64ec407f29f2fe9cef92d68bf2569f6b.pdf

Media

Part of Starorzecze. Książę. Telefony. Zegar / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2002 t.56 z.3-4

extracted text
M

Książę
A N T O N I K R O H

inisterstwo Spraw Wewnętrznych Biuro „C"
Tajne! Informator o nielegalnych antypaństwo­
wych organizacjach i bandach zbrojnych działa­
jących w Polsce Ludowej w latach 1944-1956. Warszawa
1964- (Wznowienie: Wydawnictwo RETRO, Lublin
1993). W dziale Organizacje młodzieżowe (w tym klerykalne) wymienione są, pośród wielu innych, takie oto
sprzysiężenia: Bracia Atomy; Chór Walki z Komuni­
zmem; Eskadra Wyzwolicieli Ziemi Kieleckiej z Komu­
nizmu; Młoda Gwardia Przeciwko Komunizmowi;
Szajka Krajowa; Banda Czerwonego Byka; Kochaj Ry­
zyko; Mściwy Sęp; Tajna Organizacja Patyków; Tajna
Organizacja Wynalazców i Odkrywców. Obok podano
liczbę członków (od kilku do kilkudziesięciu), ich wiek
(12-16 lat), środowisko (najczęściej paczka szkolna,
podwórkowa, przyjaciele z rozwiązanej w 1949 roku
drużyny harcerskiej albo nawet zuchowej, ministran­
ci). Data powstania, data rozbicia, nazwiska, pseudo­
nimy, zastosowane środki.
Skóra cierpnie.

Starorzecze
Książę. Telefony. Zegar

Te ruiny to było nasze królestwo. Walały się tam
książki, połamane meble, kafelki o najwymyślniejszych
kształtach i kolorach, wspaniałych do gry w klasy. Kie­
dyś Zbyszek wygrzebał w gruzach pudło, wyściełane
granatowym aksamitem, pełne dziwnych szybek.
Oglądając pod światło, można było dojrzeć górskie
krajobrazy, jakieś tajemnicze zamki, panów w śmiesz­
nych mundurach z rogatymi czapkami, konie biorące
przeszkody, a nawet rozebrane kobiety. Wejście ma­
skował fortepian bez wieka i przednich nóg, przysypa­
ny śniegiem; można było siąść na teczce i zjechać niby
z górki po obnażonych strunach. Zjazd był wprawdzie
króciutki, ale za to wspaniale hałaśliwy. Aby dostać się
do piwnicy, należało przeczołgać się pod fortepianem,
dorosły nie był w stanie tego dokonać, ani nawet się
domyślić, że jest tu jakieś wejście.

I lekko się robi na sercu, że nie znalazła się na tej l i ­
ście Polska Partia Podziemna (PPP), która działała
w Warszawie na Bielanach w styczniu i lutym 1953 ro­
ku pod moim przywództwem.
Mężczyzna rośnie, krzepnie, poważnieje, jest
ogromnie spostrzegawczy, ma świetną pamięć, dużo
czyta, rozgląda się bystro po okolicy, chłonie i analizu­
je fakty, stawia zasadnicze kwestie, staje się odpowie­
dzialny za siebie i innych - aż nadchodzi dzień, w któ­
rym koniecznie, teraz, zaraz, natychmiast, musi doko­
nać czegoś wielkiego.

W krótkim, zwartym przemówieniu, starannie do­
bierając słowa, zarysowałem plan działania, a także ce­
le organizacji oraz jej strukturę. Ja miałem tytuł księ­
cia, Waldek i Marcin zostali hetmanami, Zbyszek
i Stasiek atamanami. (Uprzejmie dziękuję p. Henryko­
wi Sienkiewiczowi za inspirację). Zbyszek trochę sar­
kał. Obiecałem szybki awans, jeśli zasłuży.
Plan był jasny: rozrzucić ulotki, opanować Spół­
dzielnię Pracy „Metalowiec" na Słodowcu, aby miał
nam kto naprawiać zdobyczne samochody i broń, za­
jąć lotnisko na Chomiczówce, następnie Belweder,
stamtąd wydamy odezwę do narodu, a później się zo­
baczy.
Dysponowaliśmy gumową drukarenką, którą Sta­
siek dostał na Gwiazdkę. Mianowałem go więc atamanem-redaktorem. W niedzielę był z rodzicami na Tra­
sie W-Z, jeździli ruchomymi schodami, tato spotkał
kolegę i mruknął „Stalinie skurwysynie zabierz schody
oddaj świnie", kolega się ośmiał, mama fuknęła, żeby
byli cicho. To by się nadawało na ulotkę.

Ze mną było podobnie.
Niemało czynników złożyło się na powstanie Pol­
skiej Partii Podziemnej: lektura zakazanej książki Ka­
mienie na szaniec, piosenka O, mamo, otrzyj oczy,
Z uśmiechem do mnie mów, ta krew, co z piersi broczy, to
za nasz, za nasz Lwów, fotografia uśmiechniętego chło­
paczka w harcerskim mundurku, dźwigającego torbę
powstańczej poczty, przedwojenna powieść dla mło­
dzieży Zdzich szuka ojca o małym warszawiaku, który
podróżując z wielkimi przygodami przez Gdynię, Oslo
(gdzie wyciągnął ze stawu tonącego chłopca, przypad­
kiem królewicza), Laponię, wyrwał z łap bolszewickich
ukochanego tatusia; lecz bezpośrednim impulsem by­
ło opowiadanie w „Płomyczku", jak to nadwiślański
pastuszek z okolic Połańca uratował życie Tadeuszowi
Kościuszce, za co otrzymał pierścień z napisem „Oyczyzna - Obrońcy Swemu". Pierścień był za duży, zsu­
wał się z palca. - Nie myślałem, że i dzieci będę nim
nagradzać - powiedział wzruszony Naczelnik.

- Nie, „Precz ze Stalinem" lepsze, mniej literek.
- Ale tamto jest do wiersza, łatwiej zapamiętać.
- Nasza partia nie będzie używać brzydkich słów, to
niegodne Polaka. Co innego do kogoś na ulicy, co in­
nego na piśmie. Przecież jak rozrzucimy ulotki w szko­
le, to pierwszaki się dorwą.
- Papier jest, mamy zeszyty, każdy niech da po jed­
nym.

Pastuszek z czy tanki miał dziesięć lat, ja niecałe
dziesięć i pół, niepodobna było zwlekać.
Zebranie organizacyjne Polskiej Partii Podziemnej
odbyło się w piwnicy spalonego domu przy ulicy Ka­
sprowicza róg Babickiej.
33

Antoni Kro/i • KSIĄŻĘ. TELEFONY. Z E G A R

- Nie ma na co czekać.
Zbyszek zwędził ojcu teatralną lornetkę, niezbędną
do obserwacji lotniska. Przyznałem mu stopień hetma­
na. Ojciec odkrył brak lornetki, ale Zbyszek nie wydał
nikogo. Może dlatego, że ojciec o nic nie pytał, tylko
nakrzyczał i lornetkę odebrał.
Mniej więcej wtedy wybuchła w naszej szkole moda
na miecze i szable, wpinane w klapy marynarek. Ta
moda, przyznaję z żalem, nie zrodziła się w szeregach
PPP choć wyrastała z tego samego ideowego pnia. Na
szpilkę nasadzało się dwa skrawki kolorowej izolacji,
ściągniętej zębami z kabla telefonicznego, to był
miecz. Zakrzywiona szpilka z plastikową klingą prze­
istaczała się w szablę. Wszyscy mężczyźni z młodszych
klas (może i ze starszych, nie umiem powiedzieć) mie­
li takie odznaki. Nauczyciele pieklili się, zabraniali,
odbierali, robiliśmy nowe, aż ni z tego, n i z owego mo­
da przeminęła.

lecz zjednoczenie Polski w 1918 roku, dowiedziałem
się znacznie później. Podobnie było z wielkim budyn­
kiem, który za moich czasów, zaopatrzony w wielką ta­
blicę, nosił dumną nazwę Dom Młodzieży im. Feliksa
Dzierżyńskiego; dopiero potem się dowiedziałem, że
był to słynny „Nasz Dom" Janusza Korczaka.
Sytuacja mnie przerosła. Chodziłem markotny, czu­
łem się jak w labiryncie. Nic mnie nie cieszyło. Starałem
się być jak najdłużej w domu, zaszywałem się w swój ulu­
biony kąt za szafą i popłakiwałem. Któregoś dnia zasną­
łem tam, zwinięty w kłębek; wyczerpany, sterany życiem.
Mama wróciła z pracy jak zwykle, czyli późnym wie­
czorem. Rozebrała mnie, położyła do łóżka.
Następnego dnia była niedziela. Mama kazała zmie­
rzyć temperaturę. Miałem kilka kresek więcej. Ku mo­
jemu zdumieniu i wielkiej radości nie wsadziła z po­
wrotem do łóżka, lecz zaproponowała wspólny spacer.
Świeciło słońce, mróz przyjemnie szczypał w policz­
ki. Zaraz za pętlą tramwajową, pośród rzadkiej sośniny,
wyłaniały się świeże mury, otoczone rusztowaniami.
- Nie wiesz synku, co tu budują?
- Szpital. Tutaj pracują ci, którzy walczyli o Polskę.
- Ze co?
- No, więźniowie. Więźniowie budują ten szpital.
Pilnują ich strażnicy z pepeszami i psami. Chłopaki
chodzą popatrzeć.
- A skąd wiesz, że oni walczyli o Polskę?
- No, jak to? A za co wsadzono by ich do więzienia?
- Może to kryminaliści.
- Co to znaczy kryminaliści?
- No, złodzieje, bandyci, rabusie...
- Za to też wsadzają do więzienia?
Spojrzała na mnie uważnie.
- Nie wiedziałeś o tym?
- Nie. Czytałem tylko o ludziach, którzy w więzie­
niach cierpieli za Polskę. Żołnierze walczą o wolność,
a jak nie polegną, to potem siedzą, a siepacze ich siepią. Jak się mówi, siepią czy siepają?
W Lasku Bielańskim było pustawo. Wtedy rosły
tam jeszcze kilkusetletnie dęby o wspaniale powykrę­
canych konarach, ale za to u wejścia nie było tablicy,
że to rezerwat, resztka Puszczy Mazowieckiej w środku
miasta, unikat na skalę europejską. Minęliśmy skocz­
nię narciarską, przyprószoną świeżym śniegiem. Prze­
szedł ksiądz w czarnej sutannie; machał rękami, wy­
glądał jak wielka wrona. Mama opowiadała o ptakach,
drzewach. Potem zeszło na niedźwiedzie, które śpią
przez całą zimę, ssąc łapę. Bardzo lubią miód.

Obsadzenie spółdzielni Metalowiec nie postępowa­
ło, atmosfera robiła się coraz bardziej paskudna. Doły
partyjne drwiły ze mnie, co absolutnie nie powinno
mieć miejsca. W dodatku Waldek uznał, że styczeń
jest najlepszy na powstanie, czego dowodzi nazwa po­
wstanie styczniowe. Nauczył nas kujawiaczka o drze­
wach w świętokrzyskim lesie, które z czułością witają
partyzantów. I tylko stare wiekowe modrzewie wiedzą,
czego żadne inne drzewo nie wie. Pamiętają bowiem
rok krwawych zamieci, sześćdziesiąty trzeci. Postawił
wniosek, by „sześćdziesiąty trzeci" zamienić na „pięć­
dziesiąty trzeci", a PPP będzie miała hymn. Tylko z po­
wstaniem trzeba się pospieszyć, bo do końca stycznia
zostało niewiele czasu.
Zwlekałem, nie mógł tego znieść, przyszedł do mnie
do domu na zasadniczą rozmowę. - Jak masz na imię,
miły kawalerze? - spytała Babcia. - Waldek. Ze też pa­
ni tak od razu poznała, że nie jestem żonaty. Babcia
była wyższa ponad takie impertynencje. Co ta głupia
Mniszkówna narobiła - mruknęła - teraz co drugi to
Waldek.
Nie miałem wyjścia - obiecałem, że zredaguję ma­
nifest, a u Mamy w biurze skombinuję tusz do stempli.
I oto stanąłem przed najtrudniejszym problemem:
jak sformułować cele i zadania? Nie chciałem narażać
kolegów na niebezpieczeństwo, póki nie nabędę głę­
bokiego przeświadczenia, że ulotka spełni swoje zada­
nie, to znaczy porwie tłumy. Prosta uczciwość wyma­
gała, by żądając od żołnierzy najwyższej ofiary, dać im
przekonującą, szlachetną ideologię.
Dni galopowały, doły partyjne sarkały coraz natar­
czywiej. Dowiedziałem się z poufnych źródeł, że Wal­
dek proponował zdegradować mnie do stopnia atamana, a księciem mianować kogoś odpowiedniejszego.
Moja partia stawała się przedmiotem kpin i złośliwo­
ści, różne plugawe przezwiska wykrzykiwano na mój
widok od ulicy Podczaszyńskiego aż po aleję Zjedno­
czenia. O tym, że nazwa tej ulicy nie upamiętniała
zjednoczenia PPR z PPS, co uważałem za oczywistość,

Staliśmy na skarpie, słuchając kościelnej sygnatur­
ki. Woda w Wiśle była granatowa, prawie czarna.
Spływała kra. Wrony krążyły, przysiadały na lodowych
brylach, płynęły, kiwając śmiesznie ogonami, by po
chwili poderwać się do lotu. Zrobiło mi się jakoś dziw­
nie miękko i ciepło, rozpłakałem się i zacząłem bezład­
nie opowiadać o Polskiej Partii Podziemnej, o strachu,
który siadł na mnie i nie chce odfrunąć, o tym, jak mi­
ło i trudno być księciem.
34

Antoni Kroh * KSIĄŻĘ. TELEFONY. ZEGAR

Spojrzałem na Mamę i urwałem, bo była jakaś dziwna.
- Chodź - powiedziała - pokażę ci coś ciekawego.
Obejrzeliśmy grób Staszica, domek Wołodyjowskie­
go, bramę, o którą Zagłoba rozbił pustą flaszę.
- Wiesz, kto to był Stanisław Staszic?
- Wiem, był postępowy.
- No, dobrze. A więcej?
- Co więcej? To nie wystarczy?
Dała spokój Staszicowi i zaczęła mówić urywanymi
zdaniami.
- Widzisz, synku, dobry dowódca... no... czy wiesz,
dlaczego upadło powstanie styczniowe? A dlaczego
nie powiodło się listopadowe? Bo było nieprzemyśla­
ne. Musisz sobie zdać sprawę, że Polska Partia Pod­
ziemna nie ma szans na zwycięstwo, żadnych szans. Ja
ci niczego nie zabraniam, przecież jesteś duży i sam
musisz decydować; ale bądź nie tylko odważny, bądź
przede wszystkim mądry. Rozwiąż tę swoją partię. Zrób
to dla Polski.

1 marca 1953. Wstałem, zjadłem śniadanie, dosta­
łem cztery plus z matmy, było zimno, Babcia śpiewała
przy pruciu swetra, poszłem spać. 2 marca 1953. Wsta­
łem, padał śnieg z deszczem, zapomniałem zeszytu
z polaka, pani powiedziała, że mam dziurawą głowę,
wróciłem do domu. Babcia mnie posłała po chleb, jak
wróciłem, to powiedziała, że mnie to tylko po śmierć
posłać. Zrobiła nam kolację, po kolacji czytała Potop,
prosiliśmy, żeby czytała dalej, ale nie czytała, poszłem
spać. 3 marca 1953. Nasza klasa idzie pojutrze do te­
atru na Królową Śniegu, a ja nie, bo przeczytałem w ga­
zecie, że Stalin ciężko chory.
Mama trochę zesztywniała.
- To znaczy, że... że ty uważasz... że nie wypada iść
do teatru, ponieważ Stalin jest ciężko chory?
Roześmiałem się.
- A skąd. Tylko że jak Stalin kipnie, to teatry poza­
mykają i dwa złote za bilet przepadną.
Sprawdziło się co do joty. Czemuż miałbym się nie
pochwalić, że ja jeden z całej klasy to przewidziałem.

Na pętli wsiedliśmy w piętnastkę, jechaliśmy do
śródmieścia, do cukierni.
- Czemu w każdym tramwaju jest napis „Nie pluć"?
Czy to znaczy, że wszyscy plują? Czy Mamusia nie plu­
je w tramwaju, bo tak jest napisane? Mamusiu, a jesz­
cze niedawno w tramwajach były skrzynki z gazetami,
„Sami bierzemy, sami płacimy", czemu je pozdejmowa­
no? Ludzie nie brali czy nie płacili?
Zjadłem dwa wielkie ciastka i obiecałem, że odłożę
konspirację na później.
W poniedziałek zwołałem odprawę. Powiedziałem
(jak mi Mama poradziła), że z Komendy Głównej przy­
szedł rozkaz demobilizacji. Mamy na pewien czas za­
niechać wszelkiej działalności. Zakonspirować się
i czekać na rozkazy, bez rozkazu nie wolno nawet kiw­
nąć palcem w bucie. Spocznij.
- Jak nie chcesz, to łaski bez, możesz do nas nie na­
leżeć - oświadczył Waldek. - Ale my będziemy wal­
czyć dalej.
- Jesteś w wojsku! - krzyknąłem. - Obowiązuje cię
posłuszeństwo! Jak nie, zostaniesz rozstrzelany.
- Mam to w nosie!
- Ale mordę ci przedtem skują i zrobią z nosa pę­
dzel. Nie wiesz, jak wyglądają sądy wojenne?
Nie pamiętam, czy akurat to poskutkowało, ale par­
tia przestała istnieć.
Straciłem jednak czterech najbliższych kolegów.
N i k t nie chciał się ze mną bawić. Byłem ośmieszony,
skompromitowany, beznadziejnie samotny.
- Niedługo wyjedziesz w góry. A teraz pisz pamiętnik.
Dostałem na ten cel obłędną kwotę, nie pamiętam
ile. Kupiłem przewspaniały pamiętnik, z grzbietem
przewleczonym wstążeczką i bukietem czerwonych róż
na okładce.
- N o jak, piszesz? - spytała po paru tygodniach.
- Piszę.
- A możesz m i pokazać?
- Proszę.

Telefony
Na początku okupacji firma telefoniczna z Berlina
otworzyła filię w Warszawie. Na założenie telefonu
czekało się kilka dni, kosztowało stosunkowo niewie­
le. Instalował, kto mógł. Niemcom chyba wtedy ro­
zum odebrało - przecież gdyby nie telefony, konspira­
cja z pewnością nie byłaby tak skuteczna. Firma zgar­
nęła furę pieniędzy, ale jednocześnie położyła ogrom­
ne zasługi dla polskiego państwa podziemnego. Wskaź­
nik aparatów telefonicznych w przeliczeniu na tysiąc
mieszkańców Warszawy w dniu wybuchu powstania
osiągnięto ponownie dopiero na początku lat siedem­
dziesiątych.
Mieliśmy w mieszkaniu telefon, więc żyję. Podobnie
jak wielu warszawiaków.
Mama opowiadała, jak latem czterdziestego drugie­
go roku, mniej więcej na miesiąc przed moim urodze­
niem, umówiła się z kimś na mieście. Już była
w drzwiach, kiedy ten ktoś zadzwonił żeby odłożyć spo­
tkanie, bo na rogu Chełmskiej i Czerniakowskiej śnie­
życa. Niech Mama nie wychodzi, bo się przeziębi. Śnie­
życa w środku lata, taki był język tamtych rozmów te­
lefonicznych. Mama odbierała wiadomości dla Stryja
Tadeusza, żeby wziął trzy najsolidniejsze rakiety oraz
tuzin piłek cytrynowych i w piątek o siódmej był na
kortach, albo że jest zaproszony na spływ kajakowy,
wiosła własne, zbiórka tam, gdzie zawsze, względnie że­
by upiekł czekoladowy tort z migdałami, dodając do
ciasta siedem deko rodzynków i dwanaście ziarenek
pieprzu. - Cóż za dziecinada, przecież to na kilometr
pachnie szyfrem! Jeszcze rozumiem tort z pieprzem, ale
jaki cymbał wymyślił te rakiety, przecież korty są nur
fur Deutsche! - irytowała się Mama. Tadeusz tłumaczył,
że nic na to nie poradzi - u nich w „Parasolu" panuje

35

Antoni Kroh • KSIĄŻĘ. TELEFONY. ZEGAR

zabobon, że im głupsze albo śmieszniejsze hasło, tym le­
piej akcja się powiedzie. Zresztą to nie zabobon, tylko
najszczersza prawda, sprawdzona doświadczalnie.
W ciągu pierwszych kilkunastu lat Polski Ludowej
nie mieliśmy telefonu, ponie-waż nie mieliśmy samo­
dzielnego mieszkania.
Skoro tylko dostaliśmy nakaz na nowe mieszkanie,
Mama złożyła wniosek. Był to formularz, z którego wy­
nikało, że wnioskodawca chce rozmawiać z domu przez
telefon i gotów jest za to płacić. Czyli nic nie wynika­
ło. Ważniejsze były załączniki, zwane podkładkami,
dziś pogardliwie kwitami. One dawały odpowiedź na
pytanie, kim jest wnioskodawca. Mama zgromadziła,
co się dało: redakcja zapewniała, że musi się ze swoją
pracownicą we dnie i w nocy komunikować; lekarz że
babcia miewa ataki i niedobrze jest wzywać pogotowie
z ulicznego automatu, bo tymczasem może umrzeć.
Nawet Komenda Hufca Mokotów Zachód Związku
Harcerstwa Polskiego łgała w żywe oczy na całą stronę
A4, że bez telefonicznych kontaktów ze mną po prostu
nie da sobie rady, kończąc tradycyjnym: Czuwaj! In­
nych załączników nie pamiętam, ale było ich ogółem
kilkanaście. Odpowiedzieli stereotypowo, że zainstalu­
ją, jak będą mieli moce przerobowe, kable, aparaty
i numery, czyli najwcześniej za lat dziesięć. N o i dobrze
- nikt się przecież nie spodziewał, że od razu. Chodziło
jedynie o zajęcie miejsca w kolejce.

zarejestrowany na niego, miał obowiązek to zgłosić. Te­
lefon wyłączano i zabierano, całkowicie zgodnie z pra­
wem. Zona była bezsilna. Mogła złożyć podanie i cze­
kać od nowa, niekiedy kilkanaście lat. Czasem mąż ro­
bił żonie tę pożegnalną złośliwość, czasem nie.
Gdy abonent przenosił się do wieczności, rodzina
nie zgłaszała tego faktu w urzędzie, słusznie obawiając
się utraty telefonu. Warszawska książka telefoniczna
pełna była nazwisk osób zmarłych, które regularnie
płaciły rachunki. Ministerstwo Łączności świetnie
o tym wiedziało, a chcąc uporządkować kartotekę, co
jakiś czas ogłaszało tak zwaną amnestię telefoniczną.
Okazywało się, że trzydzieści, czterdzieści procent te­
lefonów mieszkaniowych wymagało aktualizacji da­
nych. Niektórzy bali się wychylić, nie ufali w szczerość
intencji ministerstwa. Mama figurowała w spisie abo­
nentów jako Zofia Krok, znajomi radzili jej siedzieć ci­
cho, bo przy tak dobrej okazji mogą zabrać telefon.
Ostatnia taka amnestia była w lipcu dziewięćdziesiąte­
go roku. Można było wtedy (za opłatą) przerejestrować aparat z poprzednika na siebie bez nieprzyjem­
nych konsekwencji.
Termin płatności rachunku wynosił siedem dni, za­
liczek nie przyjmowano, więc po sezonie urlopowym
następował sezon podań o ponowne przyłączenie tele­
fonu do sieci (oraz sezon felietonów gazetowych na
ten temat). Ale nie dotyczyło to ludzi wybitnych.
Przynajmniej niektórych. Na początku lat sześćdzie­
siątych pracowałem u pana Wańkowicza, który miał
powody sądzić, że jego telefon jest na podsłuchu. Ktoś
mu poradził, żeby przestał płacić rachunek. Jeśli na­
prawdę podsłuchują, telefonu nie wyłączą. Gdy się
z nim rozstawałem, był dłużny urzędowi telefonów
większą sumę, twardo nie płacił, a urząd znosił to
z anielską cierpliwością.

Telefon był wtedy dobrem bardziej upragnionym niż
samochód. Gazety zachodziły w głowę, komu jest po­
trzebniejszy: lekarzowi, profesorowi uniwersytetu, pu­
blicyście, a może zasłużonemu emerytowi? (Emeryci
dzielili się na zasłużonych i resztę.) Pewien pan się
przechwalał w towarzystwie, że zobaczył monterów na
swojej klatce schodowej, wyskoczył po pół litra, zapro­
sił i spytał przymilnie, czy nie mogliby przy okazji zało­
żyć również u niego? Odpowiedzieli, że owszem, ale
styki należy posmarować, żeby nie śniedziały. - Ależ
rozumiem, oczywiście, jestem na to przygotowany! Za­
instalowali na poczekaniu, następnego dnia zgodnie
z instrukcją poszedł do urzędu, wywołał panią Hanecz­
kę i uiścił. Pani Haneczka przełożyła wniosek z jedne­
go pudełka do drugiego. Pan potoczył dumnie wzro­
kiem, sprawdzając wrażenie, jakie uczynił, a gdy od­
szedł, ktoś ze słuchaczy westchnął: cóż za wodolejca...

Wyprowadzając się z Warszawy, zgłosiłem rezygnację
z telefonu. Dostałem zaświadczenie, że w nowym miej­
scu zamieszkania należy mi się poza kolejką. Tam obej­
rzeli dokument z wyraźnym zainteresowaniem, po czym
zafrasowali się stanem moich władz umysłowych. Drogi panie, tu nie Warszawa. Złóż pan podanie i cze­
kaj pan spokojnie. Złożyłem, z grubym plikiem załącz­
ników, między innymi z wydawnictwa Iskry (tłumaczy­
łem dla nich książkę). Urzędniczka przejrzała papiery,
zerknęła na mnie uważnie. - Naprawdę pracuje pan
w Iskrach? A może pan załatwić „Sztukę kochania"
Wisłockiej? - Mogę spróbować. Opowiadam o tym
znajomemu, a ten obrzuca mnie takim samym spojrze­
niem jak panienka z okienka i mówi: to załatw dwa eg­
zemplarze. Zona narzeka, że mnie ciągle nie ma w do­
mu, dam jej, niech choć sobie poczyta.

Osoba, której przydzielono telefon, nazywała się
urzędowo abonentem. Aparat i kabel w mieszkaniu był
własnością Urzędu. Aparatów w wolnym handlu nie
było. Podobnie wtyczek. Telefon był zamontowany na
stałe; abonent nie mógł go wyłączyć, jeśli np. przyszła
mu ochota porządnie się wyspać. Co jakiś czas przypo­
minano, że ogłoszenia prasowe: Zamienię mieszkanie,
superkomfort (to znaczy gaz, łazienka i kaloryfery), te­
lefon... są niezgodne z prawem, bo abonent opuszczają­
cy mieszkanie zobowiązany jest zgłosić ten fakt w urzę­
dzie telekomunikacyjnym; pozostawienie aparatu jest
wykroczeniem i podlega karze. Jeśli na przykład mąż po
rozwodzie wyprowadzał się z mieszkania, a telefon był

Mama mieszkała na Muranowie. Obok było przed­
szkole, które chciano rozbudować, więc zaproponowa­
no jej przeprowadzkę. Postawiła warunek: telefon. Ależ oczywiście! Załatwimy! Przenieśli Mamę na Mo­
kotów, obiecali telefon w ciągu miesiąca, czekała spo­
kojnie, a gdy miesiąc minął, okazało się, że termin też
36

Antoni Kroh * KSIĄŻĘ. TELEFONY. ZEGAR

minął, za późno na pretensje i reklamacje. Urząd Tele­
fonów na Muranowie twierdził, że wszystkie papiery
przesłał na Mokotów, na Mokotowie powiedzieli, że
obietnice złożone przez Muranów ich nie wiążą, a tele­
fonu nie dadzą, bo nie mają. Ale trzeba trafu, zbliżały
się wybory. Usłuchałem rady przyjaciela, który młodość
spędził w radzieckim Lwowie i o komunizmie wiedział
więcej niż my, siadłem do maszyny i wystukałem pismo
do komisji wyborczej: Niedługo wszyscy pójdą głoso­
wać na kandydatów Frontu Jedności Narodu. W kraju
zapanuje radosna atmosfera. Ja niestety na wybory nie
pójdę, nie mogę cieszyć się wraz z całym społeczeń­
stwem, gdyż zostałam oszukana... po czym następował
opis sprawy. Na oryginale podrobiłem podpis Mamy,
kopię schowałem. Minęły trzy dni. Siedzimy z Mamą,
rozmawiamy, aż tu puk puk, komisja. Sumitują się od
progu, pytają, czy Mama łaskawie znajdzie czas, aby ju­
tro wpuścić monterów. Mama uprzejma, choć nieco
zdezorientowana. Komisja wychodzi, kłaniając się,
przepraszając za najście. Wyciągam pismo. Mama czy­
ta. Odkłada i mówi z podziwem:
- Ty idioto.

wtedy nie chodził. Pomyślałam, że go schowam i od­
dam pani dziedziczce, jak się kiedy, co daj Boże, spo­
tkamy, przecie my razem niejedno przeszły, pani dzie­
dziczka dla mnie jak rodzina, wiem, że to jedyna rzecz,
jaką pani miała, wychodząc za pana dziedzica, sama
pani dziedziczka kiedyś przy stole mówiła, że przyje­
chała do Serebryszcz w jednym paltocie i z ciotczynym
zegarem pod pachą. - Proszę, niech Hańdzia nie mó­
wi do mnie „pani dziedziczko". — Dziękuję, chwalić
Boga, nie narzekam. Mamy murowany dom, obejście,
elektryku, wodociąg, z indykami robota świątek i pią­
tek, nie było kiedy tego zegara odwozić, ale zawezwali
mnie tu do Warszawy po linii przodujących drobiarzy,
mają mi wręczać dyplom pochwalny, mówię do męża,
odwiedzę panią dziedziczkę, powspominamy dawne
dzieje. A co pan dziedzic, uchował się? Zdrowy?
A dzieci? Panicz Felcio podobnież na wojnie zginął?
A to kto, wnuczek? Czyj on? Panny Zosi? Boże, jaki
podobny! Przepraszam, trochę brudny, gołębie po nim
chodziły. Wypchałam go sianem jeszcze w Serebrysz­
czach, jak jechalimy na zachód, żeby nie dzwonił po
drodze. Pomyślałam, że i tak nic z niego nie będzie, to
wyniosłam na strych, nie był mi padchadziaszczy, bo
tej wiosny kupiłam nowe meble, a dla pani dziedziczki
to zawsze pamiątka.

Zegar
Gdy Babcia wychodziła za Dziadka Felicjana
w 1909 roku, Ciotka Bobińska z Piotrkowa dała jej ten
zegar na szczęście, bo sama dostała go w ślubnym pre­
zencie od swojej ciotki. Czyli zegar jest w naszej rodzi­
nie od ponad stu lat. Ciemnowiśniowa, profilowana
szafka, ozdobne mosiężne haczyki. Grube, nierówno
walcowane szkło, biała tarcza, na niej rzymskie cyfry,
pośrodku staroświeckie litery LE ROI a PARIS. Teraz
jest mój. Co jakiś czas reguluję według niego timer
w komputerze, który się spóźnia mniej więcej pół mi­
nuty na miesiąc, a stary zegar idzie dokładnie.

- To może następnym razem przywiezie mi Hańdzia
indyka? Tylko żeby był oskubany i wypatroszony. Czę­
sto są te zjazdy w Warszawie?
Mama wróciła z pracy późnym wieczorem. Obejrza­
ła zegar, uśmiechnęła się, wyjęła źdźbło zza tarczy.
- Ciekawe, czy to naprawdę serebryskie siano.
Przetarła szafkę, powiesiła zegar na haku, który
tkwił od poprzednich lokatorów.
Dostaliśmy nakaz na nowe mieszkanie. Mama za­
niosła zegar do naprawy, żeby go nie przewozić z inny­
mi rzeczami i odebrać już po przeprowadzce. Stary ze­
garmistrz rozrzewnił się.
- Chyba wszystko w nim dobre, tylko mechanizm
brudny. Sprężyna pęknięta, trzeba wymienić. Takiej
sprężyny, jak była przedtem, żeby nakręcać co dwa ty­
godnie, nie dorobię, nie mam z czego. Zgadza się pani,
żeby co tydzień? Jeszcze pochodzi, ale niech go pani
daje do czyszczenia mniej więcej co dziesięć lat, tylko
żeby to robił fachowiec. Bardzo panią proszę (tu poca­
łował mamę w rękę, przekrzywił głowę i zrobił słodką
minę z przedwojennych filmów), niechże go pani nie
oddaje do naprawy byle komu. Niechże się pani do­
brze nim opiekuje, jak dzieckiem, żeby nas wszystkich
przeżył. Dziękuję, że mi pani zaufała, dla mnie ta robo­
ta to święto.

Wisiał w Serebryszczach w stołowym. Gdy rodzinę
wyganiano, tykał sobie wesoło jak zwykle.
W parę lat po wojnie n i z tego, n i z owego odwie­
dziła nas w Warszawie Hańdzia, pokojówka. Jak nas
odnalazła, nie wiem. Wpadła, wrzasnęła „dzień do­
bry". Babcia, która właśnie kładła pasjansa, wzdrygnę­
ła się, uniosła ręce niczym Piotr Skarga na obrazie,
rozczapierzyła wyschnięte, powykręcane palce: Wszel­
ki duch Pana Boga chwali! Hańdzia usiadła z impe­
tem, krzyknęła, że nie będzie jeść ani pić (choć nikt
nie zdążył jej zaproponować), śpieszy się, wpadła tylko
na chwilkę. Mieszka na ziemiach odzyskanych, świet­
nie jej się powodzi, ma dobrego niepijącego męża i ho­
dowlę indyków. - A pani jak się miewa, pani dziedzicz­
ko. Jak pani astma? Toż niezdrowo tyle palić. - Proszę,
niech Hańdzia nie nazywa mnie panią dziedziczką. Kiedyś pani dziedziczka nie była taka nerwowa, ale
cóż, nie dziwota. - Niechże Hańdzia mówi ciszej. Przywiozłam zegar, może pani dziedziczce humor po­
prawi. Zdjęłam go ze ściany jak Niemcy uciekli, bol­
szewicy jeszcze nie weszli, a ludzie brali co popadło. Już

Babcia umarła, ktoś starym zwyczajem zatrzymał
zegar, tarczę zasłonił czarną chustką.
Parę lat później Zosia wyszła za mąż. W Warszawie
odbył się ślub, Piotr wrócił do Anglii, a Zosia złożyła
podanie o paszport emigracyjny. Musiała załączyć za­
świadczenie o wymeldowaniu, taki był wymóg. Na
paszport czekała parę miesięcy, na skutki wymeldowa-

7

37

Antoni Kroh • KSIĄŻE. T E L E F O N . Z E G A R

nia niecałe dwa tygodnie; przyszło pisemko z kwate­
runku, że wedle norm zasiedlenia jeden pokój w na­
szym lokalu to pustostan, więc żebyśmy go w terminie
siedmiu dni opróżnili, bo na ten pokój, z używalnością
kuchni i łazienki, urząd wyda nakaz komuś innemu.
Podstawa prawna taka i taka. Poniżej rytualne strasze­
nie paragrafami, pieczątka, podpis. Okoliczność, że
Zosia wciąż z nami mieszkała, dla urzędu kwaterunko­
wego nie miała znaczenia.
Można było zapobiec kataklizmowi, składając poda­
nie o zamianę mieszkania na dwa mniejsze. Mama
przeniosła się do kawalerki na Muranów, ja do kawa­
lerki na Mokotów, Zosia wyjechała.
Wkrótce wyprowadziłem się z Warszawy.
Minął jakiś czas, wpadłem do Mamy, patrzę, zegar
stoi. Pchnąłem wahadło, idzie. Wpadłem następnym
razem, znowu stoi.
- Zepsuty?
- Nie, czemu? Zatrzymałam. Nie chcę, żeby się zu­
żywał. Zeby trybiki się nie wytarły, zanim będzie wisiał
u któregoś z twoich dzieci.
Żachnąłem się. Pchnąłem wahadło. Ruszył. Wysze­
dłem na miasto, wróciłem po godzinie. Stał.
Zabrałem go, gdy likwidowaliśmy mieszkanie zmar­
łej Mamy. Przy okazji starannie go obejrzałem. Mecha­
nizm był zakurzony, w szafce pełno drobnych dziurek.
Właściciel eleganckiego zakładu przy głównej ulicy
oglądał zegar z lekkim obrzydzeniem.
- Szmelc, nie warto naprawiać. Reperacja będzie
kosztować (cena), a zegar nie jest wart więcej, niż (ce­
na znacznie niższa od poprzedniej). Ostatecznie mogę
go kupić na części. No, dałbym za niego ewentualnie...
Bo ja wiem... (Poprzednio wymieniona cena plus dzie­
sięć procent, w sumie równowartość dwóch takich so­
bie obiadów).
Zaniosłem zegar sto metrów dalej, do innego zakła­
du. Ściany niemalowane od lat. Goła, zakurzona ża­
rówka zwisała na drucie z sufitu. Przytulna bida. Na
jednej ścianie emblemat klubu sportowego Czarni
Lwów i pożółkły wycinek z gazety, oprawiony w ramki.
Na drugiej Pan Jezus, kalendarz z panoramą Tatr, dy­
plom mistrzowski. Pudełka, pudełeczka, przegródki,
szufladki.
Starszy pan się rozpromienił. Stary zegar, a w tak
znakomitym stanie. Wyczyścić, nic więcej.
- Ile to będzie kosztować?
- Panie, ta co się pan boisz. Taż portek panu przez
głowę nie zdejmę.

38

No i dobrze. Tydzień nie minął, znajomi konserwa­
torzy wymordowali drewnojady, uzupełnili ubytki
w zdobieniach, pan zegarmistrz zrobił swoje. Powiesi­
łem zegar nad łóżkiem.
Nadszedł rok 1999, reforma służby zdrowia. Pięć
godzin, potem jeszcze cztery i jeszcze dwie spędziłem
w ZUS; trzeba było się dowiedzieć, jaka jest różnica
między artystą a twórcą i co to jest pozarolniczą dzia­
łalność gospodarcza, bo z notki w gazecie wynikało, że
akurat to uprawiam. Dostałem bezpłatną broszurkę
uświadamiającą. Mam smykałkę do języków obcych,
ale n i cholery nie mogłem zrozumieć. Ostatecznie wy­
czytałem, że miesiąc w miesiąc mam im zanosić czter­
dzieści procent moich zarobków, ale nie mniej niż.
Owo „nie mniej niż" znaczyło, po skrupulatnych obli­
czeniach, że ZUS ma prawo do stu dwudziestu, stu
trzydziestu procent moich ówczesnych apanaży. - Jak
nie, to sprawa sądowa i komornik - wyjaśniła urzęd­
niczka, wręczając mi drugą bezpłatną broszurkę uświa­
damiającą.
- W kasie chorych powiedziano co innego.
- W kasie chorych się nie znają.
Pewnie byłem opryskliwy, bo czekając przed okien­
kiem przeczytałem w gazecie list czytelniczki, która
pytała, czy komornik miał prawo wyjąć jej córeczce
z uszu złote kolczyki, prezent od sąsiadki z okazji
pierwszej komunii. I czy pomocnik komornika miał
prawo wystawić rachunek 120 zł za trzymanie dziecka,
które się wyrywało, a kolczyki wycenić na 90 zł, choć
kosztowały znacznie drożej. Redakcja wyjaśniła, że
owszem, miał takie prawo, lecz na wszelki wypadek
powinien wypowiedzieć się w tej sprawie Rzecznik
Praw Obywatelskich. Potem gazety pisały o przekrę­
tach z komputeryzacją ZUS, że nie wiadomo, gdzie się
podziało ileś tam milionów, prezes przysięgał w telewi­
zorze, że wszystko jest w najlepszym porządku, ale po
paru dniach nie był prezesem, przy czym jedni mówili
to, a drudzy sio. Miał zostać dyrektorem przedsiębior­
stwa Totalizator Sportowy, gazety dowcipkowały, że
niebawem państwo będzie musiało dopłacać do totka,
ale ostatecznie zaczepił się gdzie indziej.
Wpadłem w figlarny nastrój, bo wyobraziłem sobie
komornika, rozglądającego się po moim mieszkaniu.
Ale się nachapie! Jak to dobrze, że nie jestem chciwy
ani dziedzicznie obciążony. Trzeba będzie tylko wy­
nieść zegar. Ale chwilowo niech wisi, może i mnie
przeżyje.

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.