ac92c27e697d53fc0df7738e25781565.pdf

Media

Part of Jest to jakoby klejnot korony jego / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2002 t.56 z.3-4

extracted text
I

to klejnot kunsztownie oprawiony. Wystawa Jacka
Sempolińskiego w Zachęcie jest ukoronowaniem je­
go dotychczasowej twórczości. Nie była pomyślana
jako pokaz retrospektywny, ale jako prezentacja dorob­
ku artysty w jego głównych węzłach i przekrojach, roz­
rzuconych chronologicznie, ze szczególnym uwzględnie­
niem rysunków i obrazów z ostatnich lat. Znalazły się
tam obiekty pozyskane ze zbiorów muzealnych i - co
ważniejsze - te wydobyte z pracowni i z domu, a więc
rzadko lub w ogóle nieoglądane. W sumie zgromadzono
siedemset prac, prawdziwe bogactwo, na nowo odkryte
„Skarby Sezamu". Przestrzenna aranżacja ekspozycji oszałamiająca i zrealizowana z wielkim rozmachem - sa­
ma w sobie jest imponującą instalacją, dziełem sztuki
wystawienniczej, ale ani nie przyćmiewa, ani nie przeja­
skrawia samych dzieł, lecz w pełnym blasku wydobywa
ich walory plastyczne i wewnętrzny sens, wytycza etapy
drogi. Pokryte obrazami powierzchnie ścian, stelaże,
ekrany, gabloty, kulisy tworzą osobliwą inscenizację te­
atru wyobraźni jednego malarza. W tym olśniewającym
spektaklu zawarty jest przemyślnie rozpisany scenariusz
twórczości Sempolińskiego, i to on jest najważniejszy.
Scenariusz niejako odwrócony. Jeśli bowiem przyjmie­
my Alfę i Omegę za punkty graniczne, metaforycznie
zamykające czas i przestrzeń, to tu, na trakcie wiodącym
przez sale Zachęty, relacje zostały odwrócone: Omega
stała się początkiem, Alfa zaś końcem tego traktu.
W pierwszej sali, imienia Narutowicza, uwagę widza
przykuwają od razu trzy ogromne, pionowe kadry płócien
malowanych w różnych latach (autoportrety i czaszki),
zwarte bloki obrazów wielobarwnych i monochromatycz­
nych, utrzymanych w tonacji ciemnych błękitów i fiole­
tów. Tam też, w prześwitach masywnych obramień, wiszą
wcześniejsze i późne płótna malowane obustronnie oraz
takie, które zostały podziurawione, rozszarpane przez ar­
tystę w momencie zmagania się z oporną materią i z sa­
mym sobą, w chwili furoru. Przy samym progu wita nas jak to się dzisiaj mówi - osobliwe „logo", symboliczny
znak, gmerk twórcy - milczący, obwiedziony prostym
konturem autoportret bez rysów, z prawą dłonią odci­
śniętą na pustej twarzy, podpisany „Ja". W Sali Matejkowskiej widza czeka wyjątkowe doznanie: oto wydaje
się, że wchodzi do wnętrza świątyni, do katedry z pnący­
mi się ku górze filarami zbudowanymi z obrazów. Na ścia­
nach przesuwają się podwójne rzędy rysunków: zlepy, sze­
regi, ciągi pięknych pejzaży z Janowca i ekspresyjnych fi­
gur rozłożonych też w gablotach przykrytych odblaskową
folią, która nieco spopiela ich barwy (ale skutecznie
chroni przed kurzem). W następnym pomieszczeniu
znajduje się znowu przyścienny blok obrazów i rysunków
oraz długa, ustawiona ukośnie rampa, po której „wędru­
ją" wirujące, koliste zjawy Schizofrenii. Centralna oś
kompozycyjna tej sali skonstruowana jest z luźno zacze­
pionych autoportretów i wizerunków innego człowieka,
malowanych na transparentnej, groszkowanej folii; te sil­
nie zdeformowane głowy chwieją się, poruszają w prze­
strzeni, przezroczyście nakładają na siebie, stając się jed-

WYDARZENIA

ALEKSANDRA
MELBECHOWSKA-LUTY

Jest to jakoby
klejnot korony jego*
nym „podwójnym" portretem. Ideą takiej aranżacji było
stworzenie „rzeczywistości poza rzeczywistością", przywo­
łanie zjawisk z przeszłości organicznie związanej z teraź­
niejszością, sfery przepływu zdarzeń, na którą nakładają
się różne czasy, ponieważ to, co było, jest tak samo obec­
ne i ważne jak życie „tu i teraz". Jednak wizualny efekt te­
go fragmentu wystawy zdaje się aż nadto wysmakowany,
nazbyt błyskotliwie rozjarzony mieniącym się światłem,
przypominającym dekoracje świąteczne, jakie widuje się
w miastach np. przed Bożym Narodzeniem.
W przedostatniej sali rozmieszczono płótna Jacka
malowane w okresie jego dojrzałej młodości (między
1964 a 1970 rokiem), bardziej niż inne spokojne i po­
godne, emanujące wewnętrznym blaskiem, nasycone
ciepłym kolorem, obrazy jakby szczęśliwe, „zachwycone"
światem: jakieś łąki, rzeki, widoki ze Studzienicznej
i Mąchocic, studia światła i mroku, sylwety barokowego
kościoła wrośniętego w zbocze wąwozu, martwe natury
z brytfanną, koszem i jabłkami leżącymi na domowym
stole. Rzeczy widywane w dniu powszednim, drobiny
piękna wyłowione z potocznego bytowania. I wreszcie
w ostatniej, małej „niszy" znalazły miejsce obrazy wypeł­
nione ciszą wspomnień, odnalezione jak cienie dawnych
lat - dwie jeszcze nieśmiałe i „niewinne" martwe natury
z 1955 roku, jedna z dominantą fioletu, druga z kontra­
stami czerni, szarości i zieleni, eksponowane na wysta­
wach Arsenału w Warszawie i Berlinie. Ten debiut Sem­
polińskiego został tu skonfrontowany z późniejszymi
kompozycjami: błękitną, okaleczoną Mocą Przeznacze­
nia Verdiego (1977) i mrocznymi, nokturnowymi stu-

* Tytuł recenzji jesr cyratem z rozprawy Cypriana Norwida O Ju­
liuszu Sbwackim. Lekcja V I , z 1860 roku.
A me stesso. Wystawa malarstwa Jacka Sempolińskiego, kurator
Gabriela Swirek, projekt ekspozycji Violetta Damięcka i Żaneta Govenlock, Państwowa Galeria Sztuki Zachęta, 10 września-20 paź­
dziernika 2002.
Red. katalogu, Marzena Guzowska, proj. graf. Wojciech Freudenreich i Jan Bokiewicz.
Redakcja składa podziękowanie Działowi Dokumentacji Galerii
Zachęra za udosrępnienic fotografii z ekspozycji wystawy.
W grudniu wysrawa Jacka Sempolińskiego została orwarta
w Muzeum Narodowym w Poznaniu: A me stesso. Wystawa malar­
stwa Jacka Sempolińskiego, kuraror-Dyrektor M N w Poznaniu Woj­
ciech Suchocki. Proj. ekspozycji: Eugeniusz Matejko. Muzeum Na­
rodowe w Poznaniu, 1 grudnia 2002-12 stycznia 2003 [przyp. red.]

Aleksandra Melbechowska-Luty • JEST T O JAKOBY K L E J N O T K O R O N Y JEGO

diami Wisły płynącej nieopodal Męćmierza (1979,
1988, 1989). I tak to koło się zamyka.
Scenografia wystawy i strumienie świateł odkrywają
i wydobywają urodę, plastykę, kolor, niepowtarzalny
charakter i znaczenie dzieł Sempolińskiego. Ukośne
smugi blasku wyjawiają fakturę płócien, folii, papieru,
które „falują", mienią się, tracą plaskość, nabierają kon­
systencji żywej materii, uwiarygodniają bogactwo barw,
nerwowy dukt linii, wypukłość farby budującej formę.
Z różnych miejsc ekspozycji wyłaniają się obrazy podda­
ne siłom od nas potężniejszym: groby, czaszki, krucyfik­
sy, te dawniejsze tworzone od lat sześćdziesiątych i te
najnowsze, zwrócone ku człowiekowi, gwałtownie poru­
szone, porażające nasiloną ekspresją, naznaczone stygmatem „pierwotnego niepokoju". Czasem Jacek powra­
ca do starych obrazów, przekształca je, dopełnia lub po­
krywa nowymi kompozycjami, wzmacniając w ten spo­
sób dwoistość ich treści, podwójne znaczenia. Wśród
wielu znakomitych dzieł zdarza się czasem i taki obraz,
który wydaje się nieco „obsunięty" (a może celowo antyestetyczny?), jak owoc złych dni: matowy, głuchy
w kolorze, z „zaciętą" lub „niedomkniętą" formą wymy­
kającą się spod pędzla. Wszelako w tym wszystkim, co
Sempoliński maluje, tkwi paraboliczna wykładnia myśli
i doznań, która - jak mówił Norwid - wyraża „dramat
życia prawdę wyrabiający". Zwłaszcza w ostatnich pra­
cach objawia się wyraźnie to „spotkanie" z własną duszą,
ekstremalne napięcie, namiętne poszukiwanie universum,
które pozwala mu „Wypłynąć na głębię" (Łukasz, 5, 4).

ki właśnie Chrystus jest jego własnym, najbliższym Jezu­
sem, Bogiem wcielonym, który zstąpił na ziemię, stał się
człowiekiem i cierpiał jak człowiek.
W cyklach eksponowanych rysunków wybijają się
charakterystyczne dla ręki Sempolińskiego wibracje, paroksyzmy, pulsacje widoczne w sposobie prowadzenia kre­
ski oraz dwoistość lub wielokrotność przenikających się
plam i linii. W zwartych szeregach przesuwają się różne
motywy niczym ruchliwe kadry sekwencji filmowej, rozwi­
jają się długie wątki jak nić Ariadny prowadząca przez la­
birynt życia. Wszystkie te studia mogą być postrzegane ja­
ko jedność w wielości, bowiem niezależnie od ich tema­
tów i treści wyobrażone postacie scalają się najczęściej
w jedną syntetyczną figurę, w jeden, bardzo osobisty ar­
chetyp tworzony przez współczesnego malarza. Oprócz
świętych osób znajdują się tam nagie, jakby zetlałe istoty
widziane za grobu, oplecione giętką linią skręconą jak
zwoje śmiertelnego całunu, i enigmatyczne akty młodego
mężczyzny, sportowca, koszykarza (?) zwanego Dalekim
(Der Ferne), który biega, skacze, wiruje, obraca się wokół
własnej osi. W ten sposób w jednej ikonicznej przestrzeni
Eros spotyka się z Thanatosem. Na wiele z tych figur Ja­
cek nakłada jak kalkę zarys kształtu własnego ciała; sam
się w nich odkrywa, ujawnia. Każdy jego obraz, rysunek
(a także tekst) jest wysyłanym do nas sygnałem, wyzna­
niem, w którym powiada: „taki jestem, tyle mogę unieść
z mojego życia". Przyjaciele i bliscy znajomi znający silę
twórczą Jacka Sempolińskiego i jej wewnętrzne znaczenia,
powitali wystawę w Zachęcie ze zrozumieniem, entuzja­
zmem i zachwytem. Dla widzów mniej zorientowanych
ekspozycja ta jest konfrontacją z tym, czego nie znają
i o czym nie wiedzą; ci mogą poddać się jedynie własne­
mu wrażeniu, smakowi i wrażliwości, zaakceptować ją lub
nie. Wszelako artysta pozostawił odbiorcy wskazówkę: ty­
tułowe motto wystawy — a me stesso, które oznajmia: „je­
stem malarzem, tworzę, i czynię to dla samego siebie".

Łatwo zauważyć, że od niedawna w twórczości Sem­
polińskiego pojawiają się często tematy i treści kontrower­
syjne, prowokacyjne, być może dlatego, że uprawia on
malarstwo napełnione niepewnością, udręką, melancho­
lią, sztukę „doświadczenia ujemnego", której dawali świa­
dectwo również inni artyści i pisarze XX wieku. Obsesyj­
ne wątki zderzają się ze sobą, są sprzeczne, na przykład
kult ciała a zarazem wstręt, jaki odczuwa się do odstręcza­
jących cech fizyczności (o czym mówił w wywiadzie pra­
sowym we wrześniu tego roku). Jacek jest skłonny do
przekraczania granic, norm utrwalonych w tradycji, a na­
wet tabu. W jego ikonosferze wstyd zmaga się z bezwsty­
dem, tak jak w najdawniejszym objawionym źródle - bi­
blijnym podaniu o drzewie wiadomości dobrego i złego,
0 grzechu pierworodnym. Nagość jest wszechobecna (ale
bez epatującego dreszczyku czy trywialności); odsłonięty
jest człowiek, nawet natura bywa obnażona, sprowadzona
do jej pierwotnego stanu, podstawowej substancji Ziemi,
a nie przystrojona śliczną szatą roślinną, jaka ozdabia ty­
siące pejzaży malowanych w różnych epokach. W po­
szczególnych cyklach przykuwają uwagę czyjeś portrety
1 własne wizerunki, z których opada maska skrywająca
bezbronność człowieka, procesy starzenia, zmiany fizycz­
nej i psychicznej kondycji. Wszystko to jest odkryte, odna­
lezione po drugiej stronie lustra w twarzy sobowtóra. Ar­
tysta rozbiera świętego Jana, swego Anioła Stróża, rysuje
też — wbrew tradycji ikonograficznej - postać Ukrzyżowa­
nego w jego całkowitej cielesności, odartego z szat, bo ta­
40

W chaosie, zamęcie naszych czasów, w pogoni za
władzą, pieniądzem, konsumpcją, chęcią użycia, degra­
dują się myśli i uczucia, pryncypia stają się pustymi for­
mułami, powierzchownym odniesieniem do tego, co kie­
dyś nazywano wartościami. „Jak to przykro, że słowo
«wartości», którego używa się dziś tak chętnie nie tylko
w pisaniu o sztuce, ale i w całym polskim życiu społecz­
nym, jest słowem najbardziej sprostytuowanym i wytar­
tym [...]. Drugie słowo całkiem starte na proch: "tole­
rancja*. [Ludzie], którzy nie wierzą w to, co podają, że
wierzą [...], ciągle kogoś osądzają i odsądzają od czci
i wiary, a ci, którzy podają, że kochają sztukę, nieraz wca­
le jej nie zauważają" - pisała Małgorzata Baranowska
w piśmie „Pokaz" (2000, nr 30/31). Mówiąc o idei i ma­
terii, transcendencji i egzystencji, zwykło się przywoły­
wać platońskie kategorie Piękna, Dobra i Prawdy, poję­
cia znane od wieków, które, rzecz jasna, istnieją w świe­
cie ducha, ale powtarzane bezmyślnie, do znudzenia,
funkcjonują obecnie jak słowa-klucze (lub może lepiej:
wytrychy). Nadużywane, dziś już nieco zużyły się, zblakły, zwietrzały, weszły w obieg stereotypu, banalnego wy-

Aleksandra Melbechowska-Luty • JEST T O JAKOBY K L E J N O T K O R O N Y JEGO

Książka ta jest intelektualnym i duchowym autoportre­
tem artysty, malarza i myśliciela zarazem, a także swoistą
autokreacją. Autor obraca się w kręgu myślenia filozoficz­
nego, analizuje pojęcia bytu i losu, absolutu, imperatywu
twórczości (która jest otchłanią), daje wyraz swoim za­
chwytom dla autentycznego artyzmu, uczuciom smutku
i obrzydzenia do zgiełku i bezładu współczesnego życia,
komercji, pozorów, obłudy, standardów estetycznych, ta­
nich efektów i naśladownictwa, do dyktatu ideologii
i programów. Dużo pisze o własnym procesie twórczym
(który klarownie przylega do jego słowa).

jaśniania tego, co często na wyrost nazywamy wartościa­
mi. O znaczeniu platońskich pojęć w zderzeniu z rzeczy­
wistością przekornie i sarkastycznie pisała w jednym
z ostatnich wierszy Mądra Pani - Wisława Szymborska.
Z przyczyn niejasnych,
w okolicznościach nieznanych
Byt Idealny przestał sobie wystarczać.
Mógł przecież trwać i trwać bez końca,
ociosany z ciemności, wykuty z jasności,
w swoich sennych nad światem ogrodach.
Czemu, u licha, zaczął szukać wrażeń
w złym towarzystwie materii.

Jest rzeczą zadziwiającą, jak na przestrzeni 43 lat, od
1958 do 2001 roku, Sempoliński konsekwentnie utrzy­
Na co mu naśladowcy
muje jednolity ton i ten sam tok rozumowania i odczu­
niewydarzeni, pechowi,
wania, jak nie zmienia poglądów i prowadzi swój długi,
bez widoków na wieczność?
podzielony na cząstki wywód, czystą „kadencją linearną".
Od młodości do dziś. Jest malarzem pełnym zwątpień
Mądrość kulawa
z cierniem wbitym w piętę?
i wahań, a równocześnie człowiekiem rzadkiej stałości
Harmonia rozrywana
przekonań. Jedną z wyróżniających cech jego pisarstwa
przez wzburzone wody
jest trudna do przecenienia umiejętność stawiania naj­
Piękno
ważniejszych pytań dotyczących twórczości ludzkiej, jej
z niepowabnymi w środku jelitami
niezbywalnej „konieczności godzenia świata rzeczy i świa­
i Dobro
ta idei". Zadaje pytania, na które odpowiada, i takie, któ­
- po co z cieniem,
rych nie sposób wyjaśnić, gdyż - jak mówi Gombrowicz jeśli go wcześniej nie miało?
„nie ma takiego wyjaśnienia, które by nie było zaciemnie­
Musiał być jakiś powód,
niem"; niech więc pozostaną tajemnicą. Unika katego­
choćby i drobny z pozoru,
rycznych sądów, różne kwestie rozważa alternatywnie,
ale tego nie zdradzi nawet Prawda Naga
w „zawieszeniu", pozostawiając sobie i czytelnikowi mar­
zajęta przetrząsaniem
gines swobody, bo wszystko może być „tak albo tak". Za­
ziemskiej garderoby.
stanawia go myśl i bezmyślność sztuki, jej źródła, suwe­
[...]
renność, funkcje poznawcze, prawda i ułuda, zwycięstwa
Platon, czyli dlaczego z tomiku Chwila
i kryzysy, styk z rzeczywistością, „skłócona spoistość" zja­
wisk,
spojrzenie na krajobraz, relacje między poezją a ma­
Cóż więc pozostaje artyście, który chce być uczci­
larstwem,
a także dzieje koloryzmu, narodziny abstrakcji
wy? Może nie słuchać cudzych głosów, omijać obce
i
ułomności
ruchów awangardowych, od których się od­
tropy, zaufać swemu ego razem z jego „tajemniczym od­
cina.
Drąży
odwieczne
antynomie tworzenia, ich przyczy­
chyleniem", akceptować własną tożsamość, ujawniać
ny
i
okoliczności,
pyta,
czym dla artysty jest sztuka i czy
prawdę i utajoną energię, zdać się na siebie (chociaż to
wierzący
może
być
artystą.
Mówi o sprawach kariery i sła­
najtrudniejsze). Tak właśnie usiłuje postępować Jacek
wy,
postawie
odbiorców,
zadaniach
i znaczeniu krytyki.
Sempoliński: wydrążył w sobie źródło i z niego czerpie.
Jest
to
rozległy
repertuar.
Do
tego
dochodzą
analizy arty­
Nie ulega, jest „osobny", dokonuje samooczyszczenia
zmu
szczególnie
cenionych
mistrzów:
renesansowych,
w samotnym akcie twórczości, bo „sztuka naładowana
barokowych, dziewiętnastowiecznych i tych, którzy żyli
jest pierwiastkami samotności i samowystarczalności,
później.
Tradycję traktuje wybiórczo; niektóre jej wy­
znajduje swoje zadowolenie i swoją rację bytu w sobie
znaczniki
przyjmuje, inne odrzuca. Pilnie wpatruje się
samej" (Witold Gombrowicz, Dziennik J 953).
w cudze obrazy, docieka ich znaczeń i ocenia walory czy­
Osiem miesięcy przed inauguracją wystawy w Zachę­
sto plastyczne, bo sam jest poszukiwaczem formy.
cie ukazała się książka Sempolińskiego Władztwo i służba.
Cóż widzi oko malarza w obrazach Tycjana? Na jego
Tak więc rok ten nadszedł jak chwila spełnienia, zbierania
płótnach „barw przeważnie nie rozróżniamy. Są one przeplonu z tego, co zasiał. Pokaźny tom wydany staraniem
macerowane; dotknięcia pędzla, strugi farby tak skompli­
Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, opracowany
kowane i tak nawarstwione na sobie, że tworzą, w miej­
przez Małgorzatę Kitowską-Łysiak, zawiera 89 tekstów pi­
sce układanki, jeden wspólny ton. Do tego stopnia, że
sanych na zamówienie (z wyjątkiem ostatniego artykułu
odnosimy czasem wrażenie, iż obrazy artysty malowane
Zwątpienie). Są to studia o sztuce dawnej i współczesnej,
są dwoma czy trzema zaledwie kolorami. Farba staje się
wspomnienia (w tym wiele o wystawie w Arsenale), obra­
zy odwiedzanych miast (Wenecji, Toledo, Amsterdamu), płynna, przelewa się z końca w koniec płótna, nie tworzy
przedmiotów, a sama za to staje się jakby przedmiotem.
wywiady z krytykami, wypowiedzi o sobie i innych: daw­
Czasem lekkim, czasem ciężkim, przejrzystym czy twar­
nych mistrzach, żyjących i zmarłych twórcach, znajomych
dym i masywnym [...]. W dziełach Tycjana z późnego
i przyjaciołach, którym zawsze oddaje sprawiedliwość.
7

41

Aleksandra Melbeehowska-Luty • JEST T O JAKOBY K L E J N O T K O R O N Y JEGO

okresu życia obcujemy z furią barwy, lecz jaki kolor nam
się narzuca głównie - trudno dociec. Artysta używa ma­
sy kolorów, lecz rozmazuje je i kontrastuje, tak iż zdają się
tchnieniem, a nie pigmentem". O wielkim mistrzu z A i x
Sempoliński pisze: „Cezanne wgłębiał się w samą zasadę
natury |i] katorżniczą pracą wygnał szczęście prostego
patrzenia z malarstwa". Przytacza też jego credo, że „teo­
retyzowanie o sztuce bez palety w ręce wiedzie na ma­
nowce" i cytuje słowa Józefa Czapskiego: „Kto ujrzał raz
z bliska wymęczoną plamę Cezanne'a, która jest samym
światłem i przestrzenią, ten zrozumie, czym w istocie jest
malarstwo". Tycjan i Cezanne - pisze dalej Sempoliński
- „są istotnymi nowatorami, przywracają sztuce jej uni­
wersalne znaczenie, usiłują zmieścić w jednym dziele często jest to dzieło całego życia - wszystko, co jest
w sztuce rozproszone, cały świat z jego pełnymi wymiara­
mi i prawami. Dzieło takie posiada tę harmonię i dosko­
nałość, dzięki której Tycjan i Cezanne mogą istnieć obok
siebie nie przegrodzeni historią, gromadzi w sobie takie
bogactwo elementów i stanowi takie źródło inspiracji, że
całe pokolenia artystów mogą je sobie przyswajać".
A Jean Dubuffet? Autor sądzi, że tego artystę wyróż­
niała zawsze świeżość wizji, lecz „ostatni rok pracy, rok
śmierci, zaowocował cudownymi, całkiem „prywatnymi"
obrazami pełnymi polotu i swobody. Zawsze poruszający
jest ów ostatni okres twórczości artysty - wtedy powstają
dzieła najbardziej wolne, głębokie, otwarte na nieskoń­
czoność. Zawsze tak się dzieje, ilekroć mamy do czynienia
z twórczością prawdziwą [...]. Dubuffet ostatnimi obraza­
mi sprawia radość przekraczania nie tylko własnego życia,
ale i pokonywania zatrutego powietrza sztuki". Sempoliń­
ski pisze o tym z całym przekonaniem, bowiem fascynuje
go syndrom starczej twórczości, owa potężna erupcja mi­
strzostwa późnych lat, przewyższająca nawet dotychczaso­
we osiągnięcia, nagłe wzniesienie się na szczyty, tajemni­
czy stygmat nadany wielu wybitnym twórcom u kresu
drogi. Na stronach omawianej książki przewijają się też
zamyślenia nad ingenium Fra Angelica, Masaccia, Ghirlandaia, Leonarda, Rafaela, Michała Anioła, Veronesego,
Tintoretta, El Greca, Goi, Velasqueza, Moneta, Renoira,
van Gogha, Picassa, Mondriana, van Doesburga, Wolsa,
Pollocka i wielu innych. Równocześnie Sempoliński mó­
wi o najnowszych trendach artystycznych, ich gwałtow­
nych przyspieszeniach i zawirowaniach. Sam będąc peda­
gogiem, z zainteresowaniem i zrozumieniem odnosi się do
sztuki „młodych gniewnych" (często kontrowersyjnej,
skandalizującej), jeśli tylko wynika ona z autentycznej pa­
sji, ma cechy innowacyjne lub wnosi coś istotnego do my­
ślenia o człowieku i życiu współczesnym.
Niespełna pół wieku temu Giuseppe Tomasi di Lampedusa napisał Wykłady o Stendhalu opublikowane nie­
dawno we fragmentach na łamach „Zeszytów Literac­
kich" (2002, nr 3), w tłumaczeniu Michała Bristigera.
Autor Lamparta poświęcił swój esej analizie stylu pisarza
— niezrównanej oszczędności środków w przekazywaniu
słowem ludzkich dramatów i namiętności. „Jego genial­
ne nadawanie lekkości, usuwanie wszystkiego, co nad­
42

mierne, jego «utrzymywanie się w temacie» graniczy nie­
mal z cudem. Znany jest powszechnie następujący przy­
kład. Kiedy Fabrycemu udaje się wreszcie, po niezliczo­
nych próbach i intrygach, wtargnąć do pokoju Klelii,
konsekwencje tego zwycięstwa są przedstawiane pięcio­
ma słowami: Aucune resistance ne fut opposee (Nie napo­
tkał oporu). Cudowna powściągliwość, osiągająca naj­
wyższy efekt artystyczny. Wyobraźcie sobie, jakie mgławi­
ce przymiotników puściłby tu w ruch Wiktor Hugo [...].
Styl tak suchy, że aż wydawać się może łatwy, jest odwrot­
nie, owocem pracowitych poszukiwań i nieustannego
trudu eliminacji; taki styl przede wszystkim wymaga
u swych podstaw niezwykłej obfitości idei [...], ponieważ
gdyby tu doszło do choćby minimalnego braku witalnej
materii, byłoby to od razu widoczne [...]. Stendhal napa­
wał się tedy swym własnym, doświadczeniem życiowym,
trawił je długo, wraz z należącymi doń zmysłowymi za­
chciankami, wraz z niezliczoną ilością anegdot, które mu
opowiadano i na które był tak lasy. Lecz rozkoszując się
nimi powtórnie, od razu poddawał je krytyce psycholo­
gicznej i estetycznej, traktowanej zawsze jako eliminowa­
nie; aż pozostawił tylko to, co esencjonalne [...]"•
Otóż Jacek Sempoliński tak posługuje się słowem,
jakby był późnym wnukiem, duchowym uczniem Stendhala. Stylistyka jego pięknych „miniatur" o sztuce jest
prosta, skupiona, zwięzła, lapidarna, a myśl formułowa­
na precyzyjnie, bez żadnego „przegadania" czy pseudoliterackiej kokieterii. Często wprowadza dygresje, ale
unika rozwlekłych dywagacji zacierających główny wą­
tek. Niekiedy nagle „ucina sprawę" pozostawiając ją za
zasłoną, w zawieszeniu; dąży do „esencji" w postrzega­
niu zjawisk i rozpoznawaniu idei, świadomie wybiera
treściwą i sugestywną „małomówność". Szczególnie lu­
bi i podziwia Stendhala, a sam władając piórem tak
wprawnie i rozważnie, może czuć się uprawniony do po­
winowactwa z powściągliwą frazą tego pisarza. Władz­
two i służba to książka bezcenna dla tych wszystkich,
których sztuka naprawdę obchodzi - „miłośników", ar­
tystów, a zwłaszcza dla młodzieży szukającej swych dróg.
Jak już było powiedziane, rok 2002 stał się dla Jac­
ka czasem szczególnym - porą przypływu.
W zabiegach l u d z k i c h jest przypływ i odpływ:
Pora przypływu stosownie schwytana
W i e d z i e do szczęścia; k t o o n ę opuszcza,
T e n podróż życia po m i e l i z n a c h z biedą
M u s i odbywać. Myśmy teraz właśnie
N a t a k wezbrane wypłynęli morze:
Trzeba n a m z f a l i przyjaznej korzystać,
Inaczej okręt nasz zginie.
W i l l i a m Szekspir, Julius? Cezar
(przełożył Józef Paszkowski)

Człowiek przeznaczony jest do tego, by szedł na­
przód. Wierzymy, że Jacek Sempoliński nadal będzie
unosił się na fali przypływu jak młody mistrz surfingu,
lub - mówiąc bardziej metaforycznie - jak okręt płyną­
cy przez morze namiętności do Góry Ocalenia.

Aleksandra Melbechouska-Luty • JEST T O JAKOBY K L E J N O T K O R O N Y JEGO

Aleksandra Me&echouiska-Luty • ]EST T O JAKOBY K L E J N O T K O R O N Y JEGO

7
4. Jacek Sempoliński, Ja, olej, węgiel, p ł ó t n o , 1999
5. Jacek Sempoliński, A u t o p o r t r e t / A . R . , a k r y l , folia, 1999
6. Jacek Sempoliński, Czaszka, olej, p ł ó t n o , 1990
7- Jacek Sempoliński, Z a m e k w J a n o w c u , pastel, papier,
2000

44

Aleksandra Melbechowska-Luty • JEST T O JAKOBY K L E J N O T K O R O N Y JEGO

8.

Jacek Sempoliński, D e r Ferne, pastel, papier, 2002

9.

Jacek Sempoliński, Ukrzyżowany u Św. A n n y Ferne, pastel, papier, 2001

10. Jacek Sempoliński, Zza g r o b u , pastel, papier, 2002
1 1 . Jacek Sempoliński, Zza g r o b u , pastel, papier, 2002. F o t . 4 - 1 1 Jerzy Sabara

45

Aleksandra Melbechmka-Luty * JEST T O JAKOBY K L E J N O T K O R O N Y JEGO

1 . O k ł a d k a książki A l k s a n d r a Jackowskiego

Polska Sztuka Ludowa, W y d a w n i c t w o N a u k o w e P W N .

P r o j . graf. M i c h a ł Piekarski
2. B o ż e n a Żółtowska i A l e k s a n d e r Jackowski, C e n t r u m S z t u k i Współczesnej w Warszawie, listopad 2002.
Fot. Sergo K u r u l i s z f i l i
3. A d a m Ferency, Bożena Żółtowska i A l e k s a n d e r Jackowski, M i c h a ł Jagiełło, Krzysztof Czyżewski, C e n t r u m S z t u k i
Współczesnej w Warszawie, listopad 2002. F o t . Sergo Kuruliszfili

46

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.