0eed6121b29556045a08c1f3809cc248.pdf

Media

Part of Nieistniejący film, nieistniejące miasto, nieistniejące życie / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1999 t.53 z.1-2

extracted text
Nieistniejący film, nieistniejące
miasto, nieistniejące życie
Propedeutyka wędrówki poza słownik
Krzysztof Cibor

Opowiem wam film. Na pewno go nie widzieliście. Na
pewno go nie zobaczycie. Film o Wenecji.
Wenecja nie jest zwykłym miastem. Prawdopodobnie
większość miast jest niezwykła i o każdym można by powie­
dzieć wszystko, ale Wenecja nie jest zwykłym niezwykłym
miastem. Wenecja jest modelem niezwykłego miasta, jest najniezwyklejszym z miast, jest wszystkimi niezwykłymi miasta­
mi, o czym doskonale wiedział choćby Italo Calvino kiedy
w swym widmowym przewodniku Niewidzialne miasta powo­
ływał do życia wspomnienia Marco Polo. Wenecja jest mia­
stem na tyle niezwykłym, że jego niezwykłość rzuca się
w oczy nawet tym, którzy jej nigdy nie widzieli. Mało tego: ci,
którzy nigdy Wenecji nie widzieli, mogą mówić ojej niezwy­
kłości, a przeszkadzać im w tym mogą tylko ograniczenia ję­
zyka, który nie przywykł do mówienia o niezwykłościach.
Wenecja jest miastem niezwykłym, dlatego z pewnością
pierwsza scena filmu znaczy coś więcej niż początek podróży:
Zatłoczona kawiarnia. Przy stoliku na środku sali siedzi
kilkoro młodych ludzi. Rozmawiają ożywieni. Kawiarniany
gwar, kawiarniany dym. Wolna wędrówka papierosów, je­
szcze wolniejsza wędrówka szklanek. W pewnym momencie
jeden z rozmawiających, Brodaty, rzuca w przestrzeń:
- A może ktoś pojechałby ze mną do Wenecji?
- Wenecja? Świetny pomysł. Z chęcią się ruszę - odpo­
wiada drugi, zwany dalej Wawą.
Kiedy mówiłem o dwuznaczności tej sceny, nie miałem na
myśli stanów psychicznych, czy też intencji głównych boha­
terów. Stany te i intencje w istocie są trudne do określenia.
Nie wiemy, czy Brodaty mówi poważnie, a Wawa próbuje
przetestować jego konsekwencję, czy też ten pierwszy żartu­
je, a drugi nie poznaje się na żarcie. Nie wiemy i nigdy się te­
go nie dowiemy, ale też nie będziemy dociekać. W całym fil­
mie psychika głównych bohaterów jest najmniej interesująca.
Znaczeniowy naddatek leży gdzie indziej. Wenecja jest
miastem niezwykłym. To, że podczas głośnej i zbędnej ka­
wiarnianej rozmowy pada projekt podróży właśnie tam,
otwiera nam pole do interpretacji symbolicznych. Nasi boha­
terowie nie jadą na grzyby czy po używany aparat fotogra­
ficzny („dwa razy tańszy niż w kraju, bracie!"). Oto podczas
trywialnego zgiełku decydują się oni na wyprawę do jednego
z najbardziej mitycznych miejsc na naszym kontynencie. Że­
by wrażenie było jeszcze mocniejsze, decyzję tę podejmują
podczas jednego z bardziej mitycznych czasów: właśnie trwa
karnawał. Wawa i Brodaty postanowili wziąć udział w we­
neckim karnawale. Właściwie w tym miejscu film powinien
się skończyć. Planowana przez nich podróż należy do tych,
które odbywa się palcem po mapie. Oni jednak grają dalej.
W przeddzień wyjazdu nasi bohaterowie ostatecznie
upewniają się, że nie żartowali. Trwają zimowe ferie i pocią­
62

gi na południe są z pewnością zatłoczone, dlatego Wawa
i Brodaty umawiają się na Dworcu Wschodnim, na którym ła­
twiej będzie znaleźć wolne miejsce.
Następnego dnia, późnym popołudniem nasi bohaterowie
odnajdują się w zupełnie pustym pociągu do Bratysławy. Ich
przedział nie należy do najczystszych. Obok okna przylepiona
jest duża, zużyta guma do żucia.
Pociąg rusza. Wawa informuje Brodatego, że dostał we­
necki adres dalekiego znajomego, profesora Santa Croce.
Z pewnością będzie można zatrzymać się u niego. W charak­
terze gościńca Wawa zabrał typowy product of Poland: pół li­
tra żubrówki.
Nasi bohaterowie wyciągają Samochodowy Atlas Europy
i zaczynają planować optymalną marszrutę. Dojadą pocią­
giem do Bratysławy, potem przebiją się autostopem przez
Wiedeń, Klagenfurt i Villach, żeby wreszcie skierować się pro­
sto na południe i za dwa dni tryumfalnie przekroczyć most od­
dzielający Wenecję od reszty świata.
W scenie pierwszej w banał powszedniości wkraczał nie­
samowity plan. W scenach pociągowych mamy do czynienia
z procesem odwrotnym: oto romantyczna podróż zostaje
skażona pragmatyzmem: należy pojechać na odpowiedni
dworzec, należy zadbać o nocleg już teraz, należy ustalić tra­
sę. Ta zbyt szybka konwersja ma jednak pewien cień, a wła­
ściwie trzy cienie - dziwnie tajemnicze i napawające niepo­
kojem. Myślę tu o pustym pociągu, niezwykłym nazwisku
profesora i gumie do żucia, która dla naszych bohaterów mo­
że stać się tym, czym dla głównego bohatera Kosmosu Wi­
tolda Gombrowicza był powieszony patyk, czy niewidzialne
strzałki na suficie. Te trzy cienie są strzelbą Czechowa. Dzię­
ki ich odpowiedniemu ukazaniu doskonale wiemy, że w koń­
cu wystrzelą.
Z drugiej jednak strony nie ma nic dziwnego w żadnym
z „cieni". Całkiem normalne dla filmów drogi jest takie nada­
wanie specjalnego znaczenia zupełnie normalnym przedmio­
tom. Filmy drogi mogą istnieć tylko dzięki temu, że publicz­
ność zgodziła się oglądać zwykłych ludzi, zwykłe miejsca
i zwykłe wydarzenia tak, jakby było w nich coś szczególne­
go. Codzienność jest atrakcyjna i znacząca dzięki temu, że
została wybrana na element drogi. Określenie, którego uży­
łem, ów „cień" doskonale tu pasuje. Cień jest jednocześnie
czymś zupełnie zwykłym i niepokojącym, wytłumaczalnym
i dającym pole do popisu wybujałej wyobraźni. Przyjrzyjmy
się jeszcze takiemu dialogowi:
Granica Państwa. Jeszcze nawet nie Słowacja, gdyż po­
ciąg do Bratysławy jedzie przez Czechy. Noc, zima. Do
przedziału wchodzi celnik Sprawdza paszporty i pyta:
- Dokąd panowie jadą?
- Do Wenecji - odpowiada Wawa.

W tej odpowiedzi nie ma właściwie nic nadzwyczajnego.
Powiem więcej - pozornie ta odpowiedź jest prawdziwa. Dla­
czego pozornie? Otóż jest noc, zima, granica dwóch północ­
nych państw, pociąg, którego pasażerowie jeżdżą do czeskich
czy słowackich kurortów. W tej sytuacji słowo „Wenecja"
brzmi egzotycznie. Dwóch młodych ludzi ubranych jak na
wieczorny spacer, wyposażonych w niewielkie plecaki
z pewnością sobie żartuje (nie wolno nam zapomnieć o gombrowiczowskiej gumie do żucia!). Z drugiej jednak strony,
Wenecja istnieje realnie i jest miastem, które należy odwie­
dzić, niekoniecznie przez pośrednictwo renomowanego biura
podróży. Być może nie są więc to żarty.
Jak już powiedziałem, nie interesuje mnie psychika boha­
terów. Film nie ukazywał tego w sposób, który pozwalałby na
prawdopodobne dedukcje. Nie wiemy, czy celnik uwierzył
Wawie. Nie wiemy nawet, czy Wawa wierzy sam sobie. Uży­
łem przed chwilą słowa „żart". Pewnie lepsze byłoby słowo
„zabawa" w takim rozumieniu, jakie nadał mu Huizinga. Za­
bawa nie jest prostym przeciwieństwem powagi: „w parze tej
oba terminy nie posiadają równej wartości. Zabawa jest pozy­
tywna, powaga - negatywna. Zawartość znaczeniowa powagi
zostaje wyczerpana przez negację zabawy... zabawa zaś jest
czymś swoistym" (Huizinga, 1985: 34).
W co bawi się Brodaty z Wawą? Jest to oczywiście zaba­
wa w film. Ta podróż tak jak film wciąga ich i angażuje, jed­
nak z drugiej strony nie potrafią patrzeć na nią bez pewnego
dystansu, który pozwala wyjść z kina. Problem, a może cała
atrakcyjność ich sytuacji polega na tym, że zabawa w film
(„symulacja drugiego stopnia"?) odbywa się w realnym cza­
sie, w realnych miejscach, bez możliwości zawieszenia, bez
możliwości powtórzenia ujęcia.
Bratysława. Bardzo chłodny, poniedziałkowy poranek.
Zawieszone nisko nad horyzontem z domów i fabryk słońce
nie potrafi ogrzać spieszących się do pracy ludzi. Wawa i Bro­
daty wysiadają z pociągu i idą na przystanek. Wsiądą do
pierwszego autobusu i odjadą.
Następna scena: trasa wylotowa w kierunku Wiednia.
Wciąż zimno, wciąż świt. Brodaty macha na przejeżdżające
samochody.
Następna scena: ktoś się zatrzymuje. Do samochodu
podbiega Wawa. Nasi bohaterowie opuszczają przedmieścia
Bratysławy.
Poranna wędrówka przez Bratysławę to kolejna scena za­
wieszona pomiędzy codziennością a niecodziennością, po­
między osiadłym byciem a wędrownym stawaniem się, po­
między miastem zwykłym a miastem najniezwyklejszym.
W Wenecji nie ma z pewnością fabryk, blokowisk, przed­
mieść, poranki są przyjemne, ludzie nie spieszą się do pracy.
W Wenecji nie ma poniedziałków.
Takie zawieszenie - spróbuję sformułować to jeszcze raz
- jest z kolei zawieszone pomiędzy poważną, zaangażowaną
walką, a beztroską zabawą bez celu:
Znowu granica. Tym razem słowacko-austriacka. Ruch
odbywa się bez przeszkód (wciąż jest poniedziałkowy pora­
nek.'). Austriacki celnik podchodzi do samochodu, którym ja­
dą nasi bohaterowie. Podstemplowanie paszportu kierowcy
jest formalnością, ale kiedy Wawa na pytanie celnika odpo­
wiada: „Wenezia, Italia", samochód musi zjechać na bok do
bardziej szczegółowej kontroli.
Jedynym podejrzanym, choć przecież w pełni legalnym
przedmiotem w bagażach naszych bohaterów jest pól litra
wódki: souvenir for profesor Santa Croce. Po chwili samo­
chód jedzie dalej.

Tu już niczego nie trzeba dodawać. Zabawa jest jawna: Nikt
na austriackiej granicy nie może znać profesora Santa Croce,
nikt nie da się nabrać na odległy cel. A jednak nasi bohatero­
wie zostają przepuszczeni, dostają stemple do paszportów. Je­
steśmy w stanie w to uwierzyć tylko dlatego, że zgadzamy się
na grę w fikcję filmu. Mało tego - zaczynamy kibicować nie­
realnym bohaterom. Podnieca nas subtelna rozgrywka wspo­
mnianych wcześniej dychotomii: jaką jeszcze niecodzienno­
ścią wtargnie Wawa z Brodatym w codzienność tubylców? Ja­
ką jeszcze zabawą będą oni drażnić swoje poważne plany?
„Subtelna rozgrywka dychotomii" doskonale pasuje do opi­
su wędrówki i można chyba przyjąć, że każdy film drogi opie­
ra się na podobnym schemacie. Wędrówka jest czymś amor­
ficznym, kapryśnym, przypadkowym, wybiera nieznane ścież­
ki, rozkoszuje się nieracjonalnością. Z drugiej jednak strony
musi ona sprostać pewnym praktycznym wymogom, musi wy­
bierać odpowiednie miejsca na nocleg, musi zadbać o poży­
wienie, musi wreszcie dokądś zmierzać. Racjonalność jest jej
wstrętna, ale niezbędna, przypadkowość miła, lecz zgubna.
Wjazd na autostradę, okolice Wiednia. Zimno, wiatr roz­
wiewa resztki leżącego na polach śniegu. Wawa i Brodaty ma­
chają na nieliczne przejeżdżające samochody.
Następna scena - taka sama i następna, i następna. Coraz
więcej złości i rezygnacji, coraz chłodniej. Wciąż wieje wiatr.
Nad głowami naszych bohaterów od czasu do czasu prze­
latuje samolot (gdzieś niedaleko jest lotnisko). Niektóre z tych
samolotów lecą być może do Wenecji.
W końcu Wawa i Brodaty wsiadają do samochodu jadące­
go do Wiednia. W środku - dwoje miłych staruszków, milczą­
cy kierowca i jego rozgadana żona. Kiedy dowie się, dokąd
jadą nasi bohaterowie, rozgada się jeszcze bardziej, pełna en­
tuzjazmu będzie opowiadać o cudach Wenecji.
Wawa nie zna niemieckiego, Brodaty posiada minimum
wiedzy Z tego języka. Wypowiedzi zachwyconej austriackiej
emerytki podawane są bez tłumaczenia.
Nowa, przypadkowa znajoma naszych bohaterów jest,
mogę chyba zaryzykowć taką interpretację, figurą widza, jest
naszym ambasadorem w tym filmie. Zachwyca się ona pomy­
słem podróży do Wenecji, zachwyca się Wenecją, zachwyca­
łaby się również trzygodzinnym oczekiwaniem Wawy i Bro­
datego, gdyby tylko chciała wiedzieć cokolwiek o tym ocze­
kiwaniu. Nam również podoba się niecodzienność ich wę­
drówki. Potrzebna nam ta bajka, gdy siedzimy w kinie dosko­
nale wpisanym w dzienny rozkład zajęć, potrzebne nam świę­
to, które odpokutują za nas filmowi bohaterowie.
Tymczasem codzienne problemy powoli zaczynają prze­
ważać nad niezwyczajnym uniesieniem, a brak dystansu nad
beztroską:
Przedmieścia Wiednia. Trasa wylotowa na Graz. Przy
wjeździe na nią stoi Brodaty z Wawą. Machają na samocho­
dy, ale nikt się nie zatrzymuje.
Następna scena: ta sama wylotówka. Brodaty trzyma
w ręku tekturę z napisem „ Venezia ". Samochody przejeżdża­
ją nie zatrzymując się.
Następna scena: zrezygnowani bohaterowie ruszają
w kierunku Wiednia. W tym momencie z wyciem syren zatrzy­
muje się kolo nich radiowóz. Sprawdzanie dokumentów, prze­
szukiwanie plecaków, pytania dotyczące celu podróży (odpo­
wiedź standardowa). W końcu informacja, że w tym miejscu
łapanie stopu jest zabronione. Wawa i Brodaty wiedzą już, że
jest to także niemożliwe. Idą na dworzec kolejowy.
Następna scena: marsz przez zaspane peryferie Wiednia.
Nic się nie zdarza.
63

Następna scena: Wien Sudbahnhof. Wawa idzie do kasy
i pyta o bilet kolejowy do Wenecji. Pociąg odjeżdża za kilka­
dziesiąt minut, ale Brodaty i Wawa opuszczają dworzec, wsia­
dają do tramwaju.
Oto pociąg, który jedzie do Wenecji kilka godzin, zostaje
zignorowany. Być może nasi bohaterowie mają za mało pie­
niędzy, aby decydować się na ten środek transportu. Wolimy
jednak wierzyć, że rezygnują ze zbyt prostych rozwiązań.
Dalszy przebieg podróży potwierdzi obie hipotezy. Ale nie
wyprzedzajmy faktów. Na razie chcę mówić o powtarzalności.
Już około pięciu razy usłyszelis'my od Wawy, że celem
podróży jest Wenecja. Celnicy, kierowcy, kasjer na dworcu.
Przyzwyczailis'my się już do tych słów, nie brzmią one dla
nas tak egzotycznie, jak podczas pierwszej sceny. Zamieszka­
liśmy w tych słowach, tak jak zamieszkali w nich Wawa
i Brodaty (w istocie tylko one i butelka żubrówki dla profe­
sora Santa Croce są gwarancją jedynego pewnego noclegu
podczas ich podróży). Zmierzam jednak do czegoś innego. Te
same słowa, wypowiadane w podobny sposób, budzą różne
reakcje. Te kilka słów jest najprostszym probierzem emocji,
najłatwiejszym sposobem określenia sytuacji, w której znale­
źli się nasi bohaterowie.
Ta sama, wciąż powracająca kwestia przywodzi na myśl
pracę na planie filmowym: niekończące się duble, wyrwane
z kontekstu, najmniejsze atomy scen, przestają być częścią
większej całości, przestają być zrozumiałe tylko dla tych,
którzy widzą wszystko. Oto znaczenie fundowane jest na po­
wtarzalności, na niewidzialnej grze odcieni.
Dalsza wędrówka po peryferiach.
Następna scena: Brodaty i Wawa stoją przy innej wylotówce. Dużo samochodów. Nikt się nie zatrzymuje.
Następna scena: Brodaty i Wawa stoją przy kolejnej wylotówce. Jeden z nich trzyma w ręku tabliczkę z napisem
„Graz". Dużo samochodów, nikt się nie zatrzymuje.
Następna scena: pisk opon, jęk hamulców, zdenerwowane
klaksony. Z lewego pasa zjeżdża na pobocze brudny VW golf.
Następna scena: Brodaty i Wawa wysiadają z brudnego
golfa na podwiedeńskim parkingu. Samochód odjeżdża, nasi
bohaterowie stoją pod kolorowym budynkiem o niecodzien­
nych kształtach.
A tutaj inny rodzaj echa. Wydaje się (a to wrażenie będzie
jeszcze pogłębione), jakby ten film posługiwał się tylko kil­
koma najprostszymi elementami, których zestawianie
w odmiennych kontekstach produkuje sens. Wydaje się, jak­
by ten film skonstruowany był na zasadzie spirali. Wkroczy­
liśmy właśnie w etap, gdy spirala jest skręcana - każdy jej
obrót odbywa się na niższym poziomie: oto tramwaj zamiast
pociągu, oto ponowne błąkanie się po peryferiach (tym razem
z drugiej, jeszcze mniej atrakcyjnej strony miasta), oto zde­
sperowana tabliczka z napisem „Graz" w miejsce beztroskiej
tabliczki z napisem „Venezia".
Wreszcie stacja benzynowa, na której Wawa z Brodatym
spędzają kolejne bezczynne godziny. Budynek, w którym
mieszczą się motel i restauracja, odbiega znacznie od autostradowych norm. Jego fantazyjna, organiczna bryła wyłożo­
na kolorowymi szkiełkami i fragmentami glazury, zwieńczo­
na krzywym dachem porośniętym brzozowym zagajnikiem
jest z całą pewnością produktem pracowni Hundertwassera.
Dzieła owego niekonwencjonalnego twórcy, który z czynszo­
wej kamienicy potrafi zrobić bajkowy pałac, a ze spalarni
śmieci piernikową chatkę, urosły już dawno do rangi archi­
tektonicznej wizytówki współczesnego Wiednia. Codziennie
tysiące turystów zmęczonych imperialną czkawką Schónbru64

nu jedzie odetchnąć wśród baśniowo kolorowych krzywizn
przy Lówengasse. Nie słyszałem jednak, aby ktokolwiek
zwiedzał parking położony sześćdziesiąt kilometrów od cen­
trum w kierunku Klagenfurtu. Motel w Bad Fischau nie jest
zabytkiem. Spirala zatacza coraz mniej ambitne kółka.
Nasi bohaterowie spędzając trzy godziny na parkingu,
machając na obojętne samochody, mieli dość czasu, by przyj­
rzeć się budynkowi, który gonił ich tutaj aż z Wiednia. Nie
zrobili jednak tego. Nie przyjęli jałmużny, którą łaskawie ob­
darzyła ich Wielka Kultura. Już za kilkadziesiąt godzin we­
zmą wszystko, co jest do wzięcia, nie ma więc powodów an­
gażować się w nic nieznaczące drobnostki.
Nadciąga zmierzch. Brodaty i Wawa rezygnują z dalszego
czekania i wyruszają na poszukiwanie noclegu.
Następna scena: mrok i wycie psów.
Następna scena: niewielka stacja kolejowa w Bad Fi­
schau. Zawiadowca stacji informuje, że jest ona zamykana
o 22.30. Brodaty fatalną niemczyzną opowiada zawiadowcy
o podróży („ wir fahren nach Venedig "). Zawiadowca mówi,
Że w pobliskim miasteczku łatwiej będzie znaleźć nocleg. Kie­
dy Brodaty usiłuje kupić bilety do Wiener Neustadt, zawia­
dowca (umundurowany!) macha lekceważąco ręką i mówi, że
0 tej porze w pociągach nie ma kontrolerów.
Następna scena: Wiener Neustadt. Brodaty i Wawa śpią
w poczekalni.
Następna scena: człowiek o wyglądzie żołnierza Wehr­
machtu pokazując na zegarek, każe naszym bohaterom opu­
ścić poczekalnię. Jest 24.15. Na dworze mróz. Kolejarz mówi
coś jeszcze. Zaspany Brodaty nie rozumie od razu. Kolejarz
powtarza: „do otworzenia poczekalni możecie spać w pocią­
gu stojącym na bocznicy".
Następna scena: Brodaty i Wawa śpią w komfortowym, zu­
pełnie pustym pociągu.
W ten sposób wróciliśmy do pustego pociągu. Ten jest
czystszy, lepiej ogrzewany, spokojniejszy od tego pierwsze­
go. Ma tylko jedną wadę - nie jedzie. Od kiedy nasi bohate­
rowie zaczęli traktować poważnie swoją wyprawę, od kiedy
spirala zaczęła się zwijać, a racjonalność tryumfować nad
nieracjonalnością, podróż stała się piekłem ze wszystkimi je­
go niemożliwościami w konsekwencji.
Następnego dnia Wawa i Brodaty pobłądzą trochę po oko­
licach industrialnego Wiener Neustadt, a nie znalazłszy moż­
liwości wydostania się stamtąd autostopem, wrócą na dwo­
rzec i z wielu absurdalnych opcji wybiorą tę najbardziej ab­
surdalną - pojadą pociągiem na Węgry, a więc cofną się, roz­
poczną błądzenie. Jednak zanim tego dokonają, zapłacą je­
szcze jeden haracz rzeczywistości, która wciąż jest trochę
obrażona na to, że wędrówkę chcieli zmienić w wycieczkę:
Granica austriacko-węgierska. Przeszukiwanie plecaków,
standardowe odpowiedzi na standardowe pytania: Wenecja,
profesor Santa Croce, dokładne sprawdzanie paszportów.
Wreszcie celnik wręcza Brodatemu ankietę do wypełnienia.
W ankiecie znajdują się m.in. następujące polecenia: napisz
swoje nazwisko, datę i miejsce urodzenia oraz imię; pokaż ile
pieniędzy masz przy sobie; pokaż stronę czternastą swojego
paszportu; wśród wypisanych liczb podkreśl liczbę 49; nary­
suj dwa kola i prostokąt... Przy ostatnim poleceniu Wawa
1 Brodaty wybuchają śmiechem.
Mamy więc wreszcie spotkanie ze Sfinksem. Jest to oczy­
wiście Sfinks na opak (nasi bohaterowie cofają się!). Nie
dość, że jego pytaniom daleko do oryginalności i subtelności
pierwowzoru, to jeszcze zasadza się on na wychodzących,
a nie na wchodzących. Jakakolwiek próba racjonalizacji po-

czynań celników prowadzi do jeszcze większego absurdu:
sprawdzali, czy Brodaty rzeczywiście jest Polakiem (a nie
kurdyjskim, peruwiańskim czy libijskim terrorystą)? Dlacze­
go jednak swój test przeprowadzali na Słowianinie, a nie na
Wawie, który jest ewidentnym pół-Azjatą? Odwrócony
Sfinks wpuszcza do odwróconego świata.
Rozpoczyna się podróż lokalnymi pociągami przez Wę­
gry. Oto Wawa i Brodaty siedzą w zatłoczonym przedziale
drugiej klasy. Wokół nich - jadący tylko kilka stacji, posługu­
jący się absolutnie nieczytelnym językiem tubylcy. Ciężko tu
nawet mówić o obcości. Nasi bohaterowie wydają się przybyszmi z kosmosu, Wenecja - odległą galaktyką. Dopiero z ta­
kiej perspektywy można doświadczyć całej niesamowitości
miasta, do którego Wawa i Brodaty właściwie nie zbliżyli się
przez cały dzień podróży. „Dopiero tutaj", ale z drugiej stro­
ny „już tutaj". Gdyby podróż odbywała się autobusem, albo,
co gorsza, samolotem, ceną za wygodę i pewność byłby za­
nik niezwykłości. Wenecja ograniczyłaby się do napisów na
dworcu, rachunków hotelowych i przepisowego spaceru po
San Marco. Dzięki szeregowi zmyślnie nieprzemyślanych de­
cyzji Wawa i Brodaty już teraz uczestniczą w weneckim kar­
nawale: dokładnie w momencie, gdy InterCity z Wiednia
wjeżdża na dworzec Santa Lucia, nasi bohaterowie siedzą
w barze na stacji o niewymawialnej nazwie:
Wieczór, dworzec kolejowy w Zalaegerszeg. W dworco­
wym barze siedzą Wawa i Brodaty. Dokoła nich anonimowi
Węgrzy prowadzą życie towarzyskie - piją, jedzą, rozmawia­
ją z barmanką, grają w jednorękiego bandytę. Wawa i Bro­
daty nad piwem rozmawiają o swoich licealnych przeszłos'ciach.
Następna scena: pociąg do Redics. W składzie o pojemno­
ści tramwaju, na drewnianych ławeczkach siedzi kilkanaście
zmęczonych osób. Za oknami ciemno. Brodaty wpatrzony w tę
ciemność, Wawa ogląda podłogę.
Następna scena: Stacja w Redics. Prawie zupełna ciem­
ność. Wawa i Brodaty ruszają w kierunku granicy węgiersko-sloweńskiej.
Następna scena: Wawa i Brodaty mijają sznur ciężarówek
oczekujących na odprawę.
Następna scena: Granica. Słoweński celnik dokładnie
ogląda bagaże naszych bohaterów. Kiedy już dowie się o ce­
lu podróży i profesorze Santa Croce, zapyta:
- A pik-pik macie?
Wawa z Brodatym niepewnie patrzą po sobie. Okazuje się,
Że pik-pik wraz z odpowiednim gestem sugerującym strzy­
kawkę oznacza w języku słoweńskich celników narkotyki. Na­
si bohaterowie wybuchają śmiechem. Celnik sugeruje, że bez
odpowiedniej ilości pieniędzy nie zostaną wpuszczeni do
Włoch.
Następna scena: Wawa i Brodaty stoją pod latarnią i ma­
chają na przejeżdżające samochody. Obok stoi radiowóz. Po
kilku minutach policjanci przywołują do siebie naszych boha­
terów i żądają okazania dokumentów. Mają wielkie trudności
z zapisaniem danych osobowych.
Karnawał trwa. Nie ma tu już mowy o wtargnięciu nieco­
dzienności w zwyczajność. Sytuacja z początku podróży ule­
gła bilateralizacji. Pasażerowie pociągu do Redics wyglądają
na wspólników Wawy i Brodatego. Ich niezrozumiały język
jest językiem na opak, karnawałowym językiem, który nie
służy komunikacji, lecz jedynie robieniu odpustowego hała­
su. Ich zwyczajne zachowanie i proste tobołki w pociągu do
Wenecji, ich wysiadanie z tego pociągu na stacji Nagylengel
jest wywrotowym żartem. Słoweński celnik używający dzie­

cinnego języka na określenie zjawisk wcale nie dziecinnych
też nie może być brany na poważnie. Tak samo policjanci,
którzy w nieruchomej scenie parodiują filmowe pościgi,
a później parodiują samych siebie, nie potrafiąc zapisać da­
nych osobowych Wawy i Brodatego.
Oczywiście uczestnikami tego karnawału są nie tylko co­
raz dziwniejsi tubylcy. To przecież my, przyzwyczajeni już
przez Wawę i Brodatego do niezwykłości, skłonni jesteśmy
zauważać święto tam, gdzie funkcjonariusz widzi codzienne
obowiązki spełniane raz lepiej, raz gorzej. Powiem może ina­
czej: nie tyle „zostaliśmy przyzwyczajeni do niezwykłości",
co odzwyczajono nas od zwykłości. Naturalny skutek ubocz­
ny wszelkich wędrówek zbliża je pod tym względem do
święta. Ciągłe zmienianie waluty, portrety z banknotów prze­
wijające się w tempie teledysku, zmiany tablic rejestracyj­
nych samochodów, które nie zatrzymują się dla naszych bo­
haterów, zmiany umundurowań policjantów, celników, kon­
duktorów, zmiany języków, w których umundurowani wypo­
wiadają swoje niezmienne kwestie, coraz to nowe stemple
kontroli granicznej... kalejdoskop, bezustanne naruszanie
równowagi.
Zmienność jest immanentną cechą podróży.
Lindava, miasteczko niedaleko granicy, noc. Wawa i Bro­
daty śpią na ławkach pod dworcem autobusowym.
Następna scena: wciąż noc, Wawa i Brodaty wsiadają do
autobusu kursowego do Lubiany. Kierowca żąda dużej kwoty
pieniędzy. Nie starcza miejscowej waluty, Wawa dopłaca
w markach niemieckich.
Następna scena: Dworzec w Lublanie, słoneczny, ciepły
poranek. Wawa pyta: „co teraz?". Brodaty odpowiada: „naj­
pierw będziemy przez dwie godziny błąkać się po mieście,
później przez następne dwie godziny będziemy szukać dobre­
go miejsca na wylotówce, przez następne trzy będziemy
próbowali złapać stop, a na końcu wrócimy na dworzec i po­
jedziemy pociągiem ". Nasi bohaterowie idą od razu na dwo­
rzec. Pociąg odjeżdża za kilka godzin. Można zwiedzić miasto.
Następne sceny: widoczki z Lubiany. Urokliwe kamieni­
ce, rzeka wijąca się elegancko przez zabytkową dzielnicę,
targ owocowy, uśmiechnięci ludzie, przedwczesny wybuch
wiosny.
Następna scena: peron dworcowy, Wawa i Brodaty idą do
pociągu. Nagle z jazgotem pasterskich dzwonków, na peron
położony kilkadziesiąt metrów od tego, na którym znajdują
się nasi bohaterowie, wpada grupa karnawałowych przebie­
rańców (w zgodzie ze wszystkimi etnograficznymi normami:
futra na lewą stronę, pomalowane na czarno twarze, paster­
skie akcesoria). Wawa bierze do ręki aparat fotograficzny,
chwilę się waha, po czym, nie zrobiwszy zdjęcia, wchodzi do
pociągu.
Brodaty i Wawa zbliżyli się do Wenecji na wyciągnięcie
ręki. Jest już słońce, woda, karnawał. Jest także bilet na po­
ciąg i są oni w tym pociągu. Wydaje się, że podróż została
odbyta. Pokonano odpowiednią ilość piętrzących się trudno­
ści, zdobyto odpowiednią ilość stempelków, odpowiednio
często powtarzano nazwę Miasta, odpowiednio często zanu­
rzano się w nieracjonalności. Na dobrą sprawę nasi bohatero­
wie powinni teraz zgubić swoje bilety, albo wręcz świadomie
pozbyć się ich w jakiś z premedytacją nieekonomiczny spo­
sób. Nie robią tego. Wsiadają do wygodnego, niemal zupeł­
nie pustego pociągu i zaczynają kontemplować coraz bardziej
śródziemnomorskie krajobrazy.
Kiedy na dworcu w Lublanie pojawiła się grupa karna­
wałowych przebierańców, mieliśmy nadzieję na brak happy
65

endu. Nasi bohaterowie zatrzymali się nawet, aby obejrzeć
to niecodzienne zjawisko w jakże niecodziennej scenerii.
Nie tylko zresztą scenerii... Także czas był niezwyczajny.
Trzy minuty do odjazdu pociągu. Tak jakby ktoś' chciał za­
trzymać podróżnych, pokazać palcem: „to tu". Kolejny
symbol-niesymbol, kolejna gombrowiczowska anomalia.
Wawa wyciągnął nawet aparat fotograficzny, ale świadom
nieuchwytności chwili zrezygnował ze zdjęcia. Zresztą być
może zrezygnował z niego, gdyż znajdował się o kilka pe­
ronów za daleko od miejsca akcji, aby zdjęcie było udane.
Najbardziej jednak prawdopodobne jest to, że Wawa nie
zrobił zdjęcia, gdyż uznał, że nie wytrzymałoby ono konku­
rencji ze zdjęciami, które już za kilka godzin będzie mógł
robić w Wenecji...
Gwizd. Pociąg odjeżdża.
Za oknami góry, pola, wioski, błękitne niebo. Brodaty
mówi: „krajobrazy są coraz bar­
dziej śródziemnomorskie".
Następna
scena:
„pociąg
wjeżdża na stację Villa Opicina.
Włochy. Wchodzą celnicy.
"S
... zmiany umundurowali...
в
Celnicy podchodzą do Wawy
i Brodatego, pytają o cel podróży,
0 bagaż...
...zmiany
języków
,
| < 1 6 079 8 Ю |
w których umundurowani wypo­
»6
wiadają swoje niezmienne kwe­
Nr
stie...
...o pieniądze...
I
...banknoty przewijające się
w tempie teledysku...
I
...w końcu celnicy każą Wawie
4
1 Brodatemu zabrać wszystko
z pociągu i prowadzą ich na po­
sterunek.
...kalejdoskop, bezustanne
I l i
naruszanie równowagi.

I!
h
i
1
1

3 0 - 0 2 - 9 8 0]

i 5

5 I!
Na dworcowym posterunku roi
się od policjantów.
Niektórzy
z nich noszą kurtki z napisem „polizia " wydrukowanym w lu­
strzanym odbiciu. Wawa i Brodaty muszą oddać paszporty,
następnie umundurowana kobieta o ostrych rysach twarzy
prowadzi ich do średniej wielkości celi oświetlonej mocno ja­
rzeniówką. W areszcie przebywa już dwóch innych mężczyzn
- zdziwiony Słowianin i zdenerwowany południowiec - obaj
wyłącznie włoskojęzyczni.
Następna scena: Wawa i Brodaty czytają, Słowianin sie­
dzi wpatrzony bezmyślnie w podłogę. Południowiec chodzi
po celi.
Następna scena: Wawa i Brodaty czytają, Słowianin siedzi
wpatrzony bezmyślnie w podłogę. Południowiec chodzi po ce­
li paląc papierosa.
Następna scena: Wawa i Brodaty czytają, Słowianin siedzi
wpatrzony bezmyślnie w podłogę. Południowiec chodzi po ce­
li paląc papierosa. Za ścianą słychać odjeżdżający pociąg.
Następna scena: blond policjantka o ostrych rysach wpa­
da do celi i krzyczy coś po włosku do Wawy i Brodatego, po­
kazując na tabliczkę informującą o zakazie palenia.
Następna scena: Wawa i Brodaty czytają, Słowianin siedzi
wpatrzony bezmyślnie w podłogę. Południowiec chodzi po ce­
li paląc papierosa. Wchodzi policjantka (wciąż ta sama), po­
kazuje na Brodatego. Każe mu iść ze sobą.

66

Następna scena: Korytarz. Policjantka pyta się Brodate­
go, czy ten mówi po włosku. Brodaty kiwa przecząco głową.
Policjantka zaczyna mówić dużo i ostro po włosku, wtrącając
czasem źle wymawiane angielskie słowa. Jej wypowiedź nie
jest tłumaczona. Później każe podpisać Brodatemu jakiś do­
kument.
Następna scena: Wawa i Brodaty prowadzeni są pod
eskortą do pociągu w kierunku Lubiany. Nasi bohaterowie
wsiadają do środka, policjantka oddaje im paszporty, pociąg
odjeżdża.
Wawa ogląda swój paszport. Na jednej ze stron widnieje
starannie przekreślony długopisem stempel włoskiej kontroli
granicznej.
I w ten sposób happy end nie odbył się. Nie będzie Wene­
cji, nie będzie karnawału, choć przecież tak naprawdę było
już i jedno, i drugie. Nie potrzeba być wyjątkowo wnikli­
wym, by przebraną za mężczyznę
kobietę, czy napisy wspak dopa­
sować do tej karnawałowej ukła­
danki, którą ukazywałem już
wcześniej. Także profesor Santa
Croce, o którym nasi bohaterowie
wspominali na tylu granicach, po­
jawił się wreszcie namacalnie,
choć przewrotnie w postaci
odmownego świeckiego krzyżyka
w ich paszportach.
Wszystkie te symbole, które
pojawiają się, znikają i pojawiają
ponownie w zmienionej formie,
dialogują ze sobą na coraz bar­
dziej niewyobrażalnych pła­
szczyznach, prowadzą nas coraz
to nowymi meandrami sensów,
a więc wszystkie te symbole,
którymi operował opowiedziany
przeze mnie film, mają jedną
wspólną cechę. Otóż na dobrą
sprawę nie są one wcale symbo­
lami. Każdy ze wspomnianych
przeze mnie obrazów daje się racjonalnie wyjaśnić i umie­
ścić w profanicznej rzeczywistości, która jest domeną utylitaryzmu, a nie symbolu. W związku z tym przywołajmy po­
nownie Gombrowicza:
„Jeszcze w związku z Kosmosem: z bezmiaru dziejących
się zjawisk wokół mnie, wyławiam jedno. Spostrzegam, na
przykład popielniczkę na moim stole (reszta przedmiotów na
stole usuwa się w niebyt).
Jeśli zdołam uzasadnić, dlaczego popielniczkę akurat za­
uważyłem ('chcę strząsnąć popiół z papierosa'), wszystko
jest w porządku.
Jeśli spostrzegłem popielniczkę przypadkowo, bez żadnej
intencji, i nie wracam do tego spostrzeżenia, też wszystko jak
trzeba.
Jeśli jednak, zauważywszy to zjawisko bez znaczenia, po­
wrócisz do niego po raz drugi... biada! Dlaczego znów ją za­
uważyłeś, jeśli bez znaczenia? Ach, więc jednak coś znaczy
dla ciebie, jeśli powróciłeś?... Oto, jak przez sam fakt, że
bezprawnie skupiłeś się na tym zjawisku o sekundę dłużej,
rzecz ta już zaczyna się wyróżniać, staje się znamienna...
Nie, nie (bronisz się) to zwykła popielniczka! - Zwykła? Dla­
czego bronisz się przed nią, jeśli zwykła?
Oto jak zjawisko staje się obsesją.

Czy rzeczywistość z istoty swojej jest obsesjonalna? Wo­
bec tego, że światy nasze budujemy kojarząc zjawiska, nie
zdziwiłbym się, gdyby u prapoczątku czasów było skojarze­
nie dwukrotne. Ono wytycza kierunek w choasie i jest począt­
kiem ładu" (Gombrowicz 1988b: 204).
Patrzyliśmy o sekundę za długo na dziwne nazwisko we­
neckiego profesora, na pusty pociąg, na ludzi przebranych
w mundury i oto z bezmiaru zjawisk bez znaczenia (wszystko
nie może mieć znaczenia!) wyłania się sensowna całość - ko­
smos drogi. W innym miejscu w Dziennikach Gombrowicz
podaje receptę na swoją literaturę. Otóż po „wejściu w sferę
snu" należy zacząć pisać „pierwszą lepszą historię, jaka
przyjdzie do głowy". Z zapisanych 20 stron wyławia się „mo­
że kilka zdań, które wydają się podniecające. W oparciu o te
zdania pisze się kolejne 20 stron, aż z bezmiaru metafor za­
cznie wyłaniać się „szyfr właściwy", kosmos książki rządzą­
cy się swoją własną żelazną logiką. Na koniec Gombrowicz
daje następującą radę: .jednakże cała rzecz w tym, abyś, pod­
dając się w ten sposób biernie dziełu, pozwalając, aby stwa­
rzało się samo, nie przestał ani na chwilę nad nim panować
(...) W rezultacie: pomiędzy tobą a dziełem powstaje walka,
taka jak pomiędzy woźnicą a końmi, które go ponoszą"
(Gombrowicz 1988a: 124).
O podobnym niekontrolowano-kontrolowanym kłuciu się
sensu pisze Italo Calvino w odniesieniu do mitu: „może on
[bajarz plemienny] bez przeszkód dokonywać kombinacji
z jaguarami i tukanami [oraz innymi postaciami z puli ogra­
niczonej przez codzienne postrzeganie - K.C], tak długo, jak
jedna z tych niewinnych historyjek nie odsłoni raptownie
wstrząsającej tajemnicy: mitu, który powinien być ujawniony
w sekrecie, w świętym miejscu" (Calvino 1992: 99). Nieskrę­
powana zabawa mająca na celu wybadanie, „jak dalece słowa
daje się łączyć ze sobą", prowadzi do tego, że któraś kolejna
bajka odkrywa nam prawdę spoza dotychczasowego słowni­
ka, odsłania tajemnice bytu. Z bezmiaru możliwych opowie­
ści wyłania się kosmos niemożliwego mitu.
Na film, jako medium doskonale nadające się do neomitologizacji, zwracał uwagę nie tylko Jurij Łotman, ale to on na­
pisał słowa, które doskonale nadają się na zamknięcie tego
chyba już zbyt długiego cyklu cytatów: „nigdzie poza kinem
różne typy organizacji materiału od form krańcowo rodzajo­
wych, całkowicie pochłoniętych prawdopodobnym odtwarza­
niem bytu dnia dzisiejszego, po formę uogólnionej struktury
mitu, nie stapiają się tak organicznie, przezierając przez sie­
bie nawzajem" (Łotman, 1983: 6). W filmie, który opowie­
działem, przez codzienne zdarzenia, sceny rodzajowe prze­
ziera głębszy sens, zużyte gumy do żucia i umundurowane
kobiety stają się częściami symbolicznego kompleksu.
Z bezmiaru prawdopodobnych bytów dnia dzisiejszego
wyłania się nieprawdopodobny kosmos mistycznej wędrówki.
Film, to mówiłem na samym początku, balansuje między
codziennością i niecodziennością. Po kilku powyższych cyta­
tach to balansowanie nabiera nowego znaczenia. W „subtel­
nej rozgrywce dychotomii" odnajdujemy wędrówkę ku nie­
spodziewanym, zaskakującym sensom. Mamy więc już dwie
wędrówki. Podczas tej pierwszej, materialnej, nasi bohatero­
wie błądzili, odczuwali głód i zmęczenie, aż wreszcie, w Vil­
la Opicina, musieli skapitulować. Druga wędrówka, jasna
i spójna, zakończyła się tryumfalnie w mitycznej Wenecji. Je­
szcze raz przywołajmy Calvino: „oto najmłodszy syn zabłą­
dził w lesie. Widzi w oddali światło, wędruje, wędruje...
Baśń rozwija się zdanie po zdaniu. W jakim kierunku? Aż do
punktu, gdy coś niewypowiedzianego jeszcze, ledwie prze­

czuwanego, zjawi się nagle, chwyci i niby wiedźma-ludożerczyni rozszarpie na kawałki" (Calvino 1992: 98). Mamy więc
trzy wędrówki! Trzecia wędrówka jest opisem pierwszej do­
konanym w taki sposób, by przy całej fizyczności udało się
zachować mityczne głębie drugiej.
Może należy usystematyzować tę wyliczankę. Pierwsza
wędrówka to życie, domena jaguarów, tukanów i najmłod­
szych synów. Druga odbywa się w świecie sensów, możemy
ją przedsięwziąć tylko pośrednio, dzięki którejś z dwóch po­
zostałych. Trzecia wędrówka jest opisem pierwszej. Dzięki
niej bezmiar tukanów staje się opowieścią, w niej świat co­
dziennego postrzegania i świat niecodziennych znaczeń znaj­
dują wspólny punkt, w niej oba te odległe światy „przeziera­
ją przez siebie nawzajem".
Jak to się ma do opisywanego przeze mnie filmu? Gdzie
w tym przypadku szukać pierwszego członu triady? Mamy
pewien kompleks sensów, mamy opis wędrówki, ale nie ma­
my życia (jeśli nie liczyć otaczającego nas bezmiaru, który
oczywiście nie może być brany za wędrówkę w sensie do­
słownym). Może więc czas zrzucić jedną z masek i zdradzić
pewną tajemnicę. Otóż opisywany przeze mnie film nie ist­
nieje. To znaczy istnieje (właśnie zaczął istnieć, skoro dotar­
łeś, Czytelniku, aż do tego miejsca), nie istnieją wszakże żad­
ne jego fizyczne nośniki. Film, który opisałem, odbył się ja­
ko rzeczywista podróż w lutym 1998 roku. Wszystkie opisa­
ne powyżej wydarzenia miały miejsce kilka miesięcy temu,
ale do tej pory zaprzątają one myśli mnie oraz mojemu towa­
rzyszowi podróży. Pewien szczególny splot niekoniecznie
szczególnych obrazów, pewne „podwójne spostrzeżenia"
sprawiły, że najlepiej było mi opowiedzieć tę podróż jako
film o podróży.
Ostatnia scena. Po szeregu migawek z Lubiany, nocnych
pociągów i Budapesztu nadszedł czas na ostatnią scenę. Sturovo, stacja na węgiersko-słowackiej granicy. Nadjeżdża po­
ciąg z Budapesztu do Warszawy. Nasi bohaterowie wsiadają
do środka. Pociąg jest praktycznie pusty. Wybierają więc
pierwszy lepszy przedział. Ich przedział nie należy do najczy­
stszych. Obok okna przylepiona jest duża, zużyta guma do
żucia.
Jest jeszcze jeden powód, dla którego użyłem filmowej
maski. Otóż część przygód, których doświadczyliśmy, nie
mieści się w szufladce z napisem „prawdopodobne formy by­
tu". To, co w fikcji kina wydaje się możliwe, nie musi być za­
akceptowane w opowieści o faktach. Postanowiłem zrezygno­
wać z praw własności do przeżycia, aby ocalić ważkość meta­
for, które przecież nie są moje, przychodzą bowiem z jakiegoś
„poza". Nie ja pierwszy tak postąpiłem: Śmierć w Wenecji jest
ważna dlatego, że jest fikcją, a przecież:
nic nie zostało
zmyślone: przechodzień spotkany koło cmentarza Północnego
w Monachium, ponury statek odpływający z Poli, sędziwy fircyk, podejrzany gondolier, Tadzio i jego rodzina, wyjazd,
który nie doszedł do skutku z powodu zamiany bagaży, chole­
ra, uczciwy urzędnik biura podróży, złośliwy śpiewak uliczny
i cokolwiek by jeszcze przytoczyć..." (Mann, 1971: 52).
Gdyby Tomasz Mann wspominał jedynie swoją podróż,
zapadłaby nam w głowie jej niesamowitość, ale nie doświad­
czylibyśmy tajemnicy, która zostałaby własnością jedynego
podróżnika. Dopiero wciągnięcie nas w wędrówkę, uczynie­
nie z nas wspólników, którzy na równi z pisarzem biorą
udział w interpretacyjnej przygodzie, sprawia, że tajemnica
staje się także naszym udziałem. Poza tym powieść czy film
(a nawet opis filmu) pozwala ustrukturyzować paradę ele­
mentów, nadać wydarzeniom rangę symboli. Poddając się
67

biernie dziełu, nie przestawajmy nad nim panować! I wre­
szcie, czego najlepszym przykładem jest powieść Manna,
trzecia wędrówka daje nam szansę dotrzeć tam, gdzie wę­
drówka pierwsza przestałaby istnieć.
Żaden z bohaterów opisywanego przeze mnie filmu nie
zginął. Ani w filmie, ani w rzeczywistości. Być może urato­
wała ich/nas umundurowana blondynka o ostrych rysach, być
może śmierć czekała w Wenecji. Przekreślony stempel wło­
skiej kontroli granicznej uratował nie tylko Wawę i Brodate­
go. Uratował on również Wenecję, której z całą pewnością
najlepiej robi kontemplowanie z odległości. Mit najniezwyklejszego miasta nie starł się z ponurą rzeczywistością, wciąż
można wierzyć, że nie ma tam nieprzyjemnych poniedział­
ków ani ludzi spieszących się do pracy. Zmienność jest immanentną cechą podróży. Jej celem zaś jest to, co niezmien­
ne. Ten cel został osiągnięty i cała przygoda odpłynęła do
krainy sennych marzeń, w której nic już jej nie grozi. Zdublo­
wana guma do żucia sugeruje ostateczny powrót - nasi boha­
terowie zatoczyli koło, nic się nie wydarzyło.
Warto jednak podkreślić, że ów tajemniczy artefakt oble­
piał raz ścianę pociągu do Bratysławy, a za drugim razem od­
naleziono go w pociągu z Budapesztu. Nastąpiły niewidzial­
ne przesunięcia. To, co postrzegamy jako koło, jest w istocie
spiralą. To, co wydaje nam się starym porządkiem, jest
w istocie nowym chaosem: „...akcja polega na tym, że insy­
nuują się pewne kształty z początku embrionalne, stopniowo
coraz wyraźniejsze (...) i za każdym razem kształt zapada się
w chaos" (Gombrowicz, 1992: 64).
Tak jak Wenecja rozpłynęłaby się zaraz po wjeździe po­
ciągu na dworzec, tak film zniknąłby, gdyby udało mi się go
zinterpretować. Podejmowane przeze mnie próby mogą mnie
tylko zbliżyć do sedna, ale zawsze w ostatniej chwili zostaję
deportowany do kraju istniejących słowników. Metafora, mit,
film, podróż do Wenecji, czy wreszcie życie rozciągają się aż
po miejsca, do których nasz język nie sięga. Ta kryjówka oca­
la to, co najważniejsze, a nas zmusza do ciągłego ruchu, do
ciągłego balansowania na krawędzi.
Powiedziałem film, powiedziałem życie. Teraz powiem
o trzecim, najważniejszym powodzie, dla którego naszą
podróż opisałem właśnie w ten sposób. Ale najpierw - ostat­
ni cytat: „aktor sceniczny sam prezentuje publiczności swój
kunszt, natomiast kunszt aktora filmowego prezentowany jest
publiczności za pomocą aparatury. To ostatnie ma dwojakie
konsekwencje. Aparatura pokazująca publiczności grę aktora
filmowego nie ma powinności respektowania tej gry w jej to­
talności. Pod kierunkiem kamerzysty ustosunkowuje się do
niej na bieżąco (...), gra aktora zostaje poddana rozlicznym
testom optycznym (...). Druga konsekwencja polega na tym,
że aktor filmowy, ponieważ - w przeciwieństwie do aktora
scenicznego - nie on sam prezentuje publiczności swoją grę,

podczas występu nie może dopasowywać swojej gry do reak­
cji publiczności. Z tego względu publiczności zostaje narzu­
cona postawa oceniającego, nie obciążona jakimkolwiek oso­
bistym kontaktem z aktorem. Publiczność wczuwa się w ak­
tora wczuwając się w jego aparat" (Benjamin,1975: 79)
Tyle Benjamin. A ja zastanawiam się, dlaczego mająca
ponad dwa tysiąclecia metafora życia jako teatru nie znala­
zła konkurentki w postaci: „życie to cinema". Dlaczego ki­
no, które w krótkim czasie pokonało teatr w walce o władzę
nad zbiorowymi wyobrażeniami, do tej pory nie potrafi we­
drzeć się do tej najważniejszej, egzystencjalnej metafory?
Dlaczego Sofoklesowi, Szekspirowi, Goffmanowi i wielu
innym przeciwstawione jest tylko owo proste: „tak, jak
w kinie"?
Mówiąc „tak, jak w kinie", stwierdzamy pewną anoma­
lię, zauważamy, że wydarza się coś, co łatwiej nam zaak­
ceptować jako filmową fikcję niż część naszego realnego
życia. Metafora „teatralna" dotyczyła roli, człowiek miał tu
być aktorem, który odgrywa swoje kwestie na scenie świa­
ta. W filmie nie kreuje się roli. Tworząc film odgrywa się
pewne sceny w dość przypadkowej kolejności. Niektóre
z tych scen powtarza się wielokrotnie z niewielkimi zmiana­
mi. Ostateczny produkt jest przede wszystkim efektem pra­
cy montażysty, który z wielu kilometrów chaotycznej taśmy
tworzy znaczącą sekwencję. Gdyby metaforę „teatralną"
poszerzyć o metaforę „filmową", byłoby to poszerzenie in­
tegralnej kreacji o dezintegrującą reprodukcję, auratycznej
roli o przypadkowy montaż, cudownej totalności o testowa­
nie na bieżąco, znaczenia fundowanego na niepowtarzalno­
ści o znaczenie fundowane na powtarzalności, bezpośre­
dniego kontaktu z człowiekiem o kontakt z kulturową apa­
raturą.
Życie to cinema. Opowiedziałem wam film.
PS. Kolejną pointę do opowiedzianej przeze mnie historii
napisało Przedsiębiorstwo Komunikacji Samochodowej
w Nowym Sączu. Dwa miesiące po powrocie z podróży do­
stałem list od tejże instytucji. W liście tym wzywa mnie się
do zapłacenia mandatu za jazdę bez ważnego biletu „kursem
nr 243" w dniu 11.02.1998. Problem polega na tym, że tego
dnia znajdowałem się w drodze powrotnej z Lubiany do Bu­
dapesztu, w związku z czym nie mogłem jechać jednocześnie
z Krakowa do Krynicy Górskiej. Szybko zorientowałem się,
że gapowicz musiał posługiwać się którymś z moich wcze­
śniej zaginionych dokumentów. Po chwili jednak odrzuciłem
to wytłumaczenie, jako niezbyt atrakcyjne. Teraz już wiem,
że w połowie lutego byłem w Krynicy, a podróż do Wenecji
odbyłem tylko na ekranie. Gdzie jest ten ekran i czym on
jest? Na te pytania z pewnością nie odpowie mi ani PKS No­
wy Sącz, ani włoscy celnicy.

BIBLIOGRAFIA
Benjamin W.
1975 Dzieło sztuki w dobie reprodukcji technicznej, [w:] Twórca, jako
wytwórca, Poznart.
Calvino I.
1992 Kombinaloryka a mit w sztuce opowiadania, „PSL Konteksty",
nr
Gombrowicz W.
1988a Dziennik 1953-1956, Kraków.
Gombrowicz W.
1988b Dziennik 1961-1966, Kroków.

68

Gombrowicz W.
1992 Dziennik 1967-1969, Kraków.
Huizinga J.
1985 Homo ludens. Warszawa.
Łotman J.
1983 Semiotyka fdmu, Warszawa.
Mann T.
1971
O sobie, Warszawa.

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.