w n u k o w i jest niepotrzebny, skoro świat, w którym

odpowiedziała nieoczekiwanie p y t a n i e m :

żyje w n u k , jest t a k i n n y o d dziadkowogo świata. S t a r y człowiek

z innego, umierającego świata ? Umierający s t a r y człowiek jest

— Czy umarł p a n u kiedyś ktoś b l i s k i ?

umrze nie wiodząc, że jest w błędzie, a g d y w n u k o d k r y j e to

— Tak... — odpowiedziałem

samo, toż będzie już za późno.

zaskoczony

— I co p a n w t o d y czuł? — pytała d a l e j
— No... s m u t e k , żal, ból, byłem otępiały,
— No

zobojętniały...

w i d z i p a n . T a k p a n zareagował n a śmierć

jednej

osoby. A m n i e u m i e r a cały świat. C h y b a m a m prawo być s m u t n a ?
Sprawa t a wydaje się kluczowa. B y możliwą była akceptacja
własnego odejścia, b y można było skonać przed śmiercią, trzeba
b y umierający rozluźnił i zerwał więzy, łączące go ze światem
żywych. Niegdyś n a to właśnie nastawione były wszystkie r y ­
tuały przejścia związane z u m i e r a n i e m . I c h celem było ułatwienie

Gdzież więc wasza mądrość ? — spytałby Z o r i a n .
W H o s p i c j u m p o d wezwaniom Św. K r z y s z t o f a p o d L o n d y ­
n e m , n a ścianie w i s i obraz, n a m a l o w a n y przez jednogo z pacjen­
tów n a krótko przed śmiercią. Przedstawia spokojne, l e k k o f a l u ­
jące morze. N a p i e r w s z y m planie widać kawałek brzegu a w głębi,
p r a w i e n a l i n i i h o r y z o n t u , odpływającą coraz dałej małą

łódkę

z biabym żaglem. N a pokładzie samotna postać l u d z k a spogląda
k u otwartemu morzu.

świat.

T e n sam pacjent, w k i l k a d n i p o przyjęciu go do H o s p i c j u m ,

p r z y t r z y m u j e umiorającogo w świecie żywych,

które jest ośrodkiem t e r a p i i chronicznego bólu, narysował był

j e d y n y m j a k i istnieje. Stąd rozpaczliwa, z góry skazana n a klęskę

r y s u n e k , przedstawiający człowieka z powykręcanymi członkami,

odejścia umiorającogo
Dziś wszystko

na t a m t e m , lepszy

i ważniejszy

w a l k a , jaką i m każe się ze śmiercią toczyć. Stąd i c h samotność —

wgniecionego

bo n i k t n i e chce słyszeć i c h rozpaczy. Stąd i c h odrzucenie — bo

łóżka. Jego ręce w m o d l i t e w n y m geście wyciągają się w stronę

podejrzewa się, i słusznie, że mogą chcieć przejść n a stronę wroga

ogromnej s t r z y k a w k i ze środkiem przeciwbólowym.

— śmierci.
T a k więc wydaje

przytłaczającą

siłą w materac swego

szpitalnego

Jeżeli będziemy u m i e l i przejść drogę o d tego r y s u n k u do
się, że „mądrość, która przed śmiercią

skonać b y uczyła" n i e została całkowicie w y p a r t a z naszej k u l ­

tego obrazu, i jeżeli będziemy m i e l i d l a kogo obraz t a k i nama­
lować — w t e d y będziemy u m i o l i odpowiodzieć Z o r i a n o w i .

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.