-
extracted text
-
Lud, t. 95,2011
IV. R O Z M O W Y I W SPO M N IE N IA
ZOFIA SOKOLEWICZ
Instytut Etnologii i Antropologii Kulturowej
Uniwersytet Warszawski
„M OJE ŻY CIE N A U K O W E M O ŻN A SPROW ADZIĆ DO
PRÓBOW ANIA KO LEJN EG O K LU CZA Z W IELK IEG O PĘKU,
KTÓRY D A ŁA M I TEO RIA PO ZN A N IA ” .
OD PO W IED ZI N A PYTANIA ZBIGNIEW A JA SIEW ICZA
Prof. dr hab. Zbigniew Jasiewicz: Rozpocznę od zapytania o wydarzenie, któ
re zadecydowało o tym, że możliwa je st prośba o wypowiedź o etnologii i uczest
nictwie w niej Pani Profesor. Co zadecydowało, że dziewczyna (mówiąc ówcze
snym językiem panna), z zasiedziałej, profesorskiej rodziny warszawskiej, mająca
przed sobą wiele możliwości wyboru kształcenia się, zgłosiła się na studia z hi
storii kultury materialnej?
Prof. dr hab. Zofia Sokolewicz: Gdybym miała odpowiedzieć spontanicznie,
bez namysłu, to wybór kierunku moich studiów był przypadkiem. Ale patrząc
wstecz, z dzisiejszej perspektywy, suma przypadków, które się na ten wybór zło
żyły, wyrażała pewną prawidłowość. Były one rezultatem sytuacji historycznej,
w jakiej znalazło się społeczeństwo polskie i kraj po 1945 roku, w tym moja
rodzina, w momencie głębokiej reformy szkolnictwa wyższego (1949-1950),
toczącej się walki klas (tak!), represji wobec inicjatyw i własności prywatnej
i ruchów demokratycznych. Ani pozycja mojego ojca, ani prywatna szkoła Sióstr
Zmartwychwstanek na Żoliborzu, gdzie zrobiłam maturę w 1950 roku, nie uła
twiały mi dostania się na studia. Z drugiej jednak strony, z tych właśnie powodów
mogłam liczyć na nieformalną pomoc ze strony tak zwanych „elementów reak
cyjnych” wciąż obecnych w środowiskach inteligenckich i próbujących ukrycie
działać na rzecz otwartych i cichych przeciwników ustroju. Była to swoista so
lidarność!
304
Zofia Sokolewicz
Rok 1950, w którym zrobiłam maturę (nb. dopiero po południu, na dzień
przed maturą, dowiedziałyśmy się - to była żeńska szkoła - że szkole przyznano
prawa szkoły publicznej i nie musimy zdawać specjalnej matury w kuratorium!),
obfitował w brzemienne w skutkach dla środowiska akademickiego wydarzenia,
sygnalizujące zmianę polityki państwa wobec środowisk inteligenckich i istotną
ideologizację nauki. Wcielenie w życie postanowień Biura Politycznego PZPR
manifestowało się w życiu społeczności akademickiej drobnymi, zda się, zdarze
niami. Podam tylko kilka przykładów. W 1950 roku skazano na karę więzienia
Adama Stanowskiego, przewodniczącego organizacji młodzieży katolickiej na
Uniwersytecie Warszawskim, za „próbę obalenia ustroju za pom ocą fałszywych
argumentów” - wyszedł po zmianach w 1956 roku (nb. to samo oskarżenie wysu
nięto wobec mojego starszego syna w roku 1982!); zlikwidowano też Academic
Women Association, czyli Stowarzyszenie Pań z Wyższym Wykształceniem, któ
remu prezesowała pani profesor Cezaria Baudouin de Courtenay-Ehrenkreutz-Jędrzej ewiczowa (reaktywowane w 1992 r. przez dr Hannę M achińskąz Cen
trum Europejskiego UW). Stowarzyszenie to jeszcze w 1947 roku przyznało
stypendium zagraniczne Annie Kutrzebiance, późniejszej profesor etnologii na
UW (Anna Kutrzeba-Pojnarowa), którego nie udało się już jednak wykorzystać.
W 1951 roku zlikwidowano socjologię, a wokół wielu profesorów (Władysław
Tatarkiewicz, Kazimierz Ajdukiewicz, Tadeusz Kotarbiński, Stefan Czarnow
ski, Stanisław Ossowski) zbierały się czarne chmury politycznej krytyki; części
z nich odebrano prawo wykładania na Uniwersytecie. Ale wtedy z większości
tych zdarzeń nie zdawałam sobie sprawy lub o nich nie wiedziałam. Moi rodzice
przestrzegali zasady „dziecinnego pokoju”, zapewne dlatego, by chronić mnie
przed zbytnim zaangażowaniem w sprawy społeczne, podobnie jak ja sama, w la
tach 80., starałam się (nadaremnie!) chronić moich synów.
Nie wiem, czy to będzie pedagogiczne z mojej strony wobec młodego poko
lenia etnografów, czytelników „Ludu”, przyznać się, że w tymże roku 1950 nie
miałam zbyt wiele czasu, by zastanowić się nad wyborem kierunku studiów. Sam
fakt przyszłych studiów był dla mnie i mojej rodziny oczywisty! Ale byłam wtedy
aktywną harcerką, czytałam Oskara Kolberga, organizowałam obóz letni, wczesną
jesienią rozliczałam go finansowo, byłam niezmiernie zapracowana i zmęczona.
Tak naprawdę, to chciałam być po prostu nauczycielką i wybierałam się na poloni
stykę. Harcerstwo wzbudziło mój szacunek dla zawodu nauczyciela i lubiłam lite
raturę. Jednak już w czerwcu znany warszawski laryngolog, dr Mroczek, oświad
czył autorytatywnie, że z moim gardłem nie mam co myśleć o zawodzie pedagoga.
Nie wiedział, jak bardzo się mylił. Jeszcze dziś jestem w stanie opanować głosem
100-osobową salę. Od tej chwili było mi wszystko jedno, co będę studiowała. To
nie znaczy, żebym się wcześniej, jeszcze zimą, przed maturą, nad tym nie zastana
wiała. Ale wtedy siostra dyrektorka, Angelina Rakietek CR, powiedziała: „moja
biedna Zosiu, ty powinnaś studiować filozofię, a teraz filozofii praktycznie nie ma”.
Była filozofia marksistowska (Adam Schaff, Emil Adler) i trochę historii filozofii.
„Moje życie naukowe można sprowadzić do próbowania kolejnego klucza...”
305
Skoro nie filozofia i nie polonistyka, to mogło być cokolwiek. Lubiłam się
uczyć i poznawać świat. Pojechałam na obóz harcerski i zapomniałam o sprawie.
To był dla mnie trudny czas, bo harcerstwo było reformowane, zmieniano ideolo
gię, uzależniano od nowej władzy. Bandiera rossa miała nam zastąpić Czerwone
maki i Pierwszą brygadę. Ciężko to przeżywałam. Nie pochwalałam wprowadzo
nych zmian, usuwania starych instruktorów, ale byłam bardzo związana z druży
ną, w której byłam najstarszą, drużynową, i za którą czułam się odpowiedzialna.
Rozważałam odejście i wciąż się wahałam.
Jesienią trzeba było złożyć papiery (a może zrobiłam to już w czerwcu, po
maturze, nie pamiętam) i przystąpić we wrześniu do egzaminu. Wybrałam temat
na podstawie Matki Maksyma Gorkiego. Dopuszczono mnie do ustnego. Prze
wodniczył Stefan Żółkiewski - już wtedy prominentny działacz aparatu PZPR,
w komisji była piękna Krystyna Kersten (wtedy jeszcze Jasińska), późniejsza
aktywna opozycjonistka, w czerwonym krawacie reprezentowała ZMP. Egzamin
był klapą. Zapytano mnie o to, jakie formacje wojskowe walczyły w powstaniu
warszawskim. Głupio, szczerze odpowiedziałam, że ja widziałam tylko AK.
I tu słuszne jest wspomnienie przez profesora Zbigniewa Jasiewicza mojej ro
dziny. Otóż w komisji był przyjaciel mojego ojca, profesor Emil Kipa, historyk.
On już wcześniej, będąc u nas w domu, dowodził, że polonistyka nie jest kierun
kiem dla inteligentnych ludzi, że przecież nie mogę być nauczycielką etc., i że
powstał na uniwersytecie wspaniały nowy, interdyscyplinarny kierunek - histo
ria kultury materialnej. Rekrutacja jest wciąż otwarta. Radził mi, abym w czasie
egzaminu poprosiła o przeniesienie z polonistyki na historię kultury materialnej.
Zrobiłam to w ostatnim przebłysku przytomności, świadoma wpadki z powsta
niem warszawskim. I tak zostałam studentką historii kultury materialnej, gdzie
początkowo zainteresowała mnie archeologia pradziejowa. Wykłady prowadził
złotousty profesor Włodzimierz Antoniewicz, który dał mi, na ćwiczenia, temat
referatu o prawie pierwotnym. I to zapoczątkowało m oją drogę ku etnografii.
Zapewne powinnam też odnieść się do określenia przez profesora Jasiewi
cza mojej rodziny jako „zasiedziałej, profesorskiej rodziny warszawskiej”. Nie
wiem, od ilu pokoleń liczy się „zasiedziałość”, na pewno dotyczy to moich
dzieci, ja sama też urodziłam się w Warszawie. Ale losy mojej rodziny są dobrą
ilustracją procesów modernizacyjnych Polski XIX i XX wieku, mobilności jej
obywateli i walk o niepodległość, co w sumie zdecydowało o jej wielokulturowości. Otóż rodzina mego ojca ze strony matki, Zofii Użarowskiej, pochodziła
z drobnej szlachty sejneńskiej i za udział w powstaniu styczniowym została ska
zana na Syberię, a potem na osiedlenie w głębi Imperium Rosyjskiego. Babcia
urodziła się w Lubotyni pod Charkowem, gdzie skupiła się dość znaczna grupa
Polonii. Ojciec mojego ojca, Władysław Szyfelbejn urodził się w Toporowicach,
starej wsi powiatu będzińskiego. Według tradycji, ta gałąź rodziny wywodzi się
z północnych Niemiec. Byli tkaczami i skusił ich rozwój przemysłu tekstylnego
w Częstochowie. Już jako „mieszczanin częstochowski”, mój dziadek postano
306
Zofia Sokolewicz
wił szukać szczęścia w Rosji, gdzie ten przemysł rozwijał się jeszcze silniej. Tak
znalazł się w Charkowie, gdzie poznał babcię i - przechodząc z protestantyzmu
na katolicyzm (bo jak mówił mój ojciec, „inaczej nie daliby mu babci”) - ożenił
się. Mój ojciec urodził się w Charkowie. Plany dziadka dorobienia się spełzły
na niczym. Gdy wydawało się, że dysponuje już wystarczającą sumą na założe
nie własnego interesu w Polsce, wybuchła I wojna światowa, a potem rewolucja
październikowa, czyli, jak mawiał ojciec, „bolszewia”. Dziadkowie wrócili do
Polski w 1921 roku, ubodzy jak myszy kościelne, ale z samowarem, który mam
do dziś.
Rodzina mojej matki pochodzi z Miechowa koło Krakowa. Małżeństwo mo
ich dziadków w tej linii to też ciekawy fakt etnograficzny. Pradziadkowie, którzy
pochodzili z Górnego Śląska, szukali dla jednego ze swoich synów miejsca na
założenie warsztatu powroźniczego. Ich wybór padł na Miechów, z wolna pod
noszący się po spaleniu w czasie bitwy miechowskiej w 1863 roku. Aby synowi,
Ignacemu Figlowi, zapewnić dobry start, postanowili go wżenić do zasiedziałej
rodziny mieszczańskiej, Kwapińskich. I tak rodzice ustalili między sobą małżeń
stwo moich dziadków, które dochowało się siedmiorga dzieci, w tym mojej m at
ki, Natalii. Rodzina miechowska była bardzo ważna w moim życiu. Byli biedni
(w czasie I wojny światowej spłonął warsztat dziadka), ale w ich życiu wszystko
było uporządkowane, normy zachowań jasne, obowiązki zarówno towarzyskie,
jak i patriotyczne klarownie wyrażane. Mimo biedy, dali wyższe wykształcenie
trzem synom i dwóm córkom. Zawsze marzyłam o opisie tej, już dziś nie istnieją
cej, społeczności lokalnej, w której wszystko było skodyfikowane, życie toczyło
się jak na Trobriandach Bronisława Malinowskiego, każdy znał swoje miejsce
w społeczności i codziennie walczył, swoim zachowaniem, o jego utrzymanie.
Może dlatego do dziś mam mocne przekonanie o tym, co komu przysługuje, co
jest naturalne, a co nie. Może dlatego nie mogę wykrzesać z siebie głębszego
zainteresowania problematyką genderową lub orientacji seksualnych.
Ojciec po powrocie do Polski zrobił w Częstochowie polską maturę i ukończył
weterynarię na Uniwersytecie Warszawskim, był początkowo asystentem, potem
adiunktem u profesora Weigla. To nie dawało mu możliwości utrzymania rodziny,
więc otworzył praktykę prywatną i leczył psy wielkich tego świata (m.in. Józefa
Becka, ambasadora USA Anthony’ego Biddle’a, a po wojnie Bolesława Bieruta
i Konstantego Rokossowskiego). W 1939 roku, wiosną, kupił dom na warszawskim
Żoliborzu i zaczęło się to, co można określić zasiedzeniem. Po II wojnie światowej,
gdy prywatną praktykę zniszczyły mu tak zwane „domiary podatkowe” (w ramach
- j a k powiedziano mu w Urzędzie Skarbowym - walki klasowej), habilitował się
i uzyskał profesurę na SGGW (bo tam przeniesiono z Uniwersytetu weterynarię),
gdzie stworzył nowy wydział i kierunek zoohigieny.
Ta historia rodziny, a także zainteresowania mego ojca, miały wielki wpływ
na moje podejście do kultury. W rodzinie nawiązywano do różnych tradycji kul
turowych: i tych polskich, regionalnych, i rosyjskich, a raczej ukraińskich, a na
„Moje życie naukowe można sprowadzić do próbowania kolejnego klucza...”
307
wet niemieckich. Jako dziecko szukałam pisanek, które zajączek na Wielkanoc
ukrywał w różnych miejscach w domu i w ogrodzie dziadków, na wigilię był utarty,
słodki mak z mlekiem i obwarzankami obok kutii i łamańców z makiem. Z tym
łączyły się opowieści patriotyczne o 1863 roku, działalności charkowskiej Polonii,
Legionach (dwóch braci mojej matki było w Legionach, trzeci ukończył szkołę
kadetów, był oficerem, zginął w Katyniu), ucieczkach moich stryjecznych dziad
ków przed branką do rosyjskiego wojska, emigracji do USA, „Cudzie nad Wisłą”.
Moja ojczyzna nie była tylko ojczyzną lokalną, ale obejmowała Kresy, ziemie róż
nych zaborów, Miechów i Częstochowę, praktycznie całą Polskę. Sądzę, że byłam
„wielokulturowa”, choć mówiłam i nadal mówię z akcentem warszawskim. Ale
jednocześnie losy rodziny, nawet widziane przez pryzmat losów jednostek, to były
dzieje grupy, której jednostka była całkowicie podporządkowana. Może dlatego
dziś trudno mi przyjąć w etnologii perspektywę widzenia jednostek, a nie grup.
W moim doświadczeniu grupy istnieją realnie: rodzina, grupy wieku, interesu, są
siedztwa, lokalności... Obowiązują w nich normy istotne w procesie socjalizacji
jednostek, regulujące zachowania w ciągu całego życia. To zwłaszcza te miechow
skie normy mieszczańskie określiły moje zachowania. Do dziś wzdrygam się, gdy
ktoś obcy, w szpitalu, przychodni lub w firmie zorganizowanej na zasadach wspól
noty, kładzie mi rękę na ramieniu w rutynowo przyjaznym geście. Odbieram to
jak przekroczenie granicy, koniecznego dystansu, naruszenie mojej integralności.
Podobnie denerwuje mnie zwracanie się po imieniu, choćby z dodatkiem „pani”.
Pani Zofio - to brzmi jak spoufalenie się, czyli, jak mawiała moja miechowska
ciotka, plus znajomans que connaissance! Toteż w terenie, gdy zrzucałam z siebie
te konwenanse (część?!), czułam się niezupełnie sobą grałam przecież inną rolę,
nieraz bardzo udatnie, jeżeli mogę ocenić z perspektywy czasu.
Na m ojąw izję kultury na pewno wpłynął też mój ojciec. Tworząc zoohigienę
jako odrębną dyscyplinę naukow ą zakładał, że na dobrostan zwierząt (które cenił
wyżej niż ludzi) ma wpływ całe otoczenie, to jest środowisko naturalne (wielkość
otworów okiennych, kolor ścian w oborze, czystość - tak zależna od poziomu
kultury hodowców, etc.). Była to taka całościowa wizja tego, co nas otacza. Za
pewne dlatego było mi łatwo przyjąć koncepcję integralności Kazimierza Do
browolskiego, w odróżnieniu od propozycji Kazimierza Moszyńskiego, a potem
zachwycić się funkcjonalizmem, a zachować dystans wobec strukturalizmu. M y
ślę, że wiele z moich późniejszych wyborów było wynikiem mego wychowania
i fascynacji zarówno uporządkowanym (pozornie!) życiem małego miasteczka,
jak i osobowością mego ojca.
Specjalizację magisterską z etnografii, w ramach drugiego stopnia studium
historii kultury materialnej, zorganizowano w Krakowie pod kierunkiem prof.
Kazimierza Moszyńskiego. Jak wypadło porównanie, w oczach studentki, dwóch
ośrodków etnograficznych: warszawskiego i krakowskiego? Co odróżniało i co
upodabniało profesorów i innych etnografów tam spotkanych?
308
Zofia Sokolewicz
W latach 50. XX wieku Warszawa i Kraków jaw iły mi się jak dwa różne świa
ty, różne uniwersytety i różne etnografie. A trudność ich porównania wynika za
równo z tego, że lata 1950-1953 (czas moich warszawskich studiów) i 1953-1955
(czas krakowskich) to były dwa różne okresy w historii Polski, jak i z tego, że
różne było znaczenie Warszawy i Krakowa w procesie wprowadzania tak zwanej
demokracji ludowej i socjalizmu. Ponadto, ja w tych różnych okresach pełniłam
różne role.
Warszawa w latach 1950-1953 była wciąż w długim procesie odbudowywania.
Uniwersytet od mego Żoliborza oddzielało wielokilometrowe pole gruzów. Aby
bezpiecznie wrócić do domu, musiałam po wykładach przejść kilka przystanków
w przeciwną stronę, by dojść do pętli autobusowej przy Placu Trzech Krzyży też zresztą zrujnowanym - i tam, po odstaniu w długiej kolejce, wreszcie wsiąść
w piąty lub szósty autobus i dojechać przez kolejne gruzowiska do domu. Rano
było lepiej, bo pętla autobusowa znajdowała się blisko domu, na Placu Wilsona,
wtedy Komuny Paryskiej. A Kraków był nietknięty, nawet marmurowe blaty sto
lików u Maurizia w Rynku były przedwojenne. Czasami pozwalałam sobie tam
na kawę z rogalikiem, wdychając atmosferę innego, niezniszczonego świata.
Do tego Warszawa była stolicą, i pierwszy impet zmian politycznych skie
rowano na nią. W latach 1950-1953 przeprowadzono reformę szkolnictwa wyż
szego pod czujnym okiem wiceminister szkolnictwa Eugenii Krassowskiej (nb.
z Wilna). W 1952 roku w Otwocku odbyła się ważna politycznie konferencja
metodologiczna historyków, zdominowana przez historyków ruchu robotniczego
(Tadeusza Daniszewskiego, Żannę Kormanową, Natalię Gąsiorowską), ze stero
wanym udziałem młodzieży. Wśród profesorów Uniwersytetu znalazł się Stefan
Żółkiewski, literaturoznawca, późniejszy sekretarz I Wydziału PAN i członek KC
PZPR, muzykologią rządziła Zofia Lissa, która dzięki moskiewskim koneksjom
rozpięła nad nią parasol ochronny, filozofią sterował Adam Schaff. Na każdym
wydziale był ktoś zaufany reżimu. I byli aktywni młodzi: Tadeusz Łepkowski,
Paweł Beylin, Alina Osiadacz, Aleksandra Jasińska, Albin Kania, Adam Siko
ra, Jerzy Wiatr, Zygmunt Bauman, Bronisław Baczko, Roman Zimand, Leszek
Kołakowski, Henryk Jankowski. W rok po mnie rozpoczęli studia Jurek Holzer,
Bronisław Geremek, Janusz Żamowski, Janek Molenda. Odbywały się zebrania,
narady, akcje, rozwijano tak zwaną propagandę wizualną (transparenty, afisze),
organizowano akcje przeciw profesorom, donoszono. Byłam tego świadkiem,
a nieraz uczestnikiem. Zgubiło mnie gadulstwo i wybrano mnie starościną roku.
Jako „aktyw” brałam udział w akcjach uświadamiających, zebraniach i szkole
niach. Na Wydziale Historycznym prowadził je najczęściej Tadeusz Łepkowski,
na szczęście niezwykle inteligentny człowiek.
Myślę, że wielu studentów dało się wtedy porwać ideologii komunistycznej.
Prawie wszyscy wymienieni wyżej znaleźli się później w opozycji. Ale - przy
najmniej do śmierci Józefa Stalina w marcu 1953 roku - na Uniwersytecie do
minował nastrój euforii i... lęku. Nie zapomnę chwili, gdy na zebraniu ZMP
„Moje życie naukowe można sprowadzić do próbowania kolejnego klucza...”
309
oskarżono mnie o to, że swoimi imieninami uniemożliwiłam innym wyjazd na
wieś w celu agitacji za spółdzielniami rolniczymi. Koledzy po prostu przyszli
na imieniny! Uratował mnie przed wyrzuceniem z uczelni Ryszard Kapuściński,
wtedy sekretarz organizacji młodzieżowej na Wydziale Historycznym, zrzucając
winę na moich „mieszczańskich” rodziców, celebrujących imieniny. To brzmi jak
farsa, ale wtedy było śmiertelnie poważne. Na profesora Witolda Dynowskiego
ktoś doniósł, że skraca wykłady, bo musi wyprowadzić psa na spacer! Biedny
profesor padł ofiarą swojej dumy, bo do końca życia nie chciał się przyznać, że
gardło nie pozwala mu na mówienie przez pełne 90 minut, i skracając wykład
powoływał się na konieczność spaceru z psem. Złapał mnie wtedy na korytarzu
profesor Kazimierz Majewski, stary PPS-owiec ze Lwowa, wtedy sekretarz orga
nizacji partyjnej i prosił: pani Zosiu, niech pani przemówi Witoldowi do rozsąd
ku, by tak nie mówił, przecież oni nie m ają poczucia humoru!
Ale mimo takich ewidentnych głupot i lęku, część z nas, w tym ja sama, wie
rzyło w społeczny program partii. Moja matka patrzyła na mnie z przerażeniem,
gdy dowodziłam, że dzieci są lepiej wychowywane przez fachowy personel
w domach dziecka niż w domu!
Śmierć Stalina zdjęła z nas nieco lęku i wydawało się, że to, co do inteligen
cji należy, to kształcenie młodzieży na ludzi z wyobraźnią, otwartych na świat.
Teatrzyk Bim-Bom ogłosił: „Myślenie ma kolosalną przyszłość”. I wtedy poje
chałam do Krakowa na studia uzupełniające. Skończyły się zebrania, szkolenia,
byłam poza strukturami politycznymi. Profesorowie mieli autorytet, biblioteki
przytłaczały zawartością niezniszczonych księgozbiorów. Zamiast 48 godzin ty
godniowo obowiązkowych wykładów (i 17 egzaminów i kolokwiów na pierw
szym roku!), mieliśmy 10 godzin. I najważniejsze były seminaria. W Krakowie
trwały co prawda dyskusje na temat budowy Nowej Huty, ale to wtedy chyba nie
dotyczyło etnografii. Przemek Burchard i Leszek Dzięgiel chodzili w glorii tere
nowców, wyróżnianych przez Kazimierza Moszyńskiego. Nikt z nas nie należał
do partii, a czasy, gdy - według sensacyjnych opowieści - Zbyszek Biały miał
biegać po wydziale z pistoletem, miały dopiero nadejść.
Ponadto, w Krakowie traktowano mnie już jako asystentkę profesora Witolda
Dynowskiego (pracowałam od 1 marca 1953 r.), Tuptuś, czyli Kazimierz Dobro
wolski, dołączył mnie do grupy, zresztą dość licznej, wybrańców częstowanych
herbatą z ogromnego czajnika, woźny Kęcik na Straszewskiego tytułował mnie
panią Z osią zamiast po prostu „tykać”, mieszkałam u profesorstwa Gładyszów
i byłam po prostu wybranką losu. Naprawdę to doceniałam. Patrzyłam na etno
grafię jako na sposób dotarcia do młodzieży. A może było to po prostu samousprawiedliwienie, że nie starczyło m i odwagi, aby protestować w sposób otwar
ty przeciw socjalizmowi w naszym życiu? Ale wtedy naprawdę tak myślałam.
Etnografia warszawska była całkowicie odmienna od krakowskiej. Różniła je
tradycja, konsekwencje wojny, sytuacja polityczna Warszawy i Krakowa i wresz
cie osobowość profesorów. Historię etnografii krakowskiej liczymy od wykładu
310
Zofia Sokolewicz
uniwersyteckiego Wincentego Pola w roku akademickim 1851/1852, a potem
od powołania Komisji Etnograficznej PAN w 1874 roku pod przewodnictwem
Oskara Kolberga. W Warszawie zaczyna się ona od wydania pierwszego tomu
„Wisły”, a następnie zainstalowania zbiorów etnograficznych przy warszawskim
ZOO w 1888 roku. Etnografia była obecna w środowisku warszawskim dzięki
wykładom Ludwika Krzywickiego na Wolnej Wszechnicy Polskiej, a potem ba
daniom prowadzonym przez Instytut Nauk Antropologicznych i Etnologicznych
Towarzystwa Naukowego Warszawskiego (Stanisław Poniatowski, Kazimierz
Moszyński, Kazimiera Zawistowieź-Adamska). Uniwersytecka kariera etnografii
jako akademickiej dyscypliny rozpoczęła się w Warszawie dopiero z ustanowie
niem w 1933 roku przez Ministra Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego
dwóch Katedr: Etnografii Polski oraz Etnologii i Etnografii Ogólnej i powołania
na nie w 1934 roku Cezarii Baudouin de Courtenay-Ehrenkreutz-Jędrzejewiczowej z Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie i Stanisława Poniatowskiego
z Instytutu Nauk Antropologicznych i Etnologicznych Towarzystwa Naukowego
Warszawskiego.
Profesor Cezaria Jędrzejewiczowa była pierwszą kobietą kierującą katedrą
etnografii w Polsce. Wokół tego powołania rozpętała się burza plotek. Pomijano
w ocenach intelektualne dokonania Pani Profesor, wysuwając na plan pierwszy
jej małżeństwo z Januszem Jędrzejewiczem, premierem rządu II RP. Nomina
cji Poniatowskiego nikt nie kwestionował, choć prezentował on nieco już prze
brzmiały w etnografii i, jak wynika z historii, stanowiący zaułek, kierunek: szko
łę kulturowo-historyczną, czego dobitnym dowodem była jego Etnografia Polski
(Poniatowski 1932).
Do wojny 1939 roku zdołano na Uniwersytecie skompletować niewielką bi
bliotekę etnograficzną, stworzyć mały zespół badaczy-terenowców, którego móz
giem była Pani Profesor, skupić wokół Katedry niewielkie grono studentów.
W 1939 roku wszystko to się rozpadło. Pani Profesor znalazła się, po przejściu
szlaku wojennego przez Bliski Wschód (tam została zainspirowana postacią św.
Jerzego), w Londynie, gdzie wykładała do śmierci na University in Exile. Stani
sław Poniatowski zmarł, wracając do Polski z obozu w Mauthausen. Po wojnie
trwały więc gorączkowe narady w gremiach uniwersyteckich, jak reaktywować
etnografię. O dyskusjach na ten temat pisze ciekawie Anna Engelking (2006).
Ostatecznie zadanie to podjął Witold Dynowski, asystent i adiunkt Pani Profesor
jeszcze z Uniwersytetu Wileńskiego. Gdy rozpoczęłam studia w 1950 roku, Pro
fesor był praktycznie jedynym wykładowcą etnografii na historii kultury mate
rialnej. Prowadził też wykład i seminarium dla studentów historii sztuki, socjolo
gii, historii oraz geografii, kończących studia w starym systemie, którzy wybrali
etnografię jako przedmiot poboczny. Profesor był więc jedynym wykładowcą,
sam prowadził ćwiczenia i seminarium. Może dlatego mieliśmy spójny obraz
etnografii jako nauki obejmującej cały świat, bez przyjętego w wielu krajach za
chodnich Europy podziału na Volkskunde i Völkerkunde, świat, w którym przy
„Moje życie naukowe można sprowadzić do próbowania kolejnego klucza...”
311
szłość łączyła się harmonijnie z teraźniejszością dzięki oświeceniowym teoriom
postępu, XIX-wiecznej teorii ewolucji, a nawet monistycznemu ujmowaniu hi
storii przez marksistów (Gieorgij Plechanow). Profesor rysował nam fantastycz
ne obrazy rozwijającego się świata, świata zróżnicowanego, ale stanowiącego też
jedną całość. Jego wykłady były niezmiernie sugestywne, malował przed nami
porywające obrazy, oddziaływające na wyobraźnię. Biblioteka była skromna, za
częto j ą przecież budować w 1935 roku. Profesor uratował część książek, prze
nosząc je do kamienicy przy Hożej 74, gdzie Niemcy umieścili swoją agendę
Buchhandlung, a Profesor zadbał o dobre stosunki z prowadzącym j ą oficerem.
Ten ostatni miał się zakochać w rosyjskiej Żydówce, którą - wraz z m atką - uda
ło mu się przeszmuglować z Rosji do Polski, gdzie, przez jakiś czas, mieszkała
u Profesora. Wiem, że Niemiec ten przeżył wojnę i systematycznie przesyłał Pro
fesorowi kartki z życzeniami.
Mimo tych wszystkich starań, z biblioteki pozostało ledwie kilkaset książek.
Gdy, już jako asystentka, obchodziłam antykwariaty szukając etnograficznej kla
syki, napotykałam książki z księgozbioru Katedry. U Trzaski, Everta i Michal
skiego oddano mi te egzemplarze bezpłatnie. Tu liczył się księgarski honor.
Po 1948 roku Katedra mieściła się na Hożej 74. Były tam piece węglowe,
układ, jak to w starych kamienicach, amfiladowy. W piecach palił woźny Wiktorowicz - z nowej klasy chłoporobotników spod Mińska Mazowieckiego.
A w sali wykładowej był piec stałopalny, który osobiście regulował Profesor.
I było ciepło.
Atmosfera była rodzinna. Profesor do dziewcząt mówił: córeczko, córuchno,
chłopców nazywał szympansami. Był zawsze gotów do rozmowy i do pomocy,
obdarzał nas uśmiechem, czasem zdobywał potrzebną receptę, interesował się
naszym zdrowiem i finansami. W lokalu Katedry przez jakiś czas mieszkał wy
gnaniec z Lwowa, profesor Jerzy Kulczycki (razem z cudem uratowaną kolekcją
perskich dywanów) - mieszkał za kotarą z dywanów, a po drugiej stronie ja m ia
łam przez jakiś czas swój sekretariat: biurko i kosz na śmieci. Zdaniem Profesora,
to kosz był właściwym sekretariatem.
I jeszcze była woźna, Genowefa Buśko, pochodząca ze wsi żona warszaw
skiego tramwajarza. Pogodna, ciepła, strofująca studentów, w miarę potrzeby im
pomocna, o mocnych zasadach moralnych i poczuciu godności. Takie, ważne
kiedyś dla uczelni osoby zastąpiły dziś zamki elektroniczne i karty zbliżeniowe.
Pracę w Katedrze rozpoczęłam 1 marca 1953 roku, w lipcu odbył się I M ię
dzyuczelniany Obóz Etnograficzny w Ostrołęce, a w październiku zameldowa
łam się na Uniwersytecie Jagiellońskim jako studentka studiów magisterskich.
Tu wszystko było inne. Było dwóch profesorów o niepodważalnym autorytecie:
Kazimierz Moszyński i Kazimierz Dobrowolski, było liczne grono adiunktów
i asystentów, wspaniałe biblioteki, aktywny oddział PTL. Świetnie zorganizowa
ny dziekanat, który kontrolował nasze postępy, wbijając w indeksie odpowiednią
pieczątkę co semestr. Były niezniszczone mieszkania profesorskie z bogatymi
312
Zofia Sokolewicz
bibliotekami. Były żywe dyskusje i jakoś nie baliśmy się siebie wzajemnie, że
ktoś doniesie władzom o naszych nieprawomyślnych poglądach.
W Krakowie zetknęłam się z innymi etnografiami. Nagle spostrzegłam, że są
różne języki teoretyczne i różne cele badań. Cele te określali przede wszystkim
Kazimierz Moszyński i Kazimierz Dobrowolski, a nieco odrębne stanowiska zaj
mowali Andrzej Waligórski, Roman Reinfuss i Mieczysław Gładysz. Łączył ich
stosunek do terenu jako źródła wiedzy, choć wiedzę tę każdy z nich traktował
w nieco inny sposób, zależnie od stawianego w badaniach celu.
Kazimierz Moszyński sądził, że uda mu się określić prawidłowość rozchodze
nia się w przestrzeni wytworów kulturowych. To wytwór kultury, definiowany
jako rozwiązanie zadania, które kiedyś stanęło przed człowiekiem, był podsta
w ow ą jednostką taksonomiczną jego teorii. Badanie zasięgów wytworów, pre
cyzyjnie określanych dzięki analizie typologicznej, miało być podstawą hipotez
o ruchach ludności, nosicieli tych wytworów. Hipotezy te miały być weryfiko
wane za pom ocą innych źródeł: pisanych, językowych, archeologicznych etc.
Moszyński operował więc pojęciem przestrzeni w dużej skali (należało poznać
cały zasięg danego wytworu), a także - choć tak przez niego nie nazywanym, po
jęciem czasu długiego. Opisywane procesy rozchodzenia się wytworów kulturo
wych liczono bardziej w setkach niż dziesiątkach, a nawet w tysiącach lat. Punkt
wyjścia w tych rozważaniach stanowił fakt empiryczny, czyli wytwór kultury.
Precyzyjnie określona procedura analityczna zapewniała ścisłość rozumowania.
Kazimierz Moszyński zaakceptował przyjęte przez historię kultury material
nej połączenie rozważań nad tak zwanymi ludami pierwotnymi i kulturą ludo
wą. Jest przecież autorem skryptów o ludach zbieracko-łowieckich i pasterskich,
z których jeszcze na początku lat 90. XX wieku uczyli się studenci etnografii
w niektórych ośrodkach uniwersyteckich. Myślę, że odpowiadało to jego ewolucj onistycznemu widzeniu kultury. Chciał, także w Człowieku (Moszyński 1958),
ująć całościowo zróżnicowanie kulturowe ludzkości i ukazać jego komponen
ty geograficzne, językowe, antropologiczne, psychologiczne. Ale, gdy profesor
Witold Dynowski sugerował mu przyjęcie teorii monistycznego rozumienia hi
storii, odmówił. Jak opowiadał mi profesor Dynowski, miał powiedzieć: „Panie
kolego, ja buduję swoją teorię od podstaw, fakt po fakcie i jestem już za stary,
by przerywać to teraz i zaczynać od nowa”. Rozumiałam to wtedy jako prze
konanie, że teorię buduje się od pojedynczych faktów, będących fundamentem,
a procedury analityczne i ostateczna interpretacja stanowią kolejne piętra tej bu
dowli. W moim rozumieniu Kazimierz Moszyński w naszym środowisku w spo
sób najbardziej konsekwentny stosował zasady nauki (science) zgodnie z kla
sycznym, XIX-wiecznym jej rozumieniem. Z żalem twierdzę, że nie rozumiała
tego większość jego uczniów, którzy mechanicznie stosowali jego metodę, w tym
zwłaszcza badanie zasięgów, do celów, do których nie była stworzona. W ten
sposób gubiono całą oryginalność jego myśli, tak charakterystycznej dla XIX
i XX-wiecznej nauki. Sama, przyznaję samokrytycznie, zrozumiałam sens jego
„Moje życie naukowe można sprowadzić do próbowania kolejnego klucza...”
313
teorii już po latach. Pamiętam, jak na seminarium magisterskim referowałam
część pracy magisterskiej o pługach i płużycy w Polsce. Wybrałam rozdział do
tyczący narzędzi do czyszczenia odkładnicy pługa z ziemi, to jest łopatki lub
zaostrzonego kija - otki, istyka etc. Skonstruowałam przemyślną typologię tego
prostego przecież narzędzia. I byłam z tego bardzo dumna. W duchu uważałam
pracę za bezsensowną, ale wydawało mi się, że dostosowałam się do zaleceń
Profesora. Moszyński wysłuchał mnie spokojnie do końca i dobił słowami: „Pani
Zosiu, a po co to pani zrobiła, czemu ta typologia ma służyć?”. Pamiętam jego
słowa do dziś! I powtarzałam je wielokrotnie studentom: każda z przyjętych
przez nas procedur badawczych ma czemuś służyć. Nie ma automatycznego po
wtarzania cudzego postępowania.
Kazimierz Dobrowolski proponował badanie kultury jako procesu historycz
nego, rozumiejąc historię zdecydowanie inaczej niż Kazimierz Moszyński - uży
cie tych słów przez obu badaczy niosło całkowicie odmienne znaczenie. Moszyń
ski rozumiał historię jako serię wydarzeń przede wszystkim w czasie długim.
Interesowały go zasięgi wytworów najstarszych. Badał zasięgi pługów drewnia
nych, ale dopiero w drugim kwestionariuszu Polskiego atlasu etnograficznego
zgodził się na umieszczenie pytań dotyczących pługów żelaznych produkcji kra
jowej. Gdy referowałam mu projekt pracy doktorskiej na temat właśnie pługów
żelaznych jako wskaźnika procesów modernizacji i industrializacji, uwzględnia
jąc obok zasięgów, jakie tworzyły rynki zbytu poszczególnych fabryk narzędzi
rolniczych, także indywidualną myśl wynalazczą wiejskich kowali, powiedział
bez ogródek: „Pani Zosiu, to na pewno nie jest etnografia sensu stricto, ale to na
wet nie jest etnografia sensu largo, to w ogóle nie jest etnografia!”. Interesowała
go przecież w gruncie rzeczy tylko kultura przedindustrialna, przekaz ustny, na
śladowanie. A wszystkie zjawiska tego typu zmieniały się wolniej, bardziej pod
legały wpływom lokalnym i w tej sytuacji szczególnie interesującymi wydawały
się wytwory kulturowe o zasięgu światowym lub których zasięgi były wynikiem
przebiegu wielkich szlaków komunikacyjnych o wielowiekowej historii. Do tej
tematyki wróciłam po latach, nawiązując do koncepcji Moszyńskiego zasięgu
bałtycko-adriatyckiego, porównując kulturę obszarów północnej i południowej
Słowiańszczyzny (Sokolewicz 1977). Jednak, mimo mojej wielkiej admiracji
dla klarowności teorii Moszyńskiego, nie poszłam jego śladem, choć na pewno
przyjęta przez niego perspektywa porównawcza wywarła na mnie wielki wpływ
i prawdopodobnie była powodem, że właśnie w Warszawie, w sytuacji ostrej
krytyki strukturalnej skierowanej przeciw jego teorii, w 1977 roku została zorga
nizowana konferencja poświęcona jego koncepcjom (Sokolewicz 1979).
Wspomniany już Kazimierz Dobrowolski traktował tworzenie i rozwój kultu
ry jako proces historyczny, a współczesność jako jego kolejne ogniwo. Jednakże,
w odróżnieniu od Moszyńskiego, punkt wyjścia w badaniach stanowiła dla niego
konkretna grupa osadnicza, której osiedlenie było poświadczone dokumentami
historycznymi, a jej ciągłość była gwarantem ciągłości kultury. Dobrowolski pro-
314
Zofia Sokolewicz
ponowa! użycie w badaniach metody integralnej, umożliwiającej wykorzystanie
różnych rodzajów źródeł, nie tylko etnograficznych. Źródła te były przedmiotem
weryfikacji stosowanej w naukach historycznych. Sądził bowiem, że źródła wy
wołane, to znaczy etnograficzne, winny być weryfikowane w analogiczny sposób
do pisanych, tak by można było odpowiedzieć na pytanie o ich autentyczność,
wiarygodność i reprezentatywność. Dobrowolski sądził, że przedmiotem badania
jest chłopska kultura tradycyjna, która pojawiła się wraz z powstaniem warstwy
chłopskiej we wczesnym średniowieczu. To tradycja, przekaz ustny, dystans wo
bec innych warstw społecznych, decydowały o jej odrębności i trwaniu. Swoją
teorię Kazimierz Dobrowolski budował na podstawie badań południowej Mało
polski, silnie podkreślając, że ma ona formę generalizacji historycznej, a nie pra
wa ogólnego. Zaznaczał też odmienność swojej teorii od teorii kultury ludowej
Jana Stanisława Bystronia, mimo oczywistego wpływu, jaki ten ostatni wywarł
na niego. Z biegiem lat próbował wprowadzić do swojej teorii elementy materia
lizmu historycznego Karola Marksa, co było najbardziej widoczne w artykule na
pisanym razem z Andrzejem Woźniakiem w tak zwanej syntezie (Dobrowolski,
Woźniak 1976). Myślę, że swoim twierdzeniem o wpływie rozwoju sił wytwór
czych, w tym narzędzi produkcji, na rozwój kultury, przekonał mnie o podjęciu
w pracy magisterskiej tematyki narzędzi rolniczych. Praca, pisana oczywiście
pod kierunkiem Kazimierza Moszyńskiego - tu nikt nie miał wyboru, ale też nie
miał wątpliwości - stanowiła opracowanie materiałów Polskiego atlasu etnogra
ficznego z 1953 i 1954 roku na temat pługów i płużycy. Składała się z dwóch czę
ści. Pierwsza zawierała typologię i zasięgi poszczególnych typów pługów oraz
ich interpretację (35 map). Druga sytuowała pługi w systemie organizacji pracy
w gospodarstwie chłopskim. Próbowałam pokazać, jak na przykład przejście od
sochy i płużycy do pługa bezkoleśnego lub zmiana typu pługa koleśnego wiązały
się ze zmianą organizacji pracy, nakładem sił, efektywnością etc. Korzystałam
w tej części przede wszystkim z lepiej mi znanego materiału kurpiowskiego i sze
rzej - mazowieckiego. W tej części starałam się wykorzystać wskazówki Dobro
wolskiego. Na egzaminie magisterskim Moszyński z pobłażliwym uśmiechem
powiedział: „Po co pani napisała tę drugą część, pani Zosiu?”. A Dobrowolski
z zakłopotaniem stwierdził, że to pierwsza część nie była potrzebna. Nie miałam
wątpliwości, że nie było wspólnego mianownika do dyskusji między tymi dwo
ma, niewątpliwymi autorytetami.
Był jeszcze w Krakowie wspaniały Andrzej Waligórski, skutecznie, choć po
cichu, zarażający nas swoim funkcjonalizmem. Pracował wtedy nad Antropolo
giczną koncepcją człowieka (Waligórski 1973). Na jego seminarium referowa
łam Jeana de Condorceta Szkic obrazu postępu ducha ludzkiego poprzez dzieje
(Condorcet 1957). I bezustannie nawiązywałam, w tej teorii postępu, do ewolucjonizmu i materializmu Fryderyka Engelsa. Waligórski cierpliwie wskazy
wał mi jednak na dzielące te koncepcje różnice. Niezmiernie wrażliwy na myśl
„Moje życie naukowe można sprowadzić do próbowania kolejnego klucza...”
315
filozoficzną, pierwsze miejsce przyznawał jednak terenowi. „Co się pani martwi
o teorię, pani Zosiu. Najważniejszy jest teren, z faktów terenowych wyniknie
teoria”.
Byłam jednak oporna w tej kwestii, przyznając intuicyjnie prymat teorii, choć
nie miałam jeszcze wtedy argumentów. Moje przygotowanie filozoficzne po roku
warszawskich wykładów Adama Schaffa o filozofii marksistowskiej i ćwiczeń
z Adamem Sikorą (to był pierwszy rok jego asystentury) było praktycznie ze
rowe, a posługiwanie się niezmiernie esencjonalnym tekstem Historii filozofii
Władysława Tatarkiewicza (Tatarkiewicz 1931-1950) przychodziło mi wciąż
z pewnym trudem.
Z Romanem Reinfussem jako wykładowcą nie spotkałam się, a koncepcji jego
akcji inwentaryzacji sztuki ludowej dla Państwowego Instytutu Sztuki nie rozumia
łam. Mieczysława Gładysza wielbiłam za uwzględnienie w zdobnictwie w drew
nie, a także zdobnictwie w metalu, emocji twórców, ich indywidualności. Ale bar
dziej na mnie wpłynął swoimi dyskusjami na temat monografii wsi Siołkowice
(Gładysz, red., 1963-1966), dyskusjami toczonymi równolegle do warszawskich
na temat monografii Kurpie. Puszcza Zielona (Kutrzeba-Pojnarowa, red., 1962
-1965). Dzisiejszemu pokoleniu może trudno zrozumieć, że były to obiekty gorą
cych sporów. Pytanie - czy lepiej objąć badaniem region, czy tylko społeczność
lokalną? Co można w każdym z tych przypadków uzyskać? Te sprawy nie zosta
ły uwzględnione w druku. Szkoda. Szkoda też, że nie da się odtworzyć gorących
sporów między Janem Czekanowskim, Kazimierzem Moszyńskim, Kazimierzem
Nitschem, Adolfem Naszem i Józefem Gajkiem, a także Kazimierą Zawistowicz-Adamską i Witoldem Dynowskim nad kształtem i celem Polskiego atlasu etno
graficznego. Ta część historii ustnej bezpowrotnie zniknęła!
W krakowskim seminarium uczestniczyli też Anna Zambrzycka-Kunachowicz-Steczkowska, Teresa Karwicka, Leszek Dzięgiel, Przemysław Burchard. Zawsze
była obecna asystentka Profesora Małgosia Matuskówna i zazwyczaj pani docent
Jadwiga Klimaszewska. Wszystkie te nazwiska znane są z historii etnografii pol
skiej i było to wielkie dla mnie szczęście, że mogłam z nimi studiować.
Tak więc Kraków zburzył m oją wizję jednej etnografii, ale nie pomógł mi
dokonać wyboru. Zasiał wątpliwości, które miały mi towarzyszyć do dziś.
Od roku 1950jako studentka, i od roku 1953 jako zastępca asystenta w Kate
drze Etnografii Uniwersytetu Warszawskiego, nadal zresztą studiując, pracowała
Pani Profesor pod kierunkiem prof. Witolda Dynowskiego. Spotkałem Profesora
jako student na jednym z Międzyuczelnianych Obozów Etnograficznych, później
był recenzentem mojej pracy habilitacyjnej. Odnoszę wrażenie, że pamięć o Pro
fesorze przetrwała bardziej trwale w anegdotach, opartych na wspomnieniach
z bezpośrednich z nim kontaktów i opowieściach o wyjątkowej atmosferze w Ka
tedrze, mieszczącej się w Jego kamienicy przy ulicy Hożej, niż na stronicach p i
sanych dzisiaj prac. Na czym polegały szczególne cechy osobowości Profesora?
316
Zofia Sokolewicz
Myślę, że to, co najważniejsze, napisałam w pośmiertnym wspomnieniu
0 Profesorze (Sokolewicz 1987), rozszerzonym tekście tego, co powiedziałam
nad Jego grobem w dniu pogrzebu. Profesor Aleksander Gieysztor powiedział mi
wtedy, że dzięki mnie zrozumiał, że nauka była dla Profesora nie zbiorem czyn
ności badawczych, ale sposobem życia. Ja tego wtedy tak nie umiałam nazwać,
wszyscy bardzo boleśnie przeżyliśmy Jego odejście, a ja do dziś nie wiem, jak
udało mi się wygłosić to pożegnanie.
Profesor odkrywał świat na własny rachunek i nie był zainteresowany publi
kacją tych odkryć. Pisał niechętnie, z trudnością. Był znakomitym gawędziarzem
1 obserwatorem życia. I miał swój, jak mawiał - „oliwny ogródek”, w którym
chronił się, gdy życie mu doskwierało. Każdemu z nas radził, by stworzył sobie
taki zakątek. I nigdy nie zdradził, co się na ten jego własny składało. Sądziłam,
że może były to wspomnienia z młodzieńczych połowów nad Amurem, zapachu
stepu, walki ze stepową przyrodą. Wskazywałyby na to Jego wyprawy do Mon
golii i rzucane tam słówka i półsłówka. Profesor, urodzony w Charbinie, syn
inżyniera kolei syberyjskiej i radnego (prezydenta?) Charbina, nasiąkał tą pół
nocno-wschodnią atmosferą od dziecka. Znamy go jako pana z fajką, konesera
kawy, wożącego ze sobą wszędzie różnego rozmiaru ekspresy do kawy, i trudno
było go sobie wyobrazić jako rybaka lub myśliwego w tajdze. Po powrocie do
Europy w 1922 roku niełatwo mu było zaaklimatyzować się na prawie, na które
skierował go stryj, znany profesor prawa, Konrad Dynowski. I zapewne dlatego
przyjął propozycję Stefana Ehrenkreutza, który w 1928 roku szukał asystenta,
który by jego żonie, Cezarii Baudouin de Courtenay-Ehrenkreutz, świeżo mia
nowanej profesorem na Katedrze Etnografii na Uniwersytecie Stefana Batorego
w Wilnie, zorganizował Zakład. Wybrał z grona swoich studentów prawa Wi
tolda Dynowskiego, który wtedy prowadził aktywne życie studenckie, poznając
różne polityczne frakcje, ale nie angażując się po żadnej ze stron. Jego wileńskie
znajomości z Eugenią Krassowską, Henrykiem i Zofią Dembińskimi, Stefanem
Jędrychowskim, Henrykiem Jabłońskim i wieloma innymi, później prominentny
mi członkami politycznego establishmentu PRL, pomogły mu na pewno w prze
prowadzeniu etnografii przez burzliwe fale reform po 1945 roku. Ale najpierw,
w końcu lat 20. XX wieku, Profesor kupił Harleya Davidsona i rozpoczął badania
Wileńszczyzny, które wydały mu się znacznie bardziej interesujące od studiów
prawniczych. Podjął pracę terenową, której owocem była zdecydowanie nowa
torska, jak na swój czas, praca o kufrach wileńskich (Dynowski 1934).
Występował niewątpliwie przeciwko romantycznemu wyobrażeniu kultu
ry ludowej jako zjawiska pradawnego i samorodnego. Dlatego podkreśla rolę
małomiasteczkowego rzemiosła i ludności żydowskiej w tworzeniu stylu tych
wyrobów, podkreśla ich historyczny charakter. Ma wizję świata poprzecinanego
szlakami komunikacyjnymi, wzdłuż których rozwija się wymiana kulturowa, po
w stają ośrodki twórcze. Gdzieś, w głębi, za nimi, leżą obszary „zakapsulowane”,
jak mawiał, żyjące swoim naturalnym, spowolnionym rytmem. To był właśnie
„Moje życie naukowe można sprowadzić do próbowania kolejnego klucza...”
317
problem różnic między Żm udzią i Auksztotą, który stał się przedmiotem jego
pracy habilitacyjnej (1947). Nie została ona wydana z przyczyn oczywistych, po
dobnie jak praca Józefa Obrębskiego o Polesiu archaicznym, opublikowana do
piero w 2007 roku (Obrębski 2007). Ale Profesor opowiadał o niej na wykładach,
a część rozważań wydrukowała „Polska Sztuka Ludowa” (Dynowski 1949).
Te poglądy na kulturę ludową zbliżały Profesora do Jana S. Bystronia. To
Etnografia Polski, Kultura ludowa i Wstęp do ludoznawstwapolskiego Bystronia
(1947, 1936, 1926) stanowiły obowiązkowe podręczniki w Warszawie. Kultura
ludowa Słowian Moszyńskiego (1967) stała się nim, gdy wykłady w Warszawie
prowadzili Mieczysław Gładysz i, zwłaszcza, Jadwiga Klimaszewska. Rutynowo
obowiązkowy był cały pierwszy tom, z drugiej i trzeciej części (te kilkaset stron
oficjalnie nazywało się zeszytem!) wyjątki. Ja tego się uczyłam do magisterium
w Krakowie. Profesor Dynowski miał jednak do tej lektury dystans. Przecież
w Sztuce ludowej Wileńszczyzny i Nowogródczyzny pisał, że to nie zasięgi się
spotykają, lecz ludzie (Dynowski 1935).
Profesor nie pisał grubych książek, ale miał pomysły. Jego pomysłem i jego
koncepcją były badania na Kurpiach. Ich początek stanowiło usytuowanie tam
pierwszego Międzyuczelnianego Obozu Etnograficznego. Kurpie to był przecież
taki „zakapsulowany” obszar, podobnie jak część Podlasia.
Profesor nie lubił zajmować się ponad konieczność pracami organizacyjnymi.
Dlatego powierzył realizację swego pomysłu pani Haneczce, czyli pani doktor,
docent, profesor Annie Kutrzebie-Pojnarowej, co spowodowało, że monografia
Kurpiów przybrała bardziej formę opisu regionu niż takiego „zakapsulowanego”
obszaru z wizji Profesora. Taka była cena rezygnacji z pełnego kierownictwa
badaniami kurpiowskimi. Choć może ta rezygnacja i kompromis z poglądami
Pani Anny nie były całkowite. Przecież Profesor w ciągu tych paru lat badań
bezustannie przypominał nam potrzebę zastanowienia się nad kwestią izolacji
Kurpiowszczyzny od sąsiednich terenów, nad rolą szlaków komunikacyjnych
i małych miasteczek. I choć tego nie cytowaliśmy w swoich pracach, koncep
cje Profesora tkwiły w naszym myśleniu: Jacka i Haliny Olędzkich, Magdaleny
Piłatówny-Pamowskiej, Wandy Paprockiej i wielu innych Jego uczniów, także
moim. Przetrwały nie tylko anegdoty, ale sposób myślenia o kulturze.
Zapewne nie bez przyczyny interesowała go Australia i niskorosłe ludy Azji
południowo-wschodniej. Wiele o tym czytał i wykładał. To, co mówił nam, było
dla niego ważniejsze od tego, co pisał. Rzucał nam pomysły jak perły... i nie dbał
dalej o to, czyje podniesiemy. Zostawiał to naszej intuicji.
Sam nigdy nie naśladował Pani Profesor Cezarii Jędrzejewiczowej. I nam też
zostawiał wolny wybór. Kształcił naszą wyobraźnię, ale także - swoim przy
kładem - zmysł praktyczny. To jem u zawdzięczamy, że w okresie centralizacji
kontroli nad uniwersytetami wszedł do zespołu profesorów tworzących historię
kultury materialnej, czym uratował etnografię jako samodzielną dyscyplinę przed
zepchnięciem jej do roli specjalizacji historycznej (co miało miejsce np. w Buł
318
Zofia Sokolewicz
garii) lub przed całkowitą likwidacją aż do 1956 roku, jakiej przecież w 1951
roku uległy socjologia i psychologia.
Właśnie pod hasłem historii kultury materialnej, co w interpretacji politycz
nej oznaczało akceptację (jakże faktycznie pozorną) marksowskiej tezy, że byt
określa świadomość, etnografia przeszła w miarę spokojnie okres najbardziej re
strykcyjnej polityki wobec nauki w latach 1950-1956. I na ironię losu zakrawa
to, że w czasie takiego instytucjonalnego zbliżenia nie wykształcono pola proble
mów, które mogły być rozwiązywane przez archeologów i etnologów wspólnie.
Etnografia wręcz oddalała się od archeologii. Uwidoczniło się to już po 1956
roku, roku znaczącym pewne rozluźnienie w polityce centralizacji kontroli nad
szkolnictwem wyższym i nauką, w tym, że powstały jednolite studia etnogra
ficzne, początkowo czteroletnie, z bardzo ograniczoną liczbą godzin archeologii
i nauk pomocniczych, jak na przykład numizmatyka. Etnografia próbowała zbli
żenia z naukami społecznymi, w tym z odradzającą się socjologią. Był to kieru
nek ważny zwłaszcza dla młodej kadry, ale popierany także przez profesorów.
Odchodziliśmy przecież wtedy wszyscy od problematyki proponowanej przez
Moszyńskiego na rzecz koncepcji Dobrowolskiego, na rzecz badania zmiany kul
turowej.
Drugim ważnym, organizacyjnym pomysłem Profesora były Międzyuczel
niane Obozy Etnograficzne, które przetrwały od 1953 do 1988 roku. Skupiały
one na okres dwóch tygodni wszystkich studentów najpierw trzeciego, a potem
drugiego roku studiów wszystkich ośrodków, wraz z ich kadrą. To tu następowała
nieformalna wymiana myśli, powstawały międzykatedralne przyjaźnie. Obecni
kierownicy instytutów to wychowankowie obozów, sytuowanych głównie na
Kurpiach i też „zakapsulowanym” Podlasiu. To MOE stały się instrumentem
przekazu „rewolucyjnych”, na przykład strukturalistycznych idei, często źródłem
fermentu, zalążkiem frakcji głoszących zmiany w metodologii (jak np. frakcja
strukturalna pod w odzą Ludwika Stommy), mających nierzadko swoje kontynu
acje ąuasi-in sty tucjonaIne, jak spotkania w Skawicy1 i pośrednio wpływających
na zmiany w polityce wydawniczej, na przykład artykuły „młodych” w „Etno
grafii Polskiej” lub zasadnicza zmiana profilu czasopisma „Polska Sztuka Ludo
wa”, do dziś chyba (pod nazw ą „Konteksty. Polska Sztuka Ludowa”) najlepszego
pisma etnograficznego w Polsce.
Za niezbyt udany pomysł Profesora uważam Jego poparcie dla projektu Pol
skiego atlasu etnograficznego jako jednoczącego wysiłki wszystkich etnografów
polskich. Ta koncepcja wywodziła się sprzed wojny 1939 roku, czego dobitnie
dowodzi pierwszy kwestionariusz PAE z 1953 roku. Spory między Czekanowskim a Moszyńskim i Nitschem, mimo że wszyscy oni widzieli PAE jako do
kumentację archaizmów świadczących o istnieniu w Polsce warstw i fal migra
1 Nieformalne spotkania tak zwanej młodej kadry i bardziej aktywnych studentów odbywały się
w latach 80. XX w. w Skawicy. Por. Benedyktowicz, Robotycki 1985.
„Moje życie naukowe można sprowadzić do próbowania kolejnego klucza...”
319
cyjnych w różnych okresach historycznych, zaważyły jednak na ostatecznej,
odmiennej koncepcji PAE jako inwentarza polskiej kultury ludowej, który miał
służyć opisowi stanu tej kultury w XIX i XX wieku. Historyczne znaczenie PAE
osłabiał znacznie fakt, że typologia i zasięgi wytworów kulturowych ograniczały
się do aktualnych granic Polski, co z natury rzeczy uniemożliwiło szersze wnio
ski, a łączne wykorzystanie go z innymi europejskimi atlasami było utrudnione
lub wręcz niemożliwe ze względu na użyte w nich inne metodologie, rzutujące
na wyniki.
Etnografia jednakże w momencie powstania PAN (1952 r.) i IHKM potrze
bowała takiego jednoczącego wszystkich projektu. Dla archeologów stały się
nim początki państwa polskiego, dla etnografów inwentarz polskiej kultury ludo
wej, co, w moim przekonaniu, było pomysłem chybionym, na którym zaważyły
przedwojenne projekty i autorytety Moszyńskiego i Czekanowskiego. Świadczy
0 tym między innymi brak cytowań PAE w pracach etnografów.
I wreszcie koronny pomysł Profesora, wieloletnie ekspedycje terenowe, naj
pierw do Bułgarii (tu Jego rola ograniczała się do pomysłu i poparcia instytucjo
nalnego) i Mongolii, oczka w głowie przez wiele lat. Mongolia zapewne łączyła
się z Jego syberyjskimi wspomnieniami, ale nie tylko. Tu wracał m yślą do dużych
przestrzeni, które człowiek pokonywał, organizował, pokrywał licznymi szlaka
mi komunikacyjnymi i wędrując zmieniał, tak jak Mongołowie, bieg historii. Ba
danie tych bezkresnych szlaków nie wchodziło w rachubę. Granica mongolsko-chińska była pilnie strzeżona, a radziecka, choć wielokrotnie przekraczana przez
lokalną ludność, była zaporą dla cudzoziemców. Co więcej, badanie tej histo
rycznej roli Mongołów było źle widziane. Prezes Mongolskiej Akademii Nauk,
Szyrendyb, poświęcił swoje wczesne zainteresowania średniowieczną M ongolią
i, oczywiście, Czyngis-chanem, na ołtarzu kariery i zajął się historią najnowszą
Mongolii radzieckiej. Władze obawiały się tworzenia mitów o historii M ongo
łów. To miał być kraj, który zgodnie z treścią swego herbu, na którym jeździec na
koniu przeskakiwał z czerwonego pola feudalizmu przez czarne pole kapitalizmu
na zielone pole socjalizmu, rozwija się zgodnie z nauką marksistowską pod świa
tłym kierownictwem partii i Związku Radzieckiego. Co więc należało badać?
Właśnie przemiany, które zachodzą w kraju, jego industrializację i urbanizację.
Mongolia stanowiła dla nas dokonujący się na naszych oczach eksperyment
przeprowadzony w imię ideologii socjalistycznej i imperialnej polityki ZSRR.
1 o tym jest książka Profesora (Dynowski 1968). Ale nasze badania ukazały nadto
całe pokłady lamaistycznej, a nawet przedlamaistycznej filozofii, które przetrwa
ły w myśleniu ludzi. Sławoj Szynkiewicz tam napisał studium pokrewieństwa,
jedyne w Polsce studium jakiegokolwiek pokrewieństwa, Jacek Olędzki dociekał
stosunku Mongołów do śmierci, do przyrody, ja zastanawiałam się nad m ożli
wościami indywidualnej ekspresji w ubogiej, zdawało się, kulturze, Danka Mar
kowska wgłębiała się w procesy urbanizacji stepu, Lech Mróz pisał o Torgutach,
a Jerzy S. Wasilewski, pisząc o uniwersum symbolicznym jurty mongolskiej,
320
Zofia Sokolewicz
stawiał pierwsze słowa swojego, tak ważnego w naszej literaturze, Tabu (Wasi
lewski 1989). Te nasze zainteresowania nie budziły zachwytu władz Mongolskiej
Akademii Nauk. W pewnym momencie Szyrendyb powiedział: „nie chcemy być
badani jak Kafrowie!”. Zażądał statystyk i programów komputerowych. Wtedy,
w sytuacji polskiej informatyki i amerykańskiego embarga na wysokie technolo
gie, było to niemożliwe. Ponadto, myśmy czuli się antropologami i zależało nam
na innego typu badaniach. Ten dystans udało się załatać i współpraca z Mongolią,
choć ograniczona, przerywana, trwa do dziś.
Interesujące były jej początki, stanowiące przykład sposobu działania Profe
sora. Ekspedycje tego rodzaju były zazwyczaj rezultatem umów międzynarodo
wych. Projekty do planów zgłaszały instytucje przez specjalne komisje. Otóż Pro
fesor, pewnego roku, na przyjęciu w Ambasadzie Francji z okazji święta 14 lipca,
został przedstawiony premierowi Piotrowi Jaroszewiczowi przez zaprzyjaźnioną
profesor medycyny, leczącą premiera. Rozmowa potoczyła się tak miło, że pie
niądze na ekspedycję Profesor uzyskał z rezerwy premiera, pomijając wszelkie
komisje. Gdy w 1976 roku byt ekspedycji został zagrożony z powodu niechęci
jednego z wysokich urzędników PAN do Profesora, to nie mogłam, mimo wielu
starań, odnaleźć podstawy prawnej, na której ufundowano ekspedycję. Wizyty
w ministerstwie, a nawet w PKPG (Państwowa Komisja Planowania Gospodar
czego) nie dały rezultatów. Ekspedycja nie istniała. Z biegiem lat jednak udało
się to naprawić.
Profesor zwykł załatwiać większość ważnych spraw w sposób nieformalny.
To życzliwi urzędnicy niższego szczebla przekazywali jego pisma wyżej. Może
to nie było moralne, ale w systemie partyjnym PRL sprawdzało się znakomicie.
To uzmysławia obiegowy dowcip z tamtych czasów: Jaki jest najwyższy wymiar
kary? - Przeżyć dwa lata bez znajomości.
Profesora fascynowała duża przestrzeń, zdolności adaptacyjne człowieka,
jego ruchliwość (nie tylko w sensie migracji) i jego zdolności twórcze, w każ
dych warunkach. Nie odmawiał ich nawet krawcom żydowskim dyktującym for
mę czepków kobiecych w łowickim stroju lub wspomnianych kufrów, pośrednio
tworzących mody w kulturze ludowej. Gdy charakteryzował kultury lasów pół
nocy Europy i Polski, to mówił o „rozpasaniu drzewa, wszechobecnego w każ
dej dziedzinie kultury”. Gdy mówił o Mongolii, to najważniejszy dla niego był
pasterz na koniu, wyznaczający szlaki wędrówki pasterskiej, zdolny do tropienia
zagubionego konia przez kilkaset kilometrów, zdolny do wyroju i najazdu na
azjatyckie imperia, na Europę. I o tym wszystkim nam mówił, rozpalając wy
obraźnię, zmuszając niejako do obejmowania wzrokiem całego świata, przysta
jąc czasami na chwilę, by przyjrzeć się jakiemuś szczegółowi: czurindze, ciośle
lub toporkowi, śparogom u szczytu dachu kurpiowskiego, dłubance, do której
kobieta australijska zbierała korzonki lub mitowi djangaawul, odtwarzanemu
przez M umginów w rytualnej, parotygodniowej wędrówce od wybrzeży Arnhem
Landu. Tak, jak w kulturze tradycyjnej, jego domeną było słowo mówione, nie pi-
„Moje życie naukowe można sprowadzić do próbowania kolejnego klucza...”
321
sane. Sądzę jednak, że naszym obowiązkiem jest zebrać jego rozproszone i zaczytane publikacje i wydać. Jestem pewna, że przemówiłyby do wyobraźni współcze
snych! Jednakże Pańskie pytanie, Profesorze, zwraca uwagę na to, że przyjmując
inspiracje profesora Dynowskiego tak, jak wdycha się powietrze, jak coś naturalne
go, nieuświadomionego, nie dokładamy należytej staranności, by spłacając wobec
niego dług, wymienić jego prace jako źródło pobudzające nasze myślenie.
Spotkania z wieloma wybitnymi etnologami stanowiły inspirację do pisania
0 ich twórczości naukowej. Pisała Pani Profesor o etnologach/antropologach
francuskich i anglosaskich, ale także o polskich. Wśród tych ostatnich znalazł się
Jan Stanisław Bystroń, który z powodu choroby, ale także ideologicznych ataków
studentów i prasy, wycofał się z pracy na Uniwersytecie ju ż w roku akademickim
1948/1949, a więc na długo przed śmiercią. Czy Pani Profesor spotkała prof.
Jana Stanisława Bystronia? Jaki był, w latach powojennych, stosunek do niego
środowiska etnologicznego?
Trochę mi przykro, a może i wstyd, że tak niewiele wiem o Janie S. Bystroniu.
Wycofał się z życia uniwersyteckiego przed moim wstąpieniem na Uniwersytet.
Profesor Dynowski opowiadał o nim wiele, o tym wspominam w charakterysty
ce jego sylwetki naukowej. Na pewno miał wielki wpływ na etnologię przed
wojną. Na pewno ciężko przeżył ataki endeckiej prasy na Megalomanię narodo
wą (Bystroń 1935), choć jego Komizm (Bystroń 1939) cieszył się powodzeniem
w salonach. Moja matka położyła go z dumą na widocznym miejscu, na stole. Po
wojnie, w 1947 roku, Bystroń wydał po raz wtóry Kulturę ludową (wyd. I 1936)
oraz pisaną w czasie wojny Etnografię Polski. Miał już jednak zapaści twórcze
1 wydany w ramach Wiedzy Powszechnej z cyklu „Kultura ludowa” zeszyt o ludoznawstwie w Polsce zawierał co prawda jego teorię, ale praktycznie napisał go
profesor Dynowski (Bystroń, Dynowski 1948). Jego książki były dla nas obo
wiązkowymi podręcznikami, jednak on sam jakby już należał do świata umar
łych. Wrócił go nam, wyrzucając nam słusznie pogrzebanie go za życia, Ludwik
Stomma, wydając Tematy, które mi odradzano (Bystroń 1980) i znajdując w nim
polskiego zwiastuna nauki o znaczeniach. Bezpośrednio po wojnie, w 1945 roku,
Bystroń został kuratorem Katedry Etnologii po zmarłym w tymże roku Stani
sławie Poniatowskim. Był też zaangażowany w dalszy proces reaktywowania
tej Katedry. Był członkiem Komisji Wydziału Humanistycznego powołanej do
spraw habilitacji Józefa Obrębskiego. Powierzono mu też referat na temat do
robku naukowego Obrębskiego z chwilą, gdy rozważano jego kandydaturę na
objęcie Katedry Etnologii. Wiemy jednak, że do reaktywowania tej Katedry nie
doszło, a problematykę etnologii włączono do zadań Katedry Etnografii (dziś
Instytut Etnologii i Antropologii Kulturowej). Od 1948 roku nie ma też na uni
wersyteckiej etnologii śladu działalności Bystronia. Został w pamięci profesora
Dynowskiego i jego wykładach. Na pewno wywarł silny wpływ na kolejne poko
322
Zofia Sokolewicz
lenia studentów i pracowników ośrodka warszawskiego. Jego koncepcja kultury
ludowej (nie Dobrowolskiego!) na wiele lat określiła kształt naszych wykładów
z etnografii Polski. Uwzględniała j ą profesor Anna Kutrzeba-Pojnarowa, obok
swoich, autorskich pomysłów.
Dzięki pobytom w London School o f Economies and Political Science oraz
l ’École Pratique des Plantes Études w Paryżu dotarła Pani Profesor, ju ż pod
koniec lat 50. i na początku 60., do ważnych ośrodków etnologii/antropologii
światowej. Jak wypadło porównanie prac prowadzonych w Polsce z tymi na Za
chodzie? Wjaki sposób wyjazdy te wpłynęły na sposób myślenia o etnologii i pro
wadzenie własnych prac?
Pytanie - dlaczego na moje pierwsze stypendium zagraniczne wybrałam Lon
don School of Economies i Raymonda Firtha? Otóż przez przypadek (znów)
byłam z nim w kontakcie. Mój ojciec (znowu!) przyjaźnił się z małżeństwem,
Kazimierzem (prawnik) i Krystyną (znana tłumaczka literatury angielskiej) Tar
nowskimi. Ona była z domu Horko. Jej brat był w czasie wojny pilotem w Wiel
kiej Brytanii i tam pozostał po wojnie, ożenił się z Angielką, Sheilą Patterson,
znaną antropolożką. W 1957 roku Raymond Firth przygotował wydanie książki
o Bronisławie Malinowskim Man and Culture... (Firth, ed., 1957). Potrzebny był
mu zapis bibliograficzny wczesnych polskich prac Malinowskiego, referowanych
w PAU. Zwrócił się o to do Sheili, ta do swojej szwagierki, a ta do mnie, bo od
mego ojca wiedziała, że jestem etnografem. Wysłałam dane, dostałam w zamian
książkę i rozpoczęłam korespondencję. Gdy powstała możliwość wykorzystania
stypendium Forda nie w USA, ale w Europie, Firth wyraził zgodę na „supervisorstwo”.
Stypendium Fundacji Forda, o które mocno zabiegał dla mnie profesor Dynowski, który postanowił mnie dobrze wykształcić, dało mi możliwość pozna
nia tego, czym są studia. Jak wspomniałam, na pierwszym roku historii kultu
ry materialnej na UW miałam 48 godzin zajęć obowiązkowych tygodniowo,
a 17 egzaminów i kolokwiów w sesji letniej. Co tu można było mówić o studiach!
Te dodatkowe godziny ćwiczeń u guru (już w 1951 roku!) studenckiej młodzie
ży, antropologa Andrzeja Wiercińskiego, który wtedy wtajemniczał nas w pomia
ry czaszek i kryteria klasyfikacji ras, to był niezmierny wysiłek! Marzyłam też
o wykładach u Rafała Taubenschlaga (prawo antyczne) i Karola Koranyiego, ale
to było niemożliwe. Niemożliwe było przeczytanie dodatkowej książki poza tym,
co było konieczne do ćwiczeń.
A w Fondynie był pełen luz! Sześć godzin tygodniowo. Wykłady trwały godzi
nę zegarową, ściślej 50 minut. Angielscy koledzy patrzyli w moje notatki i sztur
chali mnie karcąco, gdy zobaczyli w nich jakieś polskie słowo. Była cudowna
biblioteka, szafki dla studentów, toalety z prysznicami! Fantastyczna stołówka.
Można było przyjść na cały dzień! I czytać, i gadać o skandalizującym wykładzie
„Moje życie naukowe można sprowadzić do próbowania kolejnego klucza...”
323
Edmunda R. Leacha w LSE (Rethinking Anthropology, grudzień 1958), dyskusji
między Ernestem Gellnerem a Joe Agassim (luty 1959), czy antropologia jest
nauką (science), czy nie i dlaczego, i o wielu innych sprawach.
Byłam egzotycznym przybyszem zza żelaznej kurtyny (are you from behind
the iron curtain, really?). I ciekawym nabytkiem towarzyskim. Wciągnięto mnie
do studenckiego kółka dyskusyjnego, któremu patronował wspomniany już asy
stent Karla Rajmunda Poppera, Joe Agassi. Nauczyłam się dyskutować, jeść
nieznane mi oliwki i pić piwo. I odpowiadać na nużąco dociekliwe pytania Joe
Agassiego: „Malinowski, Morgan, dobrze, ale jak oni formułowali problem, któ
ry mieli rozwiązać? Nie streszczaj ich myśli, podaj problem!”. Ten „problem”
prześladował mnie i moich kolegów. Muszę dodać, że zostałam adoptowana na
te dyskusje przez tak zwanych undergraduates, czyli studentów młodszych, nie
mających stopnia magistra, z tej racji, że w swojej pasji uczenia się zaczęłam
chodzić z nimi na ćwiczenia z antropologii. Chciałam zobaczyć, jak się prowadzi
ćwiczenia, bo w tej materii byłam absolutnym samoukiem. Prowadził je Paul
Stirling, badacz Turcji i Bliskiego Wschodu. Zaczynał ćwiczenia od etnografii,
czyli opisu faktów, a po jakim ś czasie oznajmiał: teraz przechodzimy do antropo
logii. Nie zastosowałam tego schematu w Warszawie, mając głęboką wątpliwość
co do tego, czy istnieją czyste fakty. Ale nauczyłam się dużo. Chodziłam też na
seminarium prowadzone przez Raymonda Firtha, który był moim supervisorem
(po jego wyjeździe do Pało Alto został nim afrykanista, Isaac Schapera), miałam
napisać pracę roczną. Wybrałam plemię Tiv, opracowane przez Paula i Laurę Bohannanów, lud żyjący u ujścia Katsina Ala do Nigru.
W seminarium Firtha brali udział także Maurice Freeman, David MacRae
i okazjonalni goście, między innymi Fredrik Barth, Percy Cohen i Jeremy Boissevain. Aby zrozumieć, wpatrywałam się w ich usta, gdy mówili! Zwłaszcza
szkocka wymowa MacRae dawała mi się we znaki.
Chodziłam też na międzyuniwersyteckie seminarium w Commonwealth Insti
tute prowadzone przez Darylla Forde’a, gdzie pojawiali się praktycznie wszyscy
profesorowie antropologii z University College i School o f African and Orien
tal Studies. W Instytucie była wspaniała biblioteka, wszystkie wydawnictwa tak
ważnego dla kolonii Home Office. I tam, o 11.00 i o 15.00, zapraszano mnie na
herbatę z herbatnikami.
Chodziłam również na wykłady Lucy M air z historii antropologii i systemów
politycznych Afryki, a także na seminarium M aurice’a Freemana o filial piety,
na którym odważyłam się na wygłoszenie referatu o autorytecie ojca w rodzinie
u Górali Beskidowych. Było to możliwe dzięki „Pracom i Materiałom Etnogra
ficznym” w British Library. Swoją afrykanistyczną wtedy pasję uzupełniałam
seminarium ekonomicznym u dr. Raebuma, na które uczęszczali Pakistańczycy
i studenci z Izraela. Ci ostatni nie byli w stanie przedstawić żadnego referatu, by
nie wspomnieć, że rolnictwo, a więc i cywilizacja w Izraelu zaczęło się 8000 lat
temu. To wprowadziło mnie w kwestie mitologii narodowej. Nadto, po wyjeździe
324
Zofia Sokolewicz
Jerzego Giedymina (z UAM), zaakceptowała mnie grupa filozofów osierocona
przez niego. Sądzili, że jako Polka, podobnie jak on, jestem biegła w filozofii,
co nie było do końca prawdą, ale było dla mnie ważnym doświadczeniem. Dzię
ki nim przeczytałam Open Society... Karla R. Poppera (Popper 1945), wydane
w Polsce w wydawnictwie podziemnym dopiero w latach 80. XX wieku. Wyli
czyłam te zajęcia, by pokazać, że miałam wtedy kontakty naprawdę z wieloma
ludźmi. Co z tego wyniosłam?
Antropologia końca lat 50. XX wieku szukała swojej drogi. Funkcjonalizm
był przeszłością. Było to w kilka lat po śmierci Alfreda Reginalda Radcliffe-Browna (zmarł w 1956 r.) i kilkanaście - Bronisława Malinowskiego (zmarł
w 1942 r.). Siła ich autorytetów znacznie osłabła, proponowane przez nich na
rzędzia okazały się niedostateczne do badania społeczeństw, które wyłoniły się
z chaosu spowodowanego II w ojną światową. Bestsellerem okazała się książka
Political Systems ofHighland Burma napisana przez majora Edmunda R. Leacha
(1954). On też napisał niezmiernie pozytywną recenzję książki Claude’a Lévi-Straussa Les structures élémentaires de la parenté (Lévi-Strauss 1949). Jeremy
Boissevain rozpoczął badaniami na Malcie antropologię Europy, Raymond Firth
zainicjował badania nad systemem pokrewieństwa w Londynie, Fredrik Barth ze
swoim transakcjonizmem głosił konieczność uwzględniania dynamiki kultury,
Ian Jarvie szukał odpowiedzi na pytanie, czy Malinowski rzeczywiście dopro
wadził do rewolucji w antropologii, a wszyscy oni zastanawiali się, jak opisywać
sytuację, gdy kultura już nie tylko nie pozostaje w stanie równowagi, ale nawet
nie jest w stanie niestałego equilibrium, co głosił Alfred R. Radcliffe-Brown pod
koniec życia. Raymond Firth proponował zastosowanie pojęcia struktury (jako
elementu stabilizującego) i organizacji (jako elementu dynamicznego). Na hory
zoncie pojawiła się semiotyka i konieczność badania znaczeń.
Tych wydarzeń było o wiele więcej. Wszystkie one świadczyły o dokonującej
się zmianie w antropologii. Ale na pewno nie było już jednego autorytetu i jed
nego wzorca postępowania. Lucy M air przekazała mi krążącą w LSE opowieść
o tym, jak w latach 20. XX wieku studenci gromadnie szli przez Kings Road do
Hyde Parku, gdzie Bronisław Malinowski głosił swoje, rewolucyjne wtedy, tezy
o prymacie badań terenowych nad spekulacjami zza biurka. Budziło to szalony
entuzjazm. Nie ulega wątpliwości, że Malinowski był charyzmatyczną postacią.
Ale gdy go zabrakło, na pewien czas zdominował antropologię chłodny autorytet
Alfreda R. Radcliffe-Browna.
Tak więc w roku akademickim 1958/1959 nie było w Londynie jednego au
torytetu i jednego wzoru postępowania. Każdy z uczniów obu Ojców Założycieli
szukał swojej własnej drogi, skupiając wokół siebie grupkę studentów. Był to czas
niezmiernie ożywionych dyskusji, choć nie doszło jeszcze do zmiany paradygmatu.
Niektórzy ze studentów uznawali ten stan za męczący i mówili do mnie: „Ty
to jesteś szczęśliwa, macie w kraju jedną, obowiązującą teorię i wiecie, jak postę
pować! Nasze badania, wykonywane według różnych wskazówek, sąnieporów-
„Moje życie naukowe można sprowadzić do próbowania kolejnego klucza...”
325
nywalne!”. Złościłam się wtedy, przedkładając wolność badań nad ich porówny
walnością, co wydawało się łatwiejsze do osiągnięcia.
Miałam też bolesne zetknięcie z systemem policyjnym Wielkiej Brytanii.
Otóż koledzy sugerowali mi przeprowadzenie badań w rolniczym regionie. Po
wiedziałam o tym moim gospodarzom (mieszkałam w pokoju odnajmowanym
prywatnie studentom), z którymi wcześniej miałam szereg politycznych dysku
sji. Między innymi powiedziałam im w złości, że w Polsce rewolucja już się
dokonała, a w Wielkiej Brytanii dopiero będzie! Donieśli na policję i dostałam
wezwanie na rozmowę. Agent długo nie mógł zrozumieć, że historia kultury m a
terialnej to niekoniecznie jest materializm i marksizm. W końcu zaakceptował
moje tłumaczenie i powiedział, że mogę pojechać na badania. Ale wyobraziłam
sobie, że pewnie wszędzie ludzie donoszą z obywatelskiej odpowiedzialności
i straciłam na nie ochotę. Widocznie policja wszędzie jest tylko policją, nawet
w demokratycznym kraju, a ja jednak byłam klasyfikowana nie tylko jako obca,
ale i potencjalny wróg.
Starałam się też poznać społeczeństwo brytyjskie. Było to częściowo możliwe
dzięki wycieczkom studenckim organizowanym przez British Council. Przewi
dywano zawsze spotkania z miejscowymi ludźmi, czasami nocowaliśmy w pry
watnych domach, poznawaliśmy instytucje samorządowe. Wtedy, ze zdumie
niem, dowiedziałam się, że procent uspółdzielczenia wsi jest w Wielkiej Brytanii
o kilkadziesiąt punktów wyższy niż w Polsce, gdzie likwidowano przedwojenne,
różne rodzaje spółdzielczości, a wprowadzenie kolektywnych gospodarstw szło
opornie.
Po powrocie do Polski mogłam więc relacjonować ten stan rzeczy w pu
blikacjach i, przede wszystkim, na wykładach. W Londynie wzbogaciłam się
o znajomość kolejnych, teoretycznych języków, literatury teoretycznej, ale tak
że afrykanistycznej. Nauczyłam się też zasad egzegezy tekstu, czego nie robi
liśmy ani w Warszawie, ani w Krakowie, a co było konieczne wobec istnienia
tak wielu języków teoretycznych i, generalnie, teorii. W Londynie przemyślałam
też temat mojej pracy doktorskiej, pozostając przy zasygnalizowanym w pracy
magisterskiej problemie relacji między strukturą społeczną, organizacją pra
cy a technologią wytwarzania. Było to studium porównawcze trzech społeczności
rolniczych: Kurpiów, Trobriandczyków i Tikopia, z nawiązaniami do Maorysów
Nowej Zelandii. Uważałam, wbrew „popperowcom”, że antropologia jest nauką
(science) i poszukiwałam praw ogólnych. Nie zraziła mnie krytyka indukcji wy
rażana przez Karla R. Poppera, choć brałam pod uwagę jego postulat falsyfikacji
hipotez.
Tak więc pobyt w Londynie wyczulił mnie na kwestie metodologiczne, ukazał
konieczność ujmowania kultury nie w kategoriach rzeczy, artefaktów, ale ludz
kiego działania. Należy dodać, że w tym czasie w Londynie dyskutowano żywo
teorię działania (łheory o f action) Talcotta Parsonsa, że wydano tłumaczenie dzieł
Maxa Webera (przeł. Edward Shils), co wzmocniło pozycje przeciwników trakto
326
Zofia Sokolewicz
wania antropologii jako science (Edward E. Evans-Pritchard). Wiedziałam więc,
że nie ma jednej czy dwóch dróg dochodzenia do prawdy, ale jest ich wiele.
Ten rodzaj myślenia odpowiadał moim dwóm profesorom w Warszawie: Wi
toldowi Dynowskiemu i Annie Kutrzebie-Pojnarowej. Trudno mi wyrazić, jak
wiele zawdzięczam im obojgu i jak mi ich wciąż brak w chwilach podejmowania
różnych decyzji, także metodologicznych. Byli otwarci na wszelkie pomysły, ale
i mieli też jasno określone zasady moralne i etyczne. Przywitali mnie po powro
cie z Londynu radośnie i pozwolili, bym nadal czuła się ich uczennicą.
Mój pobyt w Paryżu (rok 1964) miał już inny charakter. Byłam po doktoracie,
wiedziałam, jak smakuje życie studenckie i teraz był czas na poświęcenie się
badaniom. Funkcjonalizm klasyczny był zdecydowanie passé, ale o życiu na
ukowym decydowały jeszcze stare autorytety, jak André Leroi-Gourhan z jego
licznymi pracami na temat technologii i środowiska i przepiękną wystawą o tym
w Musée de l ’Homme; grupa histoire nouvelle z Jacques’em Le Goffem w Ecole
Pratique des Hautes Etudes, i przede wszystkim Claude Lévi-Strauss w swojej
wieży z kości słoniowej, obojętny wobec krytyki, dystansujący się od tłumu.
W afrykanistyce postacią numer jeden był Georges Balandier, byli też marksizujący etnologowie, jak Maurice Godelier, wspaniałe zespoły ludzi w Musée
de l’Homme z Robertem Gessainem i Musée des Arts et Traditions Populaires
z Georges’em-Henrim Rivièrem. Była żywa tradycja Marcela Maussa i Marcela
Griaule’a. Paryż był centrum wielu fantastycznych ekspedycji, jak słynna ekspe
dycja Griaule’a do Kraju Dogonów (rozpoczęta w czasie II wojny światowej, za
co, między innymi, Griaule zapłacił oskarżeniem go o kolaborację z Niemcami
i odsunięciem od nauczania akademickiego), a od roku 1963 ekspedycja Roberta
Gessaina do Bretanii. Każda z nich gromadziła ludzi, którzy stali się autoryteta
mi światowymi: Germaine Dieterlen, Jean Rouch, Geneviève Calame-Griaule,
Michel Izard i wielu innych.
Z zajęć wybrałam oczywiście seminarium Claude’a Lévi-Straussa i Maurice’a
Godeliera. To pierwsze okazało się niewypałem. Mistrz interesował się, co było
zresztą oczywiste, kilkoma osobami, resztę traktował jako tłum, w pewnym sensie
niewidoczny. Po referatach spodziewał się, że zostanąw nich zastosowane schema
ty analityczne opisane w Antropologii strukturalnej (Lévi-Strauss 1958), ale inte
resował go sposób zbierania materiału. Doktorantkę, która pracowała z Indianami
Hopi, dopytywał dociekliwie, czy aby nie domagała się dla siebie specjalnych wa
runków zamieszkania i higieny, na przykład czy posługiwała się tą samą miską, co
jej gospodarze, czy wymagała osobnej dla siebie. Zrozumiałam, że badacz musi,
jego zdaniem, wtopić się w środowisko, nawet kosztem rezygnacji z cywilizacyj
nych przyzwyczajeń. Wątpiłam jednak, czy to jest możliwe, a najważniejsze, do
jakiego stopnia jest skuteczne, choć nie odmawiałam racji tym pytaniom.
Z natury rzeczy, Claude Lévi-Strauss był niedostępny dla osób, które z nim
bezpośrednio nie pracowały. Bramą, przez którą należało przejść przed stawie
niem się u Mistrza, był jego zastępca w Laboratoire d’anthropologie sociale, Isaac
„Moje życie naukowe można sprowadzić do próbowania kolejnego klucza...”
327
Chiva, emigrant z Rumunii. To on właśnie konsultował m oją przyszłą pracę habi
litacyjną, kierując konsekwentnie m oją uwagę na klasyczną tradycję francuską,
na odczytywanie na nowo Marcela Maussa, na koncepcje Roberta Hertza etc.
Było to zgodne z myśleniem Lévi- Straussa. Jego wszystkie prace są dowodem,
jak bardzo staranną była dokonywana przez niego egzegeza starych prac, w któ
rej skrzętnie odnotowywał, co komu intelektualnie zawdzięcza. Klasycznym tego
przykładem jest jego wstęp do zbioru prac Maussa, tłumaczonego i wydanego
również u nas.
Raz udało mi się rozmawiać z nim bezpośrednio. Zgodził się na udziele
nie wywiadu Tadeuszowi Drewnowskiemu i mnie, dla „Polityki” (Sokolewicz,
Drewnowski 1964). Pracował wtedy nad Le regard éloigné (Lévi-Strauss 1983)
i mówił głównie o zaletach i konieczności takiego spojrzenia z oddali, z góry,
by bliskość nie powodowała, że widzi się tylko szczegóły, a nie można dojrzeć
zasad. Przyznał też, że jest zafascynowany m yślą Karola Marksa i jego ambicją
jest stworzenie teorii myśli ludzkiej, analogicznej do ekonomicznej teorii M ark
sa. Był w tej rozmowie otwarty i tak ujmujący, że darowałam mu to, że seminaria
średnio go obchodziły. Był wybrańcem bogów i miał prawo pracować z tymi,
których sam wybrał.
Seminarium M aurice’a Godeliera dało mi dużo więcej! Było poświęcone an
tropologii ekonomicznej i Godelier, choć sam złotousty i gadatliwy, spodziewał
się, że uczestnicy będą zabierali głos. Była więc dyskusja, dla mnie nieraz kłopo
tliwa. Jako Polka ze W schodu zostałam zaliczona z definicji do znawców teorii
Marksa. Problem polegał jednak na tym, że Godelier poświęcił trzy lata studiom
nad Kapitałem, a ja z trudnością zaliczyłam ćwiczenia z marksizmu-leninizmu
u Adama Sikory i cudem zdałam egzamin z ekonomii politycznej u Jarosława
Semkowa. Dobrowolnie przeczytałam tylko Rozwój kapitalizmu w Rosji W ło
dzimierza Lenina, gdzie z zachwytem znalazłam zdanie, które powtarzały moje
informatorki na Kurpiach, że „len to pierwsze pieniądze”. Książkę tę do dziś
uważam za bardzo ciekawą. Ale to było zbyt mało, by pełnić funkcję eksperta
na seminarium Godeliera. Na szczęście on lubił odpowiadać na swoje pytania.
Całe życie poświęcił antropologii ekonomicznej, korzystając z intensywnych ba
dań własnych (Barojo) i szerokiego materiału porównawczego. Odwiedził nas
w Polsce w 1974 roku, referując system ekonomiczny Pigmejów. Cieszę się, że
obecnie Wydawnictwo UJ wydało Zagadkę daru (Godelier 2010). Ta klasycz
na problematyka była i jest przedmiotem jego dociekań do dziś, gdy zastąpił
Claude’a Lévi-Straussa na miejscu redaktora naczelnego „L’Homme” i cieszy się
ogromnym autorytetem.
Po pobycie we Francji nie zostałam strukturalistką ani marksistką. Ale w cza
sie badań w Goulien, Plozevet i Quimper w Bretanii zebrałam ciekawy mate
riał na temat, który potem Józef Burszta nazwał folkloryzmem. Poszłam śladem
Rivière’a, którego zdjęcie w czasie święta plonów w Quimper zamieściłam na
wet w swojej pracy Plon, obrzęd i widowisko (Szyfelbejn-Sokolewicz 1967). In
328
Zofia Sokolewicz
teresowała mnie tym razem relacja między organizacją pracy w gospodarstwie
wiejskim a stosowanymi rytuałami, a także dostosowywanie starej tradycji do
wymagań nowoczesnego społeczeństwa.
Te badania umożliwiła m i współpraca z Musée de l’Homme i Robertem Gessainem, który zorganizował wieloletnie badania interdyscyplinarne w Plozevet,
parafii niedaleko Quimper w Bretanii. Punkt wyjścia badań stanowiła obserwa
cja szczególnie częstego występowania w tej populacji wrodzonego zwichnięcia
stawu biodrowego. Wioski bretońskie były znane z endogamii. Stąd badania ge
netyczne różnych rodzajów (DNA, stomatologiczne, daktyloskopijne), a także
badanie systemu pokrewieństwa (Michel Izard). Wioskę kontrolną dla Plozevet
stanowiła Goulien, nad której monografią pracował Christian Pelras. Miałam
więc komfortową sytuację, by przeprowadzić krótkie, ale intensywne badania;
miałam przyjaciół, punkt oparcia, rozpoznanie terenu etc. Nie miałam już później
okazji, by wrócić do tej tematyki, choć starałam się utrzymywać dalsze kontakty
zwłaszcza z Pelrasem. Śledziłam też rezultaty badań Izarda, choć trudno byłoby
przenieść je na grunt polski, gdzie nie było nigdy (poza Sławojem Szynkiewiczem) poważnych zainteresowań systemami pokrewieństwa. Drogi polskiej i za
chodniej antropologii były jednak zdecydowanie różne i w dużej mierze takimi
pozostają. Michał Buchowski w kolejnych wystąpieniach walczy o to, byśmy
nie byli uważani tylko za konsumentów teorii i metodologii wymyślonych na
Zachodzie, ale aby Zachód uznał naszą oryginalną myśl. Mści się na nas to, że oprócz jednostek - byliśmy nieobecni w światowej dyskusji. Decydował o tym
przede wszystkim dość okazjonalny i często przypadkowy charakter kontaktów,
brak znajomości języków z naszej strony, nieobecność w literaturze światowej.
Nadrabiamy teraz te braki dzięki prężnym zespołom doktorów i doktorantów
umiejących korzystać z wymiany. Ale jest to proces powolny.
Moje londyńskie kontakty były podtrzymywane głównie dzięki zaproszeniom
na konferencje. Przedstawiałam na nich referaty, które cieszyły się umiarkowa
nym zainteresowaniem. Pochłonięta obowiązkami administracyjnymi, dydak
tycznymi, wreszcie rodzinnymi, miałam zazwyczaj zbyt mało czasu, by ciekawy
temat (bo pomysłowości mi nie brakowało) doprowadzić do końca i odpowied
nio zaprezentować. Wynosiłam jednak z tych spotkań now ą wiedzę o różnych ba
daniach. W 1962 roku, na konferencji w Austrii, Sol Tax zaproponował uczestni
kom z krajów socjalistycznych bezpłatną prenumeratę „Current Anthropology”.
Myślę, że to pismo, ciekawie do dziś redagowane, wciągające wielu badaczy do
dyskusji, odegrało w Polsce ważną rolę w wymianie myśli. Drugim takim pis
mem, po latach, stała się „Anthropology Today”, której prenumeratę (wymianę)
zaproponował nam Jonathan Benthall w czasie poświęconej kulturze europej
skiej konferencji w Radziejowicach we wrześniu 1989 roku.
Tak więc pobyty w Londynie i w Paryżu wzbogaciły mnie o now ą wiedzę
o różnych sposobach uprawiania antropologii. Nie wybrałam dla siebie żadnego
z nich, choć swoje przywiązanie do teorii Bystronia i częściowo Dynowskiego
„Moje życie naukowe można sprowadzić do próbowania kolejnego klucza...”
329
i Dobrowolskiego wzbogaciłam o szereg nowych pytań i koncepcji teoretycz
nych. Zrozumiałam, że każdy ze sposobów uprawiania antropologii odsłania ja
kąś część, jakąś stronę tego, co nazywamy kulturą i że sposób, jaki wybieramy
dla swoich poszukiwań, zależy po prostu od pytania, jakie sobie stawiamy, od
celu badań. I to do końca starałam się przekazywać i nadal przekazuję studentom
jako podstawową zasadę działania. Oczywiście, tu powstaje pytanie, skąd biorą
się pytania. Z teorii - z czego wynika, że zarówno empiria, jak i teoria m uszą
być równorzędnie traktowane w nauczaniu i stosowaniu. Istnieje między nimi
sprzężenie zwrotne.
Zarówno w Londynie, jak i w Paryżu - może to samochwalstwo - nie czułam
się osobą niedouczoną, z zacofanego kraju. Oni wtedy, w 1958 roku, tłumaczyli
Dar Maussa, ja byłam po lekturze francuskich oryginałów Huberta i Maussa.
Shils tłumaczył Webera na angielski - ja znałam podstawy jego teorii. Bieżącą
literaturę szybko pochłaniałam.
Na pewno w polskich publikacjach trudno byłoby znaleźć odbicie dyskusji
z LSE czy paryskiego Laboratoire d’anthropologie sociale. Przeważała etnografia
„rzeczy”, artefaktów. Zbyt mało było zainteresowania konkretnymi zachowania
mi i tym, co rozważania nad nimi mogły otworzyć, do czego były kluczem. My
ślę, że w etnografii polskiej mało było dyskusji między kadrą różnych ośrodków.
Nie miałam też wrażenia, by moi koledzy z innych ośrodków byli szczególnie
zainteresowani moimi doświadczeniami. Może byłam sama mało przekonywają
ca, przekonana o tym, że funkcjonalizm istnieje w epigonalnej postaci, która nie
mogła stanowić propozycji do naśladowania. Z kolei strukturalizm francuski nie
był interesujący dla mnie, zawsze bardziej zainteresowanej działaniem niż odkry
waniem znaczeń. I dlatego, mimo doświadczeń paryskich, nie przekazywałam go
dalej, oddając się raczej lekturze Talcotta Parsonsa niż Claude’a Lévi-Straussa.
Ze strukturalizmem pogodziłam się dopiero pod koniec lat 60. XX wieku, gdy
zachwycili się nim moi młodsi koledzy i musiałam zapoznać się z tym teoretycz
nym językiem na tyle, by nie stracić z nimi i z literaturą światową kontaktu, by
uniknąć sytuacji kwoki, która wychowała kaczęta i patrzy bezradnie na nie, jak
pływają po stawie. Pływam więc, ale bez większego entuzjazmu.
Sądzę natomiast, że tym, co wpłynęło na zmniejszenie dynamiki dyskusji i re
fleksji metodologicznej w etnologii polskiej, był, w odróżnieniu od moich do
świadczeń londyńskich i paryskich, brak współpracy z filozofami. Decydowało
na pewno o tym uznanie filozofii marksistowskiej za jedynie słuszną, ogranicze
nie się filozofów do historii filozofii, brak dyskusji cechujących filozofię świa
tow ą i inspirujących inne dyscypliny. Obecność w LSE Karla R. Poppera była
niezmiernie ważna dla antropologów, była to filozofia obecna stale w dyskusji,
podobnie rzecz się miała we Francji z plejadą filozofów francuskich, z Mauricem
Merleau-Pontym, Paulem Ricoeurem oraz wieloma innymi. Trudno byłoby sobie
wyobrazić rozwój semiologii bez dyskusji z nimi. A w Polsce były to dyscypliny
rozdzielone, a nadto filozofia praktycznie nie rozwijała się. Dopiero w latach 70.
330
Zofia Sokolewicz
nastąpił wyłom w tym układzie, dzięki pojawieniu się Jerzego Giedymina i grupy
Jerzego Kmity i Leszka Nowaka, i ich wpływowi na środowisko poznańskie, czę
ściowo też o charakterze marksistowskim. Jednak dotyczyło to tylko Poznania.
Ale choć proces był powolny, w nim upatruję źródeł późniejszego, tak interesują
cego rozwoju tego ośrodka. Nie dotyczyło to innych ośrodków, aż do połowy lat
70. XX wieku i wystąpienia Zbigniewa Benedyktowieża z fenomenologią, a po
tem, w połowie lat 80. Joanny Tokarskiej-Bakir z jej zwrotem ku hermeneutyce.
Może sprawy potoczyłyby się inaczej, gdyby nie przedwczesna śmierć Gerharda
Kioski, tak umiejętnie łączącego swoje zainteresowania etnograficzne z refleksją
filozoficzną, którego Falsyfikacjonizm K.R. Poppera jeszcze do niedawna zaleca
łam moim studentom (Kloska 1981).
W czasie pobytu w Londynie spotkała się Pani Profesor z prof. Cezarią Bau
douin de Courtenay-Ehrenkreutz-Jędrzejewiczową. Czy była ona zainteresowana sy
tuacją etnologii w Polsce? Jakie wrażenia wyniosła Pani Profesor z tych spotkań?
To były dla mnie bardzo ważne spotkania. Profesor Dynowski wychował mnie
w kulcie dla Pani Profesor. W Katedrze, po latach, nadal obowiązywał ulubiony
przez nią zielony kolor opraw książek w bibliotece, zasłon i obić mebli. I, choć
Profesor poszedł w badaniach inną drogą, to zawsze podkreślał klarowność jej
pisarstwa i oryginalność myślenia, w którym przebijało zainteresowanie filozo
fią, przede wszystkim Edmunda Husserla, i ujawniał się wpływ jej ojca, wielkie
go Jana Baudouina de Courtenay, wyrażający się zainteresowaniem znaczeniami,
0 czym pisała Anna Zadrożyńska (Zadrożyńska-Barącz 1968). Spotkanie z Panią
Profesor uznałam więc za priorytetowe.
Pani Profesor działała w Polskim Towarzystwie Naukowym na Obczyźnie,
do którego powstania przyczyniła się, i w jego ramach kierowała Kom isją Etno
graficzną, współorganizując w ten sposób życie naukowe polskiej społeczności.
Wykładała też etnografię na University in Exile, którego przez pewien czas była
rektorem. Prowadziła seminarium, głównie dla uczniów, którzy za nią podążyli
z Wilna jej drogą emigracyjną. Był tam przede wszystkim Lucjan Turkowski,
którego pośmiertne wspomnienie o niej zamieścił „Lud” (Turkowski 1968), była
Irena Karpińska, Janina Piłatowa i kilka innych osób, których nazwisk nie pa
miętam. Wzięłam udział w kilku seminariach i odwiedziłam Panią Profesor na
Antokolu, w domu pod Londynem, w którym mieszkała grupa Polaków, między
innymi generał Marian Kukieł. Pani Profesor żyła więc w polskim otoczeniu,
1jak mi się wydaje, nie miała kontaktów ze środowiskiem brytyjskich antropolo
gów. Wydawało mi się też, że nie interesowała się dyskusjami, które oni prowa
dzili. Jej publikacje w zeszytach University in Exile dotyczyły Polski i Bliskiego
Wschodu. Myślami była cały czas przy postaci św. Jerzego, nad którą pracowała
będąc w Palestynie. Podobno zniszczyła rękopis gotowej pracy o tym świętym tuż
przed śmiercią. Trudno jej było sobie wyobrazić przemiany zachodzące w Pol
„Moje życie naukowe można sprowadzić do próbowania kolejnego klucza...”
331
sce, reformę szkolnictwa, politykę partii wobec nauki i środowisk akademickich,
naszą swoistą walkę o przetrwanie wartości prawdy i niezależności, zmienio
n ą problematykę badań wobec zmian spowodowanych migracjami osadniczymi
i socjalistyczną industrializacją. Miałam wrażenie, że jej to w gruncie rzeczy nie
interesuje, ale głęboko boleje nad utraconym światem. Dała mi dowód zaufa
nia, pytając, czy członkowie partii są izolowani w środowisku, w tak zwanym
towarzystwie. Okazało się, że jej syn, Tadeusz Ehrenkreutz, zapisał się do partii
i generał Marian Kukieł, gdy się o tym dowiedział, obraził ją, chyba przez jakiś
czas nie chciał jej podawać ręki. Była tym bardzo dotknięta, ale bardziej martwiła
się, czy ostracyzm nie dotknie jej syna. Tłumaczyłam jej, że obecnie, zwłaszcza
w zniszczonej i pełnej ludności napływowej Warszawie, stosunki towarzyskie
m ają już inny charakter, że będąc partyjnym traci się co prawda zaufanie części
przyjaciół, ale to, czy się należy do „towarzystwa”, czy nie, nie jest wyłącznym
kryterium pozycji społecznej. Obawiam się, że jej to nie uspokoiło.
Zadałam jej kiedyś pytanie, czy nie chciałaby wrócić do kraju. Odpowiedzia
ła zdecydowanie, że pozostanie tu, gdzie pochowany jest jej mąż, Janusz Jędrzejewicz. Moje pytanie było zadane co prawda z upoważnienia profesora Dynowskiego, ale zadając je odczuwałam jego retoryczny charakter. Pani Profesor żyła
przecież w całkowicie innym świecie i chyba nie zdawała sobie sprawy z tego, jak
zmieniła się Polska po 1945 roku. Wspominając te spotkania z perspektywy dnia
dzisiejszego, nie mogę się oprzeć myśli, że gdybym nie interesowała się wtedy
kulturą jako działaniem, jako więzią, to mogłabym z tych rozmów wynieść więcej
pożytku, może mogłybyśmy się zrozumieć. Ale, choć po lekturze św. Cecylii by
łam przygotowana do rozmów o św. Jerzym, to jednak w moim opisie tego, czym
zajmuje się polska powojenna etnografia, problematyka znaczeń, symboli, prawdy
na poziomie potocznej świadomości etc. zajmowała niezwykle mało miejsca. Prze
cież w latach 50. XX wieku byliśmy zainteresowani przemianami. Mówiłyśmy
więc obie innymi językami o innych światach. Dziś żałuję, że nie dość wykorzysta
łam te rozmowy dla własnej nauki, i że nasze stosunki zdominował mój żal nad jej
dość samotnym losem, ograniczając możliwość dyskusji naukowej.
Pożegnałam j ą w przekonaniu, że należy wydać jej rozproszone prace. Udało
się to jednak dopiero w roku 2005 (Baudouin de Courtenay-Ehrenkreutz-Jędrzejewiczowa 2005) i jest to niepełny zbiór. Polskie środowisko etnograficzne nie
doceniało chyba jej twórczości. Pamiętam, że na m oją propozycję, by Komisja
Etnograficzna, wtedy w Komitecie Nauk Społecznych, zajęła się tym, profesor
Klimaszewska zareagowała krytyczną uwagą: „Ona tak mało pisała”. To prawda,
ale było to pisarstwo oryginalne i niezmiernie zwięzłe. Nie bez przyczyny już
w końcu lat 60. XX wieku nawiązaliśmy do wskazanej przez nią tradycji.
Praca magisterska Pani Profesor nosiła tytuł „Pługi w gospodarce chłopskiej
w Polsce na przełomie X IX i X X wieku Koncentrowała się zatem na wytworze
kulturowym. Nieco później zajęła się Pani instytucjonalnym wymiarem kultury
332
Zofia Sokolewicz
i wreszcie kulturą rozpatrywaną w kategoriach znaku i symbolu. Aspektów kultu
ry je st wiele, wielka też je st różnorodność założeń przyjmowanych w badaniach
nad kulturą. Jak etnolog/antropolog winien sobie radzić z dylematem tworzonym
z jednej strony przez złożoność zjawiska, jakim je st kultura i z wielością możli
wych perspektyw badawczych, a z drugiej, przez ograniczoność jednostkowego
doświadczenia i wyborów?
Kluczowe w tym pytaniu jest słowo „wybór”. Tak jak w życiu, w nauce, któ
ra jest jego częścią, musimy dokonywać wyborów. Może jeszcze w XIX i na
początku XX wieku uczeni mieli złudzenia, że można wypracować procedury
prowadzące prostą drogą do prawdy, może nawet byli o tym przekonani Wilhelm
Schmidt, Bronisław Malinowski i Alfred Reginald Radcliffe-Brown. Dziś już tak
nie sądzimy. Moje życie naukowe można sprowadzić do próbowania kolejnego
klucza z wielkiego pęku, jaki mi dała teoria poznania. Każdy z tych kluczy otwie
rał tylko jedne drzwi, za którymi były następne. I tak do dziś. Od pługów, przez
gospodarstwo, przez wynalezioną tradycję i wspólnoty wyobrażone, dziedzictwo
kulturowe i mechanizmy jego powstawania w czasie długim i średnim, i dziś.
Próbowaniu kolejnych kluczy towarzyszyła mi refleksja nad kategoriami
prawdy, faktu, obiektywności i subiektywności etc. I ich redefmiowanie lub
unieważnienie. Nigdy nie interesowałam się budowaniem jakiegoś gmachu wie
dzy, tak jak Moszyński, dzięki zastosowaniu jednego klucza. Interesowały mnie
pytania ukryte za kolejnymi drzwiami i próbowanie różnych kluczy. Bawiłam
się nimi. Mam ich jeszcze wiele w swoim pęku i na pewno nie zdążę ich użyć.
Dlatego fascynują mnie rezultaty posługiwania się nimi przez innych, jak na
przykład Joannę Tokarską-Bakir, Jerzego S. Wasilewskiego, Pawła Krzyworzekę, Annę Ostrowską, moich doktorantów, „genderową” grupę. Fascynują mnie
nowe propozycje i nie mogę się oprzeć, by czegoś nie przeczytać i nie porównać
przyjętej przez autora strategii i procedury z innymi, znanymi mi. Takie postę
powanie nie pozwala mi skupić się na jednym kluczu i jednym pytaniu. Dla
tego tak niewiele piszę i w tym sensie jestem mało twórcza. Ale za to staram
się studentom, a zwłaszcza doktorantom, przedstawiać całą paletę możliwości
zaatakowania danego problemu. Realizuję się bardziej w słowie mówionym niż
pisanym. Dzięki temu jestem pośrednio obecna na różnych polach i w różnych
pracach.
Minęły, lub prawie minęły, czasy mistrzów i jednej, jedynej szkoły. Dzisiejszy
antropolog musi niezwykle starannie dobierać język teoretyczny i procedury do
swego badania. Ale nasi studenci są o tej wielości wyborów, o tym, że nie ma
jednej, prawdziwej definicji kultury, informowani już na pierwszych zajęciach.
I wiedzą też, że wielość wyborów nie oznacza wolnej amerykanki. Oznacza na
wet konieczność lepszego przygotowania, większej wiedzy o dostępnych możli
wościach postępowania badawczego od nas, którzy musieli po prostu przyswoić
sobie wiedzę z pierwszego tomu Kultury ludowej Słowian i nikt nie pytał ich
„Moje życie naukowe można sprowadzić do próbowania kolejnego klucza...”
333
o refleksję teoretyczną, gdy żyli w przeświadczeniu, że istniejącą rzeczywistość
da się obiektywnie, niejako z zewnątrz, badać, i że istnieje jedna prawda.
Dziś, pisząc o obywatelstwie i narodowości, o ochronie praw mniejszości,
0 kontekstach kulturowych praw człowieka, muszę nie tylko obserwować i opi
sywać, ale też zastanawiać się, o ile moja własna pozycja, mój stosunek do kato
licyzmu jako „właściwej” religii, heteroseksualizmu jako „normalnego” zacho
wania etc., wpływa na to, co sama badam i podaję za fakt. Dlaczego mnie nie
oburza fakt kupowania małym dziewczynkom różowych stroików, a chłopcom
niebieskiego wykończenia becika, choć moje młode koleżanki z „genderowej”
grupy uw ażająto za początek wychowania określającego różnice między płciami
kulturowymi i zapowiadającego ewentualną dyskryminację.
Nasiąkłam więc tą dyskusją, której początek zwykliśmy sytuować w seminarium
z Santa Fe z 1984 roku i Writing Culture... (Cliflbrd, Marcus, eds., 1986), a potem
z Ąfter Writing Culture... (James, Hockey, Dawson, eds., 1997). Przyjęliśmy tę kry
tykę z Zachodu, ale jak miałam okazję pisać o tym w tomie poświęconym Annie Zadrożyńskiej (Sokolewicz 201 Ob), byliśmy do tego przygotowani mentalnie. Dopro
wadziła nas do tego nasza intensywna praca terenowa i materiał, zda się rozsadzający
uznane teorie, rosnąca świadomość naszych manipulacji mających na celu uzyskanie
informacji etc. Zgodziliśmy się więc, praktycznie chyba wszyscy, że tkwimy w środ
ku pola naszego badania, że zmienił się cały model uprawiania nauki.
Pozostaje więc sygnalizowany już przeze mnie problem porównywalności
badań. Tak na gorąco, sądzę, że jeżeli uznać teorię za zdanie wyjaśniające jakąś
rzeczywistość, to faktycznie porównujemy teorie. One są punktem wyjścia nasze
go rozumowania, bo z nich wynika pytanie, a uzyskana odpowiedź powinna być
sformułowana w kategoriach teorii, a nie po prostu opisu, niekoniecznie w języku
teorii wyjściowej. Tak jak w życiu, tak w badaniu rozwijamy język, wzbogacamy
go, jesteśmy poliglotami, więc często przechodzimy na inny język mieszany (za
Janem Baudouin de Courtenay, pionierem badań nad językami mieszanymi na Bał
kanach). Tylko, że nie możemy tych operacji dokonywać bezwiednie, ale z reflek
sją, z namysłem, świadomi swych działań. Takie postępowanie nie jest tak proste,
jak wynikałoby to z powyższych zdań i na pewno wzbudziłoby wiele zastrzeżeń ze
strony logików. Ale oni też nie m ogą się zgodzić ze sobą w podstawowych spra
wach, jak na przykład we wspomnianej indukcji, więc zapewne sprzeczności wpi
sane są w badania naukowe. Wspominam zresztą z pewnym rozbawieniem fakt,
że gdy w latach 60. XX wieku Ministerstwo Szkolnictwa Wyższego postanowiło
ujednolicić programy poszczególnych przedmiotów na tych samych kierunkach
różnych uniwersytetów i mnie poproszono o sekretarzowanie odpowiedzialnemu
za to zespołowi, to udało się nam porozumieć w sprawie etnografii Polski, Słowian
1 Europy, ale nie udało się ujednolicić programów z logiki. Tak duże były różnice
między Krakowem, Poznaniem i Warszawą. Ale czyż te różnice nie budzą naszej
radości? Nie pobudzają naszej twórczości? Czyż nie dla tej radości poznania po
dejmujemy naszą pracę?
334
Zofia Sokolewicz
W biografiach etnologów polskich częste było i je st łączenie badań w Polsce
z zainteresowaniami obszarami pozapolskimi, najlepiej pozaeuropejskimi. Nie
było i nie ma tak konsekwentnego podziału, jaki obserwujemy na przykładzie
Volkskunde i Völkerkunde w krajach niemieckojęzycznych. Wpracach Pani Pro
fesor łączenie zainteresowań różnymi terenami było szczególnie widoczne. Bada
nia na terenie Mazowsza, młodzieńcza ciekawość Australii i Oceanii, prace nad
etnologią Afryki, poszukiwania terenowe w Mongolii, zainteresowanie kulturą
Europy. Co było tego przyczyną? Potrzeba przezwyciężenia uczucia zamknięcia,
tak odczuwalnego w PRL? Chęć zdobycia materiałów porównawczych i trakto
wanie etnologii/antropologii kulturowej jako nauki o kulturze ludzkości?
Łączenie badań pozaeuropejskich i polskich wynikało w latach 50. XX wieku
nie tylko z tradycji, ale może bardziej z przyjęcia oświeceniowych teorii postę
pu, ewolucjonizmu i pewnych tez materializmu historycznego, zgodnie z któ
rymi stan plemienności był pierwszym, wyjściowym w pewnym sensie, stanem
ludzkości. Były one dla nas do przyjęcia dzięki tradycji stworzonej przez prace
Edwarda Abramowskiego i Ludwika Krzywickiego. Współczesne społeczeństwa
plemienne miały być dalekim, ale jednak echem, tych czasów, w których czło
wiek budował to, co pierwsze, to, co stało się fundamentem kultury ludzkości,
kultury wszechczasów. Już w latach 60. XX wieku w tym poglądzie utwierdzał
nas Claude Lévi-Strauss, który w Myśli nieoswojonej (Lévi-Strauss 1962) wyra
ził przekonanie, że podstawy dzisiejszej cywilizacji stanowią wynalazki neoli
tyczne: od koła i równi pochyłej po zakaz kazirodztwa. I, że kolejną zasadniczą
zmianę przyniosła dopiero rewolucja naukowa lat 60. i 70. XX wieku.
Ten rodzaj myślenia niewątpliwie był i jest obecny w środowisku warszaw
skim niemal do dziś. Ja jestem nim zdecydowanie naznaczona. Na wspomnia
nym seminarium Lirtha w LSE w 1958 roku upierałam się, że elementy tego my
ślenia występowały również u Malinowskiego, na przykład w Zwyczaju i zbrodni
w społecznościach dzikich (Malinowski 1980). Nawet pisząc wstęp do Sztuki
prymitywnej (Traser 1976), określiłam słowo „prymitywny” jako „podstawowy”,
wyjściowy, spierając się o to w prywatnej dyskusji z Jackiem Olędzkim. Kultura
była i jest dla mnie kulturą ludzkości. I to stanowi uzasadnienie, by łączyć bada
nia nad odległymi geograficznie terenami z badaniami nad różnymi przejawami
kultury wyróżnianymi na podstawie kryteriów etnicznych, ekonomicznych, re
ligijnych, społecznych, estetycznych etc., włączając w to kulturę współczesną.
Na takie globalne i całościowe widzenie kultury wskazuje też wspomniana
tradycja, zarówno romantyczna, zgodnie z którą kultura ludowa miała dla społe
czeństw europejskich charakter podstawowy, pierwotny, jak i ewolucjonistyczna.
Przykładem może być Chata polska Jana Karłowicza (1884), a także pierwsze tomy
„Wisły” i „Ludu”. Ale sądzę, że w latach 50. XX wieku na moje myślenie bardziej
wpłynęły idee oświecenia i myśl marksistowska. Co nie znaczy, by nieważny był
dla mnie na przykład neoewolucjonizm Leslie W hite’a i prace Juliana Stewarda.
„Moje życie naukowe można sprowadzić do próbowania kolejnego klucza...”
335
Urzeczywistnieniu tych idei sprzyjała reforma uniwersytecka, powstanie hi
storii kultury materialnej, a także fakt, że Katedra Etnologii na UW nie została po
wojnie i po śmierci Stanisława Poniatowskiego reaktywowana, co spowodowało
przesunięcie całej problematyki etnograficznej do jednej tylko Katedry, dawnej
Katedry Etnografii Polski, którą przemianowano po prostu na Katedrę Etnografii.
W przekonaniu profesora Dynowskiego, wiedza o kulturze kontynentów po
zaeuropejskich stanowiła rodzaj perspektywy, z której mogliśmy spojrzeć na
własną kulturę. Ten geograficzny wymiar kultury oddawał jej charakter prze
strzenny; teorie postępu, ewolucji czy rozwoju wskazywały na wymiar czasu.
Przestrzeń świata i czas historii człowieka. Oddzielenie Volkskunde od Völker
kunde można tłumaczyć historią etnografii/etnologii w różnych krajach. Ale dziś
w obu z nich możemy stosować te same teorie i procedury. Antropologia wielo
stanowiskowa może być stosowana w badaniach różnych kultur. A co ważniej
sze, dawny podział na społeczeństwa prymitywne, plemienne, rozwijające się
i uprzemysłowione, nowoczesne, przestał mieć rację bytu.
Wiele prac przygotowała Pani Profesor po to, aby móc lepiej zrozumieć dys
cyplinę i pomóc je j przetrwać: Etnologia. Wybór tekstów (1969) pod Pani re
dakcją, uczestnictwo w Historii etnografii polskiej (1973), Wprowadzenie do
etnologii (1974), redakcja i autorstwo rozdziałów w Metodach etnologii (1981).
Czym je st dzisiaj dla Pani etnologia/antropologia kulturowa? Czy warto zabie
gać o utrzymanie je j autonomii w zespole nauk zajmujących się kulturą, takich
ja k socjologia, kulturoznawstwo, historia kultury, filozofia kultury?
Już w 1958 roku w Londynie utwierdziłam się w przekonaniu, że między et
nografią, tak jak j ą rozumieliśmy w Polsce, a zachodnią antropologią kulturową
i społeczną jest jedna różnica: wymaganie stacjonarnych, co najmniej rocznych
badań terenowych. Tego przekonania nie zmieniłam do dziś. Nasze badania były
krótsze, z wielokrotnymi powrotami. Sami będąc „tubylcami”, nie musieliśmy
uczyć się języka, a jedynie pogłębiać jego rozumienie. Byliśmy obyci z kultu
rą, a dystans między kulturą wsi lub robotniczą a kulturą ludzi wykształconych
pozwalał na zauważenie różnic. Nas w terenie też niejednokrotnie porażała „ob
cość” kultury ludowej, tak jak dziś poraża nas „obcość” różnych grup skinhe
adów, Gotów, złodziei etc. Nasze obecne badania terenowe stają się bardziej
intensywne, połączone z zamieszkiwaniem przez dłuższy okres w miejscu ba
dań, z uczestnictwem lub wręcz członkostwem w danej grupie. W Polsce takie
badania stacjonarne jako pierwsza prowadziła Kazimiera Zawistowicz-Adamska
(1958). Obecnie podejmuje je znacznie większa grupa osób.
Ten sposób badań, wyróżniający dyscyplinę, przejmują jednak dziś także,
przynajmniej niektórzy, przedstawiciele innych nauk o kulturze. Już w latach 60.
XX wieku zastosował go Włodzimierz Wincławski w badaniach wsi Ciche, po
wiat Nowy Targ, oraz wsi podpłockiej, której nazwy nie pamiętam.
336
Zofia Sokolewicz
W tradycyjnym systemie klasyfikacji nauk o odrębności danej dyscypliny sta
nowił jej przedmiot i metoda. Ta ostatnia była bodajże ważniejsza od przedmiotu.
Samo słowo „dyscyplina” nasuwa skojarzenia ze ścisłością postępowania, sposo
bem systematycznie stosowanym. W dzisiejszej nauce następuje szybka wymia
na informacji, umożliwiająca porównanie rezultatów badań. I to, co efektywne,
jest przejmowane. Na konferencji EASA w Poznaniu w 2009 roku pewien młody
socjolog z Gdańska domagał się od antropologów ścisłego określenia, czym an
tropologia różni się od socjologii. Jego zdaniem, niczym. Wymienił tu szereg
nazwisk antropologów, których uznał za socjologów. Był tam między innymi
i Erving Goffman i Victor Turner. Zadziwiłam się. Dla mnie wszyscy wymienie
ni, a zwłaszcza ci dwaj, byli niewątpliwie antropologami, których teorie wpły
nęły na myślenie przedstawicieli różnych nauk humanistycznych, nie tylko so
cjologii. Wystarczy wykazać pisma, w których w Polsce drukowano ich ważne,
tłumaczone na język polski, teksty, między innymi czasopismo „Teksty Drugie”.
Pamiętam Victora Turnera jako zdolnego ucznia Maxa Gluckmana, pamiętam
też jego pierwszą, w ażną książkę, Schism and Continuity in an African Society...
(Turner 1957). Rozwinął w swoich interpretacjach kultury ludu Ndembu Gluckm anowską teorię konfliktu, posługując się analizą przypadku {case). Wiele razy
powoływałam się na nią w swoich wykładach. A tu - Victor Turner socjolog!
Może jednak stoimy wobec przeklasyfikowania nauk i ich pól badawczych?
Etnografia i antropologia to nauki XIX wieku. Dziś stawiamy trochę inne pytania
badawcze. Nie wątpimy, że człowiek jako gatunek jest jeden, i że kultura jest
jedna, w nieskończonej liczbie wariantów. Ta kwestia była ważna dla Malinow
skiego, który walczył o uznanie równości wszystkich kultur, ale chyba - mam
nadzieję - nie spędza nam dziś snu z oczu.
W 1964 roku w Paryżu uczestniczyłam w dyskusji na ten temat. Zorgani
zował j ą Robert Gessain (badacz Eskimosów). Oprócz niego w panelu zasiedli
Pierre Alexandre, Eric de Dampiére, Michel Izard i Georges Balandier (socjolog,
afrykanista). Izard badał w Plozevet w Bretanii system pokrewieństwa. Pytanie
brzmiało: czy badając współczesny system społeczny w kraju cywilizacji zachod
niej czuje się socjologiem czy antropologiem? A jak się podpisuje? Odpowiedział
krótko: nie podpisuję się. Robię to, co do mnie należy.
Zapamiętałam tę odpowiedź. Do pewnego momentu można było wyróżniać
antropologię jako naukę o społeczeństwach plemiennych. Od czasu jednak badań
Jeremy’ego Boissevaina, Paula Stirlinga, Laurence’a Wylie’go i wielu innych,
a także zainteresowania socjologów krajami rozwijającymi się, jest to raczej nie
możliwe. Podobnie rzecz ma się z etnografią, która wkroczyła w badania kultury
współczesnej, niekoniecznie archaicznej, i nie ludowej. Czy Pierre Bourdieu był
bardziej antropologiem czy socjologiem? A Ernest Gellner? A wielu, wielu innych?
Zaklasyfikowanie nauki jest ważne ze względu na interesy reprezentującej j ą
grupy ludzi. Od tego zależy jej miejsce w systemie instytucji naukowych, a za
tym budżet etc., nie mówiąc o prestiżu. Dlatego jeszcze długo będziemy się spie
„Moje życie naukowe można sprowadzić do próbowania kolejnego klucza...”
337
rać i walczyć o swoją niezależność. Chyba że zmieni się system badań nauko
wych, co nie jest niemożliwe.
Etnologia w pracach Pani Profesor je st nauką o zakresie i charakterze świa
towym. To w Etnologii. Wyborze tekstów (1969) przez Panią zredagowanym po
raz pierwszy zetknąłem się z nazwiskami niektórych etnologów/antropologów
z zagranicy dotąd mi nieznanych - na studiach historii kultury materialnej nie
mieliśmy przecież wykładów z historii etnologii czy omówień kierunków w świa
towej antropologii współczesnej. To Pani przetłumaczyła i poprzedziła wprowa
dzeniem pracę Kaja Birket-Smitha, Ścieżki kultury (1974). To Katedra Etnologii
Uniwersytetu Warszawskiego, kierowana przez Panią Profesor, jako pierwsza
w roku 1985 uzupełniła swą nazwę i stała się Katedrą Etnologii i Antropologii
Kulturowej. Jaka jest, zdaniem Pani Profesor, relacja między polską etnologią
narodową a światową antropologią społeczno-kulturową? Czy etnologia polska
„od zawsze ” była antropologią, czy też stała się nią z momentem uzyskania moż
liwości stosowania tej nazwy i powinna spełnić określone warunki, aby na tę
nazwę zasłużyć?
Nie sądzę, by polska etnografia zawsze była tożsama z antropologią. Roman
tyzm XIX-wieczny uczynił z niej klasyczną Volkskunde, naukę o kulturze lu
dowej, zgodnie z Herderowską koncepcją kultury Volku. Ale już w końcu XIX
wieku, wraz z wpływem ewolucjonizmu, niektórzy badacze, jak Jan Karłowicz,
a potem Ludwik Krzywicki (pod wpływem Marksa i Engelsa) zaczynają m y
śleć „antropologicznie”, to znaczy o kulturze ludzkości. Wspomniałam już Chatę
polską Karłowicza i liczne tłumaczenia prac badaczy zachodnich, którzy przed
miotem swego badania uczynili Świat i Człowieka. To Edward B. Tylor i Lewis
H. Morgan zaszczepiali w nas myślenie antropologiczne, a ugruntował je w nas
powrót do oświecenia, odrzucanego wcześniej przez romantyzm. Jego elementy
widać wyraźnie u Eugeniusza Frankowskiego, a potem, po wojnie, w wykładach
Witolda Dynowskiego.
Ale tak naprawdę etnografia polska zaczęła stawać się antropologią dopiero
po odrzuceniu wzoru ustalonego przez Moszyńskiego i Dobrowolskiego. Stało
się to jasne w czasie „rewolucji” strukturalnej. Jej efektem było nie to, że wszy
scy stali się strukturalistami, bo nie stali się nimi, ale to, że zburzono myślenie
o kulturze jako zbiorze artefaktów, o zmianie jako następstwie zdarzeń, o rzeczy
wistości, którą można niejako sfotografować z dystansu, o uprzywilejowanej po
zycji badacza. W ielką rolę w tworzeniu tej nowej świadomości badaczy odegrały
monografie terenowe: Kurpie. Puszcza Zielona (Kutrzeba-Pojnarowa, red., 1962
-1965) i Stare i nowe Siołkowice (Gładysz, red., 1963-1966). Każdy, lub prawie
każdy, kto prowadził stacjonarne badania terenowe i odkrywał, w miarę swego
pobytu na wsi, jej tajemnice, niezrozumiałe zachowania, stanowił podatny grunt
dla przyszłego myślenia antropologicznego. Dlaczego? Dlatego, że nowo odkry
338
Zofia Sokolewicz
tych faktów nie można było wyjaśnić starymi teoriami. Niektórzy z nas wracali
do Malinowskiego, którego Dzieła zaczęły się ukazywać w latach 70. XX wieku,
inni szukali inspiracji w „Current Anthropology” (od 1965 r.). Pojedyncze eg
zemplarze prac Clifforda Geertza lub Jamesa Clifforda cenione były na wagę zło
ta. Pamiętam, jak chyba pierwszy egzemplarz Clifforda The Predicament o f Cul
ture... (Clifford 1988) przywiozła w 1988 roku z U SA A nka Kunczyńska-Iracka
(a drugi, rok później, Zbigniew Benedyktowicz) i był on systematycznie dysku
towany na jej seminarium. Do tego należy dodać rolę pisma „Konteksty. Polska
Sztuka Ludowa”, w którym drukowano liczne tłumaczenia tych tekstów zachod
nich, które powodowały ferment, stawiały inne pytania. Bo w nauce w gruncie
rzeczy chodzi bardziej o postawienie pytania niż o uzyskanie odpowiedzi. Myślę,
że od tego czasu, od połowy lat 80. XX wieku, staliśmy się antropologiąjako całe
środowisko. Ale staliśmy się antropologią, bo byliśmy na to przygotowani dzięki
tak dziś krytykowanym Wielkim Narracjom, które ogarniały całą ludzkość, dzię
ki oświeceniu, Marksowi, Krzywickiemu, Tylorowi, Morganowi i wielu, wielu
innym. To nam pozwoliło na definiowanie przedmiotu badań antropologii jako
kultury całej ludzkości. A także dzięki naszym wieloletnim badaniom terenowym
i już wspomnianej niemożności ogarnięcia uzyskiwanych informacji aparatem
pojęciowym starych teorii. Dla mnie było to powtórzenie sytuacji z XIX wieku,
gdy świadectwa kupców, żeglarzy, misjonarzy o ludach kontynentów pozaeuro
pejskich w pewnym sensie rozsadziły istniejące o nich stereotypy i przyczyniły
się do powstania ewolucjonistycznej antropologii, antropologii Tylora, Morgana,
Adolfa Bastiana, Edwarda Westermarcka, a potem Franza Boasa. Ten boom in
formacyjny powtórzył się pod koniec XX wieku i, między innymi, spowodował
powstanie polskiej antropologii.
Jednym z kierunków zainteresowań Pani Profesor była i je st historia etnolo
gii polskiej. Przed ponad półwieczem opublikowała Pani w „Ludzie” artykuł na
temat wartości materiałów Oskara Kolberga dla badań nad kulturą materialną
Kurpiowszczyzny (Szyfelbejn 1955), znaczny był Pani udział w przygotowaniu
Historii etnografii polskiej, liczne były artykuły omawiające działalność nauko
wą wybitnych polskich etnologów. Czy historia ta ma znaczenie dla teraźniejszej
etnologii polskiej? W jaki sposób powinniśmy z niej korzystać?
Co do tego, że przeszłość, a więc i historia ma znaczenie dla teraźniejszości,
wszyscy się zgadzają. Trudniejsza znacznie jest odpowiedź, w jaki sposób z niej
korzystać.
W odpowiedzi na poprzednie pytania zawarłam wiele uwag na ten temat. Je
stem nadal przekonana, że to nie tylko aktualne, indywidualne wybory zdecydo
wały o przesunięciu naszych zainteresowań w kierunku antropologii, ale także
nasze znacznie wcześniejsze decyzje określające kierunek badań, źródła inspira
cji etc., chociażby nasze zainteresowanie oświeceniem. Historia nauki, historia
„Moje życie naukowe można sprowadzić do próbowania kolejnego klucza...”
339
etnografii, to nie tyle spis dat urodzin i działalności wielkich i małych zbieraczy
folkloru, wydania ich książek, zjazdów i konferencji, manifestów etc., co zbiór
pytań, które sobie stawiali i ich zmienność. To historia myślenia o kulturze, hi
storia języka, w którym j ą opisywano i wszelkich wydarzeń, które ludzi pobu
dzały do podejmowania wysiłków w kierunku jej zrozumienia. W opisie historii
sztuki tak zwanej plemiennej ważne jest dla mnie przytaczane przez znakomi
tego badacza sztuki afrykańskiej, Williama Fagga, powiedzenie jednego z jego
rozmówców, wyrażające zdziwienie, że biali ludzie zbierają „martwe przedmio
ty”. Tak określano maski, które poza rytuałem były „martwe” i poniewierały się
w różnych miejscach. Ale ważny jest też dla historii naszej myśli „Manifest sur
realizmu” André Bretona, który wyrażał zainteresowanie artystów, w tym tak
wielkich, jak Pablo Picasso, sztuką pozaeuropejską, sztuką prymitywną.
Sądzę, że nie jest dobrze, gdy historię etnografii traktujemy tout court. Trzeba
j ą wiązać z wydarzeniami i nurtami świata całej nauki, całej cywilizacji.
Inaczej patrzy się na nią z pewnego dystansu, co już jest moim przywilejem
i mego szanownego rozmówcy, profesora Zbigniewa Jasiewicza, a inaczej z per
spektywy osoby, która sądzi, że coś zmienia, coś tworzy tu i teraz, niezależnie
(?!) od swoich poprzedników. Mogę tak pisać, bo sama znam to uczucie, i czasy,
kiedy wydawało mi się, że nie ciąży na mnie brzemię historii, nie są aż tak bar
dzo odległe. Moje wczesne niedocenienie historii łagodnie korygowała profesor
Anna Kutrzeba-Pojnarowa, autorka najbardziej syntetycznego i najlepszego po
dziś dzień ujęcia historii etnografii i etnologii w Polsce. Jej zaprzyjaźnienie się
z historią widoczne jest w jej odpowiedzi na ankietę profesora Jasiewicza, dru
kowanej w „Ludzie”, już pośmiertnie, w 1995 roku (Kutrzeba-Pojnarowa 1995).
Dlatego dziś, z dystansu, jestem w stanie docenić wpływ „rewolucji struktu
ralnej” na nasze stawanie się antropologią, podczas gdy w momencie jej dziania
się doceniałam tylko znaczenie postawienia nowych pytań. Po prostu, pewne rze
czy widzi się lepiej z perspektywy czasu. I to jest zapewne źródło różnicy będącej
u podstaw mego zainteresowania historią nauki. W Historii etnografii polskiej
i szeregu artykułów na ten temat interesowała mnie przede wszystkim zmienność
pytań stawianych sobie przez różnych badaczy. To, o czym piszę dzisiaj, często
w konwencji wspomnieniowej, jest próbą uświadomienia sobie, a może i innym,
tego, jak indywidualne działania i wybory składają się na łańcuch przyczynowo
-skutkowy wydarzeń, zwanych historią nauki.
Nie znalazłem w opublikowanym pisarstwie Pani Profesor zbyt wielu śladów
udziału w polemikach naukowych. Recenzje umieszczane w czasopismach do
tyczą głównie prac zagranicznych. Wiem natomiast, ja k uważnie przyjmowane
były krytyczne uwagi Pani wypowiadane przy różnych okazjach i umieszczane
w recenzjach prac doktorskich i habilitacyjnych oraz w opiniach towarzyszących
procedurom profesorskim. Spełniały ważną rolę w utrzymaniu odpowiedniego
poziomu intelektualnego etnologii. Również prace Pani Profesor były poddawa
340
Zofia Sokolewicz
ne krytycznej ocenie, choćby przez profesora Józefa Chaiasińskiego. Jaki jest
stosunek Pani Profesor do krytyki naukowej? Jakiej krytyki naukowej potrzebuje
etnologia i szerzej cala nauka?
Rzeczywiście, nie wchodziłam w polemiki naukowe. Krytyczny stosunek do
dorobku naukowego przyszłych doktorów, docentów i profesorów należał po
prostu do moich obowiązków. I starałam się uwzględniać w tej krytyce pozycję
teoretyczną zajmowaną przez autora. Na pewno nie przeprowadzałam jej z mo
ich własnych pozycji. Oczekiwałam, że autor-badacz będzie konsekwentnie re
alizował swoje założenia i cele.
Co do krytyki Józefa Chaiasińskiego dotyczącej mojej interpretacji teorii
Radcliffe-Browna, to pozostałam przy swoim zdaniu. Biorąc pod uwagę cykl w y
dawniczy i długie czekanie na ewentualną odpowiedź, uznałam za bezprzedmio
towe wchodzenie w dyskusję. Przy jej końcu zapewne nikt by nie pamiętał, co
było jej początkiem. Ale uraziło mnie, że nie zechciał zauważyć nowych akcen
tów w tym podręczniku ( Wprowadzenie do etnologii) wyrażających się między
innymi w doborze ilustracji i łączeniu problematyki społeczeństw plemiennych
i chłopskich. Edwardowi Pietraszkowi odpowiedziałam na łamach „Etnografii
Polskiej”, że nie ma racji. Różnice między nami wynikały niewątpliwie z przyję
cia innej perspektywy - stąd jego niezrozumienie kwestii antropogenezy. Mogę
złośliwie dodać, że gdy przyjęła j ą w swoim podręczniku Ewa Nowicka, to żad
nemu z socjologów to nie przeszkadzało. Uwagi Ryszarda Dyoniziaka dotyczące
teorii znanego niegdyś językoznawcy, Maxa Mullera, mogłam traktować jedynie
jako dowód jego niedokształcenia - po co więc miałabym mu odpowiadać? Parę
razy przymierzałam się do poprawionej wersji mego podręcznika, ale jego kon
cepcja, w miarę upływu czasu, okazała się przestarzała, więc nie było sensu go
poprawiać.
Natomiast bardzo brałam sobie do serca krytykę ze strony profesora Dynowskiego i profesor Kutrzeby-Pojnarowej, a także uwagi studentów, które uwzględ
niałam w treści moich wykładów. Słuchałam ich uważnie. Cenne były zwłaszcza
dyskusje w trakcie tak zwanej rewolucji strukturalnej.
Krytykę wyobrażałam sobie jako dyskusję zmierzającą do możliwie najbar
dziej klarownego przedstawienia badanego problemu i sposobów jego rozwiąza
nia. Dlatego jest ona skuteczna, gdy odbywa się „na gorąco”, wtedy, gdy autor
pracuje nad nim. Cenię sobie bardzo międzynarodową krytykę w czasopismach,
jak „Anthropology Today”, „Current Anthropology”, „Journal o f the Royal A n
thropological Institute”, „Social Anthropology” (organ EASA) - publikują one
artykuły recenzyjne szybko, zanim praca się zestarzeje. Brak krytyki naukowej
w okresie PRL był, sądzę, spowodowany także obawą, że zostanie źle zrozumia
na i zaszkodzi kolegom, zwłaszcza młodym. Dlatego powinna odbywać się na
forum wewnętrznym. To były skomplikowane sprawy, nieraz mające polityczne
konsekwencje. Już pod koniec PRL, we wczesnych latach 80. XX wieku, w gro
„Moje życie naukowe można sprowadzić do próbowania kolejnego klucza...”
341
nie archeologów odbyła się gorąca dyskusja w IHKM PAN nad wypowiedzią
Lecha Leciejewicza o pracach Witolda Hensla nad etnogenezą Słowian! I chy
ba został on zawieszony w prawach pracownika Instytutu. Jego krytyka miała
rzutować na historyczne uzasadnienie naszego prawa do obecnych granic i była
niezgodna z racją stanu. Jej część była publikowana w „Ludzie”, a ja pamiętam
ponure posiedzenie Rady Naukowej IHKM, na którym Leciejewicz próbował
się bronić. Tak więc krytyka bywała politycznie niebezpieczna. I pewnie to do
świadczenie ilustruje przyczyny jej niedoceniania. Bo tak naprawdę konieczne są
obydwa rodzaje krytyki - ta w mniejszych, wewnętrznych gronach i ta obejmu
jąca szersze środowiska. Ale sama już nie wypowiadam się krytycznie na łamach
czasopism, prasy, bo boję się, że może nie zdążę otrzymać odpowiedzi. Dlatego
staram się rozwijać krytykę na seminarium magisterskim i w nieformalnych kon
taktach z moimi młodszymi kolegami.
W roku 1991 została Pani Profesor powołana na stanowisko dyrektora Centrum
Europejskiego Uniwersytetu Warszawskiego. Już poprzednio jednak zwróciła Pani
uwagę, kierując „resortowym ’’programem naukowym „Podstawy kultury europej
skiej”, na nowe pole badawcze - integrującą się Europę. Z tych zainteresowań wy
rosło kilkanaście artykułów na temat subsydiamości, suwerenności, obywatelstwa,
ale również polityki kulturalnej Unii Europejskiej i Rady Europy. Czy etnolog/antropolog kulturowy zajmujący się takimi zagadnieniami nie staje się politologiem,
kulturoznawcą czy nawet politykiem? Gdzie znajdują się granice poszczególnych
dyscyplin ijaka jest granica między nauką a polityką?
Moja droga do Europy prowadziła przez Uniwersytet Otwarty, Bałkany i pro
blem resortowy „Podstawy kultury europejskiej”. W 1974 roku okazało się osta
tecznie, że nabyta w stepie mongolskim alergia uniemożliwia mi wyjazdy do
Mongolii. Była po prostu niebezpieczna. I wtedy, szukając nowego pola działa
nia, napotkałam na swej drodze Uniwersytet Otwarty. Zaczęło się anegdotycznie.
Dwie studentki psychologii chciały studiować równolegle etnografię. Kierownik
Biura Spraw Studenckich odmówił, pisząc na ich podaniach, że psychologia nie ma
nic wspólnego z etnografią. Ogarnęła mnie wściekłość. Uzbrojona w tom Völker
psychologie Wilhelma M. Wundta (1904), udałam się do Rektora i wykrzyczałam
ze złością, że chciałabym, aby ten cholerny Uniwersytet stał się Uniwersytetem
Otwartym, a tu muszę respektować decyzje niedouczonych urzędników. Rektor
zniósł m oją wściekłość spokojnie i powiedział: daję pani dwa tygodnie czasu na
opracowanie koncepcji Uniwersytetu Otwartego. Był rok 1976! Powstało wtedy
grono zapaleńców: Anna Przecławska, dziekan Wydziału Pedagogiki, Andrzej Ka
jetan Wróblewski, fizyk teoretyk, późniejszy nasz rektor, Hanna Dobrowolska, bio
log i ja. Żadne z nas nie miało pojęcia, co to jest Uniwersytet Otwarty.
Taki Uniwersytet powołała w Londynie w 1969 roku królowa brytyjska na
wniosek Harolda Wilsona, przywódcy Labour Party. Działa od 1970 roku, przyj
342
Zofia Sokolewicz
mując dorocznie około 100 tysięcy studentów i zaliczając się do pierwszej setki uni
wersytetów światowych. Ale o tym dowiadywaliśmy się stopniowo. W końcu lat
70. XX wieku nie było jeszcze ożywionej wymiany informacji naukowej. Z praw
dziwym Uniwersytetem Otwartym zetknęłam się w 1988 roku w Cambridge,
gdzie konkurował on z czcigodnymi college’ami Uniwersytetu w Cambridge. Stan
wojenny przerwał nasze prace. Sama idea była długo przedmiotem gry politycz
nej, a także niezrozumienia, o co chodzi.
A chodzi o to, by każdy, kto wyrazi taką chęć, mógł studiować na Uniwersyte
cie, stosownie do swoich możliwości czasowych, obciążenia pracą, oddalenia od
siedzib uniwersytetu. Oznaczało to stworzenie: 1. programów, które można było
elastycznie studiować, kawałek po kawałku, nawet przez wiele lat; 2. przygoto
wanie zestawu materiałów dydaktycznych, multimedialnych, które tworząc tak
zwany Kit, można by dostarczać nawet tym studentom, którzy znajdowali się na
przykład na statku rybackim, gdzieś pod kołem podbiegunowym; 3. zorganizo
wanie grupy tutorów, którzy telefonicznie utrzymywaliby kontakt ze studentem,
sprawdzali nadsyłane przez niego prace kontrolne etc.
To było, nawet w bogatej Wielkiej Brytanii, gigantyczne przedsięwzięcie,
znacznie większe od rozwiniętych tam przy wszystkich uniwersytetach Extra
-Mural Studies, w których zresztą czynnie uczestniczyli antropologowie z Ro
yal Anthropological Institute. Ale się udało, podobnie zresztąjak, nieco później,
Hiszpanom i Holendrom. O tym dowiedzieliśmy się jednak dopiero w drugiej
połowie lat 80. XX wieku.
W 1985 roku generał Wojciech Jaruzelski zagrał populistyczną kartą i - po
artykule Piotra Sarzyńskiego w „Polityce” - zdecydował się pozwolić Uniwer
sytetowi Warszawskiemu na otwarcie Uniwersytetu Otwartego. Musieliśmy jed
nak zacząć skromniej. Powstało wtedy na Wydziale Historycznym UW Studium
Kształcenia Otwartego, którym kierowałam do 1996 roku. Potem przekształco
no je w Centrum Multimedialnej Edukacji, przerywając tworzącą się tradycję,
by wreszcie, z inicjatywy młodej entuzjastki z Wydziału Pedagogiki, Kasi Lubryczyńskiej, wrócić do pierwotnej idei. Tym nowym wysiłkom przyglądam się
z dystansu - z braku sił, ale z w ielką radością.
Piszę o tym dlatego, bo była to dla mnie droga do edukacji europejskiej. Za
wsze przywiązywałam w ielką wagę do edukacji, widząc w niej zarówno klucz
do dobrobytu narodu, jak i drogę do samorealizacji jednostki. Nie bez powodu,
u progu dorosłego życia chciałam po prostu zostać nauczycielką. Dlatego przy
wiązywałam taką wagę do dydaktyki w etnografii, szukając nowych sposobów
nie tylko nauczania, ale i wspólnego uczenia się - czemu miały służyć wymy
ślone przeze mnie, i wspaniale realizowane przez moich kolegów, „laboratoria
etnograficzne”, to znaczy czterosemestralne zajęcia, których celem było przejście
przez studenta drogi od postawienia pytania, przez badania w terenie, do końco
wego raportu z uzyskanych rezultatów. Zastąpiły one w Warszawie ćwiczenia
przypisane różnym przedmiotom, co nie dawało możliwości scalenia wiedzy.
„Moje życie naukowe można sprowadzić do próbowania kolejnego klucza...”
343
Niewątpliwie przez całe życie, niezależnie od sytuacji politycznej, uważałam,
że jestem zobowiązana do jak najlepszego wykonywania moich obowiązków, to
jest kształcenia ludzi o otwartych umysłach. I to sprawiało mi i nadal sprawia
wielką radość. Ale pytanie dotyczyło Europy. Otóż, gdy musiałam zrezygnować
z badań w Mongolii, zaczęłam, równolegle z pracą nad Uniwersytetem Otwar
tym i edukacją europejską, zastanawiać się nad możliwością współpracy z kraja
mi słowiańskimi: Jugosławią i Bułgarią. Było to dla mnie fascynujące spotkanie
z różnymi nacjonalizmami: serbskim, macedońskim i bułgarskim. Nie pisałam
o tym, by nie sprawiać przykrości moim kolegom z tamtych krajów. Byli tak
mocno zaangażowani w badanie odrębności swoich kultur. Swoją „bułgarskość”
wysysali z mlekiem matki, tak jak my „polskość”. Nie zapomnę słów bułgarskiej
muzykolożki, wypowiedzianych w pociągu z Macedonii do Sofii, po konferen
cji naukowej: „To zabawne uczestniczyć w konferencji prowadzonej w gwarze”.
Gwarą był dla niej macedoński. To był żywy obraz Herderowskiej koncepcji
kultury Volku i było to potwierdzenie, że proces tworzenia narodów nie skoń
czył się, że wciąż trwa. Prace etnografów krajów słowiańskich nad etnografią
Słowiańszczyzny prowadzone pod przewodnictwem Juliana W. Bromleja, dy
rektora Instytutu Etnografii im. Mikłucho-Makłaja w Moskwie, zawaliły się, gdy
Bułgarzy, nie godząc się na uznanie Macedonii, opublikowali sami odrębny tom
Bułgarzy. I wystąpili z redakcji, gdy w Ogólnosłowiańskim Atlasie Językowym
uznano język macedoński za odrębny język, a nie tylko gwarę języka bułgarskie
go. Etnografowie bułgarscy, serbscy i macedońscy podchodzili do tych spraw
z wielkimi emocjami. Dla badacza z zewnątrz było to fascynujące. I to utorowało
m oją drogę do Europy.
W połowie lat 80. XX wieku Katedra Etnografii potrzebowała gwałtownie
pieniędzy. Nasze grupy laboratoryjne były kosztowne ze względu na wyjazdy.
Nie było też funduszy na badania. Problem węzłowy „Polska kultura narodowa,
jej tendencje i percepcja”, w którego pracach uczestniczyliśmy od początku, to
jest od 1975 roku, zmieniał nieco profil, nie było też pewności, że zostanie za
twierdzone jego przedłużenie na następne pięć lat.
Wymyśliliśmy więc temat „Podstawy kultury europejskiej” jako problem re
sortowy, skupiający nauki humanistyczne i społeczne. Złożyliśmy też propozycję
współpracy innym uniwersytetom: Jagiellońskiemu, Poznańskiemu, Łódzkiemu,
Toruńskiemu, Wrocławskiemu. Projekt został odrzucony. Zaprzyjaźniony urzęd
nik powiedział mi, że stało się tak na skutek opinii generała Zenona Kiszczaka.
Miał on powiedzieć (a może i napisać?), że zespół koordynacyjny nie gwarantuje
lojalności politycznej. W zespole inicjatorów byli Aleksander Gieysztor, Henryk
Samsonowicz, Juliusz Bardach, Jerzy Gąssowski, Jerzy Okulicz-Kozaryn, Jerzy
Axer i ja.
Ale w 1986 roku odbyło się w Budapeszcie Forum Europejskie poświęcone
kulturze, zorganizowane przez ówczesne EWG. Generał Jaruzelski postanowił
poprawić swój wizerunek. Po powrocie naszej delegacji, w połowie 1986 roku,
344
Zofia Sokolewicz
dostałam wiadomość z Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego, że mamy natych
miast uruchomić problem! Dostał sygnaturę III/33.
Nasz zespół wzbogacił się o znakomite nazwiska: Anna Czekanowska-Kuklińska, Krzysztof Kwaśniewski, Jan Jerschina, Stefan Amsterdamski, Stanisław
Sierpowski, Sławomir Kalembka, każda z tych osób z zespołem. Odbył się szereg
międzynarodowych konferencji i, najważniejsze, próbowaliśmy ująć całościowo
kulturę europejską, skupialiśmy badaczy zainteresowanych tym problemem.
To wtedy doszłam do przekonania, że naszym, to jest antropologów, zadaniem
jest zająć się tymi mechanizmami i instytucjami, które gwarantowały wymianę
myśli i idei w całej Europie. Nazwałam je umownie „infrastrukturą kultury”.
Były to między innymi szlaki i centra handlowe, szlaki pielgrzymkowe i ośrodki
kultu, uniwersytety i struktury edukacyjne, wszystkie z nich charakteryzowały
się długim trwaniem (w rozumieniu Ferdynanda Braudela) i trwały mimo wojen,
zmian dynastycznych, kryzysów gospodarczych, a zniszczone klęskami żywio
łowymi potrafiły się odrodzić.
W 1990 roku skończyło się finansowanie problemu. Zespół koordynacyjny
z UW postanowił więc wystąpić z wnioskiem o utworzenie Centrum Europej
skiego, jednostki międzywydziałowej, o celach badawczych i dydaktycznych.
Wniosek Wydziału Historycznego spotkał się wtedy z podobną inicjatywą Wy
działów Prawa i Ekonomii, które były zainteresowane EWG. Nie były więc to
identyczne wnioski i na posiedzeniu Senatu UW musiałam stoczyć trudnąbatalię
o uwzględnienie kultury w projekcie Centrum. Prawnicy - podobno humaniści
- nie byli o tym przekonani! Wspierał mnie prof. Andrzej Zawiślak, późniejszy
minister przemysłu i handlu w solidarnościowym rządzie. Udało się!
Byłam wicedyrektorem, dyrektorem, członkiem i przewodniczącą Rady N a
ukowej Centrum. Dostaliśmy siedzibę po Wyższej Szkole Milicji (której rek
torem był naczelny „Nowych Dróg”, Walery Namiotkiewicz), meble po hotelu
partyjnym, które sami przemalowaliśmy na czarno, by ukryć ich zużycie, za
pewnienia z Komisji EWG, że dostaniemy jakieś ich wydawnictwa do biblioteki.
Skrzyknęliśmy zainteresowanych i rozpoczęliśmy rekrutację.
W roku 1997 wycofałam się z pracy administracyjno-organizacyjnej w Cen
trum ze względu na chorobę mojej Matki. Ale jestem z nim do dziś emocjonalnie
związana i podejmuję merytorycznie istotne wysiłki, by ugruntowywać tam zna
czenie antropologii. Ojej miejsce trzeba zawsze walczyć. Pozycja prawa i eko
nomii jest jasna, politolodzy w obecnym klimacie dyskusji politycznych są „na
fali”, mimo ewidentnego braku warsztatu. Socjologia jest uznawana, choć nie
zawsze uważana za konieczność, o antropologię wciąż należy walczyć. A prze
cież od drugiej połowy lat 80. XX wieku antropologowie prowadzili już znaczą
ce badania integracji europejskiej i - szerzej - kultury europejskiej. Nazwiska
Jerem y’ego Boissevaina, Erica R. Wolfa, Marca Abélèsa, Irene Bellier, Maryon
McDonald, Michaela Herzfelda, Michaela Jacksona i wielu innych były już do
brze znane, działała ECSA - European Community Studies Association, działa
„Moje życie naukowe można sprowadzić do próbowania kolejnego klucza...”
345
ło Europejskie Stowarzyszenie Antropologów Społecznych (EASA, od 1989 r.).
Badania procesu integracji europejskiej były prawdziwym wyzwaniem dla antro
pologów. Przeniesienie przez Boissevaina w 1958 roku zasady intensywnej pracy
terenowej na Maltę to był dopiero początek. Takie badania ujawniały mechani
zmy tworzenia norm więziotwórczych i ich instytucjonalizację, system sankcji
społecznych, sposoby realizacji wartości, i to, co Malinowski nazywał „imponderabiliami” życia codziennego. Były prowadzone w duchu idei Malinowskiego
i Firtha. Tymczasem następowało przesunięcie pola badań antropologicznych
w kierunku mechanizmów tworzenia kultury, powstawania różnic jednostko
wych i grupowych i ich interpretacji, ich instytucjonalizacji, nadawania znaczeń
i symbolizacji, komunikowania się i samorealizacji jednostki, zgodnie lub prze
ciw przyjętemu kanonowi wartości. Wzorem i inspiracją stawały się książki Mary
Douglas, Benedicta Andersona, Clifforda Geertza, Jamesa Clifforda, a indywidu
alne drogi wypracowywali sobie Michael Herzfeld, Michael Jackson, Kirsten
Hastrup, Pnina Werbner. Kultura w ich ujęciu nie opierała się na ramach stwo
rzonych przez strukturę społeczną (choćby to miał być system pokrewieństwa,
tak jak postulował Malinowski), ale dzięki systemowi znaczeń tworzyła wspól
noty komunikowania się. Tego typu badania, prowadzone w Europie, nastręczały
szczególnie dużo trudności metodologicznych, stanowiły prawdziwe wyzwanie.
Projekt badania infrastruktury kultury, który opracowałam dla problemu „Podsta
wy kultury europejskiej”, został wykorzystany przeze mnie do wykładu „Antro
pologia Nowej Europy”. Nie miałam wątpliwości, że znacznie różni się pom y
słem od ujęć socjologicznych czy politologicznych. Zadawałam sobie pytanie,
czy nie jest to przypadkiem bardziej historia kultury niż antropologia. I doszłam
do wniosku, że nie. Tym, co różni mój wykład od wykładu z historii kultury, jest
przede wszystkim punkt wyjścia. To pytanie, co dziś łączy kulturę europejską
i co zdecydowało o jej obecnym kształcie. Zdecydowały o tym ogarniające co
raz szersze połacie Europy mechanizmy wymiany idei, mobilność ludzi, różna
w różnych epokach, ale zawsze znaczna, sieci miejskie, handlowe, kulturowe,
edukacyjne, style artystyczne i estetyczne, filozofia. Badając wynalazki specy
ficznie europejskie, jak miasta powstałe po XI wieku, uniwersytety, prawa czło
wieka, instytucje demokratyczne i obywatelskie, antropolog stawia inne pytania
niż politolog lub socjolog. Antropolog przecież wychodzi w badaniu od tego,
co tw orzą i jak to przeżywają zwykli ludzie w swoich wspólnotach rodzinnych,
lokalnych, religijnych, etnicznych etc. Antropolog korzysta z doświadczeń po
przedniej generacji, skupionej na całościowych (monograficznych?) badaniach
małych społeczności, by dopiero potem, wzorem Geertza, sytuować je wobec
wspólnot o ponadlokalnym czy wręcz globalnym charakterze.
Mało mnie m artwią granice między naukami, czemu już dałam wyraz w tym
tekście. Kulturoznawcy, jak do tej pory, bardziej zajm ują się kulturą tworzoną
dzięki mediom, kulturą popularną - taka jest w końcu geneza kulturoznawstwa,
że zajęli pole popkultury. Podobnie do antropologów zajm ują się treściami kul
346
Zofia Sokolewicz
tury, ale ich podstawowym źródłem jest tekst pisany, śpiewany etc. Niektórzy
z antropologów kontynuują trend z lat 70. XX wieku, posługując się także kate
gorią tekstu kultury. Zyskała ona wielkie poparcie w Writing Culture... i semina
rium w Santa Fe (w 1984 r.). Ja sama wiążę antropologię z kategorią działania,
sprawstwa. W moim rozumieniu to między innymi dzieli nas od kulturoznawców. A gdy dochodzi do wymiany idei, pomysłów, kategorii, nawet metod,
to chyba nic złego się nie dzieje. To normalny proces w nauce.
Trudniej mi odpowiedzieć na pytanie o związek nauki z polityką. Z czasów
PRL wyniosłam wręcz alergię na przypisywanie jakimkolwiek twierdzeniom
znaczenia politycznego. W tamtych czasach wszystko było polityką. Wykluczona
była neutralność, obiektywizm. A o tym marzyłam. Tymczasem właśnie w antro
pologii zachodniej utrwaliło się przekonanie, że nasza działalność badawcza ma
charakter polityczny. Już w latach 70. XX wieku zetknęłam się ze szwajcarskimi
i francuskimi antropologami, którzy twierdzili, że na przykład w Ameryce Połu
dniowej niebezpiecznie jest być antropologiem, że wielu z nich ginie z powodu
oskarżeń o działania na korzyść Indian i latynoskich rolników, uświadamiania
im ich praw i informowania o prawnych drogach dochodzenia do sprawiedliwo
ści. Jean Copans przywiózł w 1978 roku do Warszawy książkę Anthropologie
et impérialisme (Copans, dir., 1975), z wypowiedzią samego M aurice’a Godeliera na temat kolonializmu. Sytuacja Indian w Ameryce Południowej była mi zna
na, wiedziałam, że praktycznie wszędzie ludność rdzenna była źle traktowana,
a w mateczniku demokracji, w USA, Indianie pełne prawa obywatelskie uzyskali
dopiero w toku reform integracyjnych w 1964 roku. O Indianach Ameryki Łaciń
skiej pisał Zbigniew Marcin Kowalewski, jeden z „młodych gniewnych” lat 60.
XX wieku z Łodzi. Ale mimo tej wiedzy, znużona jej upolitycznieniem w PRL,
w duchu dążyłam do neutralności nauki. I po 1989 roku stanęłam twarzą w twarz
z moimi młodymi kolegami, między innymi z „(op.cit.,)”, którzy wiedzę i naukę
łączyli z władzą (Michel Foucault), którzy, jak Teun A. van Dijk, tworzyli teorie
ujawniające manipulacje językowe w komunikacji, umożliwiające podporządko
wanie sobie ludzi. Po lekturze Victora Klemperera (1983) nie było to właściwie
nic nowego. Ale mimo to nie mogę się pogodzić z istnieniem tak ścisłej zależ
ności między wiedzą, nauką i władzą. Zostałam wychowana na wzorze „czystej”
nauki, zostałam tym naznaczona. I zbyt często spotykałam się z nadużywaniem
nauki przez władzę, by do końca nie bronić tej, nawet iluzorycznej, niezależno
ści. To bardzo bolesne.
Czy naprawdę nie mogę badać procesu integracji europejskiej, nie opowiada
jąc się ani po stronie euroentuzjastów, ani eurosceptyków? Czy przyjęcie zało
żenia o istnieniu wspólnych cech kultury europejskiej stawia mnie po jednej ze
stron? Muszę zaprotestować, choć wiem, że polityka kulturalna państwa człon
kowskiego Unii Europejskiej wpływa na ludzką świadomość, że to, jak traktu
jem y nasze dziedzictwo kulturalne, współdecyduje o naszych postawach wobec
projektów integracyjnych. Ale staram się to konstatować, unikając, jak ognia,
„Moje życie naukowe można sprowadzić do próbowania kolejnego klucza...”
347
emocji. I trzymając się od politycznych działań tak daleko, jak to tylko możliwe.
Czy to znaczy, że jestem Piłatem? Może raczej staram się realizować Weberowski postulat niewartościowania tego, co m ów ią twierdzenia naukowe. Widocznie,
uznając nowe kierunki badań, nowe pytania, nowe propozycje metodologiczne,
nie mogę się z nimi całkowicie identyfikować, pozostając wierna temu, co przy
jęłam w młodości. Można nauczyć się wielu języków (w tym teoretycznych), ale
tylko j eden j est j ęzykiem rodzimym.
Integrująca się Europa i jej badanie to rzeczywistość i problematyka o niezwy
kłej doniosłości dla nas wszystkich. Włączając się w te badania potwierdziła Pani
konieczność zajmowania się w ramach etnologii także sprawami uznawanymi przez
opinię społeczną za ważne. W artykule zamieszczonym ostatnio w „(op. cit.,).”
znalazłem Pani stwierdzenie: „Nie ma odpowiedzialności etnografii, je st indy
widualna odpowiedzialność etnografów ”. Na czym polega zatem odpowiedzial
ność etnografii za przygotowanie owych indywidualnie odpowiedzialnych etno
grafów?
Sądzę, że słowem kluczem jest tu „otwartość”. Przypomina mi się w tym m o
mencie tytuł książki Maxa Gluckmana Closed Systems and Open Minds... (Gluckman 1964). Dowodził on, że nie jest błędem badanie społeczeństw jako syste
mów, ale błędem jest zamykanie się na ich dynamikę, indywidualne przypadki
etc. Wszystkie instytuty etnografii/etnologii i antropologii kulturowej w Polsce
stanowią część jednego systemu edukacyjnego. Ale nasze nauczanie jest różne,
na szczęście. Zapewniamy dzięki temu różnorodność. Różne podejścia do kul
tury pozwalają na wielokierunkowe jej badania. Wtedy okazuje się, że jedne są
bardziej efektywne w tym sensie, że lepiej wyjaśniają nam rzeczywistość, inne
mniej. Dochodzi do naturalnej selekcji. W czasach PRL, jak już wspomniałam,
dochodziło do prób ujednolicenia programów ze strony państwa. Spaliły one fak
tycznie na panewce. Teraz mamy też dążenia do pewnego ujednolicenia w skali
Unii Europejskiej, podyktowane chęcią ułatwienia studentom przenoszenia się
z uczelni na uczelnię, z możliwością zaliczania dotychczasowego okresu i treści
studiów. Wyraża się to między innymi w nowym typie sylabusów, przedmiotów
oferowanych przez uczelnię. Budzą one silne protesty ze strony kadry nauczają
cej, obawiającej się zbytniego ujednolicenia, odejścia od tak ważnych na studiach
programów autorskich, podporządkowania się biurokracji. Tak więc różnorod
ność byłaby drugim słowem-kluczem w edukacji etnografów. A wrogiem tak
rozumianej otwartości i różnorodności byłby wszelkiego rodzaju fundamenta
lizm naukowy podparty wyborem jednej, tylko prawdziwej, drogi i wiary w nią.
Współczesny antropolog powinien znać szereg języków teoretycznych, umieć
posługiwać się nimi i ważyć rezultaty. Nie myślę tu o skrajnym relatywizmie
poznawczym, ale o realizmie. Nikt z nas nie ma monopolu na prawdę, jednak
wszyscy do niej dążymy, każdy według swej najlepszej wiedzy. W tej sytuacji
348
Zofia Sokolewicz
wymiana informacji o sposobach badania i ich rezultatach, wymiana myśli, życz
liwa refleksja nie dyskredytująca innych teorii a limine, ale jednak krytyczna,
byłaby niezwykle ważna.
Mamy obecnie w świecie coraz częściej do czynienia z takim dialogiem. Kie
dyś, gdy Malinowski w Culture, w haśle do International Encyclopaedia o f So
cial Sciences, odsądził od czci i wiary szkołę kulturowo-historyczną, zamknął
tym samym drogę do jakiejkolwiek wymiany myśli między funkcjonalizmem
a tą szkołą. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, nie byłaby ona bezowocna. Po
dobnie nie było dialogu między Moszyńskim i Dobrowolskim, i większością ich
uczniów. Anna Kutrzeba-Pojnarowa, osoba dialogu, była tu na pewno jednym
z nielicznych wyjątków.
Ważne jest, by zrozumieć racje drugiego człowieka: naszego rozmówcy, na
szego kolegi. Ale w tym celu trzeba się nieco, a czasami dużo, natrudzić. Trzeba
odsłonić przesłanki jego rozumowania i na chwilę zawiesić swoje własne.
Jest to trudne. Rewolucje rzadko są aksamitne, te w nauce też bywają gwał
towne, o czym świadczy nasza własna historia. Czy zmiana może dokonać się
bez egzekucji przeciwnika, hasła „zabić ojca”, zdyskredytowania przeszłości?
Gdyby za taką zmianę uznać Writing Culture..., to chyba tak. Po prostu wiele
osób do niej dojrzało, widząc, że wyczerpują się możliwości eksplanacyjne do
tychczasowych teorii.
Tak więc historia etnologii jest przedmiotem, który może doskonale wprowa
dzać właśnie w ową różnorodność podejść, przyszłych i obecnych. Tylko musi
być ujęta jako kolejne wyłanianie się pytań badawczych, ich odnoszenie do ogól
nej sytuacji nauk w danym okresie, poszukiwanie sposobów rozwiązania proble
mów metodologicznych. To musi być bardzo dynamicznie ujęta historia, wycho
dząca od dzisiejszych naszych dylematów, niekoniecznie od Homera i Herodota,
choć o nich też nie można zapominać. Widzę historię etnologii niejako ewolucję
myślenia o ludzkiej różnorodności, przegląd kolejnych definicji kultury, ale jako
proces selekcji i wyborów dokonywanych przez kolejne pokolenia uczonych, bez
względu na to, czy się nazywali etnografami, etnologami czy antropologami, teo
rii wyjaśniających powstanie różnic w obrębie kultury ludzkiej i przydawania im
znaczeń. A niestety, i różnice i znaczenia miały zazwyczaj polityczne konotacje.
Tak ja k rozległy je st zakres zainteresowań badawczych Pani Profesor, tak
równie szerokie są plany dalszych prac. Oczekujemy dzieł interesujących i waż
nych. Czy będą to prace z zakresu antropologii integrującej się Europy, antropo
logicznej teorii kultury czy historii etnologii? Co je st obecnie przedmiotem Pani
szczególnego zainteresowania?
Moje ostatnie teksty, zarówno do tomu ofiarowanego Ani Zadrożyńskiej (So
kolewicz 201 Ob), jak i do „Etnografii Nowej”, poświęconej Jackowi Olędzkie
mu (Sokolewicz 201 Oa), m ają charakter wspomnieniowy, podobnie jak niniejszy
„Moje życie naukowe można sprowadzić do próbowania kolejnego klucza...”
349
tekst. Przerwałam na chwilę swoje prace nad polityką kulturalną Unii Europej
skiej i Rady Europy. Wróciłam jednak do „obywatelstwa i narodowości”, dzięki
konferencji w SWPS. To ciekawe, jak szybko zmienia się rzeczywistość wokół
nas. Gdy w drugiej połowie lat 80. XX wieku rozpoczęłam swoją refleksję na ten
temat, wydawało mi się, że wcielenie w życie idei społeczeństwa obywatelskiego
rozwiąże wszelkie problemy grup mniejszościowych. Będziemy obywatelami!
Gdy w Traktacie z Maastricht (1992 r.) zawarto artykuł o obywatelstwie europej
skim, sądziłam, że to dalszy krok w tym kierunku i powtarzałam za Edwardem
Shilsem, że społeczeństwo obywatelskie to odpowiedź na wielokulturowość. Ale
po latach stało się jasne, że były to płonne nadzieje, że tak się nie stało! Wokół
obywatelstwa toczą się spory, państwa narodowe prowadzą politykę restrykcyjną
w tym zakresie, obywatelstwo Unii Europejskiej nie ułatwiło rozwiązania sytu
acji Romów we Francji w 2010 roku i ponownie szukamy lepszych rozwiązań.
Od lat 90. XX wieku, w związku z pracą w Centrum Europejskim, zaintere
sowałam się kulturowymi kontekstami praw człowieka. Ich wprowadzenie do
praktyki życia politycznego i społecznego w Polsce bardzo nas zmieniło. Nie
wyobrażam sobie spraw o molestowanie seksualne dzieci w rodzinie lub przez
osoby z zewnątrz w latach 60. czy 70., nie dlatego, że Polską rządzili komuniści,
ale że opinia publiczna (i prawo) kwalifikowała te przestępstwa jako sprawę ro
dzinną. A teraz mówimy o godności dziecka nie tylko w duchu nauczania Jana
Pawła II, ale na skutek oddziaływania praw człowieka. Te ostatnie nie działają
jednak w próżni, lecz w określonym środowisku kulturowym, w którym ludzie
uznają, że prostytutkę można lub nie można zgwałcić, a „dziateczki Duch Boży
rózeczkąbić każe”. Uznałam te sprawy za niezmiernie interesujące. Od czterech
lat prowadzę wykład na ten temat, a materiały w nagromadzonych teczkach są
sygnałem, że trzeba zacząć pisać.
Przy okazji przemyśleń na ten temat budzi się we mnie refleksja na temat
antropologii Nowej Europy, ściślej - antropologicznych kategorii umożliwiają
cych analizę. N a przykład, wydanie przez Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiel
lońskiego z inicjatywy nieocenionego Mariusza Czaji Zagadki daru M aurice’a
Godeliera, praca Janusza Barańskiego na ten sam temat i, niepublikowana nie
stety, praca doktorska Anny Ostrowskiej (po rocznych stacjonarnych badaniach
terenowych) na temat wymiany darów na wsi podlaskiej, skłoniły mnie do uzna
nia, że dar i wymiana są nadal podstawowymi kategoriami analityczno-interpretacyjnymi w Nowej, to znaczy integrującej się i ponowoczesnej Europie. Ale
czy będę w stanie przemyśleć sobie inne jeszcze kategorie? I zdążyć to napisać,
zanim całkiem oślepnę? Nie mam poczucia obowiązku, jakie mi niewątpliwie
towarzyszyło przy pisaniu Wprowadzenia do etnologii. Dziś wokół mnie działa
silna grupa młodych doktorantów i doktorów, których obecność dobrze świadczy
o naszym projekcie edukacyjnym. Oni m ają potrzebę ekspresji w piśmie, nie
tylko w słowie mówionym. I publikują wiele niezmiernie ciekawych prac. Jeżeli
więc myślę o tej antropologii Nowej Europy, to nie dlatego, że nie widząc żad
Zofia Sokolewicz
350
nego (łącznie z książką Chrisa Hanna, 2008) aktualnego podręcznika, odczuwam
obowiązek napisania czegoś. Nie. Jeżeli o tym myślę, to dlatego, że sprawia mi
to przyjemność i mam grono studentów i kolegów, z którymi będę mogła się
tymi przemyśleniami podzielić, pogadać, poczuć, że nadal jestem członkiem tej
etnologicznej wspólnoty.
Od połowy lat 80. XX wieku uczę się całkowicie nowej antropologii. Dysku
sja: science czy art, która ominęła polską etnografię w XIX wieku, pod koniec
wieku XX dotarła do nas. Nie wydaje się jednak, że - podważając pojęcia obiek
tywizmu i reprezentacji - byliśmy gotowi do opowiedzenia się zdecydowanie
po jednej stronie sporu. Przyznając hermeneutyce należne jej miejsce (Joanna
Tokarska-Bakir), uznając własne doświadczenie i doświadczanie (Hanna Magda
lena Zowczak, Tomasz Rakowski), ograniczając obiektywizm na rzecz interpretatywizmu, jesteśm y raczej gotowi na podjęcie prób łączenia jednego i drugiego
modelu (Michał Buchowski), znosząc - za Pierrem Bourdieu - podstawowe opo
zycje modelu twardej nauki: jednostka - społeczeństwo; podmiot - przedmiot;
empiria - rozum; subiektywizm - obiektywizm. Czy jednak takie „siedzenie na
dwóch stołkach” jest wygodne, a co ważniejsze, skuteczne? Na razie śledzę z za
interesowaniem toczącą się dyskusję.
To, co mnie w życiu nękało, to nadmiar zainteresowań. Może więc przyszedł
czas, by się skupić na jednym? Na kondycji człowieka w dzisiejszym, zmienia
jącym się świecie.
LITERATURA
Baudouin de Courtenay-Ehrenkreutz-Jędrzej ewiczowa C.
2005
Łańcuch tradycji. Teksty wybrane, wybór L. Mróz, A. Zadrożyńska,
Warszawa: Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego.
Benedyktowicz Z., Robotycki C. (red.)
1985
Szkice ipróby etnologiczne. Materiały z sesji naukowych studentów Katedry
Etnologii Słowian UJ oraz Katedry Etnologii i Antropologii Kulturowej
UW, „Studenckie Zeszyty Naukowe Uniwersytetu Jagiellońskiego” 4: 1,
Kraków.
Birket-Smith K.
1974
Ścieżki kultury, przeł. K. Evert-Vaedtke, T. Evert, Warszawa: Wiedza Pow
szechna.
Bystroń J.S.
1926
Wstęp do ludoznawstwa polskiego, Lwów: Lwowska Biblioteka Slawi
styczna.
1935
Megalomania narodowa, Warszawa: Rój.
1936
Kultura ludowa, Warszawa: Nasza Księgarnia; wyd. 2, 1947, Warszawa:
Trzaska, Evert i Michalski.
1939
Komizm, Lwów: Książnica Atlas.
Etnografia Polski, Warszawa: „Czytelnik”.
1947
„Moje życie naukowe można sprowadzić do próbowania kolejnego klucza...”
1980
351
Tematy, które mi odradzano. Pisma etnograficzne rozproszone, wybrał
i opracował L. Stomma, Warszawa: PIW.
Bystroń J., Dynowski W.
1948
Kultura ludowa i ludoznawstwo w Polsce, Warszawa: Czytelnik.
Clifford J.
1988
The Predicament o f Culture: Twentieth-Century Ethnography, Literature
and Art, Cambridge: Harvard University Press.
Clifford J., Marcus G.E. (eds.)
1986
Writing Culture: the Poetics and Politics o f Ethnography, Berkeley: Uni
versity of California Press.
Condorcet J.A. de
1957
Szkic obrazu postępu ducha ludzkiego poprzez dzieje, przeł. E. Hartleb,
J. Strzelecki, Warszawa: PWN.
Copans J. (dir.)
1975
Anthropologie et impérialisme, Paris: F. Maspero.
Dobrowolski K., Woźniak A.
1976
Historyczne podłoże polskiej kultury chłopskiej, w: M. Biernacka i in.
(red.), Etnografia Polski. Przemiany kultury ludowej, t. 1, Wrocław: Zakład
Narodowy im. Ossolińskich, s. 59-90.
Dynowski W.
1934
Barwne kufry chłopskie z okolic Wileńszczyzny i Polesia, Wilno: Instytut
Naukowo-Badawczy Europy Wschodniej.
1935
Sztuka ludowa Wileńszczyzny i Nowogródczyzny, Wilno: Księgarnia
św. Wojciecha.
1949
Historycyzm w sztuce ludowej, cz. 3, „Polska Sztuka Ludowa” 3: 1-2.
1968
Współczesna Mongolia, Wrocław: Zakład Narodowy im. Ossolińskich.
Engelking A.
2006
Józef Obrębski - etnolog i socjolog warszawski, „Sprawy Narodowościowe.
Seria nowa” 29, s. 91-107.
Firth R. (ed.)
1957
Man and Culture: An Evaluation o f the Work o f Malinowski, London:
Routledge and Kegen Paul.
Fraser D.
1976
Sztuka prymitywna, przeł. M. Żułkoś-Rozmaryn, Warszawa: Wydawnictwa
Artystyczne i Filmowe.
Gluckman M.
1964
Closed Systems and Open Minds: the Limits o f Naivety in Social Anthro
pology, Edinburgh: Oliver and Boyd.
Gładysz M. (red.)
1963-1966 Stare i nowe Siołkowice, cz. 1-2, Wroclaw: Zakład Narodowy im. Ossolińskich.
Godelier M.
2010
Zagadka daru, przeł. M. Hóffner, Kraków: Wydawnictwo Uniwersytetu
Jagiellońskiego.
Hann C.
2008
Antropologia społeczna, przeł. S. Szymański, Kraków: Wydawnictwo Uni
wersytetu Jagiellońskiego.
352
Zofia Sokolewicz
James A., Hockey J., Dawson A. (eds.)
1997
After Writing Culture: Epistemology and Praxis in Contemporary Anthro
pology, London, New York: Routledge.
Karłowicz J.
1884
Chata polska. Studium lingwistyczno-archeologiczne, „Pamiętnik Fizjo
graficzny” 4, s. 383-411.
Klemperer V.
1983
LTI. (Lingua Tertii Imperii - Język Trzeciej Rzeszy). Notatnik filologa,
przeł. J. Zychowicz, Kraków: Wydawnictwo Literackie.
Kloska G.
1981
Falsyfikacjonizm K.R. Poppera a twierdzenia etnologii, „Etnografia Pol
ska” 25: 1, s. 29-46.
Kutrzeba-Pojnarowa A.
1995
„Etnologia jest zawsze jakby in statu nascendi... ”. Odpowiedzi na pytania
Zbigniewa Jasiewicza, „Lud” 78, s. 397-427.
Kutrzeba-Pojnarowa A. (red.)
1962-1965 Kurpie. Puszcza Zielona, 1.1-3, Wrocław: Zakład Narodowy im. Ossolińskich.
Leach E.R.
1954
Political Systems o f Highland Burma, London: G. Bell and Sons.
Lévi-Strauss C.
1949
Les structures élémentaires de la parenté, Paris: Presses Universitaires de
France.
1958
Anthropologie structurale, Paris: Plon; 1. wyd. poi. Antropologia struk
turalna, przeł. B. Suchodolski, Warszawa: PIW 1970.
1962
La pensée sauvage, Paris: Plon; 1. wyd. pol. Myśl nieoswojona, przeł.
A. Zajączkowski, Warszawa: PWN 1969.
1983
Le regard éloigné, Paris: Plon.
Malinowski B.
1980
Zwyczaj i zbrodnia w społeczności dzikich, przeł. J. Obrębski, w: Dzieła,
t. 2, Warszawa: PWN, s. 7-96.
Moszyński K.
1958
Człowiek. Wstęp do etnografii powszechnej i etnologii, Wrocław: Zakład
Narodowy Ossolińskich.
1967
Kultura ludowa Słowian, t. 1-2, Warszawa: Książka i Wiedza; 1 wyd. 1929
-1939, Kraków: Polska Akademia Umiejętności.
Obrębski J.
2007
Polesie. Studia etnosocjologiczne, Warszawa: Oficyna Wydawnicza.
Poniatowski S.
1932
Etnografia Polski, w: Wiedza o Polsce, t. 3, Warszawa: „Wiedza o Polsce”,
s. 191-334.
Popper K.R.
1945
The Open Society and Its Enemies, vol. 1-2, London: Routledge, 1. wyd.
poi. Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie, przeł. T. Korczyc, NOWA,
1987.
Sokolewicz Z.
1974
Wprowadzenie do etnologii, Warszawa: PWN.
„Moje życie naukowe można sprowadzić do próbowania kolejnego klucza...”
1977
1979
353
Eléments communs dans les rites du cycle estival (d’été) des Slaves Nord-Orien
taux et des Slaves des Balkans, „Makedonski Folklor” 10: 19-20, s. 15-18.
Kierunki badań etnograficznych nad etnogenezą Słowian (Wprowadzenie do
konferencji na temat: elementy wspólne w kulturze Słowian południowych
i północno-wschodnich, poświęconej pamięci Kazimierza Moszyńskiego
i Józefa Obrębskiego, zorganizowanej w dniach 25-27X 1977przez Komitet
Słowianoznawstwa PAN i Katedrę Etnografii UW), „Etnografia Polska”
23:2, s. 61-70.
1987
2010a
201 Ob
Witold Dynowski (23.08J903-31.07.1986). Profesor etnografii Uniwer
sytetu Warszawskiego, założyciel i naczelny redaktor „Etnografii Pol
skiej”, „Etnografia Polska” 31: 1, s. 13-17.
Jacek Olędzki: jakim go pamiętam, „Etnografia Nowa” 2, s. 29-39.
Rewolucja, konfliktpokoleń czy kumulacja doświadczeń -zmianapytań badaw
czych w etnografiipolskiej po II wojnie światowej, w: A. Malewska-Szałygin,
M. Radkowska-Walkowicz (red.), Antropolog wobec współczesności.
Tom w darze Profesor Annie Zadrożyńskiej, Warszawa: Instytut Etnologii
i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Warszawskiego, s. 15-35.
Sokolewicz Z., Drewnowski T.
1964
Dzicy i cywilizowani. Z profesorem C. Lévi-Straussem rozmawiają Z. So
kolewicz i T. Drewnowski, „Polityka” 4.07, s. 1, 9.
Sokolewicz Z. i in.
1981
Metody etnologii, cz. 1, Warszawa: Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego.
Sokolewicz Z. (red.)
1969
Etnologia. Wybór tekstów, Warszawa: PWN.
Szyfelbejn Z.
1955
Próba oceny wartości materiałów Oskara Kolberga dla badań nad kulturą
materialną Kurpiowszczyzny, „Lud” 42, s. 264-293.
Szyfelbejn-Sokolewicz Z.
1967
Plon, obrzęd i widowisko. Próba etnologicznego ujęcia obrzędów i zwy
czajów rolniczych, Wrocław: Zakład Narodowy Ossolińskich.
Tatarkiewicz W.
1931-1950 Historia filozofii, t. 1-2, Lwów: Wydawnictwo Zakładu Narodowego
im. Ossolińskich; t. 3, Kraków: Czytelnik.
Terlecka M. (red.)
1973
Historia etnografii polskiej, Wrocław: Ossolineum.
Turkowski L.
1968
Prof, dr Cezaria Baudouin de Courtenay-Ehrenkreutz-Jędrzejewiczowa.
Wspomnienie, „Lud” 52, s. 357-360.
Turner V.
1957
Schism and Continuity in an African Society: A Study o f Ndembu Village
Life, Manchester: Manchester University Press.
Waligórski A.
1973
Antropologiczna koncepcja człowieka, Warszawa: PWN.
Wasilewski J.S.
1989
Tabu a paradygmaty etnologii (rozprawa habilitacyjna), Warszawa: Uni
wersytet Warszawski.
354
Zofia Sokolewicz
Wundt W. M.
1904
Völkerpsychologie. Eine Untersuchung der Entwicklungsgesetze von
Sprache, Mythus und Sitte, Leipzig: Kröner.
Zadrożyńska-Barącz A.
1968
Fenomenologiczna koncepcja historii i kultury. Zastosowanie w polskich
badaniach etnograficznych, „Etnografia Polska” 12, s. 15-28.
Zawistowicz-Adamska K.
1958
Społeczność wiejska: wspomnienia i materiały z badań terenowych. Zaborów
1937-38, wyd. 2, przejrzane i uzup., Warszawa: Ludowa Spółdzielnia
Wydawnicza.