e4e581c653acbf1d812a619379072715.pdf

Media

Part of Etnolog w podróży (3). Ludzie tajgi, ludzie rena, ludzie... / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2002, t.56, z.3-4

extracted text
E T N O L O G W PODRÓŻY

JERZY

S.

an Nuur, ku granicy z Rosją, a ściśle z południowosyberyjską Tuwą. Ta ziemia nosiła niegdyś nazwę Kraju
Urianchajskiego. Była obszarem rywalizacji Rosji
i Chin na tym odcinku ich wielkiej gry o hegemonię
w Azji, gdzie szło o przeciągnięcie Mongolii z osi azja­
tyckiej na europejską. Granice nigdy nie były tu jasne
— stąd m.in. wzięła się wielość mylących nazw, nada­
wanym mieszkańcom leśno-stepowego pogranicza
przez Mongołów, Rosjan i Chińczyków: Urianchaj,
Sojot, Tuwa (w miejscowej wymowie Tucha), Ujgur,
Caatan. Właśnie pod tą ostatnią, mongolską nazwą,
oznaczającą „ludzi rena", są dziś najlepiej znani, choć
sami przyjmują ją niechętnie. Caatanowie nie są bo­
wiem ludem mongolskim, lecz tureckim: to rodowici
Tuwijczycy, którzy ze swej ojczyzny uciekli do Mongo­
lii całkiem niedawno, bo dopiero przed półwiekiem.

(3)

WASILEWSKI

Etnolog w podróży
Ludzie tajgi,
ludzie rena, ludzie...

i.
„... W szamańskiej jurcie panuje mrok. Jakaś skulona
postać - może to żona, a może miody pomocnik szamana
— trzyma ponad stłumionymi płomieniami ogniska masyw­
ny krąg jego bębna. On sam siedzi nieco w głębi, za sobą
mając figurki bóstw domowego ołtarzyka. Oczy przy­
mknięte, (...) słychać ciche mruczenie modlitwy. Nagle
podnosi się, chwyta bęben, uderza weń na próbę - nie,
dźwięk nie jest jeszcze odpowiednio donośny, cały dzień
padał deszcz i skóra na obręczy zupełnie zwiłgotniała, trze­
ba ją długo suszyć. Siedzący po obu stronach obserwują go
w napięciu..."'.
Kiedy przed ćwierćwieczem tymi słowami zaczyna­
łem swoje studium szamanizmu, nie miałem nadziei, że
scenę taką zobaczę kiedyś na własne oczy. Za dużo
zmieniło się od czasów Feliksa Kona i innych autorów
z przełomu XIX i XX wieku, na relacjach których opie­
rałem swe opisy. W syberyjsko-mongolskim pasie tajgi
i stepu pojawił się system, który zmtótł albo zmodyfiko­
wał archaiczne sposoby bytowania, zamieniał szałasy,
namioty i jurty na drewniane baraki i domki, pasterzy
przerabiał na kolchoźników-traktorzystów, a szamanów
likwidował. Tymczasem na początku X X I wieku po­
wtarza się przed moimi oczami prastary obraz: szamań­
ski seans, odbywający się w ciasnym szałasie dla grupki
pasterzy. Szaman wygląda tak samo jak wtedy: ma
identyczny kostium, tak samo kiwa się i mruczy, po­
dobnie na początku jego córka dosusza nad ogniem bę­
ben - bo dzisiaj padało tak samo jak wtedy; nic dziw­
nego, Sajany Wschodnie to góry, w których stale pada.
Tuwijczycy-Caatanowie z północnej Mongolii zato­
czyli pełny krąg - powrócili do wypasu reniferów, do
życia w jurtach i szałasach, a także do szamanizmu.
Jesteśmy na obrzeżach Kotliny Darchackiej, która
zawsze nosiła miano krainy szamanów. Przepływa tu
rzeka Sziszchid, która dalej będzie się nazywać Jenisej
- to już prawie koniec świata, a my pojedziemy konno
jeszcze dalej, na północ od ostatniej stałej osady Cagai

Mało kto pamięta, że do 1944 roku istniało takie
państwo jak Republika Tuwy — pseudoniepodległy bu­
for między ZSRR a Mongolią - będące poniekąd ob­
szarem interesów dwóch dalekowschodnich konku­
rentów, Chin i Japonii. Niepodległość to była zaiste
symboliczna - sprowadzała się do własnych znaczków
pocztowych (trójkąty i romby, przedstawiające paste­
rzy i dojarki przy owcach, krowach i wielbłądach).
Kiedy pod koniec wojny Stalin ostatecznie przyłączył
Tuwę do ZSRR, zaczął się głód i wcielenia do armii.
Pasterze ze znaczków zaczęli uciekać przez granicę,
a najłatwiej było to zrobić małym grupkom hodowców
reniferów, którzy już wcześniej penetrowali górskie po­
granicze.
Po paru latach przymusowych powrotów i powta­
rzanych ucieczek kilkuset Tuwijczykom pozwolono zo­
stać w Mongolii, w 1956 roku przyznano obywatel­
stwo, a później rozpoczęto politykę adaptacji, która
przerodziła się w akulturację czy wręcz asymilację. Ko­
czowniczych pasterzy osiedlono, część z nich przemie­
niono w rybaków i pracowników technicznych kombi­
natu rybnego, przy czym warto przypomnieć, że ani
oni, ani Mongołowie w zasadzie nie łowili i nie jedli
dotąd ryb.
Leśna kultura była czymś wstydliwym dla postępo­
wej władzy, a już szczególnym kamieniem obrazy był dla
niej pierwotny szamanizm. Pewnie dlatego niechętnie
pozwalano cudzoziemskim badaczom odwiedzać te
okolice, czego sami doświadczyliśmy, przyjeżdżając tu
z ekspedycją PAN przed ćwierćwieczem. Wygoniły nas
oskarżenia, że jesteśmy agentami wywiadu pracującymi
za japońskie pieniądze i podejrzliwość stróżów, widzą­
cych nas w nocy przy świecach - najwidoczniej w ukry­
ciu wywoływaliśmy szpiegowskie negatywy filmowe.
Wydarzenia lat 90. zmieniły nie do poznania men­
talność lokalnych decydentów. Ten przygraniczny ob­
szar otworzył się nie tylko dla badaczy i turystów, ale
dla wszystkich fortunnych i niefortunnych konsekwen­
cji przeobrażeń systemowych. Kombinat rybny naresz­
cie zbankrutował (skoro nikt nie jadł ryb), kołchoz re­
niferowy rozwiązano, zdążywszy przed prywatyzacją

60

jerzy S. Wasilewski * E T N O L O G W PODRÓŻY

Jeny S. W a s i l e w s k i • E T N O L O G W P O D R Ó Ż Y

6. Sujaan w seansie szamańskim. Fot L e c h Mróz
7. N a wpół n i e w i d o m a C e n d wróży z 41 k a m i e n i .
Fot. Lech Mróz
8. Początek szamańskiego seansu. G a n d z o r i g przed
wyobrażeniami d u c h ó w opiekuńczych.
Fot. Jerzy S. Wasilewski

62

Jerzy S. Wasilewski • E T N O L O G W PODRÓŻY

wyrżnąć więcej niż połowę stada, znikły środki na dofi­
nansowanie hodowli, na budowę domów i zagród, na
pomoc weterynaryjną, na szkolnictwo.
W tych warunkach zaczyna się nieuchronny regres
do tradycji jako jedynej możliwej formy przetrwania.
Do życia znów muszą wystarczyć kryte podziurawio­
nym brezentem szałasy, niewielkie - po 20-40 sztuk na
rodzinę - stada reniferów, skromne produkty tajgi ja­
ko dodatkowe źródło utrzymania. I ledwie zachowane
szczątki własnej kultury - tradycji, duchowości, sza­
manizmu.

2.
W mroku szałasu, tuż przed północą, czekamy na
początek seansu. Niespełna 50-letni Gandzorig to naj­
młodszy wiekiem i stażem, ale i najaktywniejszy
z czwórki caatańskich szamanów. Powoli rozkłada
strój, buty z nogawicami, opaskę z czarnymi piórami.
Wszystko wygląda jak na dawnych rycinach, choć spo­
rządzone zostało dopiero przed trzema laty: rzeczy
przechowywane są we wnętrzu dużego, głębokiego
bębna (badacz nie może nie zauważyć z satysfakcją, że
to typ prawidłowo „południowosajański" wg klasyfika­
cji Prokofiewej), strój z przodu imituje zbroję (poziome
paski napierśnika), z tyłu obwieszony jest długimi
wstążkami, z wyróżniającym się grubym wężem. Asy­
stująca w całym seansie córka musi jeszcze poprzyszywać ostatnie żelazne przywieszki, które za każdym ra­
zem przed seansem trzeba z niewiadomych powodów
zamocować na nowo. Na honorowym miejscu, na­
przeciw wejścia, rozwiesza półmetrowy pas, obwieszo­
ny szmatkami i figurkami z materiału i skórek. To sza­
mańskie świętości - ongony. Przygotował je starszy
brat szamana Gost, sam do niedawna regularnie prak­
tykujący; spotkanie z tą znakomitością miejscowego
szamanizmu odłóżmy na później.
Dochodzi północ. Córka zapala świeczkę i ustawia
ja za zasłoną łóżka, co daje znakomity efekt scenogra­
ficzny. Zapada cisza, wszystkich ogarnia nastrój sku­
pienia. Oprócz nas jest para młodych małżonków, któ­
ra po cichu, w języku tuwijskim wyjaśnia powód swo­
jego przybycia - zgadujemy, że chodzi o ich bezdzietność. Teraz ja powinienem przedstawić nasze życzenie
- proszę, by udał się nam pobyt tu, byśmy pracowali
z powodzeniem i pomyślnie wrócili do domu. Czuję się
jak kolejny numer w długim szeregu europejskich ba­
daczy Syberii, podróżników, zesłańców, którzy tak sa­
mo wyrażoną motywacją musieli maskować czczą cie­
kawość, która przywiodła ich tam, gdzie odbędzie się
szamańskie misterium.

renów. Oprócz mąki, ryżu, konserw i herbaty w ce­
głach są jeszcze podarunki: latarki, świece, liny do
wiązania renów, a przydałoby się też więcej lekarstw,
buty dla dzieci, brezent na pokrycie szałasów...
Jest październik, trzytysięczniki Sajanów na hory­
zoncie pokrył już śnieg, a temperatury — zwłaszcza no­
cą - są mocno ujemne. Konie płoszą się stąpając po
zlodzonych strumieniach, ale za to nie grzęzną
w „czarnej wodzie", która latem utrudnia poruszanie
się po tajdze. Z pokonywanych żmudnie przełęczy roz­
ciągają się widoki na zastygły, zamrożony pejzaż. A n i
śladu człowieka - kilometry pożółkłej modrzewiowej
tajgi, pokrywającej kopulaste szczyty i rozległe pustacie suchych, trawiastych dolin. Nawet meteoryt tun­
guski nie zrobiłby tu wrażenia.
Tajga ma jeszcze jeden kolor - czarny. To nie tylko
efekt naturalnego czernienia kory modrzewia, nazywa­
nego tu trafnie „czarnym drzewem". W wielu miej­
scach widać martwe pogorzeliska - ślady po lokalnych
pożarach od pioruna. Nasi przewodnicy wzorowo za­
bezpieczają pozostałości po ognisku, starannie okłada­
jąc je taflami lodu z zamarzniętego strumienia. Nic
dziwnego - do walki z pożarem jest tu tylko jeden śro­
dek: zamawia się interwencję człowieka, który posiada
magiczny kamień dzada, a jego wystawienie na powie­
trze sprowadza natychmiast deszcz. Szczególny to
przedmiot - pochodzi z żołądka jelenia, jest więc spetryfikowaną kulką zlizywanej sierści, zupełnie jak cza­
rodziejski kamień bezoar w średniowiecznej tradycji
europejskiej.
Skądinąd, za magiczną akcję przeciwpożarową pła­
cą łokalne władze.
Z rzadka napotykamy znaki ludzkiej obecności:
owon — sterta gałęzi z owiniętymi pasemkami włosów,
wyrwanych z grzywy konia albo rena i śladami drob­
nych ofiar dla duchów tych miejsc; chadag - niebieska
szarfa zawieszona na gałęzi na znak, że gdzieś w pobli­
żu zostały złożone na ziemi ludzkie zwłoki; końska
czaszka przybita do drzewa, by nadal rodziły się dobre
wierzchowce.
Tu i ówdzie widać, że niektóre szamanistyczne
praktyki i wierzenia trwają nadal. Mijamy drzewa sza­
mańskie, obwieszone wstążkami, przed które przycho­
dzą z ofiarą ci, którzy mieli szamana w rodzinie. Widzi­
my renifery z kolorowymi wstążkami u szyi: to zwierzę­
ta poświęcone, wyłączone z najcięższej eksploatacji,
których nie wołno dosiadać kobietom. Wstążki - takie
same jak te, które wiszą na honorowym miejscu w sza­
łasie, jako domowe świętości - są siedliskiem duchów
opiekuńczych rodziny, a reny są ich nosicielami.
Napotykamy na swej drodze samotnego jeźdźca
z niewielkim ładunkiem. Wygląda dziwnie, jakby prze­
nosił się tylko z częścią swego majątku. Wyjaśni się to,
kiedy dotrzemy do obozu, z którego wyjechał. Wszyscy
szykują się do jutrzejszych wspólnych przenosin na no­
we miejsce, w pobliże zimowych pastwisk. Dzień przekoczowania musi być astrologicznie pomyślny dla

3.
W drogę po krainie Caatanów wyruszyliśmy
w osiem koni: nasza czwórka (po dwóch badaczy pol­
skich i mongolskich), dwóch przewodników i dwa ko­
nie juczne, obładowane jedzeniem dla nas i dla na­
szych gospodarzy, tak by nie zmuszać ich do zabijania
63

Jerzy S. Wasilewski • E T N O L O G W PODRÓŻY

wszystkich - niełatwo go ustalić dla kilkunastu rodzin
tego obozu. Prawie to się udaje, ale dla jednej rodziny
jest to wciąż dzień niedobry. Pozostaje tylko rozwiąza­
nie magiczne: trzeba innego dnia upozorować wyjazd,
wysyłając przedstawiciela, a wtedy resztę rodziny moż­
na będzie niby nigdy nic przyłączyć do pozostałych.
Będziemy tu nocować. Jak zawsze gdy mieszkamy
w czyimś szałasie, nie wolno nam wrzucić do ognia ani
kawałka papieru - byłaby to obraza domowego ogni­
ska, powodująca u wszystkich wysypkę na twarzy. Mo­
żemy tylko bezradnie patrzeć, jak gospodynie wyrzuca­
ją na zewnątrz nasze czyste opakowania, które bez śla­
du spłonęłyby w ogniu. Tym przykrzejszy to widok, że
w tych surowych warunkach będą zaśmiecać tajgę
przez długie lata. Nieprzezwyciężalny konflikt postaw,
racji i wartości Wschodu i Zachodu - równie może
uzasadnionych, ale wzajemnie się wykluczających.
A gdy wreszcie kładziemy się spać, gospodarz zdej­
muje ze ściany ongony - wstążki, małe futerka, żelazne
przywieszki i figurki. Tłumaczy, że to dlatego, by duchy
nie męczyły nas nocą, powodując złe sny.

4.
Gandzorig nakłada kostium, okurzając każdą jego
część tlącą się gałązką wonnej tui (arc) i samemu wdy­
chając dym. Próbuje bębna, najpierw cicho, spokoj­
nie, twarzą do ognia pośrodku, a potem - odwróciwszy
się tyłem do nas - zwraca się ku ongonom. Stojąc prze­
ważnie w tej pozycji będzie tańczył przez kilka godzin
seansu.
Po kilku - sześciu, ośmiu - wstępnych minutach za­
czynają się regularne uderzenia w bęben. Dwa rytmy
będą rozbrzmiewać praktycznie bez przerwy, na prze­
mian, w długich sekwencjach: szybkie serie jednostaj­
nych uderzeń, po 160-180 na minutę - typowy transowy
rytm szamański - oraz rytm parzysty: podwójne ude­
rzenia, naśladujące tętent konia. I tak niezmordowa­
nie przez ponad dwie godziny - kiedy ręka zmęczy się
uderzeniami w jednym rytmie, Gandzorig przechodzi
na drugie tempo. Nuci coś cicho, głosem zmienionym,
nienaturalnie płaczliwym. Słowa są nieczytelne, a on
sam nazajutrz nie będzie nam mógł ani chciał nic wy­
jaśnić. Czasem pokrzykuje, kuli się, zagarniającymi ru­
chami łapie coś do otwartego z jednej strony bębna.
Świszczy i chrapie, jakby leciał w powietrzu jako ptak
i rumak zarazem. Ten pozaziemski lot oddaje też bie­
giem w miejscu, dynamicznymi poruszeniami ciała,
skokami obunóż. Po kwadransie od wejścia w trans
przysiada na mniej niż minutę, a córka podaje mu faj­
kę. Podczas następnych króciutkich przerw, w takich
samych odstępach, łyknie herbaty albo zaciągnie się
papierosem.

się i kręcąc szybko tułowiem w obie strony nie zacze­
pił długimi wstęgami o rurę komina. O n sam nie kon­
troluje swych ruchów, bo wstępuje w niego najwyższy
ongon, o którym wiadomo tylko to, że jest kobietą.
Jeden z widzów przywiązuje szamanowi do pleców
białą wstęgę - cha&ag, dar mający zjednać życzliwość
ongona. Może teraz odbędzie się rozmowa z duchem,
z której wyniknie wróżba dla zgromadzonych? Nie,
Gandzorig rzadko odwołuje się do tego sposobu. Prze­
ważnie wróży z położenia rzuconej kołatki do bębna.
Rzuca ją każdemu ze zgromadzonych dwukrotnie: za
pierwszym razem trzeba ją złapać w dłonie i oddać,
mówiąc „wróżba!" (torog!) i kierując uchwyt w jego
stronę; za drugim - nie dotykając, złapać w podołek
ubioru, a on spojrzawszy na ułożenie pałki w dłuższych
słowach zapewnia o pomyślnym wyniku.
Ongon opuszcza ciało szamana, a jednocześnie koń­
czy się lot jego duszy. Obecni komentują, że teraz sza­
man „schodzi na ziemię". Powoli uspokaja się, sam
zdejmuje strój, choć mocno się przy tym zatacza. Jeden
z mężczyzn zrobi mu krótki masaż, a syn wyprowadza
go - rozebranego i rozgrzanego - na dwór, skąd wróci
po paru minutach zupełnie odświeżony. Mówi, że nie
chciał nas — cudzoziemców - męczyć zbyt długim sean­
sem, który może trwać pięć godzin. Kiedy odchodzimy
do swojego namiotu, jest prawie trzecia nad ranem.

5.
Dzień w szałasie zaczyna się zawsze tak samo - od
przygotowania herbaty. Także i dziś budzi nas znajomy
stukot: gospodyni zdziera stalowym dłutem sprasowa­
ne na cegłę liście, trzymane w skórzanym worku, po­
tem rozbija je na proszek w drewnianej stępce. Roz­
grzewamy się nią, przemarznięci mimo ciepłych śpiwo­
rów i słuchamy, co mówią gospodarze: a to że dzieciom
było w nocy tak gorąco, że wyszły spać na zewnątrz, na
ziemi, a to że oni sami nigdy nie potrafiliby zasnąć
w łóżku, w izbie, w mieście. No i że trzeba zabierać się
do uboju.
Zabijanie renifera zaczyna się od uwiązania psów.
Mała, ledwie pięcioletnia Budzeń o wiecznie zdziwio­
nej twarzy i jej starszy brat przywiązują do drzew parę
kudłaczy, jeszcze pokrytych porannym szronem, żeby
nie przeszkadzały. Gospodarz odprowadził już wybraną
sztukę kilka metrów od stada. Ma ze sobą siekierę
i długi bagnet własnej roboty - nieforemny kawałek że­
laza w drewnianej pochwie. Posyła jeszcze córeczkę po
swój przyboczny nóż, ten z przywieszką z kła dzika, któ­
ry zawsze nosi u pasa, a teraz niby to przez zapomnie­
nie zostawił w szałasie. Kiedy mała z nim wróci, będzie
już po wszystkim. Uderzony obuchem topora w głowę
ren zwali się na ziemię, by dostać bagnetem w szyję głę­
bokie pchnięcie, skierowane w stronę serca. Leżąc na
boku kopie nogami, naciskany stopniowo od zadu
przez chłopaka, a ciemna, gęsta krew spływa do misy.

Mija sporo ponad pół godziny niezmordowanego
tańca, szaman wyraźnie traci panowanie nad ruchami;
zaraz upadnie na plecy, ale siedzący nieopodal męż­
czyźni złapią go, ratując przed potłuczeniem o żelazo
piecyka. Teraz, trzeba szczególnie uważać, by miotając

Mała patrzy, jak obaj mężczyźni rozrzynają skórę:
zaczynając od pęcin zdzierają ją, przecinają powłoki
64

Jerzy S. Wasilewski • E T N O L O G W PODRÓŻY

brzuszne, wyrzucają napełniony żołądek, odcinają wą­
trobę i dają wszystkim zgromadzonym po kawałku cie­
płego, słodkawego i nieco twardego mięsa. Psy spokoj­
nie czekają na swoją porcję gorszych wnętrzności. Nie
minie pół godziny, a na belkach składziku leży podzie­
lone na części mięso całego renifera, a żebra i serce go­
tują się do szybkiego zjedzenia.
Decyzja o jego zabiciu nie przyszła łatwo. Stado nie
ma nawet 30 sztuk, ale żona gospodarza jest bardzo
słaba, miała niedawno poronienie, mięso powinno ją
wzmocnić. Na pytanie, kiedy ostatnio zabijał rena, go­
spodarz wybucha gniewem. O n rozumie, że zmniejsza­
nie mizernego stada prowadzi donikąd, ale przecież
muszą mieć co jeść.

tugrików (prawie pięć dolarów), a do tego będzie tro­
chę mięsa. Kiedy spadnie taki śnieg, że nawet renifery
będą się zapadać po brzuch, założy prymitywne narty
własnej roboty - długie, szerokie i ciężkie modrzewio­
we deski z rzemieniami, do których spodów przylepił
świeżo zdartą skórę renifera.
To urodzeni ludzie tajgi, i właśnie takim mianem
- tajgynchyn - Caatanowie sami siebie nazywają naj­
chętniej.
Przed wyjazdem mieszkańcy obozu idą pożegnać się
ze świętą górą, której podziękują za pomyślnie spędzo­
ną tu jesień. Nam nie wolno uczestniczyć w tym krót­
kim obrzędzie, ale po powrocie pokażą nam dziwne ka­
myki, które stamtąd przynieśli. Gładkie, regularne,
okrągłe, z jasnobrązowymi słojami, leżą tam podobno
rozrzucone jakby w kamiennych misach. Góra lubi,
gdy się je ze sobą zabiera, ale trzeba zostawić jej coś
w zamian, choćby kawałek białego materiału. Ale
złym ludziom daje swe kamyki niechętnie — tylko te
najmniejsze.

To jest pierwszy wielki problem tych ludzi, dylemat
- bić reny czy też nie bić. One stanowią podstawę ich
utrzymania i nieprzypadkowo zapisane jest to już
w mongolskiej nazwie grupy. Kilkusetosobowa spo­
łeczność caatańska ze swą specyficzną kulturą prze­
trwa pod warunkiem, że nie wybije do końca stada re­
niferów. Ich pogłowie od lat się zmniejsza, licząc obec­
nie ok. 700 sztuk, a brak świeżej krwi skazuje na chów
wsobny i wszystkie jego negatywne konsekwencje.
A na dodatek stada są osłabione rabunkowym ob­
cinaniem poroża. Odrastające corocznie rogi renifera
są wiosną jeszcze miękkie, bo obficie ukrwione, i w ta­
kim stanie - podobnie jak słynne panty syberyjskiego
jelenia plamistego - od wieków wykorzystywane
w chińskiej, a od niedawna także w europejskiej me­
dycynie. Z początkiem lata pojawiają się zatem w oko­
licy chińscy kupcy, którzy nie pogardzą też niedźwie­
dzimi skórami i niektórymi produktami tajgi, np. grzy­
bami, a w zamian dają pieniądze, szybko przekładające
się na wódkę. W tych warunkach pojawia się pokusa
ponownego ścinania rogów odrastających jesienią, co
wyjątkowo osłabia zwierzęta, prowadzi do zakażeń
i degeneracji poroża. W efekcie coraz więcej jest w sta­
dach takich zmarniałych sztuk - nasz Święty Mikołaj
wstydziłby się użyć ich w swoim zaprzęgu.

My pojedziemy swoją drogą. Stromymi podejściami
osiągamy przełęcze tylko po to, by mozolnie sprowa­
dzać płoszące się konie na dół. Przemierzamy kotliny
zasłane skalnym rumoszem, miejsca tak dzikie i odlud­
ne, że jeśli gdzieś w Mongolii miałby żyć almas - tutej­
sza wersja yeti - to właśnie tutaj. Ale nasi gospodarze
- choć opowiadają legendy o ałmasie - to nie wierzą
w jego obecność. Bardziej boją się niedźwiedzia, który
potrafi być śmiertelnie niebezpieczny — zwłaszcza jeśli
lato nie obfitowało w jagody i mrówki, a on jest teraz
głodny i nie może zasnąć na zimę.
Słuchamy opowieści człowieka, któremu całą rodzinę
uśmiercił taki właśnie wygłodniały osobnik. Wróciwszy
z żoną do szałasu, gdzie zostawili małe dziecko pod opie­
ką babki, zastali pogryzione zwłoki obojga, rzucone wraz
ze sprzętami domowymi na środek szałasu, do ognia, tak
jakby niedźwiedź chciał wszystko spalić, zacierając ślady
swego napadu. Widząc to żona dostała ataku serca;
przeżyła go, ale nie wyszła z depresji, która po dwóch la­
tach cierpień doprowadziła ją do samobójstwa. Mężczy­
zna, który odtąd żyje samotnie, prosi nas na koniec spo­
tkania o wpisanie się do zeszytu, w którym gromadzi na­
zwiska wszystkich, którzy go odwiedzili.
Dopiero po dłuższym pobycie zdradzono nam, że
w powszechnym przekonaniu nieszczęście to musiał
spowodować jakiś czarny szaman z Tuwy, który z nie­
znanych powodów nasłał niedźwiedzia. Bo przecież
nie ma wytłumaczenia dla faktu, że zwierzę przeszło
obojętnie obok innych, bliższych szałasów i że dokona­
ło tak przemyślnej napaści.

Wszyscy to niby rozumieją, ale tak jakoś się składa­
ło, że w każdej odwiedzanej grupie szałasów natrafiali­
śmy na świeże mięso, a na głowach reniferów widać
było krwawiące rany na miejscu rogów.
6.
Czy łaskawy Czytelnik pamięta tytułową postać sy­
beryjskiego myśliwego z filmu Akiry Kurosawy, czło­
wieka natury imieniem Dersu Uzała? Grał go Maksym
Bułduk, aktor właśnie z Tuwy - krainy pasterzy leżącej
trzy tysiące kilometrów na zachód od miejsca akcji.
Teraz już mnie nie dziwi, że z fenomenalną naturalno­
ścią wcielił się w postać człowieka tajgi.
Caatanowie są mistrzami polowania. Młodzian ze
strzelbą, który pogwizdując jedzie obok nas na renife­
rze, potrafi błyskawicznie zestrzelić siedzącą na gałęzi
popielicę i w trakcie jazdy ściągnąć z niej lśniące, czar­
ne futerko. Śmieje się, bo jest ono warte pięć tysięcy

7.
Szczerze podziwiam dawnych badaczy, którym uda­
ło się zebrać tyle materiałów na temat ezoterycznego
szamanizmu. Umieli pokonać bariery obcości i dystans
nieufności, potrafili zrozumieć enigmatyczne symbole,
zrekonstruować panteon, nakreślić model świata.
65

Jerzy S. Wasilewski • E T N O L O G W P O D R Ó Ż Y

Wśród Caatanów nie uda m i się tego zrobić. Tutejszy
szamanizm pozostanie dla mnie nieprzenikniony. Nie
umiem nawet odpowiedzieć na pytanie, na ile szama­
ni odmawiając odpowiedzi ukrywają to, co musi być
tabuizowane, na ile zaś dbają o aurę tajemniczości, tak
potrzebną z komercyjnego punktu widzenia, a do tego
maskują swoją niepełną znajomość tradycji.
Gandzorig nie pozwala się fotografować w czasie se­
ansu (i ogranicza do czterech liczbę zdjęć, które może­
my mu zrobić nazajutrz), nie chce rozmawiać o żad­
nych szczegółach kunsztu - o inicjacji, przebiegu na­
uki czy śpiewanych tekstach. Mówi, że te pieśni same
do niego przychodzą, że poza seansem wcale ich nie
zna. Trochę boi się gniewu duchów, a jeszcze bardziej
starszego brata, Gosta.

wał ją jednego rena), zaczęła lekko uderzać weń pałką
i cicho nucić. Podrygiwała, obracała się raz i drugi, ryt­
micznie kręciła głową, tak że trzęsły się zasłaniające
twarz frędzle.
Ale wiek ma swoje prawa; Sujaan już nie wykonała
obrzędu w pełnej postaci. Skończyła szybko, kropiąc
herbatą przed szałasem i przez jego górny otwór - dla
okolicznych duchów.
Jej córka, dobroduszna niewidoma Cend, urządza
prawdziwy seans szamański tylko raz na kwartał, ale
chętnie powróży, czy uda się nam podróż powrotna.
Wróżbę odczytuje z 41 kamieni, które rozkłada kolej­
no na kupki - tak jak to robią wróżbici w całej Azji
Centralnej. Bierze je w dłonie i w modlitewnym geście
przykłada na długą chwilę do twarzy, potem po wielo­
kroć rozkłada je w kupki (w trzech rzędach, po trzy
kupki w każdym), zgarnia ponownie i znów układa.
Padają słowa przepowiedni: „wasze nogi są lekkie, po
drodze nie ma nic złego, osobisty los każdego z was jest
pomyślny", tyle że - jak na końcu wyczytuje - wraca­
jąc, powinniśmy unikać samotnej jurty, inaczej bo­
wiem czeka nas „mała przeszkoda". Jej syn, patrzący na
przebieg wróżby i układ kamieni, potwierdza tę prze­
strogę.

Gost niedawno przestał być szamanem - podejrze­
wam, że stracił wiarę, widząc jak ten kunszt pospoli­
cieje. Jest surowy, małomówny. Jeszcze przed paroma
laty miał opinię „czarnego szamana" - takiego, który
potrafi zaszkodzić nieprzyjaciołom, u którego można
zamówić nawet śmiercionośny urok. „Ongon już do
niego nie przychodzi" - zdradza jego siostra. O n sam
nie chce o tym mówić; potępia szerzącą się wśród
Mongołów komercjalizację szamanizmu w wersji po­
pularnej. Po latach nielegalnego szamanienia, które
przypłacił więzieniem, ma za duży respekt wobec du­
chów, by brać do ręki bęben, skoro nie wierzy już
w skuteczność tego działania.

A my, niebaczni wróżby, wstąpiliśmy w drodze po­
wrotnej na obiad do jakiejś samotnej jurty. I rzeczywi­
ście, w parę godzin później, tuż przed wjazdem do mia­
sta, nasz gazik zatrzymuje milicja. Wychodzi na jaw, że
kierowca jeździ bez prawa jazdy. Okazuje się też, że
gdybyśmy byli tu trochę wcześniej, oszczędzilibyśmy
sobie sporo kłopotów.

Nestorką caatańskich szamanów jest 98-letnia Sujaan. Wprawdzie nadal jeszcze nawleka igłę bez okula­
rów, ale nie jest już w stanie - jak przed paroma laty odbywać kilkugodzinnych seansów szamańskich, wy­
magających ustawicznego tańczenia, ekstatycznych
podskoków, bicia w bęben, śpiewu i recytacji tekstów.
„Moja głowa już nic nie pamięta, zapomniałam wszyst­
kie modlitwy".

Wróżby mogą być mniej lub bardziej przyziemne,
ale szamański seans nie ma - wbrew pozorom - cha­
rakteru wyłącznie usługowego. Ku mojemu zaskocze­
niu rysuje się taka oto prawidłowość, rządzącą prakty­
ką starych caatańskich szamanów. Żaden z nich nie
szamanił na zamówienie, lecz jedynie w ściśle określo­
nych dniach, kilka razy w roku. Nawet chorzy, przy­
chodzący po wyleczenie, musieli podobno czekać na
ów dzień - seans w ich intencji może się zresztą odbyć
pod ich nieobecność. Córka Gandzoriga w tajemnicy
przed ojcem objaśnia, że kiedy przychodzą do niego
duchy, to pytają, dlaczego je wzywał i mogą go ukarać
za przywoływanie ich z błahego powodu.

Ale przed dwoma laty widok wiekowej Sujaan
w starym prawie jak ona sama kostiumie, przygotowu­
jącej się do szamańskiego seansu - to było dla mnie
spotkanie z innym światem. Czapka-pióropusz, długi
chałat z brzękadłami, nogawice z naszytymi wyobraże­
niami ptasich szponów, wielki bęben z zatartym wy­
obrażeniem n i to sylwetki ludzkiej, n i to drzewa - mu­
siały gdzieś w ukryciu przetrwać minione lata. Starowinka z pomocą synowej z czcią okadziła wszystkie
części kostiumu i bęben, a na ongony pryskała gałęzią
jałowca, zanurzoną w ofiarnej herbacie z mlekiem.
Z drewnianego pudelka wyjęła drumlę - żelazny i n strumencik, który po przyłożeniu do ust, szarpany za
języczek, wydaje cichy, wibrujący dźwięk. Głos instru­
mentu umożliwia duchom podróżowanie na dużą od­
ległość, kiedy więc przybył duch główny, „pan ongonów", można było odczytać wróżbę. Rzucona na zie­
mię drumla padła języczkiem do góry, i to nawet dwu­
krotnie. To był dobry znak.

Wiadomości te przeczą mojemu dotychczasowemu
wyobrażeniu o szamanizmie jako praktyce interwen­
cyjnej, nastawionej na doraźną pomoc zgłaszającemu
się z potrzebą duchową, psychiczną czy niedyspozycją
fizyczną. Nie potrafię ich ostatecznie zweryfikować godzę się z myślą, że przy intensywnych badaniach
w małej społeczności, gdzie liczba rozmówców jest nie­
wielka i każdy przedstawia swój własny, powikłany los,
trudno o pewne, sprawdzone uogólnienia. Nie będzie
efektownych tez, diagnoz na temat trendów, łatwych
generalizacji. Cend, Gost, Sandżin, Bajaraa, Ganbat
i inni to konkretne osoby, prezentujące swoje indywi­
dualne doświadczenia, wiedzę i opinie, a także niewie-

Szamanka wstała, wzięła do ręki duży bęben, zro­
biony dla niej, gdy jeszcze była młodą kobietą (koszto­
66

l

Jerzy S. Wasilewski • E T N O L O G W PODRÓŻY

dzę, zapomnienie i zwątpienie, które dokładają się tyl­
ko do moich pytań i wątpliwości.
8.
Ludzi tajgi nie jest wielu. Renifery hoduje w górach
niespełna 40 rodzin, kilkanaście przechodzi stopniowo
na pasterstwo w stylu mongolskim: schodzą do Kotli­
ny, gdzie zamiast chorowitych renów hodują odpor­
niejsze bydło i owce, przenoszą się z szałasów do cie­
płych, wojłokowych jurt. Młodzi biorą za żony mon­
golskie dziewczyny. Dopływ nowej krwi cieszy rodzi­
ców, ale prawda jest taka, że synowe tylko czekają, kie­
dy będą mogły wrócić z mężami do swoich.
Oglądamy zdjęcia z niedawnego wesela takiej mie­
szanej pary, jednocześnie prowadząc etnograficzny wy­
wiad. Odbywa się ono w szałasie, świeżo postawionym
dla pary młodej, ale ceremonie są żywcem wzięte
z mongolskiej jurty i generalnie zapożyczone z tamtej
kultury. Dziewczyna wjeżdża konno na biały wojłok,
rozścielony przed wejściem, gdzie matka męża wita ją
kropiąc mleko. Podstawowym daniem uczty jest mięso
baranie, którego konkretne porcje podawane są
w zgodzie z ceremonialnym kodem, określającym kto
co dostaje. Symboliczny sprawdzian dziewczyny pole­
ga na tym, że musi samodzielnie przygotować „herba­
tę panny młodej": rozpalić ogień, utłuc herbatę
w stępce, przyrządzić ją z mlekiem, masłem i solą,
a potem rozdać wszystkim gościom. W kulminującym
momencie dostaje do rąk sznur, który gwarantuje po­
myślność domostwa, stanowiąc „wodze jurty", a tu jest
sztucznie doczepiony do szałasu. I tak, krok po kroku,
dokonuje się proces, w którego efekcie Caatanowie
nie tylko mówią po mongolsku, ale też przechodzą na
mongolski język symboliczny.
I to jest drugi wielki problem Caatanów - zachowa­
nie odrębności językowej i własnej etnicznej tożsamo­
ści. Nie mając kontaktu z Tuwą, przechodzą powoli, na­
wet w gronie rodziny, na mongolski - język szkoły i ofi­
cjalnej komunikacji. Nie ma wśród nich elity, autoryte­
tów, liderów, którzy dbaliby o utrzymanie resztek trady­
cji i samoidentyfikacji. Słabnie świadomość etnicznej
odrębności. Wiedzą, że są Tuwijczykami, ale przecież
prawdziwi Tuwa są tam, za granicą; kiedy samych siebie
nazywają „ludźmi tajgi", to w ten sposób, bez używania

nazw etnicznych, przeciwstawiają się wszystkim żyjącym
w Kotlinie „ludziom rzeki", golynchyn.
Pozrywały się związki z krewniakami w Tuwie. O d
dziesięciu lat nie ma kontaktów lokalnych, granica
jest szczelnie zamknięta. Zaprzestano akcji wymienia­
nia reniferów, ustał dopływ nowej krwi, a dotyczy to
tak samo zwierząt, jak ludzi. Górskie, przygraniczne
odludzia to nie są okolice bezpieczne. Zdarzają się wy­
prawy rabunkowe spoza kordonu - zdesperowani pokołchozowi pasterze, pozostawieni sami sobie, muszą
jakoś zdobywać konie i bydło. A parę lat temu mówi­
ło się po cichu (wtajemniczeni powoływali się nawet
na raporty amerykańskiego Departamentu Stanu), że
przez Tuwę idzie przemyt rosyjskiej broni do muzuł­
mańskich Ujgurów w chińskim Sinkiangu.
Mimo że reny wymagają pastwisk górskich, bo
w dolinach chorują, a do tego częściej padają łupem
wilków, tutejsze strategie przetrwania siłą rzeczy spro­
wadzają ludzi tajgi na dół. Coraz silniej będzie działać
obecność zachodnich turystów, docierających tu cza­
sem za sprawą biur podróży z Ułan-Bator, a nie wszy­
scy z nich mają czas na długą drogę w góry. Niekiedy
przybywa jakaś zagraniczna akcja charytatywna z żyw­
nością. Świat zaczyna rozumieć, że konieczna jest
choćby skromna pomoc, by ta mała grupka ludzi swą
odmiennością nadal wzbogacała paletę jego barw. Nie
trzeba przecież wiele - trochę mąki, by nie zabijali re­
nów, brezent na szałasy, by nie uciekali do jurt i drew­
nianych domków w osadach, weterynaryjne wsparcie
w odbudowie stada.
Może, paradoksalnie, to właśnie przybysze z ze­
wnątrz - badacze, podróżnicy, turyści - są ostatnią
szansą łudzi tajgi na zachowanie własnej kultury? Któż
inny przekona Caatanów, że opłaca się zachować nie­
które elementy dotychczasowego stylu życia — szałasy,
reny, szamanizm? I kto - działając w drugą stronę - za­
niesie w świat Zachodu komunikat, że skoro już mamy
taki kaprys, by zobaczyć ludzi idących ścieżką kultury
tak trudną i odmienną od naszej, to wszyscy powinni­
śmy ich w tym wesprzeć.
Przypisy
1

J. S. Wasilewski, Podróże do piekieł

riach, Warszawa 1979, s. 5

67

Rzecz o szamańskich miste­

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.