972f201ce2caf26d77fd620d09ed7bbd.pdf

Media

Part of O teodycei ludowej / ETNOGRAFIA POLSKA 2009 t.53

extracted text
„Etnografia Polska”, t. LIII: 2009, z. 1-2
PL ISSN 0071-1861

JAKUB JANKOWSKI
Warszawa

O TEODYCEI LUDOWEJ

WOKÓŁ KOŚCIOŁA

Podczas badań terenowych, prowadzonych w latach 2006-2007 przez grupę
laboratoryjną1 Kamili Baranieckiej-Olszewskiej, zająłem się zagadnieniem ludz­
kiego nieszczęścia. Interesowało mnie przede wszystkim, czy i w jaki sposób
mieszkańcy lokalnej społeczności interpretują napotkane na swej drodze przeciw­
ności losu. A także jaką rolę w owej interpretacji odgrywa wiara chrześcijańska.
Moimi rozmówcami byli głównie mieszkańcy wsi Kadzidło. Głównym budynkiem
tej blisko pięciotysięcznej miejscowości, i to zarówno ze względu na wielkość, jak
i rolę odgrywającą w życiu mieszkańców, jest kościół parafialny (pod wezwaniem
Świętego Ducha). Stoi on na wzniesieniu i widoczny jest z każdego niemal miej­
sca wsi. Dlatego też wyznaczał mi on kierunki podróży w poszukiwaniu rozmów­
ców. W odniesieniu do niego dzieliłem Kadzidło na poszczególne obszary, które
potem kolejno odwiedzałem z dyktafonem.
Podział wsi na obszary nie był elementem metody badawczej, a jedynie prak­
tycznym uporządkowaniem, które miało mi pomóc w przeprowadzeniu badań.
W każdej, spośród czterech wyróżnionych przeze mnie części, spotykałem osoby
o różnym stopniu zaangażowania religijnego. Ludzie wątpiący lub niewierzący
stanowili niewielki odsetek moich rozmówców i, podobnie jak pozostali, nie byli
przypisani do konkretnego obszaru.
Podczas badań starałem się jak najbardziej zróżnicować grupę moich responden­
tów - pod względem wieku, wykształcenia, zawodu, jak też statusu materialnego.
Zależało mi na tym, aby mieli oni różne zainteresowania i czerpali inspiracje
(zwłaszcza podczas odpowiedzi na moje pytania) z różnych zakresów otaczającej
ich rzeczywistości. Najogólniej wyrażone pytanie, jakie im stawiałem, brzmiało:
dlaczego na świecie istnieje cierpienie (nieszczęście)?
Podczas czterech wyjazdów terenowych przeprowadziłem ponad trzydzieści roz­
mów. Tylko w jednym przypadku moim respondentem okazała się osoba manifes­
tująca zwątpienie w boską moc. Przeważnie rozmówcy akcentowali swoje przy­
wiązanie do zasad wiary i silny związek ze wspomnianym kościołem w Kadzidle.
1
Wyjazdy odbyły się w ramach badań terenowych, prowadzonych i finansowanych przez Instytut
Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Warszawskiego. Grupa badawcza, która składała
się z uczestników laboratorium „Religijność współczesna: od obrzędu do performance”, była w „tere­
nie” czterokrotnie na przestrzeni półtora roku.

176

JAKUB JANKOWSKI

Większość z nich brała udział w jego gruntownym remoncie, który - niczym
w powieściach Franza Kafki - nigdy nie był wykonany zadowalająco. Udział
ów był dla nich powodem do dumy, satysfakcji i uzasadnionego poczucia przy­
należności2 do parafii.
NIESZCZĘŚCIE JAK BUMERANG

Mieszkańcy wsi Kadzidło przyczynili się do odbudowy Domu Bożego3. Domu,
w którym, wedle jednej z rozmówczyń, przepych jest wskazany choćby dlatego,
że Pan Bóg nie może mieszkać we własnym domu gorzej niż człowiek. Jeśli by
tak było, mógłby poczuć się urażony i stracić swoje zamiłowanie do Kurpiów
- których tradycyjnie (zgodnie zresztą z ich własnym przekonaniem) przedsta­
wia się jako ludzi bogobojnych i poczciwych4. Można się tylko domyślać, z jaką
intensywnością odcisnęłoby się piętno boskiego rozczarowania na społeczności
dotąd tak wielce mu oddanej.
Nieszczęście sprowadzone przez Boga byłoby o wiele gorsze od tego, które na
co dzień może spotkać na swej drodze każdy z nas - zarówno ze względu na skalę,
jak i natężenie. Zdaniem części moich rozmówców, objęłoby ono wielu ludzi na­
raz w mniej więcej tym samym czasie. Dotknięci zostaliby zarówno wierzący, jak
i niewierni. Ludzie dotknięci zarazą, chorobą umysłową lub ginący w niespodzie­
wanych wypadkach zrozumieliby, czym jest wola boska i jakie są konsekwencje
obrócenia jej przeciw samym sobie. Byłoby to nieporównywalne z dotychczaso­
wymi doświadczeniami człowieka. Obecne, codzienne nieszczęścia i pojedyncze
ludzkie tragedie są (według najpopularniejszego spośród wyjaśnień podawanych
przez rozmówców) boskimi przestrogami. Mają jedynie naprowadzić człowieka na
myśl, że coś robi źle, wskazać mu konieczność poprawy oraz zadośćuczynienia.
Przyjmując to rozróżnienie zgodnie z lokalną wykładnią starałem się - oprócz
znalezienia przykładów poddających ją w wątpliwość - przyjrzeć się, w jaki sposób
mówią o niej respondenci. Do kogo i na jakiej podstawie upodabniają tak działają­
cego Boga. W pamięci miałem również plastyczną sugestię Michaela Herzfelda,
który pisze, że „istoty ludzkie potrzebują zawsze kogoś lub czegoś, co mogłyby
2 Gdy zdarzało mi się wychodzić poza Kadzidło, do okolicznych wsi, często natrafiałem na
ludzi, którzy choć formalnie przynależeli do nowopowstałej parafii w miejscowości Lelis, w dalszym
ciągu chodzili do kościoła kadzidlańskiego. Była to ich forma sprzeciwu wobec odseparowania ich
od świątyni, którą odrestaurowali własnymi rękoma.
3 Kościół, jak opowiadali moi rozmówcy, miał nierówną podłogę i skromne wnętrze, ławy po­
kryte były grubą warstwą kurzu, a otoczenie zaniedbane. Degeneracja postępowała na przestrzeni
lat, po śmierci owianego legendą proboszcza Mieczysława Mieszki. Ksiądz ten uchodzi w okolicy
za budowniczego-wizjonera. Ks. Mieszko przepędził z okolic świątyni przekupniów, na miejscu
straganów stawiając fontannę z ławkami, podupadłą świątynię odbudował (niemal w trzy dni) wy­
mieniając dach, drzwi, okna, malując ściany. Do życia powołał orkiestrę i Spółdzielnię Przemysłu
Ludowego i Artystycznego „Kurpianka”. Po jego śmierci nastały jednak lata chude - 38 lat stagnacji,
której kres położył dopiero obecny proboszcz.
4 Informacje na temat kurpiowskiej religijności znaleźć można np. w dziełach Oskara Kolberga,
czy Adama Chętnika.

O TEODYCEI LUDOWEJ

177

obarczać winą i odpowiedzialnością tak, by nie brać na siebie winy za kondy­
cję naszego świata i móc wytłumaczyć małe i wielkie tragedie nas dotykające”
(Herzfeld 2004, s. 279).
Wydaje się, że kurpiowskiemu obrazowi Boga - na pierwszy rzut oka - najbli­
żej było do archetypu ojca. Osoby bliskiej, pełnej miłości i wyrozumiałej. Kogoś,
kto widząc błąd człowieka, cierpliwie czeka, aż ten się poprawi. A gdy nie może
się doczekać, zniecierpliwiony wymierza karę. Dobrym zobrazowaniem tej tezy
jest często powtarzane przez moich rozmówców powiedzenie: bez Boga daleko do
proga dojść. Wskazuje ono na ojcowską opiekuńczość Stwórcy, jego cierpliwość
i wytrwałość w ochronie jednostki przed niebezpieczeństwami świata doczesnego.
Podkreśla także, jak mały jest człowiek w starciu z rzeczywistością i jak niebez­
pieczne potrafi być nawet najbliższe otoczenie, jeśli nie ma w nim Boga.
Obraz ten był przytaczany w wypowiedziach rozmówców, jako znakomity wy­
bieg od moich coraz bardziej niezręcznych pytań o cierpienie. Z czasem pozwalał
na zbycie problematycznych kwestii lakonicznym stwierdzeniem: to dla naszego
dobra. Stwierdzeniem, które sugerowało zarazem niepojętą moc, siłę i złożoność
boskiego planu. Kategorię wyjaśnień, które dotyczyły niezrozumiałego, lecz za­
sadnego nieszczęścia, określiłem jako ‘kategorię cierpienia słusznego’.

ZASADNOŚĆ CIERPIENIA

Kategoria cierpienia słusznego była motywem przewodnim prawie wszystkich
rozmów, jakie przeprowadziłem podczas swoich badań terenowych. Zakłada ona
winę cierpiącego, którą ten musi odpokutować fizycznie lub psychicznie (by spłacić
dług wobec miłościwego Boga) lub wystawienie na próbę jednostki, tak by ta udo­
wodniła siłę swej wiary. Człowiek z natury rzeczy jest istotą grzeszną i za swoje
niegodne czyny winien Boga przepraszać. Jeśli tego nie robi, doświadcza cier­
pienia mającego wymiar kary. Jeśli zaś oddaje Stwórcy cześć, jego traumatyczne
doświadczenia są efektem udzielonej mu przez Boga łaski próby - Pan sprawdza
w ten sposób gorliwość jego wiary.
Nie da się ukryć, że dla moich rozmówców cierpienie jest zasadniczo złe. Jego
występowanie na świecie wydaje się przeważającej większości ludzi faktem trudno
akceptowalnym i niepotrzebnym. Ze zrozumiałych względów budzi ono dezapro­
batę także samych chrześcijan. Ich problem polega na tym, że muszą dodatkowo,
oprócz wyrażenia sprzeciwu wobec cierpienia, rozpatrzyć kwestię współistnienia
boskiej (nieskończonej) dobroci i zła. Przyjmując tę pierwszą (dobroć) za nieza­
przeczalną, pozostaje im nadać cierpieniu takie cechy, które zdejmowałyby z Boga
jakiekolwiek podejrzenia o „niegodziwość”. Przyczyną cierpienia nie może być
zatem boska wola, lecz jedynie ludzkie działanie. To ono, niejako wymusza, na
Stwórcy reakcję. Bóg musi ukarać człowieka - nie dlatego, że chce, ale dlatego,
że człowiek sam go do tego zmusza swoimi czynami. Cierpienie w oczach moich
rozmówców musi być zasadne - inaczej nie mieściłoby się w ich religijnym świato­
poglądzie, bo obciążałoby swoim występowaniem Boga.

178

JAKUB JANKOWSKI

Łaska próby może być zatem rozpatrywana w kategorii cudu, daleko bardziej
aniżeli w kategoriach cierpienia. Nieszczęście wyjaśniane w taki sposób staje się
wówczas najwyższego rodzaju dowodem na istnienie Boga. Takie ujęcie zagadnie­
nia, do którego większość rozmówców prędzej, czy później w rozmowie dochodziła
stało się dla mnie głównym impulsem do badań nad pojęciem ‘teodycei ludowej’.
Podczas badań dość szybko doszedłem do wniosku, że niezależnie od tego, jak
starałbym się ukierunkować rozmowę, w końcu i tak wpadałem na jakiś życiowy
zakręt rozmówcy. To, że istnieje nieszczęście i, że dotyka ono każdego na jakimś
etapie jego życia jest na tyle oczywiste, że nie poddawałem tego faktu żadnej
refleksji. O wiele bardziej zastanowiło mnie to, że nawet, gdy nie prowokowałem
swoich rozmówców do opowiadania o nieprzyjemnych wydarzeniach z ich życia,
w rozmowie stopniowo zanurzali się we własnej krzywdzie. Zanim więc skupiłem
się na samych technikach towarzyszących uzasadnieniu życiowych niepowodzeń,
musiałem pochylić się nad problemem samoistnego ukierunkowywania rozmowy.
Uznałem, że wynikało ono z palącej potrzeby rozmówcy wytłumaczenia się
z zaistniałych zdarzeń przed samym sobą, a jednocześnie utwierdzenia się w prze­
konaniu, co do sensowności własnych wniosków. Także z chęci choćby częściowej
rehabilitacji niegdysiejszych nieszczęśliwych kolei losu. Z pomocą przychodziły
mi tu, po raz kolejny, konstatacje Michaela Herzfelda, który wskazuje na „istnienie
pewnego zestawu idei na temat przyczynowości, pozwalających jednostce uniknąć
bezpośredniej odpowiedzialności za skutki podejmowanych przez siebie działań
(bądź też niepodejmowania żadnego działania)” (Herzfeld 2004, s. 280). Jak się
wydaje, owe idee były dla moich rozmówców ważnym impulsem do podejmowa­
nia prób wyjaśniania. Ich pokusa, by w obecności obcego człowiekiem spróbować
odkryć sens własnych nieszczęść, zdominowała dalszy przebieg moich badań.
THEOS DIKE

Teodycea to termin rozumiany we współczesnej nauce przede wszystkim jako
koncepcja religijno-filozoficzna, której zadaniem jest wykazanie za pomocą rozu­
mu religijnego albo rozumu filozoficznego, że zło w świecie, w sferze biologicz­
nej i ludzkiej, nie znosi naturalnego, filozoficznego albo religijnego przekonania
o istnieniu świętego, nieskończenie doskonałego i dobrego Boga. Zazwyczaj zwraca
się uwagę na etymologię słowa od greckiego theós - bóg + dike - użycie, prawo,
zastosowanie5.
Usprawiedliwieniem użycia przeze mnie terminu „teodycea” niech będzie wyra­
żane przez moich rozmówców niezrozumienie zasad funkcjonowania otaczającego
ich świata i próba wytłumaczenia sensowności pewnych, negatywnych w odczuciu
rozmówców, zjawisk pod względem udziału w nich Boga. Staje się On, w pewnym
sensie, zmuszony do zesłania cierpienia wskutek okrutnych poczynań człowieka
- można by jakoś porównać, że Pan Bóg jakoś karze człowieka, ale człowiek musi
5
( 2002).

Definicja opracowana na podstawie Leksykonu teologii fundamentalnej ks. Mariana Ruseckiego

O TEODYCEI LUDOWEJ

179

sobie powiedzieć, że to jest doświadczenie jakieś raczej... to nie jest kara, ale za
tyle, za taki piękny glob, jaki Pan Bóg dał, a za tyle zła, jakie my czynimy, ludzie,
no to to w sumie razem musi być to cierpienie jakieś (mężczyzna, 70 1., Kadzidło).
Z kolei ludowość teodycei nie jest de facto wyrazem mojego przekonania jakoby
istniała jedna, uniwersalna metoda wyjaśniania sensu cierpienia wśród całej spo­
łeczności wiejskiej. Byłoby błędem powracanie do zdezaktualizowanych koncepcji
kultury ludowej w Polsce, które niegdyś postulowały taki stan rzeczy. Bliższy
jestem, w tym względzie, wizji kultury typu ludowego zgodnej z ideą Ludwika
Stommy (2002). Unikam jednak zarówno wyrażenia „teodycea typu ludowego”, jak
również „teodycea na sposób ludowy”. Pierwsze z nich ma w sobie element nienatu­
ralnej swojskości - jak, np. Wesele kurpiowskie6 - drugi: zakłada pewną przekładalność terminu „teodycea” na język gwarowy danej społeczności67. Mija się z celem
wykazywanie, że to, co wyniknęło z moich rozmów jest właśnie teodyceą, tylko, że
wyrażoną gwarą lub ubraną w stroje ludowe. Używając wyrażenia „teodycea ludo­
wa” mam zawsze w pamięci sformułowanie: „swoistego rodzaju” - tak, jak graffiti
jest swoistego rodzaju sztuką, a piłka nożna swoistą religią, tak wyjaśnienia moich
rozmówców dlaczego cierpienie ma sens, są swoistego rodzaju teodyceą ludową.
Z punktu widzenia terminologicznego dookreślenie ludowy jest zatem zasadne,
o ile pamiętamy, że nie ma ono charakteru uniwersalistycznego, a symboliczny8.
Jednak jeśliby poprzestać na tym wyjaśnieniu, to zasadnym byłoby uznanie, że rów­
nie uprawnione jest użycie, po prostu, określenia: „swoistego rodzaju teodycea”.
Jako ludowe zdefiniowałem to zjawisko ze względu na pewne cechy dystynktywne, które przypisywało się niegdyś kulturze ludowej. Były one kojarzone
z tradycjonalizmem, a w znakomitej większości, znalazły swe odzwierciedlenie
w świadomie kształtowanej kulturze typu ludowego. Cechy te są właściwe także
innej kategorii -potoczności związanej z geertz’owską „myślą potoczną” (Geertz
2005, s. 81-100).
„Myśl potoczna” - jest systemem kulturowym, który zakłada, że nadrzędną
rolę w systemie myślowym ma zdrowy rozsądek. Zasady konstrukcji systemu my­
ślowego są w jakiś sposób logiczne, a zatem zdroworozsądkowe, zaś relacje kul­
turowe nie muszą być tożsame z wyobrażeniem społeczności. Istotne jest odtwo­
rzenie mechanizmów myślenia, nie zaś ich sens oceniany z pozycji badacza. Myśl
potoczną cechuje: naturalność, praktyczność, niemetodyczność (brak logicznego,
6 Przed samym słowem „wesele” należałoby wstawić, w takiej sytuacji, wyrażenie: „nieprawda,
że”. Wesele kurpiowskie to coroczna inscenizacja „dawnego obrzędu”, rodzaj przedstawienia folklo­
rystycznego, choć zdarzało się, że był podczas niego zawierany prawdziwy ślub. Lecz każdy
z uczestników tego wydarzenia wie, że tak naprawdę, wszystko, co robi jest na pokaz, stanowi
przedstawienie podlegające ściśle określonemu scenariuszowi. Brak tu nie tylko jakiejkolwiek spon­
taniczności, lecz także najprostszego, z semantycznego punktu widzenia, aspektu wesela, mianowi­
cie: weselenia się. Osoby przebrane w tradycyjne stroje ludowe odgrywają określone role uzyskując
w zamian konkurencyjną cenę usług proboszcza i gratulacje od wójta gminy za promocję tejże.
7 Kojarzy się tym samym raczej z wyrażaniem jakości, zawartych w teorii filozoficznej, za
pomocą znaków i uproszczeń tak, by były zrozumiałe dla zdefiniowanej grupy odbiorców.
8 Ludowy w rozumieniu związanym z tradycyjnością i swojskością- ludowy, jako powszechny,
typowy, powtarzany i prosty.

180

JAKUB JANKOWSKI

z punktu widzenia badacza europejskiego, związku przyczynowo-skutkowego),
przezroczystość i dostępność (każdy uznawany w danej społeczności za dysponu­
jącego zdrowym rozsądkiem, może konstruować komunikat) - są to tzw. „cechy
stylistyczne” (Geertz 2005, s. 92). Myśl potoczna, „podobnie jak Król Lear, Nowy
Testament i mechanika kwantowa składa się z opisów rzekomo trafiających w sedno
spraw” (tamże). Zdaniem Teresy Hołówki myślenie potoczne „unika jakiegokol­
wiek zaangażowania ontologicznego - pomija problem, czy istnienie bólu głowy,
drzewa za oknem, podejrzliwości sąsiada i mentalnego obrazu płonącego miasta
jest tym samym rodzajem istnienia, istnieniem różnego typu, czy istnieniem raz
«realnym», a kiedy indziej «pozomym»” (1986, s. 30).
Jednak koncepcja Clifforda Geertza służy badaniu kultury jako takiej. Jest
zatem - w założeniu - stosowalna w szerokim kontekście antropologicznym. Jej
zadaniem jest wytłumaczenie kultury nie w skali lokalnej, lecz przede wszystkim
w jej wymiarze globalnym. Pomijając fakt, w jaki sposób radzi sobie ona z tym
drugim zadaniem, należy podkreślić, że użycie określenia „potoczna” w kontekście
samej teodycei nadawałoby jej zbyt uniwersalny charakter odbierając elementy
lokalne właściwe samej Kurpiowszczyźnie, a mające swoją rację bytu w podtekście
wyrażenia „ludowa”.
DLACZEGO CZŁOWIEK MUSI CIERPIEĆ?

W samym procesie badawczym zasadniczym problemem, jaki przedstawiałem
pytanym przeze mnie osobom, była kwestia nieszczęścia w wymiarze ogólnoludz­
kim. Pytałem: Dlaczego właściwie człowiek musi cierpieć? Czy nie mógłby żyć
bez cierpienia? A jeśli już muszą istnieć nieszczęścia, to dlaczego jednej osobie
przytrafia się ich mniej a drugiej więcej?
Moi rozmówcy znajdowali przeróżne odpowiedzi na te pytania. Przede wszyst­
kim wskazując:
1. złe uczynki człowieka, za które karą jest właśnie cierpienie - całe życie się nie
modlą, a ja k jakaś choroba wypadnie, to wtedy i znajdą Matkę Boską, Pana
Jezusa i wtedy się modlą i wtedy się modlą, a tak że z dobroci to on się nie
nawróci, tylko ja k mu się jakaś choroba stanie, to on wtedy wie o Matce Boskiej,
o Panu Bogu (kobieta, 70 1., Kadzidło);
2. docenienie zdrowia poprzez zaznanie cierpienia - żeby docenić szczęście, to trze­
ba być najpierw nieszczęśliwym, jeśli nie byłbyś szczęśliwy, to... znaczy nie, chcesz
być szczęśliwy, to musisz doświadczyć trochę nieszczęścia, bo byś nie wiedział co
to jest szczęście, a co to jest nieszczęście (mężczyzna, 35 1., Kadzidło);
3. cierpienie jako formę sprawdzenia siły wiary człowieka - j a kiedyś myślałam,
że Bóg mnie karze (...), ale teraz to ja wiem, że Pan Bóg mnie nie ukarał, że Pan
Bóg dał mi takiego męża może po to... żebym ja wiele rzeczy zrozumiała, bo ja
też może bym tu za mocno fruwała, nie? takie... (...) za mało pokory we mnie
było (kobieta, 45 1., Kadzidło);
4. krzyż w życiu - a ja k się przyjrzeć, to wszyscy mają, każdy ma jakiś tam swój
krzyż naznaczony, jakieś nieszczęścia (mężczyzna, 70 1., Kadzidło).

O TEODYCEI LUDOWEJ

181

Dysponując już pewnym zbiorem założeń na temat ogólnej przyczyny cier­
pienia, starałem się wyjaśnić zasadność tychże w oparciu o konkretne przykłady
wykluczające lub chociaż poddające w wątpliwość ustalone już wyjaśnienia, np.
skoro cierpienie jest formą sprawdzenia wiary człowieka, to dlaczego cierpiał Jan
Paweł II? Tu spotykałem się z sugestią, że było to celem usankcjonowania jego
osiągnięć jako głowy Kościoła Rzymskokatolickiego - kościół i on dokonał dużo,
a może to przez te cierpienia... może dzięki tym cierpieniom mu się udało... pojed­
nać tyle wiar, mamy prawosławnych razem, mamy wszystko... kto kiedyś słyszał...
żeby tak było (mężczyzna, 60 1., Kadzidło). Dla innych rozmówców było to po­
twierdzeniem jego człowieczeństwa - dlaczego cierpiał, że mimo wszystko nie
jesteśmy idealni, że ten ciąg grzechu w jakiś sposób się ciągnie, zresztą to jest
kwestia nie tylko złego postępowania, to jest też jakieś pomyślenie, czasami nawet
nieświadome i może to było oczyszczenie... też był człowiekiem, nikt nie jest dosko­
nały (mężczyzna, 60 1., Kadziło). Jako przyczynę wskazywano także potrzebę
dania przykładu zwykłym ludziom - takiemu przeciętnemu śmiertelnikowi ja k my,
to ja k papież miał i musiał też się z tym pogodzić, to... że wola Boża jest taka i no
do końca, że musiał cierpieć i no do końca jeszcze cierpiał (mężczyzna, 60 1.,
Lipniki). Wyraziwszy wątpliwość, co do sensu dawania takiego przykładu, dowia­
dywałem się przeważnie, że każdy cierpi. Zatem, aby nie odwrócić się od wiary
w ciężkich czasach, należy mieć w pamięci papieża. Rozmówcy odrzucali możli­
wość sprowadzania nieszczęść na ludzi z powodu „złej woli” Boga-je s t to trudne
i na pewno, gdyby spotkało to mnie, byłoby mi trudniej wypowiedzieć się i wtedy
być może nie potrafiłabym tak spokojnie wypowiedzieć tego, że... no... dlaczego to
się dzieje, przy Jego mądrości i doskonałości (kobieta, 50 1., Lipniki).
CIERPIENIE DZIECI

Innym, bardzo trudnym zagadnieniem, była kwestia nieszczęścia spotykającego
istoty, jak głosi Kościół, niewinne - dzieci. Temat ten był przeze mnie poruszany
niechętnie, stanowił dość drastyczny przykład nieodgadnioności wyroków boskich.
Podczas jednej z wizyt rozmówcy z bólem opowiadali o utracie swego czteroletnie­
go wnuczka - myśmy na przykład to doznali... 4 lata 3 miesiące i... na nowotwór...
i ksiądz... przyprowadził mu biskupa, bo on nie widział biskupa i chciał zobaczyć
i biskup przyszedł, zamiast go pocieszyć, to... zdenerwował go... a on wiedział sam,
tylko on nie chciał nas martwić, prawda? (mężczyzna, 60 1., Lipniki). Przeważnie,
dla moich rozmówców, choroba dziecka była przykładem winy rodziców, których
grzechy miały być okupione cierpieniem ich dzieci (ale przecież jednocześnie tym
większym bólem ich samych). Nie stanowiło to jednak zasady - niektórzy się rodzą
i umierają od razu, niektórzy żyją 90 lat, niektórzy żyją 20, tutaj na to nie ma reguły
no... ja myślę, że tak powinno być, nie może być wszystkim równo, ten świat by był
bez sensu, gdyby wszystkim było po równo (mężczyzna, 35 1., Kadzidło).
Bardzo ciekawym aspektem, wypowiadanych przez moich rozmówców sądów
na temat przyczyn nieszczęścia, było pojęcie zadośćuczynienia. Nieszczęście miało
niekiedy dla pytanych przeze mnie osób wyjątkowo oczywistą przyczynę: Bogu

182

JAKUB JANKOWSKI

należało, po prostu, zadośćuczynić za czyny popełniane przez ludzi - za stan, do
którego ludzie doprowadzili ten świat. Wedle dość powszechnego osądu nie może
być tak, jak jest, dlatego, że jest niezgodnie z wolą boską - ludzie nie realizują
boskiego planu zbawienia. Bóg zatem, w odpowiedzi na zbłądzenie człowieka,
zsyła cierpienie i nieszczęścia. W tym względzie nie jest okrutny. Przeciwnie,
próbuje On poprzez zesłanie nieszczęść odkupić świat, przybliżając tym samym ów
rzeczywisty, pozbawiony cierpienia, który będzie dopiero po śmierci - każdy, kto
chce się do niego dostać, musi wpierw na to zasłużyć - człowiek musi wejść w swoje
sumienie i przyznać się do tego, przynajmniej przed Panem Bogiem, że będę niósł
krzyż, a ty mi kiedyś po prostu, wymażesz, wymażesz moje grzechy... i wtedy człowiek
jest szczęśliwy... nawet kiedy cierpi (kobieta, 50 1., Lipniki). Jeśli wstęp do Nieba nie
prowadziłby przez cierpienie, byłoby za łatwo - tak się mówi... u nas, że jeżeli ktoś
ma takie cierpienia, że Jezus go bardzo kocha, że tę osobę bardzo ukochał, nie wiem,
a może na podobieństwo swoje, a może daje na taką próbę, też, żeby trwać przy nim
i wtedy jest coś dla każdego (kobieta, 50 1., Kadzidło). Respondenci podkreślali
także ryzyko zapomnienia o Bogu - jego chwale, mocy, dobroci i prawości - Na
dowód tego, że Pan Bóg nas kocha rzeczywiście, to... chce, żebyśmy byli blisko
niego, to musi wiedzieć, czy wytrwamy, czy się nadajemy (kobieta, 50 1., Kadzidło).

ŹLE JEST PO PROSTU...

Paradoksalnie mimo, że sam Bóg, jak i jego poczynania oraz „system graty­
fikacji” uważane były przez moich rozmówców za elementy idealnie ułożonego
dobrego świata - co wynika chociażby z przemyślnie dobranych uzasadnień cier­
pienia - to odpowiedź na pytanie: „Jak Pan/i sądzi, czy na świecie jest dobrze?”,
brzmiała przeważnie: nie. Źle, żle, żle... właśnie ten homoseksualizm... ta trefność,
co się porobiło z ludźmi, co się porobiło z ludźmi? Ja myślę, że ta sytuacja u nas,
to tak... to w naszym kraju... ta sytuacja, to ludzie niewierzący przecież... z czego
to wynika? Czyżby rzeczywiście to zło chciało tak nas wykończyć i tak do końca
zniszczyć i tak wszystko miesza, żeby... nie wiem, no nie jest dobrze, no nie jest
dobrze (mężczyzna, 60 1., Kadzidło). Zdaniem innego rozmówcy, nieco poiryto­
wanego moim pytaniem, nie może być dobrze na tym świecie, taka jest natura tego
świata, czy masz tu gdzieś dobrze, jeden zżera drugiego, kurwa, tak musi być po
prostu (mężczyzna, 35 1., Kadzidło).
Było to ostatnie pytanie, jakie zadawałem podczas rozmów. Odpowiedź na nie
wydawała mi się szczególnego rodzaju paradoksem przyprawiając mnie począt­
kowo o zaskoczenie. Gdy już przyzwyczaiłem się do tej sprzeczności, postanowi­
łem poszukać przyczyn takiego stanu rzeczy. W ten sposób doszedłem do związku
teodycei ludowej z myślą potoczną w wymiarze praktycznym.
Zgodnie z przytaczaną już geertz’owską koncepcją „myślenia potocznego”, moi
rozmówcy wplatają niezrozumiałe dlań zdarzenia ze swego życia w system myś­
lowy. Konstruują wytłumaczenie, które w ich mniemaniu ma wszelkie dane po temu,
by być zdroworozsądkowym, choć, z punktu widzenia obserwatora zewnętrznego,

O TEODYCEI LUDOWEJ

183

przeważnie takim nie jest. W związku przyczynowo-skutkowym rozmówcy łączą
elementy wykluczające się wzajemnie lub nie mające dla badacza większego sensu.
Często przy tym nadają wolę materii nieożywionej, bądź odwołują się do trans­
cendencji. W przypadku prowadzonych przeze mnie badań tak rozwiązywany jest
kluczowy dla chrześcijaństwa problem współistnienia we wszechświecie Opatrz­
ności Bożej i wolnej woli człowieka. Opatrzność Boża stanowi w oczach moich
rozmówców fakt. Jej totalny charakter nie podlega wątpliwości - to ona decyduje,
że na świecie jest dokładnie tak, jak jest. Z jej powodu dzieją się rzeczy dobre
i rzeczy złe, ponieważ są zapisane w boskim planie. Jednocześnie rzeczy, których
nie da się wytłumaczyć wynikającym z nich dobrem - np. zabójstwa, dewiacje
seksualne księży, gwałty, czy zwykłe kradzieże - są jednak raczej wynikiem złej,
acz wolnej, woli człowieka aniżeli Boga. Zatem zdaje się (odkładając na chwilę
boską wszechwiedzę na bok), że Bóg, choć wszystko z góry zaplanował i wie jak
będzie, mimo wszystko... nie wie jak będzie. A to dlatego, że w jakimś sensie
człowiek może go zaskoczyć. Czy w takiej sytuacji Bóg jest niedoskonały, nie ma
wszechwiedzy? - absolutnie ma! - odpowiadają moi rozmówcy. Ma, ponieważ on
i tak z góry wie, co człowiek uczyni i godzi się na to, nawet, jeśli czyny te stoją
w sprzeczności z Jego nakazami.
Przedstawiony powyżej problem teodycei, jest wpisany w historię myśli chrześ­
cijańskiej niemal od początku jej istnienia. Na przełomie IV/V wieku n.e. zrodził się
on, jako konsekwencja doktryny filozoficznej świętego Augustyna (który, nawia­
sem mówiąc, toczył spór o tę kwestię z uznanym za heretyka Pelagiuszem). Sprawy
nie udało się rozwiązać Augustynowi, ani św. Tomaszowi, ani Pascalowi, ani też
późniejszym wielkim filozofom. Z pewną ostrożnością można jednak oświadczyć,
że społeczności kurpiowskiej ze wsi Kadzidło ta sztuka się jednak udała...9

DIABEŁ Z PUDEŁKA

Do rozstrzygnięcia pozostaje jeszcze jedna kwestia - gdzie w tym wszystkim
tkwi diabeł? Zdaniem moich rozmówców, ma on bezsprzecznie swój udział w życiu
codziennym człowieka. Stara się nakłonić do zła poprzez podszepty - odwoływanie
się do ludzkich instynktów, pragnień, nadziei, czy naiwności, nieustannie próbuje
nagiąć ludzką wolną wolę. Jego instrumentarium jest niebotyczne, podobnie jak
determinacja w dążeniu do osiągnięcia celu - ale zobaczcie... co się dzieje, dlaczego
ten diabeł jest mocny... i on ma też swoich różnych, prawda? Większych, mniej­
szych, prawda? I on w zależności od świadomości przysyła, prawda, i te pokusy są
prawda coraz większe, coraz, coraz (kobieta, 50 1., Lipniki). Jeśli to prawda, to
słabość człowieka, wynikająca z grzechu pierworodnego, stanowi diabelski casus
beli, który oczywiście stara się szatan skrzętnie wykorzystać przeciw ludzkości.
To za jego sprawą na ziemi jest tyle zła i grzechu nieuzasadnionego - jest on
9
Oczywiście samo wyjaśnienie jest, jak wskazywałem za Geertz’em, logiczne i zasadne jedynie
na poziomie lokalnej społeczności, która je skonstruowała.

184

JAKUB JANKOWSKI

odpowiedzialny za każde nieszczęście, którego nie można wpleść w paradygmat
„swojego krzyża”, jak również za te zdarzenia, których sprawcą jest ewidentnie
człowiek lub są zbyt miałkie, by dotyczyć majestatu boskiego. Także na skutek
jego działań rodzi się przytaczany często przez rozmówców rozkład moralny
wśród księży. Cel poczynań diabła jest jasny - zbałamucić.
Nie wiadomo, niestety, czym uzasadnić jego apostazję i pragnienie zaszczepienia
tejże w człowieku. Pozostaje zatem zwrócić uwagę przede wszystkim na jego spryt,
niespotykaną wręcz przebiegłość - to jest tak cwana bestia... inteligentna bestia, to
się będzie wciskała, gdzie się tylko da i będzie się wciskała, tak, żeby wyczuć słabość
(kobieta, 50 1., Lipniki). Przed ową cwanością chronić może jedynie silna wola
i boska pomoc uzyskana wskutek gorliwej modlitwy. Diabeł czy szatan (jakby go
nie nazwać) jest zasadniczą przyczyną występowania zła na świecie jako manipu­
lator wolnej woli człowieka. Istnieje ono, ponieważ Bóg dał człowiekowi prawo
do samostanowienia o sobie dopuszczając także, by ten wyrządzał zło bliźniemu101.
Oznaczałoby to, że Bóg pozostawia pewne pole działania dla szatana, by ten,
niczym ambitny „copywriter”, mógł zaszczepiać człowiekowi coraz to ciekawsze
nowinki. Taki system zależności należałoby uznać za co najmniej skomplikowany
- jego złożoność wydaje się stanowić barierę nie do przebicia dla pytającego
(o czym przekonałem się osobiście). Szatan, w jakimś sensie zostawał w tym
momencie rozmowy swoistego rodzaju powiernikiem Boga. To przy jego współ­
udziale stawała się rzecz najważniejsza i niezbędna dla katolika - zyskiwał on
swój życiowy krzyż.
Brzmi to nieco paradoksalnie, ale w systemie stworzonym przez moich roz­
mówców całość współgrała w jak najlepszy sposób. Bóg z założenia wiedział
o wszystkim, ponieważ dawno nakreślił swój plan. W planie były już przygotowane
elementy składowe życiowego krzyża każdego rozmówcy. Jego wielkość i kształt
nie były jednak do końca ustalone, gdyż zależały jeszcze od ustosunkowania się
wobec działań diabła. Ten z kolei mógł skłonić jednostkę do czynienia zła wobec
drugiego człowieka (a zarazem wobec siebie). Ulegając pokusom diabła człowiek
wyrządzał zło, którego nie czynił Bóg, ale na które pozwalał w ramach wolności
jednostki. Sam wyrządzający owo zło wystawiał się na ryzyko kary, a zatem także
zwiększenia swojego krzyża. W tych zawiłościach Opatrzność Boża, nieznana
człowiekowi, tworzy mieszankę z, w przekonaniu moich rozmówców, relatywnie
wolną wolą, której dopełnieniem jest pomysłowe działanie szatana (diabła)11 - też
dostałam, no, ale dlaczego to jest... mi w zasadzie ten kop to się przydał i wyszło
mi zupełnie na dobre, on był, teraz wiem, że on był mi konieczny, konieczny! (...)
10 A wszystko, jak już wcześniej wspomniałem, zgodnie z planem, w którym role każdego czło­
wieka są teoretycznie rozpisane na całe jego życie. Człowiek, niczym na autodromie, może sobie
wybrać kierunek jazdy (słuchając lub nie siedzącego obok diabła), ale to Bóg decyduje, kiedy osta­
tecznie wyłączyć mu prąd.
11 Rola diabła w schemacie boskiego planu jest trudna do wyrażenia ze względu na kłopoty sa­
mych rozmówców z określeniem jego zakresu działania. W rozmowach, co oczywiste, była ona bez­
względnie negatywna. Trudno jednak ocenić, jakie było jej konkretne miejsce w świecie. Łatwo zaś
popaść w swoistego rodzaju dualizm manicheistyczny, o który jednak nie chodzi w całym wywodzie.

O TEODYCEI LUDOWEJ

185

gdyby Duch na mnie działał, no to ja bym sobie myślała: jaka ja jestem mądra,
o kurcze, ja mam syna, ale się ustawiłam, nie? ja bym tak myślała, to JA byłoby.
No i co by z tego wyszło?... niedużo (...) i byłam na etapie, że myślałam: Boże,
dlaczego? No jesteś, przecież widzisz. Ja nie wiedziałam, ja w tym momencie nie
wiedziałam, że on zrobił to celowo i myślę, że to właśnie tak działa Bóg, on widział
te moje lata, to co się działo i widział, że ja sama nie poradzę sobie, a ja działałam
po swojemu... (kobieta, 45 1., Kadzidło).

PODSUMOWANIE

U moich rozmówców istniała duża potrzeba wytłumaczenia napotkanych nie­
szczęść we własnym (lub dostrzeżonych w czyimś) życiu. Potrzeba ta wydaje się
dotyczyć każdego człowieka, niezależnie od potencjału intelektualnego jednostki.
Jej przyczynami są zarówno duże nieszczęścia, jak i drobne niepowodzenia życio­
we. Na skutek tych niepowodzeń człowiek zaczyna kontestować rzeczywistość roz­
ważając przy tym sensowność zaistniałych w jego życiu zdarzeń. Wówczas - zgod­
nie z tym, co przedstawiłem - rodzi się potrzeba uzasadnienia zaistniałego stanu
rzeczy w kategoriach zdroworozsądkowych. Prowokuje ona tworzenie teodycei.
Jednak tworzenie to nie jest ani celem, ani środkiem samym w sobie. Rozmówcy
nie mają intencji usprawiedliwiać Boga, gdyż za nic go nie winią. Działanie to jest
odpowiedzią człowieka na jego własną potrzebę zrozumienia otaczającej go rze­
czywistości. Celem jednostki jest nadanie sensu zaistniałym wydarzeniom i wy­
tłumaczenie sobie, za co lub w jakim celu miały one miejsce. Jednocześnie, choć
nie jest to, jak sądzę, intencją moich rozmówców, tworzą oni teodyceę - na swój
własny, nienaukowy, lokalny, „ludowy” sposób. Ten proces, nie jest efektem prze­
myślanych działań, a jedynie wynika z refleksji nad przyczynami nieszczęścia.
Teodycea ludowa zawiera w sobie elementy myśli filozoficznej, które wyrażane
są w nienaukowy sposób i w lokalnej skali. Towarzyszy im przemieszanie kate­
gorii, a także tworzenie wyjaśnień na własny użytek. Cechy te prowokują odwołanie
do kategorii „myśli potocznej” Clifforda Geertz’a. Pojęcie to jest jednym z naj­
ważniejszych aspektów powyższej pracy. Nie jest wszakże jedyną inspiracją. Samo
wykorzystanie terminu „teodycea” w analizie materiałów antropologicznych wy­
nika z inspiracji nowatorskim podejściem Michaela Herzfelda (2004).
Mając już ustaloną kategorię interpretacyjną podjąłem próbę zrozumienia spo­
sobu, w jaki rozmówcy dochodzą do ostatecznych wniosków i jak, w związku
z tym, nadają cierpieniu sens. Wskazałem też pewną dwoistość w rozumieniu
nieszczęść stojących na drodze człowieka i sposobów ich wartościowania. Zgodnie
z tym, co zauważyłem, moi rozmówcy nadawali cierpieniom sens, wskazując
przede wszystkim na wyższą konieczność i mądrość Boga, jak również na krzyż
życiowy, którego posiadaczem miał być każdy człowiek. Sens jego istnienia
w ludzkim życiu był jasny: miał on być sprawdzianem dla człowieka i ewentualnym
„paszportem” do Nieba. Jeśli cierpienia miały mniej metafizyczny wymiar lub gdy
po prostu wynikały ze zła, ich sprawcą stawał się człowiek pobudzany przez

186

JAKUB JANKOWSKI

diabła bądź po prostu sam szatan. Takie przewartościowanie uniemożliwiało oskar­
żenie Boga o „złośliwość”. Ostatecznie więc wskazałem, że cierpieniom, z którymi
człowiek sobie nie radzi, potrzebuje on nadać sens. Czyni to w kategoriach religij­
nych, starając się pogodzić niejednokrotnie trudne do zestawienia ze sobą elemen­
ty światopoglądu chrześcijańskiego. Z pomocą przychodzi mu teodycea ludowa,
która potwierdza, że cierpienie ma sens.

LITERATURA
G e e r t z C l i f f o r d 2005, Wiedza lokalna, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków.
H e r z f e l d M i c h a e l 2004, Antropologia. Praktykowanie teorii w kulturze i społeczeństwie, Wy­
dawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków.
H o ł ó w k a T e r e s a 1986, Myślenie potoczne: Heterogeniczność zdrowego rozsądku, Państwowy
Instytut Wydawniczy, Warszawa.
R a k J ó z e f , G r ę b e c k a - C w i e k Z u z a n n a 1998, Kara opatrzności jako cud, Polska Sztuka
Ludowa. Konteksty, nr 1, s. 51-54.
R u s e c k i M a r i a n 2002, Leksykon teologii fundamentalnej, Wydawnictwo M, Lublin-Kraków.
S t o m m a L u d w i k 2002, Antropologia kultury wsi polskiej X IX wieku, Wydawnictwo Dopierała,
Łódź.

JAKUB JANKOWSKI

ON FOLK THEODICY
Key words: Kurpie, religiosity, misfortune, local theodicy
The article focuses on the issue of explanations of everyday misfortunes by members of a local
community. Its goal is to show that a finał result of such explanations is creation of complex philosophical system strongly dependent on the idea of God. The author describes process, in which his
interlocutors “justify” their misfortunes and sufferings. In that way they construct a local theodicy
- a wide system of meanings and explanations that makes all unexpected situations valid in a broader
religious context.
Results of author’s research show that, above all, using paradigm of local theodicy helps his
interlocutors defend God from accusations of being unjust. Such attitude serves them to build a kind
of epistemological structure in which great and good God can exist simultaneously with yiolence,
suffering and pain which are, in conseąuence, seen as a part of different order. What is wrong and
bad thus, must have some kind of sense even if one cannot understand it himself. Without constructing
this local form of theodicy, the interlocutors could not share Christian values and be a part of
a community based on these values. Conducted research has shown that some aspects of inter­
locutors’ lives, would be very difficult to explain without a concept of local theodicy and if this idea
did not exist, their faith would be seriously challenged.
J.J.
Adres Autora:
Jakub Jankowski
e-mail: Jakub.deg@gmail.com

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.