e4f54c6c167df6875a409a6ad36dd290.pdf

Media

Part of Innego końca świata nie będzie / Barbarzyńca 2013 nr 1(19)

extracted text
ońca świata
me będzie
z Anną

Zadrożyńska

rozmawia Filip W r ó b l e w s k i

1

Anna Zadrożyńska: Jeśli mam o sobie mówić, to
proszę o szacunek, bo świat ujrzałam rok przed
wybuchem światowej wojny

Sęk w tym, że nie jestem z Krakowa, czy raczej - nie
całkiem. Jestem Hutasem, pochodzę z Nowej Huty,
a to robi sporą
różnicę.

Filip W r ó b l e w s k i : Skoro gramy w ten
miejsce urodzenia?

Aha! Rozumiem. No, to jest po prostu życio­
rys. Kontynuując, cała moja rodzina właśnie ze
stolicy się wywodzi: ojciec i jego rodzina, mama
też, chociaż już jej rodzice przybyli tu z różnych
stron Polski.

sposób:

Warszawa, jestem warszawianką, dla krako­
wiaków: niestety!
Jak to

„niestety"?

...to odwołanie się do stereotypu, krakowia­
kom podobno nie należy w ogóle wspominać
o warszawskości.

Przed wojną zamieszkaliśmy na warszawskim
Żoliborzu. Tu, podczas okupacji, rozpoczęłam edu­
kację w klasztornym przedszkolu, potem prawie do
matury nadal „byłam w klasztorze" Sióstr Zmar­
twychwstanek. To dość długo, nabiera się wtedy

Niniejszy materiał stanowi fragment rozmowy przeprowadzonej w ramach projektu badawczego „Etnografia jako
doświadczenie osobiste. Generacyjne uwarunkowania przemian metodologii i praktyk badawczych" realizowanego
w latach 2011-2013, finansowanego przez Narodowe Centrum Nauki (grant numer 2011/01/N/HS3/03273).
Wypowiedź autoryzowana.

1 (19) P 0 1 9

BARBARZYŃCA

Wywiad

8

BARBARZYŃCA

1 (19) P019

9

I n n e g o k o ń c a ś w i a t a nie b ę d z i e
pewnego stylu, ale i wiedzy, np. o dorocznym cyklu
świętowania, o świętych pańskich, o katolickich
(wyłącznie!) ceremoniach i obrzędach. A to już jest
materia do wykorzystania wiele lat później w etno­
graficznych studiach i naukowej refleksji. To taki
jasno sprecyzowany punkt widzenia do badań nad
świętowaniami w Polsce. Tym zresztą zajmowałam
się przez pewien czas. I dość, porzuciłam temat, bo
tak naprawdę świąt bardzo nie lubię. Obchodzę je
z daleka. Często wtedy wyjeżdżam nad morze.
Ale tam też są święta,

choćby

którym towarzyszy kościelna komercja. Dopiero
na nie nakłada się komercyjność świecka. Nato­
miast 11 Listopada dotyczy Narodu i Państwa,
a one nie dysponują środkami nadprzyrodzonego
przymusu. Moglibyśmy się po prostu wspólnie
cieszyć, ale tego nie mamy w tradycji. Tradycji
uczymy się w dzieciństwie. We własnym doro­
słym życiu miałam oczywiście czas, gdy powta­
rzałam to, czego nauczyłam się w domu: wielka¬
nocne mazurki (które pewnego roku rozbawieni
goście zjedli już w Wielki Piątek), jedwabiste,
p cirzone drożdżowe baby i aromatyczne, aksa­
mitne bożonarodzeniowe makowce. Wyrób ciasta
p cirzone20 to był rodzinny prawie rytuał sprzed
kilku pokoleń. Robiło się je przyna mniej dwa¬
dzieścia godzin albo dobę. Samo ciasto wymagało
trzykrotnego wyrośnięcia i na dodatek wsoania
łego wyrobienia do wyrośnięcia. Wyrabiało sie ie
orzy oomocy młodych ludzi Mamy nasze mia y
trochę takie reumatyczne dłonie
Służyła do
tepo snecialna niecka ona ieszcze do tei nory iest
u rodziny mojego brata w Fałenicy Specjalna
niecka — tego nier obiło sie z dwóch kilogramów

Bożego Narodzenia.

Ale tam da się je ominąć. Tam Boże Narodze­
nie jest naprawdę świętem rodzinnym i delikatne
wymówienie się od zaproszenia jest przyjmowane
z wdzięcznością. Co innego Wielkanoc, ona
otwiera wrota domów na ludzi.
Powiem, że to jest dość śmiałe wyznanie, jak na
osobę, która napisała kilka książek na ten temat .
1

Przecież się do tego przyznałam. W pierw­
szym zdaniu Powtarzać czas początku (i Światów,
zaświatów)
napisałam: „świąt można nie lubić".

r yiko
Ik z, n
rn r b
l V Ustarczyło.
t AAle
l'
piętnastu
DyHI wszystkicn
r

to było ciasto jak aksamit, ono wreszcie musiało

wyrosnąć było opieczone a po wyjęciu z pieca
Zwłaszcza, że Boże Narodzenie zaczyna sie tuż
po Wszystkich Świętych...
Tylko sie dziwić naszej
narodowej niegospodarności,
skoro nie
zrobiliśmy
nic z U Listopada.

mu
. * °
! ,
° {I
^ "" można je było jesc do Wielkanocy, jeśli by czło­
0 p a

St0

a

aS

lo był przepis sprzed Hus pokoleń, jednym siowem — święto.

Dalej Pani twierdzi, że nie lubi

Zob.: A. Zadrożyńska, T.M. Ciołek, J. Olędzki, Wyrzeczysko. O świętowaniu w Polsce, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1976; A. Zadrożyńska,
t

^ylb Z ^ ^ ^ " ^ Z ^ ,

C1

wiek wytrzymał, bo ono się nie starzało w ogolę,

To są odmienne świętowania. Doroczny cykl
świąt katolickich wymusza przestrzeganie reguł,
2

C

świąt?

Lubiłam. Święta to był smak, zapach i emocje
dzieciństwa, może też i młodości. Wtedy była w nich
^

^ ,

Warszawa 1986; idem, Powtarzać czas początku, cz.

widzę w świętowaniu tylko biesiadowanie. Czy biesiadowanie ma w sobie cokolwiek tajemniczego?
Gdy przygotowania do świąt zaczynały się na kilka

ty zaświaty O tradycji wietowań w Polce Twój Styl
WaSzawa2000; idL, Świętowania polskie. Przewódnikpo tradycji, Twój Styl, Warszawa 2002.

^g ^
ś m e j , gdy myślało się np. o wigilijnych podarunkach dla ludzi bliskich, gdy właściwie
wszystko bywało problemem, bo najprostsze zakupy

1 (19)

P019

BARBARZYŃCA

0

1w c z e

10

Wywiad

(to okupacja i PRL były czasem mojego dzieciństwa
i nawet młodości) wymagały nie tylko pieniędzy,
ale głównie inwencji i zaradności, wszystko stawało
się niespodzianką. A co dopiero, gdy w wigilijny
wieczór, ku zdumieniu dzieciarni, u drzwi stawał
prawdziwy Święty Mikołaj (zresztą od dawna już
bardziej krasnala przypominający niż świętobli¬
we go biskupa sprzed wieków). Do pewnego czasu
właściwie chyba wierzyliśmy w jego istnienie, aż do
momentu obnażenia tego oszustwa. U nas robiło
się takie „centralne" Wigilie. I jeden, jedyny stryj,
którego nigdzie nie aresztowali i którego wojna
nigdzie nie rzuciła przebierał sie za Mikołaja Do
pewnego czasu właściwie wierzyliśmy w to że to jest
Święty Mikołaj. Ale któregoś dnia kiedy przyszedł
Mikołaj - pewnie już dojrzałam' za stara byłam
na to i postanowiłam zupełnie obnażyć kłamstwo
-ściągnęłam mu brodę. \ robiła sie konsternacja
tak mi sie żal zrobiło własne™ wyobrażenia o świefach Tak naprawdę to było obrzydliwe z mojej
strony - brodę mu Ś c i s n ę ł a m Podejrzewałam

tam patrol niemiecki, który wparował do domu.
Moja mama, kiedy aresztowali ojca, zaczęła pro­
wadzić - to się nazywało: sklep - paszteciarnia
czy coś takiego, takie miejsce, gdzie przychodzili
ludzie. Były ciastka, które piekła babcia, mama
sama robiła kajmaki, ktoś przywoził eklery i obok
tego pomieszczenia sklepowego było po schod­
kach wejście do pokoju - kiedyś była tam jakaś
restauracja albo coś w tym rodzaju - tak jakby
mieszkalnego pomieszczenia. Dopiero potem, po
wojnie się o tym dowiedziałam, wtedy przecież
nikt dzieciom takich rzeczy właściwie nie mówił.
Mama po prostu brała udział w konspiracji i tam
pod podłoga były skrytki w tym pomieszczeniu
poza sklepem, skrytki na broń na rozmaite eranatyiinne takie rzeczy. Oczywiście opalało się to

A szkoda bo dzieci nowinnv iak n a i d L e i w i e r z v ć

bvł z nierwszego nierra

mv z drugiego

w marzenia ocierać sie o r.iemnire Dziś nisz, lisrv

nLrhodził

n r z w h n d z n i sie b a w i ć -

do Świętego Mikołaja

A mamy, wywracaliśmy
r
l"'m rto \
rk ' k'
A juz
i *
wszystko
kiedy
zaczęliśmy się dogrzebywac do wnętrza tej sterty,
wszem patro niemiecki, i rzycnodzno dziesięciu

7

Świat tajemnic mojego pokolenia to wojna
i powojenny rozgardiasz. Wiem, to była tragedia,
ale dla dzieciarni czas wojny to był czas wspania­
łych zabaw. Nic naprawdę nie było „naprawdę"!
Ani groza wojny, ani popowstańczego wysiedle­
nia, ani powojennych ruin. Wszystko mogło się
stać fragmentem zabawy: „To teraz ja do ciebie
strzelam, a ty upadniesz", „Dobra. Zabiłaś mnie",
„No to nie wstawaj". I on wstaje! Śmierć była
nierealna, nawet podczas Powstania. Byliśmy
zbyt mali... Ale bardzo niedługo potem wszystko
nagle stało się realne.
Oczywiście, w tej wojnie działy się rzeczy
okrutne i okropne, ale ludzie żyli. Wobec tego
mieli inne, rozmaite problemy, coś się działo
zupełnie innego. Na przykład doskonale pamię­

Piecykiem koza zresztą w tych domach w ogóle

nie było centralnego ogrzewania tylko były piece
wiec był skład tak stała w rogu ta koza było
drewno szczany rozmaite i chyba trochę koksu
czy czegoś M i a ł a m takiego kumnla H e n i a który
m

L v L '

Henio

L

INiemcow

to nie było tak mało

uzbrojonych

po zęby. Moja mama zaczęła nas odganiać od tej
sterty i mowie: „Uzieci, dajcie spokój, nie bawcie
się, nie bierzcie tego.. Niemcy usiedl^jakies
ciastka sobie zafundowali, czy cos, a my z Heniem
do tej kupki lotem wyszli, lam po prostu była
ukryta bron, której jeszcze nie zdążyli ludzie scho­
wać. Gdybyśmy z wdziękiem, z tym Heniem, to
rozgrzebali do końca, to dopiero byłaby jatka.
Mama mi to powiedziała dopiero po woj­
nie. Nie wiedziałam w ogóle. Więc, gdyby się
podobne rzeczy mówiło dzieciom, być może, że
byłyby mądre albo byłyby jeszcze głupsze, niż
były i na przykład by do tych Niemców poszły
i to pokazały: „Panowie, macie taki karabinek.

BARBARZYŃCA

1 (19) P019

11

I n n e g o k o ń c a ś w i a t a nie b ę d z i e
A tu tyle leży". Nie sądzę, żeby tak było, ale mogło
tak być. W każdym razie to były takie sytuacje,
które gdzieś nawiązują do ruchu oporu, czy do
czegoś podobnego, ale obok tego była jakaś swego
rodzaju społeczna więź, która cały czas nie wyma­
gała zdawania sobie spawy z tego, że ludzie robią
rzeczy wielkie, wspaniałe. Oczywiście, oni ryzy­
kowali. Zresztą właściwie niesłychanie popularne
było robienie makaronu. Makarony się robiło po
to, żeby je suszyć i żeby były właśnie dla ruchu
oporu, żeby mieli co jeść, bo coś trzeba było jeść.
Więc jeżeli gdziekolwiek była jeszcze jakakolwiek
mąka i można było ją kupić podczas okupacji,
to się robiło makarony. To też było tajne, robiło
się je w mieszkaniach, a już
pewno nikt rici
zewnątrz o tym nie musiał wiedzieć. Bieda solida­
ryzuje ludzi natomiast brak pieniędzy wywołuje
rywalizację.'
J

Dla dorosłych, niestety, cały ten Zły Czas był
aż w nadmiarze realny. Dobrze jest być poza nim,
ale dla tych, którzy go przeżyli, nawet w formie
dziecięcych zabaw, staje się on Czasem Wstęp­
nego Chaosu (jak u Mircei Eliadego), układem
odniesienia dla ocen współczesności. Dobrze, gdy
kolejne pokolenia o tym rozmawiają- o tym świe­
cie, którego na szczęście już nie ma. Rozmawiają
nie tylko o martyrologii i czynach bohaterskich,
ale o wydarzeniach codzienności, o okupacyjnych
patrolach niemieckich żandarmów, o konspiracji,
0 głupocie i cwaniactwie ówczesnych dzieciaków
1 o odwadze dorosłych. Ten „powstańczy zryw",
„bohaterstwo", „patriotyzm" tamtych lat to wspa­
niała przeszłość i legenda. Może niezbyt mądra,
ale na pewno wspaniała. Dziś zobowiązani jeste­
śmy po prostu do przyzwoitości...
Mieszkam na warszawskim Marymoncie, na
dwunastym piętrze zwyczajnego domu miesz­
kalnego. Najważniejsze jest to, że mam widok,
przestrzeń nie jest depresyjna. Otwieram okno,
mam przestrzeń i Lasek Bielański po drugiej

l (19)

P019

BARBARZYŃCA

stronie. Po prostu wychodzę na spacer - mam
dwie godziny spaceru, mogę nawet do Młocin
dojść, jeśli oczywiście mam jakie takie nogi. Są
trasy spacerowe, tu jest taki kanałek wzdłuż trasy
Wisłostrady, więc gdzie człowiek wejdzie, to po
prostu ma przyjemność. To już jest poza miastem.
Człowiek ma szansę spokojnie myśleć. To jest
coś takiego, co uspokaja. Człowieka ogarnia taka
frajda myśli w tym wszystkim i nie jest to bolesne,
nie jest wymuszone: „trzeba", „koniecznie", „jest
tylko dziesięć minut". Można tak na spokojnie.
Bardzo spokojnie. Patrzeć na mech, na borówki
czerwone — brusznice albo na te borówki czarne
- jagody Patrzeć na drzewa W ogóle przychodzą
różne rzeczy do głowy. To naprawdę inspiruje
Poza tym nagle naprawdę w takim kontakcie
z przyroda takim niewymuszonym takim zupeł
nie zwyczajnym zdaie sobie sprawę z tego że
iest sie cza tka tego wszystkiego i że w badaniu
kultury nie można oominać asoektu fizycznego
człowieka że biologia i ta natura w nim iest
Inie wiem jak bv zaprzeczać i mądrzyć sie na ten
temat to n euwzglednianie tego akurat L e k t u
zrobiłoby bardzo dużo złego
Blok to wstępne pole moich etnologiczno-antropologicznych penetracji. Dalej jest mia­
sto, Warszawa. Wydaje się, że dziś właśnie miasta
stają się naturalnym miejscem osadnictwa ludzi.
Dlatego są ciekawe. Wioski okazują się minia­
turami miast, sypialniami dla mieszczuchów,
miejscami weekendowych powrotów miejskich
emigrantów (nazywanych „słoikami"). Niewiele
ma to wspólnego z etnograficzną wizją kul­
tury ludowej. Tu, w mieście, wyraźnie widać,
że rodzina, jakaś grupa sąsiedzka, zawodowa,
towarzyska demonstruje własny styl życia, jakąś
kulturę jakąś własną ludowość" jakieś trady­
cje, choćby i niedawne. Bo i sąsiedztwo miesz­
kańców miejskich (nie tylko Warszawy) osiedli
jest dziś kalejdoskopowe. Choćby takie osiedle
jak to, gdzie w PRL-u to była spółdzielnia

12

Wywiad

nauczycielska i trzeba było być albo nauczy­
cielem, albo mieć „znajomości". Różne rzeczy
się w Polsce robiło, żeby można było dostać

mieszkanie. W każdym razie, w pewnym stop­
niu spółdzielnia była ekskluzywna - to może za
mocne słowo, ale tak jakoś środowiskowo okre­
ślona. Potem, gdy w 1989 roku zaczęły się prze­
miany, zwiększyły się możliwości dla bogatych

- bo tu różni ludzie mieszkali - dla bogatych,
którzy dorabiali się i zaczęli się wyprowadzać,

zostawiając mieszkania. Zaczęto je wynajmo­
wać albo sprzedawać. I zupełnie inny zestaw
ludzi się wprowadził. Na moim piętrze mniej
ale i bez tego jest tutaj spora rotacja zupełnie
nieprawdopodobna. Na „moim" osiedlu był

już czas dominacji Wietnamczyków. Wynaj¬
mowali bo nie mieli mieszkań W tej chwili
już sie gdzieś przenieśli bo już sie dorobili albo
wyjechali z Polski albo' się dorobili i mieszkają
gdzie indziej Nierzadkie iest sąsiedztwo mał
ż e ń s t w mieszanych (nolsko a f r y k a ń s k i e

nolsko

h i n d u s k i e nolsko c h i ń s k i e nolsko i a n o ń s k i e ^
d l , n r z v k ł ' d n - hvła tn taka' d z i e w r z v L
a

\

Z

m

.

y

H

.

,

0

n



f

[ '

która

,

r

wyszła za mąz za Hindusa, u n a jest japonistką
i poznali się w japonn. Kozmawiają
trojgiem
dzieci po j a p o n s ^ lo_jest juz nieprawdopo­
dobna ekwilibrystyka. W każdym razie, według
mnie, to jest miłe. Mnie się to bardzo podoba.
Nierzadkie jest również sąsiedztwo naukowych
p r a c o w n i k ó w zza wschodniej granicy, teraz
coraz częściej pojawiają się młodzi przybysze
z odległych i pobliskich wiosek.

Gdyby się przejść, właśnie w weekend, bo na
co dzień nigdzie nikogo nie ma - znikają wszyscy,
ale w weekend - te zakupy, samochody rozmaite,
to dopiero widać, jak się świat otworzył, jak jest
fajnie. Czy to nie jest ciekawe pole do badań dla
etnologa? Dla antropologa? Naprawdę nie trzeba

wyjeżdżać na wieś...
Ani do ciepłych

Chociaż te „ciepłe kraje" pozwalają odkryć
np. granice tożsamości. Ponadto jesteśmy z tego
kręgu klimatycznego, co to zmienności pożąda.
Wiatach 80. ubiegłego już wieku byłam w Algierii.
Turystycznie, czy...
Brat był tam na kontrakcie, pojechałam do
niego na parę miesięcy. Wcześniej prowadziliśmy
instytutowe badania na Bałkanach, w Macedonii.
Właściwie nie było tam problemu z wtopieniem
się w tłum, chociaż kontakty między ludźmi
opierały się głównie na znajomościach i zasadzie
rekomendacji. Zawsze jednak można było taką
rekomendację uzyskać. Nic podobnego nie dało
się załatwić w Algierii. Już na pierwszy rzut oka
przybysz z Europy okazywał się co najmniej inny,
o ile nie obcy. A cóż dopiero, gdy stanął wobec
np. Tuarega? Natychmiast po przylocie, w hali
przylotowej algierskiego lotniska zobaczyłam
właśnie Tuarega To było zjawisko król świata:
wysoki, szczupły, w jasnobłękitno-szarej szacie
w turbanie z chustą, chroniącą przed pustynnym
wiatrem i pyłem Szedł. Nie on nie szedł on tak
jak wielkie ptaszysko jak lądująca czapla sunął
no nosadzce nrzylotowei hali Obraz i ruchnie do
naśladowania przez Europejczyka. Utożsamienie
niemożliwe Od razu wiedziałam że ićł tu nie
mam co robić, że jestem rozpoznawalna.
Po wyjściu na zewnątrz wkroczyłam w następną
odmienność: pod drzewami pomarańczy (owoce
drgały na gałęziach) modlili się muzułmanie.
Była akurat pora modlitwy. Pod drzewkami, na
których rosły pomarańcze! Byłam tam w 1985
roku, głęboki PRL, więc nie można było dostać
pomarańczy, ich po prostu w ogóle w Warszawie
nie było. Mnie to absolutnie zachwycało, a dla
nich to było przecież normalne. Wiedziałam, że
jestem w pełnej egzotyce. I te zapachy! Bo Afryka
pachnie zupełnie inaczej niż Europa! Eukaliptusy

krajów.

BARBARZYŃCA

1 (19) P019

13

I n n e g o k o ń c a ś w i a t a nie b ę d z i e
i kebab, jakiś aromat jarzyn, jakiś powiew podpie­
kanego mięsa, ale eukaliptus najsilniejszy
A jak sie zatem prezentuje dla etnologa Polska
i okiem, i nosem?
Wolałabym nie mówić, bo przede wszystkim
tu, zwłaszcza w miastach, trochę śmierdzi. Ale jed­
nak można odnaleźć i zapachy interesujące, tylko
że pozamykane w domach, w mieszkaniach. Tak
jakby chronione przed nosem obcych. Ale już na
przykład w windzie ludzie zostawiają swoje zapa­
chowe wizytówki: perfum, wód perfumowanych
(kiedyś mówiło się - kolońskich), płynów do płu­
kania ubiorów, potu. Na korytarzach bloków miesz­
kalnych napotyka się codziennie fale obiadowych
woni. Przed świętami królują bigosy (pachniało
fajnie, dlatego że bigosy robiło się znacznie
śniej, to był taki zapach kapuściany - jakoś
istny w tym wszystkim- teraz ludzie zapomnieli że
bigos się robi na dwa, trzy tygodnie albo najlepiej
miesiąc przed zjedzeniem, żeby mógł się przetrawić
przegryźć przemrozić oderzać) wanilia pieczone
ciasta Wblokachbywaróżnie ponieważ wentylacja
iest dziwna zaoachy wychodzą na klatkę schodowa
Latem bvli'iacvś ludzie którzy filowali na balko¬
nach Nie polegało to na urozmaiconych komnozy
ciach iarzJnowo miesnwh rvlko kiełbasa z cebula"
nosvnane ieszcze iakimś z i o L w m naskndzrwem

W
r b
h znow
J
h ' r wizytówki
T A ' Ui benzyna.'
w autobusach
osobiste
Natomiast zapachy wie skie płyną
pol ^trawa
siano, kwitnące kwiaty ale tez i rozrzucany obornik
i nawozy; i z obejsc pachnie zwierzętami, karmą,
czasami gnojówką). Ł domów zapachy wydobywają
się rzadko, wchodzącego atakują z całą mocą, me
zawsze przyjaźnie, nie zawsze przyjemnie. Natomiast
wizualnie to niezmiernie piękny pejzaż, 1 olska to
kraj piękny, naprawdę niepowtarzalnie piękny Ale
myślę, ze wszystkie kraje są niepowtarzalnie piękne.
?

Wyobrażam sobie, jak ten kraj musiał
wyglądać
w latach czterdziestych i pięćdziesiątych
minionego

1 (19)

P019

BARBARZYŃCA

stulecia. Czyli wracając do punktu wyjścia,
minała Pani dzieciństwo
i szkole prowadzoną
zakonnice. Jak to wtedy wyglądało?

wspo­
przez

Kraina dzieciństwa i młodości jest na ogół
Arkadią. I dla mnie też tym była. Klasztorne kory­
tarze, wyłącznie damskie towarzystwo, enklawa
niekomunistycznej atmosfery. A wokół świat
PRL-u. Uczono nas wiedzy i dobrych manier,
koleżeńskości i współpracy ze słabszymi, ale też
i wstydu własnej cielesności, pruderii i swoistego
odrzucenia tych inaczej myślących. Dojrzewając,
bardziej zauważałyśmy otaczający świat.
Dlatego zapewne na dwa lata przed maturą prze­
niosłam się (w dość licznym towarzystwie) do
publicznej szkoły koedukacyjnej. Miało to też
swój wymiar praktyczny na wyższe uczelnie (były
tylko państwowe') rzadko przyjmowano kandy­
datów ze szkół prywatnych Dlatego ta zmiana
była swoieeo rodzą u wyrachowaniem - wszystkie
chciałyśmy studiować a Zmartwychwstanki"
były przecież szkołą prywatną.
Ale nie było to dobrze widziane...
Było to fatalnie widziane. W nowej szkole
odnowiłam rozmaite znajomości z przedszkola,
z okresu okupacji. Był to czas przewalania się
Historii: żrący socjalizm, który ginie wraz ze
śmiercią Stalina w 1953 roku, potem umiera
Bierut i nagle poczuliśmy wkraczającą „odwilż".
Maturę zdałam w 1955 roku i jako matematyczka
(z upodobania i możliwości) zdawałam egzaminy
wstępne na Wydział Łączności (teraz Elektroniki)
Politechniki Warszawskiej. Ale te matematyczne
zainteresowania równoważył humanistycznie
krąg moich szkolnych kolegów. Chodziliśmy
wiec na wystawy na koncerty na odczyty. I nastał
rok 1956. 1 lipca, po pierwszym roku studiów,
stawiliśmy się kilkuosobową grupą na praktykę
w Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego
w Nowym Sączu. Fatalnie, bo kilka dni wcze-

14

Wywiad

śniej wybuchnął z całą mocą Poznański Czerwiec
(28-30.06.1956). Grupa studentów, więc podej­
rzani. Zakwaterowano nas na terenie zakładów,
w mieszkalnych wagonach kolejowych. Dyspozy­
cja dyrekcji: uniemożliwić swobodne wychodze­
nie do miasta, przecież właśnie my także byliśmy
tą ręką, którą premier Cyrankiewicz chciał obci­
nać. A więc jakoś tak poczuliśmy się wciągnięci
w całą opozycyjną akcję. Potem, już w paździer­
niku, na Politechnice, były następne protesty, ale
w nich już nie uczestniczyłam. (Miałam zapalenie
płuc, bo nieco wcześniej pływaliśmy z bratem po
Wiśle. Jacht po prostu się wywrócił. W paździer­
niku kapać sie w Wiśle to troszeczkę tak jakoś
niepoważnie). Na drugim roku studiów zaczęłam
dojrzewać do zmiany. .
Sporo się z tym Pani

przemęczyła.

Wytrzymałam pięć semestrów, bo tyle trwały
zajęcia z matematyki. Postanowiłam, inspiro­

wana dyskusjami z humanistami, studiować
historię sztuki na Uniwersytecie Warszawskim.
No, ale tam trzeba było znać historię, a my
w PRL-u historii uczyliśmy się specyficznej i spe­
cyficznie. Uczono nas wybiórczych faktów, żadnej
konstrukcji dziejowej, żadnego sensu zdarzeń,
żadnych kontekstów i współzależności. A ja chyba
miałam potrzebę systemu, takiego, które owe
fakty by porządkował.
Pewien typ

umysłowości...

Chyba tak, o syntezę chodzi. Miałam więc
co robić do tych egzaminów wstępnych na Uni­
wersytet... Uczyłam się historii, to była groza.
Właściwie do tej pory jestem niedouczona, cho­
ciaż chyba nie powinnam się do tego przyzna­
wać, ale etnografowie, jak to przez pół wieku
konstatowałam, mają dość dziwny stosunek do
historii: wielu jej nie zna. Oczywiście był jeden
ewidentny znakomity wyjątek - Ludwik Stomma.



I n n e g o k o ń c a ś w i a t a nie b ę d z i e

15

Jego praca na egzaminie wstępnym to bogata fak­
tografia i synteza. Nakreślił graf genezy II wojny
światowej, schemat zależności i konfliktów przed
jej wybuchem. I to by wystarczyło. Mógł nic nie
napisać. Ale napisał.
A więc poszłam na egzamin, zdałam i z braku
miejsc mnie nie przyjęto. I słusznie. Natomiast
przyjęto mnie (z tzw odwołania) na etnografię.
Zadecydował o tym prof. Witold Dynowski, szef
ówczesnej Katedry. Moja ciotka, która pracowała
na uniwersytecie w dziale gospodarczym, powie­
działa, żebym napisała odwołanie. To napisa­
łam. I tu się zaczyna moja kariera. Ponieważ do
dokumentów miałam przyczepione zdjęcie, ładne
zdjęcie, bo jak człowiek ma dwadzieścia lat, to
wygląda ładnie, jest fotogeniczny, jak każdy inny
człowiek. I profesor Dynowski - wrażliwy esteta,
nic bcicZc^c n<ł to czy js. ms-in dwójki, trójki, czy
cokolwiek, spojrzał na zdjęcie i mówi: „Biorę
ją". I wziął. Okazało się, że wtedy na etnografię
przyjęto sześć osób Nie miałam poiecia co to
jest ta etnografia lak sie tylko dowiedziałam że
sie na nia dostałam to pierwsze co zrobiłam to
Doszłam do biblioteki żeby orzeczytać w en cv
klonediicoroiesr
Przecież nie wiedziałam
p
J
u
, co o
iesr ernoprafia To bvł raki mamines humanisrvki
że

w o J l e dorad ro nie w c h o d z i ł o w r a c h u b ę '

Z a i m o w a ł a m sie

n

n

ą

n

ą

g

Lata 50. i 60. to głębia realnego socjalizmu.
Do humanistyki polskiej w zasadzie nie docierały
żadne prądy nauki ze świata. A jednak pojawiały
się w tej etnografii pojedyncze jaskółki: w 1959
roku po stypendium w London School of Economics powróciła adiunkt katedry, Zofia Szyfelbejn
(Sokolewicz), chyba w 1962 roku z Paryża wrócił
Krzysztof Makulski , wtedy jeszcze student, który
potem był bliżej związany z Zakładem Etnografii,
a wiele lat później został dyrektorem PaństwoMuzeum Etnograficznego w Warszawie.
4

Chodzi o filie Instytutu Historii Kultury Mate­
rialnej PAN?

r

Oczywiście, same studia, choć nie zawsze
interesujące, odbywały się w niezwykłej atmos­
ferze. Wszyscy się znaliśmy: i studenci, i wykła­
dowcy, i woźna, i bibliotekarka. A miejsce było
też niecodzienne: zwyczajna kamienica na ulicy

P019

3

kultura wielka" s k a d m o . ł a m

, .,
. V: ,
l'
* ,,
>
Al
T
ł
ł
^oioergu.
Ale okazało się, ze cały życiorys, wszystko, co
robiłam, czego poszukiwałam to złożyło się na
konieczne doświadczenie wstępne do studiów
etnograficznych. Wszystkie osobiste i naukowe
zdarzenia doznały rekonstrukcji i nabrały w tych
studiach sensu.

1 (19)

Hożej, gdzie również mieszkał profesor Dynowski
i gdzie w oficynie można było przenocować (jak
ktoś nie miał gdzie) albo nawet przemieszkiwać.
Katedra mieściła się na III, IV, V I piętrze, zaś na
piętrze V egzystował Zakład Etnografii PAN-u .
Taka ciepła atmosfera przyjazności, którą głów­
nie kreował profesor Dynowski (i pani Buśkowa,
woźna), goszcząc nas wcale nierzadko w swoim
mieszkaniu, każdego nazywając jego imieniem.
Odkryłam, że tylko tu będę mogła w nauce zająć
się tym, co mnie interesuje. Pomimo możliwości,
studiów już nie zmieniłam. Zostałam w etnografii
na następne pół wieku...

BARBARZYŃCA

3

„W kamienicy przy ulicy Hożej 74, na parterze znaj­
dowało się mieszkanie profesora, na piętrach 3-4 sie­
dziba uniwersyteckiej Katedry Etnografii, a w niej
prawdziwa instytucja - woźna, pani Genowefa Busko
dokarmiająca studentów plackami ziemniaczanymi
Oddając JLć prawdzie historycznej należy dodać, że
na piętrach 5-6 znajdował sie Zakład Etnografii In ty­
tułu Historii Kultury Materialnej" (za- http-//ww

etnologia.uwedu.pl/Lw/instytut).
4

Zob. J. Skrzyńska, Jan Krzysztof Makulski (1938¬

1989), [w:] E. Fryś-Pietraszkowa, A. Kowalska-Lewic-

ka, A. Spiss (red), Etnografowte i ludoznawcy polscy.
Sylwetki, szkice biograficzne, t. I , Wydawnictwo Na­
ukowe D W N , Oddział Polskiego Towarzystwa Ludo­
znawczego w Krakowie, Kraków 2002, s 189-191.

16

Wywiad

Tak, o Zakład Etnografii Polski. Otóż Zofia
Szyfelbejn to był pierwszy powiew wielkiej nauki:
brytyjska koncepcja funkcjonalizmu, dzieła Bro­
nisława Malinowskiego i Raymonda Firtha pre­
zentowane studentom na ul. Hożej. Potem fran­
cuska fascynacja Levi-Straussem, którą zarażał
nas Krzysztof Makulski . Jeszcze później, chyba
w 1964 roku, już po doktoracie, do Francji na
krótki staż wyjechała Zofia Sokolewicz . Ale to
był dopiero początek, który jednak zmuszał do
uznania, że poza Polską istnieje nieograniczony
wszechświat nauki.
5

6

W 1963 roku zrobiłam magisterium, napi­
sałam bardzo klasyczną pracę etnograficzną,
wspartą na terenowych badaniach podlaskich
wiosek. I dziwnym zbiegiem okoliczności, nagle
Profesor zdobył etat dla Katedry Etnografii. To
była propozycja dla mnie. Od września 1963 roku
zostałam tu na stałe.
Dziś patrzę na swoje losy z dystansem i poczu­
ciem humoru. Ale wówczas to była sprawa
poważna, wielka szansa, ale też i zobowiązanie.
Zdaje się, że wykorzystałam i szansę, i podołałam
zobowiązaniu. I z pewnością mogę powiedzieć,
że w całej tej półwiecznej pracy miałam silne
wsparcie ze strony Profesora i Zofii Sokolewicz.
Także dzięki nim, dzięki etosowi warszawskiej
etnografii powstawał przez lata wspaniały zespół,
który dziś już zupełnie samodzielnie daje sobie
radę w nauce I pożegnaliśmy bardzo liczną grupę
5

doskonałych absolwentów, dziś wspierających
naukę nawet bardzo odległych krajów.
Pani profesor, odnośnie studiów: sporo sie zmieniło
od połowy minionego stulecia. Ogromnie się cieszę,
że miała Pani sposobność doświadczyć
studiowania
w tym takim starym, uniwersyteckim stylu -przez
duże „ U". Nie tak, jak dziś, gdzie na jednym roku
jest po kilkadziesiąt
osób.
Dawno temu także próbkę masowości pozna­
łam na Politechnice Warszawskiej, zapewne dla­
tego doceniłam atmosferę studiów na etnografii.
To jest w ogóle inna atmosfera.
Tę atmosferę tworzą jednak ludzie. Studia,
skupiające nawet dużą liczbę studentów, nie
muszą być masowe. W Katedrze (potem w Insty­
tucie) Etnografii (potem Etnologii i Antropologii
Kulturowej) U W pracowaliśmy nad systemem
nauczania. W latach 50. i później takimi droż­
dżami rozwoju wymiany myśli i współdziałania
były Międzyuczelniane Obozy Etnograficzne .
Już po pierwszym roku studiowania poznawali­
śmy „załogi" pozostałych ośrodków etnograficz­
nych, nie tylko w Polsce, ale także w sąsiednich
„demoludach", a niekiedy też i z „dalszej Zclgf 3.-*
7

Międzyuczelniane Obozy Etnograficzne organizowa­
no w latach 1952-1985 (w latach 1952-1955 przez
Studium Historii Kultury Materialnej Polskiej Akade­
mii Nauk, a 1956-1985 przez Katedrę Etnografii Uni­
wersytetu Warszawskiego). Pomysłodawcą obozów
Zob. Z. Sokolewicz, Rewolucja, konflikt pokoleń czy był prof. Witold Dynowski. Były to dwutygodniowe
kumulacja doświadczeń - zmiana pytań badawczych praktyki terenowe/w któtych uczestniczyli studenci
w etnografii polskiej po II wojnie światowej, [w:] A. LrwLego i drug ego roku wszystkich katedr etno­
Malewska-Szałygin!M. Radkowska-Walkowicz (red.),
grafii w Polsce Dodatkowo
te delegowały
Antropolog wobec współczesności. Tom w darze Profesor wybranych pracowników jako instruktorów orał
^«/zir^,/lnstytutEtnologiiiAntropologii
Srszych studentów jako podinsttuktorów" Samych
Kulturowej Uniwer ytetu Warszawskiego, w L a w a
u d e ^
2010, s. 20-23.
/

ejdnostki

6

1

SSSdSSS

Zob. Z. Sokolewicz, „Moje życie naukowe można spro­
muzTf
Zob A TzZ
wadzić do próbowania kolejnego klucza z wielkiego peku,S ^ S i - T f f i S S
WydfwSwó
który dalami teoria poznania". Odpowiedzi napytania
Pozrlń
Zbigniewa Jasiewicza, „Lud" 95 2011, s. 322-331.
2 0 0 6 T 6 0 61 6 4 ^ 7 0 1 2 K 2 2 124 125

VSM£T^^"S^S

BARBARZYŃCA

1 (19) P019

17

I n n e g o k o ń c a ś w i a t a nie b ę d z i e
nicy". Z czasem ta inicjatywa zmarła śmiercią
naturalną, gdy zabrakło pieniędzy, gdy „kultura
ludowa" przeobraziła się w kulturę masową, gdy
zamiast oryginalnych obyczajów i obrzędów poja­
wiły się symulakra. Wówczas prof. Sokolewicz
wymyśliła dla warszawskich studentów wspaniałe
rozwiązanie dydaktyczne: laboratoria etnologiczne . Tu małe grupy (10-12 osób) studentów
pod kierunkiem pracownika nauki, już w drugim
semestrze swoich uczelnianych zmagań, rozpo­
czynają pracę nad jasno sformułowanym proble­
mem, zaczynając od wstępnego poznania metod
badań opisu i interpretacji. Potem następują
badania terenowe, weryfikacja faktów i opraco¬
wanie materiału pod koniec zimowego semestru
trzeciego roku studiów. To opracowanie staje się
podstawa do napisania pracy licencjackiej Test
to orawie system tutorski którego kontynuacja
okazuie sie oraca na oóźnieiszych seminariach
magisterskich.
8

Oczywiście naukowe zmagania i studentów,
i tych dojrzalszych naukowo uczonych wyma­
gają stałych poszukiwań i dyskusji o metodach
badania materii etnograficznej. Ja zaczynałam
od klasycznej metody badań terenowych, którą
ośmielam się nazywać metodą Mariana Pokropka
(profesora).
Znam tylko postać

8

9

książkową*.

Laboratoria etnograficzne wzorem rozwiązań wy­
pracowanych przez ośrodek warszawski zostały
wprowadzone również do dydaktyki akademickiej
w Krakowie w latach 90. minionego stulecia. Tak zor­
ganizowanych laboratoriów nie uruchomiono w in­
nych ośrodkach, pozostając wyłącznie przy zajęciach
warsztatowych wykładach i klwersatoriach dotyczą­
cych technik i nSodyki badań terenowych oraz prak­
tyk terenowych (wakacyjnych bądź śródrocznych).

To badacz niepowtarzalny, kolekcjoner fak­
tów i encyklopedia polskiej klasycznej etnogra­
fii. Zna zapewne wszystkie wioski w Polsce (być
może także w innych krajach, które penetrował
naukowo). Ale jest to metoda zbierania fak­
tów na podstawie kwestionariusza, a kwestiona­
riusz - jak wiadomo - tworzy się na podstawie
posiadanej wiedzy. Zatem niewiele da się dzięki
niemu odkryć. A dziś świat odkrywać musimy,
bo dotychczasowe opisy i interpretacje niewiele
już wyjaśniają. Dlatego klasyczny kwestionariusz
nie wystarcza, ale poszukiwania da się wesprzeć
dyspozycjami badawczymi" wtedy edy problem
został już wstępnie sformułowany. W takich dys­
pozycjach pojęcia badawcze doznają operacjonalizacii i wskazują punkt startu rozmowy. Badacz
w zależności od rozwoju sytuacji narracyjnej'
ma reagować na poiawiaiace sie nformacie i ie
stymulować Wydaie sie to oroste a wcale takie
nie iest Przede w s L t k i m samo sformułowanie

nie jest. i rzeae wszystkim samo srormuiowanie
remaru wymapa iuż wiedzy nie rvlko fakropra
fi™
i J l r iidKze
J ś w i swiauomosci
. H o r n o L i f i l oiiiozoiiczno-meio/ofir.no
Jrn
licznej, lecz

dolocrirznei wvmacra określenia teorii T o siatka
n i
k r ' ' 7badacz
H
nr i • Które,
W ' r wemug

pojęć,
Którą
akceptuje

\

niego, są w stanie opisać badaną, obserwowaną
rzeczywistość. Ale tak naprawdę, związek teo­
rii z realnymi badaniami w terenie jest nikły.
1 ozwala badaczowi co najwyżej uzyskać dystans
do siebie samego i zgodzie się na odmienność
rozmówców
1 rzeciez musimy zdawać sobie
sprawę, choćby tylko mniej więcej, z tego, czego
szukamy, w jakim obszarze chcemy się poru­
szać. A jednak nie możemy z gory eliminować
zaskoczenia i nieprzewidzianych zmian kierunku
rozmowy. Dyspozycja badawcza pozwala tez na
akceptację odmienności rozmówców co może
skłonie badacza do zmiany naukowych plalanow,

a nawet do weryfikacji wstępnej teorii.

M . Pokropek, Budownictwo ludowe w Polsce, Ludowa

Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1976; idem, Atlas

sztuk ludowej i folkloru w Polsce, Arkady, Warszawa
1978; idem, E. Ftyś-Pietraszkowa, A. Kunczyńska-Irac-

ka, Sztuka ludowa w Polsce, Arkady, Warszawa 1988.

1 (19)

P019

BARBARZYŃCA

10

Zob. N . Barley Niewinny antropolog. Notatki z gli­
chatk , tłum. E. Szyler, Prószyński i S-ka, War­
szawa 1997; a także inne książki tego antropologa po
angielsku (przypis AZ).
nianej

t

18

Wywiad

Doświadczyłam tego co najmniej dwukrotnie,
podczas badań.
Pod koniec lat 60. ubiegłego wieku postano­
wiłam rozpocząć badania w pomorskich PGR-ach. Byłam przekonana, że kwintesencją socja­
listycznej rzeczywistości, a więc i kultury są
właśnie Państwowe Gospodarstwa Rolne. Te
z Pomorza Środkowego znałam. A więc skom­
pletowałam dwuosobową ekspedycję (do tego
planu dała się namówić tylko Mirosława Drozd,
wówczas jeszcze studentka, dziś profesora Drozd-Piasecka) i pojechałyśmy latem do wybranej
osady. Zarówno badania, jak ich efekty opisałam
w pracy doktorskiej , a potem wykorzystałam
także w książce pt. Homo faber i homo ludem .
Ta badawcza rzeczywistość była chyba porówny­
walna z sytuacją Malinowskiego naTrobriandach.
Nie od razu udało sie nam pojąć konstrukcje
siatek rodzinnych powiązań mieszkańców osady
ani zrozumieć sens sąsiedzkich powikłań Żadne
klasyczne badanie etnograficzne nie było moż
liwe. Skupiłyśmy sie zatem na słuchaniu historii
11

11

życiowych
naszych rozmówców,
c ó w Wiele
lat
zyciowycn Ii OLS Ow
W naszycn
wieie iai
nóźniei inż no 1 989 roku crdv PCR v nnadłv
i

.

\'\ J

r

rr

n

'J\\

7

. l f.r
m

m

wydarzenia losy znanych mi OSOD, az do cnwin,
gdy ich rzeczywistość zaczęła się uładzac.
Inną sytuacją badawczą, która zmusiła mnie do
zmiany punktu widzenia już na starcie, była pene­
tracja środowiska tzw. chłoporobotników w war­
szawskiej Fabryce Samochodów Osobowych.

pewnej pokory, samopoznania, dystansu, wręcz
pogody ducha. Wydaje mi się, że jeżeli w każ­
dym z takich cykli badawczych człowiek-badacz
maksymalnie siebie eksploatuje, to z konieczno­
ści „otwierając" innych, dociera też w głąb siebie
samego. A przecież taką koncentrację osiąga się
tylko wtedy, gdy pracuje się naprawdę.
Intrygujące jest to, co mówi Pani na temat samo­
poznania dokonującego
sie niejako przy okazji.
Pobrzmiewa w tym echo starożytnej zasady cognosce
te ipsum. Zatem, jak się rzecz miała z Panią?
Właśnie tak, jak powiedziałam. Trochę się
o sobie dowiedziałam, nie przesadzając jednak, bo
badania to jednak nie psychoterapia, a w każdym
razie nie tylko. Chociaż, chcąc nie chcąc, poznaje
się także granice możliwości wkraczania w pry­
watność, może nawet intymność tych, z którymi
się zadajemy podczas badań. Sprawdza się pola
obrzeżne, z których już dalej pytać nie należy.
Czasami jedno słowo okazuje się zakłóceniem
intymności, sprzeniewierzeniem się umownej
relacji, dowodem na odmienność i jednej, i dru¬
giej strony.
To tak jak z kontaktami między

ludźmi...

No tak, ale antropolog musi to wiedzieć.
Pani profesor, odnośnie badań terenowych i podob­
nych sytuacji. Czy zdarzyły się jakieś sytuacje, które
miały znaczący wpływ na Panią? Poruszyły Pani
świat wartości,
światopogląd...

I co by nie mówić, to tego rodzaju kon­
takty, takie spotkania z ludźmi, których w swojej
codzienności najczęściej nie uwzględniamy, uczą

No pewnie! Wszystkie badania, które prowa­
dziłam, wszystkie obserwacje miały wpływa na
to, jak myślę, jak się ze sobą dogaduję. Wioski
Praca doktorska obroniona w 1972 r. pod tytułem:
podlaskie, PGR-y, FSO, Algieria, Bałkany, tego
Motywy zawarcia i oceny małżeństwa a system warto­
się nie da wymazać. Powstaje w umyśle matryca,
ściowania współczesnych społeczności wiejskich w Polsce.
Iz
A. Zadrożyńska, Homo faber i homo ludens. Etnolo°
J PÓŹ ejs ej
giczny szkic o pracy w kulturach tradycyjnej i wspólczerefleksji. Określa też kręgi ludzi poznanych, znasnej, PWN, Warszawa 1983.

11

k t ó r a

S W e

d c l s k a

n

BARBARZYŃCA

a

kaŻde

ni

1 (19) P019

Z

19

I n n e g o k o ń c a ś w i a t a nie b ę d z i e
jomych, przyjaciół, bliskich. Kreuje świadomość
swoistego osobistego konwenansu, pozwalającego
zachować poprawne więzi z rozmaitymi ludźmi,
nie wykluczając na przykład przyjacielskich więzi
z naszymi rozmówcami.

i dogłębniej drąży się problem, tym stają się tro­
chę trudniejsze, potem bardzo trudne, aż wreszcie
rozmówca staje się niedostępny. Już ten kontakt
okazuje się murem nie do przebycia. Wtedy trzeba
się wycofać.

Z tego co Pani powiedziała
wnoszę, że z przyjaź­
nieniem się z naszymi rozmówcami,
bliskością
z nimi wiąże się pewna „niewygoda".
Czy możemy
rozwinąć ten wątek?

Myślę, że odrobina tajemnicy jest
w życiu.

Nie wiem, czy jest to niewygoda? Bo prze­
cież kontakt z drugim człowiekiem polega na
respektowaniu pewnej granicy szacunku. Wydaje
się, że gdzieś tam jakąś pestkę w środku mamy
i ta pestka jest otoczona... I przełamanie tego,
to zależy od rozmaitych sytuacji w dzieciństwie
i później, po prostu nie dopuszczamy innych do
tego momentu.

Niezbędna

Ludzie, z którymi się kontaktujemy, do pew­
nego momentu pozwalają nam wyciągać z siebie
rozmaite wiadomości. Ale j u ż nie dalej. O n i
nawet, jeżeli już uchylą jakiegoś rąbka tajemnicy,
nawet rodzinnej albo swojej osobistej, to potem
się szybko z tego wycofują, zamurowują ten kon­
takt, ten kontakt właściwie jest nie do przywró­
cenia. To tak, jakby były zamykane, odgradzane
strumyki, które czuje się, że one są, dają znać, że
coś tam jeszcze by można było... Nic. To czło­
wiek się cofa.
Sądzę, że to chyba jest istota człowieczeństwa,
że nie wiem przy jak bliskim kontakcie z drugim
człowiekiem, jednak jest w nim: „ja jestem". To
„ja" gdzieś tam siedzi. Poza tym nie wiem, jak to
„ja" zareaguje w pewnym momencie. Myślę, że
to na tym polega kontakt z drugim człowiekiem,
że cały czas właściwie, jak byśmy nie chcieli, nie
jesteśmy w stanie przekroczyć pewnej bariery.
Badania terenowe mają to do siebie, że do jakie­
goś momentu są bardzo łatwe, ale im dłużej

l (19)

P019

BARBARZYŃCA

niezbędna

Tajemnicy i intymności...
i zdrowa.

Pobudza do zainteresowania drugim czło­
wiekiem, bo chyba zawsze wyczuwamy, że nie
wszystko wiemy o nim, prawda? Że coś z niego
nam umyka, ale jemu też umyka z nas. Wszystko
jest takie, powiedziałabym, symetryczne. Świado­
mość tego to wyraz pokory, a więc i wyrozumiało­
ści, równouprawnienia. Tu nie chodzi o toleran­
cję, w pojęciu tolerancji zawiera się jakieś - czy
ja wiem? - lekceważenie, obojętność...
Pogarda...
To może za mocne określenie, ale na pewno
nie równoprawność...
Osoby z naszego środowiska rozmaicie reagują na
określenia w rodzaju „antropolog" albo „etnograf".
Bywa, że opowiadający
się za którąś z opcji są wręcz
uczuleni na drugą i to, co z nią utożsamiają.
Unikam rozważań terminologicznych. Według
mnie nie prowadzą one do rozwikłania problemu
nauki. Wydaje się, że etnograf (etnolog, antropo­
log) to - jak mawiał profesor Dynowski - przede
wszystkim człowiek specyficznie spoglądający na
świat, to nie profesja. Potem zrozumiałam, że ta
specyfika wymaga wiecznego amatorstwa, w tym
szlachetnym rozumieniu tego pojęcia jako przy­
znawania się do niewiedzy i bezustannego poszu-

20

Wywiad

kiwania wiedzy o innym człowieku, starań w zro­
zumieniu jego działania. Innymi słowy etnologia
wymaga rozdwojenia jaźni. Trzeba żyć własnym
życiem, lecz jednocześnie mieć we własnym umy­
śle włączoną na stałe analityczną strukturę (żeby
zapamiętywać to, co się obserwuje). Nie umiem
już pójść na wesele, nie potrafię po prostu pójść
i tylko się w tym wszystkim znaleźć towarzysko.
Jednocześnie jestem antropologiem i nic na to nie
poradzę. Potrafię się świetnie bawić towarzysko,
prowokować sytuacje, które to z drugiej strony
rejestruję jako sytuacje badawcze - znakomicie.
Myślę że ci którzy nie prowadzili badań mogą
tego nie mieć nie wyczuwać. Więc tym jest dla
mnie etnologia - bezustannym rozdwajaniem
jaźni Nie ma od
odpoczynku. Im dłużej
uprawia sie te dyscyplinę tym ten mechanizm
staje się perfekcyjniejszy.
Bardziej

przemożny.

Można na przykład siedzieć na interesującym
wykładzie, uczestniczyć w poważnej ceremonii,
świetnie się bawić z przyjaciółmi, oglądać telewi­
zję, słuchać radia czy muzyki, a ten mechanizm
cały czas pracuje i potem daje znać o sobie.

Sikora. Przyjechaliśmy do wsi, zakwaterowaliśmy
się, najpierw długo szukaliśmy tej wioski. To były
studentki pierwszego roku, więc chodziłam z nimi
po domach, żeby nawiązać kontakt i to się roz­
niosło... Strasznie miła była ta wioska. Rozniosło
się, że przyjechali studenci i „władza". Ja byłam
„władzą". To miało konsekwencje nieprawdopo­
dobne. Studentki oczywiście zostały rozlokowane,
chodziły już po wsi. Rzeczywiście, jak już do
jednej chaty weszły i coś tam pogadały, to zaraz
następne były. Wiadomo było w wiosce, że przy­
jechali studenci i że będą chodzili. W rezultacie,
momencie przychodzi do mnie jedna
z dziewczyn i mówi że jest taka zamawiaczka,
która zamawia róże. Ona jest starsza pani, babcia
taka, która jest właściwie już u schyłku swoieeo
życia ale Dowiedziała że zrobi nam seans tei
róży jak władza" do niej przyjdzie Wiec mówięSłuchaj "nie ma Drabiemu idziemy do babci"
Wchodzę babcia siedzi raka opatulona w izbie'
oczki tylko iei błyszcza iak wchodzę i Iza mówi'
no to właśnie nrzvszła nani

do mnie, chwyta mnie za rękę, całuje w nią i - to
było straszne mowi do mnie. „witam w adzę .
Ula mej władza^ wszystko jedno, jak wyglądała,
i czego władza

Wspomniała
Pani o pewnym,
wynikającym
z doświadczenia,
rodzaju rozeznania. Zatem, czy
antropolog bądź etnolog powinien wiedzieć, jakie
są granice i jakie są reguły zachowania, czy powi­
nien bezwzględnie
znać konwenanse? W warun­
kach terenowych tak się chyba nie da?
Powinien to czuć, często nazywa się to intuicją.
Dla przykładu, zdarzyła się następująca sytuacja:
prowadziłam badanie etnograficzne we wsi Choroszczynka na potrzeby habilitacji. Razem z grupą
laboratoryjną robiliśmy „światopoglądowe pod­
stawy wspólnoty" - tak sobie wymyśliliśmy, tak
trochę za Znanieckim, czy Obrębskim. Bardzo
fajna grupa, same dziewczyny i jeden Sławomir

" C o ś ram nowie'

działa
abciaw
s r a i e nodchodzi
aziaia, nie wiem. T ra
ta b
DaDcia
wstaje,
poacnoazi

Dyla czymś tak odległym Dyla

czymś tak sakralnym ze należało ją pocałować,
choćby to była dziewucha. Niewiele miałam wtedy
lat, bo to był osiemdziesiąty chyba pierwszy, laka
dorosła byłam, ale naprawdę w porównaniu z tą
kobietą, która co najmniej trzydzieści lat byłaby
starsza ode mnie - w życiu bym nie pomyślała.
1 lerwsza rzecz, to chciałam je, wyciągnąć tę rękę,
ale potem sobie myślę: „Nie. To jest rytuał, muszę
w tym uczestniczyć . I uczestniczyłam, ucałowała
mnie w rękę, ja się zachowałam jak władza ,
powitałam ją, powiedziałam, ze wszystko fajnie
i siedhśmy Zrobiła nam seans zamawiania róży
z woskiem, z takimi rozmaitymi nićmi. Potem, po
tym całym zamawianiu róży, wszystkie miałyśmy
ból głowy. Śmierdziały te konopie, którymi ona

BARBARZYŃCA

1 (19) P019

21

I n n e g o k o ń c a ś w i a t a nie b ę d z i e

Tu ma Pan z grubsza rację, ale pozwolę sobie na
nieco odmienne zdanie. To się zaczyna w momen­
cie upubliczniania, jakiegokolwiek upubliczniania. Bardzo źle zniosłam, jak Artur Domosławski
odkrył najintymniejsze sprawy Ryszarda Kapu­
ścińskiego . Pokazać, że nadużywał i zmyślał nie­
Wobec powyższego, jakie są granice tego, na co jeste­ które teksty, to jeszcze pół biedy. Ale kiedy napisał
śmy w stanie sie zgodzić w trakcie badań?
0 jego życiu osobistym, co sprawiło ogromną
przykrość jego żonie, nie wiem, czy wiedziała, czy
To problem etyczno-psychologiczny chyba nie - nie ma znaczenia. Po prostu upublicznie­
każdej dyscypliny nauki. W przypadku etnologii nie tej informacji, to jest właśnie przekroczenie
ociera się on o szacunek dla drugiego człowieka granicy. To po prostu jest nieprzyzwoite. Po co
i własną godność. Wkraczając w ludzkie życie, to? Zupełnie nie o to chodzi, żeby nie podważać
uzurpujemy sobie prawo do wykorzystania tej autorytetów i pomników nie burzyć - niech sobie
wiedzy w jakimś opracowaniu, w jakimś tekście, burzą, tylko niekoniecznie taką metodą. To nie
czy w publikacji. Stosujemy na ogół niejasne kry­ jest sprawa społeczna.
teria oceny, pozwalające, w imię dobra nauki, na
ujawnienie czyjejś prywatności. A są to kryteria Są kwestie agory i są kwestie alkowy i do alkowy
z dziedziny etyki, moralności. Dziś w publika­ raczej nie powinno się
wchodzić...
cjach ukrywamy nazwy miejscowości, nazwiska
rozmówców, wszelkie informacje
ziden­
Tam przecież zamykano drzwi, a brak okien
tyfikować i ukonkretnić
dorobek badawczy
skutecznie dostęp blokował.
Czy tak trzeba? Czy to "wystarczy żeby powie­
dzieć, że szanujemy tych którzy sa niezbędnym
Oczywiście,
ten rodzaj refleksji i troski jest nie­
warunkiem naszej pracy?'
zmiernie ważnym, nie mniej ważnym jest również

paliła, bo się takie kupki robi zwinięte z konopi.
Więc bywa człowiek i w takiej sytuacji, jak z „wła­
dzą" ... Sądzę, że jakbym wycofała rękę, to doszłoby
do nieporozumienia. Dobrze, że się opamiętałam.
Teraz te wsie są inne.

13

zachowanie właściwych

proporcji.

Rozumiem, o co chodzi. Jeżeli powiem, że jakiejś
informacji udzielił mi etnolog zajmujący sie bada­
niem grupy Indian takich i takich, to wiadomo
który, a przynajmniej można łatwo
sprawdzić.

Ale te proporcje to właśnie sprawa wiedzy
1 intuicji.

No właśnie. Ale Europejczycy Indianami jakoś
mniej się przejmują. W stosunku do własnych
interlokutorów chcą być przyzwoitsi.

Warszawa, 27.11.2012

Problemy etyczne antropologów
są czymś niezmier­
nie skomplikowanym. Wydaje mi się, że zasadniczy
problem etyczny zaczyna się przede wszystkim na
poziomie pisania.

o p r a c o w a n i e : F i I i p W r ó b I e ws k i,
Anna

13

1 (19)

P019

BARBARZYŃCA

Zadrożyńska

A. Domosławski, Kapuściński non-fiction, Świat Książ­
ki, Warszawa 2010.

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.