a656f523942139dbb4fbc3a7720a968a.pdf

Media

Part of Aleksandra Jackowskiego Polska Sztuka Ludowa / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2002 t.56 z.3-4

extracted text
4 listopada bieżącego roku w Centrum Sztuki
Współczesnej w Warszawie miała miejsce pro­
mocja nowej książki Aleksandra Jackowskiego
Polska Sztuka Ludowa. Poniżej zamieszczamy
relację z tego spotkania. Wypowiedzi Bożeny
Żółtowskiej, Michała Jagiełły, Krzysztofa Czy­
żewskiego, Aleksandra Jackowskiego, przepla­
tane były fragmentami z książki Jackowskiego,
które odczytał Adam Ferency.

KRZYSZTOF

CZYŻEWSKI

MICHAŁ
BOŻENA

Michał Jagiełło: - M i l i Państwo, jesteśmy na spo­
tkaniu z pisarzem, mistrzem polskiego słowa. Spotyka­
my się okazji wydania książki, która jest dojrzałym
owocem co najmniej półwiecznego obcowania z tym,
co nazywamy sztuką ludową. Książka ukazała się dzię­
ki łaskawości Wydawnictwa Naukowego P W N i dla­
tego w imieniu Autora i wszystkich zebranych serdecz­
nie witam panią redaktor Bożenę Żółtowską.
Bożena Żółtowska: - Proszę Państwa, bardzo prze­
praszam za mój głos, ale właśnie zaczęłam chorować;
jednak nie mogłam sobie odmówić tej przyjemności,
żeby tu przybyć, zobaczyć Państwa, ale tak naprawdę
to przede wszystkim Autora, bo to dla wydawnictwa
zaszczyt, kiedy spotyka taką osobowość. W życiu wy­
dawcy jest tak, że są tak zwane chwile rozmów z auto­
rem: jedne są bardzo długie, jedne są takie błyskawicz­
ne. Długie „chwile" to — godziny rozmów, ustaleń, dys­
kusji w bólach, kłótniach..., ale najpiękniejsze są
chwile prawdziwe, takie błyski - kiedy wydawca pod­
chodzi do autora, mówi jedno zdanie, autor mówi dru­
gie, i odbywa się coś w rodzaju iluminacji - wydawca
wie, że nie trzeba wielu słów, że ta książka będzie
świetna, choć ukaże się za rok, półtora, a może dwa.
I tak było właśnie w czasie mojego spotkania z prof.
Jackowskim. Powiedziałam jedno zdanie, a Profesor
powiedział drugie i ja już wiedziałam, że kupuję coś
wspaniałego i dzisiaj wobec Państwa bardzo serdecznie
Panu Profesorowi dziękuję.
- Dziękujemy bardzo.
Michał Jagiełło: - Książka ukazała się dzięki finan­
sowej pomocy Ministerstwa Kultury, nie bez osobiste­
go udziału obecnego tu na sali pana wiceministra Ma­
cieja Klimczaka. Dziękujemy bardzo i witamy z należ­
nym szacunkiem. Pomocy finansowej udzieliło też
ABB-Centrum I T - dziękujemy. Szczególne podzięko­
wanie należy się panu Michałowi Piekarskiemu za
opracowanie graficzne.

JAGIEŁŁO

ŻÓŁTOWSKA

Aleksandra
Jackowskiego
Polska Sztuka Ludowa

w żaden rodzaj chłopomaństwa, nawet go góralomania nie chwyciła. Wielkim walorem tej księgi jest to, że
już w słowie wstępnym odkrytym tekstem Autor mó­
wi: Nie poszukujemy jakiejś mitycznej rdzenności, bo
to nie ma sensu. Ale jeszcze mniej sensu ma wytyka­
nie, co w danym stroju, który dany region lub czasem
nawet cala Polska, z takich czy innych powodów uwa­
ża za kwintesencję polskości, jest „obcego".
Ważna jest harmonijnie złączona czy raczej orga­
nicznie zrośnięta całość, czyli pewien rodzaj „swojskości" powstały z elementów rodzimych i napływowych.
Ważne też, że na samym wstępie tej książki mamy
i Zyda, i Cygana - Roma. Jest to wręcz symboliczne,
bo w ten czytelny sposób Autor mówi nam o fascynu­
jących relacjach rozgrywających się w obszarze dawnej
kultury chłopskiej szeroko rozumianej. I na zakończe­
nie zasygnalizujmy związki Pana Aleksandra z periody­
kiem „Polska Sztuka Ludowa".
Trzeba podziękować nieprzypadkowemu przypad­
kowi, który spowodował, źe Pan Aleksander podjął się
kiedyś redagowania „Polskiej Sztuki Ludowej" i tak
głęboko wszedł w zagadnienie, nie od strony liczenia,
ile rąbków ma haft w halce czy w innych „wnętrzno­
ściach" damskiego stroju, tylko od strony egzystencjal­
nej i psychologii twórczej.
Krzysztof Czyżewski: - Proszę Państwa, ci, którzy
znają Aleksandra Jackowskiego, wiedzą o jego prze­
wrotnym, ironicznym charakterze. Uprzytamniam to
sobie teraz, rozważając, co też za zamysł mógł się kryć
w wyznaczeniu mnie jako tego człowieka, który ma
Państwu parę słów powiedzieć o książce Polska Sztuka
Ludowa. Pewnie pomyślał sobie, że szykuje się jakaś
wielka pompa z udziałem zacnego grona osób i trzeba
zrobić coś, żeby nie było tak profesjonalnie i doskona­
le, a zatem przydałby się jakiś amator, który wobec l u ­
dzi o wielkiej kompetencji przybyłych tutaj, odważy się
coś o tej książce i o jej autorze powiedzieć. Pociesza

Panie Profesorze, Panie Aleksandrze, Aleksandrze
Drogi, Świątku nasz najwspanialszy, który sam siebie
wyrzezałeś, sam siebie poniekąd stwotzyłeś, mądrą ob­
serwacją tego, co początkowo, jak rozumiem, było dla
Ciebie egzotyką, bo nie pochodzisz przecież z przaśnego ludu. Dodajmy, że Pan Aleksander bite pół wieku
jest głęboko zanurzony w fenomenie zwanym sztuką
ludową, a przecież - na szczęście nigdy nie popadł
47

Aleksandra Jackowskiego POLSKA SZTUKA L U D O W A

mnie jedynie myśl, że w uszach nas obu słowo „ama­
tor" nie brzmi źle, że kryją się za nim bliskie nam obu
treści, stanowiące istotne odniesienie również do tej
pasji życiowej, jaką dla Aleksandra Jackowskiego stalą
się twórczość ludowa.
Przyznam się Państwu, że szukałem takiej ścieżki
dojścia do tej książki, która biegnie przez osobę jej au­
tora, jego los. Sam mnie do tego upoważnił, ucząc, że
każde dzieło jest nierozerwalnie związane z człowie­
kiem, który je tworzy, i właściwie to, co ciekawe, naj­
bardziej fascynujące, często kryje się w tym, kto za tym
dziełem stoi. Ta książka jest, między innymi, znakomi­
tym przewodnikiem ku ludziom, amatorom, których
losy i dzieła są tutaj opisane. Na jej kartach wizerunek
wyrzeźbionego lub namalowanego Chrystusa domyka
się w pełnię dopiero z wizerunkiem twórcy ludowego
nakreślonym przez Autora.
Otóż zastanawiałem się co sprawiło, że Aleksander
Jackowski, arystokrata i z pochodzenia, i z ducha, za­
kochany w kulturze wysokiej, do dzisiaj ceniący wła­
ściwie tylko arcydzieła, zajmował się przez tyle lat swo­
jego życia sztuką ludową, sztuką naiwną, Art Brut,
sztuką z pogranicza tego, co zawodowe i amatorskie,
sztuką z pogranicza tego, co zdrowe i nienormalne, co
przekracza (a tym samym poszerza) normy przyjęte
społecznie czy kulturowo, co ma odwagę wyrażać
emocję, czasami mocniej reagującą na kołysankę
i proste słowo, niż na to, co intelekt podsuwał jako
dzieło o doskonałej formie i złożoności. Może takim
momentem pierwszym było jego doświadczenie Sybe­
rii, na którą został zesłany w czasie wojny, jego „pierw­
sza męska przygoda". C i z Państwa, którzy znają książ­
kę biograficzną Aleksandra Jackowskiego pt. Na skró­
ty pamiętają niewątpliwie ten rozdział poświęcony Sy­
berii. Myślę, że rzadko kto w polskiej tradycji tak pisał
0 Syberii, to znaczy tak pięknie, z takim zauroczeniem
przyrodą, miejscem, ludźmi. Ow zesłaniec był już wte­
dy człowiekiem, jakim go znamy dzisiaj, znajdującym
w każdej sytuacji życiowej i w każdym czasie piękno
1 dobro. Odkrył tam dla siebie świat ludzi prostych, ży­
jących w harmonii z naturą, surowych, dających sobie
radę z trudnymi warunkami życia i z trudnym losem,
jaki ich spotkał. To wtedy ten polski „paniczyk" zdobył
inną perspektywę spojrzenia na życie, do której przyj­
dzie mu później powracać.
Może warto też wspomnieć jeszcze wcześniejsze wy­
darzenie, a mianowicie wystawę zorganizowaną
w 1937 roku przez Polski Instytut Propagandy o pol­
skiej sztuce ludowej, autorstwa Józefa Grabowskiego,
tego który był jego poprzednikiem jako redaktor „Pol­
skiej Sztuki Ludowej". Wystawa koncentrowała się
głównie na sztuce huculskiej, ale dla niego była od­
krywcza w tym sensie, że ujawniała bliskość ze sztuką
nowoczesną, która w swych awangardowych poszuki­
waniach czerpała przecież z żywiołu ludowości.
No a potem przyszedł czas powojenny, rok 1952,
kiedy - tak jak to już tutaj wspominano - został redak­
48

torem naczelnym pisma „Polska Sztuka Ludowa".
Zresztą stało się tak dlatego, że Józef Grabowski przy­
gotował właśnie znakomity, ważny dla samego Alek­
sandra Jackowskiego, numer poświęcony świątkom, za
co go zwolniono, bo nie mieściło się to w restrykcyj­
nych kanonach socrealizmu. Na szczęście nowemu re­
daktorowi udało się wywalczyć miejsce dla tematów
religijnych w piśmie i przynajmniej w tym względzie
kontynuować linię poprzednika. Wyobrażam sobie, że
w tamtym okresie był jeszcze nie do końca przekona­
ny, co ma robić, traktujący tę swoją nową posadę ra­
czej jako coś tymczasowego. Był przecież krytykiem
sztuki, pisał o sztuce nowoczesnej, o wystawie „Arse­
nał", pisał o teatrze, i to go chyba bardziej fascynowa­
ło w tamtym okresie. Z wykształcenia nie był etnogra­
fem, lecz socjologiem kultury, uczniem profesora
Ossowskiego, co sprawiło, że na zjawisko ludowości
patrzył inaczej niż badacze terenowi, pochłonięci jedy­
nie rejestrowaniem śladów ginących tradycji.
Był taki epizod w życiu Aleksandra Jackowskiego
wspólnej podróży z profesorem Romanem Reinfussem
przez Bieszczady, kiedy doświadczył ziemi spalonej
wojną na pograniczu polsko-ukraińskim, spustoszonej
akcją „Wisła", ziemi spalonych cerkwi i całych osad
ludzkich, niszczonych pięknych obiektów sztuki ludo­
wej. I kiedy teraz patrzę na taką fotografię autorstwa
Andrzeja Różyckiego zamieszczoną w książce i przed­
stawiającą bieszczadzką kapliczkę, no to nie jest to fo­
tografia, która miałaby pokazywać piękno sztuki ludo­
wej, prawda? To jest fotografia, która pokazuje piętno
historii, a więc pewien kontekst, myślę że duchem bli­
ski tego doświadczenia wędrówki przez Bieszczady
z wczesnych lat pięćdziesiątych. Zwracam uwagę, że
polska sztuka ludowa przedstawiana w tej książce ma
swój kontekst, zanurzona jest w pewnej rzeczywistości.
Nie bez powodu, myślę, pojawiają się też w niej na
przykład cytaty z książki Tadeusza Różewicza pt. Mat­
ka odchodzi, pokazujące bardzo surowe, dramatyczne,
tragiczne oblicze wsi, wsi zacofanej, głodnej, biednej.
Więc to nie jest książka-album do oglądania, z piękny­
mi ilustracjami sztuki ludowej. Taka jest również, ale
na tym nie poprzestaje. O d zawsze starał się poszerzyć
granice pojmowania kultury ludowej. Nas, młodszych
czytelników „Kontekstów", oswojonych ze spotyka­
niem na ich łamach postaci takich jak Grotowski,
Derrida czy Debuffet, zadziwić może fakt, że owo po­
szerzanie zaczęło się od wyprawy świeżo upieczonego
redaktora do Gliwic i przygotowania numeru poświę­
conego kulturze artystycznej górników. Rozumiał po­
trzebę dokumentowania kultury, która ginie, ale jed­
nocześnie interesowała go ta, która żyje, zmienia się
i rozwija.
Jeszcze jedno ważne spotkanie z tamtego okresu
warto wspomnieć, a mianowicie z Tadeuszem Sygietyńskim. W latach formowania się Mazowsza podróżo­
wali wspólnie po wioskach, szukając starych pieśni,
głównie po ziemi opoczyńskiej i Kurpiach. To spotka-

Aleksandra Jackowskiego POLSKA SZTUKA

nie z tradycyjnym światem wsi było dla Aleksandra
Jackowskiego chyba podobnym doświadczeniem do
tego, jakie stało się udziałem Kandinskyego, który
w okresie po pierwszej wojnie światowej dostał polece­
nie wyjazdu do Guberni Nadwołżańskiej, żeby zdokumentować sztukę ludową. I nagle ten mieszczuch, wy­
chowany w Moskwie i dojrzewający w Monachium,
odkrył niezwykłe bogactwo, kunszt, artyzm sztuki l u ­
dowej, co w jakiś sposób też zaważyło na jego dalszej
twórczej drodze. Nie bez powodu Jackowski przywołu­
je ten przypadek Kandisky'ego w swojej ostatniej
książce, odnajdując w nim korespondencję do własnej
linii losu, kierującej go ku odkrywaniu wsi kurpiow­
skich jeszcze w dużej mierze zanurzonych w żywiole
kultury tradycyjnej.

WDOWA

turowe pogranicza, chodzi z zachwytem na wybitne
koncerty muzyki poważnej, czyta i ogląda wybitne
dzieła kultury wysokiej. I wcale nie ma w tym - jak za­
uważył na początku Michał Jagiełło - sprzeczności.
Natomiast coś się wydarzyło na jego drodze życiowej,
co kieruje jego ręką pisarza i co każe mu tworzyć ko­
lejne książki o kulturze ludowej z imperatywu, który
wyjawił w pierwszym zdaniu umieszczonym na skrzy­
dełku albumu pt. Sztuka zwana naiwną: „Poznałem
wielu niezwykłych ludzi. O nich właśnie piszę w tej
książce".
Oczywiście tę książkę, o której dzisiaj mówimy,
można przeczytać jako rzecz o polskiej sztuce ludowej
po prostu, napisaną może nie tak profesjonalnie, jak
by etnograf napisał (w tej kwestii autor uczciwie odsy­
ła czytelnika do monografii pt. Sztuka ludowa w Polsce
autorstwa Pokropka, Fryś-Pietraszkowej i Kunczyńskiej-Irackiej), za to napisaną pięknym, żywym, kolo­
rowym, poetyckim językiem, i ilustrowaną znakomicie
dobranymi fotografiami. Zupełnie jednak osobną ja­
kość stanowią wplecione tu i ówdzie wspaniałe portre­
ty ludzi. Ja myślę, proszę Państwa, że jesteśmy w ogóle
świadkami narodzenia się jakiejś osobnej, mistrzow­
skiej formy literackiej autorstwa Aleksandra Jackow­
skiego, którą śledzę poprzez kolejne numery „Polskiej
Sztuki Ludowej. Konteksty" (tam jest taki dział „Por­
trety", a osobno także teksty poświęcone tym, którzy
odeszli), którą odnajdywałem w książce Sztuka zwana
naiwną, no i oczywiście odnalazłem też w książce naj­
nowszej. Forma, o której mówię, to kunsztowny por­
tret osobowy i artystyczny twórcy, szkicowany lekko
i celnie, niby reką mistrza Kulisiewicza, zwięzły, kry­
tyczny, bez emfazy, acz czuły, z ironią, acz intymny,
władający erudycją tak, że nie przesłania prostoty opo­
wieści, a przede wszystkim ciepły bliskością drugiej
osoby. Znak firmowy Jackowskiego jest tu równie roz­
poznawalny jak firmy portretowej Witkacego.

Ale w dalszym ciągu to nie to było chyba najważ­
niejszym dotknięciem przez niego materii sztuki ludo­
wej. Te podróże z Sygietyńskim to były jeszcze wypra­
wy estety, który szukał starych pieśni i zachwycał się
pięknem tradycyjnych strojów, ujawniającym się naj­
bardziej w kościele, gdy kobiety rozsiadały się na drew­
nianych ławach, rozłożyste jak płatki kwiatów. Decy­
dujący moment, jak się domyślam, nadszedł nieco
później. Gdzieś w okolicach roku 1955 Aleksander
Jackowski dostaje list od swojej przyjaciółki Jadwigi
Jarnuszkiewiczowej z Krynicy, przebywającej tam na
urlopie, nawołujący, aby koniecznie tam przyjechał
i poznał Nikifora. Jedzie i spotyka wielkiego talentu
artystę naiwnego, ale przede wszystkim jest to spotka­
nie z człowiekiem, odkrycie świata sztuki poprzez los
człowieka i poznanie jego naturalnego środowiska.
I myślę, że ta ścieżka, która tym wyjazdem i spotka­
niem z Nikiforem została zainicjowana, może najbar­
dziej zaważyła na sposobie podejścia przez Aleksandra
Jackowskiego do tego, co jest tematem tej książki, czy­
li polskiej sztuki ludowej. Mam bowiem poczucie, że
wszystkie następne lata przynosiły coraz bardziej po­
głębiające się przyjaźnie z ludźmi, z twórcami ludowy­
mi, z ich światem, z ich losem wpisanym w pejzaż i h i ­
storię, i z ich dziełem zanurzonym w całości świata,
w którym żyli. Wydaje mi się, że poprzez doświadcze­
nie moich własnych wypraw na wieś ku ludziom, tych
odbywanych z Gardzienicami i później, potrafię zrozu­
mieć ten rodzaj przygody i zafascynowania, który się
wtedy Aleksandrowi Jackowskiemu wydarzył. Wiem,
że takie spotkania nie mogą być jednorazowe, jeżeli są
prawdziwe, że domagają się kontynuacji, pewnej wier­
ności, pracy włożonej w to, żeby je uwierzytelnić, żeby
dać im świadectwo. To nie jest to samo co zobaczenie
pięknej rzeźby w muzeum czy spektaklu w teatrze.
I tak sobie myślę, że ta jego praca w dziedzinie redago­
wania pisma „Polska Sztuka Ludowa", tworzenie ta­
kich książek jak ta ostatnio napisana, są efektem wła­
śnie tego wydarzenia w jego życiu. Bo ja wcale nie je­
stem przekonany, że sztuka ludowa to jest to, co este­
ta Aleksander Jackowski ceni najbardziej. Do dzisiaj,
równocześnie z podróżowaniem na wieś i na różne kul­

Można również tę książkę przeczytać jako głos w de­
bacie o kulturze w ogóle, o kondycji współczesnego
człowieka, jego tęsknotach i dążeniach. Aleksander
Jackowski dokonał w Polsce rzeczy niezwykłej, a mia­
nowicie wprowadził - był jednym z tych, którzy wpro­
wadzili - sztukę ludową do współczesnej refleksji
o kulturze, do współczesnej praktyki poszukiwań arty­
stycznych i kulturowych. Dopisując do tytułu pisma
„Polska Sztuka Ludowa" jego drugi człon „Konteksty",
niebywale rozszerzył granice obszaru swoich pasji.
Znakomicie wykorzystał szansę spojrzenia z innej per­
spektywy na świat współczesny, bo nie tylko świat wsi
oglądał przez ten pryzmat, także miasto, historię,
awangardowe trendy w sztuce, wielokulturowość, idee
filozoficzne i poszukiwania antropologiczne. Myślę, że
właśnie na skutek tego od lat podejmowanego wysiłku
inaczej dziś brzmi dla nas hasło „książka o polskiej
sztuce ludowej", a inaczej hasło „książka o polskiej
sztuce ludowej napisana przez Aleksandra Jackow­
skiego", że to już jest jakaś odrębna jakość, swoiście

49

Aleksandra Jackowskiego POLSKA SZTUKA L U D O W A

zagospodarowany obszar inności. Fakt, że dzisiaj spo­
tykamy się w tak wielodyscyplinarnym, zróżnicowa­
nym gronie, że do dzisiaj „Konteksty" spotykają auto­
rów z tak różnych dziedzin i konfraterni, jest czymś
niebywałym, prawdziwym fenomenem, który się nam
współcześnie w Polsce wydarzył.
Ta książka nie jest opowieścią o kulturze, która nale­
ży do przeszłości, którą należy zdokumentować i za­
mknąć w jakimś skansenie przed wymarciem. Takie zja­
wisko Aleksander Jackowski oczywiście też rejestruje.
A jednocześnie wyczuwa pewien nurt podskórny, który
jest żywotny, powiązany czułkami z człowiekiem współ­
czesnym, jego tęsknotami i dążeniami. „Fascynowała
mnie - pisał w książce Na skróty - już nie sama uroda
ludowych rzeźb, błiska sztuce współczesnej, lecz pełnia
kultury, jej jednorodność, zdawać by się mogło, niczym
nie zakłócona. Pejzaż, w którym wieś czy zagroda stawa­
ły się jego dopełnieniem... Mowa, gwara, sposób ak­
centowania słów. Dopiero na tym tłe w pełni istniała pieśń, muzyka związana z obrzędowością, z czasem świę­
tym i czasem zabawy." Ktoś powie - to muzyka przeszło­
ści; ktoś inny - wyzwanie przyszłości, bo też czeka nas
w kulturze proces poszukiwania autentycznego miejsca,
nowego, całościowego dla naszego bytowania.
O tym wszystkim jest ta książka Aleksandra Jac­
kowskiego, „bogoroba", który życie strawił na poszuki­
waniu imienia Innego, i odnajdywał je nie tyle może
w obrazku na szkle zawieszonym nad drzwiami, ile
w samej twórczej pasji człowieka.
Michał Jagiełło: - Ta znakomita księga to taki bar­
dzo specjałny monolog dialogizowany. Odnoszę wraże­
nie, że Autor cały czas ze sobą rozmawia, czasem ze so­
bą dyskutuje. Z jednej strony mówi: - dawna sztuka
łudowa była emanacją chłopskiej kułtury. Ale za chwiłę, dopowiada: dawna chłopska kultura to był kosmos,
ale to nieprawda, że ten kosmos był nieprzenikliwy, bo
do tego świata z innych światów docierali nie tylko Ży­
dzi i Cyganie, ale czasem także na przykład druciarze,
Łemkowie czy Słowacy. I dałej: a to ludzie szli na piel­
grzymki, a to dwór oddziaływał, a to jarmark, a to sztu­
ka czy twórczość plebejska. Słowem dodatkową warto­
ścią tej prozy jest właśnie ten autorski dialog.
Jest to książka niesłychanie optymistyczna, że po
pierwsze ukazuje jak fantastyczny wymiar ma to, co
nazywamy umownie kulturą ludową. To jest książka
i historyczna, i współczesna zarazem. Książka formal­
nie rzecz biorąc o sztuce ludowej, ale faktycznie
o sprawach głębszych. Jest to książka z jednej strony
niezwykle pocieszająca, że oto człowiek ułomny, jak
naprzykład Wójciak - Herodek, sypiający gdzieś
w obórce, jest tak obdarowany talentem, i zarazem dla
człowieka średnio uzdolnionego jest to książka przera­
żająca, bo zadaje sobie pytanie, czy koniecznie trzeba
być innym, odmieńcem, schizofrenikiem, żeby być wy­
bitnym artystą? Słowem, można sobie zadawać bardzo
wiele bardzo trudnych pytań. Gospodarzu faktyczny,
nareszcie oddajemy C i głos.
50

Aleksander Jackowski: - Czy trzeba być schizofre­
nikiem, by stworzyć interesujące dzieła sztuki? Nie, ale
faktem jest, że izolacja psychiczna, którą przynosi cho­
roba, pozwala tworzyć inaczej, niż to można zobaczyć
dokoła, samodzielnie. Czasem bardzo ciekawie. Tak,
osobno, samodzielnie rzeźbią bądź malują ludzie z róż­
nych powodów oderwani od swego środowiska, zaczy­
nający tworzyć w dojrzałych latach, nie znający wzo­
rów lub niezdolni je powtórzyć. Właśnie to zjawisko
zainteresowało mnie, gdy zetknąłem się z rzeźbą ludo­
wą, gdy zetknąłem się z obrazami Nikifora, Ociepki.
Zauważyłem wówczas z niemałym zdumieniem, że fa­
scynujące dzieła sztuki powstają w dwóch krańcowych
sytuacjach - kiedy się nic nie wie i jest nieświadomym
narzędziem potrzeb twórczych, a także kiedy się świa­
domie rezygnuje ze swej wiedzy, by znaleźć swoją dro­
gę. Do tego momentu pasjonowała mnie sztuka „wiel­
ka", Rembrandt, Velasquez, Vermeer, Bosch, Manet ale później zaczęła interesować także sztuka zwana
nieprofesjonalną, ludową, samorodną. W niej obser­
wowałem wyraźny związek dzieła z biografią twórcy,
znacznie bardziej wyrazisty i bezpośredni niż w przy­
padku artystów kształconych.. Dałem temu wyraz
w książce Sztuka zwana naiwną, a także w obecnej
książce tam, gdzie zajmuję się pograniczem sztuki l u ­
dowej i art brut, а więc w malarstwie i rzeźbie. Zainte­
resowanie tym pograniczem było początkiem moich
zainteresowań sztuką ludową - i co istotne kulturą lu­
dową. Zjawisko to zainteresowało mnie już podczas
studiów socjologicznych, nieocenionych dla mnie
kontaktów z profesorem Stanisławem Ossowskim.
Później udało m i się zbliżyć do zagadnień wsi, badać
zjawisko kanonu w tak zwanej sztuce ludowej. Czter­
dzieści kilka lat redagowałem pismo „Połska Sztuka
Ludowa", jeździłem po wsiach, poznawałem muzea,
uczestniczyłem w organizacji konkursów, wystaw. Pisa­
łem o sztuce zwłaszcza ludowej i samorodnej. Dlatego
z radością przyjąłem propozycję Państwowego Wydaw­
nictwa Naukowego napisania książki o sztuce ludowej.
Ale oni oczekiwali pracy naukowej, ja przyjąłem kon­
wencję bliższą esejowi, i to nie tyłko dlatego, że chcia­
łem, by można ją było względnie przyjemnie czytać, ale
i ze świadomości złożoności samej materii, zmityzowanej, niejednorodnej. Już sama nazwa sugeruje różne
możliwości jej rozumienia. Fikcja i rzeczywistość. Poję­
cie tworzone przez miłośników swojszczyzny, etnogra­
fów, artystów. Zmienne, zależne także od świadomości
obserwatorów. Jak je opisać? Jak wyznaczyć granice
pojęcia. W istocie jedyna rozsądna definicja zakłada,
że sztuką łudową jest to, co ogół etnografów za nią
uważa, oczywiście w danym czasie. Umowne są człony
samej nazwy: polska czy w Polsce? A jeśli tak, to jakiej,
każdej? Sztuka? Co rozumiemy pod tym pojęciem. Lu­
dowa. Znów określenie niejasne, wieloznaczne.
Chciałoby się w tym miejscu powiedzieć: póki nie py­
tasz, wiem. Więc w tej książce starałem się nie zada­
wać zbyt wiełu pytań, choć mogą być bardzo interesu-

Aleksandra Jackowskiego POLSKA S Z T U K A L U D O W A

ło, z tym że wojnę wolałbym z tego rejestru wykreślić.
Wszystko kształtowało moją osobowość. Kontakt
z kulturą ludową też dał mi bardzo dużo. Dał też po­
czucie skromności i świadomość tego, że ciekawy czło­
wiek to nie tylko taki człowiek, który ma skończony
uniwersytet. To tyle, a teraz proszę, jeżeli Państwo ma­
ją jakieś pytanie, to z chęcią odpowiem.

jące w książce o micie sztuki ludowej. Micie bardzo
ważnym zwłaszcza w pierwszych trzydziestych latach
ubiegłego wieku. Warto taką książkę napisać.
Chciałbym Państwu jeszcze o jednym powiedzieć,
o tym, co mnie niejako fizycznie zbliżyło do sytuacji
rolnika uzależnionego od losów natury, zbliżyło do łu­
dzi żyjących w oddali od miast, od cywilizacji. Było to
niezawinione przeze mnie spotkanie na dalekiej Sybe­
rii z niezwykłymi starcami - Ostjakami, z wolną jesz­
cze od ludzkiej ingerencji przyrodą. Miałem tam szczę­
ście zobaczyć w czasie 50-stopniowego mrozu jedno­
czesny widok trzech słońc, a także inne niepojęte dla
mnie zjawiska optyczne. I wielką zorzę polarną, ogar­
niającą całą kopułę nieba, wielobarwną, poruszającą
się jak krąg monstrualnej machiny teatralnej. Las...
samotność w przestrzeni groźnej i niezwykłej. Może
dziś jeszcze istnieje taka w Kanadzie, bo obawiam się
że Rosjanie wytrzebili już najpiękniejsze partie tajgi.
A w tej tajdze myśliwi, rybacy. Starzy, jako że młodych
wytępiono. I ci starcy, gdy nieumiejętnie zwalone drze­
wo zmiażdżyło mi kostkę u nogi, a gorączka zżerała or­
ganizm sprowadzili mi ukrywającego się w lasach sza­
mana. Jedenaście lat go ukrywali, ale mnie zawierzyli.
Uśpił mnie, złożył razem siedem części kostki, owinął
sadłem niedźwiedzim, łupkami i pokazał na palcach,
sześć tygodni i będziesz zdrów. Byłem. Chodzę normal­
nie. Ale lekarz w wojsku, do którego się później dosta­
łem, nie chciał uwierzyć, że miałem strzaskaną kostkę.
Dopiero pod rentgenem przekonał się, zaklął, zapytał,
kto mi składał, bo może jest w Europie jeden chirurg,
który tak by mógł zrobić. Odpowiedziałem - szaman.
No tak, powiedział ten już tysiące kości składał. Ale
dlaczego szamana sprowadzili starcy? Dlaczego nie ba­
li się tego zrobić? Chyba dlatego, że miałem do nich
szacunek, w odróżnieniu od Rosjan. Kobiety całowa­
łem w ręce. Wzbraniały się.

Andrzej Bieńkowski: - Mam może nie tyle pyta­
nie, ale historię, chyba doyczącą Ciebie, Aleksandrze,
która się dopiero parę lat temu zamknęła. Mianowi­
cie, nie wiedziałem o tym, że jeździłeś z Sygietyńskim
w Opoczyńskie. Dzisiaj się tego dowiedziałem. Otóż
w 95 roku pojechałem śladami wiejskich skrzypków,
i pojechałem do wsi Stok, gdzie żył słynny skrzypek
Bubka, miał pseudonim Sroka. Rozmawiałem z jego
rodziną, i opowieść była niezwykła. Mianowicie, że
przyjechał tam kiedyś pan Sygietyński z takimi innymi
panami, i „te inne pany" miały uroczne oczy. Ten Bub­
ka strasznie się spodobał Sygietyńskiemu, i Sygietyński
wziął go do Warszawy. Ale był tam inny pan - to jest
autentyczna proszę Państwa historia - który miał te
uroczne oczy i w czasie jego przesłuchania w Warsza­
wie, ktoś mu zadał urok. I ten Bubka stracił możliwość
gry. Wrócił potem do wsi Stok, cała kariera mu prze­
padła przez zawiść jednego pana, co miał uroczne oczy.
Aleksander Jackowski: - Obawiam się, że ten
skrzypek przesadził. Jeśli miałem uroczne oczy, to chy­
ba tylko wtedy, gdy mi się jakaś dziewczyna strasznie
podobała. Ale i tak nic z tego nie mogło wyniknąć, ja­
ko że moja córka, etnografka (ta, której dedykuję
książkę) zajmowała się na studiach urocznymi oczami,
ale przede wszystkim odczynianiem uroków.
Transkrypcja i opracowanie
Danuta Benedyktowicz

To byli wspaniali ludzie, którzy mieli własną kultu­
rę, głębokie przemyślenia, bo jak się jest samemu w le­
sie, w przyrodzie, to się inaczej człowiek kształtuje niż
wtedy kiedy jest w zgiełku. I to jest to, co mnie
w znacznym stopniu stworzyło. Dlatego jestem
wdzięczny losowi za wszystko, co mnie w życiu spotka­

51

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.